Spowiedź diabła - Adrian Bednarek - ebook + książka

Spowiedź diabła ebook

Bednarek Adrian

4,5

Opis

Jestem diabłem. Sam tak stwierdzisz, gdy dowiesz się, co zrobiłem.

Siedemnastoletnia Sonia, dziewczyna z dobrego i bogatego domu, zostaje oskarżona o zabójstwo brata bliźniaka. Odurzony alkoholem i narkotykami chłopak zastaje ją podczas erotycznej randki on-line, a następnie wypada z balkonu, skręcając sobie kark. Zrozpaczeni rodzice usiłują ratować przynajmniej ostatnie ze swoich dzieci i za kwotę dwóch milionów złotych wynajmują kancelarię Kuby Sobańskiego oraz jego wspólniczki Sandry. Tymczasem z kliniki odwykowej wychodzi dawna dziewczyna Kuby, Julia – obecnie pisarska celebrytka, autorka bestsellerowej książki „Sypiałam z Rzeźnikiem Niewiniątek”.

Czy diabeł może odkupić swoje winy? „Spowiedź diabła” pokazuje, że ci, w których widzimy bohaterów, niekiedy sami są katami...
Gdybym miała wskazać książki napisane przez podszepty samego Lucyfera, bez wahania wskazałabym te, które wyszły spod pióra Adriana Bednarka.


Agata Kądziołka, naczytane.blogspot.com

Chcesz wniknąć w umysł seryjnego mordercy? I nie boisz się, że główny bohater ci się spodoba?
Spowiedź diabła” zachwyca treścią, zbudowanym napięciem, sposobem poprowadzenia fabuły i plastycznym językiem. Polecam czytelnikom odważnym i z otwartym umysłem.


Izabela Kursik Gwarda, prawieblogoksiazkach.blogspot.com

Jeśli istnieje bohater, który mógłby się mierzyć z najmroczniejszymi czarnymi charakterami znanymi w literaturze, to jest nim właśnie Kuba Sobański! „Spowiedź diabła” wstrząsa do głębi! Polecam!

Klaudia Pankowska, porozmawiajmy-o-ksiazkach.blogspot.com

Adrian Bednarek powraca, a wraz z nim Kuba Sobański! W trzecim tomie historii Rzeźnika Niewiniątek napięcie rośnie z każdą stroną i nie pozwala oderwać się aż do samego końca. Choć zdawać by się mogło, że wraz z odejściem Ady umarły demony drzemiące w Kubie, tym samym kończąc działalność krakowskiego Rzeźnika, to jednak przeszłość nie zapomina upomnieć się o swoje. Czy odważysz się przekonać, jaka zbrodnia tym razem wyszła spod pióra Adriana Bednarka? Czy wysłuchasz „Spowiedzi diabła”?

Sara Glanc, koszzksiazkami.pl

Adrian Bednarek, ur. w 1984 r. w Częstochowie – absolwent Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Od lat zafascynowany tematyką kryminalną, w szczególności postaciami seryjnych morderców. Wielki fan sportu żużlowego, nałogowy biegacz. Pisanie uważa za swoją największą pasję. Uwielbia tworzyć historie, w których głównymi bohaterami są skomplikowane, czarne charaktery. Sympatię czytelników zyskał dzięki powieściom „Pamiętnik diabła” (2014) i „Proces diabła” (2015), opisującym losy Kuby Sobańskiego, seryjnego mordercy z Krakowa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 586

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Delikatny chłód majowej nocy, następującej po upalnym dniu, wdzierał się przez otwarte drzwi balkonowe, działając na jej rozgrzane ciało niczym powiew z klimatyzatora. Temperatura w pokoju sięgała najwyżej osiemnastu stopni, lecz na jej ciele dochodziła do czterdziestu. Kolejny wieczór spędzała w rodzinnej posiadłości sama. Ojciec jak zwykle przebywał w podróży służbowej sponsorowanej przez podatników, matka zaliczała następne party z przyjaciółkami lub seks z młodocianym, sowicie opłacanym kochankiem, a brat włóczył się po mieście w nadziei, że jakaś naiwna niunia dostrzeże drzemiący w nim potencjał. Taki stan rzeczy jej odpowiadał, uwielbiała samotność. Wtedy mogła robić, co tylko chciała.

Siedziała w skórzanym fotelu obrotowym przed biurkiem w swoim pokoju. Wnętrze oświetlał jedynie ekran monitora. Ciszę zakłócały: granie świerszczy za oknem, wentylator komputera i jej ciche jęki. Drżącymi z podniecenia dłońmi uderzała w klawiaturę, wystukując swoje fantazje w otwartym oknie czatu, który prowadziła z użytkownikiem o nicku Pewny_siebie 31, jej nowym ulubionym towarzyszem zabaw. Napisała swoją kwestię i czekając, aż on odpowie, wsunęła lewą dłoń pod fioletową koszulę nocną w białe groszki. Pod spodem nie miała niczego. Zbliżyła drżący palec wskazujący do wilgotnego krocza, wcześniej pocierając opuszkiem o rozpaloną łechtaczkę. Zamierzała dojść po raz trzeci tej nocy.

Pewny_siebie 31 potrafił ją podniecić jak nikt inny. Poznali się trzy dni temu w pokoju czatowym o nazwie „Bez zahamowań”, który odwiedzała niemal każdego samotnego wieczoru. Stanowił dla niej odskocznię od szarej codzienności. Pozwalał choć na chwilę zapomnieć o realnym życiu. Pewny_siebie 31 od razu przypadł jej do gustu. Nie pytał, jak ma na imię, co u niej słychać, nie skamlał o wysłanie zdjęć ani nie proponował zabawy przed kamerą w zamian za doładowanie telefonu na kartę, co było nagminne wśród chłopaków szukających okazji do masturbacji na czacie. On pozostawiał wszystko wyobraźni. Zawsze gotów robić dokładnie to, co chciała. I naprawdę potrafił sprostać jej wymaganiom. A nie było to łatwe. Uwielbiała wydawać polecenia, wcielać się w najbardziej wyuzdane role, wyobrażać sobie seks w miejscach publicznych, poniżać lub być poniżaną. W każdym zdaniu, każdym słowie, które pisał, wyczuwała jego dojrzałość. Sądząc po nicku, był dużo starszy od niej i właśnie to pociągało ją najbardziej.

Oczywiście znała swoją wartość. Nie należała do grona szukających przyjemności w sieci zakompleksionych dziewczyn, które buszowały po pokojach erotycznych, udając wyzwolone i seksowne cizie. Zdawała sobie sprawę ze swojej atrakcyjności, mogła mieć prawie każdego chłopaka w swoim wieku. Ale siedemnastolatkowie jej nie interesowali. Byli mało skomplikowani, wiecznie pijani i wciąż próbowali pokazać, jacy są zajebiści. Myśleli, że używając tanich tekstów rodem z najbardziej żałosnych piosenek boys bandów, zdobędą jej serce i dzięki temu będą mogli spacerować z nią po parku, trzymając za rękę w ciągu dnia, i pieprzyć w samochodach swoich rodziców w nocy. Budzili w niej obrzydzenie. Najchętniej nabiłaby ich wszystkich na drewniane pale, pozbawiając powoli życia niczym Wład Palownik zwany Drakulą, zabijający swoich jeńców wojennych. Na sam dźwięk tych niedojrzałych, przechodzących mutację głosów ożywała w niej nienawiść, jakiej nie czuła do niczego innego na świecie. Wprost nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie osiągnie pełnoletniość i prawdziwi mężczyźni zaczną chodzić z nią do łóżka bez obaw, że jej rodzice wpadną na pomysł wniesienia oskarżenia o molestowanie albo inną uprzykrzającą życie pierdołę, która akurat przyjdzie im do głowy. Czatowe zabawy z dorosłymi mężczyznami przenosiły ją do krainy prawdziwej rozkoszy.

Pewny_siebie 31, mimo że był znakomity, dziś kazał jej czekać wyjątkowo długo. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie rozmawia z kimś jeszcze. Naturalnie zapewniał ją, że nie. Podobnie jak o tym, że jest trzydziestojednoletnim przystojnym singlem i że jego penis ma dwadzieścia jeden centymetrów długości. W każdej kwestii mógł kłamać, ale jej to nie interesowało. Liczyła się tylko wyobraźnia popychająca ją w objęcia postaci pojawiającej się za każdym razem, gdy zamykała oczy.

Odpowiedział po trzech minutach jej intensywnej masturbacji. Słowa pojawiające się na ekranie jeszcze bardziej ją rozpalały. Idealnie trafiał w jej potrzeby. Odchyliła się nieco na fotelu. Podciągnęła koszulkę. Pewny_siebie 31 zaczynał się rozkręcać. Pisał coraz więcej i szybciej. W końcu skupił się tylko na niej. Podniecona wpatrywała się w ekran, czytając kolejne kwestie. Pieściła się, używając do tego już trzech palców. Drugą ręką ścisnęła z całej siły lewą pierś. Wcześniej polizała palce niczym kotka myjąca się za pomocą języka. Robiła dokładnie to, co on pisał. Jej dłonie stały się dłońmi kochanka. Pewny_siebie 31 wylewał z siebie potok podniecających słów.

Czuła, że to jest ten moment. Wkraczają w decydującą fazę przejażdżki autostradą rozkoszy. Wilgotną dłonią napisała: „Kontynuuj, jestem blisko”. A potem wróciła do sprawiania sobie przyjemności. Jej ciche, przypominające mruczenie jęki się nasiliły. Bosymi stopami ścisnęła stalową podstawę fotela. Wszystkie mięśnie na jej ciele napinały się i rozluźniały. Momentami zamykała oczy. Mocniej ściskała pierś. Według ustalonej fabuły ona była nastoletnią turystką, on przystojnym brunetem jadącym na spotkanie na najwyższym piętrze w londyńskim domu handlowym Harrods. Brał ją w oszklonej windzie, przykuwając zazdrosne spojrzenia obrzydliwie bogatych Anglików robiących właśnie zakupy. Dobrze znała

ten londyński przybytek luksusu. To było jej ulubione miejsce wiosennych zakupów. On twierdził, że też je zna, co przydawało ich randce pikanterii i realizmu. Pewny_siebie 31 nie przestawał pisać. Zachowywał się tak, jakby chciał zamęczyć jej ciało rozkoszą, prowadząc ponownie na szczyt. Zawsze tak robił, kiedy była już blisko.

Zmienili pozycję. Teraz oparł ją plecami o szybę windy. Kazał złapać się rękami metalowego łączenia pod sufitem. Jedną jej nogę ułożył na swoim barku, ponownie w nią wszedł i poruszał się gwałtownie, ściskając jej policzki. Zrobiła dokładnie to, co napisał. Przycisnęła plecy do oparcia fotela, położyła nogę na biurku, puściła pierś, chwyciła się za twarz. Niemal czuła siłę jego rąk i penisa. Serce przyspieszało, wydawała coraz głośniejsze jęki, nie potrafiła się powstrzymać. Świat rzeczywisty przestał dla niej istnieć. Poczuła, jak krew odpływa jej z głowy, przed oczami robi się ciemno, a łydki zaczynają drżeć. Była już tak blisko…

Jasność rozświetlająca ciemny pokój pojawiła się znienacka, powodując, że odpływająca krew na ułamek sekundy zamarzła. Jakby temperatura ciała spadła do minus czterdziestu stopni. Zastygła bez ruchu z jedną dłonią głęboko w sobie, a drugą zaciśniętą na policzkach. Poczuła nieprzyjemne kłucie w gardle, jakby połknęła jabłko razem z ogryzkiem. Szok minął po kilku sekundach, natychmiast opuściła nogę i wyjęła drżącą dłoń spod koszuli nocnej. Uświadomiła sobie, że nie jest już sama w pokoju. Siedziała tyłem do wejścia, chciała się odwrócić, ale była jak sparaliżowana. Jedyne, na co się zdobyła, to wytarcie wilgotnej dłoni o koszulę nocną.

Usłyszała kroki. Słabo widoczne odbicie nieproszonego gościa pojawiło się na ekranie komputera. Została przyłapana w bardzo niekomfortowej sytuacji. Powinna poczuć wstyd, ale nie była w stanie. Wciąż trzęsły jej się ręce. Zatrzymała się kilometr przed końcem autostrady prowadzącej do orgazmu, kiedy on wszystko popsuł. Jego śmierdzący oddech zdążył się roznieść po całym pokoju. Poczuła nienawiść ponownie rozgrzewającą krew w żyłach.

– No proszę, co za niecodziennie przyjemny widok. Przeszkodziłem ci w czymś? – spytał rozbawionym tonem. Brzmiał jak klown-zabójca z bardzo kiczowatego horroru. – Nie spodziewałem się, że tak sprośne rzeczy chodzą ci po głowie. Bardzo mnie to cieszy.

Nienawidziła brata równie mocno, jak wszystkich chłopaków w jego wieku. Był najgorszy z nich, a musiała znosić jego widok każdego dnia. Mieszkali razem, chodzili do tej samej klasy i robili wiele rzeczy, na które nigdy nie miała ochoty. Zagryzła wargi. Nie odpowiedziała na jego zaczepkę.

– Co my tu mamy… – Pochylił się nad nią.

Zastanawiało ją, jak długo mógł się przyglądać i czy czerpał z tego przyjemność. Wiedziała, że i tak jej nie dotknie. Od dawna darzył ją pewnego rodzaju szacunkiem, na który ciężko sobie zapracowała. Mimo to spojrzał na ekran laptopa. Śmierdziało od niego jak z wytwórni spirytusu. Z pewnością nie wszedł do domu w sposób dyskretny. Jego stan by na to nie pozwolił. To ona się zatraciła, powinna była usłyszeć, że wchodzi. Ale przez czatową zabawę straciła kontakt ze światem.

Kątem oka spojrzała na godzinę wyświetloną w prawym dolnym rogu ekranu. Dochodziła północ, mogła się spodziewać, że wróci do domu właśnie w okolicach północy. Większość wieczorów spędzał z podobnymi sobie idiotami. Palili jointy, pili piwo, stawiali dziewczynom najlepsze drinki tylko po to, żeby zrobić na nich wrażenie i w końcu dobrać im się do majtek. Jej rówieśniczki też nie grzeszyły inteligencją, dlatego od czasu do czasu tamtym się udawało. W tygodniu nigdy nie wracał później niż o pierwszej. Dziś podobnie. Schylając się, otarł swoją przepoconą, przesiąkniętą tanimi damskimi perfumami koszulkę o jej ramię. Nienawiść w jej ciele zaczęła narastać. Poczuła dreszcze na plecach. Z początku wydały się przyjemne, ale po chwili zaczęły przypominać wściekle drapiące robaki. Obróciła się na krześle w jego stronę. Zrobił niewielki krok w tył. Była wściekła. Nie miał prawa przebywać w jej pokoju.

– Wyjdź stąd – powiedziała zdecydowanym tonem. Szybko wróciła z windy w domu handlowym Harrods do bolesnej rzeczywistości dzielonej z niedojrzałym gówniarzem.

Brat zignorował jej słowa. Zerknął na jej spocone uda i zaczął czytać tekst wyświetlony na ekranie.

– Przyciskam cię do ściany, twoje pośladki opierają się o chłodne szkło windy, prowokując zazdrosne, wypełnione pożądaniem spojrzenia tych wszystkich żałosnych ludzi, którzy nie mają prawa nawet śnić o tym, by cię mieć. Jesteś moja, chcę ogłosić to całemu światu w jedyny sposób godny twojej doskonałości. Unoszę twoją pachnącą wilgotnym potem nogę i kładę na moim ramieniu. Znów w ciebie wchodzę. Robię to coraz szybciej, chwytając w dłoń twoje aksamitne policzki. Rękami wciąż trzymasz się chłodnego metalu przy suficie. Uderzasz obcasem o konsolę z guzikami. Uruchamiasz windę. Jedzie w górę, a wraz z nią my – na szczyt naszego pożądania – czytał komicznie podnieconym głosem. Stał przed nią z krokiem na wysokości jej głowy. Zobaczyła, że ma wzwód. Zebrało jej się na wymioty. – Od zawsze wiedziałem, że lubisz miejsca publiczne – drwił z niej. Jego śmiech narastał, budząc w niej coraz większą nienawiść. Drapanie na plecach się nasiliło.

Z trudem przełknęła ślinę i podniosła się z prędkością kobry królewskiej z dumą prezentującej swój kołnierz przed wstrzyknięciem śmiercionośnego jadu przeciwnikowi. On znów zrobił krok w tył. Wystraszył się. Zmierzyła go wzrokiem. Był od niej wyższy o cztery centymetry. W jej ciemnozielonych oczach płonęło wciąż jeszcze niedogaszone podniecenie i świeżo rozpalona nienawiść. Nie tylko do niego, ale do wszystkich małolatów, którzy myślą, że są zajebiści. Na białkach jego rozmytych, szarych gałek ocznych lśniły wyblakłą czerwienią siateczki żyłek. Znów, oprócz alkoholu, raczył się marihuaną. Wyglądał odrażająco. Jego twarz pokrywały początki zarostu, jasne, utrwalone lakierem włosy miał zaczesane do góry. Ubrany był w obcisłą różową koszulkę, podkreślającą nieudane próby wyćwiczenia mięśni, i czarne dżinsy. Na prawej ręce lśnił srebrny zegarek. Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że jest gejem. Ale znała, więc dobrze wiedziała, jakie są jego upodobania. Śmiał się coraz głośniej. Jego śmiech działał na nią niczym magma na wulkan. Wywoływał erupcję.

– Bądź tak uprzejmy i wyjdź z mojego pokoju – powiedziała opanowanym tonem, zaciskając dłonie w pięści. Sama się zdziwiła, że nie krzyknęła. Zawsze w takich sytuacjach dostawała szału. Teraz gotowała się w środku, ale nie pozwoliła nerwom wydostać się na zewnątrz. – Chcesz na mnie patrzeć? Myślałam, że dorosłeś. – Kosmyk jej kasztanowych, wciąż jeszcze mokrych po umyciu, włosów opadł na twarz. Odgarnęła go na bok.

– Dorosłem, chcesz zobaczyć, jak bardzo? – Bezczelnie wskazał palcem na swój wzwód. Nie zareagowała, patrzyła na niego wzrokiem, w którym tliła się nienawiść. – Pachniesz… – Udał, że zaciąga się powietrzem wokół niej. – Pachniesz seksem, siostrzyczko. Szkoda, że to zabawa z własną ręką i panem anonimowym. Chyba najwyższa pora zmienić ten stan rzeczy. – Znów się zaśmiał i spróbował zrobić krok w jej kierunku.

Nie cofnęła się przed nim.

– Wynoś się! – Nie wytrzymała. Spróbowała uderzyć go w twarz.

Choć był całkowicie zalany, zrobił unik. Trafiła w ramię. Cofnął się o dwa kroki. Spojrzał na swoją koszulkę. Złapał za fragment materiału, którego dotknęła, i przyłożył sobie do nosa.

– Mmmm… twój wirtualny macho prawdopodobnie dałby się zabić, żeby móc poczuć ten zapach… – Wciąż się śmiał. – Ciekawe, czy wie, że jesteś taka waleczna. – Język mu się plątał, ewidentnie nie zamierzał wyjść, a ona nie potrafiła go do tego zmusić.

– Wynoś się! – Spróbowała go ponownie uderzyć. Tym razem pięścią.

Znów zrobił unik.

– Uspokój się, siostrzyczko! – Zdawał się świetnie bawić. – Wybacz, że ci przerwałem. No już, wracaj do swojego księcia z bajki, zanim ucieknie.

Cały czas się śmiał, nie zwracał uwagi na żadną groźbę ani próby ataku. Chwiejnym krokiem ruszył na balkon. Jej balkon! Idąc, wyciągnął z tylnej kieszeni spodni pomiętą paczkę papierosów, a z niej skręta. Nie potrafiła nic zrobić. Poczuła się bezradna. On wciąż się śmiał – ona musiała to znosić. Drapanie po plecach stawało się coraz bardziej intensywne.

– À propos – powiedział, nawet się nie odwracając. – Chętnie popatrzę, jak kończysz swoją zabawę. Nie krępuj się. A jeśli on cię nie zadowoli, zawsze możesz liczyć na mnie. Na pewno się nie zawiedziesz.

Udawał, że mówi poważnie, namiętnym tonem. Wychodząc na balkon, ponownie roześmiał się na cały głos. Jego śmiech drażnił jej mózg niczym dźwięk maszyny do borowania zębów. Zaciskała dłonie w pięści. Czerwone tipsy wbiły się w skórę nadgarstków, powodując pieczenie. Cała się trzęsła. Widziała, jak wychodzi na balkon, odpala jointa i opiera się o sięgającą mu do pasa poręcz balustrady. Wciąż głośno się śmiał. Ten śmiech doprowadzał ją do szaleństwa. Musiała go znosić całe dotychczasowe życie. Poczuła, że dłużej nie wytrzyma. Przed oczami przeleciało jej siedemnaście lat. Obrazy pojawiały się automatycznie, choć wcale nie chciała ich oglądać. Jego śmiech nieprzyjemnie drażnił każdy nerw na jej plecach. Już nie czuła zwykłego drapania, teraz miała na sobie stado jadowitych mrówek maszerujących wzdłuż pleców. Zdecydowanym krokiem wyszła na balkon. Była gotowa zrobić wszystko, żeby tylko zrzucić te mrówki.

 

Na ekranie komputera cały czas pojawiały się nowe kwestie. Od kilku minut pisał je tylko jeden użytkownik – AdultsOnly nie odpowiadała.

Pewny_siebie 31 pytał:

„Aż tak cię podnieciłem, że całkowicie zamilkłaś?”

„Wciąż przeżywasz rozkosz?”

„Halo, jesteś?”

„Zrobiłem coś nie tak, kotku?”

„Dobra, nie to nie. Mogłaś chociaż powiedzieć, że nasza zabawa Ci się znudziła”.

„Rozmawiasz z kimś?”

„Okej, moja cierpliwość się wyczerpała. Miłej nocki i dziękuję za wspólną zabawę. Cześć”.

Przez pięć minut na ekranie nie wyświetlał się żaden komunikat, więc pojawił się wygaszacz ekranu. Po kolejnych trzech minutach wygaszacz znikł. Użytkownik AdultsOnly napisał:

„Przepraszam, że się nie odzywałam. Miałam mały, a właściwie całkiem duży, problem. Na szczęście już go rozwiązałam. Powiem Ci, że nigdy w życiu nie czułam się lepiej niż teraz. Proszę, wracajmy do naszej zabawy. Tak bardzo Cię pragnę…”

„Jesteś jeszcze?”

„O kurczę, sorry, nie wiedziałam, że nie było mnie tak długo”.

„I tak nie musiałeś być ordynarny”.

„Pozostaje mi poszukać kogoś innego, szkoda… Pa”.

Na każdy pojawiający się tekst odpowiadał chłodny, oficjalny komunikat: „Użytkownik o nicku Pewny_siebie 31 wylogował się, spróbuj nawiązać kontakt później”.

1.

Trauma po śmierci bliskiej osoby potrafi trwać w nieskończoność, wyniszczając skuteczniej niż dżuma. Ludzie słabi psychicznie nie umieją pogodzić się z losem i zaakceptować nowej rzeczywistości kłującej od środka niczym kolce połkniętej róży. Taka trauma często rujnuje życie. Popycha w otchłań beznadziei, odbiera radość, zabija motywację, stając się jedynym wiernym towarzyszem każdego kolejnego dnia. Ten problem dotyczy ludzi słabych.

Ludzie silni potrafią wykorzystać traumę do wyższych celów. Godzą się z tym, co nieuniknione, akceptują nową sytuację i próbują wykorzystać ją dla własnej korzyści. Zaliczam się do wyjątkowego grona tych, którzy są kimś więcej. Do tej pory każdą traumę szybko przekuwałem w sukces. Zmieniło się to dopiero w pewną deszczową noc, poprzedzającą dwa tygodnie powodzi, które nawiedziły Kraków. Trauma po stracie Ady Remiszewskiej stanowi całkowicie nową odmianę bólu. Każdego dnia przez ostatnie dwa i pół roku zaraz po otwarciu oczu połknięta róża przypominała, że Ada wciąż nie opuściła wewnętrznego czegoś, co ludzie słabi nazywają duszą, a ja – jej brakiem. Tęsknota za osobą, która mogła zaakceptować moje prawdziwe oblicze, sprawiła, że toczyłem nieustanną walkę z myślami, pożerając się idiotycznie niczym wąż zjadający własny ogon.

Zawisłem w próżni. Zostałem sam i nic nie mogło tego zmienić. Towarzyszyło mi jedynie jej wspomnienie. Wiedziałem, że nawet gdybym spotkał kogoś, z kim chciałbym spędzić czas, nigdy nie będzie mi bliższy od Ady Remiszewskiej. Zanim ją poznałem, samotność bardzo mi odpowiadała. Ada zakorzeniła we mnie strach przed brakiem kontaktu z kimś, kto mógłby być mi bliski. Żałowałem jej śmierci. Zabijając ją, popełniłem największy błąd swojego życia, choć wtedy myślałem, że to najlepsze rozwiązanie. Później nie potrafiłem się z tym pogodzić. Umierając, Ada zabrała ze sobą moje demony. Po ich śmierci poczułem całkowitą pustkę. W moim wnętrzu nie było nic, potrzeba, którą pielęgnowałem przez lata, zniknęła.

Próbowałem pocieszać się myśleniem, że przecież mogło być gorzej. Mogłem wpaść w poważne tarapaty, iść do więzienia na resztę życia. Jej zwłoki, zabrane przez wylewającą Wisłę w trakcie jednej z największych powodzi w dziejach miasta, odnaleziono dopiero po dwóch tygodniach. Zgodnie z moim założeniem nie została zidentyfikowana, czym zapewniła mi bezpieczeństwo. Tyle że bezpieczeństwo bez niej smakuje jak gnijący kawałek królewskiej pomarańczy. Była najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem, a skończyła jako worek mięsa spalony w krematorium po wcześniejszym obraniu ze skóry podczas sekcji zwłok. Zagadki jej zabójstwa do dziś nie rozwiązano. Niestety nie pocieszyło mnie to ani trochę. Każdy dzień przynosił te same myśli, tę samą tęsknotę i kolce róży wbijające się w moje wnętrze. Trwanie w beznadziei oznacza nieustanną potrzebę otumaniania uczuć. Tylko podczas całkowitego ogłupienia mózg przestawał tęsknić.

Na początku używałem wódki. Praktycznie każdego wieczoru otwierałem schłodzonego absoluta i zapijałem dietetyczną colą. W ten sposób przetrwałem pierwsze pięć miesięcy. Zdarzały się dni, kiedy miałem tak wielkiego kaca, że zamiast wódki wybierałem piwo. Nie pomagało, mózg cały czas tęsknił za Adą. Znalazłem się na równi pochyłej. Dopiero pewnego zimowego popołudnia, kiedy w kokainowo-absolutowym transie uprawiałem seks z czterdziestopięcioletnią odrażającą prostytutką, kosztującą zaledwie siedemdziesiąt pięć złotych za godzinę, zrozumiałem, że straciłem sens życia. Mój świat emanował paletą szarości. Stagnacja pochłaniała mnie żywcem.

Znieczulanie poskutkowało poważnym zapuszczeniem się w pracy. Gdyby nie Sandra, moja kancelaria najprawdopodobniej zbankrutowałaby w pierwszych miesiącach istnienia. Opanowałem się dopiero po najbardziej odrażającym seksie swojego życia. Jedyną pozytywną rzeczą, jaką w tym czasie robiłem, było odwiedzanie raz do roku miejsca, w którym zabiłem Adę, i utrzymywanie dobrych stosunków biznesowych z jej ojcem, Rozpruwaczem z Krakowa. Odsiadywał dożywocie i płacił mi kilka tysięcy miesięcznie tylko za to, żebym dopilnował, by jego córka nigdy nie wróciła do Polski. Myślał, że Ada jest bezpieczna w Szwajcarii. Dzięki jego pieniądzom wciąż mogłem żyć na godnym poziomie i przepijać większość wynagrodzenia. Dopiero po wyjściu z taniego burdelu zdecydowałem, że muszę coś zmienić.

Na nowy znieczulacz wybrałem karierę. Odstawiłem część używek i postanowiłem, że każdą wygraną sprawę zadedykuję Adzie. Chciałem być kimś, kogo ona sama, gdyby żyła, mogłaby potrzebować. Czyli najlepszym adwokatem karnym w mieście. W końcu zamordowała wspólnie z ojcem pięć prostytutek. Podobnie jak ja była kimś więcej.

Praca w imię pamięci bliskiej osoby jest wyjątkowo silnym motywatorem. Działam jak szalony, na brak klienteli nie mogę narzekać. Kraków, jak każde duże miasto, zamieszkują rzesze przestępców. Dziesiątki ludzi odbierają sobie życie każdego dnia, tygodnia czy miesiąca. Do zabójstw dochodzi w wyniku wypadków, małżeńskich kłótni, przypadkowych pijackich awantur czy podczas jazdy samochodem pod wpływem. Sprawcy są w stanie zapłacić każdą cenę za wolność.

Intensywnie bronię ludzi uważanych przez tak zwane porządne społeczeństwo za największe szumowiny. Schowani za maskami swojej codzienności w gruncie rzeczy są złaknionymi wolności bestiami gotowymi zaryzykować wszystko dla zaspokojenia własnych żądz. Znakomicie ich rozumiem. I perfekcyjnie bronię, daję z siebie wszystko. Wyjątek stanowią gwałciciele. Ich składam Adzie w ofierze w zupełnie inny sposób. Sama, jako niewolnica tajnego burdelu dla najbogatszych, była gwałcona od dwunastego do siedemnastego roku życia, praktycznie każdego dnia. Sprawy gwałcicieli biorę chętnie, po atrakcyjnej stawce i równie atrakcyjnie przegrywam, zrzucając winę na niesprawiedliwy sąd i upierdliwego prokuratora. Czuję, że jestem jej to winien. Znalazłem cel, ale bez niej wszystko i tak jest puste. Nienawidzę świata jeszcze bardziej niż kiedyś. Choć znałem ją kilka tygodni i zaledwie kilka razy miałem okazję dotknąć dłoni, którą odbierała życie za pomocą noży amputacyjnych, przyćmiła kobietę, przez którą sam zabiłem trzynaście osób. Dopiero niecałe dwa miesiące temu zainteresowałem się czymś innym niż składaniem jej hołdu. Wtedy jeszcze nie sądziłem, że dziś dostąpię zaszczytu obejrzenia mojego nowego obiektu zainteresowań z bliska. Ciałem wciąż jestem na sali rozpraw, ale brak mojej duszy myśli już tylko o piątkowym wieczorze w raju.

– Sprzeciw, wysoki sądzie! – krzyczy świeżo upieczony młody prokurator, który w drodze do stanowiska wylizał prawdopodobnie wszystkie możliwe odbyty w kręgach krakowskiego sądownictwa. Jego piskliwy głos wyrywa mnie z zamyślenia. – Przecież obrona zgłasza bzdury! Ojczym zmarłej dziewczynki zeznał pod przysięgą, że oskarżony codziennie przejeżdżał tamtą drogą w porze przedobiadowej, kiedy dziewczynka wracała ze szkoły. Podważanie tych zeznań na podstawie awarii prądu, a co za tym idzie, monitoringu, w dniu wypadku jest bez sensu!

Szybko wracam do rzeczywistości. Jestem rozkojarzony, a dzisiejszą sprawę cholernie chcę wygrać.

– Podtrzymuję. – Słowa sędziego sprawiają, że czterdzieści tysięcy, które kancelaria ma otrzymać za wygranie sprawy, będą wymagały więcej pracy. Muszę się skupić i zacząć skutecznie bronić klienta.

– Podobnie jak oskarżenie przez matkę i ojczyma ojca o zabicie dziecka. Jeżeli awaria monitoringu jest bzdurą, to jak wielką głupotą jest sam akt oskarżenia? – Staram się dotrzeć do serca sędziego. W sprawach takich jak ta zwykle wygrywa ten, kto korzystniej przesłucha świadków lub zdobędzie serce rozjemcy.

Młody prokurator z pewnością został nauczony wielkiej sztuki chwytania za serce. Jest do bólu ambitnym karierowiczem. Pierwszym w historii polskiego sądownictwa, który otrzymał zaszczytną posadę prokuratora jeszcze przed trzydziestką. Do tej pory prowadził trzy sprawy, wszystkie wygrał. Wygląda jak ostatnia ofiara losu, zawsze siedząca w pierwszej ławce w szkole, zgłaszająca się nad wyraz chętnie i karnie nurkująca głową w muszli klozetowej na każdej długiej przerwie. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu, około dwunastu kilo nadwagi i okrągłą, pokrytą wgłębieniami po trądziku twarz. Nosi szkła powiększające w niezwykle drogich, białych oprawkach Ray-Bana, a wyraz jego twarzy kojarzy mi się z karłowatym ogrem z bajek o Gumisiach. Jasne, niemal siwe włosy zaczesuje na lewą stronę. Ubrany jest w szary garnitur, maślaną koszulę i czarny krawat. Wartość jego stroju szacuję na minimum cztery i pół tysiąca. Przed wejściem na salę oczywiście przykrył strój togą, dlatego nie razi sędziego bogactwem. A ma czym razić. Jego rodzina od trzech pokoleń należy do elity krakowskiej palestry. Dziś mierzę się z nim po raz pierwszy i z pewnością nie ostatni.

– Mecenasie Sobański, proszę o więcej szacunku dla litery prawa. – Sędzia nie wydaje się usatysfakcjonowany moimi słowami. – Przypominam, że oskarżenie ma możliwość dochodzenia swoich racji w sądzie. Podobnie jak oskarżony ma prawo się bronić.

Prostak, którego bronię w tej pogmatwanej sprawie, należy do dziwnego gatunku. Został oskarżony o celowe śmiertelne potrącenie samochodem swojej jedenastoletniej córki i ucieczkę z miejsca wypadku. Według oskarżenia Jerzy Wadowski, bo tak się nazywa, wiedział dokładnie, którędy dziewczynka będzie wracała ze szkoły, i z premedytacją, na odległość, pozbawił ją życia. Tak doskonały timing graniczy z cudem, chyba że wcześniej długo się kogoś obserwuje. Wadowski okazał się zbyt słabym, żeby zabić córkę własnoręcznie i zakopać gdzieś w lesie. Wolał upozorować wypadek i liczyć na adwokata. W końcu jest właścicielem dużej firmy handlującej drewnem i może zapłacić każdą, nawet najbardziej wygórowaną cenę za wolność. Pieniądze przypadną mnie, pod warunkiem, że go wyciągnę. Na razie, mimo rozdrażnienia sędziego i braku alibi, które wszystko by rozwiązało, nie jest źle.

– Wobec tego chcę stwierdzić fakt, że domysły ojczyma nie mają żadnego znaczenia. Podobnie jak faszerowanie wysokiego sądu dziesiątkami zdjęć ofiary wypadku, mające na celu pozbawienie obiektywizmu i rozbudzenie współczucia. Przypominam, że w tej chwili ojciec ofiary jest niewinny, a wciąż musi oglądać te straszne zdjęcia. Podobnie świadkowie, którzy zapewne mają już dosyć widoku martwego dziecka na chodniku, że o matce nie wspomnę. – Wciąż celuję w serce wysokiego sądu, udając potrzebę zachowania obiektywizmu. Choć z matką chyba trochę się zagalopowałem. Krótko obcięta blondynka po czterdziestce, wyglądająca, jakby z każdą godziną starzała się o rok, ubrana na czarno, siedzi po prawej ręce prokuratora jako oskarżyciel prywatny. Wcześniej musiała dokonać identyfikacji zwłok. Ponowne oglądanie zdjęć martwego dziecka powiększa w niej jedynie nienawiść do byłego męża. – Poza tym w świetle prawa brak nagrania z monitoringu nie jest bzdurą, tylko bardzo ważnym dowodem świadczącym na korzyść mojego klienta. – Szybko oddalam myśli sędziego od matki.

W dniu, w którym Wadowski zdecydował się ostatecznie uwolnić od alimentów sięgających osiemnastu tysięcy złotych miesięcznie, w całej dzielnicy Widok wysiadł prąd. Jestem pewien, że wszystko planował od dawna, a awaria stanowiła idealną okazję do podjęcia działania. Potrafię odgadnąć jego tok rozumowania. Zapewne domyślał się, że matka postawi go w stan oskarżenia, dlatego ja, jako adwokat, stanowię ostatnią i najważniejszą część jego planu. Mimo myśli krążących wokół wieczoru nie zamierzam go zawieść. Jedynymi twardymi dowodami prokuratury są niewielkie wgniecenia na masce czarnego mercedesa klasy C coupé. Na szczęście nie ma na nich śladów krwi ani nawet włókien z ubrań dziewczynki. Wadowski szybko umył samochód. Chemia stosowana w myjniach likwiduje dowody z bezwzględną skutecznością Terminatora. Nieliczni świadkowie wypadku zostali łatwo zwalczeni przez Sandrę. Wymyślenie pytań, po których żaden z naocznych świadków nie mógł z absolutną pewnością stwierdzić, czy dziewczynkę potrącił mercedes klasy C, E, sedan, coupé, czy może przypadkiem bmw serii 5 albo audi A6, zajęło jej pięć minut. Mnie pozostało nauczyć się ich na pamięć i zadać w odpowiedniej kolejności.

– Wysoki sądzie, według oskarżenia jedną z podstaw do skazania są wyniki analizy technicznej z miejsca zdarzenia. Pomimo ogólnej niechęci jestem zmuszony pokazać je jeszcze raz. – Prokurator intensywnie toczy swoją wojnę o zdobycie serca sędziego. Wałkowanie zdjęć martwej jedenastolatki jest w tej sprawie jego najlepszą bronią. Znów włącza podpięty do laptopa pięćdziesięciocalowy telewizor kupiony za pieniądze podatników specjalnie na takie okazje.

Ponownie muszę przyglądać się nudnym zdjęciom, które poruszają ludzi o wiele bardziej niż inne fotografie trupów tylko dlatego, że przedstawiają martwe dziecko. Jakby wiek miał znaczenie dla jakości martwego ciała. Nie potrafię ich zrozumieć, ale wiem, jak wykorzystać tę słabość. Niestety, prokurator też to wie. Stara się przedstawić Wadowskiego jako diabła, który za pomocą swojego czarnego sługi ze srebrną gwiazdą na masce dokonał najbardziej groteskowego aktu przemocy, jaki ludzkość może sobie wyobrazić. Przez jego genialny pomysł wszyscy obecni muszą ponownie przyglądać się blondwłosej jedenastolatce leżącej z głową na krawężniku i resztą ciała na prawym pasie jezdni, na której co dwieście metrów znajdują się przejścia dla pieszych. Dziewczynka zwykle przechodziła przez jezdnię pomiędzy przejściami. Ot, taka mała dziecięca głupota, bezwzględnie wykorzystana przez tatusia.

Obok ciała płynie, unieruchomiona na zdjęciu, rzeka krwi. Fotografie pokazują dokładnie prawą połowę twarzy przytuloną do chodnika i usta wyciągnięte do przodu, jakby chciała dać tacie buzi na dobranoc. Rozpuszczone jasne włosy opadają na ramiona. Ich piękny kolor blaknie pod pajęczyną krwawych linii. Ma na sobie granatowy szkolny mundurek, przez który przebijają plamy koloru bordo. Jej strój po wypadku przypomina krwiste moro. W ogóle wszędzie wokół jest mnóstwo krwi. Wydaje się, że dziewczynka za życia była cysterną wypełnioną krwią. Po śmierci nastąpił wybuch i cała zawartość wydostała się na zewnątrz. Siła uderzenia złamała jej lewą rękę w łokciu, przez co kość przebiła skórę i bawełniany materiał ubrania. Prawą nogę ma przekręconą niemal o sto osiemdziesiąt stopni. Wygląda jak lalka z obrotową nogą. Buty zgubiła jeszcze przed upadkiem. Umarła szybko, podczas zderzenia z krawężnikiem skręciła kark. Prokurator za punkt honoru przyjął nafaszerowanie zdjęciami wszystkich obecnych. Krwawą prezentację oglądamy dzisiaj po raz trzeci. Tracę przez to cenny czas.

– Skończmy tę głupotę. Co pan chce udowodnić? – pytam.

Prokurator zatrzymuje pokaz na jednym ze slajdów. Robi zbliżenie na fragment, który obejmuje kawałek pleców dziewczynki i dziurawą nawierzchnię drogi. Podchodzi do ekranu i przykłada wskaźnik do słabo widocznych śladów znajdujących się na drodze.

– Po pierwsze, mecenasie Sobański, zdjęcia martwego dziecka ciężko uznać za głupotę – mówi takim tonem, jakbym właśnie publicznie obraził jej królewską mość Elżbietę II. – Według techników ślady hamowania znalezione na miejscu zdarzenia zostawił samochód mający opony marki Michelin o wymiarach dwieście sześćdziesiąt pięć na trzydzieści na dziewiętnaście. Dokładnie na takich samych oponach porusza się mercedes oskarżonego.

Tylko na to czekam. Zostawił mi piękne pole manewru. Momentalnie przystępuję do ataku.

– Podobnie jak, w przybliżeniu, dwa tysiące samochodów jeżdżących po krakowskich drogach i kolejne dwadzieścia pięć tysięcy w całym kraju. Według danych w samym tylko poprzednim roku dilerzy sprzedali ponad osiem tysięcy kompletów identycznych opon marki Michelin. Może przesłuchajmy wszystkich posiadaczy takich opon? – Nie kryję ironii. Postępuję zgodnie z zasadami Sandry: jeśli nie chwycisz chuja za serce, uderz go literą prawa w sam środek dupy. – Każdy z nich mógł tego dnia znaleźć się na krakowskim Widoku.

– Wysoki sądzie, samochód oskarżonego ma dokładnie takie same opony, na jego masce znajdują się wgniecenia świadczące o uderzeniu w punkt ważący około trzydziestu, czterdziestu kilogramów. Tłumaczenia oskarżonego, że szkody powstały przez przypadkowe zahaczenie stalowego słupa podtrzymującego wiatę garażową przed jego domem, są doprawdy śmieszne. Otarcia na słupie zostały wykonane celowo, prawdopodobnie kilka godzin przed lub po wypadku. Ślady hamowania plus ewidentny finansowy motyw i zeznania świadków zręcznie, lecz w sposób budzący wątpliwości, podważone przez obronę ewidentnie świadczą, że mamy na sali bezwzględnego mordercę własnego dziecka. – Prokurator wypowiada słowa doniośle, z wielką powagą. Mimo najszczerszych chęci i dwóch pokoleń doświadczeń wciąż jest nieopierzonym amatorem. Jestem kimś więcej, dlatego nie przegram z tym tłuściutkim lizodupem.

– Sprzeciw, wysoki sądzie. Oskarżenie twierdzi, że na drodze znaleziono ślady hamowania. Idąc tym tokiem rozumowania, nasuwa się jedno pytanie: jaki cel miałby zabójca, hamując przed uderzeniem w osobę, którą zamierza z premedytacją zabić? Jeżeli prokurator chce użyć śladów hamowania jako dowodu, należy najpierw zmienić cały akt oskarżenia z zabójstwa pierwszego stopnia na nieumyślne spowodowanie śmierci, co oznacza otwarcie całkowicie nowego przewodu sądowego. Przypominam, że mój klient jest sądzony z oskarżenia publicznego, ponieważ policji pomysł podejrzewania Jerzego Wadowskiego o zabicie własnego dziecka nie przyszedł do głowy. Dlatego bardzo proszę pana prokuratora o zdecydowanie się, jakie naprawdę stawia zarzuty. – Każde słowo wypowiadam pewnie, patrząc zza swojej ławy w oczy sędziego. Mówiąc, myślę o Adzie, czuję, że jestem coraz bliżej kolejnej wygranej, którą będę mógł jej zadedykować. Tym razem w postaci wolności Jerzego Wadowskiego, mordercy własnego dziecka. Sędzia chwilę się zastanawia, po czym mówi:

– Argumenty obrony są jak najbardziej logiczne. Od trzech dni wałkujemy ten sam temat, a prokurator każe nam po raz kolejny oglądać dramatyczne zdjęcia, tym razem dla dowodu, który w świetle aktu oskarżenia nic nie znaczy. Czy oskarżenie ma do dodania coś konkretnego? – W końcu zdobyłem sędziego. Nie sercem, lecz tym, co czuję najlepiej. Logiką w najczystszej postaci. Choćby nie wiem jak żałował dziewczynki i nie wiem jak bardzo uważał, że Wadowski jest winny, przy braku dowodów musi uniewinnić mojego klienta.

– Proszę o trzy minuty konsultacji – mówi prokurator.

– Zezwalam – wyrokuje sędzia.

Na czole prokuratora dostrzegam pierwsze krople potu. Jego porażkę czuć na odległość. Broniąc kolejnych klientów, nabrałem niemałego doświadczenia. Wcale nie muszę udowadniać niewinności swojego klienta. Wystarczy zablokować oskarżeniu możliwość zbliżenia się do prawdy i udowodnienia winy. Remis oznacza moje zwycięstwo. Prokurator podchodzi do swojego biurka na naradę z oskarżycielem prywatnym – matką. Będzie musiał jej wytłumaczyć, że zabójca jej jedynego dziecka wyjdzie na wolność tylko dlatego, że on jest gorszym prawnikiem ode mnie. Siadam spokojnie obok swojego klienta.

– Nieźle załatwiłeś skurwysynów, mogą mnie pocałować w dupę – szepcze mi do ucha dumny Wadowski. Do nosa wdziera mi się zapach wypitej przez niego wczoraj lub dzisiaj rano wódki. Dzięki Sandrze sędzia nie zastosował środka zapobiegawczego w postaci aresztu, dlatego Wadowski każdą noc spędza w domu. Mogę tylko się domyślać, co w nim robi. Przykładam palec do ust, każąc mu się zamknąć.

Wadowski jest nieprzyjemnym, ordynarnym, prostym typem ze wsi, który dostał w spadku niewielki las i jakimś cudem wymyślił, że będzie handlował drewnem. O dziwo, dorobił się na swoim pomyśle majątku. Niestety, wraz ze statusem społecznym nie wzrósł poziom jego kultury osobistej. Zachowuje się jak kompletny burak, niemal każde zdanie kończy przekleństwem. Dla bezpieczeństwa sprawy kazałem mu siedzieć cicho i odmawiać wszelkich zeznań. Jego wypowiedzi mogłyby nas pogrążyć. Wygląda jak typowy chłop pańszczyźniany z wielkim nosem i czarnymi, przetłuszczonymi włosami uczesanymi na grzybka. Całe szczęście, że do sądu wkłada garnitur. Po naszej pierwszej rozmowie myślałem, że przyjdzie w kufajce i kalesonach.

Obserwuję, jak wyraz twarzy matki zmienia się z każdym słowem szeptanym do jej ucha przez prokuratora. Teraz kobieta starzeje się szybciej, niż TGV pokonuje kolejne kilometry. Już przy pierwszym spotkaniu w jej oczach dostrzegłem tragiczny ból połączony z niszczącą wnętrze niemocą. Trauma po stracie bliskiej osoby… Ona już wie, widzę to mimo dzielących nas metrów. Kobieta zdaje sobie sprawę, że gdyby zrzekła się alimentów i pozwoliła swojemu nowemu mężczyźnie utrzymywać swoje dziecko, mała Ania wciąż cieszyłaby się życiem. Dziewczynka padła ofiarą pazerności mamusi. Według dokumentów ze sprawy rozwodowej ojciec nie chciał mieć nic wspólnego z żadną z nich. Wystarczyło dać mu spokój.

– Wysoki sądzie, oskarżenie nie ma nic do dodania – odzywa się niepewnie prokurator. Jego głos świadczy o całkowitej kapitulacji. Podważyłem wszystkie jego argumenty.

– Czy obrona ma coś do dodania? – pyta sędzia.

Wstaję i odpowiadam:

– Nie, wysoki sądzie. Wszystko, co miało zostać powiedziane, zostało powiedziane.

– W takim razie nie widzę sensu kontynuowania rozprawy. W związku ze zbliżającymi się dniami wolnymi zarządzam przerwę dla odpoczynku do poniedziałku, do godziny dziesiątej. Proszę obie strony o przygotowanie mów końcowych. Po mowach sąd uda się na naradę i tego samego dnia ogłosi werdykt.

W reakcji na słowa sędziego matka dziewczynki zaczyna głośno szlochać.

Sędzia pieczętuje uderzeniem młotka kolejny hołd, który już prawie złożyłem Adzie Remiszewskiej, najwspanialszej istocie, jaka kiedykolwiek chodziła ulicami raju.

2.

Po wyjściu z sali rozpraw robię wszystko, żeby uniknąć rozmowy z prostakiem będącym moim klientem. Opuszczamy pomieszczenie razem, automatycznie przyspieszam krok, kierując się do gabinetu przeznaczonego dla obrony. Na szczęście nawet tak prymitywne stworzenie jak Wadowski potrafi domyślić się, że jego towarzystwo jest niemile widziane. Zanim jednak impuls zdąży przesłać sygnał z mózgu do nóg, które będą mogły iść w kierunku przeciwnym niż mój, chwyta mnie swoją wielką, owłosioną dłonią za bark i na chwilę zatrzymuje.

– Wychodzi na to, że w poniedziałek o dziesiątej widzimy się po raz ostatni w tym pierdolonym budynku.

– Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent jesteś wolny. – Od sprawy Rozpruwacza z Krakowa do każdego klienta zwracam się po imieniu. Bardzo ułatwia mi to pracę.

– Będzie uniewinnienie, tego samego dnia będą pieniądze – rzuca mi na pożegnanie, klepie mocno w ramię i odchodzi. Jest wolnym człowiekiem, może wrócić do domu i po raz kolejny utopić w butelce wódki traumę po zabiciu własnego dziecka.

Żegnam się z nim kulturalnym do bólu skinieniem głowy.

Wchodzę do pomieszczenia w całości wyłożonego drewnem. Podatnicy musieli ponieść koszt wycięcia lasu na wykończenie wnętrza. Podłogi pokryte parkietem, ściany boazerią, drewniane biurko, dwa drewniane fotele obite zieloną skórą. Do tego darmowy internet, obiady przynoszone w przerwach i możliwość palenia papierosów, oczywiście nieoficjalnie. Takie wygody państwo serwuje właścicielom kancelarii adwokackiej w trakcie prowadzenia sprawy. Dzięki podatnikom możemy w niezwykle komfortowych warunkach przystępować do obrony morderców, pedofili, gwałcicieli i wszelkiej maści ludzi, którzy są na tyle odważni, żeby uwolnić najdziksze żądze, nie bacząc na konsekwencje. I na tyle głupi, żeby skończyć na sali rozpraw.

W gabinecie czeka na mnie kobieta będąca żywym i prawdopodobnie najlepszym dowodem potwierdzającym teorię, że pozory mylą. Jak zwykle opiera się pośladkami o biurko. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek skorzystała z fotela lub kanapy ustawionej obok drzwi. Ma na sobie czarne, sięgające łydek kozaki, czarne pończochy, szarą obcisłą spódniczkę, kończącą się w połowie ud, i czarny sweter ze srebrnymi ćwiekami na ramionach. Czas zmienił jej intrygującą urodę na lepsze. Swoją wyjątkowość podkreśla pochylonym w prawo irokezem czarnych włosów stworzonym za pomocą substancji trwalszej od profesjonalnych klejów modelarskich. W podobnych strojach przychodzi na wszystkie rozprawy, których osobiście nie prowadzi jako adwokat. Na początku wzbudzała niemałą sensację, z czasem większość pracowników sądu się przyzwyczaiła. Tak prezentuje się najbardziej utalentowana prawniczka, o którą wciąż walczą najlepsze kancelarie w kraju. Regularnie odmawia warszawskim, krakowskim i poznańskim rekinom prawniczego biznesu.

– Nieźle wybrnąłeś. Przez moment myślałam, że dopadło cię zwątpienie, ale tylko się zawiesiłeś – ocenia mój występ jak sensei kolejną walkę swojego ucznia. Mówi, nie podnosząc wzroku znad tabletu, którego ekran maca palcami zakończonymi długimi tipsami pomalowanymi na seledynowo. – Swoją drogą straszny amator z tego nowego prokuratora. Świadkowie powinni być przekonani, że widzieli czarnego merca C coupé bardziej niż tego, że rano bezpośrednio po zjedzeniu śniadania pobiegli do kibla.

– Widziałaś tych świadków? – pytam retorycznie, ściągając wydzielającą nieprzyjemny zapach togę. Proszek, w którym piorą ją pracownicy sądu, zawiera chyba ekstrakt ze stęchlizny. – Jeden emeryt, co nie umie odróżnić merca od wartburga, kasjerka z marketu, dla której każde auto powyżej dwudziestu kawałków to po prostu luksusowa limuzyna, i nastolatka, która bardziej zajęta była słuchaniem muzyki na swoim iPhonie niż wypadkiem. Tłuścioszek nie miał szans.

– Może masz rację, ale i tak na jego miejscu zadbałabym o odpowiednie przygotowanie świadków. Gdybym dostała ich na godzinę przed rozprawą, to w oczach sądu dziadek byłby pasjonatem mercedesów, kasjerka zapamiętałaby charakterystyczny znaczek auta przypominający celownik, a ajfoniara nie dość, że rozpoznałaby rodzaj, markę i kolor, to jeszcze powiedziałaby, że jechał nim przystojny mężczyzna po czterdziestce z włosami uczesanymi po staropolsku.

– Całe szczęście nie jesteś prokuratorem – stwierdzam fakt, świadom, że Sandra doskonale poradziłaby sobie po obu stronach barykady. – Czterdzieści kawałków prawie nasze.

– Dwadzieścia do firmy i po dyszce na rozpieprzenie. Zgłaszasz sprzeciw? – pyta, choć brzmi, jakby już podjęła decyzję.

Tym samym po raz kolejny przypomina mi pewną rozmowę, o której bardzo chciałbym zapomnieć. Zawsze, mimo jej niezwykłego prawniczego instynktu, potrafiłem kierować nią łatwiej niż samochodem z automatyczną skrzynią biegów. Nawet nakłonienie jej do rzucenia pracy w najlepszej kancelarii w mieście i przejście do mojej, nowo otwartej, nie stanowiło problemu. Zawsze chętnie przebywała w moim towarzystwie i budowała mi karierę. Zbuntowała się tylko raz. Była skuteczniejsza niż czarna wdowa wstrzykująca neurotoksynę do krwi swojej ofiary. Dokładnie rok i dwa miesiące temu, gdy zapijałem smutki związane z Adą, a moja firma ledwie trzymała się na powierzchni, z propozycją współpracy zgłosił się wicedyrektor Urzędu Skarbowego. Żona oskarżyła go o znęcanie się nad synem. Sprawa wydawała się niezwykle trudna. Przerastała mnie, więc jak zwykle chciałem wykorzystać Sandrę. Niestety, tym razem ona postanowiła wykorzystać mnie. Ni stąd, ni zowąd zakomunikowała, że albo uczynię ją swoją wspólniczką, z równym prawem do podejmowania decyzji i do zysków z kancelarii, albo odchodzi. Nie omieszkała podkreślić, że nie narzeka na brak propozycji i łatwo sobie poradzi, a praca z człowiekiem, któremu nie chce się pracować, nie ma przyszłości. Nigdy nie widziałem jej takiej stanowczej. Dała mi trzy minuty na zastanowienie. Szycha ze skarbówki czekała za drzwiami gabinetu. Sandra patrzyła mi w oczy, oczekując decyzji, i wtedy dostrzegłem w niej krótki przebłysk szaleństwa. Wiedziałem, że nie żartuje. Zaatakowała z zaskoczenia i wygrała. Oddałem jej połowę swojej firmy. Sprawę wygraliśmy. Dzięki niej rośniemy w siłę i jesteśmy konkurencyjni wobec największych kancelarii w mieście. Czasami myślę, że bez jej pomocy mógłbym co najwyżej bronić pseudokibiców przed zakazami stadionowymi.

– Wolałbym dychę zostawić, a resztę rozpieprzyć – stwierdzam zniesmaczony świeżym wspomnieniem szantażu, wyjmując z marynarki ciemnoniebieskiego garnituru dwa papierosy.

– Ty zawsze wolisz rozpieprzać kasę. Ujmę to inaczej: statut naszej spółki mówi, że w przypadku rozbieżności zdań co do inwestowania zarobionych środków decydujące zdanie należy do wspólnika domagającego się ulokowania pieniędzy na koncie firmy. Próbowałam po dobroci… – Sandra wyciąga do mnie prawą dłoń, stukając środkowym palcem o wskazujący, wciąż nie podnosząc wzroku znad tabletu. Łatwo odczytuję jej gest. Odpalam jednego papierosa i podaję go jej.

– Nienawidzę statutu naszej spółki. – Siadam obok niej na biurku, zaciągając się swoją fajką. Dym rozprzestrzeniający się po płucach przyjemnie koi nerwy.

– Takie życie. Lepiej zastanówmy się, jaką sprawę bierzemy teraz. – Przechyla tablet w moim kierunku. Na ekranie wyświetlone są dane trzech osób, które złożyły zapytanie do kancelarii z prośbą o podjęcie współpracy.

– Co jest do wyboru? – Nie wysilam się, żeby przeczytać informacje.

– Student bez prawa jazdy, który potrącił babcię na przejściu dla pieszych autem swojego ojca. Biznesmen, który w pijackim amoku pobił żonę tak dokładnie, że złamał jej kręgosłup, i radny złapany przez drogówkę w drodze powrotnej z Zakopanego z trzema kilogramami koksu i uzi w bagażniku. Twierdzi, że fanty zostały mu podrzucone podczas urlopu. Wszystkie wydają się ciekawe i dobrze płatne, trudny wybór – mówi tonem nastolatki zastanawiającej się, czy włożyć czerwoną, czy różową spódniczkę na dyskotekę.

– Radnego omijałbym z daleka. – Sprawa gościa z Urzędu Skarbowego wciąż wywołuje na moim ciele nieprzyjemne dreszcze. – Cuchnie większą polityką. Lepiej nie zapraszać ich do naszego świata.

– Przyznaję ci rację. – Dźwięk przypominający rozbijanie szyby kamieniem, wydobywający się z głośników tabletu, informuje, że przyszedł nowy e-mail. Sandra znów uderza palcami lewej ręki w ekran tabletu. Robi to w tempie pociągu ekspresowego linii Tokio–Osaka. Moje oczy nie nadążają za jej palcami. – Właśnie dostaliśmy nową ofertę. – Chwilę milczy, czytając informacje na tablecie. – Ooo, twoja ulubiona! Tym razem nietypowa, osiemnastolatek z wyższych sfer i czterdziestodwuletnia menedżerka jednej z restauracji jego ojca. Chcesz ją wziąć?

Dobrze wiem, co Sandra rozumie przez wyrażenie „twoja ulubiona sprawa”. Przy podpisywaniu umowy oznajmiłem nowej wspólniczce, że bez względu na wszystko gwałcicieli pakujemy za kratki. Nie widziała przeciwwskazań. Przeciwnie, uznała mnie za prawdziwego dżentelmena wrażliwego na krzywdę kobiet. Tak naprawdę los zgwałconych kobiet nic mnie nie obchodzi, wiem jednak, że Ada z pewnością zadbałaby o zaprzyjaźnienie każdego kolejnego gwałciciela ze stalą swoich noży amputacyjnych. Zwykle czułem ekscytację, gdy pojawiała się możliwość złożenia jej tego nietypowego hołdu. Dziś moje myśli wypełnia tylko wieczorne spotkanie.

– Obojętne – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– To znaczy, że chcesz go skazać czy bronić? – Sandra nie rozumie.

– Obojętne, jaką sprawę weźmiemy, byle nie polityka. Poza tym może najpierw wygrajmy tę, zróbmy sobie tydzień urlopu i wtedy pomyślimy. – Jednocześnie z moimi słowami z niewielkiej skórzanej torebki, która leży za Sandrą na biurku, wydobywa się głośny dźwięk przypominający śmiech klowna. SMS.

Sandra jak na komendę odkłada tablet i wyjmuje swój czerwony telefon. Nie mogę się powstrzymać i zerkam do wnętrza jej torebki. Bez problemu dostrzegam jeszcze jeden, czarny model tego samego telefonu, słuchawki i srebrną piersiówkę. W ostatnim czasie Sandra stała się posiadaczką większej liczby elektronicznych gadżetów niż brazylijski piłkarz po transferze do Europy. Jednak nie zrezygnowała ze swojej największej słabości – alkoholu.

– Wybacz, Kuba, ale muszę lecieć – oznajmia, odpowiadając na wiadomość. Nie mam pojęcia, z kim i o czym pisze, ale dostrzegam w jej oczach fascynację podkręconą podnieceniem. Nagle praca całkowicie traci dla niej znaczenie. – Świetny pomysł z tym tygodniowym urlopem. A na razie cieszmy się weekendem. Poradzisz sobie z przygotowaniem mowy końcowej? – Gasi papierosa, zabiera swoje rzeczy i szykuje się do wyjścia.

– Pewnie, baw się dobrze – odpowiadam.

Podaje mi rękę na pożegnanie. Wciąż siedzę na biurku, obracając w palcach tlący się niedopałek.

– A, Kuba. Jeszcze jedno! – Już prawie otwiera drzwi, kiedy coś jej się przypomina. – Wiem, co robisz dziś wieczorem – mówi. Nie wątpię, choć wcześniej ani razu się na ten temat nie zająknęła. – Pamiętaj, że to jest poza mną. Mnie to nie dotyczy, nie zamierzam o tym z tobą rozmawiać, rozumiemy się?

Kiwam twierdząco głową, próbując pogrzebać papierosa, którego żywot dobiegł końca.

– Super, to widzimy się w poniedziałek w sądzie. – Wychodzi, nie czekając na moją odpowiedź.

 

Wolny od demonów Klary, która wznieciła we mnie potrzebę zabijania, otulony tęsknotą za Adą wracam do domu. Zwykle po pracy czekał mnie kolejny samotny wieczór wypełniony wspomnieniami i wizjami, które nigdy się nie spełnią. Ja, dawna dusza towarzystwa, stałem się całkowitym samotnikiem. Osoba, z którą łączyła mnie ostatnia namiastka przyjaznych kontaktów międzyludzkich, została moim wspólnikiem i rozkazuje mi, gdzie mogę lokować własne pieniądze. Od ponad dwóch lat nie spędziłem wieczoru na randce, w kinie czy choćby z grupą znajomych. Tacy ludzie już dla mnie nie istnieją. Dla świata Kuba Sobański stał się karierowiczem niemarnującym czasu na odświeżanie dawnych znajomości. Samotność, kiedyś jakże przyjemna odskocznia od intensywnego życia towarzyskiego, stała się przekleństwem usilnie pchającym broniące się myśli wprost w objęcia Ady Remiszewskiej. Od dłuższego czasu każde wolne popołudnie spędzam w ten sam sposób. Jajecznica z trzech jajek lub pizza zamówiona z najbliższej sieciowej restauracji, samotny jogging albo intensywne spalanie posiłku podczas podciągnięć na drążku, ewentualne przygotowania do kolejnej rozprawy i oczekiwanie na nadejście wieczoru.

Samotne wieczory stały się dla mnie czymś w rodzaju nowych rytuałów. Każdego dnia po zachodzie słońca wyjmuję z sejfu, który mam zainstalowany pod jedną z płytek ceramicznych na ścianie w łazience, zestaw kilku kolorowych damskich bransoletek. Wszystkie bransoletki mają wygrawerowane po wewnętrznej stronie imiona. Ada traktowała je jako prywatne trofea. Jeden trup – jedna bransoletka. Każdego wieczoru biorę je do sypialni, rozkładam na łóżku, rozbieram się do naga i zaczynam podróż do krainy, która nie istnieje. Kładę bransoletki na brzuchu, tę jedyną bez napisu układam w okolicach krocza. Była przeznaczona dla ostatniej ofiary. Niestety, tuż po tym, jak Ada pozbawiła ją życia, ja zabiłem Adę. Nie zdążyła już umieścić na niej imienia.

Zamykam oczy i oddaję się masturbacji, wyobrażając sobie moje zbliżenie z kobietą, która zabrała tkwiące we mnie demony. Zwykle potrafię fantazjować godzinami, przypominając sobie jej idealnie gładką twarz, kocie oczy seksownie kontrastujące z kilkoma piegami na policzkach, nienaganną figurę i tę wspaniałą charyzmę. Wyobrażam sobie, jak jej dłonie, którymi bez chwili wahania wycinała prostytutkom narządy rozrodcze, pieszczą mojego penisa. Nasze spojrzenia spotykają się, później językiem masuję jej zranione krocze, które widziałem tylko na zdjęciach lekarskich, i doprowadzam ją w ten sposób do orgazmu.

Sam rzadko dochodzę. W trakcie obrazy mimowolnie zmieniają się w pokaz slajdów z ostatnich chwil jej życia. Widzę, jak stoi nad martwym ciałem prostytutki, gotowa do przeprowadzania swojej rytualnej operacji, potem ją obejmuję, wbijając nóż w żebra. Rozpoczynamy wspólne tango, podczas którego poznajemy swoje prawdziwe ja. Taniec kończy się przeciętą tętnicą Ady. Wykrwawiając się, zabiera ze sobą największą potrzebę mojego życia. Potrzebę zabijania. Klęcząc nad jej ciałem, przysięgam sobie, że była ostatnia. Że żadnej już nie zabiję, bo żadna nie będzie tak wyjątkowa jak ona. Po tej wizji zwykle trudno mi wrócić do poprzedniej, dlatego rzadko osiągam spełnienie. Zwykle raz na kilka dni. Po oddaniu się nowym rytuałom wciągam dwie kreski kokainy, popijam je trzema piwami i zasypiam, oglądając najdziwniejsze telewizyjne programy, jakie głupota ludzka jest w stanie stworzyć dla zaspokojenia jeszcze większej głupoty. Tak funkcjonuję każdego dnia, ale nie dzisiaj.

Dzisiaj po obiedzie odbywam dwugodzinny jogging, a po powrocie ledwie zerkam na bransoletki z namaszczeniem ułożone w sejfie. Wyjątkowo nie mam potrzeby ani czasu oddania się rytuałowi. Biorę gorący prysznic, podczas którego staram się uporządkować myśli. Nie wychodzi mi. Przez ostatni czas niemal zapomniałem, jak to jest szykować się do spędzenia piątkowego wieczoru na mieście. Kiedyś przychodziło mi to łatwo, teraz muszę bardziej się postarać.

Staję przed lustrem, próbując odświeżyć pamięć. Zaczynam od uczesania. Swoje włosy, jasne niczym wypalona przez słońce słoma, zwykle zaczesuję, robiąc przedziałek z prawej strony. Wyglądam przez to jak frajerowaty dupek wyciągnięty z egzaminu na Harvardzie. Inaczej mówiąc, idealnie wpasowuję się w atmosferę sądu. Dzisiaj nie zamierzam tak wyglądać. Nabierając w dłonie niewielką ilość żelu, roztrzepuję włosy we wszystkich możliwych kierunkach, dzięki czemu moja twarz zyskuje na atrakcyjności. Jeszcze chwilę przeglądam się w lustrze. Mimo upływu lat i zbyt dużej ilości alkoholu z kokainą dzięki regularnym ćwiczeniom udaje mi się zachowywać nienaganną sylwetkę zbudowaną z samych mięśni. Piękny obraz szpeci jedynie szeroka blizna w okolicy żeber po prawej stronie. Jest trofeum przypominającym o Natalii, mojej wyjątkowej sąsiadce. Jedynej oprócz Ady, która próbowała się bronić.

Zadowolony ze swojego wyglądu idę do sypialni, otwieram lustrzane drzwi garderoby. Próbuję znaleźć strój odpowiedni na dzisiejszy wieczór. Długo się zastanawiam, trudno wrócić do czegoś w rodzaju spotkań towarzyskich, jeśli wieczory kilku ostatnich miesięcy spędzało się na masturbacji z bransoletkami należącymi do martwej kobiety. W końcu stawiam na modnie sprane obcisłe dżinsy podkreślające sylwetkę, szary T-shirt znakomicie dopasowany do ciała i dżinsową kurtkę. Na rękę zakładam czarny zegarek Rado D-Star, który kupiłem za pierwszą pensję wypłaconą przez Rozpruwacza z Krakowa. Przeglądam się w lustrze garderoby i nie umiem przypomnieć sobie, kiedy poprzednio w piątkowy wieczór miałem na sobie coś innego niż dres. Widząc własne odbicie, czuję coś przypominającego spacer kilkunastu pająków po plecach. Swędzi, drapie, ale staje się przyjemne. Nie wiem, czy to za sprawą stroju, uczesania, czy może jakaś część mnie przypomina, że świat nie skończył się na Adzie Remiszewskiej.

Zapalam papierosa i zamawiam taksówkę. Po kwadransie siedzę w wysłużonym volkswagenie passacie zbudowanym w czasach, kiedy o wspólnej europejskiej walucie nawet nie śniono. Wdycham specyficzny zapach mieszanki potu kilkuset tysięcy ciał, które przede mną usiadły na tylnym fotelu. Taksówkarz nie stara się nawiązać rozmowy, to dobrze. Patrzę na miasto zza szyby samochodu. Wraz z nadejściem ciepłego, wiosennego wieczoru budzi się do życia. Ludzie spacerują, grillują, biegają. Miasto, którego panoramy nocą nie widziałem od dawna, wciąż jest piękne, zachęca swą czarną magią do grzechu. W szybie oświetlanej przez latarnie widzę swoje odbicie. Podobnie jak Kraków, ja też prezentuję się znakomicie. Mimo wnętrza roztrzaskanego kijem bejsbolowym z wygrawerowanym imieniem „Ada” wyglądam jak człowiek urodzony do bycia kimś więcej. Dzisiejszego wieczoru szczególnie zależy mi na odpowiednim wyglądzie. Mam spotkanie z Julią Merk, niezwykle silną osobą, która pokonała heroinowego diabła i z impetem wróciła do swojego życia w raju.

3.

Ludzie wygrywający wojny zwykle stają się silniejsi i oprócz zdobytego terenu zyskują potężną broń w postaci niezwykłej pewności siebie. Podobnie stało się z Julią. Dowiedziałem się o jej wyjściu z odwyku, który osobiście jej zgotowałem, za pośrednictwem prasy. Sandra, teoretycznie jej jedyna przyjaciółka, a moja wspólniczka, nic mi o tym fakcie nie wspomniała. Dopiero kiedy wylogowywałem się z poczty elektronicznej, na ekranie popularnego ogólnopolskiego portalu pojawił się wielki banner reklamowy. Przypomniał mi o jedynym człowieku, który mógł poznać moją prawdziwą naturę i wciąż żyje. Banner zajmował cały ekran. Na ciemnoniebieskim tle pojawił się napis: Sypiałam z Rzeźnikiem Niewiniątek. Po kliknięciu na banner komputer przeniósł mnie do strony z artykułem:

 

Julia Merk po ponad pięciu latach postanowiła się ujawnić i przyznać, że to właśnie ona była anonimową osobą, która wskazała policji Tomasza Rogowskiego jako Rzeźnika Niewiniątek, najsłynniejszego i najbrutalniejszego seryjnego mordercę w dziejach Polski. Przez ponad rok żyła z nim w związku zakończonym dramatycznym uzależnieniem od heroiny. Tylko ona może opowiedzieć, jaki był naprawdę Tomasz Rogowski. Dzięki Julii Merk macie szansę poznać życie prywatne człowieka skazanego za zamordowanie siedmiu młodych kobiet i jednego mężczyzny. Ujrzycie jego codzienność. Dowiecie się, co lubił, gdzie spędzał czas, jakie miał zainteresowania, wreszcie jaki był w łóżku… Czytając Sypiałam z Rzeźnikiem Niewiniątek, wejdziecie z butami wprost do sypialni diabła.

 

Niemal natychmiast ponownie zainteresowałem się dawną Królową Piękności, której miałem niewątpliwą przyjemność w czasach studiów skraść dziewictwo. Za pośrednictwem prasy i internetu mogłem swobodnie śledzić jej karierę. Książka, którą napisała Julia, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy od premiery sprzedała się w nakładzie prawie trzech milionów egzemplarzy. Rzeźnik Niewiniątek już dawno stał się postacią kultową. Zainteresowanie jego życiem prywatnym przechodziło wszelkie pojęcie. Chciałem sprowadzić Julię na samo dno, a niechcący wywindowałem ją na szczyt łańcucha pokarmowego w raju.

Ona wciąż jest jedyną osobą, która kiedykolwiek odwiedziła mój rodzinny dom. Tylko ona wie o istnieniu Klary. Odkryłem przed nią wielką część mojego świata, a ona mnie odrzuciła. Kiedyś ją nienawidziłem, bo sypiała z Tomkiem, teraz dodatkowo mogę sobie poczytać o szczegółach ich intymnych relacji. Julia w przeciągu kilku miesięcy weszła do panteonu prawdziwych sław. Idąc na spotkanie z nią, wciąż zastanawiam się, czego może ode mnie chcieć. Targają mną wątpliwości. Pomimo upływu lat nie upewniłem się, czy ona uważa, że to Tomek wstrzykiwał jej heroinę, a nie ja. Kiedyś się tym nie martwiłem. Julia była słabą, nic niewartą istotą. W niczym mi nie zagrażała. Teraz posiada doświadczenie nabyte w swojej prywatnej wojnie, środki, o których mogę tylko pomarzyć, no i stała się osobą publiczną.

Mijając zatłoczone wejście do Empiku na Rynku Głównym, zastanawiam się, czy gdyby Ada żyła, szedłbym na to spotkanie z nią. Odganiam głupie myśli, kiedy dochodzę do kamienicy sąsiadującej z budynkiem Empiku. Miejsce przy jednym z dwóch ustawionych na zewnątrz stolików należących do połączonego z dyskoteką pubu Faust czeka zarezerwowane. Przy stoliku stoi ubrany na czarno dwudziestokilkuletni kelner z dwudniowym zarostem i fryzurą uczesaną w stylu pewnego popowego idola nastolatek.

– Kuba Sobański? – pyta, gdy staję przed stolikiem. Zna moje imię i nazwisko. Przybywam punktualnie. Spodziewał się mojej wizyty.

– Tak.

– Rezerwacja dla pana i pani Merk – informuje z dumą. – Pani Merk prosiła, żeby w razie spóźnienia przeprosić w jej imieniu i podać panu piwo.

Julia zadbała o pierwsze wrażenie. Kiwam głową i siadam na metalowym krześle przy metalowym stole podrzędnej dyskoteki, w której zapłaciła nie wiadomo ile za prywatną obsługę.

Kelner po niecałej minucie przynosi idealnie zimnego carlsberga w butelce. Piwo stanowi doskonałe orzeźwienie w ciepłą majową noc. Upijam łyk i zapalam papierosa. Delektując się tymi małymi przyjemnościami, patrzę na wciąż zapełniony ludźmi budynek Empiku. Nawet siedząc bokiem, dostrzegam przez kilkumetrowe okna tłum ludzi pragnących dostać podpis autorki największego kłamstwa w dziejach literatury. To zabawne, bo tylko ja znam prawdę. Zdaję sobie sprawę, że będę siedział sam, dopóki Julia nie skończy podpisywać książek. Plakaty informujące o jej dzisiejszym spotkaniu autorskim zajmowały tablice przy najbardziej zakorkowanych ulicach miasta.

Spotkanie miało się skończyć o dziewiętnastej, ale Julia celowo je przedłuża. Nie mam wątpliwości, dlaczego każe mi czekać. Z pewnością nie z miłości do czytelników. Ona chce pokazać mi swoją siłę. Tak postępują tylko ci, którzy wygrali wojnę. Na samą myśl po moich plecach przebiega nieprzyjemny dreszcz. Niestety, nie mogę się wycofać ze spotkania. Umysł znów próbuje przypomnieć o tęsknocie za Adą, która mogłaby teraz siedzieć tu ze mną. Dla odciągnięcia myśli przeglądam książkę Julii, której i tak nie zamierzam nigdy przeczytać w całości. Kupiłem ją, bo uznałem, że tak wypada. Lampa wisząca nad wejściem do Fausta nie oświetla wystarczająco kartek. Pomagam sobie latarką w telefonie. Na pierwszych stronach Julia pisze:

 

Nie każdy zły umysł musi mieć złą duszę. Czasami człowiek może zachować logiczne rozumowanie, pałać miłością do drugiej osoby, ale gdy kontrolę przejmą demoniczne żądze, zmienia się w krwiożercze zwierzę. Tomasz Rogowski dopiero po rozprawie pokazał mi swoje prawdziwe oblicze. Konsekwencje jego czynów wcześniej były mi obce. Jak wiemy, on nigdy się nie przyznał. Nawet po ogłoszeniu wyroku na sali sądowej błagał o litość, twierdząc, że nigdy nikogo nie zabił. Jego błagalny głos odbijał się jeszcze długo echem w mojej głowie, powodował, że miałam wątpliwości. Nawiedzał mnie w snach. Dopiero gdy mój organizm zaczynał stawiać mi dziwne żądania, zrobiłam test narkotykowy, który wykazał, że moje wnętrze tęskni za heroiną. Nigdy nie sięgnęłabym po nią celowo, podobnie jak po żaden inny narkotyk. Konsekwencje jego czynów dopadły mnie dopiero po jego śmierci. Zafundował mi bilet w jedną stronę do piekła. Ja zgotowałam mu gorszy los, ale on nawet zza grobu potrafił się zemścić. Uzależnienie postępowało z każdym dniem, nie byłam w stanie mu się przeciwstawić. Pragnęłam kolejnej działki, tak jak wcześniej pożądałam jego.

 

Połykanie pierwszego steku bzdur i kłamstw zostaje przerwane przez poruszenie ludzi wychodzących z Empiku. Towarzyszy im kilka fleszy lamp błyskowych. Niewiele, ale wystarczająco, żeby przykuć uwagę przypadkowych osób czekających pod budynkiem na znajomych lub partnerkę do pierwszej randki. Tłum wychodzący z księgarni otacza jedną osobę. Ta kroczy między nimi i z uśmiechem na ustach próbuje grzecznie wytłumaczyć, że mogliby wreszcie się odpierdolić. Wydaje się całkowicie ich kontrolować. Ludzie stają jak obraz telewizyjny po włączeniu pauzy, wysłuchują jej ostatniego przemówienia i rozchodzą się w różnych kierunkach jak po włączeniu przycisku play.

Ona pewnym krokiem zmierza w stronę Fausta. Towarzyszy jej dwóch młodych mężczyzn z aparatami fotograficznymi, którzy nie pojęli delikatnej wersji polecenia „spierdalać”. Idą niecały metr za nią. Moje serce automatycznie zaczyna bić szybciej. Wiem, że nie powinienem się ekscytować. Wcześniej się to nie zdarzało. Wcale mi się to nie podoba. Przyglądam się jej, zapalając kolejnego papierosa i mocno się zaciągając. Ona idzie coraz szybciej. Dzieli nas niecałe dziesięć metrów, momentalnie łapiemy kontakt wzrokowy. Spotykam się z Julią twarzą w twarz po raz pierwszy od odczytania wyroku w sprawie Rzeźnika Niewiniątek.

Wtedy przypominała upadającą boginię dzień po ukąszeniu przez heroinowego wampira. Jej cudne blond włosy, które potrafiły stopić serca twardsze niż mur berliński, wyglądały na całkiem roztrzepane. Oczy wpatrywały się gdzieś w dal. Jedynie figura wciąż była znakomita. Dopiero zaczynała taniec ze strasznym przeznaczeniem, później musiała zapewne wyglądać tragicznie.

Teraz wygląda zupełnie inaczej. Blond włosy nie przypominają kolorem złota. Wyblakły i bliżej im do źdźbeł żyta rozkwitających w samym środku lata. Są proste jak świeżo naciągnięte struny od skrzypiec, zmuszają do zawieszenia na nich wzroku. Dla większego efektu lub z tęsknoty za dawnym kolorem Julia zapuściła je niemal do pasa. Rozpuszczone poruszają się delikatnie na ciepłym majowym wietrze. Jej twarz spoważniała. Wprawdzie zachowała rysy niewinnego anioła, ale ten anioł już dawno dojrzał po wygranej bitwie z diabłem, w której stawką było odzyskanie własnej duszy. Na wąskich ustach rysuje się niezwykła powaga maskująca dawne przejścia, w niebieskich oczach mieszka pustka. Ma na sobie biały wełniany sweter. Nieco za gruby jak na majową pogodę i ciepło wydzielane przez tłum czytelników w Empiku. Strój uzupełniają lekko poprzecierane, modne do bólu dżinsy, szare trampki i całe mnóstwo kolorowych korali, które zawiesiła na szyi. W ręce trzyma skórzaną kopertówkę. Dawna Królowa Piękności prezentuje się co najmniej wyzywająco, ale odstające za mocno kości policzkowe i biodra, na których dżinsy opinają się inaczej niż kiedyś, przypominają o narkotykowym wychudzeniu. A także o czymś jeszcze.

Julia stara się wyglądać idealnie, bo część jej środka na zawsze pozostanie zgniła po przeżytej wojnie. Musiała przejść niezwykle trudną próbę. Wiem od Sandry, że spędziła kilka lat w zamkniętych klinikach, że ojciec w pewnym momencie całkowicie się od niej odwrócił, odcinając ją od środków finansowych. Zapewne później też brała, pytanie tylko: skąd miała na towar? Pewnie nigdy się tego nie dowiem. Wiem natomiast, że jest na tyle silna, żeby podźwignąć się z kolan i wywindować na sam szczyt.

Podchodzi do stolika, na odległość wyczuwam intensywny zapach proszku do prania. Przyjemniejszy niż wiadro perfum, które kiedyś wylewała na siebie każdego poranka. Odkładam papierosa na popielniczkę i wstaję.

– Cześć, Kuba. – Stoi przede mną. Nie podaje mi ręki ani nie całuje w policzek. W jej oczach widzę dziwną, niemal nienaturalną ciemność rozjaśnioną przez jeden punkt. Przypomina migające światło latarni morskiej na tle nocy. Uśmiecha się, czym jeszcze bardziej przyspiesza bicie mojego serca. Na chwilę język staje mi w gardle.

– Miło znów cię zobaczyć – wypluwam wraz z językiem.

Julia siada naprzeciwko mnie. Nie wiem, w jaki sposób, ale natychmiast przybywa kelner z ociekającą szronem małą butelką żywca oznakowanego ciemnoniebieskim paskiem na górze naklejki. Bezalkoholowym. Musiał, niczym stróż, wyczekiwać przyjścia Julii, cały czas obserwując wejście przez kamery monitoringu z wnętrza lokalu umiejscowionego pod ziemią. Wraz z Julią pojawiają się dwaj młodzi ludzie w przeciętnych, sieciowych, tanich ubraniach. Są uzbrojeni w aparaty fotograficzne, od których zawsze staram się trzymać z daleka. Dźwięki robionych i automatycznie zapisywanych na kartach pamięci zdjęć następują jeden po drugim, jak salwa armatnia podczas zwycięskiej defilady wojennej. Fotografują nie tylko Julię, swoje obiektywy skupiają też na mnie. Julia próbuje ich ignorować.

– Panno Merk, możemy zapytać, kim jest mężczyzna towarzyszący pani podczas picia piątkowego piwa? – mówi młodszy z reporterów, całkowicie mnie ignorując.

Julia siada, bierze piwo do ręki i upija niewielki łyk.

– Możecie, pod warunkiem, że zajmiecie się dzisiaj czymś innym niż psuciem mojej randki. – Podkreśla słowo „randka”, przez co moje serce niemal rozsadza klatkę piersiową. Julia wczoraj napisała mi SMS-a. Oznajmiła w nim, że ma do mnie interes, nic nie wspominała o randce.

Reporter kiwa głową na znak, że przyjmuje jej warunek. Drugi, starszy, o pryszczatej twarzy i przetłuszczonych włosach, kuca, starając się objąć obiektywem mnie i Julię przy stole. Julia kładzie torebkę na stoliku i wyciąga z niej paczkę papierosów.

– To Kuba Sobański, mój bliski znajomy z lat młodości. Obecnie jest adwokatem, zasłynął, broniąc Wojciecha Remiszewskiego nazywanego Rozpruwaczem z Krakowa. Czy teraz możecie dać mi spokój? – pyta ze sztucznym uśmiechem na ustach.

Natychmiast podnoszę swojego papierosa z popielniczki i z jeszcze sztuczniejszym uśmiechem wkładam go do ust, mocno się zaciągając. Julia właśnie zadbała o to, żebym został chwilową gwiazdą kilku portali plotkarskich. Jako człowiek działający w cieniu czuję dziwny niepokój.

– Czyli mam rozumieć, że była dziewczyna Rzeźnika Niewiniątek spędza wieczór w towarzystwie adwokata Rozpruwacza z Krakowa? – W głosie dziennikarza słychać podniecenie podobne do doświadczanego przez mężczyznę tuż przed wytryskiem. – Właśnie zapewniła mi pani jutrzejszą okładkę i artykuł na samym szczycie strony naszej redakcji. Nie potrzebuję niczego więcej. Dziękuję bardzo i życzę udanej randki.

Człowiek z przetłuszczonymi włosami robi nam jeszcze dwa zdjęcia, po czym obaj odchodzą Szewską w kierunku Krupniczej. Julia zapala papierosa. Nie mogę przestać się jej przyglądać. Jest strasznie pewna siebie. Z dziecinną łatwością odgoniła dwóch fotoreporterów, niszcząc przy okazji moją anonimowość.

– Wybacz, Kuba. Ostatnio nie chcą się ode mnie odczepić. – Wypuszcza dym, lekko przymykając oczy.

Widzę, jaką przyjemność sprawia jej palenie. Zapewne po rzuceniu heroiny fajki stały się jej jedynym nałogiem. Stara się zaciągać, jakby tytoń był mieszkanką najmocniejszych dragów. Przyznaję przed samym sobą, że mnie tym podnieca.

– Rozumiem, cena sławy. – Silę się na uprzejmość.

Julia wytwarza wokół siebie dziwną aurę. Jej charyzma wydaje mi się bardzo dobrze znana. Zaczyna mnie przytłaczać. Wypijam duszkiem resztę piwa, dogaszam papierosa i niemal natychmiast zapalam kolejnego.

Wypijamy kilka browców, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Oczywiście sztucznie gratuluję jej sukcesu książki o związku z Rzeźnikiem Niewiniątek, proszę o autograf z dedykacją. Potem pyta, co u mnie. Opowiadam o ciężkiej pracy w kancelarii, wypytuję ją o życie po niezwykłym sukcesie, który zmienił jej codzienność. Wypalam przy tym siedem papierosów. Julia pali jeszcze więcej. Co chwilę wybuchamy śmiechem, wspominając dawne, studenckie czasy. Wyglądamy jak para świetnie dogadujących się znajomych. Ale dobrze wiem, że Julia nie spotkała się ze mną na plotki. Kiedy kelner odchodzi po przyniesieniu kolejnych piw, najdelikatniej, jak potrafię, próbuję skierować rozmowę na właściwe tory.

– Po odwyku zaczęłaś pić piwo bezalkoholowe? – Pochwaliła się swoimi problemami całemu światu, więc nie widzę przeciwwskazań, żeby pociągnąć ją za język.

– Powiem ci, że nawet nie muszę zachowywać abstynencji. – Bierze kolejny łyk żywca z niebieskim paskiem przy główce butelki. – Specjaliści twierdzą, że mogłabym nawet palić trawkę, a i tak nie zwiększyłoby to mojego pociągu do dziwki. – W ten specyficzny sposób tytułuje heroinę. – Podobno gorzej jest ze śniegiem, ale na wszelki wypadek wolę nie ryzykować. Nigdy nie mogę być pewna, co wywoła chęć kupienia nowej strzykawki. – Mówi otwarcie o swoim nałogu, nie wstydzi się go. Jest dumna z wygranej wojny. Stała się naprawdę silna.

– Cieszę się, że tak świetnie sobie radzisz. – Pora skończyć wymianę uprzejmości. Wciąż nie wiem, dlaczego się ze mną spotkała. Upijam kolejny łyk piwa, czuję już lekki szum w głowie, znikają opory. – W SMS-ie pisałaś o ważnej sprawie. Możesz powiedzieć, co miałaś na myśli? – Kolejna fajka, szykuje się poważny ból głowy jutrzejszego poranka.

– Eh… – Julia wydaje się rozczarowana. Wzrusza ramionami. – A tak miło nam się rozmawiało… – Wzdycha, dotykając jednego z kilku milionów naszyjników zawieszonych na szyi, a konkretnie fioletowego, zbudowanego z kwadratowych paciorków. – Ale oczywiście interesy najważniejsze. – Nie kryje niezadowolenia. – Zatem, mecenasie Sobański, potrzebuję pomocy prawnej i jestem skłonna zapłacić dużą kwotę za całkowitą dyskrecję.

Mówi prosto z mostu. Mimo wypitego alkoholu mój mózg pracuje sprawnie. Zastanawia mnie, dlaczego nie zwróciła się do Sandry.

– Brzmi ciekawie, ale zanim rozpatrzę ofertę, chcę poznać powód, dla którego nie zaproponowałaś tego Sandrze. – „Chcesz grać w szczerość? Proszę bardzo, chętnie podejmę rękawicę”. – O ile się orientuję, nadal utrzymujecie zażyłe stosunki.

– Bardzo dobre pytanie. – Julia zapala kolejnego papierosa. – Otóż, mój drogi, nie zaprzeczę, że jestem bliską przyjaciółką twojej wspólniczki. Dlatego w tej sprawie nie mogę jej zaufać. Ciebie i mnie nic obecnie nie łączy.

„Poza tym, że pozbawiłem cię dziewictwa i uzależniłem od heroiny” – dopowiadam w myślach.

– A ja szukam dobrego prawnika. Proponuję krótką umowę na wyłączność. Ile muszę zapłacić, żebyś zajmował się tylko moim problemem?

Nie dziwię się jej pewności siebie. Stała się bogata, może sobie pozwolić na więcej.

– Najpierw chcę wiedzieć, co to za sprawa – mówię, a w duchu przyznaję, że mnie zaciekawiła.

Julia