Spektakl - Kinga Wójcik - ebook + książka

Spektakl ebook

Kinga Wójcik

4,5

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy rodzice szesnastoletniej Diany spędzają urlop nad morzem, dziewczyna wiesza się w swoim pokoju. Przed śmiercią wygłasza zagadkowy monolog i transmituje swoją śmierć w internecie niczym makabryczny happening. Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy po samobójstwie ciało Diany… znika, a jej pokój wygląda, jakby nic się w nim nie wydarzyło. Wkrótce potem wiesza się kolejna nastolatka, która także transmituje swoje samobójstwo w sieci. Dlaczego dwie młode dziewczyny, które miały przed sobą przyszłość, postanowiły odebrać sobie życie? A może ktoś je do tego zmusił?

Śledztwo prowadzi zgrany tandem z komendy miejskiej w Łodzi - Lena Rudnicka i Marcel Wolski. W tej tragicznej zagadce policjanci napotykają kolejne tajemnice, które ukazują rodzinne relacje w zupełnie nowym świetle.

Kinga Wójcik (1994) z wykształcenia jest politologiem. Ukończyła Wydział Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Pochodzi z rodziny policyjnej. Prywatnie fanka buldogów francuskich i filmów z serii "Transformers". Autorka serii kryminalnej z Leną Rudnicką - pierwszy tom nosił tytuł "Poryw".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 495

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (273 oceny)
172
77
20
4
0
Sortuj według:
Dobronika

Dobrze spędzony czas

Świetna książka
00
Pakli18

Nie oderwiesz się od lektury

Autorka wyraźnie się rozkręca.
00
Sylmilnow

Nie oderwiesz się od lektury

Kryminał trzymający w napięciu do ostatniej strony.
00

Popularność




 

 

Copyright © Kinga Wójcik, 2020

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© Dave Wall/Arcangel Images

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Joanna Habiera

 

Korekta

Małgorzata Denys

 

ISBN 978-83-8069-631-0

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Rodzicom

 

PROLOG

Życie nie kończy się śmiercią.

Życie jest drogą.

Postanowiłam odejść.

Straciłam nadzieję.

Tak będzie lepiej. Tylko wtedy będę szczęśliwa.

Chcę umrzeć.

Dziewczyna uśmiechała się. Długie włosy opadały jej na ramiona. Śnieżnobiałe zęby odcinały się od miedzianej twarzy.

Ludzkość jest drzewem, a ludzie są liśćmi. Drzewo trwa i rośnie, chociaż liście opadają.

Dziewczyna oddaliła się, a zza jej pleców wysunął się gruby sznur.

Postawiła stopy na krześle, sprawdziła splot i uśmiechnęła się do widzów. Założyła pętlę na szyję.

Kopnęła krzesło.

Rozległ się cichy charkot dławiącego się ciała.

ROZDZIAŁ I

1

Komisarz Lena Rudnicka starła z czoła strużkę potu. Niebo było bezchmurne. Słupki rtęci pokazywały ponad trzydzieści stopni w cieniu. Powiodła wzrokiem po wyludnionej ulicy, po czym przeniosła wzrok na parterowy dom. Nowa elewacja, starannie przycięte krzewy rosnące wzdłuż podjazdu.

Westchnęła. Za chwilę stawi czoło zrozpaczonej rodzinie. Matce, której córka kilka godzin temu popełniła samobójstwo. Ojcu, którego córka powiesiła się na oczach kilkuset tysięcy widzów na YouTubie. Wiedziała, że będzie musiała odpowiedzieć na wiele pytań, na które nie znała odpowiedzi.

– Lena?

Obróciła się. Prokurator Krzysztof Nawrocki podciągnął rękawy koszuli.

– Wszystko w porządku? – spytał.

– W porządku? Czy uważasz, że tutaj cokolwiek jest w porządku?

– Dziwna sprawa.

– Rzeczywiście dziwna – przyznała.

Krzysztof przyjrzał się Lenie. Wiedział, co oznacza ten błysk w jej oku. Dobrze znał własną żonę. Praca w policji była dla niej sensem życia, ale mimo wszystko miał nadzieję, że tym razem odpuści.

Jednak się mylił.

– Planowaliśmy urlop – przypomniał. – Tydzień nad morzem, pamiętasz?

– Pamiętam – mruknęła.

– Mieliśmy kąpać się w morzu, opalać i wydawać fortunę w pieprzonych restauracjach. Potrzebujesz odpoczynku, Lena. Sama mówiłaś, że dawno nie byłaś na wakacjach.

Zawahała się.

– Jedź sam.

– Sam? – Krzysztof ściągnął okulary przeciwsłoneczne i złożył je w dłoni. – Ten wyjazd miał nam pomóc. Kiedy ostatnio byłaś na urlopie?

Wsunęła ręce do kieszeni. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz wzięła wolny dzień. Krzysztof miał rację. Potrzebowała odpoczynku. Zdawała sobie z tego sprawę, ale nie miała ochoty na urlop z mężem.

– Lena, w samochodzie są nasze bagaże. – Krzysztof oparł się o maskę, krzyżując ramiona. – Wystarczy, że zadzwonisz do naczelnika. Ostrowski z pewnością znajdzie kogoś, kto zajmie się tym śledztwem.

– Mamy braki na komendzie – odparła. – Zaczął się sezon urlopowy.

– Nie pracujesz sama i masz prawo do urlopu. Ostrowski na pewno sobie poradzi.

– Przecież wiesz, że…

– Pamiętasz, czemu służy ten wyjazd? To miał być nasz nowy start.

Owszem. Wspólny urlop miał być nowym początkiem w ich małżeństwie. Nowym rozdziałem, którego nie chciała. Krzysztof, w przeciwieństwie do Leny, wiązał ze wspólnym wyjazdem wiele planów. Ona zaś była zdania, że to niczego nie zmieni.

– Nie mogę jechać – powiedziała.

– Nie chcesz. A to jest różnica.

Zacisnęła usta, czekając na wybuch złości, zmrużenie oczu, zaciśnięcie pięści. Czekała na jakikolwiek sygnał, który sugerowałby, że Krzysztof jest wściekły.

– Pojadę sam – odezwał się po chwili. Ton jego głosu pozostał obojętny. – Mamy rezerwację w hotelu. Przynajmniej jedno z nas odpocznie.

– Podrzucisz moje walizki do domu?

Krzysztof zmrużył oczy i spojrzał na nią z dezaprobatą.

– Uważaj na siebie, Lena – powiedział.

Podszedł i nachylił się, by pocałować żonę w czoło, ona jednak zdążyła się uchylić. Odgarnął kosmyk z jej twarzy, a potem bez słowa wsiadł do samochodu.

Przez chwilę patrzyła za odjeżdżającym audi. Zastanowiła się, czy słusznie postąpiła, rezygnując ze wspólnego urlopu. Miała wrażenie, że Krzysztof szczerze wierzył, że w ich życiu może się coś zmienić. Wystarczyła chwila, by Lena wszystko przekreśliła. Nie miała pojęcia, czy po powrocie Krzysztofa przyjdzie jej zapłacić za tę decyzję, ale nie zamierzała martwić się na zapas. Minęła podjazd i obeszła dom dookoła. Poruszała się ostrożnie, aby nie zatrzeć ewentualnych śladów. Pozostawała czujna, mózg analizował każdy szczegół. Źrenice zwęziły się w poszukiwaniu czegokolwiek – śladów butów, opon, papierka rzuconego w rabatki. Z doświadczenia wiedziała, że nawet najmniejszy szczegół może mieć znaczenie. Zbyt długo pracowała w policji, by wierzyć w przypadki. Nic nie dzieje się przypadkiem.

Nie znalazła żadnych śladów włamania. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Zawróciła do domu.

Ściągnęła z wieszaka bluzę i odchyliła wieko drewnianej skrzynki wiszącej przy drzwiach. Trzy haczyki pozostawały puste, na trzecim zaś wisiał pęk kluczy. Etykieta z literą „D” kazała sądzić, że klucze należały do Diany Pulido. Dziewczyny, która powiesiła się kilka godzin temu, a której ciała do tej pory nie odnaleziono.

Kto wyniósł z domu ciało nastolatki?, pytanie kołatało się w głowie Leny. Mózg przeskakiwał od jednej myśli do drugiej. Rudnicka znała to uczucie. Towarzyszyło jej zawsze, gdy rozpoczynała nową sprawę. Było jak narkotyk.

Lena przeszła do salonu. Prawdopodobnie nie wzbudzała zaufania jako przedstawicielka organów ścigania – w bawełnianym podkoszulku i szortach wyglądała, jakby wybierała się na plażę, czego potwierdzeniem był wzrok ojca Diany, Emilia Pulido. Spod krzaczastego wąsa wyłaniał się lekko kpiący uśmiech. Jedną ręką masował się po obfitym brzuchu, drugą zaś trzymał na kolanach żony. Matka Diany, Hanna Pulido, zadbana, wysoka blondynka, wbiła wzrok w komisarz. Była ładną kobietą o przenikliwym spojrzeniu. Teraz dygotała, pociągając nosem. Pokrytą grubą warstwą fluidu twarz przecinało kilka czarnych smug.

Rudnicka usiadła w fotelu. Milczeli przez chwilę.

– Ma pani dzieci? – zapytała Hanna Pulido.

Lena pokręciła głową.

– Rozumiem państwa niepokój, ale powinniśmy przeanalizować sytuację – odparła.

– Przeanalizować sytuację? Żartuje pani? – Matka Diany rozłożyła bezradnie ręce. – To jakiś żart, prawda?

– Chodzi o to, że…

– Chodzi o to, żebyście odnaleźli moją córkę! – Kobieta poderwała się z kanapy.

W pomieszczeniu panował zaduch. Komisarz najchętniej uchyliłaby okno i wpuściła do środka trochę powietrza.

– Zapewniam, że znajdę państwa córkę – zapewniła.

Prawdopodobnie żaden inny policjant nie składałby obietnicy z taką pewnością w głosie, jednak Lena była przekonana, że odnalezienie ciała Diany to kwestia czasu. Godzin bądź dni. W końcu zwłoki nastolatek nie znikają ot tak.

– Kiedy? Gdzie zaczniecie jej szukać? Macie znaleźć tego sukinsyna, który wyniósł jej ciało! Co to w ogóle ma znaczyć?

– Kochanie, spokojnie. – Emilio objął żonę ramieniem.

– Spokojnie?! Czy ty siebie słyszysz?

– Proszę państwa. – Rudnicka uniosła dłoń. – Za chwilę zjawi się tu ekipa kryminalistyczna. Obiecuję, że sprawdzimy cały dom. Na pewno znajdziemy jakieś ślady, które pomogą nam odnaleźć Dianę.

– Boże, mogliśmy zostać w domu! – Hanna Pulido ukryła twarz w dłoniach.

– Kochanie, nie mogliśmy tego przewidzieć.

– Proszę opowiedzieć wszystko od początku – poprosiła Rudnicka. – To bardzo ważne. Muszę ustalić, co działo się z Dianą podczas waszej nieobecności.

– Mamy rodzinę pod Sopotem. – Hanna wytarła chusteczką oczy. – Pojechaliśmy na weekend odpocząć… Skąd mogłam wiedzieć, że wydarzy się coś takiego!

– Kiedy wyjechaliście?

– W piątek – odezwał się Emilio Pulido. – To lato jest wyjątkowo gorące, więc postanowiliśmy skorzystać z ładnej pogody, bo wiadomo, jak to w Polsce bywa… Raz ciepło, raz zimno… Córka nie chciała jechać. Choć teraz to wydaje się banalne, ale uznaliśmy, że skoro nie chce, nie powinniśmy jej zmuszać. Ma szesnaście lat, swoje życie, koleżanki. Postanowiliśmy zaufać Dianie i pozwoliliśmy, żeby została w domu. Sądziliśmy, że jest wystarczająco dorosła, żeby poradzić sobie przez kilka dni. Zawsze była odpowiedzialna.

Emilio sprawiał wrażenie opanowanego. Jego ruchy były automatyczne, jakby zaginięcie Diany w ogóle go nie obeszło. Jedynie zaciśnięte w cienką linię usta zdradzały zdenerwowanie.

Rudnicka dłuższą chwilę przyglądała się mężczyźnie. Każdy człowiek inaczej reaguje na stres. W przypadku Emilia mógł zadziałać efekt wyparcia. Ojciec nie dopuszczał do siebie myśli, że jego córka nie żyje.

Albo chodziło o coś zupełnie innego.

– Opuściliście dom w piątek – powiedziała komisarz. – O której godzinie?

– Po pracy, około dziewiętnastej – odparła Hanna.

– Dzisiaj jest poniedziałek, czy przez weekend miała pani kontakt z córką?

– Rozmawiałyśmy przez telefon.

– Kiedy rozmawiała pani z Dianą po raz ostatni?

– W niedzielę, o dwudziestej. Wróciliśmy z plaży i wtedy do niej zadzwoniłam… – Kobieta urwała, próbując opanować drżenie głosu.

– Czy podczas tej rozmowy Diana wydawała się jakaś inna? Podenerwowana? Mówiła, że coś ją niepokoi?

– Nie, nic takiego nie mówiła. Powiedziała, że zjadła kolację i zamierza oglądać film na komputerze. Umówiłyśmy się, że kiedy wrócę we wtorek, pojedziemy do centrum handlowego po kostium kąpielowy. Wybierała się ze znajomymi nad rzekę…

– A czy w ostatnim czasie Diana zachowywała się inaczej niż zwykle?

– Jak inaczej? Co to znaczy?

– Może była bardziej kłótliwa albo wracała później do domu?

– Nie, Diana to dobre dziecko. Nie sprawia problemów wychowawczych. Dobrze się uczy, ma same piątki, jeździ na szkolne olimpiady.

Rudnicka z grzeczności pokiwała głową. Dobre dziecko, przykładna uczennica – rodzice zawsze wybielają własne dzieci. Mówienie o problemach nie leży w naszej naturze. Ciekawe, czy Diana rzeczywiście nie sprawiała żadnych problemów? Lena chętnie przycisnęłaby rodziców. Wystarczy zadać odpowiednie pytania i ludzie sami przyznają się do kłamstwa. Jednak w obecnej sytuacji naciskanie na rodziców Diany mogłoby przynieść odwrotny skutek. Ich współpraca z policją będzie kluczowa, więc Rudnicka nie mogła doprowadzić do sytuacji, w której poczuliby się oskarżani.

– Czy Diana miała jakieś problemy w szkole? – spytała komisarz.

– Parę dni temu skończyła gimnazjum. – Hanna Pulido pociągnęła nosem. – Czekamy na wyniki rekrutacji do liceum.

– W szkole miała wielu znajomych – dodał Emilio. – Nigdy nie narzekała na brak koleżanek. Nauczyciele ją chwalili. Diana angażowała się w szkolne imprezy, pomagała w schronisku dla zwierząt i chodziła na zajęcia teatralne.

– Zajęcia teatralne?

– Chciała zostać aktorką. Po liceum zamierzała aplikować do łódzkiej filmówki.

– Gdzie odbywały się te zajęcia?

– W domu kultury, przy Traugutta.

Rudnicka zanotowała adres w pamięci.

– Jak dowiedzieli się państwo o nagraniu? – spytała po chwili.

Hanna poderwała się z kanapy i obróciła w stronę okna.

– Axel pokazał nam film. – Emilio wskazał na syna.

Nastolatek nie odezwał się do tej pory ani słowem. Milczał, zaciskając kciuki niczym nadpobudliwy przedszkolak.

– Wszedłem rano na Facebooka – powiedział. Upstrzona pryszczami twarz poczerwieniała. Mówił piskliwym głosem, typowym dla nastolatka przechodzącego mutację. – Zobaczyłem, że wszystkie serwisy zamieszczają informacje o tajemniczym samobójstwie dziewczyny. Od razu pobiegłem do mamy i pokazałem film. Wiem, że nie powinienem. – Zerknął na matkę. – Mamo, nie powinnaś tego oglądać.

– Spakowaliśmy rzeczy i natychmiast wróciliśmy do domu – dodał ojciec. – Ale… Gdy weszliśmy, wszystko było w porządku. Nigdzie nie znaleźliśmy Diany. Boże… Gdzie ona jest?

– O której wyjechaliście?

– Około wpół do dziewiątej.

– O której weszliście do domu?

– Za piętnaście dwunasta.

Lena spojrzała na zegarek. Minęło czterdzieści pięć minut od momentu, kiedy państwo Pulido przekroczyli próg domu. Film z samobójstwa trafił do sieci o trzeciej nad ranem. Ponad dziesięć godzin temu.

Gdzie jest ciało dziewczyny?

– Kiedy weszliście, coś zwróciło waszą uwagę? – spytała Rudnicka.

– Czy coś zwróciło naszą uwagę? – Hanna przechyliła głowę, jakby komisarz zadała najgłupsze pytanie na świecie. – Oczywiście! Naszą uwagę zwróciło to, że nigdzie nie ma naszej córki! Gdzie ona jest!? Co się z nią stało?!

Emilio objął żonę i przyciągnął ją do siebie.

Lena poczuła się niezręcznie. W głowie kołatało się jeszcze wiele pytań, ale postanowiła, że na tę chwilę wystarczy. Rodzina powinna się spakować i jak najszybciej opuścić dom. Ekipa kryminalistyczna zjawi się lada moment.

– Technicy sprawdzą dom – powiedziała. – Macie gdzie się zatrzymać na jakiś czas?

– Pojedziemy do mojej siostry – odparł Emilio. – Mieszka niedaleko.

Technik kryminalistyki Luiza Krajewska zjawiła się dziesięć minut później. Rude włosy spięła w kok. Kwiecistą bluzkę przykryła policyjną kurtką. Oparła dłonie na biodrach, wodząc wzrokiem po pokoju. Lena Rudnicka podążyła za jej spojrzeniem.

Pokój Diany Pulido wyglądał, jakby nic się w nim nie wydarzyło. Urządzony w nowoczesnym stylu. Białe ściany, białe meble – dwudrzwiowa szafa, biurko, komoda ze zdjęciami i regał, na którym stał pokaźny zbiór powieści kryminalnych i thrillerów. Lena przejechała dłonią po grzbietach – Coben, Gerritsen, Läckberg, Nesbø. Nazwiska brzmiały znajomo. Albo tak się Lenie zdawało. Nie czytała żadnego z tych autorów.

– Nie znalazłam śladów włamania – oznajmiła komisarz. – Zamki są nietknięte, wokół domu żadnych śladów butów.

– To niemożliwe – zauważyła Liz.

– Mnie nie musisz tego mówić. Dziewczyna popełniła samobójstwo. Jeśli nie posiada magicznej umiejętności teleportacji, ktoś najzwyczajniej w świecie wyniósł ciało z domu.

– Może to jakieś sekciarskie rytuały? Wiesz, jakie są nastolatki. Łatwo ich omamić i zmusić do różnych rzeczy. Dziewczyna powiesiła się w imię wyższego dobra, a jej stuknięci koledzy złożyli ciało w ofierze.

Rudnicka zmarszczyła brwi.

– To może być jakiś trop – mruknęła bez przekonania. Jeden z wielu, dodała w duchu.

2

Rudnicka wróciła na komendę i odwiesiła urlop. Naczelnik Ostrowski przyjął tę wiadomość z zadowoleniem. Ta dwójka nie darzyła się przesadną sympatią, ale w oczach przełożonego Lena zobaczyła ulgę. Wiedział, że sprawa Diany Pulido będzie priorytetowa. Zaginięciem dziewczyny zainteresowały się media. Wścibscy dziennikarze zawsze oznaczają kłopoty.

Poza tym na komendzie brakowało rąk do pracy. Przełom czerwca i lipca to najgorętszy okres urlopowy. Większość funkcjonariuszy bierze wolne właśnie na początku sezonu.

Stanęła na parkingu i rozejrzała się dookoła. W twarz uderzyło ją parne powietrze. Spostrzegłszy znajomą sylwetkę, ruszyła w stronę oznakowanego radiowozu.

– No wreszcie! – zawołała. – Szukałam cię!

Sierżant sztabowy Marcel Wolski obrócił się, unosząc brwi.

– Słucham?

– Mamy sprawę – poinformowała go.

– My?

– A widzisz tutaj kogoś poza tobą? – Lena rozłożyła teatralnie ręce.

– To jakiś żart?

To musiał być żart, skonstatował w duchu. Spodziewał się wszystkiego, oprócz komisarz Rudnickiej.

Kiedy Marcel dołączył do Wydziału Kryminalnego łódzkiej komendy, prowadzili z Leną sprawę morderstwa Klemensa Chmielnego i Michaliny Kowalskiej. Po skończonym śledztwie Rudnicka w krótkich – i dość dosadnych – słowach wyjaśniła Marcelowi, że wspólna przygoda dobiegła końca. Przez kolejne miesiące rzucała Wolskiemu jedynie zdawkowe „cześć”. Na nic więcej nie mógł liczyć.

W gruncie rzeczy ich wspólny start nie należał do udanych. Po przeprowadzce do rodzinnej Łodzi Marcel poznał w barze pewną kobietę. Spędzili razem noc, a kiedy rano stawił się w nowej pracy, znów ją spotkał… Była jego nową szefową. Na domiar złego jej mężem okazał się prokurator Nawrocki, prowadzący z nimi śledztwo w sprawie morderstwa.

Gorszego początku znajomości nie powstydziłby się reżyser najsłabszych sitcomów.

– W coś ty się ubrał? – zapytała teraz Lena, lustrując Wolskiego od góry do dołu.

Przestąpił z nogi na nogę. Miał na sobie służbowy strój – policyjne bojówki, glany i czarny podkoszulek – zestaw idealny na trzydziestostopniowy upał.

– Mam służbę – bąknął.

– Służbę? A co ty, kurwa, w prewencji robisz?

– Zaczął się sezon urlopowy. – Zapalił lodowego westa, zaciągnął się i wypuścił dym. – Są braki na komendzie. Ostrowski prosił, żebym pomógł obstawić wizytę jakiegoś polityka. Idą wybory, więc…

– Mam to gdzieś – weszła mu w słowo. – Bierz telefon, dzwoń do starego i powiedz, że nie zajmujesz się pierdołami.

– Nie mogę.

– Owszem, możesz. Powiedz mu, że jeśli ma braki w kadrach, niech ściąga gliniarzy z pobliskich dziur. Kryminalni powinni zajmować się poważnymi sprawami, a nie, kurwa, wystawaniem na ulicy i chronieniem tyłków kołkom z Wiejskiej.

– Nie mogę – powtórzył.

Naczelnik nie darzył Marcela sympatią. Przełożony nigdy nie wyjawił powodu swojej niechęci, ale Marcel przypuszczał, że chodziło o jego ojca i jednocześnie komendanta jednostki, Andrzeja Wolskiego. Zresztą większość kolegów po fachu patrzyła na Marcela mało przychylnym okiem. Synalek komendanta, któremu tatuś załatwił robotę w kryminalnym.

– Sierżancie, przypomnij, ile dzieli nas stopni policyjnych? – Rudnicka pstryknęła palcami.

– Sześć – mruknął.

– Wiesz, że nie chcę tego mówić?

– Czego?

– Że to rozkaz.

– Słucham?

– Sam mnie do tego zmusiłeś.

Marcel stłumił westchnienie. Oczywiście mógł polemizować. Formalnie Wydziałowi Kryminalnemu szefował naczelnik Ostrowski, ale w praktyce to Lena rozwiązywała wszystkie sprawy. Wyrabiała tyle godzin, że gdyby ktoś spróbował podliczyć, zebrałby się półroczny urlop.

– Weź kogoś innego – zaproponował.

– Tymon i Ernest są na urlopie – wyjaśniła. – Zostały same tłuki, które nie umieją wynegocjować urlopu w pierwszym terminie.

– Dzięki.

– Więc jeśli mam wybierać pomiędzy tłukiem, który nie umie wynegocjować urlopu, a tłukiem, który dał się wmanewrować w obstawianie wizyty polityka, wezmę tego drugiego.

Przez chwilę Wolskiemu zrobiło się miło. Ze wszystkich gliniarzy Rudnicka wybrała właśnie jego. A potem uświadomił sobie, że wybór miała mocno ograniczony. Gdyby Tymon lub Ernest nie byli na urlopie, Lena pewnie nawet by o nim nie pomyślała.

– Okej – odezwała się. – Widzę, że trzęsiesz portkami, więc załatwię to za ciebie.

Wyjęła telefon i odeszła na bok. Marcel dopalił papierosa, obserwując komisarz. Rozmowa z naczelnikiem nie zajęła jej dużo czasu. Właściwie Lena ograniczyła się do przedstawienia przełożonemu własnego zdania i zwyczajnie się rozłączyła.

– Załatwione – rzekła. – Przebieraj się i spadamy.

Wolski przygniótł butem niedopałek.

– Nie mam ubrań na zmianę – oświadczył. – Przyjechałem tak z domu.

– Że co?

– Gdybym wiedział, że właśnie dzisiaj odwiesisz mi karę i zaproponujesz prowadzenie śledztwa…

– Nic ci nie zaproponowałam – sprostowała. – Gdyby to była propozycja, miałbyś możliwość wyboru.

– Rozumiem.

– Oboje musimy się przebrać. Spójrz na mnie. Wyglądam, jakbym szła na plażę. W tym stroju nikt nie potraktuje mnie poważnie. Brakuje mi tylko olejku do opalania w jednej ręce i drinka w drugiej.

Wolski mimowolnie powiódł wzrokiem po zaczerwienionych od słońca udach. W takim wydaniu komisarz bardzo mu się podobała, ale nie ośmielił się powiedzieć tego na głos.

Rudnicka się zawahała.

– Co zrobiłeś sobie w rękę? – zapytała, wskazując na lewy nadgarstek Marcela, owinięty elastycznym bandażem.

– Skręciłem – odbąknął. – Nic takiego.

– Co zrobiłeś?

Wolski się zawahał. Mógł skłamać. Powiedzieć, że doznał urazu podczas treningu bokserskiego (nigdy tam nie był). Zmyślić historyjkę o bohaterskim zatrzymaniu złodzieja, który wyrwał kobiecie torebkę na ulicy. Dodać, że pokonał przeciwnika, choć uszkodził sobie nadgarstek. „Ale gdybyś zobaczyła twarz tamtego gościa! To dopiero coś!”

Mógł też powiedzieć prawdę.

– Przewróciłem się.

– Jezu – stęknęła. – Zaczynam żałować, że do ciebie przyszłam.

– Ale jednak przyszłaś. To miłe.

– Nie miałam innego wyjścia, więc nie wyobrażaj sobie za wiele.

– Sądziłem, że nasze partnerowanie to przeszłość. Szczególnie że próbowałem z tobą porozmawiać. Tak po koleżeńsku. Wiesz, ludzie tak robią, jeśli razem pracują. Czasem pogadają przy kawie, pośmieją się na korytarzu.

– Uwierz, w moim życiu nie ma niczego zabawnego.

– Och, daj spokój. Wiesz, o co mi chodzi.

Rudnicka przygryzła wargę.

– Nasze partnerowanie przeszło w stan zawieszenia, a teraz postanowiłam je odwiesić. Ot, cała tajemnica.

– Mhm. A po sprawie znowu opuścisz szlaban?

– Poza tym – uniosła palec – nie jestem i nigdy nie będę twoją koleżanką. Zapamiętaj to sobie.

Uśmiechnął się pod nosem.

– Zbierajmy się – rozkazała Lena. – Ty i twoje glany zabieracie mnie do wozu i jedziemy.

– Nie masz samochodu?

– Stoi przed domem. Jeszcze parę godzin temu sądziłam, że będę smażyć się dzisiaj na plaży.

– Rodzinne wakacje?

– Coś w tym stylu – burknęła. – No? Gdzie masz samochód? Przecież nie będziemy jeździć tym czymś. – Wskazała na radiowóz.

Marcel skinął głową w stronę złotej skody fabii.

Kilka minut później zaparkował przed główną bramą zamkniętego osiedla loftów. Rudnicka wyskoczyła z samochodu i przemaszerowała przez szeroki podjazd; weszła na odpowiednie piętro i pchnęła ciężkie drzwi. Zakręciła się w salonie, odnotowując, że Krzysztof zgodnie z obietnicą podrzucił walizkę, i skierowała się do łazienki. Ochlapała twarz wodą, wytarła dłonie w ręcznik, skierowała się z powrotem na korytarz i zamarła w pół kroku.

– Czy zrozumienie prośby „poczekaj na dole, zaraz wrócę” jest dla ciebie aż tak skomplikowane? – zapytała.

– Na zewnątrz jest za gorąco – odparł Wolski, wchodząc w głąb korytarza. – Poza tym to nie była prośba, ale polecenie – dodał, starając się unikać ciężkiego spojrzenia komisarz.

– Banalnie proste – warknęła. – A nawet nie potrafisz go wykonać.

Rudnicka najchętniej wyrzuciłaby Marcela za drzwi. Nie chciała, by wchodził do środka. Ich stosunki nie powinny wykraczać poza sferę zawodową. Wpuszczenie go do mieszkania oznaczało naruszenie pewnej granicy, której Rudnicka wolałaby nie przekraczać.

– Stój tam i się nie ruszaj – poleciła, wbijając palec w klatkę piersiową Marcela. – Idę się przebrać. Nie będę przesłuchiwać świadków w gaciach ledwo zakrywających tyłek.

– Mnie się podobają.

– No jasne.

Zniknęła w sypialni, gdzie zmieniła szorty na luźne dżinsy, po czym wróciła na korytarz.

Ale Wolskiego już tam nie zastała.

Znalazła go w kuchni. Wyciągnął właśnie z szafki dwa kubki, a wcześniej uruchomił ekspres do kawy. Obejrzał się przez ramię. Rudnicka oparła dłonie na biodrach.

– Potrzebuję kofeiny – wyjaśnił. – Upał mnie wykańcza.

– Nie jestem znawczynią zasad savoir-vivre’u, ale z tego co się orientuję, to gospodarz proponuje kawę gościom – warknęła. – Nie na odwrót. Kazałam ci zostać w korytarzu, a nie zajmować się przygotowywaniem małej czarnej.

Marcel postawił pełny kubek na blacie, obrócił się i wcisnął odpowiedni guzik. Młynek zmielił świeże ziarna. Z dyszy popłynęła kolejna porcja kofeiny.

– Głuchy jesteś czy co?

– Wypijemy kawę i pojedziemy. To tylko dziesięć minut, w ciągu których wyjaśnisz okoliczności całej sprawy.

– Wyjaśniłam już, kiedy jechaliśmy do…

– Powiedziałaś tylko, że do sieci trafiło nagranie – przerwał. – Na nagraniu widać, jak nastolatka popełnia samobójstwo. Ale rodzice po przyjeździe do domu nie znaleźli ciała córki.

– Dokładnie – odparła. – Chciałbyś wiedzieć coś więcej? Świetnie, bo ja również.

– Nie rozumiem tego.

– Wcale się nie dziwię. Do najbystrzejszych nie należysz.

Uśmiechnął się, siadając przy kuchennej wyspie.

– Co z rodziną? – spytał.

– Ojciec to hiszpański amigo, pracuje w firmie transportowej. Matka jest szychą w agencji marketingowej.

– Mówiłaś, że rodziny nie było w domu, kiedy dziewczyna popełniła samobójstwo.

– Tak – przyznała i sięgnęła po kawę. Wrzuciła cztery kostki cukru, zamieszała i upiła łyk. – Pojechali nad morze, razem z czternastoletnim Axelem, bratem samobójczyni. Chłopak pokazał rodzicom film. Podobno wrócili od razu, kiedy zobaczyli nagranie.

– Nie zawiadomili wcześniej policji? Ktoś mógłby ją odratować.

– Nie. Zadzwonili, kiedy weszli do domu i zobaczyli, że nie ma ciała Diany. Sądzę, że przez cały czas nie dopuszczali do siebie myśli, że dziewczyna z nagrania jest ich córką.

– Widziałaś ten filmik?

– Widziałam. Co prawda z serwisu został skasowany, ale ludzie zdążyli zrobić wystarczającą liczbę kopii, żeby materiał krążył w necie przez następne dziesięć lat.

– Masz go?

– Zrzuciłam na telefon, chcesz zobaczyć? – zapytała tonem, jakby chciała pokazać Marcelowi kolejny filmik ze śmiesznymi kotami w roli głównej.

– Na razie nie – odparł. – Czekaj, ta dziewczyna, Diana, tak?

Lena mruknęła twierdząco.

– Powiesiła się podczas relacji live? – ciągnął. – Widziałem kiedyś artykuł o dzieciaku, który popełnił samobójstwo podczas transmisji na YouTubie albo na Instagramie. – Podrapał się w skroń. – Nie pamiętam. W każdym razie od razu sprowadzono pomoc, namierzając dzieciaka za pomocą danych GPS z telefonu.

– Ale nie zdążyli – ucięła. – Znam tę historię. Odpowiadając na twoje pytanie: tak, powiesiła się podczas relacji na żywo.

– Boże… Dlaczego nikt nie przyjechał?

– Może miała mało obserwatorów, nie wiem.

– W internecie wszystko rozchodzi się lotem błyskawicy. Nie wierzę, że nikt tego nie obejrzał.

– Afera wybuchła nad ranem, kiedy ludzie zaczęli wchodzić do sieci. I fakt, to dziwne, że nikt nie rozpoznał Diany na nagraniu, ale mamy teraz większy problem, Marcel.

– Ciało?

– Którego nie ma.

Marcel zastanawiał się dłuższą chwilę.

– Dziewczyna była sama w domu? – zapytał w końcu.

– Tak. – Lena skinęła głową. – Kiedy przyjechała rodzina, drzwi były zamknięte od wewnątrz. Klucz należący do Diany wisiał na haczyku w specjalnej skrzynce.

– Ślady włamania?

– Wstępnie żadnych. Liz z ekipą pracuje na miejscu zdarzenia. Zadzwonią, o ile cokolwiek znajdą.

– Muszą coś znaleźć – zawyrokował. – Jeśli dziewczyna się powiesiła, to raczej sama nie usunęła swojego ciała.

– Co ty nie powiesz?

– Co o niej wiemy?

– Niewiele. Rodzina była w szoku, więc nie naciskałam…

Marcel uniósł brwi. Nie podejrzewałby Rudnickiej o taką wrażliwość. Podczas ostatniego śledztwa wyciskała świadków jak cytryny.

– Właściwie sama nie wiem dlaczego – dodała, dopijając kawę. – Może miałam przypływ empatii?

– Niewiarygodne.

– Mniejsza z tym. – Machnęła ręką. – Według rodziców Diana była przykładną uczennicą, udzielała się społecznie, wszyscy ją lubili, takie tam.

Marcel westchnął.

– Zakładamy, że ktoś wyniósł jej ciało z domu? – spytał.

– Nie. Zakładamy, że samo wyfrunęło.

Wolski podniósł się i obszedł kuchenną wyspę. Powiódł wzrokiem po wnętrzu. Fikuśne fotele, zdobione meble i przesadny porządek kompletnie nie pasowały do Leny Rudnickiej. Odnosił wrażenie, jakby znajdował się w hotelowym apartamencie. Wysprzątanym na przyjęcie kolejnych gości.

– W takim razie kto wyniósł ciało Diany? – zapytał, pocierając dłonią podbródek.

– I dokąd? – dodała Lena, odstawiając opróżniony kubek na blat. Przeszło jej przez myśl, że gdyby obok stał Krzysztof, od razu poleciłby włożenie brudnego naczynia do zmywarki. Nie lubił zawalonych blatów.

– Rodzice mają alibi? – podsunął Marcel.

– Musimy je sprawdzić.

– Więc co teraz robimy?

– Porozmawiamy z nauczycielką Diany, potem z koleżankami. Może dziewczyna miała problemy w szkole, sekretnego chłopaka albo coś, czym nie podzieliła się z rodzicami.

Każdy nastolatek ma swoje sekrety. Lena liczyła, że rozmowa z przyjaciółkami Diany rzuci na tę sprawę choć trochę światła.

– Jaki jest status dziewczyny? – spytał Marcel.

– Diana nie została uznana za zmarłą. Nie ma ciała, więc nie można stwierdzić zgonu.

3

Dziewczyna szła wyprostowana, unosząc głowę ku górze. Mrużyła oczy, oślepiona promieniami słońca. Żołądek zawiązał się w supeł, a do gardła podeszła żółć.

W jej głowie wybrzmiały słowa matki. „Jesteś taka młoda, możesz wszystko”.

Gówno prawda. Przyszłość malowała się raczej w ciemnych barwach. Nic nie było w porządku. Nawet w szkole się nie układało. Ostatnio dostawała coraz gorsze stopnie. „Dobre oceny to klucz do przyszłości”, grzmiała matka, przeglądając dzienniczek ucznia, i kręciła głową z dezaprobatą. Dziewczyna wiedziała, że ma ją za nic. Córka tylko jej zawadzała. Matka nigdy nie powiedziała tego na głos, ale dziewczyna była pewna, że najchętniej by się jej pozbyła.

Postanowiła więc jej to ułatwić.

Zresztą już dawno powinna ze sobą skończyć. Była niepotrzebnym nikomu śmieciem.

Potrząsnęła głową, jakby przy jej uchu latał natrętny owad. Odgoniła niewidzialnego insekta, a po chwili uświadomiła sobie, że brzęczenie nie ustało. Rozlegało się w jej głowie, jakby zalągł się tam rój pszczół. Dźwięk przybierał na sile z każdą sekundą.

To pewnie przez te prochy, pomyślała dziewczyna. Ostatnio przesadzała z dragami. Nie była ćpunką, po prostu czasem potrzebowała odskoczni, żeby odciąć się od ponurej rzeczywistości i nie myśleć o tym, jak bardzo jest nieszczęśliwa. Sama nie była pewna, co dokładnie łykała. Najważniejsze było, że wreszcie mogła się odprężyć.

Przeszła przez łąkę i zajrzała w zarośla. Wszystko znajdowało się na miejscu. Przygotowane. Niedługo zrealizuje swój plan. Już nie mogła się doczekać. Usiadła pod drzewem, pogrzebała w plecaku i wyciągnęła piwo. Pstryknęła zawleczką, upiła łyk i pomyślała, że nie powinna łączyć narkotyków z alkoholem. Chociaż to tylko jedno piwo. Nikomu nie powinno zaszkodzić, prawda?

Myślała o wydarzeniach ostatnich dni. O planie. Wszystko zaszło za daleko, o wiele za daleko. Nie można się już cofnąć. Przez chwilę zastanowiła się, co powiedzą rodzice, kiedy o wszystkim się dowiedzą. Czy matka będzie zadowolona? Dziewczynę naszły wątpliwości, ale uświadomiła sobie, że wystarczy moment, by zakończyć cierpienie. Sekunda. Nie miała innego wyjścia. Zrobi to. Odbierze sobie życie. Ale jeszcze nie dzisiaj. Ukryła twarz w dłoniach i się rozpłakała.

Nad jej głową kołowały trzy wrony. Ich czarne pióra połyskiwały w słońcu.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI