Spragnieni, by trwać - Anna Szafrańska - ebook + książka

Spragnieni, by trwać ebook

Szafrańska Anna

4,8

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejna część bestsellerowej serii Spragnieni, by…! Anna Szafrańska w mistrzowski sposób opowiada o drugich szansach, darowanych długach i pragnieniu, by żyć pełną piersią.

Tessę, przyjaciółkę Alicji znanej ze Spragnionych, by żyć, i Piotra, brata Eweliny opisanej w Spragnionych, by kochać, połączył przypadek. I żadne z nich nie było z tego powodu zadowolone. Tessa chce przede wszystkim chronić przyjaciół, których uzależniony od narkotyków i alkoholu Piotr skrzywdził już wystarczająco. On jednak podjął walkę ze swoimi demonami i próbuje naprawić swoje życie. Czy Tessa może mu zaufać?

Z biegiem czasu okazuje się, że łączy ich więcej, niż chcieliby przyznać…

Ale zanim będą mogli być razem, Piotr musi odkupić swoje błędy, a Tessa – przekonać przyjaciół, by mu wybaczyli. Tylko jak, skoro ona też ich okłamała…?

Ta historia poruszy nawet najbardziej nieczułe serca.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 480

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (95 ocen)
77
15
3
0
0
Sortuj według:
SyciaB

Nie oderwiesz się od lektury

FANTASTYCZNA 👌👍 jak wszystkie książki Ani Szafrańskiej 💖 jak zwykle bardzo skrupulatnie przedstawia myśli, uczucia, emocje głównej bohaterki - tym razem Tessy - i problem choroby, z którą musi się zmierzyć i która powoduje, że okłamuje przyjaciół, bo chce żyć normalnie, bez ograniczeń i litości innych. Oczywiście jest też miłość, niełatwa, obarczona tajemnicą i trudnymi wyborami. Ostatnia część trylogii opisuje losy Teresy-Tessy i Piotra - brata Eweliny, i jest doskonałym zwieńczeniem tej serii (wcześniejsze to Spragnieni by żyć i Spragnieni by kochać).
00
ania83sosnowiec

Nie oderwiesz się od lektury

Spragnieni, by trwać to trzecia część cyklu "Spragnieni" @annaszafranskaauthor. Tym razem poznajemy historię Teresy i Piotra. Dwoje ludzi z bagażem doświadczenie. Jakże różnym. Ona, młoda kobieta, której życie zniszczyła jedna chwila. I on, Piotr, mężczyzna, który na własne życzenie niszczył swoje życie. Historia, przy której wylałam morze łez. Pokazująca, z jakimi trudnościami borykają się osoby chore na padaczkę. "Spragnieni, by trwać" to również opowieść o walce z nałogiem. Walce z odzyskaniem własnego ja. Poczucia wartości, rodziny-siostry. To również walka ze stereotypami. Pokazuje, jak społeczeństwo jest zamknięte na osoby chore, cierpiące. Czytając książkę, niesamowicie bolało mnie serce, z czym mierzyła się Teresa. Przerażające jest, to jak ludzie nie dostrzegają osób chorych. Potrzebujących pomocy, pomocy, która niejednokrotnie zapobiegłaby utracie zdrowia czy też życia. Historia Teresy i Piotra wzruszyła mnie do łez. To przepiękna opowieść o marzeniach, miłości i walce z...
00
ewelajna111

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna!! wszystkie części to prawdziwy rolercoster emocjonalny, śmiech łzy które same cisna sie na oczy..polecam każdemu każda czesc to wspaniałe historie a ta poprostu jest ,super zakończeniem
00
saradaoanh
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka opowiadająca o pierwszej miłości, przyjaźni, życiu z chorobą i o tym że bez względu na wszystko nie powinniśmy skreślać drugiej osoby.
00
Readinglover

Dobrze spędzony czas

Przesiąknęłam tą książką do szpiku kości. Rozbiła mnie, moje serce. Wydobyła z powiek powstrzymywane łzy. Nie mieli łatwo. Ale czy ktokolwiek kiedyś mówił, że tak będzie? Wiecie, byłam z nich dumna. Z tego, że się nie poddali. Że mimo strachu, który ich blokował, który sprawił, że kiedyś wzbraniali się przed przkroczeniem bramki, na której widniało słowo "Życie" się nie poddali. Dawali radę mimo niepewności, bo byli spragnieni, by trwać. By żyć. By kochać.
00

Popularność




Brałam powolne, głębokie wdechy.

Z igrającym na ustach lekkim uśmiechem wciągałam powietrze do płuc i jak najdłużej przeciągałam wydech. Rozkoszowałam się nim. Charakterystyczną morską wonią, tak silną, że czułam jej posmak na języku, a każdy por skóry i każda komórka w ciele pochłaniały życiodajny tlen.

– Tak chcesz to rozegrać? – spytał po dłuższej chwili milczenia. – Nie musisz tego robić, wiesz o tym?

Spojrzałam prosto w oślepiające zachodzące słońce. Niby wyglądało jak zwykle, a jednak wydawało się tak inne. Roztargniona przesypałam rozgrzany piasek między palcami, po czym go rozsypałam, wzbijając w powietrze chmurę szarego pyłu. Wystawiłam twarz do ostatnich promieni słońca i ogrzana jego ciepłem wzruszyłam ramionami.

– A co innego mogę zrobić?

– Trwać, Tesso! Wierzyć i walczyć mimo wszystko!

– Mimo wszystko – powtórzyłam posępnie. Wypuściłam spomiędzy palców ostatnie ziarenka piasku i odwróciłam się, by spojrzeć na chłopaka. – Czy to nie brzmi zbyt pompatycznie?

Nie odpowiedział. Po prostu patrzył na mnie nieobecnym wzrokiem.

Często to robił. Zakładał maskę, by nikt się nie domyślił, jakie uczucia nim targają. Jeszcze nie tak dawno sama pewnie bym się wycofała przez jego oschłość i zachowawczość. Ale nie teraz. Wiedziałam, gdzie tkwią uśpione uczucia i w jaki sposób je obudzić. Przede mną nie musiał grać, czytałam w nim jak w otwartej książce. A on we mnie. Dlatego wiedział, że nie żartuję. Dlatego jego jasne oczy rzucały wściekłe błyskawice. I dlatego tak usilnie starał się mnie zmusić do zmiany decyzji. Tyle że na to było już za późno.

– Czy dlatego ostatnio robisz te wszystkie szalone rzeczy? – spytał, stając tuż za mną.

– Dobrze, że powiedziałeś „szalone”, a nie „nieodpowiedzialne” czy „głupie”, jak mówili moi rodzice – odparłam markotnie.

– Nie jestem taki jak oni.

Tym razem uśmiechnęłam się szczerze.

– Wiem. I za to ci dziękuję. Nigdy nie obchodziłeś się ze mną delikatnie.

– To chyba nie brzmi zbyt dobrze – zauważył i nieznacznie się skrzywił.

Pokiwałam głową z rozbawieniem, zrobiłam kilka kroków do przodu i szeroko rozłożyłam ramiona. Ciepły wiatr muskał moje rozpostarte palce, słyszałam trzepot skrzydeł przelatujących mi nad głową ptaków.

– Może trochę, ale… To była miła odmiana. Oni zawsze na mnie chuchali i dmuchali, uwięzienie w złotej klatce nazywali troską. Godziłam się na to, bo… Bo ciążyły mi smutny wzrok mamy i posępność taty – dokończyłam i wzięłam głęboki wdech. – Nie chciałam ranić ich jeszcze bardziej, przysparzać im zmartwień. Nie, gdy tak wiele dla mnie poświęcili. Oddali mi samych siebie.

Przygryzłam dolną wargę i gwałtownie potrząsnęłam głową. Nie. Miało nie być wyrzutów sumienia ani użalania się nad sobą. Nie, przez te kilka dni miałam robić to, co chciałam. Żyć, jakby jutra miało nie być.

Odwracając się do stojącego za mną Piotra, wysoko zadarłam brodę.

– Przy tobie zawsze czułam się inaczej.

Gniew w jego jasnobłękitnych oczach zelżał, aż w końcu zupełnie zniknął. Pojawiło się w nich coś innego – miłość. Czysta, niczym niezmącona miłość.

Zbliżył się do mnie i ujął moją twarz w swoje szorstkie, spracowane dłonie.

– Wiesz dlaczego – wyszeptał czule.

– Wiem. I dlatego się boję – przyznałam. Zaciskając powieki, nakryłam jego dłonie swoimi. – Jeszcze nie tak dawno wiele bym dała, by czuć się tak jak teraz. Jak normalna, zakochana po uszy młoda kobieta. A zarazem ktoś wyjątkowy. – Poczułam wzbierające pod zamkniętymi powiekami łzy. Nie potrafiłabym nad nimi zapanować, poza tym… Już dawno przestałam wstydzić się łez. Dlatego spoglądając w oczy Piotra, z przejmującą szczerością, od której drżał mi głos, dodałam: – Właśnie tak czuję się przy tobie, ale… Boję się to stracić.

– Nie stracisz mnie – oświadczył natychmiast i przyciągnął moje ręce do swoich ust. – Nigdy. Może nie jestem dobry w składaniu obietnic, ale… Tego jednego jestem pewien. Nigdy cię nie opuszczę. Nigdy. Damy radę. Przejdziemy przez to. Znajdziemy inne rozwiązanie, ale… nie to! Proszę, nie posuwaj się do tego.

Doskonale słyszałam desperację w jego głosie. I nie dziwiłam się. To ja starałam się zmienić przeznaczenie, odwrócić los, zaryzykować, podczas gdy jemu pozostawiłam rolę biernego obserwatora. Dlaczego sądziłam, że ktoś tak waleczny, niezłomny, ktoś, kto starał się odpokutować grzechy i naprawić błędy, z pokorą zaakceptuje prośbę szaleńca?

Mimo to był tu ze mną. Odnalazł mnie. Strach przed ziszczeniem się najczarniejszego scenariusza, procenty, szansa lub porażka, życie albo śmierć.… To wszystko zblakło w jednej chwili. Nie liczyła się przyszłość, lecz tu i teraz. Nic więcej.

Może gdybym nie była tak uczepiona życia, puściłabym jego słowa mimo uszu. Bo rezygnując, tylko odwlekłabym nieuniknione.

– A gdybym…

Mój głos się załamał. Nie tak to miało wyglądać. Miałam być pewna siebie, spokojna, rozważna, bo przecież się z tym pogodziłam. Z wyrokiem, który teraz chciałam podważyć.

– A gdybym kiedyś odeszła – zaczęłam ledwo dosłyszalnie.

– Odeszła? – powtórzył, a ja wyczułam, że grał na zwłokę. – Chcesz się przeprowadzić? Tu? Nie ma sprawy, pracę znajdę wszędzie, poszukamy ci innego specjalisty, ale jest pewien problem: żadne z nas nie mówi po hiszpańsku.

Doskonale wiedział, o co mi chodzi, a jednak nie dopuszczał do siebie myśli, że mówiłam poważnie.

– Tereska? Proszę, nie… Nie mów tego. Nie myśl o tym, że…

Jego błagalny szept wytrącił mnie z równowagi. Z pozoru byłam niewzruszona, chociaż czułam, jak każdy mięsień w moim ciele tężeje ze strachu, z bólu, którego doświadczał także Piotr. I dlatego spojrzałam prosto w oczy, które tak uwielbiałam. Które pokochałam wbrew sobie.

– Gdybym umarła. Co byś wtedy zrobił, Piotrek?

Rozdział 1

„I’m not afraid to tear it down and build it up again. It’s not our fate, we could be the renegades. I’m here for you, oh. Are you here for me too? Let’s start again, we could be the renegades”.

One Ok Rock, Renegades

– Jest taki rozkoszny!

– Widzisz te paluszki? – szepnęłam podniecona i wskazałam na piąstki Michałka, które bezwiednie zaciskał we śnie. – Są takie malutkie!

– Słodziak! Można zacałować te pulajdki!

– Szkoda, że nie przyjechałyście pół godziny wcześniej, gdy go karmiłam. – Ewelina podała Alicji smoczek, by ta włożyła go do rozchylonych ust niemowlaka. – Tak słodko zaciska rączki na moich palcach. Rozwala mnie to za każdym razem!

– Mówiłaś, że to hormony.

– Bo to są hormony – syknęła na męża.

Stojący obok Kuba z politowaniem pokręcił głową.

– Powinieneś mieć w pogotowiu kaftan bezpieczeństwa.

Eryk westchnął rozżalony.

– Jest schowany w szafie, ale Ewelina nie pozwala mi go wyciągnąć.

– To pomyśl o wynajęciu ochroniarza. To jawne zagrożenie zdrowia i życia dziecka.

Całkowicie zignorowałyśmy docinki kierowane pod naszym adresem. Raz, że byłyśmy już przyzwyczajone do zadziornych komentarzy chłopaków, a dwa – od kilku minut dosłownie nie mogłyśmy oderwać oczu od posapującego w łóżeczku Michałka. Malec był tak uroczy, że z trudem tłumiłam westchnienie pełne rozczulenia. Z miejsca nazwałam go najpiękniejszym dzieckiem na całym świecie, ale jak widać, nie wszyscy rozumieli nasze reakcje, bo w tym samym momencie za naszymi plecami rozległo się stłumione parsknięcie.

– Zmieniam zdanie. Zakaz zbliżania się brzmi lepiej. Jak nic rozpuszczą wam dzieciaka – dodał Kuba, wskazując nas brodą.

– Z tym już jesteśmy pogodzeni.

– Rozumiem, że lista jest długa i trzeba ustawić się w kolejce. A kto wysunął się na prowadzenie?

Zaciekawiona uniosłam głowę i akurat trafiłam na moment, gdy Ewelina i Eryk wymienili znaczące spojrzenia.

– Mama – mruknął, teatralnie wywracając oczami.

– Uuu… Grubo.

– No, grubo. Totalnie ześwirowała na punkcie Michałka.

– Absolutnie się nie dziwię – wtrąciła się Alicja, wyciągając rękę, by pogłaskać śpiące dziecko. Maluch zmarszczył jasne brewki i wypluwając smoczek, zabawnie wydął usteczka. Alicja aż się zatrzęsła. – No przecież można go schrupać!

– Czy tylko mnie przypomniała się bajka o Babie Jadze?

– Nie słuchaj wujka – zaintonowała Alicja, poprawiając Michałkowi smoczek. – Gada głupoty i nie ma za grosz taktu. W zasadzie, nie słuchaj go nigdy.

– Rady wujka Jakuba zawsze w cenie – odparował Kuba i pstryknął palcami na Eryka. – Jakby co, zaklepuję zorganizowanie młodemu osiemnastki. Wasz syn z hukiem wejdzie w dorosłość!

– Właśnie o ten huk się boję – mruknęła z przekąsem Ewelina, a ściągnąwszy z ramienia tetrową pieluszkę, groźnie wykręciła ją w dłoniach.

Ale chłopcy zdawali się nas nie słuchać. Zapatrzeni w siebie jednocześnie skinęli głowami, a Kuba poklepał Eryka po plecach.

– Syn.

– Syn – powtórzył Eryk, prężąc z dumą pierś.

– Jezusie, zaczęło się – westchnęła Ewelina i rzuciła im spojrzenie pełne politowania. – Pępkowe wam nie wystarczyło?

– Jak widać nie. Chociaż ja nadal mam w telefonie pewne pamiątkowe zdjęcie! – Ala uśmiechnęła się niczym bazyliszek i konspiracyjnie puściła do nas oczko.

Doskonale wiedziałam, o jakim zdjęciu mówiła. Eryk wraz z Kubą, swoim tatą i kilkoma znajomymi z roku wybrali się do baru, by uczcić narodziny małego Kastnera. Mieli wyskoczyć na kolację, zahaczyć o bar. Oczywiście na tym nie poprzestali, a popijawa zakończyła się bladym świtem. Ponoć byli tak zmasakrowani, że żaden z nich nie był w stanie zamówić ubera przez aplikację. Ostatkiem sił Kuba zadzwonił do Ali i poprosił, by przyjechała po nich na plac Wolności. Widok, jaki zastała nasza przyjaciółka, uwieczniła na zdjęciu, które natychmiast nam rozesłała. Chłopcy i tata Eryka medytowali, leżąc lub siedząc na ławce, dając popis zaawansowanej jogi. Ale po regenerującej wodzie i kawie, którą przezornie przywiozła w termosie, udało jej się ożywić zwłoki i odholowała ich do samochodu. Ewelina naigrywała się z kaca-giganta Eryka, natomiast jego mama obiecała, czy raczej zagroziła, że to zdjęcie trafi do ich rodzinnego albumu i w przyszłości pokaże je wnukowi, ku przestrodze.

– Trzymaj i nie pozwól, żeby ktoś ci je skasował! – ożywiła się Ewelina. – Swoje wrzuciłam do chmury, więc jest bezpieczne. Jestem pewna, że nam się jeszcze przyda – dodała, znacząco poruszając brwiami. – Jeszcze raz dzięki, że przywiozłaś ich do domu.

– Drobiazg. – Ala machnęła ręką i zacisnęła usta, by nie roześmiać się w głos. – Chociaż najbardziej zaskoczył mnie stan taty Eryka.

– Najlepsze imprezy zawsze z Jürgenem – poparł Eryk, pełen uznania dla własnego ojca.

– Z tego, co pamiętam, mama miała ciut inne zdanie na ten temat – odparła uszczypliwie Ewelina.

– E tam. Grunt, że wszystko dobrze się skończyło.

– Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc „dobrze”, skoro zaczęliście trzeźwieć dopiero późnym wieczorem – przypomniała mężowi.

– No ale ty nie byłaś na mnie wściekła. To już coś!

– Po prostu nie miałam serca kopać leżącego. Czterogodzinne trajkotanie mamy wystarczyło za karę. – I z nieukrywaną satysfakcją uśmiechnęła się do Eryka. Ten odchrząknął zawstydzony i czerwieniąc się jak pomidor, czym prędzej spojrzał w bok.

Korzystając z okazji, że Kuba zaczął nabijać się z kumpla, Alicja podparła ręce na barierce łóżeczka i z niepokojącym błyskiem w oku powiedziała:

– Dlatego nie mogę się doczekać naszej imprezy. Chłopcy zawiesili poprzeczkę wysoko, ale jestem przekonana, że damy radę ich zdetronizować.

– Tak, masz rację. Zacznijcie planować. Ja się dostosuję. – Ewelina ochoczo przytaknęła i zerknęła wymownie na Eryka. – Prawda?

Chwilowy szok malujący się na twarzy chłopaka ustąpił miejsca krzywemu uśmiechowi. Wzdychając głęboko, Eryk wsadził dłonie do kieszeni dresowych spodni i spojrzał na żonę zmrużonymi oczami.

– Jakżebym śmiał ci odmówić, iskierko.

Pieszczotliwa nuta w głosie chłopaka była aż nazbyt słyszalna, a sama Ewelina nawet nie kryła się z rumieńcami, które natychmiast zabarwiły jej policzki. Musiała odchrząknąć nieznacznie, nim powiedziała:

– Wszystko? Więc nie odmówisz, jeśli poproszę cię o przygotowanie kawy?

– O! To ja też poproszę!

– A dla mnie herbata! – powiedziałam, szczerząc się bezczelnie do Eryka, który skłonił się nisko.

– Wasze życzenie jest dla mnie rozkazem. Chodź, pomożesz mi – rzucił do Kuby, klepiąc go w ramię.

– Potrzebujesz pomocy, żeby wlać wodę do czajnika? – Kuba prychnął zadziornie. – Coś kiepsko widzę twoją opiekę nad dzieckiem.

Eryk zmroził kumpla wzrokiem i w zamyśleniu przesunął językiem po zębach.

– I w tym momencie powinienem cię zostawić, żeby decybele ochów i achów rozwaliły ci bębenki – burknął i wyminąwszy Kubę, ruszył korytarzem w kierunku schodów prowadzących na parter.

Trochę przypominało to scenę z horroru, bo Kuba boleśnie powoli zerknął w naszą stronę z przestrachem w oczach. Uśmiechnęłam się do niego pogodnie, ale najwyraźniej odniosło to przeciwny skutek – zerwał się z miejsca i w podskokach dogonił Eryka, wołając za nim:

– Poczekaj! Alicja przywiozła ciasto!

Rozmyślnie przygryzając usta, spojrzałyśmy po sobie i cicho parsknęłyśmy śmiechem. Z nimi naprawdę nie można było się nudzić!

Ewelina wskazała nam sofę stojącą pod ścianą, a sama wybrała turkusowy fotel przy łóżeczku synka. Rozsiadając się, wypuściła ze świstem powietrze i na chwilę przymknęła oczy, rozkoszując się ciszą. Miała nieco podkrążone oczy, ale poza tym wyglądała bardzo dobrze. Jej ciało nie było tak nabrzmiałe, jak w ostatnich tygodniach ciąży, ani cera tak blada, jak na zdjęciu, które Eryk mi wysłał tuż po porodzie. Wiedziałam, co kryje się za tym delikatnym uśmiechem i za roziskrzonymi szafirowymi oczami. Była szczęśliwa, dumna z tego, co osiągnęła. Nakręcała ją miłość do ludzi, których kochała i którzy stali się centrum jej świata. Dzięki nim spełniła swoje największe marzenie – zyskała dom i rodzinę. Prawdziwą rodzinę.

Alicja, tak jak ja, przez chwilę wpatrywała się w naszą przyjaciółkę, po czym przeciągnęła się rozleniwiona.

– Promieniejesz, mamusiu. Ale pewnie te pierwsze tygodnie były ciężkie, prawda?

– Poniekąd – przyznała, krzywiąc się w grymasie. – Mama przeniosła się do nas na dwa tygodnie, żeby pomóc mi przy Michałku. Już wcześniej uczyła mnie, co i jak, ale... Jakbym doznała zaćmienia – dokończyła, ukradkiem podśmiewając się pod nosem. – Gdy pierwszy raz zmieniałam Michałkowi pieluszkę, bałam się chwycić jego nóżki, żeby ich nie uszkodzić. Wydawał się taki delikatny i kruchy. Dlatego cieszę się, że mama przy mnie była. Świetnie sobie poradziła z panikującą wersją mnie.

– Ale dobrze słyszałam, że dzisiaj zostaliście sami na placu boju? – spytałam żartobliwie, Ewelina jednak niemal natychmiast pokiwała głową.

– Tylko przez kilka dni. Chociaż i tak z trudem namówiliśmy mamę, by pojechała do domu odpocząć. Pewnie nazbierało jej się trochę zaległości w związku z firmą czy ze szkołą artystyczną, którą prowadzi za granicą. Nie mówiąc o tym, że od dłuższego czasu nie widziała swojej pracowni na oczy. Chociaż… Eryk mówi, że powinna się przebranżowić – dodała z ironicznym uśmieszkiem.

– Przebranżowić? – powtórzyłam zaciekawiona.

– Uwierzcie mi lub nie, ale od porodu napstrykała Michałkowi tyle zdjęć, że zapełniła pamięć w telefonie. Dlatego Eryk mówi, że powinna zostać portrecistką.

– I nadal twierdzę, że za kilka miesięcy doczekamy się wystawy, której głównym modelem będzie Michał – powiedział Eryk, który niepostrzeżenie zakradł się do pokoju. Niczym rasowy ninja bezszelestnie podkradł się do swojej żony i mrugając porozumiewawczo, dodał: – Mówiłem ci, że trzeba przygotować wzór umowy, bo matka gotowa bezprawnie wykorzystać wizerunek młodego.

– A ty oczywiście zamierzasz go chronić przed bezdusznym światem modelingu – odparła Ewelina i zmrużyła zadziornie oczy, gdy Eryk ujął ją pod brodę.

– Oczywiście! Ale w sumie co się dziwić, skoro jest przystojny po tatusiu i wszyscy tracą dla niego głowę – walnął niespodziewanie, a powaga i swoboda, z jakimi to powiedział, sprawiły, że nawet ja miałam problem, by utrzymać chichot na wodzy.

Podczas gdy z Alą dusiłyśmy się ze śmiechu, Ewelina tylko spojrzała sceptycznie na Eryka i znacząco wywróciła oczami. A później westchnęła odprężona, gdy Eryk przesunął dłoń na jej kark i zaczął delikatnie ugniatać zesztywniałe mięśnie.

– Twoje zamówienie gotowe. Kawa zbożowa z mlekiem i cukrem trzcinowym.

Nierzadko mogłam usłyszeć łagodny, aksamitny ton Eryka, szczególnie gdy porzucał błaznowanie. Ale ten sprzed chwili był zarezerwowany wyłącznie dla Eweliny. Był bardziej czuły, pieszczotliwy i w pewien sposób… sensualny. Przeznaczony tylko dla kobiety, którą kochał. Mnie samą rozczulił ten widok.

– Dzięki, zaraz przyjdziemy.

Eryk przytaknął i uśmiechając się przebiegle, w mgnieniu oka pochylił się, by ukraść żonie pocałunek. Nieco skrępowana, odwróciłam pospiesznie głowę, udając, że podziwiam widok za oknem. Odważyłam się zerknąć w tamtą stronę dopiero, gdy Ewelina wyganiała męża, mrucząc pod nosem „no idź już”, co Eryk uczynił prawie bez gadania. Prawie, bo zanim wyszedł, wysoce z siebie zadowolony mrugnął do nas żartobliwie.

Prostując się, Ewelina pobłażliwie wywróciła oczami, chociaż na jej policzkach dostrzegłam ślad rumieńca. To była miła odmiana, bo przyjaciółka nadal miała problem z uzewnętrznianiem emocji. Właściwie… Pod tym względem byłyśmy do siebie podobne.

Śledziłam wzrokiem delikatne ruchy Eweliny, gdy ta wstała, by zajrzeć do łóżeczka synka.

– To dobrze, że dogadujesz się z rodzicami Eryka – zauważyła Alicja, wstając z kanapy i się przeciągając. – Masz w nich oparcie.

Potaknęłam, przypominając sobie, jak tuż przed rozpoczęciem ceremonii w urzędzie stanu cywilnego, rodzice Eryka poprosili Ewelinę, by, jeśli tylko chce, mówiła do nich „mamo” i „tato”. I jak przyjaciółka się rozpłakała, a wzruszenie odebrało jej głos. Jej pierwsze próby były niepewne i dało się usłyszeć nerwowość w każdej sylabie, odważyła się jednak użyć tych dwóch słów, a raczej określeń w stosunku do członków swojej nowej rodziny. Dziś przychodziło jej to z łatwością, ale i tak zauważyłam, że usta Eweliny drgały w ckliwym uśmiechu za każdym razem, gdy mówiła „mamo”.

– Nadal jest trochę niezręcznie – przyznała przyjaciółka po chwili wahania. – Dali nam w prezencie ślubnym ten dom, tata go wykończył, a teraz mama praktycznie non stop nam pomaga. Dodatkowo… Zaproponowali, że wspomogą nas finansowo dopóki Eryk będzie studiował, a ja nie znajdę nowej pracy. – Przygryzła usta i, zerkając na nas ukradkiem, w typowym dla siebie odruchu objęła się ramionami. – No właśnie. Dlatego dziwnie się z tym czuję.

Domyśliłam się, w czym rzecz. Nie tylko rola żony i mamy była dla niej nowością. Z trudem przychodziła jej także świadomość, że może polegać na innych czy prosić o pomoc i że nie powinna z tego powodu czuć się niezręcznie. Poza tym… byli teraz rodziną. A rodzina powinna się wspierać bezinteresownie. Dlatego podchodząc do łóżeczka Michałka, powiedziałam do przyjaciółki:

– Ale dzięki temu Eryk będzie mógł skupić się na nauce i aplikacji, a ty zajmiesz się Michałkiem.

W zamyśleniu skinęła głową, a zmarszczka między jej brwiami wyraźnie się pogłębiła.

– Myślałam już o tym i wpadłam na pewien pomysł – wyznała powoli. – Skoro i tak przez jakiś czas będę siedzieć w domu z małym, to może…

– Może? – zachęciłam ją delikatnie.

Ewelina ostatni raz zacisnęła usta i zerknęła na nas niepewnie.

– Pomyślałam, że mogłabym się na coś przydać w firmie mamy albo taty. Odwalić za nich papierkową robotę albo coś w tym stylu. Albo… gdy się poduczę, mogłabym dziergać na drutach – wyrzuciła z siebie z prędkością światła.

Z wrażenia aż rozchyliłam usta. Moim zdaniem to był bardzo dobry i przemyślany pomysł! Mając dodatkowe zajęcie, Ewelina czułaby się potrzebna i chociaż w małym stopniu odciążyłaby rodziców. Już samo to poprawiłoby jej samopoczucie. Odwróciłam się, by spojrzeć na Alę. Ta ściągnęła usta i przymknęła w skupieniu oczy.

– Mama niedawno mówiła, że jest wręcz zasypana zamówieniami na swetry czy narzuty – powiedziała z wolna, po czym uśmiechnęła się, z entuzjazmem potakując. – Zdecydowanie to niegłupi pomysł.

– Myślisz?

– Pewnie! A poza tym co ci szkodzi zapytać? Mogę się założyć, że mama z radością nauczy cię dziergać. Ja niestety jestem beztalenciem manualnym, więc nie ma komu przekazać tej wiedzy – zdradziła, krzywiąc się wstydliwie.

Ewelina odetchnęła z ulgą.

– Byłoby super. No i… Przynajmniej nie czułabym, że tak wykorzystuję mamę Eryka.

– Jestem przekonana, że ona tak nie myśli – zaoponowałam, zniżając głos do szeptu. – Ale masz rację, to lepsze od siedzenia z założonymi rękami.

Czarnowłosa spojrzała na mnie kątem oka i podbudowana uśmiechnęła się z wdzięcznością. A kto wie? Może i ja złapałabym bakcyla dziergania i również pomogła? Tak jak Ewelina, chciałabym być pożyteczna, nauczyć się czegoś i móc to wykorzystać, ale… W tej kwestii miałam związane ręce. I to nie z własnej woli.

Po pokoju rozniósł się dźwięk przytłumionej wibracji i Alicja wyciągnęła telefon z kieszeni spodni.

– O! O wilku mowa! – zawołała przyciszonym głosem. Obracając ekran komórki w naszą stronę, pokazała, kto do niej dzwonił.

– Tylko nie…!

– Spokojnie, nic nie powiem. – Alicja wyszła z pokoju, unosząc kciuk i jednocześnie witając się z mamą przyciszonym głosem.

Ewelina westchnęła tak, jakby właśnie zrzuciła z ramion ogromny ciężar. Zajrzała do Michałka, opatuliła go kocykiem i włączyła elektroniczną nianię. Przypatrywała się synkowi z czułością i troskliwie poprawiła zwiniętą w rogalik poduszkę, która przytrzymywała mu prosto główkę.

– Idzie ci coraz lepiej.

– Co takiego?

– Mówienie o sobie – wyjaśniłam, delikatnie zaciskając palce na ramie łóżeczka. – O tym, czego się boisz, z czym masz problem.

Ewelina spojrzała na mnie z ukosa.

– A to nie jest takie proste, jak się wydaje, no nie? – odparła, a jej usta zadrżały w smutnym półuśmiechu.

– Ano nie – przyznałam równie kwaśno, odgarniając włosy za ucho.

– Eryk mówi na to „metoda drobnych kroczków”.

– Chyba „małych kroków”.

– Nie, drobnych – upierała się, kręcąc głową. – Bo nawet niepozorne rzeczy są w stanie nas zmienić.

Drobne kroczki? Może w przypadku Eweliny, ale na pewno nie w moim. Lilipucie milimetry to żaden powód do radości. Najwyraźniej nie zdołałam ukryć zbolałego grymasu, bo chwilę później Ewelina zapytała:

– A jak z rodzicami? Dogadaliście się?

– Zależy, jak na to spojrzeć – wymamrotałam, z trudem powstrzymując się od wywrócenia oczami.

– Przełknęli to wreszcie?

– Jakoś. Chyba – potakiwałam nie do końca przekonana.

Unikałam jej wzroku, skubiąc materiał pluszowej zabawki zawieszonej na ramie łóżeczka. Co innego mogłam jej powiedzieć? To nie był najlepszy moment, bym wyrzucała z siebie frustrację i poczucie, że ciągle stoję w miejscu.

– W końcu zmądrzeją. Powinni pozwolić ci złapać oddech. – Pocieszająco ścisnęła moje ramię i pochyliła się, by zajrzeć mi w oczy. – A, pozwól mi zgadnąć. Zżerają cię wyrzuty sumienia, mam rację?

– Sama wiesz, że nie jest łatwo nad nimi zapanować. – Przepełniona winą spuściłam wzrok i wzruszyłam ramionami.

– No. I to jest do du… szy – dokończyła mrukliwie i przeszyła mnie spojrzeniem, gdy parsknęłam śmiechem. – No co? Nie przeklinam przy Michałku.

– Ale on…

– Czepiasz się – wpadła mi w słowo. – Jesteś przyszłą przedszkolanką, powinnaś to zrozumieć.

Zacisnęłam usta, by nie roześmiać się na głos. Nie chciałam narazić się Ewelinie jeszcze bardziej.

Gdy Alicja skończyła rozmawiać z mamą, razem zeszłyśmy na kawę przygotowaną przez chłopców. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, gadając na różne luźne tematy, zjedliśmy obiad naszykowany przez mamę Eryka i kiedy zaczęliśmy się zbierać do wyjścia, Michał akurat obudził się ze swojej popołudniowej drzemki. Skończyło się na tym, że zamarudziliśmy jeszcze trochę, bo każde z nas chociaż przez chwilę chciało potrzymać małego. Wyszliśmy dopiero około piątej popołudniu przy rzuconej głośno propozycji Eryka, że dla ciotek i wujków ich dom będzie zawsze otwarty. Szczególnie gdybyśmy chcieli zająć się Michałem. Ugryzłam się w język, bo już chciałam mu wytknąć, kto najbardziej panikował, gdy jego synek przechodził z rąk do rąk. Bezustannie nas napominał i krytykował sposób, w jaki trzymaliśmy dziecko. Ewelina natomiast siedziała z boku i nie przejmując się nerwicą Eryka, najspokojniej w świecie pochłaniała ciasto, które przyniosła Alicja.

Z powrotem do Poznania zabrałam się z Alicją i Kubą. Przyjaciółka wzdychała, zachwycając się synkiem Eweliny i Eryka, na co chłopak rzucał jej dwuznaczne spojrzenia. Nie, żebym specjalnie próbowała je wyłapać, ale robił to w tak oczywisty sposób, że trudno było nie zwrócić na nie uwagi.

Ala wysiadła z samochodu pod blokiem na Sobieskiego i przeciągnęła się, maskując ziewanie.

– Już nie mogę się doczekać kolejnych odwiedzin! Może wprosimy się na przyszły weekend?

– A do tego czasu zdąży przyjechać kurier? – rzucił ironicznie Kuba, za co dostał kuksaniec w żebra.

– Czepiasz się. Kupiłam tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy!

– Kilka! Dobre sobie! – Parsknął śmiechem.

– Oczywiście, że tak, a co myślałeś? Śpioszki, śliniaczki, skarpetki, pieluszki to podstawa! Teraz czas na zabawki – uściśliła, zacierając ręce.

– Domyśliłem się tego, gdy dziś rano włączyłem komputer. – Kuba westchnął i zerkając na mnie, wyjaśnił: – W wyszukiwarce było otwartych trzynaście kart, każda z innego sklepu internetowego. Nawet z książkami nie robi takiego cyrku.

– Bo książki kupuję w trzech księgarniach, a rzeczy dla dzieci trzeba porównać – odparła Ala i wyciągając przed siebie ręce, zaczęła wyliczać. – Wziąć pod uwagę cenę, tworzywo, atesty, wiek dziecka…

– Dobra, okej, wierzę ci na słowo! – uciął i łapiąc Alę za dłonie, przyciągnął ją do boku. – Kupimy, cokolwiek chcesz.

– Byle z głową. Dziecko łatwo przebodźcować – dodałam skwapliwie, na co Ala przytaknęła entuzjastycznie.

– I dlatego mi pomożesz! W razie czego mnie przystopujesz.

Oniemiała zerknęłam na Kubę, który wyszczerzył się zadowolony, że ominie go ta wątpliwa przyjemność.

– Liczę na ciebie, Tess!

Chcąc nie chcąc, przytaknęłam, ale nadal byłam pełna podziwu dla samej siebie. Jak ja się w to wpakowałam?

– A może wejdziesz do nas herbatę? – spytała Ala, mrugając do mnie porozumiewawczo. – Pokazałabym ci przy okazji, które sklepy mam na oku.

– Nie, dzięki. Będę się już zbierać – powiedziałam tak szybko, że Kuba aż parsknął śmiechem, słysząc panikę w moim głosie. Chyba nie byłam gotowa, by zagłębić się po same uszy w świat zabawek dla dzieci. A przynajmniej nie teraz, gdy Alicja najwyraźniej zwariowała na punkcie Michałka i miała ten swój niepokojący błysk w oku. – Obiecałam mamie, że wrócę na kolację.

– To może podwiozę cię na Śródkę? – zaoferował Kuba, ale pokręciłam głową.

– Nie trzeba. Zaraz mam tramwaj.

– No to okej – przytaknęła nadąsana Ala, a Kuba skinął głową. – To widzimy się w czwartek! Umówiłyśmy się z Jolką, pamiętasz?

– Jak mogłabym zapomnieć. – Uśmiechnęłam się i raźno pomachałam do przyjaciół. – Pa!

Nie oglądając się za siebie, ruszyłam w stronę pętli tramwajowej. Utrzymując spacerowe tempo, dotarłam pod budynek szkoły pijarów i już z daleka dostrzegłam czarnego terenowego mercedesa stojącego na poboczu oraz mężczyznę siedzącego na fotelu kierowcy. Przyspieszyłam kroku i z nisko pochyloną głową wsiadłam do środka.

Rozdział 2

„And I miss the days

When I was young and naive.

I thought the perfect guy would come and find me

Now happy ever after it don’t come so easily”

Olivia Rodrigo, All I Want

– Cześć.

– Cześć – odpowiedział niski, basowy głos.

Spojrzałam na niego z ukosa, gdy wycofywał i ruszył Smoleńską. Był na mnie wkurzony? To raczej ja powinnam się złościć, bo złamał daną mi obietnicę! Miałam sama wrócić do domu, a on znowu po mnie przyjechał! Jakbym nie potrafiła wsiąść w tramwaj, dojechać do centrum i przesiąść się w autobus.

– Wiesz, że będziemy musieli z tym skończyć? – powiedziałam, nie spuszczając z niego wzroku.

– Zgodziłaś się.

– Bo wiedziałam, że na mnie czekasz! Zawsze tak jest – wytknęłam. Próbując powstrzymać wściekłość, zagryzłam zęby. Mogłam zignorować jego esemesa, ale co by to dało? Na sumieniu ciążyłby mi fakt, że i tak by po mnie przyjechał, nawet gdybym nie odpisała. Westchnęłam zmęczona. I zdołowana. – Nie chcę się kłócić.

– Ja też, Teresko, tylko… Trudno pozbyć się przyzwyczajeń.

– Pozbyć się przyzwyczajeń? – Prychnęłam, gwałtownie odwracając głowę. – Tato, jestem dorosła! Takie pilnowanie mnie na każdym kroku… – Ugryzłam się w język i z całej siły zacisnęłam powieki. – Ja po prostu chcę spróbować normalnie żyć.

Tata głośno wypuścił powietrze. Stanął na światłach i spojrzał na mnie przepraszająco.

– Wiem, córeczko. Wiem, ale… To niełatwe przestać się o ciebie martwić.

Na moment przymknęłam powieki. Powtarzałam to już tysiąc razy, ale najwyraźniej musiałam i tysiąc pierwszy.

– Zamieszkałabym z fantastycznymi, odpowiedzialnymi ludźmi. Nie imprezują w każdy weekend, nie zadają się z podejrzanymi typami. Pracują i studiują. Nie są tacy, jak wyobraża to sobie mama.

– Naoglądała się za dużo seriali paradokumentalnych. Tylko jej tego nie mów – wyszeptał konspiracyjnie i uśmiechnął się, jak na mój gust zbyt pogodnie. – Tak, mówiłaś, że oboje pracują, a Ala jest jedną z najlepszych studentek pedagogiki. Zaraz po tobie w każdym razie. I sam uważam, że to, że spotkałyście się na jednym wydziale, jest dość niesamowite. Nie widziałyście się od prawie dwunastu lat…

– Nie zmieniaj tematu – przerwałam mu bezczelnie, bo dobrze wiedziałam, w jakim kierunku zmierzała rozmowa. Tata nawet nie próbował się kryć z tym, że chciał mnie zagadać, bylebym nie ciągnęła tematu wyprowadzki. – Tym razem nie zmienię zdania – oświadczyłam stanowczo. I oczywiście, widząc jego niepocieszoną minę, natychmiast spasowałam. – Tato, rozumiem, że trudno wam się z tym pogodzić, ale chciałabym, żebyście zaczęli akceptować moje decyzje – dodałam ugodowo.

Nie odpowiedział. Skupiony na drodze myślał tak intensywnie, że między jego nastroszonymi ciemnymi brwiami pojawiła się głęboka bruzda. Zrezygnowana spojrzałam przez okno i praktycznie pogodziłam się z tym, że jeszcze przez jakiś czas będę skazana na życie w złotej klatce. Dojechaliśmy do Swarzędza w kompletnej ciszy. Tata od razu wjechał na podwórko i zaparkował pod naszym domem, który graniczył z warsztatem – jednym z trzech, jakie ojciec założył kilka lat temu. Odpięłam pas, zabrałam torebkę i uznałam, że właściwie nie mam tacie nic więcej do powiedzenia. W końcu powinnam się przyzwyczaić, że nikt nie liczył się z moim zdaniem.

– Pogadam z mamą. – Usłyszałam za plecami i wciągając pospiesznie powietrze, odwróciłam się do taty. Uśmiechnął się do mnie krzywo i mimo zmartwienia wymalowanego na twarzy pocieszająco uścisnął moją dłoń. – Po prostu oboje chcemy, żebyś była bezpieczna.

– Przecież będę.

– Ale… Czy powiedziałaś swoim przyjaciołom, że…

– Jeszcze nie – odparłam szybko. – Zamierzam, ale dopiero wtedy, kiedy będę mieć pewność, że pozwolicie mi z nimi zamieszkać.

Tata skinął głową, chociaż nie byłam pewna, czy zgadzał się ze mną w stu procentach.

– Chodźmy do domu. Niedługo muszę wrócić do warsztatu.

Zebrałam w sobie całą pokorę i wysiadłam bez słowa. Wolałam teraz nie palnąć na poczekaniu żadnej głupoty, żeby nie dać tacie powodu do wycofania się ze swoich słów. Byłam w gorącej wodzie kąpana, ale ta gra była warta zaciśnięcia zębów i powstrzymania się od niepotrzebnego gadania. Nasza ostatnia rozmowa dotycząca mojej wyprowadzki zakończyła się potężną kłótnią, porównywalną do tej, którą przechodzi nastolatek, chcąc iść na imprezę mimo wyraźnego sprzeciwu rodziców. A przynajmniej takie sceny widywałam w serialach, czytałam o nich w książkach, bo sama nigdy wcześniej ich nie doświadczyłam. Ze względu na moje skopane zdrowie ominęło mnie wiele rzeczy. Trudno było pokłócić się z rodzicami o wyjście na imprezę, skoro nie miałam żadnych znajomych, dla których mogłabym to zrobić. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej żałosna się sobie wydawałam. Dziewiętnastolatka, która nigdy nie miała przyjaciół ani zwykłego szkolnego życia, nie mówiąc już o chłopaku. Pozazdrościć.

– Jesteśmy! – zawołał tata, gdy weszliśmy do domu.

Ściągnęłam ramoneskę i buty, a w tym czasie zjawiła się mama.

– Hej! – przywitała się z przesadnym entuzjazmem.

Kurczowo ściskała w dłoniach ręcznik jak tarczę, która najwidoczniej miała ją powstrzymać od podejścia do mnie i uważnego przebadania. Tyle że właśnie to robiła, skanując mnie wzrokiem od góry do dołu. Z kolei mnie wystarczył rzut oka na jej twarz, bym zauważyła, że kąciki jej ust drżą z wysiłku.

– Cześć.

– Wszystko gra?

Maskując to, że celowo usunęłam się poza zasięg jej wyciągniętej ręki, schyliłam się po torebkę.

– Tak, jest okej. Pójdę się przebrać.

Powoli weszłam po schodach. Nie chciałam usłyszeć kolejnego przytyku, że w moim stanie bieganie nie jest rozważne. Zdusiłam też w sobie przypływ irytacji, bo dręczyło mnie poczucie ciągłej kontroli, a tak naprawdę nie potrafiłam zawalczyć, żeby to zmienić.

Weszłam do nasłonecznionego pokoju i cicho zamknęłam za sobą drzwi. Od razu odpaliłam komputer, wyciągnęłam telefon i go podłączyłam. Kiedy się skonfigurował, zaznaczyłam ostatnie pliki i kliknęłam ikonkę z drukarką. Przebrałam się z sukienki w zwykłe legginsy i T-shirt i z wydrukowanymi zdjęciami, nożyczkami i ozdobną taśmą położyłam się na łóżku. Z torebki wydobyłam opasły, nieco podniszczony notes. Jego wytarta twarda okładka była granatowa, przypominała nocne niebo upstrzone roziskrzonymi gwiazdami oraz świetlikami. Wycięłam zdjęcia, otworzyłam notes na pustej stronie i zaczęłam go uzupełniać.

Oznaczyłam je datą, krótkim przypisem, co się działo tego dnia i kto był na fotografiach. Mały Michał przyciągnął znaczną część mojej uwagi, ale zrobiłam też zdjęcia przyjaciołom. Alicji pochylającej się nad łóżeczkiem Michałka, Kubie nieporadnie trzymającemu niemowlaka i Erykowi, który z nachmurzoną miną strofował kumpla. Ewelinie, która w ostatniej chwili nadymała policzki, robiąc przy tym zeza. Pogładziłam czule zdjęcia. Moi przyjaciele. Moje wspomnienia…

Z nostalgią wróciłam myślami do dni, gdy często spotykałam się z Eweliną. W wakacje Alicja brała cały etat w restauracji, a ja i tak bym się nudziła, przesiadując całymi dniami w domu, więc praktycznie codziennie byłam gościem Eweliny. Pomagałam jej kompletować wyprawkę, dekorować pokój dziecka, a nawet same złożyłyśmy łóżeczko, chociaż spociłyśmy się przy tym co niemiara. Ale właśnie wtedy miałyśmy czas, by poznać się bliżej, porozmawiać i… sobie zaufać. Nadal przychodziło mi to z niemałym trudem, jednak… Kiedy druga osoba dzieli się swoimi problemami, zmartwieniami, wątpliwościami, automatycznie powstaje więź – nitki, które łączą serca i dusze. Są one mocne, trwałe. To przyjaźń, która narodziła się sama, a ja… chwyciłam się jej. I w ten sposób zaufałam Ewelinie bardziej niż komukolwiek wcześniej. Wówczas pewne rzeczy, różne sekrety wydostawały się z moich ust niemal samoistnie. Czułam się parszywie, bo nadal nie opowiedziałam wszystkiego o sobie Alicji, a jednak wiedziałam, jak by zareagowała. Ala była wrażliwa, czuła na cudzą krzywdę i desperacko starała się pomóc, Ewelina miała natomiast inne podejście. Ona również walczyła, ale nauczyła się zrozumienia, chociaż pewnie sama nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. To właśnie sprawiło, że otworzyłam się przed Eweliną. Ona mnie nie oceniała. Ona mnie po prostu rozumiała. Moje obawy, moje lęki, nadzieję, chęć zmiany…

Te kilka miesięcy z Alicją i Eweliną zmieniło moje życie, chociaż pozornie nie zrobiłam jeszcze nic, co by mogło o tym świadczyć. Ale zmiany, które zaszły w mojej głowie, przetasowanie priorytetów, otwarcie się na życie – to właśnie najważniejsze punkty na mojej checkliście. Zerknęłam na pierwszą stronę i chociaż każdą linijkę tekstu znałam na pamięć, to i tak niecierpliwie zabębniłam palcami w notes, widząc, jak wolno mi szło podkreślanie poszczególnych punktów. Podkreślanie, a nie skreślanie. I każdego roku dochodził nowy. Nie byłam pazerna, ale cierpliwie czekałam. Chociaż gdyby moja lista miała sto punktów, pewnie miałabym z czego wybierać, a tak… Powoli i do przodu.

– Drobne kroczki, co? – mruknęłam do siebie.

Chciałam w to wierzyć.

* * *

Po sycącym obiedzie u Kastnerów nie czułam się ani trochę głodna, ale nie chcąc robić mamie przykrości, zeszłam na dół, by chociaż podzióbać widelcem w talerzu. Poza tym nie chciałam usłyszeć przytyku, że znowu nic nie jem i szybciej nim się obejrzę, mama będzie wisieć na telefonie mojego lekarza. Wybrałam mniejsze zło.

By dodać sobie wigoru przy tej dość napiętej atmosferze, uszczypnęłam się w policzki i biorąc głęboki wdech, odważnie wyszłam na korytarz prowadzący do kuchni.

– … i co, mam po prostu pozwolić jej…! Przecież ja nadal pamiętam, jak w szpitalu…

Znieruchomiałam uczepiona ściany. Ból w piskliwym głosie mamy zbombardował mnie i prawie pozbawił tchu.

– Wiem, Cesiu, czuję dokładnie to samo. – Tata mówił spokojnie, starając się uspokoić mamę. – Też się boję o naszą córeczkę, ale ona… Tereska dorosła. I chce sobie ułożyć życie na własnych zasadach. A my nie powinniśmy jej powstrzymywać, tylko wspierać i motywować. Na to zasłużyła. Ja też się boję. I ja też pamiętam. Ale to nie my jesteśmy najważniejsi, a nasza córka.

– Ale przecież skończyła liceum! Studiuje, więc może… Dopiero za kilka lat? Albo chociaż do końca studiów…?

– Chcesz negocjować? – przerwał ostro tata, a ja wstrzymałam oddech.

– A czemu nie? Po prostu… – Mama zawahała się, praktycznie mówiła do siebie. – Mam przeczucie, że to nie jest dobry moment.

– Tak samo reagujesz, kiedy jest na wykładach albo wychodzi ze znajomymi. Tak nie można, Cesiu – tłumaczył ojciec rozsądnie. – Nie panikuj i nie zamartwiaj się, a uszanuj wolę Teresy, dobrze ci radzę. Nasza córka jest gotowa trzasnąć drzwiami i wyprowadzić się, a my w ogóle stracimy z nią kontakt. Nie widzisz, że ją do siebie zrażamy nadmierną kontrolą?

W kuchni zapadła cisza. Nie co dzień podsłuchiwałam rodziców. To mnie krępowało, ale nie potrafiłam odwrócić się i odejść, udając, że ta rozmowa mnie nie dotyczyła.

– Trudno przestać się bać o własne dziecko. Wiedząc, co przeszła, ile wycierpiała, jak była na granicy… I wiem, ten strach jest zaraźliwy, on niszczy mnie, niszczy Tereskę i chcę jej tego oszczędzić, ale… nie potrafię.

Byłam rozdarta, bo chociaż w duchu cicho prosiłam, by mama w końcu pozwoliła mi zamieszkać z Alicją i Kubą, to… nie chciałam, aby odbyło się to takim kosztem. Mogłam mówić, że niepotrzebnie panikuje, by odrobinę przystopowała z tym przewrażliwieniem, to było jednak silniejsze od niej. Mama mnie kochała i miałam świadomość tego, jak wiele poświęciła, ile by dała, abym wyzdrowiała. Ile dni i nocy spędziła przy moim łóżku, ile miesięcy mieszkała ze mną w szpitalu, ile godzin ćwiczyła ze mną w zastępstwie rehabilitantki. Ile łez przelała, bojąc się, że mnie straci.

– Chodź do mnie. Damy radę. Najgorsze przecież już minęło.

Serce mi się łamało, bo… Nie chciałam wyjść na niewdzięczną, wyrodną córkę. Myślenie o sobie, o swojej przyszłości, postanowieniach, liście marzeń, o wyprowadzce, o tym, co zamierzałam zrobić… Byłam egoistką, ale… Musiałam ich przygotować. Jak ich nie zranić ani nie stracić celu z oczu, ale tak by z uporem nie obstawać przy swoim?

Weszłam do kuchni z wymyślonym naprędce planem. Przystanęłam na progu i wbiłam wzrok w podłogę, dając mamie czas, by po kryjomu otarła oczy.

– Do kolejnych badań – zaczęłam ledwo słyszalnie, a w każdym razie dla mnie, bo miałam wrażenie, że przyspieszony puls zagłusza moje słowa. – Jeśli moje wyniki będą dobre… Pozwolicie mi się wyprowadzić?

Kompromis. Coś za coś. Przestanę naciskać, domagać się wolności, a cierpliwie na nią poczekam. W końcu chciałam uchodzić za dorosłą, więc powinnam wykazać się pokorą i zrozumieniem. Dlatego, ukradkowo wypuszczając powietrze, przytaknęłam, by zmotywować samą siebie, i odważnie uniosłam głowę. Tata spojrzał na mnie pokrzepiająco, z lekkim uśmiechem na zaciśniętych ustach, a mama… westchnęła skruszona. I, mimo ściągniętej w zatroskaniu twarzy, powiedziała:

– Dobrze. A będą dobre. Jestem o tym przekonana – dodała, podchodząc do mnie. Z czułością musnęła palcami moją grzywkę.

– Więc… Będę mogła?

– Tak. Przecież… Jesteś dorosła, prawda? Tylko musiałabyś uprzedzić swoich przyjaciół, jak… Jak mają reagować – dokończyła z trudem.

Gula podeszła mi do zaciśniętego gardła. Przytulając się do mamy, głęboko zaczerpnęłam powietrza. Jej zapach koił moje nerwy i nie zmieniło się to z biegiem lat.

– Dziękuję, mamo.

Cmoknęła zniecierpliwiona i przygarnęła mnie mocniej do siebie.

– Przepraszam, córuś. Po prostu… Tak mam, że panikuję i niepotrzebnie cię tym stresuję.

– Przyzwyczaiłam się – odparłam z krzywym uśmiechem, a mama zachichotała w moje włosy.

Listopad. Kolejne badania mam mieć pod koniec listopada. Bilans co pół roku. Będzie dobrze. To tylko półtora miesiąca niepewności. Dam radę. Wytrzymam. I wtedy zadam to pytanie swojemu lekarzowi. Wszystko stanie się jasne.

Uchyliłam powieki, a mój wzrok trafił na tatę, który przyglądał się nam, stojąc z boku. Mrugnął do mnie porozumiewawczo i ukradkiem uniósł kciuk.

Tak, wszystko się ułoży. Wszystko się zmieni.

Ja chciałam się zmienić. Nawet jeśli będę musiała poświęcić temu trochę więcej czasu, niż zamierzałam. Ale w końcu… nigdzie mi się nie spieszyło. Już nie.

* * *

– Nie wierzę, że dopiero rozpoczął się nowy semestr, a my już musimy siedzieć z nosem w książkach.

– Powiedziała Alicja Polczyk, najlepsza studentka na roku – mruknęłam z przekąsem, na co przyjaciółka poirytowana wywróciła oczami tak mocno, że pewnie zobaczyła własny mózg.

– Nie mam nic przeciwko nauce, słowo honoru, ale to… To za szybko – stęknęła, kładąc się na stosie książek i notatek, które całkowicie zawaliły nasz stolik. A jeszcze miałyśmy sporo materiałów rozłożonych na podłodze. – Mój mózg jest jeszcze na wakacjach.

Zdusiłam chichot, bo rzadko miałam okazję widywać Alicję w takim stanie. Jakby zamieniła się z Erykiem na osobowości. Najwyraźniej była odrobinę przemęczona.

Ściągnęłam MacBooka z kolan i położyłam go obok.

– Jakbyś w ogóle je miała. Chyba że ten spontaniczny, weekendowy wypad w góry liczy się jako urlop z prawdziwego zdarzenia.

Alicja poderwała się gwałtownie i zaciekle poklepała policzki.

– Dorośli nie mają prawa narzekać, ale powinni dzielnie znosić trudy codziennego życia – rzuciła z szałem w oczach i chwyciła notatki, po czym w ekspresowym tempie zaczęła wpisywać je do swojego laptopa.

– Wzięłaś to z jakiegoś anime?

– Tak mi wpadło w ucho – mruknęła kątem ust. – Ostatnio Kuba katuje jakieś anime, bo chce nauczyć się japońskiej kreski.

– To chyba powinien czytać mangi.

– Ale tu chodzi o dokładne uchwycenie ruchu… Czy coś w tym rodzaju. – Wzruszyła ramionami. – Już ma za sobą dziesięć tytułów, przy czym jedna seria liczyła sobie przeszło sto odcinków.

– Więc mówisz, że twierdzi, że ta wiedza jest mu niezbędna do pracy. Dobra ściema nie jest zła – przytaknęłam, wracając do własnego eseju z pedagogiki społecznej. Byłam w połowie kolejnego zdania, kiedy niespodziewanie Ala trzasnęła notatkami o stolik.

– Powinnam szybciej się domyślić.

Prychnęłam, widząc, jak skołowana uświadamia sobie, że jej dorosły facet przejawia ostrą fascynację sztuką japońskiej animacji.

– Jak zacznie szykować cosplay i kupować wejściówki na konwenty, koniecznie musimy dać mu namiar na Jolkę – podsunęłam, chichocząc pod nosem. – Będzie zachwycona, mając możliwość wyedukowania kolejnego freaka.

– Zachwycona to mało powiedziane. Jestem przekonana, że wpadnie w ten swój słowotok i z szybkością karabinu maszynowego zapoda setkę dziwnie brzmiących tytułów. Za każdym razem, gdy tak robi, mam wrażenie, że rzuca na mnie jakąś klątwę. – Przygryzając wewnętrzną stronę policzka, Alicja zapatrzyła się w blat stołu. W końcu machnęła ręką i zamknęła laptopa, po czym przysunęła na skraj stolika kilka książek, na których się oparła. – Swoją drogą, fajnie tak projektować. Wiernie odtwarzać jakąś postać, myśleć o każdym detalu.

– Oho… Czuję, że właśnie narodziła nam się grupa rekonstrukcyjna. Pomóc szukać wam nazwy? Jestem przekonana, że Eryk też zapali się do tego pomysłu.

Ala spojrzała na mnie z wyrzutem i oskarżycielsko wyciągnęła palec w moją stronę.

– A której z nas Jola powiedziała, że uroczo by wyglądała w stroju pokojówki? Albo kapłanki moho?

– Miko – poprawiłam odruchowo i roześmiałam się w głos. – Ale fakt, tym Jolka nas obie ścięła z nóg.

Gwoli ścisłości, taki był początek naszej znajomości. Profesorka w trakcie zajęć połączyła nas w kilkuosobowe grupy. Do nas dosiadła się Jola, która była barwna jak kolorowy ptak, czym przyciągała uwagę wszystkich dookoła. Często zmieniała kolor włosów, ich długość, uczesanie, nosiła szkła kontaktowe zmieniające odcień tęczówek, a nawet te powiększające źrenice lub zmieniające ich kształt na pionowy. Jej ubrania były tak stylowe, jakby wciągnęła je z katalogów mody. Najczęściej siedziała gdzieś z boku i nie integrowała się z nikim z naszego rocznika. Jak się później okazało, nie robiła tak dlatego, że ignorowała ludzi, ale ponieważ była chorobliwie nieśmiała. A przynajmniej przy pierwszym spotkaniu, gdy jeszcze nie znała otoczenia.

Początkowo nie udzielała się na żadnych zajęciach, a podczas pracy zespołowej ograniczyła się do robienia notatek i potakiwania. Zmieniło się to, gdy po zajęciach przez przypadek wypadła mi z notesu stara pocztówka z bramą tori. Jolka jako pierwsza schyliła się po kartkę i wówczas, jakby za pstryknięciem palca, jej osobowość zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Nawijała o Japonii, o swoich zainteresowaniach, o tym, że była samoukiem, jeśli chodziło o cosplay, i praktycznie każdy ciuch przygotowywała osobiście. Nosiła peruki, bo po prostu lubiła zmiany. Później speszyła się widząc, że gapimy się na nią z Alą oniemiałe. Szybko zaczęłyśmy ją zapewniać, że nie ma niczego złego czy wstydliwego ani w jej zachowaniu, ani w zainteresowaniach. Ale właśnie to sprawiło, że zaczęłyśmy częściej przebywać z Jolką i chyba mogłam powiedzieć, że szczerze się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy. Była przemiłą i sympatyczną osobą, tylko zdystansowaną wobec ludzi, których odrzucał jej niespotykany wygląd. Przez chwilę miałam wątpliwości, czy podoła na naszym kierunku, skoro sama przyznała, że nie jest dobra w kontaktach międzyludzkich. Niepotrzebnie – kiedyś nam powiedziała, że z dziećmi dogaduje się całkiem nieźle. Od kilku lat trzy popołudnia w tygodniu chodziła do przedszkola, którym kieruje jej ciocia. Czasami pomagała woźnym sprzątać sale, a innym razem bawiła się z dziećmi, które ją uwielbiały, szczególnie gdy czytała im bajki albo robiła cudne origami. I właśnie dlatego zdecydowała się na pedagogikę – bo skoro inni ludzie omijali ją szerokim łukiem lub patrzyli na nią z góry przez to, jak wyglądała, to przynajmniej potrafiła zaskarbić sobie miłość dzieci. A jak wiadomo, one kochają bezwarunkowo.

– Cała Jola – westchnęła przeciągle Ala. – Ale na marginesie: strój tej kapłanki by ci pasował.

Wracając na ziemię, uniosłam brew i krytycznie zmrużyłam oczy.

– Przypomnieć ci, że tobie chciała założyć kocie uszka? Kuba wie? – dodałam, uśmiechając się chytrze na widok rumieńców, które zabarwiły policzki mojej przyjaciółki.

– Dobra, zostawmy to na Halloween – wymigała się, a ja mogłam się założyć, że pomysł niewinnej przebieranki Kuba zrozumiał całkiem opacznie.

Pewnie gdyby była z nami Ewelina, pociągnęłaby Alę za język i trochę ponabijała się z jej chorobliwej wstydliwości, a jednak nie byłam Eweliną i musiałam przyznać, że tematy krążące wokół związków i samego seksu odrobinę mnie… krępowały. A nawet bardziej, bo przez chwilę nie miałam pojęcia, gdzie podziać oczy. Tak chyba już miały osoby, które nie miały absolutnie żadnego doświadczenia w tym temacie.

– Planujecie zrobić domówkę? – skierowałam rozmowę na inne, bardziej neutralne tory.

– Tak myślę… To w studenckim stylu, nie? – spytała, jakby nie do końca była pewna, czy ma rację.

Cóż mogłam jej powiedzieć. Sama byłam w tych sprawach nowicjuszką. Ala, widząc moją konsternację, w zamyśleniu postukała ołówkiem w stertę książek.

– W zeszłym roku ominęła nas impreza, którą urządzali ludzie z naszego roku, więc może w tym…? O, i może Ewelinie i Erykowi udałoby się wyrwać na jeden wieczór! – zawołała podniecona.

Rozszerzone iskrzące się oczy Ali podpowiedziały mi, że trudno będzie nie tylko wybić jej ten pomysł z głowy, lecz także samej wykręcić się z halloweenowej imprezy.

– Jestem przekonana, że mama Eryka będzie wniebowzięta, mogąc zająć się Michałkiem – powiedziałam oględnie, by nie zająć jednoznacznego stanowiska.

– Byłoby super! – Zaklaskała w ręce i wychylając się przez stół, złapała mnie za dłoń. – A ty mogłabyś przenocować u nas, bo przecież nie będziesz wracać w środku nocy do Swarzędza!

Przygryzłam nerwowo usta. Powinnam była odpowiedzieć jej, kopiując uszczypliwy styl Eryka: „Przyznaj od razu, że będziesz potrzebować dodatkowej pary rąk do sprzątania!”, ale nadal byłam zbyt niepewna, by sypać żartami jak z rękawa. Nawet do tego była potrzebna odwaga, a ja nie miałam śmiałości odezwać się w ten sposób. To mnie denerwowało, uwierało jak kamień w bucie. Jakbym została zamknięta we własnej głowie, w której rozgrywały się sceny i potencjalne dialogi. Rozmyślałam nad tym, co powinnam powiedzieć, a czego ostatecznie i tak nie robiłam.

Trwając w tym stanie zawieszenia, bezpowrotnie straciłam okazję na rzucenie zabawnego tekstu. W efekcie zapał Ali przygasł i gdy nie doczekała się ode mnie odpowiedzi, przysunęła się z powrotem do laptopa. Walcząc z notatkami z brudnopisu, starała się zachowywać naturalnie, a jednak dopatrzyłam się między jej brwiami pojedynczej zmarszczki. Jeśli znowu zmartwiłam ją swoją zachowawczością…

Mogłam się wkurzać wyłącznie na siebie, że znowu zasznurowałam usta. Chociaż i tak było lepiej niż na początku, gdy poznałam paczkę przyjaciół Ali. Wtedy czułam się osaczona ich wylewnością, spontanicznością i swobodą, z jaką rozmawiali na całkiem poważne tematy lub, zgoła odmiennie, żartowali, przerzucając się uszczypliwościami i zaśmiewając się przy tym do łez.

Miałam świadomość, jak wiele mnie od nich różniło. Byli dojrzalsi, bardziej doświadczeni. Silni, ambitni, z jasnym planem na życie. Inaczej niż ja, która dopiero ruszała z miejsca. Bo ostatnie lata były przestojem, próżnią, w której każdy dzień wyglądał tak samo. Jak planować, jak w ogóle chcieć cokolwiek zmienić, skoro nie dostrzegałam żadnej alternatywy? Ale Alicja, Kuba, Ewelina, Eryk – moi przyjaciele – pokazali mi, jak wiele zależy ode mnie, że jeśli chcę, to mogę… wszystko. I to „wszystko” mam na wyciągnięcie ręki.

Nigdy nie ryzykowałam, nigdy nie miałam własnego zdania, z wyuczoną służalczością akceptowałam każdą decyzję rodziców i nigdy im się nie sprzeciwiłam. Do czasu, aż zaczęłam zazdrościć. Marzyć. O staniu się odważniejszą i poczuciu, że dokonałam w życiu czegoś, z czego jestem zadowolona. Co jest moje i co sama zrealizowałam. W tej wieloletniej walce, jaką rodzice stoczyli o moje zdrowie, zapomniałam o najważniejszej rzeczy – o sobie. Nie byłam skazana wyłącznie na szpital, na życie pod kloszem, ograniczona tylko do przestrzegania zasad. Miałam prawo do czegoś niesamowicie ulotnego, trudnego do wypracowania. Do szczęścia. Do podejmowania własnych decyzji. Do marzeń. Ale… krok po kroku. Ostrożnie. Powoli. Drobnymi zmianami w końcu ukształtuję swoją przyszłość.

– Myślałam o waszej propozycji. Żebym z wami zamieszkała – powiedziałam ostrożnie.

Ala gwałtownie wciągnęła powietrze i w ostatniej chwili opanowała swój entuzjazm.

– I co?!

– Poczekacie jeszcze trochę? Urabiam rodziców – dodałam, starając się, by nie zabrzmiało to tak dziecinnie, jak w mojej głowie.

Przyjaciółka zacisnęła usta i ochoczo pokiwała głową.

– Jasne, przemyśl to na spokojnie! Dobrze jest rozważyć, czy chcesz zamieszkać z chłopakiem pokroju Kuby – wtrąciła, a na jej usta ponownie wpłynął uśmiech.

Z moich ściągniętych warg wydostało się westchnienie ulgi. Ala była zbyt szczodra. Zbyt wyrozumiała. Była prawdziwą przyjaciółką. Taką, która troszczyła się o innych i dostosowywała się do nich. A to nie lada sztuka. Ja tak nie potrafiłam. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością, bo… Ona chciała nie tylko rozładować atmosferę, lecz także sprawić, bym to ja poczuła się lżej. By było mi łatwiej rozmawiać. Spróbować żartować. I tym razem się na to odważyłam.

– Przypominam ci, że jesteś jego dziewczyną – wypaliłam, kątem oka obserwując reakcję Ali. Nie roześmiała się sztucznie, ale zaczęła szaleńczo przytakiwać.

– Tak, i dlatego ostrzegam, bo wiem, jak potrafi wkurzyć człowieka, kiedy rozsiewa wszędzie swoje rzeczy.

Trochę trudno było mi uwierzyć, że z Kuby może być aż taki bałaganiarz, ale wyobraziłam sobie, jak Alicja chodzi po domu i gderając, zbiera jego ubrania… Bokserki i skarpetki… O kurczę… O tym nie pomyślałam!

Całe szczęście Ala nie zauważyła mojej zaczerwienionej twarzy, bo właśnie ktoś zadzwonił do drzwi.

– Zaraz wracam.

Nawet nie odpowiedziałam, tylko skinęłam sztywno głową. Nie ufałam swojemu głosowi, który najpewniej odmówiłby mi posłuszeństwa. A nie chciałam piszczeć jak jakaś pensjonarka.

By wyrzucić z głowy bzdurne wizje, poskładałam książki, z których już nie korzystałam. Planowałam z powrotem wpiąć kartki z notatkami z wykładu do segregatora, kiedy usłyszałam, jak Alicja otwiera drzwi i… I to wszystko. Nie przywitała się. Nie powiedziała… nic. Zaniepokoiło mnie to. Myślałam, żeby wychylić się na korytarz, zobaczyć, co się stało, ale wtedy zmroził mnie męski głos. Niski. Lekko chropowaty. Wyprany z emocji.

– Cześć. Jest Ewelina?

Rozdział 3

„You’re all I ever wanted,

So can we talk for a minute?

Just stop for a minute.

Cause all I wanna do is you.

Promise you baby.

My love looks better on you”.

Alicia Keys, Love Looks Better

Nie mogłam się ruszyć ani złapać tchu. Jakbym nagle straciła kontakt z własnym ciałem. Wydawało się, że w temperatura w całym mieszkaniu spadła o kilkanaście stopni i czekałam już tylko, aż z moich rozchylonych ust uleci obłok pary. Objęłam się ramionami. Kim był człowiek, który szukał Eweliny? Przecież nie mieszkała tu prawie od początku roku…

– Nie ma jej. Wyprowadziła się.

Drgnęłam porażona mocą głosu Alicji. Pierwszy raz słyszałam, by mówiła tak oschle, ozięble.

– Rozumiem, że wiesz, kim jestem – odpowiedział po chwili mężczyzna. – Pewnie nie mam co liczyć na adres?

– A jak ci się zdaje?

– Czy u niej… U Eweliny wszystko okej?

– Nawet bardzo.

– To dobrze. Kiedy ostatni raz ją widziałem, była w ciąży, więc… Czy… Czy ona…?

Alicja konsekwentnie milczała. I nie odpowiedziała na niewypowiedziane pytanie mężczyzny.

– Rozumiem. W takim razie… – Zawahał się. Dosłyszałam zmianę w jego głosie. Stał się przygaszony i niepewny. – Mogę cię prosić, żebyś przekazała to Ewelinie?

Po odgłosie odgadłam, że mężczyzna musiał przekazać Alicji jakąś kartkę. A ona ją przyjęła.

– Nie mogę obiecać, że to przeczyta – powiedziała na poły przepraszająco, na poły ostrożnie.

– Wiem. Po prostu… Przekaż jej to. Ona podejmie decyzję, co dalej – wyjaśnił i chyba się uśmiechnął, bo jego głos zabrzmiał łagodniej. – To wszystko. Cześć.

Gdy w korytarzu rozbrzmiały kroki mężczyzny, Alicja zamknęła drzwi. I przekręciła wszystkie zamki. Chwilę później pojawiła się w zasięgu mojego wzroku.

– Coś się stało? – spytałam czujnie. Nie chciałam wyjść na ciekawską, ale moją uwagę przykuła koperta, którą przyjaciółka ściskała w dłoniach. List. I dopiero gdy zauważyłam, jak drżą dłonie Ali, przeniosłam wzrok na jej twarz. – O kurde, Ala! Jesteś blada jak ściana! Wszystko w porządku?

Natychmiast zbeształam się w myślach. Jak mogło być okej, skoro Ala sztywnym krokiem podeszła do stolika i położyła list na książkach z taką ostrożnością, jakby była to bomba z opóźnionym zapłonem. Pocierając spocone dłonie o uda, pogrążyła się we własnych myślach. Wyciągnęłam rękę i ostrożnie dotknęłam jej ramienia.

– Alicja, dobrze się czujesz? Zadzwonić po Kubę? Kim był ten koleś? To jakiś znajomy Eweliny? Błagam, powiedz coś, bo zaczynam wariować…!

– To był jej brat – wyszeptała, ledwo poruszając wargami, a ja natychmiast się przymknęłam. – Brat Eweliny.

Z wrażenia bezwiednie uchyliłam usta. Pamiętałam, w jak dramatycznych okolicznościach Ewelina zerwała kontakt ze swoim bratem. Wiedziałam o jej rodzicach, o dziadkach, którzy przejęli opiekę nad nią i jej starszym bratem, ale o Piotrze powiedziała tylko tyle, że był narkomanem i miał znaczący wpływ na rozstanie jej i Eryka. Rozstanie, które było bolesne dla nich obojga i prawie zniszczyło z trudem wypracowane zaufanie, a także niemal całkowicie zaprzepaściło szansę na prawdziwą wielką miłość. Ewelina jednak wróciła, oboje sobie wybaczyli, obiecali, że nie będą patrzeć wstecz. Pobrali się i rozpoczęli wspólne życie, jako rodzina. Temat Piotra nigdy nie wypłynął ponownie i ani ja, ani Alicja nie chciałyśmy wchodzić z butami w życie Eweliny, nie mówiąc już o niepotrzebnym strzępieniu nerwów, gdy była w ciąży. Chociaż czasami… Czasami łapałam ją na tym, że nieświadomie pocierała prawy nadgarstek. Bliznę po oparzeniu, którą jeszcze rok wcześniej zakrywała zieloną bandanką.

– Tess, obiecaj mi coś – wymamrotała raptownie Alicja i łapiąc mnie za rękę, przeszyła poważnym spojrzeniem. – Jeśli kiedykolwiek tu przyjdzie albo zacznie nas nachodzić, nie otwieraj mu pod żadnym pozorem!

– Nigdy go nie widziałam… – wyjąkałam, próbując pozbierać myśli. – Nawet teraz, gdy rozmawiałaś…

– Ale słyszałaś – przerwała. – Więc jeśli kiedyś rozpoznasz ten głos, to… – Na moment przymknęła powieki i zacisnęła usta, próbując się opanować. – Nie wpuszczaj Piotra, nie rozmawiaj z nim, unikaj go, jasne?

– O-okej.

Najwyraźniej strach Alicji udzielił się również i mnie, bo skołowana bezwiednie zgodziłabym się na wszystko. Ostatni raz widziałam ją tak zdenerwowaną, gdy Ewelina przepadła bez wieści, a Eryk przebywał na obserwacji w szpitalu z rozbitą głową…

Zacisnęłam usta, powstrzymując się, by głośno nie pisnąć.

Przypomniałam sobie. Tę rozmowę usłyszałam tylko raz. Na szpitalnym korytarzu Kuba rozmawiał z rodzicami Eryka i tłumaczył, dlaczego chłopak nie chce wnosić oskarżenia o pobicie. Bo zrobił to brat Eweliny. To Piotr zaatakował Eryka.

– Przepraszam, pewnie cię wystraszyłam. – Roztrzęsiona spojrzałam na Alę, która zakłopotana własnym zachowaniem w popłochu przekładała notatki. W końcu zdała sobie sprawę, że robi jeszcze większy bałagan, i zrezygnowana westchnęła ciężko. – Ten facet jest niebezpieczny. Zupełnie się nie spodziewałam, że tu przyjdzie… Że kiedykolwiek wróci… – Zmartwiona potarła zmarszczone czoło.

Natychmiast pokręciłam głową i nakryłam zaciśniętą dłoń Alicji swoją.

– Nie szkodzi. I obiecuję. Będę na siebie uważać. Może już więcej nie będzie was nachodzić, a odpuści, czekając na kontakt ze strony Eweliny – powiedziałam rozsądnie i brodą wskazałam list.

– Możliwe – przyznała, skupiając się na moich słowach.

– Powiesz Ewelinie, że Piotr tu był? Przekażesz jej list?

– Oczywiście – odparła bez najmniejszego zawahania. – Nie moje imię widnieje na kopercie, a i nie mam zamiaru wpływać na decyzję Eweliny. Cokolwiek się w nim znajduje, czy są to przeprosiny, czy numer telefonu, adres… Nie należy to do mnie – dodała uparcie.

Jakby na potwierdzenie własnych słów, wstała, wzięła kopertę i poszła do sypialni. List schowała do torebki.

* * *

W środowy poranek zrobiłam sobie dzień lenia. Poprzedniego wieczoru do późna powtarzałam materiał na popołudniowe ćwiczenia i stwierdziłam, że dobrze będzie dać mózgowi odpocząć, nim ten zacznie parować z przegrzania. Z mamą widziałam się przelotnie, gdy w piżamie zeszłam do kuchni zrobić sobie herbatę jaśminową, a ona akurat dopijała resztki latte z wysokiej szklanki i zbierała notatki, wkładając je do torby z laptopem. Bezwiednie uśmiechnęłam się na ten widok. Jakiś czas temu zdecydowała się wrócić do zawodu i chociaż ja tego nie pamiętałam, przed moim wypadkiem pracowała jako programistka w jednej z poznańskich firm. Niemniej rzuciła etat, by poświęcić mi całą uwagę. Opieka pooperacyjna, wożenie na badania, starania o miejsce w sanatorium, rehabilitacja, moja nauka w domu… Dopiero, gdy zdecydowałam się wreszcie wrócić do szkoły, tata namówił ją, by rozkręciła własny biznes – nie dlatego, że potrzebowaliśmy pieniędzy, ale by dać jej zajęcie. Była na takim etapie przewrażliwienia, że wynajdywała najróżniejsze preteksty i praktycznie bez przerwy kręciła się w pobliżu szkoły. Jeszcze trochę i któryś z nauczycieli zawiadomiłby policję, że pod budynkiem wystaje jakaś stalkerka.

Mama założyła firmę, z tym że zaczęła projektować strony internetowe. Praca zdalna pozwoliła jej na przyjmowanie zleceń od różnych klientów – od dużych, znanych przedsiębiorstw po małe lokalne biznesy. I miło było widzieć, że angażowała się w każdy projekt, a jej pomysłowość i kreatywność zaczynały być rozpoznawalne na rynku.

Zamieniłam z mamą kilka zdawkowych słów, podczas gdy ona zbierała swoje rzeczy i szykowała się do wyjścia. Przygotowałam sobie, zgodne z moją dietą, ketogeniczne placki, porcję warzyw i przeniosłam się do jadalni, gdzie włączyłam telewizor. Z braku lepszych programów zostawiłam telewizję śniadaniową. Zaproszona florystka pokazywała, jak samemu zrobić wiązanki na groby. Zachodziłam w głowę, czy w kolejnej odsłonie zademonstruje dodanie bombek, czerwonych wstążek i laseczek cynamonu do identycznej kompozycji, bo tak naprawdę tylko tymi elementami różniły się one od wieńca adwentowego. Moje rozmyślania nad specyfiką rosnącego konsumpcjonizmu przerwał tata, który akurat wszedł do kuchni przez taras od strony ogrodu.

– O, hej, córuś. A ty jeszcze w piżamie? – Śmiejąc się pobłażliwie, podszedł, by pocałować mnie w czubek głowy.

– Wypadł nam poranny wykład. Idę dopiero na ćwiczenia na trzynastą.

– Aha. Wpadłem tylko po łyk kawy i lecę załatwić papierologię w ZUS-ie. A gdzie mama? – spytał całkiem niewinnie i nalewając kawę z ekspresu, ukradkowo zerknął na zegarek.

– Pojechała do cioci Kamili, bo musi z nią omówić zmiany, jakie ciocia chce wprowadzić w swoim sklepie internetowym. Mówiła też, że w drodze powrotnej zrobi zakupy – odpowiedziałam i widząc jego zasępioną minę, powstrzymałam się od wywrócenia oczami. Praktycznie mogłam usłyszeć, jak przelicza każdą minutę. – Tato, pojadę sama. Poważnie, nie zgubię się w autobusie.

– W to nie wątpię. – Odchrząkując, spojrzał na mnie przepraszająco. – Nie, nie o to chodzi. Mój pracownik musi podjechać po części, więc może cię podrzucić w okolice kampusu.

Cóż, to zmieniało postać rzeczy. Tata miał trzy warsztaty: jeden przy naszym domu, drugi w Morasku, a trzeci koło parku Sołackiego, i jeśli zachodziła taka konieczność, pracownicy wymieniali się między sobą potrzebnymi częściami. W tym akurat nie było nic, co mogłoby wzmóc moją czujność.

– Na pewno?

– Przysięgam – odparł automatycznie, unikając mojego wzroku.

Może ta podejrzliwość była dziedziczna? Zaczynałam wariować jak mama. Najwyższy czas spuścić z tonu.

– No dobrze – przytaknęłam.

– Świetnie! Powiem Tomkowi, że się u nas zjawisz i żeby nie puszczał młodego przed dwunastą – powiedział, dopijając pospiesznie kawę. – Części i tak będą nam potrzebne na jutro.

– Dzięki.

– Nie ma sprawy, Teresko. Widzimy się na kolacji! – zawołał, wychodząc z kuchni.

– Jasne. Pa!