Spóźnieni kochankowie - William Wharton - ebook + audiobook + książka

Spóźnieni kochankowie ebook i audiobook

William Wharton

4,2

Opis

Jack – amerykański biznesmen – porzuca świat interesów, aby na powrót odkryć swoje życie, malując ulice Paryża i żyjąc jak kloszard. Spotkanie z Mirabelle, niewidomą siedemdziesięcioletnią kobietą, odmienia całe jego życie. Związek, który się między nimi rodzi, okazuje się zaskakujący: potężny, niewinny, a jednocześnie głęboko erotyczny. Spóźnieni kochankowie to cudownie ciepła opowieść o miłości, która pokonuje wszelkie bariery, nawet barierę śmierci.

„Dzieło Whartona przypomina nam o tym, że prawdziwie cenne jest nie to, co myślą inni, ale to, co robimy. Spóźnieni kochankowie opowiadają o miłości i śmierci, ciemności i świetle, ważności pracy. Jeżeli ta piękna książka niesie z sobą jakiś morał, to brzmi on następująco: nikt nie jest tak ślepy, by pewnego dnia nie przejrzeć na oczy”.

Richard Burns, „Independent”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 24 min

Lektor: Jerzy Zelnik

Popularność




Mojej żonie, Rose­mary

Opo­wieść ta dzieje się w Paryżu

pomię­dzy kwiet­niem

a listo­pa­dem 1975 roku.

Uwie­rzyć zna­czy zoba­czyć

W.W.

Roz­dział 1

Bum! Nie­spo­dzie­wa­nie ląduję na dło­niach i kola­nach na asfal­cie obok ławki sto­ją­cej w pobliżu pomnika Dide­rota na nie­wiel­kim pla­cyku przy­le­ga­ją­cym do bul­waru Saint-Ger­main, naprze­ciwko kościoła Saint-Ger­main-des-Prés.

Trzy­na­ście bez­cen­nych tubek z farbą leży poroz­rzu­ca­nych dookoła. Moje wspa­niałe szta­lugi, szta­lugi, które wytar­go­wa­łem za trzy­sta fran­ków na Marché Ali­gre, leżą prze­wró­cone z jedną nogą pod­giętą pod sie­bie, a drugą wycią­gniętą w bok, jak gdyby były kula­wym wiel­błą­dem, który pró­buje utrzy­mać się na nogach w cza­sie burzy.

Cho­lera! Tego tylko mi bra­ko­wało. Na­dal trzy­mam w dłoni pędzel, uła­many jakieś osiem cen­ty­me­trów nad moimi knyk­ciami. Na szczę­ście płótno upa­dło poma­lo­waną stroną do góry, mogło więc być jesz­cze gorzej.

Wtedy dopiero ją zauwa­żam. Tuż obok mnie klę­czy star­sza pani ubrana na czer­wono. Wyglą­damy teraz pew­nie jak dwójka klo­szar­dów biją­cych się o jeden rzu­cony na chod­nik nie­do­pa­łek. W pierw­szej chwili uznaję, że wszystko to jej wina, dla­czego, u dia­bła, nie patrzy, gdzie lezie?

Nie pod­no­szę się więc z kolan, sta­ram się nie zwra­cać na nią żad­nej uwagi i zaczy­nam zgar­niać ku sobie roz­sy­pane tubki z farbą, zanim jakiś idiota nadep­nie na któ­rąś z nich. To dopiero byłby bała­gan, kolo­rowe ślady roz­bie­głyby się po całej Dziel­nicy Łaciń­skiej, żółte, zie­lone, kar­ma­zy­nowe. Prze­su­wam się, by pod­nieść płótno i oprzeć je o ławkę, nie dostrze­gam żad­nych uszko­dzeń. Następ­nym razem skryję się we wnęce za ławką, tam nie będą mi już zagra­żać zwa­rio­wane pod­sta­rzałe paniu­sie w czer­wo­nych kostiu­mach.

Póź­niej wra­cam. Kobieta pod­nio­sła się i usia­dła, pociera teraz kolano. Pada­jąc na zie­mię, podarła poń­czo­chy. Jedno kolano krwawi, kobieta liże palec i pociera nim ska­le­cze­nie jak kotka. Nie patrzy jed­nak na swoje kolano. Patrzy na mnie.

– Est-ce que vous êtes pein­tre, mon­sieur, arti­ste pein­tre?1

A co ona sobie, do dia­bła, wyobraża? Że jestem geo­me­trą, który doko­nuje pomia­rów Saint-Ger­main-des-Prés, aby­śmy mogli posta­wić jego kopię na pustyni dla jakie­goś arab­skiego księ­cia, który prze­robi go póź­niej na meczet? Może zna­la­złoby się tam miej­sce dla mojego che­va­let, konia zmie­nio­nego w wiel­błąda. Fran­cuzi nie wie­dzieć czemu nazy­wają szta­lugi che­va­let, co dla mojego nie­do­kształ­co­nego fran­cu­sko-ame­ry­kań­skiego ucha brzmi podob­nie do słowa che­val, koń.

Pochy­lam się i pró­buję posta­wić szta­lugi, wycią­gam tylną nóżkę, potem powoli prze­krę­cam tę, która wygięła się w bok. Wygląda na to, że nic nie jest poła­mane, dzięki Bogu. Mogłoby to zdu­sić w zarodku moją zna­ko­mi­cie się zapo­wia­da­jącą karierę arty­styczną. Choć słowo „szczep” lepiej chyba pasuje w tym kon­tek­ście niż „zaro­dek”.

– Oui, madame, je suis pein­tre, arti­ste pein­tre2.

– Ach, zatem jest pan rów­nież Ame­ry­ka­ni­nem. To bar­dzo cie­kawe.

Wtedy dopiero zauwa­żam jej laskę. Białą. Czuję się jak praw­dziwy kre­tyn. Nie­czu­łość, nie­wraż­li­wość, oto moje naj­więk­sze pro­blemy. Opa­dam na kolana obok star­szej pani.

– Est-ce que je peux vous aider?3

Wydaje mi się, że prze­nika mnie wzro­kiem na wylot. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że ode­zwała się do mnie dosko­nałą, pra­wie cał­ko­wi­cie pozba­wioną obcego akcentu angielsz­czy­zną.

– Ach tak, zauwa­żył pan moją laskę. Poznaję to po zmia­nie pań­skiego głosu. Tak, może mi pan pomóc. Czy mógłby pan pomóc mi pod­nieść się na nogi? Jeśli spró­buję to zro­bić sama, będę musiała uklęk­nąć, a to byłoby dość bole­sne.

Wyciąga ku mnie drobne, gład­kie dło­nie. Łagod­nie poma­gam jej wstać. Prawdę powie­dziaw­szy, pod­nosi się sama, wyko­rzy­stu­jąc moje dło­nie jako opar­cie. Jak na star­szą paniu­się ma wcale silne ramiona.

Pochy­lam się, pod­no­szę z ziemi białą laskę i wsu­wam w jej dłoń. Otrze­puje się ze sta­ran­no­ścią ślepca, który nie wie, gdzie naprawdę się pobru­dził. Zaczyna wyko­ny­wać swoją laską szyb­kie ruchy tuż nad zie­mią, jakby był to radar albo wykry­wa­czem metali poszu­ki­wała skar­bów na plaży.

Widzę, że szuka swo­jej torebki czy raczej torby, która leży dwa metry od niej w stronę kościoła. Pod­cho­dzę i pod­no­szę torbę, potem wcho­dzę w zasięg jej laski i doty­kam jej ręki, wsu­wa­jąc skó­rzane paski w jej dłoń, tak by mogła je uchwy­cić.

– Ach, pro­szę pana, cza­sami tak trudno jest być ślepą. Dzię­kuję za pań­ską uprzej­mość. Bar­dzo mi przy­kro, że na pana wpa­dłam. A może powin­nam powie­dzieć, że zde­rzy­łam się z panem? W każ­dym razie bar­dzo prze­pra­szam. Widzi pan, mam swoje ścieżki, na któ­rych mogę być pewna, że na nikogo ani na nic nie wpadnę, a pan wła­śnie sta­nął na jed­nej z nich. Nie spo­dzie­wa­łam się tu pana. Musi pan bar­dzo cicho pra­co­wać, mon­sieur, w prze­ciw­nym razie usły­sza­ła­bym pana. Oczy­wi­ście, panuje tutaj hałas ze względu na samo­chody. – Wska­zuje laską bul­war Saint-Ger­main. – Powin­nam jed­nak była pana poczuć, a przy­naj­mniej poczuć cudowny zapach ter­pen­tyny. Tak, powin­nam była go poczuć. Chyba już się sta­rzeję, cza­sami trudno jest zdać sobie z tego sprawę.

– Może sta­łem pod wiatr?

Pro­stuje się, uśmie­cha, patrzy mi pro­sto w oczy, oczy­wi­ście jeżeli nie­wi­doma może spoj­rzeć komuś pro­sto w oczy.

– Więc jest pan ame­ry­kań­skim mala­rzem obda­rzo­nym poczu­ciem humoru. Bar­dzo inte­re­su­jące. Nie spo­dzie­wa­łam się tego, a to bar­dzo miła nie­spo­dzianka. W moim życiu nie­czę­sto zda­rzają się przy­jemne nie­spo­dzianki.

Zauwa­żam, że nie jest ubrana wyłącz­nie na czer­wono, już nie. Ma na gło­wie toczek, podobny do tego, który miała w Dal­las Jac­kie Ken­nedy, tylko że ten jest czer­wony, nie różowy, spód­nicę czer­woną jak płaszcz Świę­tego Miko­łaja, swe­te­rek i płaszcz. Płaszcz jest jed­nak teraz dość mocno popla­miony far­bami z mojej palety. Musiała otrzeć się o nią w cza­sie naszego zde­rze­nia, koli­zji, kata­kli­zmu czy jak jesz­cze można to okre­ślić.

– Bar­dzo prze­pra­szam, madame, ale ma pani farbę na płasz­czu. Jeśli zechce pani sta­nąć na chwilę nie­ru­chomo, wywa­bię ją ter­pen­tyną. Jeśli jej teraz nie usunę, zaschnie, a wtedy nie da się już jej sczy­ścić.

– Czy malu­nek na moim płasz­czu jest ładny? Gdyby tak było, wola­ła­bym, aby tam pozo­stał. Cudow­nie byłoby mieć ręcz­nie malo­wany płaszcz, pomalo­wany przez ame­ry­kań­skiego mala­rza w Paryżu, n’est-ce pas? Wpraw­dzie nie mogła­bym go ni­gdy zoba­czyć, ale byłoby to nie­zwy­kle eks­cy­tu­jące.

– Oba­wiam się, madame, że to tylko plama sjeny palo­nej, ochry i kar­ma­zy­no­wej czer­wieni z odro­biną ultra­ma­ryny. Nawet w Salon de Mai nie uznano by tego za szcze­gól­nie inte­re­su­jącą kom­po­zy­cję.

Zazwy­czaj nie jestem tak bar­dzo wyga­dany. Może dzieje się tak dla­tego, że nie­czę­sto ostat­nio mie­wam oka­zję, by mówić po angiel­sku, bawię się zatem wol­no­ścią, jaką daje mi mój wła­sny język, choć myślę, że wynika to po czę­ści z cha­rak­teru tej kobiety, z całej sytu­acji. Chcę dalej cią­gnąć te małe gry słów, naszą zabawę, pra­wie flirt. A może dzieje się tak dla­tego, że wyczu­wam przez skórę, że i ona jest samotna, że i ona chce z kimś poroz­ma­wiać, poćwi­czyć angiel­ski.

– A zatem, mon­sieur, chyba naj­le­piej będzie, jeśli zdejmę płaszcz, aby mógł pan usu­nąć, prze­kształ­cić lub zma­zać pań­skie dzieło sztuki spon­ta­nicz­nej. Wtedy przy­naj­mniej będzie mnie przez dzień czy dwa ota­czał zapach ter­pen­tyny, pamiątka naszego spo­tka­nia. Myślę, że to będzie bar­dzo miłe. Jestem pewna, że będzie to o wiele lep­sze od wizyt w gale­riach. Zawsze czuję się w nich nie­po­żą­da­nym gościem. Wydaje mi się, że nie­któ­rzy mala­rze czują się obra­żeni, kiedy na ich obrazy patrzy nie­wi­domy, być może mają rację. Szu­kam tam jed­nak cze­goś, co chcia­ła­bym zoba­czyć. Z tego, co mówiła mi moja sio­stra Rolande, nie­wiele zmie­ni­łoby się dla mnie, gdy­bym mogła widzieć, nie­wiele więc tracę. No cóż, śle­pota rów­nież miewa swoje dobre strony.

Zaczyna roz­pi­nać guziki i zsuwa z ramion płaszcz. Jest szczu­płą, zgrabną, schludną kobietą. Pod­cho­dzę do niej od tyłu i biorę od niej palto. Prze­kłada torbę i laskę z jed­nej ręki do dru­giej, by wysu­nąć ramię z rękawa.

– Czy nie będzie pani zbyt zimno, madame? Mógł­bym poży­czyć pani swoją mary­narkę, ale jest pra­wie cał­ko­wi­cie poma­zana farbą. Myślę, że zosta­łaby bez pro­blemu przy­jęta do jakiejś gale­rii.

– Nie, nie oba­wiam się, by było mi zimno. Usiądę sobie na ławeczce u stóp mon­sieur Dide­rota. Tam wła­śnie szłam, kiedy spo­tka­li­śmy się w tak nie­ocze­ki­wany czy może raczej nie­spo­dzie­wany spo­sób, nie, to nie są wła­ściwe słowa. Jak naj­le­piej wyra­zić to po ame­ry­kań­sku, mon­sieur?

Przy­siągł­bym, że znowu spoj­rzała mi pro­sto w oczy. Może nie jest wcale cał­ko­wi­cie nie­wi­doma, a może udaje, gdyż z jej tylko zna­nych powo­dów bawią ją spa­cery z białą laską. A może nie jest wcale Fran­cuzką? Mówi po angiel­sku lepiej niż więk­szość zna­nych mi Angli­ków czy Ame­ry­ka­nów, jej język jest tak pre­cy­zyjny, dobór słów tak bogaty i prze­my­ślany.

– Czy zgo­dzi­łaby się pani na „for­tunne”, madame?

– Oczy­wi­ście, to wprost cudowne. Ame­ry­ka­nin z poczu­ciem humoru, a na doda­tek tak ele­gancki. Ależ tak!

Odcho­dzi szyb­kim kro­kiem, kie­ru­jąc się pro­sto w stronę pomnika, nie stuka wcale swoją laską o chod­nik, nie widać w ogóle, by była nie­wi­doma. Nie dzi­wię się teraz wcale, że na mnie wpa­dła. Jeśli szła w takim tem­pie, aż dziw, że oboje prze­ży­li­śmy to zde­rze­nie. Gdy­by­śmy grali w piłkę, dosta­łaby czer­woną kartkę za fau­lo­wa­nie.

Zbie­ram z ziemi wszyst­kie swoje rze­czy. Jeśli nie liczyć roz­ma­za­nej palety i zła­ma­nego pędzla, nie ponio­słem spe­cjal­nych strat. Roz­kła­dam płaszcz na ławeczce i zaczy­nam wycie­rać go jedną z moich szma­tek zamo­czoną w ter­pen­ty­nie.

Wczo­raj w pobliżu mojej kry­jówki w Basty­lii zna­la­złem na śmiet­niku trzy ręcz­niki. Wszyst­kie były mocno prze­tarte na środku, ale na szmatki do farby nada­wały się po pro­stu zna­ko­mi­cie. Podar­łem je na mniej wię­cej trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trowe kwa­draty. Teraz posłu­guję się naj­lep­szą z nich.

Pro­blem polega na tym, by nie roz­cie­rać farby bar­dziej, niż jest to abso­lut­nie konieczne, a jed­no­cze­śnie by usu­nąć ją z mate­riału. Praca zaj­muje mi około dzie­się­ciu minut, inną czę­ścią szmatki wycie­ram każdy kolor. Kiedy koń­czę, na płasz­czu widać tylko wil­gotną plamę ter­pen­tyny.

W Paryżu zaczyna się już wio­sna. Gałę­zie kasz­ta­now­ców wypusz­czają dopiero pierw­sze listki, które wychy­lają się wła­śnie z pąków, nie ma jesz­cze nawet śladu kwia­tów. Znana pio­senka opo­wiada o kwiet­niu w Paryżu, gałę­ziach kasz­ta­now­ców obsy­pa­nych kwia­tami i tak dalej, ale kwiaty tak naprawdę poja­wiają się dopiero w maju. Dzi­siaj mamy dzie­wiąty kwiet­nia, ale choć słońce świeci jasno, tem­pe­ra­tura zale­d­wie pozwala na malo­wa­nie; chłód nie spra­wia już przy­naj­mniej, że palce sztyw­nieją, a farba zastyga na pale­cie, jed­nak star­sza pani musiała nie­źle zmar­z­nąć bez płasz­cza. Przy­glą­dam się swo­jemu dziełu po raz ostatni.

Rzu­cam okiem w jej stronę. Chry­ste, gołę­bie obsia­dły ją od stóp do głów! Sie­dzą na jej ramio­nach, na gło­wie, na kola­nach, a jed­nego trzyma w dłoni. Jak ślepa kobieta mogła schwy­tać gołę­bia?

Pod­cho­dzę do niej. Kiedy się zbli­żam, więk­szość pta­ków pod­rywa się w powie­trze, kilka siada na ziemi u jej stóp, obser­wują, co się teraz wyda­rzy.

Nie­na­wi­dzę gołębi. Jeśli zamie­rza pozwa­lać, by ją obsia­dały, zna­czy to, że stra­ci­łem tylko czas i ter­pen­tynę, aby usu­nąć plamy. Za chwilę cała będzie pokryta gołę­bimi kup­kami, jaką więc róż­nicę może jej spra­wić kilka plam farby? Cho­lera, gołę­bie to lata­jące szczury, nic wię­cej!

Zwraca się ku mnie, kiedy dzieli nas jesz­cze około trzech metrów.

– Ach, to ame­ry­kań­ski malarz przy­szedł do nas z wizytą. Pro­szę się nie przej­mo­wać, moi skrzy­dlaci towa­rzy­sze przy­lecą z powro­tem, kiedy prze­ko­nają się, że jest pan moim przy­ja­cie­lem.

A zatem pod­nie­siony zosta­łem do rangi przy­ja­ciela. Czy może to tylko dosłowny odpo­wied­nik fran­cu­skiego ami? Jeśli zaś cho­dzi o gołę­bie, w zupeł­no­ści wystar­czy, że nie będą srać na mnie czy na mój obraz.

– Oczy­ści­łem pani płaszcz z farby. Zapach powi­nien wkrótce się ulot­nić. Mam nadzieję, że nie będzie prze­szka­dzał gołę­biom.

Cóż mi szko­dzi przy­naj­mniej spró­bo­wać zacho­wy­wać się uprzej­mie? Star­sza pani pod­nosi się i wkłada płaszcz. Popra­wia ramiona, spraw­dza dło­nią, czy koł­nierz jest wła­ści­wie uło­żony, zapina guziki. Wszystko to robi szyb­kimi, swo­bod­nymi ruchami, bez pośpie­chu, ale bar­dzo efek­tyw­nie. Zwraca oczy w moją stronę. Wydają mi się zupeł­nie nor­malne, nie dostrze­gam kata­rakty czy bielma. Wyglą­dają na cał­ko­wi­cie zdrowe, wrota pro­wa­dzące do duszy.

– Czy mógłby pan posie­dzieć ze mną przez chwilę, mon­sieur le pein­tre? Nie­czę­sto zda­rza mi się z kimś poroz­ma­wiać, a zwłasz­cza z mala­rzem, ame­ry­kań­skim mala­rzem. Dziwne, ale zdaje mi się ostat­nio, że gram rolę w fil­mie, jed­nym z tych rucho­mych obra­zów, o któ­rych sły­sza­łam.

Siada, a ja sia­dam obok niej. Kamienna ławka jest bar­dzo zimna, zauwa­żam, że ona sie­dzi na małej, dmu­cha­nej podu­szeczce. Sięga do swej torby i wydo­bywa z niej drugą, iden­tyczną, zwi­niętą w małą paczuszkę roz­mia­rów cygara.

– Pro­szę, może pan na niej usiąść, w prze­ciw­nym razie może pan zacho­ro­wać na nerki.

Boże, jak­bym sły­szał moją matkę! Wydaje mi się, że potrafi czy­tać w moich myślach, nie tylko „widzieć”, choć jest nie­wi­doma. Czuję się dość głu­pio, ale nadmu­chuję podu­szeczkę i wsu­wam ją pod sie­dze­nie. Jest wygodna i nie prze­pusz­cza zimna, a poza tym jest o wiele bar­dziej miękka od twar­dego kamie­nia. Star­sza pani naprawdę wie, jak radzić sobie z takimi spra­wami.

W dzień taki jak dzi­siej­szy, kiedy świeci słońce, szybko robi się cie­pło. Jed­nak kiedy tylko zosta­nie zasło­nięte przez nad­cią­ga­jące czarne i białe chmury, pod­rywa się chłodny wie­trzyk i natych­miast robi się zimno. Teraz jed­nak słońce oświe­tla cudowne fran­cu­skie chmury takie jak na obra­zach impre­sjo­ni­stów, ni­gdzie indziej takich nie widzia­łem. Mam nadzieję, że pew­nego dnia zbiorę w sobie dość odwagi, by samemu spró­bo­wać je nama­lo­wać.

Prze­klęte gołę­bie naprawdę wró­ciły. Wygląda na to, że nie zwra­cają na mnie zbyt­niej uwagi, jak gdyby star­sza pani była w sta­nie zapew­nić im cza­ro­dziej­ską opiekę. W tej chwili cała jej uwaga sku­piona jest na pta­kach. Obser­wuję ją, a ni­gdy w życiu nie widzia­łem cze­goś rów­nie dziw­nego.

Ma nie­wielki skła­dany przy­bor­nik ze skóry, dobry mecha­nik mógłby nosić w podob­nym swoje klu­cze, ten jest tylko odro­binę mniej­szy. Otwarty przy­bor­nik leży obok niej na ławce, w środku znaj­dują się nie­wielkie nożyczki, dwie pin­cetki, duża i mała, różne meta­lowe dłutka, wyka­łaczki, krót­kie patyczki z watką na końcu, nie­wielkie bute­leczki pach­nące alko­ho­lem i kilka małych pil­ni­ków. Widzę też butelkę ze środ­kiem odka­ża­ją­cym.

Sam nie wiem, jak ona to robi, wysuwa przed sie­bie palec, nie kła­dzie na nim nawet nic do jedze­nia, i kilka z tych zwa­rio­wa­nych gołębi pod­la­tuje natych­miast, by na nim usiąść. Wybiera jed­nego z pta­ków, powoli i deli­kat­nie kła­dzie dłoń na jego grzbie­cie. Kiedy gołąb kuli się, pod­nosi go do góry. Deli­kat­nie roz­kłada jego skrzy­dła i prze­suwa wzdłuż nich pal­cem. Jeśli natrafi na uszko­dzone pióro, pró­buje je wypro­sto­wać, jeśli pióro jest zła­mane, wyrywa je szyb­kim szarp­nię­ciem, dotyka wraż­li­wymi pal­cami pochewki i zakra­pia ją odro­biną środka odka­ża­ją­cego.

Bada w ten spo­sób całe ciało ptaka, spraw­dza, maca, popra­wia. Wygląda na to, że gołę­biom bar­dzo się to podoba, trak­tują to jak szwedzki masaż. Nie trze­pocą skrzy­dłami, aby wyrwać się z jej rąk, żad­nej paniki, odprę­żają się i pod­dają jej woli. Póź­niej bada łapki, szu­ka­jąc łusek, jak sądzę, wygła­dza lub spi­ło­wuje stward­nie­nia, przy­cina pazurki, jeżeli jest to konieczne, czy­ści ich oko­lice, myje całą łapkę. Gdy­bym był gołę­biem, chciał­bym, by ktoś dbał tak o mnie. Nie srał­bym wtedy na pomniki.

Jeden z pta­ków ma zain­fe­ko­wany staw, w miej­scu gdzie palec łączy się z łapką. Kobieta czy­ści go sta­ran­nie, deli­kat­nie, ale fachowo, szuka opu­chli­zny i apli­kuje na chore miej­sce alko­hol i śro­dek odka­ża­jący.

Skoń­czyw­szy opa­try­wać kolej­nego gołę­bia, sięga pew­nym ruchem do każ­dej z dzie­się­ciu tore­bek, które usta­wiła obok swego uda. Wybiera poje­dyn­cze zia­renka, jak gdyby były to wita­miny w piguł­kach, i karmi nimi ptaka, któ­rym się wła­śnie zaj­muje. W tym cza­sie gołąb stro­szy piórka, szybko dotyka wszyst­kiego dzio­bem, spraw­dza­jąc, co z nim zro­biła.

Gołąb wybiera ziarna, póź­niej łagod­nym ruchem kobieta wypusz­cza go z dłoni. Kolejne ptaki pod­ry­wają się do lotu, wyko­nu­jąc kilka kółek w powie­trzu, a potem lądują na posągu Dide­rota na szybką kupkę. Wygląda na to, że ich ulu­bio­nym miej­scem jest pióro w dłoni pisa­rza, sama dłoń i głowa. Obsia­dły całą postać Dide­rota. Sie­dzi na nim o wiele wię­cej gołębi niż na star­szej pani, ale nic dziw­nego, jest od niej dzie­sięć razy więk­szy. Posąg pokryty jest białą war­stwą pta­siego kału, zasła­nia­ją­cego zie­loną patynę.

Patrzę, jak kobieta opa­truje w ten spo­sób pięć czy sześć gołębi. Jestem nazbyt zafa­scy­no­wany, by choćby pomy­śleć o powro­cie do pracy. Ni­gdy w życiu nie widzia­łem niczego podob­nego. W liceum hodo­wa­łem kanarki, kocha­łem wprost ich śpiew. Ale gołę­bie potra­fią jedy­nie gul­go­tać bez prze­rwy, sam ten dźwięk dopro­wa­dza mnie do wymio­tów. Muszę jed­nak przy­znać, że ni­gdy nie widzia­łem, by ktoś zaj­mo­wał się pta­kami tak jak ta star­sza pani.

Wyko­nu­jąc te wszyst­kie czyn­no­ści, nie prze­rywa roz­mowy ze mną, naj­czę­ściej to ona zadaje pyta­nia. Jest skon­cen­tro­wana na ptaku, któ­rym się zaj­muje, ale co pewien czas „spo­gląda” w moją stronę i uśmie­cha się do mnie. Zaczy­nam rozu­mieć, że poznaje, gdzie jestem, po gło­sie, zapa­chu, Bóg wie czym jesz­cze. Domy­ślam się, że robi to, aby nie krę­po­wała mnie jej śle­pota. Udaje dla mnie, że widzi. Ja jed­nak czuję się skrę­po­wany, nic nie mogę na to pora­dzić. Na­dal nie potra­fię domy­ślić się, jak to moż­liwe, że patrzy mi pro­sto w oczy. Dziwne.

– Od dawna mieszka pan w Paryżu, mon­sieur le pein­tre?

– Od pra­wie pię­ciu lat.

– A jed­nak ma pan na­dal silny ame­ry­kań­ski akcent. Skoro tak długo mieszka pan w Paryżu, powi­nien pan mówić o wiele lepiej po fran­cu­sku.

Wielki Boże, powie­dzia­łem do niej może pięt­na­ście słów po fran­cu­sku. Nie wie­dzia­łem, że jest aż tak źle.

– Oba­wiam się, że nie mam ucha do języ­ków, madame. Sta­ram się nauczyć fran­cu­skiego, ale to bar­dzo trudne. Mówię teraz o wiele lepiej niż rok temu, a to już pewne osią­gnię­cie.

Moja roz­mów­czyni kon­cen­truje się na lotce, którą należy usu­nąć. Byłaby świet­nym chi­rur­giem, jej dło­nie są tak szyb­kie i pewne.

– Ma pan zatem dobre oczy, a ja dobre uszy. Razem wiele mogli­by­śmy dowie­dzieć się o świe­cie, gdy­by­śmy tylko potra­fili się tym podzie­lić. Pra­wie nikt nie wyko­rzy­stuje swo­ich talen­tów. Dopiero gdy utraci się jeden z posia­da­nych darów, zaczyna się dostrze­gać i doce­niać pozo­stałe. – Tu prze­rywa na długą chwilę, ostroż­nie usuwa pióro i zakra­pia pochewkę środ­kiem odka­ża­ją­cym. – Teraz będziesz czuł się o wiele lepiej, Orlando. Będziesz mógł latać szyb­ciej od samo­cho­dów, a pióro wkrótce ci odro­śnie. – Ponow­nie odwraca się w moją stronę i uśmie­cha. – Mam nadzieję, że nie prze­szka­dza panu, że roz­ma­wiam z moimi gołę­biami. Każ­demu z nich nada­łam imię, to moi jedyni przy­ja­ciele, cała moja rodzina. Stara nie­wi­doma kobieta bywa cza­sami bar­dzo samotna.

– Ja sam mówię do gołębi, madame, cza­sami to jedyne stwo­rze­nia, z któ­rymi mogę poroz­ma­wiać. – Nie mówię jed­nak, że naj­czę­ściej prze­kli­nam je, kiedy pod­ry­wają się nagle z fur­ko­tem skrzy­deł za moimi ple­cami, wła­śnie wtedy, kiedy pró­buję skon­cen­tro­wać się na malo­wa­niu. Można dostać ataku serca, kiedy całe stado gołębi pod­rywa się nagle do lotu. – Nie znam ich jed­nak tak jak pani, madame. Kiedy do nich mówię, wydaje się im pew­nie, że mówię do sie­bie, nie są w sta­nie niczego się ode mnie dowie­dzieć. Ni­gdy nie byłem z nimi tak bli­sko jak pani.

– No cóż, przy­cho­dzę tutaj codzien­nie od trzy­dzie­stu lat. Od końca wiel­kiej wojny sie­dzę tutaj od dzie­sią­tej rano aż do czasu, gdy dzwony wybiją połu­dnie. Gołę­bie w sta­dzie zmie­niają się, ale samo stado pozo­staje to samo. Znają mnie pisklęta i ptaki, które przy­łą­czają się z innych stad. Widzi pan, gołę­bie to naj­ła­god­niej­sze, naj­uf­niej­sze, naj­mniej agre­sywne stwo­rze­nia na ziemi. Jestem prze­ko­nana, że są w sta­nie się poro­zu­mie­wać, mają swoją mowę, ale choć słu­cham ich zawsze uważ­nie, nie zdo­ła­łam poznać ich języka. Ludzie mogą jed­nak wiele się od nich nauczyć, dowie­dzieć się, jak powinni żyć.

Żyję na uli­cach, zda­rza mi się więc spo­ty­kać naj­róż­niej­szych waria­tów, ale tym razem tra­fi­łem na okaz spe­cjalny – nie­wi­domą sta­ruszkę, która chce roz­ma­wiać z gołę­biami w nadziei, że nauczą ją, jak powinni żyć ludzie.

Zaczy­nam oba­wiać się, że spo­tka­łem następ­nego świra. Roz­wi­ną­łem w sobie szó­sty zmysł, który pozwala mi na odróż­nie­nie praw­dzi­wych waria­tów. Ta kobieta zdaje się jed­nak inna. Oprócz tego, co mówi o gołę­biach, wydaje mi się nor­mal­niej­sza, mądrzej­sza, inte­li­gent­niej­sza od wszyst­kich ludzi, z któ­rymi zda­rzyło mi się od dłuż­szego czasu roz­ma­wiać.

Czuję jed­nak też, że pora już wra­cać do mojego malo­wa­nia. Posta­no­wi­łem nama­lo­wać tę kobietę u stóp pomnika. Zde­cy­do­wa­nie przyda mi się wyraźna barwna plama w tle, czer­wony świet­nie by wyglą­dał na tle zie­leni drzew w parku przy kościele. Naszki­cuję jedy­nie syl­wetkę Dide­rota, zarys brązu, kilka gołębi i skłon w stronę kościoła po prze­ciw­nej stro­nie ulicy.

– Pora wra­cać do pracy, madame. Świa­tło się zmie­nia, a ja chciał­bym skoń­czyć dzi­siaj pod­ma­lówkę.

– Co pan maluje? Czy może kościół?

Na­dal nie potra­fię przy­jąć do wia­do­mo­ści, że jest nie­wi­doma. Kiedy mówi coś takiego, wydaje mi się, że żar­tuje, ale zda­rzało mi się to już prze­cież z ludźmi widzą­cymi. Sie­dzę sobie przed inte­re­su­ją­cym mnie wido­kiem, sta­ra­jąc się oddać go mak­sy­mal­nie wier­nie, a oni stają obok, roz­glą­dają się dokoła zasko­czeni i w końcu pytają, co wła­ści­wie maluję. Takie pyta­nia dopro­wa­dzają mnie do sza­leń­stwa, nie naj­le­piej działa to rów­nież na moją wiarę we wła­sne moż­li­wo­ści.

Z początku wyda­wało mi się, że żar­tują, ale tak nie jest, po pro­stu nie potra­fią patrzeć, tak jak ja nie potra­fię nauczyć się fran­cu­skiego. Ale ta kobieta jest oczy­wi­ście naprawdę nie­wi­doma. Wie tylko, że stoję obok pomnika Dide­rota. Mogę prze­cież malo­wać kawiar­nię czy nawet Hôtel Madi­son.

– Tak, madame. Maluję kościół, ale nie tylko. Po lewej stro­nie obrazu znaj­dzie się posąg Dide­rota, dalej bul­war Saint-Ger­main i Le Drug­store, po dru­giej stro­nie ulicy Les Deux-Magots i rue Bona­parte. Na środku obrazu znaj­dzie się wieża kościoła, nawa prze­tnie obraz na pół. W tle umie­ści­łem ogród, w któ­rym bawią się dzieci, a na pierw­szym pla­nie bul­war i przy­sta­nek auto­bu­sowy.

Prze­staje zaj­mo­wać się gołę­biem i słu­cha mnie uważ­nie. Przy­myka oczy, jak osoba widząca, która stara się wyobra­zić sobie jakiś obraz.

– Zna­ko­mi­cie pan to opi­sał, widzę to teraz w myślach. Chcia­ła­bym zoba­czyć pań­ski obraz. Całe swoje życie prze­ży­łam w tej dziel­nicy. Domy­ślam się, że jest pan bar­dzo dobrym mala­rzem, ponie­waż, jak sądzę, jest pan dobrym czło­wie­kiem. Dzię­kuję za oczysz­cze­nie mojego płasz­cza i za dotrzy­ma­nie mi towa­rzy­stwa. Mam nadzieję, że będzie pan zado­wo­lony ze swo­jego obrazu, gdy już pan go skoń­czy.

Gdy to mówi, dzwony Saint-Ger­main-des-Prés zaczy­nają bić pięk­nym, głu­chym, pustym tonem. Naj­pierw kilka nut, potem cre­scendo, które w miarę jak tempo nara­sta, pod­nosi mnie na duchu. Wła­śnie w Paryżu nauczy­łem się kochać dzwony. Nie­zbyt daleko stąd niż­szy ton dzwo­nów Saint-Sul­pice wita połu­dnie, zapra­sza na tak ważny dla Fran­cu­zów déjeuner4.

Star­sza nie­wi­doma dama zaczyna skła­dać swoje narzę­dzia, umiesz­cza je kolejno w przy­bor­niku. Zbiera woreczki z ziar­nem, potem sięga do więk­szego i rzuca na zie­mię przed sie­bie tro­chę ziarna. Zwraca się w moją stronę:

– W ten spo­sób nie zauwa­żają, że odcho­dzę, łatwiej jest im się z tym pogo­dzić. Pro­szę mi powie­dzieć, czy są wśród nich jakieś mniej­sze ptaszki?

Patrzę na ptaki i dostrze­gam wśród gołębi kilka wró­bli, które wydzio­bują nawet wię­cej, niż im się należy.

– Tak, wró­ble.

– Czy gołę­bie wal­czą z nimi o poży­wie­nie?

Patrzę i pewien jestem, że nie, ptaki odpy­chają się, aby dotrzeć do upa­trzo­nego zia­renka, ale nie dzio­bią się, nie wal­czą pomię­dzy sobą czy z małymi wró­blami.

– Nie, nie wal­czą. Pozwa­lają mniej­szym ptasz­kom brać to, na co mają ochotę.

– Sam pan zatem widzi, mon­sieur, jak wiele możemy nauczyć się od gołębi. – Po tych sło­wach bie­rze laskę i wyciąga dłoń w moją stronę. Wymie­niamy uścisk dłoni. – Czy będzie pan tu jutro pra­co­wał nad swoim obra­zem?

– Tak, pod warun­kiem że nie będzie zbyt zimno albo nie będzie padał deszcz.

Pod­nosi głowę, prze­chyla ją w lewo i w prawo jak poin­ter szu­ka­jący tropu.

– Nie, pogoda będzie taka jak dzi­siaj. Mam zatem nadzieję, że zoba­czymy się jutro.

Obser­wuję, jak odwraca się i odcho­dzi szyb­kim kro­kiem, z rzadka tylko posłu­gu­jąc się laską. Powie­działa, że się „zoba­czymy”. Dziwne, że nie­wi­doma mówi o widze­niu.

Wra­cam do mojego płótna. Zosta­wiam wolne miej­sce tam, gdzie zamie­rzam ją nama­lo­wać. Będę musiał zapy­tać ją, czy nie ma nic prze­ciwko temu. Oczy­wi­ście, ni­gdy by się o tym nie dowie­działa, ale uznaję, że tak wła­śnie należy postą­pić. Uczę się podob­nych rze­czy powoli, ale nie­za­wod­nie. Coś, co jed­nemu czło­wie­kowi wydaje się zupeł­nie oczy­wi­ste i logiczne, dla dru­giego może oka­zać się potwor­nym gwał­tem, każdy z nas jest inny. Szkoda, że nie nauczy­łem się tego wcze­śniej. Zapy­tam ją jutro, zanim na poważ­nie zabiorę się do malo­wa­nia.

Kilka godzin pra­cuję nad pod­ma­lówką. Zazwy­czaj idzie mi to o wiele szyb­ciej, ale w kilku obra­zach olej­nych, które do tej pory nama­lo­wa­łem, odkry­łem błędy rysunku lub kom­po­zy­cji moż­liwe do przy­ję­cia czy wręcz nie­wi­doczne na początku, które rzu­cają się w oczy po ukoń­cze­niu pracy. Sta­ram się usu­nąć wszel­kie podobne usterki.

Mimo to czuję jed­nak, że cze­kają mnie pro­blemy podobne do tych, które mia­łem z poprzed­nimi płót­nami. Nawet jeśli uda mi się wyko­nać poprawny rysu­nek, nie tylko dokładny, ale odpo­wied­nio zakom­po­no­wany, nawet jeśli pod­ma­lówka wydaje się odpo­wied­nia, wła­ściwa, w moim obra­zie bra­kuje pasji. Czuję, że nie jestem w sta­nie zawrzeć, umie­ścić w moich obra­zach głę­bo­kich uczuć, jakie wywo­łuje we mnie przed­miot moich obra­zów, Paryż, życie. Cze­goś w nich bra­kuje, pomię­dzy mną a tym, co chcę powie­dzieć, wyra­sta ściana stra­chu, nie­pew­no­ści. Poja­wia się też aro­gan­cja. Wydaje mi się, że nie potra­fię roz­luź­nić się, wpaść w obraz, stać się jego czę­ścią. Może przyj­dzie to w miarę prak­tyki, kiedy mniej już będą mnie tra­pić pro­blemy tech­niczne, mam przy­naj­mniej taką nadzieję.

Około pią­tej po połu­dniu świa­tło zaczyna przy­ga­sać. Czuję, że pod­ma­lówka jest już pra­wie skoń­czona, jeśli prze­schnie przez noc, powierzch­nia powinna być jutro rano gotowa do impa­stu. Zacznę od nieba, spró­buję uchwy­cić zmienne, cza­ro­dziej­skie chmury na płyn­nym błę­ki­cie nieba. Przyda mi się teraz mój błę­kit pary­ski.

Kie­dyś spró­buję malo­wać na mokro, przejść bez­po­śred­nio z pod­ma­lówki do impa­stu bez susze­nia płótna. Tak malo­wał Rem­brandt i kilku innych wiel­kich Holen­drów, a także nie­któ­rzy Włosi.

Pakuję szta­lugi, wie­szam na nich płótno i ruszam do domu. Mógł­bym poje­chać auto­bu­sem linii 86, który dowió­złby mnie pra­wie do samego domu, ale lubię spa­ce­ro­wać po Paryżu. To wła­śnie trzy­mało mnie przy życiu przez naj­gor­sze dni. Poza tym o tej porze dnia auto­busy są zazwy­czaj pełne, a bar­dzo łatwo pobru­dzić kogoś wil­gotną farbą, nawet jeśli jest to tylko pod­ma­lówka.

Idę bul­wa­rem Saint-Ger­main, prze­cho­dzę na drugą stronę przez Pont Sully, a potem ulicą Henri IV kie­ruję się w stronę Basty­lii. Idę rue de la Roqu­ette, potem robię sobie skrót wąską uliczką o nazwie rue Kel­ler. Spa­cer ten zaj­muje mi około czter­dzie­stu pię­ciu minut. Szta­lugi są tak lek­kie, że pra­wie nie zauwa­żam ich cię­żaru. Cho­dze­nie pomaga mi rów­nież zacho­wać kon­dy­cję. Dzi­siaj naprawdę będzie mi sma­ko­wała kola­cja.

Wcho­dzę w pas­sage des Tail­lan­diers, ulicę, przy któ­rej miesz­kam. Jest wcze­śnie, więc domo­fon nie został jesz­cze włą­czony. Prze­śli­zguję się bez kło­potu obok loge de con­cierge5. Znam nazwi­sko pew­nego mala­rza miesz­ka­ją­cego w tym budynku, gdyby zatem zda­rzyło się, że kon­sjerżka zapyta mnie, dokąd idę, odpo­wiem, że chcę go odwie­dzić. Prawdę powie­dziaw­szy, ni­gdy nie widzia­łem tego mala­rza, mam nadzieję, że ni­gdy go nie spo­tkam.

Wcho­dzę na górę klatką scho­dową C, naj­mniej uży­waną. O tej porze więk­szość rze­mieśl­ni­ków poszła już do domu. Cicho, ale pew­nym kro­kiem, jak gdy­bym był u sie­bie w domu, pobrzę­ku­jąc w dłoni kół­kiem z nie­po­trzeb­nymi klu­czami, wcho­dzę na samą górę, mijam ostat­nie drzwi pro­wa­dzące do miesz­ka­nia, wcho­dzę wyżej i przez cięż­kie prze­ciw­po­ża­rowe drzwi dostaję się na ciemny strych, le gre­nier.

Nie ma tu żad­nego oświe­tle­nia. Wycią­gam ze schowka latarkę, zapa­lam ją i wcho­dzę w wąski kory­ta­rzyk pro­wa­dzący do poszcze­gól­nych pomiesz­czeń na stry­chu, kie­ru­jąc się do pokoju, który uzna­łem za wła­sny, choć jestem tu tylko dzi­kim loka­to­rem. Się­gam po klucz ukryty nad drzwiami i wcho­dzę do środka.

Woń sta­rego kurzu, suchego drewna pokry­tego tro­ci­nami, stę­chłe powie­trze, oto zapa­chy mojego domu. Usta­wiam szta­lugi i obraz w kącie pokoju. W pochy­łym sufi­cie umiesz­czony jest świe­tlik z meta­lową pod­pórką. Otwie­ram go, chcąc wpu­ścić tro­chę powie­trza. Szpary w drzwiach zasła­niam starą kotarą, aby nie prze­pusz­czały świa­tła na kory­tarz, i zapa­lam dwie świeczki. Zdej­muję płótno ze szta­lug i usta­wiam je pomię­dzy świecz­kami. Roz­glą­dam się dokoła, by spraw­dzić, czy nikt tu nie grze­bał. Wydaje mi się, że minął co naj­mniej rok od chwili, gdy wszedł tu ktoś oprócz mnie. Nie wiem nawet, który z miesz­czą­cych się na dole zakła­dów rze­mieśl­ni­czych wyko­rzy­sty­wał to pomiesz­cze­nie jako maga­zyn.

Wycią­gam zza belki mate­rac z pianki i śpi­wór, które cho­wam tam za dnia. Wyj­muję malutką kuchenkę gazową i litrowy słój z goto­wa­nymi warzy­wami. Do tego biorę butelkę wina i pół bagietki, którą kupi­łem dwa dni temu. Jem tylko raz dzien­nie, jestem więc naprawdę głodny. Mia­łem już pra­wie ochotę pod­kraść gołę­biom tro­chę ziarna.

Zapa­lam gaz na kuchence i w sta­rym garnku pod­grze­wam mój bez­mię­sny gulasz. Wycią­gam łyżkę zza filaru i nale­wam sobie szkla­neczkę wina, tylko na tyle pozwa­lam sobie każ­dego dnia. Butelka za sześć fran­ków musi star­czyć mi na cały tydzień. Oprócz kosz­tów mate­ria­łów malar­skich, wino, gaz do kuchenki, bagietki i świece skła­dają się na całość moich wydat­ków.

Sie­dzę w świe­tle zapa­da­ją­cego zmierz­chu i powoli jem por­cję gula­szu. Pro­szę, ja, czło­wiek, który całe życie żywił się mię­sem i ziem­nia­kami, sta­łem się z przy­musu wege­ta­ria­ni­nem. Na początku strasz­nie narze­ka­łem, ale teraz, po kilku mie­sią­cach, myślę cza­sami, że nie potra­fił­bym prze­łknąć steku czy nawet wypie­czo­nego ham­bur­gera. Czuję się przy tym o wiele lepiej. Ale moż­liwe, że to dla­tego, iż ostat­nio dużo bie­gam.

Przy­glą­dam się obra­zowi. W tym oświe­tle­niu, kiedy nie mogę porów­ny­wać go z rze­czy­wi­sto­ścią, wygląda o wiele lepiej. Praw­do­po­dob­nie dzi­siaj nie będę malo­wał we śnie. Cały pomysł malo­wa­nia obra­zów olej­nych, bio­rąc pod uwagę koszty, to sza­leń­stwo, ale nie potra­fię go od sie­bie ode­pchnąć. Nie mam poję­cia, jak kie­dy­kol­wiek zdo­łam sprze­dać je dosta­tecz­nie drogo, by zwró­ciły mi się przy­naj­mniej koszty płótna i farb, nie wspo­mnę nawet o zaro­bie­niu kilku fran­ków. Gdy­bym jed­nak musiał wró­cić do rysun­ków i akwa­reli, poczuł­bym się tak, jak gdyby odrą­bano mi obie nogi. Będę jed­nak musiał to zro­bić, by ochro­nić moją wol­ność.

Szta­lugi kupi­łem za gro­sze. To praw­dziwe skła­dane szta­lugi, wyko­nane z twar­dego drewna z łącze­niami w jaskół­czy ogon i mosięż­nymi oku­ciami. Mają pew­nie z pięć­dzie­siąt lat, są więc star­sze ode mnie. Nie mają meta­lo­wych wkła­dek ani dodat­ko­wej szu­flady jak te współ­cze­sne, są za to mocne i lek­kie. Są tak skon­stru­owane, że nogi skła­dają się do tyłu, dodat­kowo je wzmac­nia­jąc. W skrzynce można zmie­ścić prak­tycz­nie wszystko – farby, paletę, pędzle, ter­pen­tynę, wer­niks, olej, szmatki, można na nich usta­wić płótno do roz­miaru 25 F. Całe są przy tym wysma­ro­wane farbą, co jesz­cze pod­kre­śla ich auten­tycz­ność. Czuję dresz­czyk już choćby dla­tego, że wycho­dzę, by z nimi malo­wać. Czuję się wtedy jak Monet, Pis­sarro, Cézanne czy Sisley, praw­dziwy malarz w ple­ne­rze.

Bar­dzo głę­boko zasta­na­wia­łem się nad dobo­rem farb. W pobliżu zna­la­złem sklep HMB. Nie jest to sklep dla arty­stów, zaopa­truje w farby pra­cu­ją­cych w tej dziel­nicy rze­mieśl­ni­ków. Płacę tutaj za farby i pędzle połowę tego, co przy­szłoby mi zapła­cić gdzie indziej. Zde­cy­do­wa­łem się na farby Le Franc Bour­ge­ois, są nie­zbyt dro­gie, a nie ma w nich zbyt dużo spo­iwa czy oleju. Kupuję duże tuby. Sta­ra­łem się trzy­mać tanich kolo­rów, umiesz­czo­nych pod nume­rami 1 i 2 na sze­ścio­stop­nio­wej skali. Kupi­łem biel tyta­nową i czerń kostną. Pamię­ta­łem, że w cza­sie stu­diów, kiedy marzy­łem o tym, że zostanę mala­rzem, były to moje ulu­bione kolory.

Póź­niej kupi­łem kolory ziemi. Gdyby oka­zało się to konieczne, malo­wał­bym tylko nimi oraz czer­nią i bielą. Kupi­łem sjenę paloną i natu­ralną, umbrę paloną i żółtą ochrę. Póź­niej naby­łem tubę jasnej ultra­ma­ryny. Razem dało to sie­dem kolo­rów. Aby uzu­peł­nić widmo, nie­zbyt dużym kosz­tem dokupi­łem jesz­cze fio­let ultra­ma­ry­nowy, naj­tań­szy z fio­letów, wszyst­kie pozo­stałe ozna­czone były nume­rami 5 lub 6. Do tego żółć chro­mową i oranż chro­mowy, oby­dwa miały mi zastą­pić barwy kad­mowe, które ozna­czone są szóstką. Następ­nie wybra­łem kar­ma­zyn ali­za­ry­nowy. Z zie­leni wybra­łem zie­leń roślinną. Jest prze­zro­czy­sta i można wyko­rzy­sty­wać ją do pod­ma­lówki, a zmie­szana z kolo­rami ziemi i żół­cią będzie się nada­wać do malo­wa­nia liści. Na koniec posze­dłem na całość i naby­łem błę­kit pary­ski jako trzy­na­sty kolor do mojej palety. Malo­wa­nie pary­skiego nieba bez błę­kitu pary­skiego byłoby praw­dzi­wym sza­leń­stwem.

Kupi­łem pędzle ze świń­skiej szcze­ciny numer 4, 8 i 10 oraz luk­sus nad luk­susami, bor­su­czy pędzel numer 6. Kosz­to­wał mnie 42 franki, co wystar­czy­łoby mi na życie na dwa tygo­dnie.

Wer­niks przy­go­to­wuję sam z krysz­ta­łów żywicy syn­te­tycz­nej, którą kupuję w HMB. Tam też naby­wam puszki bia­łej farby akry­lo­wej do grun­to­wa­nia płótna, a także pół­ga­lo­nowe puszki ter­pen­tyny i oleju lnia­nego. Na ogół zosta­wiam kilka krysz­tał­ków w nylo­no­wej poń­czo­sze, która moczy się w ter­pen­ty­nie. Pró­buję uzy­skać odpo­wiedni skład wer­niksu, naj­czę­ściej pole­gam wyłącz­nie na swoim szczę­ściu i wyczu­ciu.

Naj­wię­cej kosz­tuje mnie płótno. Połowę wszyst­kich pie­nię­dzy wyda­łem na belę suro­wego dre­li­chu w skle­pie dla mala­rzy. Pod­kra­dam drew­niane listwy ze stry­chu i sam zbi­jam z nich blejt­ramy. Mocuję na nich płótno plu­skiew­kami, w koszu na śmieci na ulicy zna­la­złem mło­tek z uła­maną ręko­je­ścią. Krótki trzo­nek w zupeł­no­ści mi wystar­cza, mam teraz mło­tek i pędzel z obła­ma­nym trzon­kiem.

Płótno nacią­gam pal­cami, udaje mi się w ten spo­sób osią­gnąć wcale nie­zły efekt. Pewien pro­blem sta­no­wiło wybra­nie odpo­wied­niego dnia na nacią­ga­nie płótna i pod­grze­wa­nie kleju do jego grun­to­wa­nia. W week­endy nie ma tu jed­nak pra­wie nikogo, a kon­sjerżka wyjeż­dża na nie­dziele, uzna­łem więc, że będzie to naj­lep­szy dzień. Przy­bi­ja­nie jest okrop­nie hała­śliwe, a klej śmier­dzi jak cho­lera.

Na takiej wła­śnie pracy spę­dzi­łem całą ostat­nią nie­dzielę, naj­pierw zebra­łem tylko warzywa i tro­chę owo­ców na zamknię­tym targu warzyw­nym Marché d’Ali­gre. Han­dla­rze wyrzu­cają wszystko, co zaczyna się psuć. Gotuję swój gulasz na cały tydzień, rów­no­cze­śnie nacią­gam płótna i przy­go­to­wuję klej, wszyst­kie zapa­chy łączą się wtedy razem.

Zbi­łem pięć blejt­ra­mów, po nacią­gnię­ciu zagrun­to­wa­łem płótno i nało­ży­łem dwie war­stwy farby akry­lo­wej. Nacią­gną­łem je ślicz­nie i mocno, a potem scho­wa­łem za belką. Nada­łem im stan­dar­dowe fran­cu­skie wymiary, dwa płótna to 15 Figure, trzy pozo­stałe to 25 Figure, o wymia­rach mniej wię­cej sześć­dzie­siąt na dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów. W tej chwili pra­cuję nad jed­nym z więk­szych, 15 Figure roz­cza­ro­wało mnie, oka­zało się za małe. Powoli staję się praw­dzi­wym wiel­kim mala­rzem, nie zara­biam jed­nak na tym ani gro­sza.

Wszyst­kie te tanie roz­wią­za­nia nie będą w sta­nie odsu­nąć zbli­ża­ją­cej się ruiny finan­so­wej, jeżeli nie zdo­łam sprze­dać tych cho­ler­nych obra­zów. Obli­czy­łem, bio­rąc pod uwagę jedy­nie war­tość zuży­tych mate­ria­łów, a nie mojego czasu i pracy, że w każde wykoń­czone płótno inwe­stuję około stu fran­ków. Zna­czy to, że powi­nie­nem dostać za nie co naj­mniej trzy­sta. Nie­wielu ludzi włó­czy się po uli­cach z podobną sumą w kie­szeni, jesz­cze mniej jest takich, któ­rzy byliby skłonni wydać ją na obraz nama­lo­wany przez byle kogo. Praw­do­po­dob­nie zdo­łam je sprze­dać latem. Będę po pro­stu musiał!

Nie skarżę się jed­nak. Wszystko na razie idzie jak należy, czuję się przy tym świet­nie. Wiem, że wszystko będzie dobrze. Czuję, że pomimo prze­ciw­no­ści, moje życie zaczyna nabie­rać nowego sensu.

Naj­gor­sza jest samot­ność. Usi­łuję z nią wal­czyć, ale cią­gle powraca. Sta­ram się rów­nież dbać o higienę. Raz w tygo­dniu cho­dzę do publicz­nej łaźni przy komi­sa­ria­cie poli­cji nie­da­leko Marché d’Ali­gre. Sta­ram się zeskro­bać z ciała naj­gor­szy brud, a potem udep­tuję ubra­nie, by je w ten spo­sób prze­prać. Wykrę­cam mokre rze­czy, upy­cham je w folio­wej tor­bie i zano­szę na strych, by tutaj wyschły. Mam dru­gie ubra­nie, które wkła­dam po wyj­ściu z kąpieli. Na­dal jed­nak wyglą­dam jak żebrak. Być może spra­wia to broda. Pró­bo­wa­łem skra­cać ją nożycz­kami, ale kiedy nosi się udep­tane, nie­wy­pra­so­wane rze­czy i brodę, nawet jeśli jest się czy­stym, czło­wiek wygląda jak klo­szard. Nie­ła­two golić się co rano bez cie­płej wody. Maszynka do gole­nia zwięk­szy­łaby tylko moje wydatki, poza tym polu­bi­łem moją brodę. Zdaje się zdej­mo­wać ze mnie prze­kleń­stwo MBI, popy­chać mnie we wła­ści­wym kie­runku, w kie­runku, który wybra­łem sobie na resztę mego życia.

Mniej wię­cej raz na mie­siąc noszę rze­czy do pralni samo­ob­słu­go­wej. Wrzu­cam wszystko do jed­nej pralki, oprócz dresu, który piorę ręcz­nie, a póź­niej wkła­dam wszystko do suszarki, co kosz­tuje mnie jed­nego franka. Za pra­nie łącz­nie z susze­niem płacę sie­dem­na­ście fran­ków, to dużo, jed­nak przez kilka następ­nych dni pachnę jak anioł, moje pod­ko­szulki świecą wła­snym bla­skiem, a dżinsy mają kanty.

Koń­czę jedze­nie, gaszę świece i przez chwilę wyglą­dam przez świe­tlik w sufi­cie. Cią­gle pla­nuję, że wdra­pię się na górę i umyję szybkę, żeby móc obser­wo­wać niebo, ale oba­wiam się, że wła­ści­ciel mógłby zauwa­żyć, że na stry­chu poja­wił się nowy miesz­ka­niec. Pogoda popra­wia się, mogę zatem zosta­wiać na noc otwarte okno i obser­wo­wać gwiazdy, jeżeli tylko je widać. Z doświad­cze­nia wiem już, jak sze­roko mogę otwo­rzyć okienko, aby deszcz nie padał mi do środka.

Przed zapad­nię­ciem w głę­boki sen przy­po­mi­nam sobie, że jutro powi­nie­nem zajść do biura Ame­ri­can Express, aby spraw­dzić, czy nie ma do mnie żad­nych listów od Lor­rie albo dzieci. Chcę też napi­sać do nich, poin­for­mo­wać, że u mnie wszystko w porządku i o tym, jak świet­nie idzie mi malo­wa­nie.

Marze­nia w mroku

Jego zapach tak bar­dzo różni się od zapa­chu innych męż­czyzn, nie tylko ze względu na ter­pen­tynę. I jego głos, cza­sami spo­kojny, kiedy odpo­wiada na moje pyta­nia, ale kryje się w nim pasja. A jed­no­cze­śnie to smutny czło­wiek, samotny czło­wiek. Myślę, że jest dobrym mala­rzem.

Jak to miło z jego strony, że chciał usiąść ze mną pod pomni­kiem. Stopy mon­sieur Dide­rota pach­niały dzi­siaj stę­chli­zną, praw­do­po­dob­nie od desz­czu i gołębi. Dzi­siaj zapach ten był sil­niej­szy niż zwy­kle.

Nie wydaje mi się, by mon­sieur le pein­tre lubił moje gołę­bie. Wyczu­łam to w jego gło­sie, w spo­so­bie, w jaki sie­dział, choć dostał prze­cież moją podu­szeczkę. Wyczu­łam, że był skrę­po­wany. Muszę nauczyć go kochać je tak, jak ja je kocham. Mam nadzieję, że wróci jutro. Z dru­giego pokoju na­dal dobiega mnie zapach ter­pen­tyny.

Mam nadzieję, że nie byłam wobec niego zbyt bez­po­śred­nia. Tak rzadko zda­rza mi się poroz­ma­wiać z kimś, kto nie myśli tylko o mojej śle­po­cie. To ich śle­pota. Tak czę­sto zda­rza mi się czuć żal wobec tych, któ­rzy muszą żyć wewnątrz świata, a nie na zewnątrz tak jak ja. To musi być dla nich naprawdę trudne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Est-ce que vous êtes pein­tre, mon­sieur, arti­ste pein­tre? (franc.) – Czy jest pan mala­rzem, arty­stą mala­rzem? [wróć]

Oui, madame, je suis pein­tre, arti­ste pein­tre (franc.) – Tak, pro­szę pani, jestem mala­rzem, arty­stą mala­rzem. [wróć]

Est-ce que je peux vous aider? (franc.) – Czy mogę pani pomóc? [wróć]

Déjeuner (franc.) – obiad. [wróć]

Loge de con­cierge (franc.) – pokój dozor­czyni. [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Last Lovers

Copy­ri­ght © 1991 by Wil­liam Whar­ton

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2011, 2016, 2021

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Elż­bieta Ban­del

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Lucyna Talejko-Kwiat­kow­ska

Foto­gra­fia na okładce

Krzysz­tof Kwiat­kow­ski

© Getty Ima­ges (biały gołąb)

Wyda­nie II e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Spóź­nieni kochan­ko­wie, dodruk, Poznań 2011)

ISBN 978-83-7818-027-2

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer