Smok odrodzony - Robert Jordan - ebook + książka

Smok odrodzony ebook

Robert Jordan

4,7

Opis

PORÓWNYWANY DO WŁADCY PIERŚCIENI MONUMENTALNY CYKL FANTASY, KTÓRY POKOCHAŁO PONAD 40 MILIONÓW CZYTELNIKÓW NA CAŁYM ŚWIECIE

Smok odrodzony jest dawno już przepowiadanym przywódcą, który uratuje świat (choć jednocześnie zniszczy go), zbawcą, który oszaleje i zabije wszystkich mu bliskich. Teraz rozpoczyna bieg ku swemu przeznaczeniu.

Tylko on jest zdolny do dotknięcia Jedynej Mocy, ale nie potrafi jej kontrolować, nie ma też w swoim otoczeniu nikogo, kto mógłby go tego nauczyć, gdyż żaden mężczyzna nie potrafi robić tego od trzech tysięcy lat. Rand al'Thor rozumie tylko tyle, że musi stanąć twarzą w twarz z Czarnym... Ale jak?

Robert Jordan przedstawia tak wspaniałą wizję światła i ciemności, a jednocześnie pisze z tak świeżym poczuciem magiczności, że natychmiast budzi skojarzenia z dziełem J.R.R. Tolkiena. Jego styl jednak jest bez wątpliwości oryginalny”.

"Pittsburg Press"

KOŁO CZASU TOM 3

Na podstawie cyklu serwis Amazon we współpracy z Sony Pictures Television przygotowuje wysokobudżetowy serial.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1114

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Prolog

Forteca światłości

Wiekowe spojrzenie Pedrona Nialla wędrowało po całej przestrzeni prywatnej komnaty przyjęć, ale ciemne oczy zasnute mgłą myśli nie widziały niczego. Poszarpane ozdoby wiszące na ścianach były kiedyś sztandarami bitewnymi wrogów jego młodości, teraz wtopiły się w ciemne drewno boazerii, którą wyłożono kamienne mury, grube nawet tutaj, w samym sercu Fortecy Światłości. Jedyny fotel, jaki znajdował się w komnacie — ciężki, z wysokim oparciem, przypominający niemalże tron — umykał jego niewidzącemu spojrzeniu, podobnie jak kilka rozproszonych w jej przestrzeni stolików, dopełniających umeblowania. Nawet mężczyzna w białym płaszczu — z widoczną na twarzy, ledwie powstrzymywaną gorliwością — klęczący na promiennym słońcu osadzonym w szerokich deskach podłogi przestał na chwilę przykuwać uwagę Nialla, choć wszak niewielu potrafiłoby zbyć go tak lekko.

Jaretowi Byarowi dano trochę czasu, aby się umył, zanim doprowadzono go przed oblicze Nialla, jednak zarówno jego hełm jak i napierśnik były zmatowiałe od kurzu dróg i pogięte od częstego użycia. Ciemne, głęboko osadzone oczy lśniły gorączkowym, naglącym światłem w twarzy, z której zniknęły wszystkie zbędne skrawki mięśni. Nie miał przy sobie miecza — nie zezwalano na posiadanie broni w obecności Nialla — zdawał się jednak trwać nieprzerwanie na skraju gwałtu, niczym pies szarpiący się na smyczy.

Niewielkie ognie w długich kominkach po obu stronach pomieszczenia rozpraszały nieco chłód późnej zimy. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest to prosty, żołnierski pokój, wszystko dobrze odrobione, ale bez ekstrawagancji — wyjąwszy słońce zdobiące posadzkę. Umeblowanie pojawiło się w komnacie przyjęć Lorda Kapitana Komandora Synów Światłości razem z człowiekiem, którego wyniesiono na ten urząd. Rozbłyskujące słońce z czystego złota ścierały do gołego drewna pokolenia petentów, a wtedy zastępowano je i kolejne rzesze ścierały je na nowo. Złota było w nim tak dużo, że dałoby się za nie kupić dowolną posiadłość w Amadicii, razem z przypisanym do niej tytułem szlacheckim. Przez dziesięć lat Pedron Niall kroczył po tym złocie i nigdy nie pomyślał o nim po raz drugi, podobnie zresztą jak o wizerunku słońca wyszytym na piersiach jego białej tuniki. Złoto nie miało wiele powabu dla Pedrona Nialla.

Ostatecznie jego oczy spoczęły na stole stojącym w pobliżu fotela, zasłanym planami, rozrzuconymi listami i raportami. W tym rozgardiaszu znajdowały się trzy luźno zwinięte rysunki. Niechętnie podniósł jeden z nich. Nieważne który, wszystkie przedstawiały tę samą scenę, choć wykonały je różne dłonie.

Skóra Nialla była cienka jak przezroczysty pergamin, wiek opinał ją ściśle na ciele złożonym z samych kości i ścięgien, jednak słabość wydawała się nie mieć doń dostępu. Żaden mężczyzna nie piastował urzędu Nialla, zanim jego włosy nie stały się białe, żadnemu się to nie udało, jeśli nie był równie twardy jak kamienie, z których zbudowano Kopułę Prawdy. Nagle dojrzał z całą jasnością poznaczony ścięgnami grzbiet dłoni ściskającej rysunek, uświadomił sobie potrzebę pośpiechu. Było coraz mniej czasu. Jego czas się kurczył. Ale musi go wystarczyć. Musi działać tak, by wystarczyło czasu.

Rozwinął do połowy pergamin, tylko tyle, by zobaczyć interesującą go twarz. Kredka rozmazała się trochę w podróżnych jukach, ale twarz była wyraźnie widoczna. Szarooki młodzieniec z rudawymi włosami. Wyglądał na wysokiego, nie można jednak było mieć ostatecznej pewności. Pominąwszy włosy i oczy, mógłby mieszkać w dowolnym miasteczku, nie wzbudzając żadnych komentarzy.

— Ten… ten chłopiec ogłosił się Smokiem Odrodzonym? — wymruczał Niall.

Smok. Brzmienie tego imienia spowodowało, że poczuł dreszcz od przeszywającego chłodu zimy, przypomniał sobie, jaki jest stary. Imię wsławione przez Lewsa Therina Telamona, kiedy jednym aktem skazał na potępienie każdego mężczyznę, który potrafiłby przenosić Jedyną Moc, wówczas i na zawsze, na szaleństwo i śmierć, włączając w to samego siebie. Minęło ponad tysiąc lat od czasu, gdy duma Aes Sedai i Wojna z Cieniem położyły kres Wiekowi Legend. Trzy tysiące lat, ale dzięki proroctwom i legendom ludzie pamiętali… przynajmniej samą istotę opowieści, choć szczegóły pochłonął czas. Lews Therin Zabójca Rodu. Człowiek, który zapoczątkował Pęknięcie Świata, kiedy to szaleńcy zdolni do drenażu mocy, która kieruje wszechświatem, zrównywali z ziemią góry i zatapiali starożytne lądy pod wodami mórz, kiedy to całe oblicze ziemi odmieniło się, a ci, którzy przeżyli, niczym dzikie zwierzęta umykali przed światłem ognisk. Niekończąca się tortura, dopóki ostatni mężczyzna Aes Sedai nie padł martwy, a rozproszona rasa ludzka mogła rozpocząć odbudowę wszystkiego z gruzów, przynajmniej tam, gdzie chociaż gruzy pozostały. Opowieść o tym wpajały w pamięć historie, które matki opowiadały dzieciom. A proroctwa mówiły, że Smok odrodzi się ponownie.

Niall jedynie głośno myślał, ale Byar postanowił mu odpowiedzieć.

— Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, tak uczynił. Wynikło z tego większe szaleństwo, niźli z winy któregokolwiek z fałszywych Smoków, o jakich słyszałem. Tysiące już zadeklarowały swoje dla niego poparcie. Tarabon i Arad Doman pogrążyły się w stanie wojny domowej, a także wszczęły wzajemną waśń. Walki toczą się na całej Równinie Almoth i na Głowie Tomana, Tarabonianie przeciw Domani, przeciw Sprzymierzeńcom Ciemności domagającym się Smoka… trwały w każdym razie, dopóki zimowe chłody nie położyły im kresu. Nigdy dotąd nie słyszałem, by szerzyło się to tak szybko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jakby wrzucił zapaloną latarnię do stodoły pełnej siana. Śniegi mogły na jakiś czas zdusić zarzewie wojny, ale wraz z nadejściem wiosny płomienie wybuchną z nową siłą, potężniejsze zapewne niż w zeszłym roku.

Niall przerwał mu, unosząc palec do góry. Już dwukrotnie słyszał tę opowieść z ust Byara, głos tamtego za każdym razem pobrzmiewał gniewem i nienawiścią. Jej fragmenty poznał zresztą wcześniej z innych źródeł i o niektórych wydarzeniach wiedział więcej niż Byar, niemniej za każdym razem, kiedy ją słyszał, na nowo rozpalała w nim namiętności.

— Geofram Bornhald zginął, a wraz z nim tysiąc Synów. I odpowiedzialne są za to Aes Sedai. Nie masz żadnych wątpliwości, Synu Byar?

— Żadnych, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Po potyczce na drodze do Falme wypatrzyłem dwie wiedźmy z Tar Valon. Kosztowały nas pięćdziesięciu zabitych, zanim wreszcie naszpikowaliśmy je strzałami.

— Jesteś pewien… całkowicie pewien, że były to Aes Sedai?

— Ziemia eksplodowała nam pod stopami. — Głos Byara był zdecydowany i pełen wiary w wypowiadane słowa. Jaret Byar doprawdy nie miał zbyt wybujałej wyobraźni, śmierć stanowiła część żołnierskiego życia, niezależnie od tego, w jaki sposób się ją spotykało. — W nasze szeregi uderzały błyskawice, walące się wprost z jasnego nieba. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, kim innym mogłyby one być?

Niall pokiwał ponuro głową. Od czasu Pęknięcia Świata nie było już mężczyzn Aes Sedai, jednak te kobiety, które rościły sobie prawo do tego tytułu, nadal potrafiły wystarczająco napsuć krwi. Bez przerwy paplały o swych Trzech Przysięgach: nie wypowiadać żadnych słów, które nie są prawdą; nie wytwarzać żadnej broni, dzięki której człowiek mógłby zabić człowieka; używać Jedynej Mocy jako broni wyłącznie przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności i Pomiotowi Cienia. Teraz wszak okazało się, ile warte są te przysięgi, odsłoniło się zawarte w nich kłamstwo. Zawsze uważał, że nikt nie może pragnąć mocy, którą władały, nie rzucając jednocześnie wyzwania Stwórcy, a to równało się służbie dla Czarnego.

— Ale nie wiesz niczego o tych, którzy zdobyli Falme i wybili połowę jednego z mych legionów?

— Lord Kapitan Bornhald mówił, że nazywają się Seanchanami, mój Lordzie Kapitanie Komandorze — odrzekł niewzruszenie Byar. — Twierdził, że są Sprzymierzeńcami Ciemności. A jego szarża pokonała ich, nawet jeśli podczas niej zginął. — Jego głos stał się nieco bardziej napięty. — Spotkałem wielu uchodźców z miasta. Wszyscy zgodnie opowiadali, że obcy zostali pokonani i uciekli. Całą zasługę należy przypisać Lordowi Kapitanowi Bornhaldowi.

Niall westchnął cicho. Niemalże tych samych słów Byar użył wcześniej, gdy zapytał go o armię, która pojawiła się na pozór znikąd, by zdobyć Falme.

„Dobry żołnierz — pomyślał Niall — Geofram Bornhald zawsze tak o nim mówił, ale zupełnie nie potrafi myśleć”.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze — odezwał się nagle Byar — Lord Kapitan Bornhald rzeczywiście rozkazał mi, abym trzymał się z dala od bitwy, miałem obserwować wszystko i złożyć ci raport z pola walki. I opowiedzieć jego synowi, Lordowi Dainowi, jak zginął jego ojciec.

— Tak, tak — niecierpliwie przerwał mu Niall. Przez chwilę obserwował twarz tamtego, jego zapadłe policzki, potem dodał: — Nikt nie wątpi w twą uczciwość i odwagę. To jest właśnie dokładnie to, co zrobiłby Geofram Bornhald, stając w obliczu bitwy, w której mógł zginąć cały jego oddział.

„A nie coś, co tobie kiedykolwiek przyszłoby do głowy”.

Niczego więcej nie mógł się już od tego człowieka dowiedzieć.

— Dobrze się spisałeś, Synu Byar. Masz moje pozwolenie na wyjazd, abyś mógł zawieźć słowo o śmierci Geoframa Bornhalda jego synowi. Dain Bornhald przebywa obecnie gdzieś w okolicach Tar Valon, razem z Eamonem Valdą; tak przynajmniej stwierdzają ostatnie raporty. Możesz się do nich przyłączyć.

— Dziękuję, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Dziękuję. — Byar podniósł się i ukłonił głęboko. Jednak kiedy wyprostował się ponownie, jego twarz zdradzała wewnętrzne wahanie. — Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, zostaliśmy zdradzeni.

Nienawiść nadała tonowi jego głosu zgrzytliwe echo.

— Przez jednego z tych Sprzymierzeńców Ciemności, o których mi mówiłeś, Synu Byar? — Nie potrafił nadać swemu głosowi łagodniejszych tonów. Wieloletnie plany leżały w gruzach pośród zwłok tysiąca Synów, a Byar nie umiał rozmawiać o niczym innym jak tylko o tym jednym człowieku. — Przez tego młodego kowala, którego dwukrotnie widziałeś, owego Perrina z Dwu Rzek?

— Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Nie wiem, w jaki sposób to się stało, wiem jednak, że to jego należy obwiniać. Wiem to.

— Zastanowię się, co należy zrobić w tej sprawie, Synu Byar. — Byar otworzył usta, chcąc jeszcze coś powiedzieć, ale Niall podniósł szczupłą dłoń, aby go powstrzymać. — Możesz już odejść.

Mężczyzna o wychudzonej, posępnej twarzy nie miał innego wyjścia, jak ukłonić się ponownie i wyjść.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nim, Niall zagłębił się w wysokie oparcie swego fotela. Co spowodowało, że Byar tak nienawidził tego Perrina? Sprzymierzeńców Ciemności było wszędzie zbyt wielu, żeby marnować energię na nienawiść do konkretnej jednostki. Zbyt wielu Sprzymierzeńców Ciemności, wysokiego i niskiego stanu, ukrywających się za gładkimi językami i otwartymi uśmiechami, służących Czarnemu. Jeszcze jedno imię dodane do długich list nie zrobi żadnej różnicy.

Poprawił się na twardym fotelu, usiłując wygodnie umieścić swoje stare kości. Nie po raz pierwszy pomyślał mgliście, że być może miękkie obicie to wcale nie taki zbytek. I nie po raz pierwszy odsunął od siebie tę myśl. Świat pogrążał się w chaosie, nie było czasu na przejmowanie się starością.

Pozwolił, by w jego myślach zakłębiły się wszystkie te znaki, które przepowiadały katastrofę. Wojna objęła Tarabon i Arad Doman, wojna domowa rozszarpywała Cairhien, bojowa gorączka narastała we Łzie i w Illian, które tradycyjnie żywiły wobec siebie wrogość. Być może same w sobie te wojny niczego nie oznaczały — ludzie zawsze toczyli wojny — ale zazwyczaj po jednej naraz. A oprócz tego ten fałszywy Smok gdzieś na Równinie Almoth, jeszcze jeden, przez którego rozpadała się Saldaea, i ten trzeci, co nękał Łzę. Aż trzech jednocześnie.

„To są na pewno fałszywe Smoki. Na pewno!”.

I kilkanaście pomniejszych rzeczy, być może wynikłych niekiedy z bezpodstawnych pogłosek, ale biorąc wszystko razem… Poszeptywania na temat Aielów zauważonych w krainach położonych tak daleko na zachodzie jak Murandy i Kandor. Tylko jeden lub dwóch w każdym z tych miejsc, ale jeden Aiel czy tysiąc, nie czyniło to różnicy. W ciągu całego tego czasu, jaki minął od Pęknięcia, Aielowie raz tylko wyszli z Pustkowia. Tylko podczas Wojen z Aielami opuścili tę swoją jałową krainę. O Atha’an Miere, Ludzie Morza, powiadano, że porzucił całkowicie handel, aby szukać zapowiedzi i znaków — czego dokładnie, nikt nie wiedział — żeglując na statkach wypełnionych jedynie do połowy, lub wręcz całkiem pustych. Illian zwołało Wielkie Polowanie na Róg, pierwszy raz od niemalże czterystu lat, i rozesłało Myśliwych w poszukiwaniu legendarnego Rogu Valere, o którym proroctwa powiadały, że wezwie z grobu martwych bohaterów, aby walczyli w Tarmon Gai’don, Ostatniej Bitwie przeciwko Cieniowi. Plotki głosiły również, iż ogirowie, zawsze trzymający się na uboczu, do tego stopnia, że niektórzy traktowali ich jak legendę, zwoływali spotkania pomiędzy odległymi stedding.

Najbardziej jednak znaczące, dla Nialla przynajmniej, było to, że Aes Sedai otwarcie włączyły się we wszystkie te sprawy. Powiadano, że wysłały część swych sióstr do Saldaei, aby przeciwstawiły się fałszywemu Smokowi Mazrimowi Taimowi. Mazrim dysponował rzadką wśród mężczyzn cechą, potrafił przenosić Jedyną Moc. Już sama ta rzecz musiała rodzić lęk i pogardę, mało kto więc wierzył, że człowieka takiego da się pokonać inaczej, bez pomocy Aes Sedai. Dlatego lepiej zgodzić się na ich pomoc, niźli potem stanąć twarzą w twarz z nieuniknioną potwornością tego, co stanie się, gdy tamten oszaleje, czego również nie można było uniknąć. Ale Tar Valon najwyraźniej wysłało inne Aes Sedai, by wspierały tego drugiego fałszywego Smoka w Falme. Żadna inna koncepcja nie tłumaczyła równie dobrze faktów.

Obraz, jaki roztaczał się przed jego oczyma, przejmował go mrozem do szpiku kości. Chaos rozszerzał się jak nigdy dotąd, połykając coraz to nowe obszary. Cały świat zdawał się kłębić i kipieć, zbliżając nieomal do wrzenia. Nie miał wątpliwości. Naprawdę nadchodziła Ostatnia Bitwa.

Wszystkie jego plany uległy zniszczeniu, plany, które miały uwiecznić jego imię pośród setki pokoleń Synów Światłości. Ale ponieważ zamieszanie stwarza okazję, obmyślił więc nowe plany wiodące ku nowym celom. Oby tylko siły i woli starczyło, aby je urzeczywistnić.

„Światłości, pozwól mi żyć dostatecznie długo”.

Pełne szacunku pukanie do drzwi wyrwało go z otchłani mrocznych myśli.

— Wejść! — warknął.

Do środka wszedł służący w kaftanie i spodniach barwy bieli i złota, cały czas gnąc się w ukłonach. Ze spojrzeniem wbitym w posadzkę oznajmił, że Jaichim Carridin, Pomazaniec Światłości, Inkwizytor Ręki Światłości, zjawia się na rozkaz Lorda Kapitana Komandora. Carridin wszedł, następując niemalże służącemu na pięty, nie czekając, aż Niall wezwie go do środka. Niall gestem odprawił służącego.

Zanim drzwi zdążyły się zamknąć, Carridin opadł na jedno kolano, jego śnieżny płaszcz zaszeleścił. Na tle promiennego słońca naszytego na piersiach wyhaftowano szkarłatny pastorał oznaczający przynależność do Ręki Światłości, formacji przez wielu zwanej Śledczymi, chociaż mało kto ważył się powiedzieć im to w twarz.

— Ponieważ zażądałeś mojej obecności, mój Lordzie Komandorze — oznajmił silnym głosem — takoż powróciłem z Tarabonu.

Niall przez chwilę przyglądał mu się badawczo. Carridin był wysoki, dobrze już posunięty w średni wiek, ze śladem siwizny we włosach, wciąż jednak sprawny i silny. Jego ciemne, głęboko osadzone oczy, jak zwykle patrzyły przenikliwie, pełne jakby niedostępnej innym wiedzy. Nie mrugnął nawet pod mierzącym go w całkowitej ciszy, badawczym spojrzeniem Lorda Kapitana Komandora. Niewielu ludzi miało sumienia tak czyste albo nerwy tak mocne. Carridin klęczał, cierpliwie czekając, jakby otrzymanie lakonicznego rozkazu opuszczenia posterunku i niezwłocznego powrotu do Amadoru, bez podania jakichkolwiek powodów, było dlań rzeczą na porządku dziennym. Ale przecież niebezpodstawnie powiadano, że Jaichim Carridin zdolny był przeczekać kamień.

— Wstań, Synu Carridin. — Kiedy mężczyzna wyprostował się, Niall dodał: — Otrzymałem niepokojące wieści z Falme.

Carridin odpowiadając, wygładzał fałdy swego płaszcza. Ton jego głosu zachowywał jedynie cień należnego szacunku, jakby mówił do równego sobie, nie zaś do człowieka, któremu przysięgał służyć aż do śmierci.

— Mój Lord Kapitan Komandor nawiązuje do wieści przywiezionych przez Syna Jareta Byara, ostatnimi czasy zastępcy Lorda Kapitana Bornhalda.

Kącik lewego oka Nialla zadrgał, od dawna znana oznaka gniewu. Zasadniczo trzech tylko ludzi mogło zdawać sobie sprawę, że Byar jest w Amadorze, nikt zaś poza Niallem nie miał prawa wiedzieć, skąd on przybył.

— Nie bądź taki bystry, Carridin. Twoje pragnienie, aby wiedzieć wszystko, może cię pewnego dnia zaprowadzić w ręce własnych Śledczych.

Na twarzy Carridina nie można było dostrzec żadnej reakcji, poza lekkim zaciśnięciem ust, kiedy usłyszał pogardliwą nazwę.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, Ręka Światłości szuka wszędzie prawdy, tym samym służąc Światłości.

Służąc Światłości. Nie służąc Synom Światłości. Wszyscy Synowie służyli Światłości, ale Niall wielokrotnie się zastanawiał, czy Śledczy rzeczywiście uważają, że należą do Synów.

— A jaką prawdę chcesz powiedzieć mi o tym, co zdarzyło się w Falme?

— Sprzymierzeńcy Ciemności, mój Lordzie Kapitanie Komandorze.

— Sprzymierzeńcy Ciemności? — Niall zaśmiał się, ale w głosie jego nie było śladu wesołości. — Minęło kilka tygodni, od czasu jak otrzymałem od ciebie raporty stwierdzające, że Geofram Bornhald to sługa Czarnego, ponieważ poprowadził swe oddziały na Głowę Tomana, wbrew twoim wyraźnym rozkazom. — Jego głos stał się zwodniczo łagodny. — Czy teraz masz zamiar przekonać mnie, że Bornhald jako Sprzymierzeniec Ciemności poprowadził tysiąc Synów na śmierć w walce z innymi Sprzymierzeńcami Ciemności?

— To, czy był, czy nie był Sprzymierzeńcem Ciemności, pozostanie na zawsze tajemnicą — odrzekł szyderczo Carridin — albowiem zginął, zanim mogliśmy poddać go przesłuchaniu. Mroczne są knowania Cienia i często zdają się szaleństwem dla tych, którzy żyją w Światłości. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy zajęli Falme, musieli być Sprzymierzeńcami Ciemności. Sprzymierzeńcy Ciemności i Aes Sedai popierające fałszywego Smoka. To Jedyna Moc zniszczyła Bornhalda i jego ludzi, tego jestem najzupełniej pewien, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, podobnie jak zniszczyła armie, które Tarabon i Arad Doman wysłały przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności w Falme.

— A co sądzisz na temat opowieści, jakoby ci, którzy dokonali inwazji na Falme, przypłynęli zza Oceanu Aryth?

Carridin potrząsnął przecząco głową.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, ludzie nigdy nie przestają zmyślać różnych plotek. Niektórzy utrzymują, iż to armie, które tysiąc lat temu Artur Jastrzębie Skrzydło wysłał na drugą stronę Oceanu Aryth, powróciły, roszcząc sobie prawo do tych ziem. Cóż, byli tacy, którzy ponoć widzieli w Falme samego Artura Jastrzębie Skrzydło. A prócz tego połowę bohaterów opowieści bardów. Zachód wrze, od Tarbonu po Saldaeę, każdego dnia powstają setki nowych plotek, każda bardziej przesadna od poprzedniej. Ci tak zwani Seanchanie to po prostu kolejna hałastra Sprzymierzeńców Ciemności, która zebrała się, aby udzielić poparcia fałszywemu Smokowi, z tym, że teraz doczekali się udzielonej najzupełniej jawnie pomocy Aes Sedai.

— Jakie masz na to dowody? — Niall powiedział to takim tonem, jakby wątpił w całość wywodu. — Czy pojmałeś jakichś jeńców?

— Nie, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jak bez wątpienia opowiedział ci Syn Byar, Bornhaldowi udało się zadać im takie straty, że musieli się rozproszyć. A z pewnością żaden z tych, których poddajemy badaniom, nie przyzna się do popierania fałszywego Smoka. Jeśli zaś idzie o dowody… dowód składa się z dwóch części. Czy mój Lord Kapitan Komandor pozwoli mi go przedstawić?

Niall wykonał niecierpliwy gest.

— Pierwszą część stanowi dowód negatywny. Niewiele statków próbowało przepłynąć Ocean Aryth, a większość z nich nigdy nie powróciła. Te, którym się udało, zawróciły, zanim skończyły im się zapasy pożywienia i wody. Nawet Lud Morza nie żegluje do drugiego brzegu Aryth, a oni wszak podróżują wszędzie tam, gdzie można zarobić na handlu, nawet do krain położonych za Pustkowiem Aiel. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, jeżeli za Oceanem Aryth znajdują się w ogóle jakiekolwiek ziemie, to są zbyt daleko, by dało się do nich dotrzeć, ocean jest nazbyt rozległy. Przerzucenie przez niego armii byłoby równie niemożliwe jak latanie w powietrzu.

— Być może — powiedział wolno Niall. — Oczywiście twoje uwagi są znaczące. Jaka jest pozostała część dowodu?

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, wielu z tych, których przesłuchaliśmy, mówiło o potworach walczących w służbie Sprzymierzeńców Ciemności i nie odstępowało od swoich zeznań nawet po zastosowaniu ostatniego stopnia przesłuchania. Cóż innego mogłoby to być jak nie trolloki oraz inny Pomiot Cienia, sprowadzony niewiadomym sposobem z Ugoru? — Carridin rozłożył ręce, jakby rzeczywiście jego dowód był konkluzją. — Większość ludzi sądzi, że trolloki stanowią tylko przedmiot kłamstw i opowieści podróżników, a przeważająca część pozostałych uważa, iż wybito je wszystkie podczas Wojen z Trollokami. Jakim więc innym mianem obdarzyliby trolloka jak nie „potwór”?

— Tak. Tak, być może masz rację, Synu Carridin. Być może, zaznaczam. — Nie miał zamiaru dać tamtemu powodu do satysfakcji, oznajmiając, że dał się przekonać.

„Niech na to jeszcze trochę zapracuje”.

— A co z nim? — Wskazał na zwinięte rysunki. Carridin mu- siał mieć ich kopie w swych komnatach, jeśli go znał. — Do jakie- go stopnia jest niebezpieczny? Czy potrafi przenosić Jedyną Moc?

Śledczy zwyczajnie wzruszył ramionami.

— Może potrafi, a może nie. Aes Sedai bez najmniejszej wątpliwości potrafiłyby skłonić ludzi do wiary, iż kot potrafi ją przenosić, jeśli miałyby na to ochotę. A co zaś do stopnia, do jakiego jest niebezpieczny… Każdy fałszywy Smok jest groźny, dopóki nie zostanie pokonany, a taki, za którym stoi Tar Valon, jest dziesięciokroć groźniejszy. Teraz jest jednak znacznie mniej niebezpieczny, niźli będzie za pół roku, jeżeli się go nie powstrzyma. Jeńcy, których przesłuchiwałem, nigdy go nie widzieli i nie mają pojęcia, gdzie może teraz przebywać. Jego siły są rozproszone. Wątpię, czy ma więcej niż dwustu ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Tarabonianie oraz Domani, jedni albo drudzy, mogliby pojedynczo się z nimi uporać, gdyby nie byli tak zajęci, walcząc z sobą.

— Nawet fałszywy Smok — powiedział sucho Niall — to za mało, by zapomnieli o czterystu latach waśni o władzę na Równinie Almoth. Jakby którzykolwiek mieli dosyć sił, aby ową władzę utrzymać.

Wyraz twarzy Carridina nie zmienił się, a Niall po raz kolejny zdumiał się tym spokojem.

„Już niedługo przestaniesz być taki spokojny, Śledczy”.

— To jest nieważne, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Zima zatrzymała ich wszystkich w obozach, wyjąwszy rzadkie potyczki i napaści. Kiedy pogoda ociepli się na tyle, aby oddziały mogły wyjść w pole… Na Głowie Tomana Bornhald tylko połowę swego legionu poprowadził na śmierć. Z drugą połową zdołam zagonić tego fałszywego Smoka na jego śmierć. Trup nikomu nie zagraża.

— A jeśli natkniesz się na to, z czym, jak się wydaje, zmierzył się Bornhald? Aes Sedai używające Mocy do zabijania?

— Czary nie chronią ich przed strzałami albo nożem w ciemnościach. Umierają równie łatwo jak inni ludzie. — Carridin uśmiechnął się. — Obiecuję ci, że sprawę można będzie uznać za zakończoną jeszcze przed nadejściem lata.

Niall pokiwał głową. Ten człowiek był teraz bardzo pewny siebie. Bez wątpienia w jego opinii niebezpieczne pytania, gdyby miały paść w ogóle, już padły.

„Powinieneś pamiętać, Carridin, że zawsze uważano mnie za dobrego taktyka”.

— Dlaczego — zapytał cichym głosem — nie poprowadziłeś swych własnych sił na Falme? Sprzymierzeńcy Ciemności na Głowie Tomana, wroga armia okupująca Falme, a ty próbowałeś zatrzymać Bornhalda. Dlaczego?

Carridin zamrugał, ale jego głos pozostał niewzruszony.

— Pierwotnie były to tylko plotki, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Plotki tak szalone, że nikt w nie nie wierzył. Kiedy wreszcie poznałem prawdę, Bornhald już rzucił się w wir bitwy. Zginął, a Sprzymierzeńcy Ciemności zostali rozgromieni. Poza tym moim zadaniem było nieść Światłość na Równinie Almoth. Nie miałem prawa zlekceważyć rozkazów, kierując się tylko plotką.

— Twoim zadaniem? — powtórzył Niall, jego głos wzniósł się, gdy powstał. Inkwizytor, mimo iż przewyższał go o głowę, cofnął się o krok. — Twoje zadanie? Twoim zadaniem było opanowanie Równiny Almoth! Pusty kosz, do którego nikt nie rości praw, wyjąwszy puste słowa i roszczenia, a wszystko, co do ciebie należało, to napełnić go. Lud Almoth mógłby odżyć na nowo pod rządami Synów Światłości, którzy nie musieliby składać werbalnych choćby przysiąg żadnym głupim królom. Amadicia i Almoth stałyby się imadłem zaciskającym wokół Tarabonu. W ciągu pięciu lat trzęślibyśmy ich tronem równie łatwo, jak dzieje się to tutaj, w Amadicii. A dzięki tobie te plany zdać się mogą psu na budę!

Uśmiech na twarzy tamtego zniknął nareszcie.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze — zaprotestował Carridin. — Jak mogłem przewidzieć, co się zdarzy? Jeszcze jeden fałszywy Smok. Tarabon i Arad Doman przystąpiły na koniec do prawdziwej wojny, ale po ilu latach zwykłego powarkiwania na siebie. Aes Sedai wreszcie objawiły swoje prawdziwe oblicze po trzech tysiącach lat obłudy! Ale nawet biorąc pod uwagę to, co się zdarzyło, jeszcze nie wszystko stracone. Mogę odnaleźć i zniszczyć tego fałszywego Smoka, zanim jego wyznawcy się zjednoczą. A kiedy Tarabonianie i Domani osłabną we wzajemnych walkach, będzie można ich przepędzić z równiny bez…

— Nie! — warknął Niall. — Z twoimi planami już skończyliśmy, Carridin. Być może powinienem natychmiast przekazać cię twoim Śledczym. Wielki Inkwizytor nie protestowałby. Zagryza wargi do krwi, usiłując znaleźć kogoś, kogo można by obarczyć winą za to, co się zdarzyło. Nigdy nie wskazałby na kogoś z własnej formacji, ale wątpię, żeby bardzo się opierał, gdyby chodziło o ciebie. Kilka dni śledztwa i przyznasz się do wszystkiego. Nawet nazwiesz się Sprzymierzeńcem Ciemności. W ciągu tygodnia pójdziesz pod topór kata.

Krople potu perliły się na czole Carridina.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze… — przerwał, by przełknąć ślinę. — Mój Lord Kapitan Komandor zdawał się sugerować, że istnieje jeszcze jakiś inny sposób. Jeśli tylko zechce mi go zdradzić, to przysięgam, będę posłuszny.

„Teraz — pomyślał Niall. — Czas rzucić kości”.

Dreszcze przebiegły mu po skórze, jakby był w ogniu bitwy i nagle zdał sobie sprawę, że na odległość stu kroków dookoła otaczają go wrogowie. Lordów Kapitanów Komandorów nie oddaje się w ręce kata, ale śmierć niejednego z nich była zaskakująca i niespodziewana, a po krótkiej żałobie szybko zastępował go ktoś o mniej niebezpiecznych poglądach.

— Synu Carridin — powiedział zdecydowanym tonem — musisz zadbać o to, aby ten fałszywy Smok nie poległ. A jeżeli jakiekolwiek Aes Sedai zechcą raczej walczyć z nim, niż go wspierać, wówczas użyjesz swoich noży w ciemnościach.

Inkwizytorowi opadła szczęka. Jednak opamiętał się szybko i popatrzył z zastanowieniem na Nialla.

— Zabijanie Aes Sedai to mój obowiązek, ale… Pozwolić fałszywemu Smokowi wałęsać się na wolności? To… to może być równoznaczne ze… zdradą. I bluźnierstwem.

Niall wziął głęboki oddech. Mógł już niemalże wyczuć niewidzialne ostrza czyhające w mroku. Ale teraz był przekonany o słuszności tego, co czyni.

— Nie jest żadną zdradą czynienie tego, co czynić trzeba. Nawet bluźnierstwo jest dopuszczalne z ważkich przyczyn. — Same te dwie myśli wystarczały już, aby go zabić. — Czy wiesz, jak zjednoczyć pod sobą ludzi, Synu Carridin? W najszybszy sposób? Nie? Należy wypuścić lwa, dzikiego lwa, na ulice. A kiedy ludzi zdejmie panika, taka panika, która zmieni ich wnętrzności w wodę, należy im oznajmić, że ty się zajmiesz całą sprawą. Zabijesz wówczas lwa i każesz wywiesić jego ścierwo tam, gdzie wszyscy będą mogli je oglądać. Nim zdążą się opamiętać, wydasz następny rozkaz, a oni go posłuchają. I jeżeli ciągle będziesz wydawał rozkazy, nie przestaną cię słuchać, ponieważ ty staniesz się ich zbawcą, a któż lepiej nadaje się na wodza?

Carridin niepewnie pokręcił głową.

— Czy zamierzasz… zająć wszystko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze? Nie tylko Równinę Almoth, ale również Tarabon i Arad Doman?

— To, co zamierzam, pozostanie moją tajemnicą. Ty masz tylko słuchać, zgodnie z nakazem złożonej przez ciebie przysięgi. Spodziewam się usłyszeć o posłańcach, którzy jeszcze dzisiejszego wieczoru wyruszą w kierunku równiny. Pewien jestem, iż wiesz, jak formułować rozkazy, by nikt nie podejrzewał niczego, czego podejrzewać nie powinien. Jeżeli będziesz musiał kogoś nękać, niech to będą Tarabonianie albo Domani. Nie byłoby dobrze, gdyby zabili mojego lwa. W żadnym też razie, na Światłość, nie możemy zmuszać ich, by zawarli ze sobą pokój.

— Jak mój Lord Kapitan Komandor rozkaże. Słucham i jestem posłuszny — powiedział miękko Carridin. Zbyt miękko.

Niall uśmiechnął się zimno.

— Na wypadek, gdy twoja przysięga okazała się nie dość mocna, wiedz jedno. Jeżeli ten fałszywy Smok umrze, zanim ja skażę go na śmierć, albo porwą go te wiedźmy z Tar Valon, pewnego ranka odnajdą twoje ciało ze sztyletem w sercu. A jeśli mnie spotka… jakiś… wypadek… nawet wówczas gdy umrę ze starości, nie przeżyjesz mnie dłużej niż o miesiąc.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, przysięgałem być posłuszny…

— Tak więc bądź — uciął Niall. — Rozumiem, że zapamiętałeś wszystko, co ci powiedziałem. Teraz idź!

— Jak mój Lord Kapitan Komador rozkaże.

Tym razem głos Carridina nie był już tak pewny.

Drzwi zamknęły się za Inkwizytorem. Niall zatarł dłonie. Czuł chłód. Kości toczyły się i nie było sposobu przewidzieć, jaki wypadnie wynik, zanim się nie zatrzymają. Naprawdę zbliżała się Ostatnia Bitwa. Nieopiewana przez legendy Tarmon Gai’don, z udziałem Czarnego, który miał wyrwać się na wolność, i Smoka Odrodzonego, który stawi mu czoło. Nie, tego był absolutnie pewien. Aes Sedai z Wieku Legend mogli otworzyć szczelinę w więzieniu Czarnego, w Shayol Ghoul, ale Lews Therin Telamon i Stu Towarzyszy zapieczętowali ją na powrót. Przeciwuderzenie na zawsze zatruło męską połowę Prawdziwego Źródła i doprowadziło ich do szaleństwa, dając początek Pęknięciu, ale wszak jeden z dawnych Aes Sedai było w stanie zrobić więcej niż dzisiaj wszystkie wiedźmy z Tar Valon. Wykonane przez nich pieczęcie przetrwają.

Pedron Niall, człowiek posługujący się chłodną logiką, wyrozumował sobie, jak będzie wyglądać Tarmon Gai’don. Tak samo jak dwa tysiące lat wcześniej, podczas Wojen z Trollokami, bestialskie hordy trolloków potoczą się z Wielkiego Ugoru na południe, pod dowództwem Myrdraali — Półludzi — a być może nawet nowych, wywodzących się z ludzi Władców Strachu, wybranych spośród Sprzymierzeńców Ciemności. Ludzkość, rozbita na skłócone ze sobą narody, nie będzie w stanie ich zatrzymać. Ale on, Pedron Niall, zjednoczy ludzi pod sztandarami Synów Światłości. Powstaną nowe legendy, które opowiedzą, jak Pedron Niall stoczył Tarmon Gai’don i wygrał.

— Najpierw — wymruczał — wypuścić dzikiego lwa na ulice miasta.

— Dzikiego lwa?

Niall okręcił się na pięcie, kiedy zza jednego z wiszących sztandarów wyślizgnął się kościsty, niski mężczyzna, z wielkim haczykowatym nosem. Mignęła tylko płyta boazerii, która błyskawicznie powróciła do swego miejsca w ścianie, jeszcze zanim sztandar zdążył znieruchomieć.

— Pokazałem ci to przejście, Ordeith — warknął Niall — abyś mógł przychodzić do mnie, kiedy cię wezwę, nie powiadamiając o tym jednocześnie połowy fortecy, a nie po to, byś podsłuchiwał moje prywatne rozmowy.

Przechodząc przez salę, Ordeith wykonał lekki ukłon.

— Podsłuchiwał, Wielki Lordzie? W życiu bym czegoś takiego nie zrobił, ja po prostu właśnie przyszedłem i niechcący usłyszałem twoje ostatnie słowa. Nic więcej.

Na jego twarzy gościł półdrwiący uśmieszek, który, jak zaobserwował Niall, nigdy jej nie opuszczał, nawet wówczas, gdy w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby go zobaczyć.

Do Amadicii przybył miesiąc wcześniej wychudzony i osłabiony. Ubrany w łachmany i na poły zamarznięty, ale jakoś zdołał, przedzierając się przez wszystkie pierścienie straży, dotrzeć przed oblicze samego Pedrona Nialla. Wyglądało na to, że wie takie rzeczy o wydarzeniach na Głowie Tomana, których nie było w wyczerpujących, choć całkowicie niejasnych raportach Carridina ani w opowieści Byara, czy też w żadnym innym posłaniu bądź plotce, które dotarły do uszu Nialla. Jego imię było oczywiście fałszywe. W Dawnej Mowie Ordeith znaczyło „robaczywe drzewo”. Kiedy jednak Niall wytknął mu to, powiedział tylko: „To, kim jesteśmy, pozostaje tajemnicą dla wszystkich ludzi, a życie jest gorzkie”. Ale był niezwykle bystry. To właśnie on pomógł Niallowi dojrzeć schemat pośród zarysowujących się dopiero wydarzeń.

Ordeith podszedł do stołu i podniósł jeden z rysunków. Kiedy rozwinął go wystarczająco, aby zobaczyć twarz młodzieńca, jego uśmiech pogłębił się, przechodząc niemalże w jakiś straszny grymas.

Niall wciąż był zirytowany samowolnym najściem tamtego.

— Uważasz, że fałszywy Smok jest śmieszny, Ordeith? Czy też przeraził cię?

— Fałszywy Smok? — powiedział miękko tamten. — Tak. Tak, oczywiście, to musi być on. No bo któż inny?

I zaśmiał się piskliwym śmiechem, który podrażnił nerwy Nialla. Czasami Lord Kapitan Komandor odnosił wrażenie, że Ordeith musi być na poły szalony.

„Ale jest bystry, szaleniec czy nie”.

— Co masz na myśli, Ordeith? Mówisz tak, jakbyś go znał.

Ordeith wzdrygnął się, jakby zapomniał o obecności Lorda Kapitana Komandora.

— Czy go znam? O, tak. Znam go. Nazywa się Rand al’Thor. Pochodzi z Dwu Rzek, słabo zaludnionej, odległej od Caemlyn, rolniczej prowincji Andoru i jest Sprzymierzeńcem Ciemności, tak dalece oddanym Cieniowi, że dusza twoja skurczyłaby się ze strachu, gdybyś poznał połowę prawdy o nim.

— Dwie Rzeki — zadumał się Niall. — Ktoś wspominał mi o innym Sprzymierzeńcu Ciemności pochodzącym stamtąd, kolejnym młodzieńcu. Dziwne jest pomyśleć o Sprzymierzeńcach Ciemności, rodzących się w takim miejscu jak to. Ale prawdą jest, że oni są wszędzie.

— Następny, Wielki Lordzie? — zapytał Ordeith. — Z Dwu Rzek? Czy nie będzie to Matrim Cauthon albo Perrin Aybara? Są w podobnym wieku jak ten pierwszy i nieomal równie zaawansowani w czynieniu zła.

— Imię, które mi podano, brzmiało Perrin — powiedział Niall, marszcząc brwi. — Trzech, powiedziałeś? Z Dwu Rzek nie pochodzi nic prócz wełny i tytoniu. Wątpię, czy istnieje inne miejsce, w którym ludzie żyliby równie oddzieleni od reszty świata.

— W mieście Sprzymierzeńcy Ciemności muszą ukrywać swą naturę w większym lub mniejszym stopniu. Muszą spotykać się z innymi ludźmi, z obcymi przyjeżdżającymi z innych miejsc, a potem opuszczającymi ich miasto i uwożącymi ze sobą wieści o tym, co widzieli. Ale w cichych, odciętych od świata wioskach, gdzie niewielu obcych przyjeżdża… Jakie można sobie wyobrazić lepsze miejsce dla Sprzymierzeńców Ciemności?

— A w jaki sposób poznałeś imiona tych trzech Sprzymierzeńców Ciemności, Ordeith? Trzej Sprzymierzeńcy Ciemności pochodzący z zapadłego krańca świata. Masz zbyt wiele tajemnic, Robaczywe Drzewo, i więcej niespodzianek w rękawie niż bard.

— W jaki sposób mógłby człowiek wyznać zupełnie wszystko, co wie, Wielki Lordzie? — powiedział miękko mały człowieczek. — Byłaby to tylko zwykła paplanina, zanim wydobyłoby się z niej coś użytecznego. Jedno ci powiem, Wielki Lordzie. Ten Rand al’Thor, ten Smok, wiele za sobą pozostawił w Dwu Rzekach.

— Fałszywy Smok! — powiedział ostro Niall, a człowieczek skłonił się.

— Oczywiście, Wielki Lordzie. Przejęzyczyłem się.

Nagle Niall zobaczył, jak dłonie Ordeitha nieświadomie gniotą i drą trzymany rysunek. Nawet wówczas, gdy twarz mężczyzny pozostawała nieruchoma, wciąż z tym samym sardonicznym uśmiechem, jego ręce konwulsyjnie szarpały pergamin.

— Przestań! — rozkazał Niall. Wyrwał rysunek z dłoni Ordeitha i wygładził go najlepiej, jak się dało. — Nie ma zbyt wielu podobizn tego człowieka, aby pozwolić na ich niszczenie.

Większość rysunku pokrywały nieczytelne smugi, przez pierś młodzieńca biegło rozdarcie, ale jakimś sposobem twarz pozostała nietknięta.

— Wybacz mi, Wielki Lordzie. — Ordeith ukłonił się głęboko, jego uśmiech jednak pozostał na twarzy, przylepiony do warg. — Nienawidzę Sprzymierzeńców Ciemności.

Niall wpatrywał się w narysowaną kredką twarz.

„Rand al’Thor z Dwu Rzek”.

— Być może będę musiał poczynić jakieś kroki związane z Dwoma Rzekami. Kiedy stopnieją śniegi. Być może.

— Jak sobie Wielki Lord życzy — zgodził się uprzejmie Ordeith.

Carridin kroczył przez korytarze Fortecy. Grymas, jaki widniał na jego twarzy, skłaniał innych do unikania go, choć w istocie nigdy zbyt wielu nie poszukiwało towarzystwa Śledczych. Służba, spiesząc ze swymi obowiązkami, starała się nieomal wtapiać w kamienne ściany, a nawet mężczyźni ze złotymi węzłami rangi na białych płaszczach skręcali w boczne korytarze, kiedy widzieli jego twarz.

Z rozmachem otworzył drzwi wiodące do jego pokoi i zatrzasnął je głośno za sobą, nie odczuwając zwykłego zadowolenia z obecności rzeczy, które tak cenił: wspaniałych dywanów z Tarabonu i Łzy, tkanych w soczyste czerwienie, złota i błękity, ukośnie ciętych luster z Illian, złotolistnej inkrustacji na długim, zawile rzeźbionym stole stojącym pośrodku pokoju. Mistrz rzemiosła z Lugard pracował nad nią prawie rok. Teraz Carridin ledwie ją dostrzegał.

— Sharbon! — Przez chwilę jego osobisty służący nie pojawiał się. Miał wszak sprzątać pokoje. — A żebyś sczezł w Światłości, Sharbon! Gdzie jesteś?

Kątem oka pochwycił jakiś ruch i odwrócił się w tamtą stronę, gotów zalać Sharbona potokiem przekleństw. Zamierzone słowa zamarły mu jednak na ustach, kiedy Myrddraal zrobił kolejny krok w jego stronę, poruszając się z falistą gracją węża.

Z postaci przypominał człowieka, nie wyższego od większości, ale tutaj podobieństwo się kończyło. Czarny jak śmierć ubiór i płaszcz, które ledwie poruszały się, gdy szedł, powodowały, że jego kredowobiała skóra zdawała się jeszcze bledsza. Nie miał oczu. Bezokie spojrzenie przepełniało Carridina strachem, tak jak działo się to tysiące razy przedtem.

— Co… — Carridin przerwał, za wszelką cenę usiłując odzyskać choć resztki śliny w ustach i sprowadzić głos z powrotem do normalnego rejestru. — Co ty tutaj robisz? — Słowa wciąż brzmiały piskliwie.

Bezkrwiste wargi Półczłowieka wygiął nieznaczny uśmiech.

— Mogę iść wszędzie tam, gdzie jest cień. — Jego głos brzmiał niczym odgłos łuski węża przesuwającej się po zeschłych liściach. — Lubię pilnować tych, którzy mi służą.

— Ja słu…

To było bezużyteczne. Carridin z wysiłkiem oderwał wzrok od gładkiej plamy bladej, ciastowatej twarzy i odwrócił się do niej tyłem. Dreszcz przemknął mu w dół kręgosłupa, kiedy tak stał zwrócony plecami do Myrddraala. Wszystko odbijało się wyraźnie w lustrze zawieszonym na ścianie, na wprost niego. Wszystko prócz Półczłowieka, który stanowił w nim rozmazaną plamę. Niezbyt uspokajającą w wyrazie, lepsze to jednak niż napotkać jego spojrzenie. W głosie Carridina zabrzmiały mocniejsze tony.

— Ja służę…

Przerwał, uświadamiając sobie nagle, gdzie się znajduje. W samym sercu Fortecy Światłości. Najlżejszy pogłos szeptu słów, które o mały włos byłby wypowiedział, oddałby go natychmiast Ręce Światłości. Najpośledniejszy z Synów położyłby go trupem na miejscu, gdyby usłyszał. W komnacie był jednak sam, wyjąwszy Myrddraala i być może Sharbona.

„Gdzie ten przeklęty człowiek?”.

Byłoby dobrze mieć przy sobie kogoś, kto dzieliłby z nim spojrzenie Półczłowieka, nawet jeśli potem trzeba by się było pozbyć takiego świadka. Zniżył głos, na wszelki wypadek.

— Służę Wielkiemu Władcy Ciemności, podobnie jak ty. Obaj mu służymy.

— Skoro tak to widzisz… — Myrddraal zaśmiał się, wydając dźwięk, który spowodował, że Carridin cały zadrżał. — Wszak jednak dowiem się, dlaczego jesteś tutaj zamiast na Równinie Almoth.

— Zostałem… zostałem wezwany tutaj rozkazem Lorda Kapitana Komandora.

Głos Myrddraala zaskrzypiał.

— Słowa twojego Lorda Kapitana Komandora to gnój! Rozkazano ci odnaleźć człowieka nazywanego Rand al’Thor i zabić go. To w pierwszym rzędzie. To przede wszystkim! Dlaczego nie posłuchałeś?

Carridin wziął głęboki oddech. To spojrzenie utkwione w jego plecach czuł jak ostrze noża zgrzytające w rozszarpywanym kręgosłupie.

— Sytuacja… zmieniła się. Niektórych spraw nie kontroluję już tak ściśle jak dawniej.

Ostry, drapiący dźwięk spowodował, że odwrócił głowę.

Myrddraal przesuwał ręką po blacie stołu, cienkie drzazgi drewna odskakiwały od jego pazurów.

— Nic się nie zmieniło, człowieku. Złamałeś swoje przysięgi złożone Światłości, złożyłeś nowe i tych będziesz przestrzegał.

Carridin wzdrygnął się, widząc wyżłobienia znaczące wypolerowane drewno, i z trudem przełknął ślinę.

— Nie rozumiem? Dlaczego nagle jego śmierć stała się taka ważna? Sądziłem, że Wielki Władca Ciemności zamierza go wykorzystać.

— Przesłuchujesz mnie? Powinienem wyrwać ci język. Nie do ciebie należy zadawanie pytań. Ani rozumienie. Do ciebie należy słuchanie rozkazów! Powinieneś zachowywać się tak, by psom móc dawać lekcje posłuszeństwa. Czy to rozumiesz? Do nogi, psie, i słuchaj swego pana.

Gniew przytłumił strach, a dłoń Carridina sięgnęła do boku, ale miecza tam nie było. Leżał w sąsiednim pokoju, gdzie zostawił go, idąc na spotkanie z Pedronem Niallem.

Myrddraal poruszał się szybciej niż atakująca żmija. Kiedy dłoń stwora zacisnęła się z siłą imadła na jego nadgarstku, ściskając w uchwycie miażdżącym kości, Carridin otworzył usta, by wrzasnąć. Ale krzyk nigdy nie wydobył się z gardła, Półczłowiek bowiem drugą dłonią nadusił jego policzek, powodując, że szczęki się zamknęły. Ściśnięte ramię bolało go potwornie, został podniesiony do góry tak, że stopy nie dotykały posadzki. Chrząkając i bulgocząc, zwisał w uścisku Myrddraala.

— Posłuchaj mnie, człowieku. Znajdziesz tego młodzika i zabijesz go tak szybko, jak to tylko możliwe. Nie sądź, że uda ci się mnie oszukać. Są jeszcze inni wśród twoich Synów, którzy powiedzą mi, jeżeli zrezygnujesz z wypełnienia zadania. Ale powiem ci coś, co cię ośmieli. Jeżeli po miesiącu, licząc od dzisiaj, ten Rand al’Thor będzie wciąż żywy, przyjdę i zabiorę kogoś z twego rodu. Syna, córkę, siostrę, wuja. Nie będziesz wiedział kogo, póki wybrana osoba nie umrze w cierpieniach. Gdy będzie żył przez kolejny miesiąc, zajmę się następnym. A potem następnym i następnym. A kiedy już nikogo z twego rodu nie będzie pośród żywych prócz ciebie i tamten wciąż jeszcze będzie żył, wówczas zabiorę cię do samego Shayol Ghoul. — Uśmiechnął się. — Czekać cię będą lata umierania, człowieku. Czy teraz mnie rozumiesz?

Carridin wydał z siebie głos, pół jęk, pół szept. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu kark.

Myrddraal warknął i rzucił go przez pokój. Carridin uderzył o przeciwległą ścianę i oszołomiony osunął się po niej na dywan. Leżał, starając się złapać oddech.

— Czy rozumiesz mnie, człowieku?

— Słucham i jestem posłuszny. — Carridinowi udało się ułożyć na dywanie. Odpowiedzi nie było.

Odwrócił głowę, krzywiąc się, gdy ostry ból przeszył szyję. W pokoju nie było nikogo oprócz niego. Półludzie dosiadali cieni niczym wierzchowców, tak mówiły legendy, a kiedy obracali się bokiem, znikali. Żadna ściana nie była dla nich przeszkodą. Carridinowi zachciało się płakać. Podniósł się i usiadł, przeklinając szarpiący nadgarstek ból.

Drzwi otworzyły się i do środka wpadł Sharbon. Pulchny mężczyzna trzymał w ramionach koszyk. Zatrzymał się i spojrzał na Carridina.

— Panie, czy dobrze się czujesz? Wybacz, panie, że nie było mnie tutaj, ale poszedłem kupić dla ciebie owoce…

Zdrową ręką Carridin wybił kosz trzymany przez Sharbona, pomarszczone zimowe jabłka rozsypały się po dywanie, ponownym ruchem dłoni uderzył tamtego w twarz.

— Wybacz mi, panie — wyszeptał Sharbon.

— Przygotuj mi papier, pióro i inkaust — warknął Carridin. — Śpiesz się, głupcze! Muszę rozesłać rozkazy.

„Ale jakie? Jakie?”.

Kiedy tamten popędził wykonać zadanie, Carridin spojrzał na rysy szpecące blat stołu i zadrżał.

Rozdział 1

Oczekiwanie

Koło Czasu obraca się, a Wieki nadchodzą i mijają, pozostawiając wspomnienia, które stają się legendą. Legenda zaciera się w mit, a nawet mit jest już dawno zapomniany, kiedy znowu nadchodzi Wiek, który go zrodził. W jednym z Wieków, zwanym przez niektórych Trzecim Wiekiem, Wiekiem, który dopiero nadejdzie, Wiekiem dawno już minionym, w Górach Mgły podniósł się wiatr. Wiatr ten nie był prawdziwym początkiem. Nie istnieją ani początki, ani zakończenia w obrotach Koła Czasu. Niemniej był to jakiś początek.

Wiatr wiał w głąb długich dolin, dolin błękitnych od porannej mgły wiszącej w powietrzu, poprzez porastające niektóre z nich wiecznie zielone rośliny, poprzez nagą ziemię w innych, gdzie trawy i dziko rosnące krzewy miały pojawić się już niebawem. Wył w na poły zagrzebanych ruinach i pośród potrzaskanych posągów, równie zapomnianych jak ci, którzy je wznieśli. Jęczał w przełęczach, wyrzeźbionych erozją szczelinach pomiędzy szczytami, pokrytymi czapami śniegu, który nigdy nie topniał. Grube chmury przylgnęły do górskich wierzchołków tak, że białe kłęby wydawały się jednym ze śniegiem.

Na nizinach zima mijała albo już minęła, choć tutaj, na obszarze wyżej położonym wciąż jeszcze nie odpuściła do końca, pokrywając zbocza gór wielkimi, białymi łatami śniegu. Tylko rośliny wiecznie zielone zachowały liście albo igły, gałęzie pozostałych drzew pozostawały nagie, odcinając się brązem lub szarością na tle skał i nie całkiem jeszcze ożywionej ziemi. Wokół nie było słychać żadnych dźwięków, prócz cichego szelestu wiatru pośród śniegu i kamienia. Ziemia zdawała się czekać. Czekać, aż coś, wybuchnie.

Siedzący na koniu w zagajniku skórzanych drzew i sosen, Perrin Aybara zadrżał i otulił się podbitym futrem płaszczem, tak ściśle, jak na to pozwalał trzymany w jednej dłoni długi łuk oraz wiszący u pasa wielki topór z ostrzem w kształcie półksiężyca. Był to dobry topór, wykonany z chłodnej stali. Perrin sam dął w miech owego dnia, gdy pan Luhan go wykuł. Wiatr szarpał jego płaszcz, zrywając kaptur z kędzierzawych loków i na wskroś przeszywając osłonę, jaką dawał kaftan. Poruszył palcami u nóg, by je trochę rozgrzać, i poprawił się w wysokim siodle, ale umysł zajmowało mu coś innego niźli chłód. Spoglądając na swych pięciu towarzyszy, zastanawiał się, czy oni również to czują. Nie wysłano ich tutaj po to, by czekali, lecz po coś więcej.

Stepper, jego rumak, przestąpił z nogi na nogę i potrząsnął łbem. Nazwał tak swego kasztana dla jego szybkiego kroku, obecnie jednak Stepper zdawał się wyczuwać rozdrażnienie i niecierpliwość swego jeźdźca.

„Jestem zmęczony tym czekaniem, siedzeniem na miejscu, podczas gdy Moiraine trzyma nas niby zaciśniętymi szczypcami. A żeby te wszystkie Aes Sedai sczezły! Kiedy to się wreszcie skończy?”.

Nie zastanawiając się, wciągnął w nozdrza powietrze. Zapach koni przytłaczał wszystkie pozostałe, ale dawało się też wyczuć woń ludzi i ich potu. Nie tak dawno temu pomiędzy tymi drzewami przebiegł królik, strach poganiał go, ale dążący jego śladem lis nie dopadł go tam. Perrin zdał sobie sprawę, co robi, i natychmiast przestał.

„Aż dziw bierze, że jeszcze nie dostałem kataru od tego wiatru. — Niemal żałował, że tak się nie stało. — Ale i z nim nie pozwoliłbym Moiraine nic zrobić”.

Coś dotknęło dna jego umysłu. Nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Nie miał zamiaru również zdradzać swych myśli przed towarzyszami.

Pozostałych pięciu mężczyzn siedziało w siodłach; krótkie łuki używane do strzelania z końskiego grzbietu trzymali w pogotowiu, stale przeszukując wzrokiem niebo oraz skąpo zalesione stoki w dole. Zdawali się zupełnie nie przejmować wiatrem, który tak szarpał połami ich płaszczy, że upodabniały się do płatów sztandarów. W płaszczach tych każdy z nich miał na ramieniu wycięcie, z którego wystawała rękojeść miecza. Widok ich głów, ogolonych do gołej skóry z wyjątkiem pojedynczych kępek włosów pozostawionych na czubku, spowodował, iż zrobiło mu się jeszcze zimniej. Dla nich ta pogoda zapowiadała już wiosnę. Wszelka delikatność została wybita z nich młotem, w kuźni tak twardej, jakiej on prawie nie umiał sobie wyobrazić. Byli Shienaranami, z Ziem Granicznych, rozciągających się wzdłuż Wielkiego Ugoru, gdzie napaści trolloków zdarzały się nieomal co noc i nawet kupcy czy rolnicy często byli zmuszeni do chwytania za miecz lub łuk. A ci ludzie nie byli żadnymi rolnikami, lecz żołnierzami, i to niemalże od kołyski.

Czasami zastanawiał się, dlaczego mu ustępowali i słuchali jego rozkazów. Wyglądało to tak, jakby uważali, że posiada do tego jakieś szczególne prawo, jakąś wiedzę im niedostępną.

„Albo być może chodzi po prostu o moich przyjaciół” — pomyślał kwaśno.

Nie byli tak wysocy jak on ani równie potężnie zbudowani — lata terminowania w kuźni zaowocowały ramionami grubości takiej jak u dwóch normalnych mężczyzn — ale zaczął się golić codziennie, by uchronić się choćby w ten sposób przed żartami ze swojego wieku. Przyjaznymi żartami, ale mimo wszystko. Nie chciał, by zaczęli znowu tylko dlatego, że powiedział im o swoich odczuciach.

Wzdrygnąwszy się, Perrin przypomniał sobie, iż miał również stać na straży. Sprawdziwszy strzałę przyłożoną do cięciwy długiego łuku, przeniósł wzrok na dolinę rozciągającą się pod nim ku zachodowi. Dno doliny pokrywały szerokie, poskręcane wstęgi śniegu, pozostałości po zimie. Większość drzew rosnących w dole wciąż jeszcze drapała niebo obnażonymi, zimowymi gałęziami, ale na zboczach doliny rosło wystarczająco dużo roślin wiecznie zielonych — sosny, drzewa skórzane, jodły i górski ostrokrzew, a nawet górujące nad nimi świerki — aby z łatwością zapewnić schronienie każdemu, kto wiedziałby, jak je wykorzystać. Nikt jednak nie przybyłby tutaj bez ściśle określonego celu. Kopalnie znajdowały się daleko na południu, lub jeszcze dalej na północy, ponadto większość ludzi uważała, że w Górach Mgły można łatwo napotkać nieszczęście, toteż niewielu zapuszczało się w nie bez wyraźnej potrzeby. Oczy Perrina błyszczały jak wypolerowane złoto.

Lekkie dotknięcia zamieniły się w swędzenie.

„Nie!”.

Mógł odsunąć od siebie wrażenie swędzenia, ale oczekiwanie, które mu towarzyszyło, nie dawało się wyrugować. Jakby huśtał się na krawędzi. Jakby wszystko się huśtało. Zastanawiał się, czy coś nieprzyjemnego zaległo w otaczających ich górach. Był sposób, dzięki któremu można byłoby zapewne się o tym dowiedzieć. W miejscach takich jak to, rzadko nawiedzanych przez ludzi, prawie zawsze żyły wilki. Zdławił tę myśl, zanim miała czas dobrze się uformować.

„Lepiej nie wiedzieć. Wszystko lepsze niż to”.

Nie było ich zbyt wiele, ale zawsze wysyłały zwiadowców. Gdyby w okolicy coś się działo, z pewnością by wiedziały.

„To jest moja kuźnia, sam o nią dbam, a one niech zajmują się własnymi sprawami”.

Widział dużo lepiej niż pozostali, dlatego też pierwszy dostrzegł kropkę jeźdźca nadjeżdżającego od strony Tarabon. Nawet dla niego jeździec był tylko plamką jasnych kolorów, kołyszącą się na grzbiecie konia wybierającego drogę pomiędzy zaroślami, w oddali, na przemian znikającą i pojawiającą się. Koń jest srokaty, pomyślał.

„Rychło w czas!”.

Otworzył usta, by oznajmić jej przybycie — to musiała być kobieta, tak było wcześniej za każdym razem — kiedy Masema nagle wymruczał:

— Kruk! — I brzmiało to jak przekleństwo.

Perrin zadarł głowę. Wielki, czarny ptak unosił się ponad drzewami w odległości nie większej niż sto kroków. Jego żer mogła stanowić padlina zdechłego w śniegu zwierzęcia albo jakiś mały gryzoń, ale Perrin nie ufał przypadkom. Nie wyglądało na to, by kruk ich zauważył, ale zbliżający się jeździec wkrótce znajdzie się w zasięgu jego wzroku. Kiedy więc tylko zobaczył kruka, uniósł łuk do góry, naciągnął — cięciwa do policzka, do ucha — i wypuścił strzałę, wszystko jednym płynnym ruchem. Jakby z oddalenia zarejestrował jęk cięciw za plecami, cała jego uwaga skupiła się jednak na czarnym ptaku.

Znienacka zawirował w ulewie czarnych jak noc lotek i spadł na ziemię w tej samej chwili, gdy pozostałe dwie strzały przebiły powietrze w miejscu, gdzie się jeszcze przed chwilą znajdował. Pozostali Shienaranie, z na wpół naciągniętymi łukami, przepatrywali niebo w poszukiwaniu jego towarzyszy.

— Czy miał złożyć raport — zapytał Perrin cicho — czy… po prostu… widział to, co widział?

Nie miał zamiaru zwracać się do nikogo z tym pytaniem, ale najmłodszy z Shienaran, starszy od niego mniej niż dziesięć lat, odpowiedział, nakładając jednocześnie kolejną strzałę na cięciwę.

— Miał złożyć raport. Zapewne Półczłowiekowi, tak jest zazwyczaj. — Na Ziemiach Granicznych występowała obfitość kruków, nikt stamtąd nie ośmielał się zakładać, że kruk to zwykły ptak. — Gdyby Zmora Serc widział wszystko, co widzą kruki, nie dotarlibyśmy żywi do gór.

Głos Ragana był spokojny, takie rzeczy stanowiły chleb powszedni dla shienarańskich żołnierzy.

Perrin zadrżał, ale nie z zimna, a gdzieś w głębi jego umysłu coś warknięciem rzuciło wyzwanie śmierci. Zmora Serc. Różne imiona w różnych krainach — Zmora Dusz i Jad Serca, Władca Grobu i Władca Półmroku — a wszędzie Ojciec Kłamstw i Czarny, wszystko po to, by uniknąć nazywania go właściwym imieniem i ściągnięcia na siebie jego uwagi. Czarny często wykorzystywał kruki i wrony, a w miastach szczury. Perrin wyciągnął kolejną strzałę o szerokim grocie z kołczanu zawieszonego u jednego boku; przy drugim nosił topór.

— Gruby jak maczuga — powiedział z podziwem Ragan, spoglądając na łuk Perrina — ale potrafi strzelać. Wolałbym nie widzieć, co może zrobić z człowiekiem w zbroi.

Shienaranie mieli na sobie teraz tylko lekkie kolczugi, ukryte pod prostymi płaszczami, zazwyczaj jednak walczyli w zbrojach, zarówno ludzie, jak i konie.

— Zbyt długi do strzelania z końskiego grzbietu — rzucił wzgardliwie Masema. Trójkątna blizna na jego ciemnym policzku jeszcze bardziej podkreślała szyderczy grymas. — Dobry napierśnik zatrzyma najmocniejszą strzałę, chyba że strzela się z bliskiej odległości, a wtedy, jeśli nie trafisz za pierwszym razem, człowiek, do którego celowałeś, zdąży wypruć ci flaki.

— O to właśnie chodzi, Masema. — Ragan rozluźnił się odrobinę, gdy okazało się, że niebo jest puste. Kruk musiał być samotnikiem. — Mógłbym się założyć, że z tym łukiem z Dwu Rzek nie podszedłbyś zbyt blisko.

Masema otworzył usta.

— Wy dwaj, przestańcie wreszcie kłapać ozorami! — warknął Uno. Długa blizna po lewej stronie twarzy i wyłupione oko powodowały, że jego rysy były ostre, nawet jak na Shienaranina. Podczas jesiennej wyprawy w góry zdobył gdzieś przepaskę na pusty oczodół, jednak wymalowane na niej płonące krwawą czerwienią oko bynajmniej nie zmiękczyło wyrazu jego oblicza. — Jeżeli nie potraficie skupić swych przeklętych myśli na przeklętym zadaniu, które wam wyznaczono, to dopatrzę, żeby jakaś dodatkowa, cholerna nocna warta usadziła was, przeklętników.

Ragan i Masema skurczyli się pod jego spojrzeniem. Warknął na nich po raz ostatni, ale kiedy zwrócił się do Perrina, jego twarz była już w miarę łagodna.

— Widzisz coś jeszcze?

Ton, którym to powiedział, był odrobinę bardziej gburowaty, niż gdyby zwracał się do dowódcy ustanowionego nad nim przez króla Shienaru albo Lorda Fal Dara, niemniej słyszało się w nim gotowość wykonania wszystkiego, co Perrin zaproponuje.

Shienaranie wiedzieli, jak daleko sięga jego wzrok, ale zdawali się brać to za coś naturalnego, podobnie zresztą jak i kolor jego oczu. Nie wiedzieli wszystkiego, nawet się nie domyślali, ale akceptowali go takim, jakim był. Albo jakim sądzili, że jest. Zdawali się akceptować wszystkich i wszystko. Świat się nieprzerwanie zmienia, powiadali. Wszystko obraca się na kołach losu i zmiany. Jeżeli pewien człowiek ma oczy o takiej barwie, jakich nie miał przed nim nikt inny, to co to zmienia?

— Nadjeżdża — oznajmił Perrin. — Powinniście już ją widzieć. Tam.

Wskazał dłonią kierunek, a Uno pochylił się do przodu, zamrugał jedynym sprawnym okiem, potem z powątpiewaniem pokiwał głową.

— Jakieś cholerstwo porusza się tam w dole.

Niektórzy z pozostałych pokiwali głowami i zamruczeli potwierdzająco. Uno spojrzał w ich stronę, a wtedy powrócili do obserwacji nieba i gór.

Nagle Perrin zrozumiał, co oznaczają jaskrawe barwy odległego jeźdźca. Spod jadowicie czerwonego płaszcza wyglądała żywa zieleń sukni.

— To kobieta z Ludu Wędrowców — powiedział zaskoczony.

Żaden inny ze wszystkich ludów, o których słyszał, nie ubierał się w równie jaskrawe kolory, i to zestawione w nadzwyczaj dziwaczne kombinacje. Nikt się nie ubierał w ten sposób, przynajmniej dopóki nie musiał.

Kobiety, którym czasami wyjeżdżali na spotkanie, by potem poprowadzić je głębiej w góry, były tak różne od siebie jak to tylko możliwe: żebraczka w łachmanach przebijająca się pieszo przez śnieżną burzę, kobieta kupiec sama prowadząca sznur obładowanych jucznych koni, dama w jedwabiach i pięknych futrach, której rumak miał wodze zdobione czerwonymi chwastami, siodło zaś nabijane złotem. Żebraczka odeszła z sakiewką pełną srebra — było to dużo więcej, niźli Perrin sądził, że posiadają, zmienił jednak zdanie, gdy dama otrzymała grubszą jeszcze sakiewkę, i to na dodatek wypełnioną złotem. Kobiety wszelkich stanów, zawsze samotne, z Tarabonu, Ghealdan, nawet z Amadicii. Ale nigdy nie spodziewałby się zobaczyć kobiety Tuatha’anów.

— Przeklęty Druciarz? — zawołał Uno.

Odpowiedziały mu zaskoczone głosy.

Ragan potrząsnął głową.

— Druciarzy nie powinno się w to mieszać. Albo ona nie jest Druciarzem, albo nie jest tą, na którą czekamy.

— Druciarze — mruknął Masema. — Nic nie warci tchórze.

Oko Uno zwęziło się, wyglądało teraz jak otwór w kowadle, a w połączeniu z drugim okiem namalowanym na przepasce nadawało mu naprawdę złowieszczy wygląd.

— Tchórze, Masema? — odezwał się cicho. — Gdybyś był kobietą, to czy miałbyś wystarczająco dużo przeklętych nerwów, aby przyjechać tutaj, całkowicie sam, i na dodatek nieuzbrojony?

Jeżeli rzeczywiście należała do Tuatha’anów, to na pewno nie miała broni. Masema nic nie powiedział, ale blizna na jego twarzy zdradzała wyraźne napięcie i bladość.

— Niech sczeznę, ja bym nie potrafił — przyznał się Ragan. — I niech sczeznę, gdybyś ty postąpił inaczej, Masema.

Masema zaciągnął ściślej płaszcz i ostentacyjnie wpatrzył się w niebo.

Uno parsknął.

— Światłości, spraw, żeby ten cholerny pożeracz padliny wałęsał się tutaj samotnie — wymruczał.

Kudłata, brązowo-biała klacz powoli, zakosami podchodziła coraz bliżej, wybierając drogę po czystym gruncie, pomiędzy szerokimi zaspami śnieżnymi. Jaskrawo ubrana kobieta zatrzymała się raz, aby spojrzeć na coś leżącego na ziemi, potem naciągnęła kaptur płaszcza na głowę i piętami popędziła konia.

„Kruk — pomyślał Perrin. — Przestań patrzeć na tego ptaka i pośpiesz się, kobieto. Może ty przywozisz wiadomość, która wreszcie nas stąd uwolni. Oczywiście, jeżeli Moiraine pozwoli opuścić to miejsce przed nadejściem wiosny. A żeby sczezła!”.

Przez moment sam nie był pewien, czy miał na myśli Aes Sedai, czy kobietę Druciarzy, która zdawała się zupełnie lekceważyć czas.

Jeżeli będzie zachowywała dotychczasowy kierunek jazdy, to przejedzie dobre trzydzieści kroków do skraju zagajnika. Utkwiwszy oczy w drogę, po której stąpał jej wierzchowiec, nie dawała najmniejszego znaku, iż spostrzegła ich pomiędzy drzewami.

Perrin trącił obcasami boki swego ogiera i kasztan skoczył naprzód, wyrzucając spod kopyt rozbryzgi śniegu. Za nim Uno cicho wydał rozkaz:

— Naprzód!

Stepper był już w połowie drogi oddzielającej ją od zagajnika, zanim po raz pierwszy zdała się zauważyć ich obecność. Wzdrygnęła się i szarpnęła wodze konia. Patrzyła, jak formują łuk skierowany końcami ku niej. Hafty z rażących oko błękitów, układające się we wzór zwany tairenieńskim labiryntem, czyniły jej strój jeszcze bardziej krzykliwym. Nie była już młoda — we włosach wysypujących się spod kaptura widziało się grube pasma siwizny — ale twarz znaczyło kilka jedynie zmarszczek, nie licząc tych, które wynikały z dezaprobaty, jaką okazała na widok ich broni. Jeżeli przeraziło ją spotkanie z uzbrojonymi mężczyznami w samym sercu górskiej dziczy, to nie dała niczego po sobie poznać. Jej dłonie spoczywały spokojnie na łęku zużytego, lecz dobrze utrzymanego siodła. I nie czuł od niej woni strachu.

„Dosyć tego!” — powiedział do siebie Perrin.

Nie chcąc jej przestraszyć, nadał swemu głosowi jak najłagodniejsze brzmienie.

— Na imię mam Perrin, dobra pani. Jeżeli potrzebujesz pomocy, zrobię dla ciebie, co tylko mogę. Jeśli nie, idź ze Światłością. Niemniej, o ile Tuatha’anowie nie zmienili swych szlaków, to daleko odjechałaś od swoich wozów.

Wpatrywała się w niego przez chwilę, po czym przemówiła. W jej ciemnych oczach była łagodność, niezbyt zresztą zaskakująca u Ludu Wędrowców.

— Szukam… pewnej kobiety.

Zająknienie było drobne, ale było. Nie szukała jakiejś tam kobiety, tylko Aes Sedai.

— Czy ona ma jakieś imię, dobra pani? — dopytywał się Perrin.

Robił to już tyle razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy, że nie potrzebował właściwie odpowiedzi, jednakże nie raz żelazo zmarnowane zostało z braku należytej dbałości.

— Na imię ma… czasami każe na siebie mówić Moiraine. Ja mam na imię Leya.

Perrin pokiwał głową.

— Zabierzemy cię do niej, pani Leyo. Czekają na nas rozpalone ogniska, a przy odrobinie szczęścia może również gorąca strawa. — Jednak nie wziął od razu wodzy w dłonie. — Jak nas odnalazłaś?

Zadawał to pytanie za każdym razem, kiedy Moiraine wysyłała go, by czekał w oznaczonym przez nią miejscu na kobietę, która miała się tam pojawić. Odpowiedź również i w tym przypadku musiała brzmieć tak jak zawsze, on jednak musiał zapytać.

Leya drgnęła i odpowiedziała z wahaniem:

— Wiedziałam… że jeśli pojadę tą drogą, ktoś wyjedzie mi na spotkanie i zabierze mnie do niej. Po prostu… wiedziałam. Mam dla niej wiadomości.

Perrin nie zapytał o ich treść. Kobiety przekazywały przywiezione informacje tylko samej Moiraine.

„A Aes Sedai mówi nam tylko to, co uzna za słuszne” — pomyślał.

Aes Sedai nigdy nie kłamały, ale powiadano, że prawda, którą mówi Aes Sedai, nie zawsze jest taka, jak się ją widzi.

„Teraz już za późno na skargi. Nieprawdaż?”.

— Tędy, pani Leyo — powiedział, wykonując gest w kierunku gór.

Shienaranie z Uno na czele ruszyli za Perrinem oraz Leyą i zaczęli się wspinać. Żołnierze z Ziem Granicznych wciąż obserwowali niebo i otaczający ich teren, a dwóch ostatnich dawało szczególne baczenie na drogę, którą właśnie przejechali.

Przez jakiś czas jechali w całkowitym milczeniu, wyjąwszy odgłos końskich kopyt, czasami z trzaskiem przebijających powłokę starego śniegu, innym razem stukoczących na kamieniach, gdy jechali po nagim gruncie. Leya przez cały czas rzucała spojrzenia na Perrina, na jego łuk, topór, twarz, ale nie odzywała się ani słowem. Perrin zaś wiercił się w siodle i starał się nie spoglądać w jej stronę, nieswój, że stał się przedmiotem takich oględzin. Zawsze zresztą starał się dawać nieznajomym jak najmniej szans na dostrzeżenie jego oczu.

Na koniec powiedział:

— Byłem zaskoczony na widok kobiety z Ludu Wędrowców, zakładając oczywiście, że pochodzisz z niego.

— Można przeciwstawiać się złu poprzez unikanie przemocy — stwierdziła z prostotą, tonem głosu wskazując, iż dla niej to oczywista prawda.

Perrin chrząknął, skrzywił się kwaśno, potem natychmiast wymamrotał przeprosiny.

— Niech będzie, jak powiadasz, pani Leyo.

— Przemoc kaleczy jej sprawcę równie mocno jak ofiarę — ciągnęła spokojnie Leya. — Dlatego właśnie uciekamy przed tymi, którzy robią nam krzywdę, aby ocalić ich od zrobienia krzywdy sobie, w takim samym stopniu jak dla własnego bezpieczeństwa. Gdybyśmy przemocą przeciwstawiali się złu, wkrótce nie różnilibyśmy się niczym od tych, z którymi walczymy. To siłą naszej wiary godzimy w Cień.

Perrin parsknął mimo woli.

— Pani, mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała stawiać czoła trollokom wyłącznie za pomocą siły swojej wiary. Siła ich mieczy posieka cię na kawałki.

— Lepiej umrzeć niż… — zaczęła, ale jego gniew kazał mu jej przerwać. Gniew, że po prostu nie może pojąć. Gniew, że naprawdę wolałaby raczej umrzeć, niż zrobić komuś krzywdę, nieważne jak złemu.

— Jeśli uciekniesz, będą cię ścigać, zabiją i zjedzą twoje ciało. Albo nawet nie będą czekać do czasu, aż umrzesz. W obu przypadkach nie żyjesz, a zło zwycięża. A są też ludzie równie okrutni. Sprzymierzeńcy Ciemności i inni. Jest ich więcej, niż rok temu wydawało mi się to możliwe. Niech Białe Płaszcze zdecydują na przykład, że wy Druciarze nie żyjecie w Światłości, i wtedy zobaczymy, ilu z was zachowa przy życiu siła waszej wiary.

Obdarzyła go badawczym spojrzeniem.

— A jednak nie jesteś zadowolony ze swojej broni.

Skąd mogła to wiedzieć? Rozdrażniony potrząsnął swoją kudłatą głową.

— To Stwórca powołał do istnienia świat — wymruczał — nie ja. Muszę żyć najlepiej, jak potrafię, w świecie takim, jaki jest.

— Taki smutek u kogoś tak młodego — odrzekła miękko. — Skąd taki smutek?

— Powinienem obserwować, nie rozmawiać — odpowiedział grzecznie. — Nie podziękujesz mi, jeśli się zgubimy.

Pognał Steppera naprzód, wystarczająco daleko od niej, aby uniemożliwić wszelką dalszą konwersację, ale czuł wciąż jej spojrzenie wbite w swoje plecy.

„Smutny? Nie jestem smutny, tylko… Światłości, sam nie wiem. Pewne rzeczy powinny się po prostu lepiej trochę układać, to wszystko”.

Gdzieś w głębi umysłu znowu pojawiło się swędzące łaskotanie, ale skoncentrowany na ignorowaniu spojrzenia Leyi, je również zlekceważył.

Jechali w górę i w dół po górskich stokach, przez zalesione doliny, środkiem których płynęły szerokie strumienie lodowato zimnej wody, sięgającej im do kolan, mimo iż nie opuszczali końskich grzbietów. W dali widać było zbocze góry, w którym wyrzeźbiono dwie majestatyczne sylwetki. Kobiety i mężczyzny, tak przynajmniej sądził Perrin, chociaż deszcz i wiatr dawno już uniemożliwiły pewne rozpoznanie. Nawet Moiraine przyznała się, iż nie ma pojęcia, któż to może być ani jak dawno granit został obrobiony.

Spod końskich kopyt skakały cierniki i małe pstrągi — srebrne rozbłyski w czystej wodzie. Jeleń uniósł łeb znad młodych pędów, zawahał się, kiedy oddział wyjechał ze strumienia, potem skoczył między drzewa, a zaraz potem, jakby spod ziemi, wynurzyła się wielka pantera pręgowana i nakrapiana czernią, wyraźnie rozczarowana wynikiem łowów. Przez chwilę spoglądała na konie, a potem smagnęła ogonem i zniknęła w ślad za jeleniem. Mimo to widać było, iż górskie życie nie obudziło się jeszcze w pełni. Nieliczne tylko ptaki siedziały na gałęziach albo dziobały ziemię w miejscach, gdzie stopniał śnieg. Więcej pojawi się na wyżynach w ciągu następnych kilku tygodni, ale jeszcze nie teraz. Kruków żadnych nie widzieli.

Było późne popołudnie, kiedy Perrin poprowadził ich pomiędzy dwoma górami o stromych zboczach i śnieżnych szczytach jak zawsze otulonych warstwą chmur, po czym skręcił w górę niewielkiego strumienia, który rozpryskiwał się na szarych kamieniach szeregiem maleńkich wodospadów. Pośród drzew odezwał się jakiś ptak, gdzieś z przodu odpowiedział mu kolejny.

Perrin uśmiechnął się. Niebieska zięba. Ptak żyjący na Ziemiach Granicznych. Nikt nie mógł przejechać tą drogą niezauważony. Potarł nos i nie spojrzał w kierunku drzewa, z którego odezwał się pierwszy „ptak”.

W miarę jak jechali pod górę, przez zarośla drzew skórzanych i gąszcz poskręcanych górskich dębów, ścieżka zwężała się coraz bardziej, strumienia zaś nie przekroczyłby już nawet wyjątkowo długonogi człowiek.

Perrin usłyszał, jak jadąca za nim Leya mruczy coś do siebie. Kiedy się obejrzał, zobaczył, że rzuca pełne niepokoju spojrzenia na strome stoki z obu stron. Rozproszone drzewa górowały niebezpiecznie ponad nimi. Zdawało się, że to niemożliwe, by miały zaraz nie spaść. Shienaranie jechali swobodnie, mogąc wreszcie się rozluźnić.

Znienacka otworzyła się przed nimi owalna niecka pomiędzy dwoma górami, jej zbocza były strome, ale nie tak urwiste jak w wąskim przejściu, które pokonali przed chwilą. Na jej dalszym końcu z ziemi wytryskiwało źródło, dając początek małemu strumykowi. Bystre spojrzenie Perrina z miejsca wyłowiło mężczyznę z shienarańskim czubem na głowie, wysoko w gałęziach drzewa po lewej stronie. Gdyby zamiast zięby odezwała się czerwonoskrzydła sójka, nie byłby tutaj sam, a przejście znacznie trudniejsze. Garstka ludzi mogła bronić tego przejścia, okazałoby się, przeciwko całej armii. Jeżeli armia przybędzie, to garstka będzie musiała wystarczyć.

Pomiędzy drzewami rosnącymi wokół doliny stały trudne do zauważenia szałasy z kłód, tak że ci, którzy zgromadzili się wokół ognisk na dnie niecki, na pierwszy rzut oka wydawali się pozbawieni jakiegokolwiek schronienia. W zasięgu wzroku nie było widać więcej niż kilkunastu ludzi. A Perrin wiedział, że w sumie nie ma ich tam wielu więcej. Większość obejrzała się, słysząc dźwięk końskich kopyt i parskanie, niektórzy machali rękami. Niecka zdawała się wypełniona całkowicie zapachem ludzi i zwierząt, gotowania i palonego drewna. Z długiego drzewca zwisał luźno biały sztandar. Jeden z mieszkańców obozowiska, prawie półtora raza większy od pozostałych, siedział na zboczu, bez reszty pochłonięty lekturą książki, która niemal niknęła w jego ogromnych dłoniach. Na moment nie przestał czytać, nawet gdy jedyny oprócz niego człowiek, który nie miał zgolonych włosów, zakrzyknął:

— Tak więc odnalazłeś ją? A już myślałem, że tym razem nie wrócicie przed nocą.

Głos należał do młodej kobiety, ubranej jednak na męską modłę, w kusy, chłopięcy kaftanik i obcisłe spodnie. Nawet włosy miała przycięte na krótko.

Podmuch wiatru wdarł się do doliny, powodując, że poły płaszczy załopotały, a sztandar rozwinął się na całą długość. Przez chwilę przedstawiona na nim istota zdawała się dosiadać wiatru. Wąż o czterech nogach, szkarłatnej oraz złotej łusce i grzywie złotej jak u lwa. Każdą z jego łap kończyło pięć złotych pazurów. Sztandar, który był częścią legendy. Sztandar, którego większość ludzi zapewne by nie poznała, nawet gdyby załopotał im przed oczami, natomiast przeraziliby się, gdyby poznali jego nazwę.

Perrin pomachał dłonią, obejmując tym gestem niejako wszystkich naraz, i zjechał na dno niecki.

— Witaj w obozie Smoka Odrodzonego, Leya.

Rozdział 2

Saidin

Z twarzą zupełnie pozbawioną wyrazu kobieta Tuatha’anów popatrzyła na ponownie obwisły sztandar, potem przeniosła swą uwagę na ludzi zgromadzonych wokół ognia. Jej wzrok zatrzymał się szczególnie długo na zaczytanej postaci, półtora raza wyższej i dwakroć potężniej zbudowanej od Perrina.

— A więc jest też z wami ogir. Nie sądziłam… — Potrząsnęła głową. — Gdzie znajdę Moiraine Sedai?

Wyglądało na to, że dla niej sztandar Smoka równie dobrze mógłby nie istnieć.

Perrin wskazał gestem prosty szałas, który stał najwyżej ze wszystkich na stoku, przy przeciwległym końcu niecki. Jego ściany i pochyły dach zbudowano z nieokorowanych bali, był również największy, choć sam w sobie przecież wcale nie taki wielki. Na tyle duży, być może, aby zasługiwać na miano chaty, nie zaś szałasu.

— Tam mieszka. Ona i Lan. Lan jest jej Strażnikiem. Jeżeli chciałabyś napić się czegoś ciepłego…

— Nie. Muszę porozmawiać z Moiraine.