Smilla w labiryntach śniegu - Peter Høeg - ebook

Smilla w labiryntach śniegu ebook

Peter Høeg

3,5

Opis

Smilla to specjalistka od lodu - jego kształtu, od unikalnych konstrukcji, które tworzy. Nie zna się na niczym innym. Jest też obcą w obcym kraju - Grenlandką, która przeprowadziła się do Danii. Wyalienowana w niechętnym jej społeczeństwie, coraz bardziej zamyka się w sobie. Do dnia, w którym poznaje Esajasa - współplemieńca, który staje się jej namiastką ojczyzny.

Bliska więź tych dwojga zostaje brutalnie zerwana w dniu, w którym młody Grenlandczyk traci życie, spadając z dachu. Smilla, która się nim opiekowała, odmawia prawdy oficjalnej wersji śmierci chłopca - nie wierzy, że był to zwykły wypadek. Wie bowiem, że Esajas cierpiał na lęk wysokości i sam nie udałby się na dach. Podejrzewa morderstwo i podejmuje własne śledztwo.

Szybko dochodzi do wniosku, że jest na właściwym tropie, a jej niezwykłe zdolności „czytania” śniegu okażą się kluczowe w śledztwie.

Smilla w labiryntach śniegu to niezwykły kryminał, dla którego morderstwo i następujące po niej śledztwo stanowi pretekst dla zdecydowanie istotniejszej kwestii alienacji i asymilacji we współczesnym zachodnim świecie ludzi pochodzących z innych, tradycyjnych kultur. To powieść równie skomplikowana i piękna w konstrukcji, co płatek śniegu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (13 ocen)
3
4
3
2
1

Popularność




Miasto I

1

Jest wyjątkowo zimno, minus osiemnaście stopni, pada śnieg; w języku, który już nie jest moim językiem, ten śnieg to qanik. Duże, prawie nic nieważące kryształki sypią się jedne na drugie, pokrywając ziemię warstwą białego sproszkowanego mrozu.

Z grobu wyłania się grudniowy mrok, nie ma granic, tak jak niebo nad nami. W mroku nasze twarze są ledwie jaśniejącymi plamami, a mimo to wyczuwam dezaprobatę pastora i kościelnego wobec moich czarnych siatkowych pończoch i wobec jęków Juliane, głośniejszych jeszcze przez to, że rano zażyła anticol i teraz stoi twarzą w twarz z żałobą, prawie trzeźwa. Uważają, że żadna z nas nie odnosi się z należnym szacunkiem ani do pogody, ani do tragicznych okoliczności. A tak naprawdę zarówno moje nylonowe pończochy, jak i jej tabletki są, każde na swój sposób, hołdem składanym zimnu i Esajasowi.

Kobiety otaczające Juliane, pastor i kościelny — wszyscy są Grenlandczykami, i kiedy śpiewamy Guutiga, illimi, „Ty, mój Boże", kiedy pod Juliane uginają się nogi, a jej płacz powoli przybiera na sile, kiedy pastor przemawia po zachodniogrenlandzku, przyjmując za punkt wyjścia ulubiony przez herrnhuttów ustęp ze świętego Pawła o odkupieniu przez krew, wystarczy odrobina roztargnienia, by poczuć się przeniesionym do Upernavik, Holsteinsborg czy Qaanaaq.

Ale w ciemności, niczym dziób statku, wznoszą się mury Więzienia Zachodniego. Jesteśmy w Kopenhadze.

Cmentarz Grenlandczyków jest częścią Cmentarza Zachodniego. Esajasowi w trumnie towarzyszy kondukt, składający się ze znajomych Juliane, którzy ją teraz podtrzymują, pastora i kościelnego oraz niewielkiej grupki Duńczyków; wśród nich rozpoznaję jedynie kuratora i asesora.

Pastor mówi coś, co sprawia, iż wydaje mi się, że naprawdę musiał kiedyś spotkać Esajasa, choć o ile wiem, Juliane nigdy nie chodziła do kościoła.

Potem jego głos milknie, bo teraz i inne kobiety płaczą z Juliane; pozwalają, by żałoba przepłynęła przez nie czarną rzeką, nurkują w nią i dają się jej porwać w sposób, którego nie zrozumie nikt, kto nie wyrósł na Grenlandii. A może i to także nie wystarczy. Bo i ja nie jestem z nimi.

Pierwszy raz naprawdę patrzę na trumnę. Jest heksagonalna. Taki kształt mają w pewnym momencie kryształki lodu.

Teraz opuszczają Esajasa w głąb ziemi. Trumna z ciemnego drewna wydaje się taka mała, pokrywa ją już warstewka śniegu. Płatki są duże jak piórka i taki właśnie jest śnieg; wcale nie musi być zimny. To niebiosa płaczą nad Esajasem, a łzy zmieniają się w okrywający go śnieżny puch. To wszechświat otula go kołderką, aby nigdy więcej nie marzł.

Kiedy pastor rzucił już garść ziemi na trumnę i kiedy powinniśmy się odwrócić i odejść, zapada długa, nużąca cisza. Kobiety milczą, nikt się nie rusza, jakby cisza czekała na jakiś wybuch. Tu gdzie stoję, zauważam dwie rzeczy.

Po pierwsze, Juliane osuwa się na kolana, ukrywa twarz w ziemi, a kobiety nie próbują jej podnieść.

Drugie wydarzenie jest wewnętrzne, rozgrywa się we mnie; to rodzi się świadomość.

Już wiem, że między mną a Esajasem musiała obowiązywać niepisana umowa, że nigdy go nie zawiodę. Nigdy. Także i teraz.

2

Mieszkamy w Det hvide Snit1. Na otrzymanej bezpłatnie działce spółdzielnia ustawiła białe betonowe pudełka z prefabrykatów, za które otrzymała nagrodę od Towarzystwa Upiększania Stolicy.

Wszystko, łącznie z nagrodą, sprawia wrażenie taniości i absolutnego minimum, z wyjątkiem opłat za czynsz, tak wysokich, że mieszkać tu mogą jedynie ludzie tacy jak Juliane, za których płaci państwo, mechanik, który musiał wziąć, co mu dawali, i bardziej marginalne jednostki, jak ja.

Tak więc nazwa sama w sobie jest dla nas, mieszkańców, dość uwłaczająca, ale mimo wszystko mniej więcej prawdziwa.

Są powody, dla których człowiek się sprowadza, i takie, dla których zostaje. Dla mnie z czasem znaczenia nabrała woda. Det hvide Snit przylega do portu kopenhaskiego. Tej zimy widziałam, jak tworzy się lód.

Mróz nadciąga w listopadzie. Mam respekt dla duńskiej zimy. Zimno — nie to dające się zmierzyć termometrem, lecz to odczuwalne — zależy raczej od siły wiatru i wilgotności powietrza niż od wysokości słupka rtęci. Bardziej zmarzłam w Danii niż kiedykolwiek w Thule. Kiedy pierwsze, lepkie deszczem, ciężkie chmury i listopad biją mnie mokrym ręcznikiem po twarzy, wychodzę im naprzeciw w ocieplanych futrem botkach z foczej skóry, czarnych rajtuzach z alpaki, długiej spódnicy w szkocką kratę i czarnej pelerynie z gore-texu.

Potem temperatura zaczyna spadać. W pewnym momencie powierzchnia morza osiąga minus 1,8° Celsjusza, tworzą się pierwsze kryształki, nietrwała powłoka rozrywana jest przez wiatr i fale na frazil, ugniatany potem w przypominający rozmoczone mydło mus zwany grease ice, z którego z czasem tworzą się dryfujące swobodnie płyty, pancake ice, aby wreszcie w pewne mroźne niedzielne południe zamarznąć w zwartą pokrywę.

Robi się coraz zimniej, a ja się cieszę, bo wiem, że mróz osiągnął teraz przełomowy moment. Teraz lód się utrzyma, kryształy utworzyły mosty, zamknęły słoną wodę w kapsułach o strukturze przypominającej żyły w pniu drzewa, przez które powoli sączy się woda. Niewielu ze spoglądających na Holmen myśli o tym, ale ciągle jest to argument na uzasadnienie twierdzenia, że lód i życie mają ze sobą wiele wspólnego.

Lód jest zwykle pierwszą rzeczą, za jaką się rozglądam, idąc Knippelsbro. Tego jednak grudniowego dnia widzę coś innego. Widzę światło.

Jest żółte, jak większość miejskich świateł zimą, a że padał śnieg, światło, choć tak słabe ostro się odbija. Świeci poniżej jednego z magazynów, które w przypływie słabości postanowiono zostawić, gdy budowano nowe bloki. Przy szczytowej ścianie, od strony Strandgade i Christianshavn, obraca się niebieska lampka radiowozu patrolowego. Widzę policjanta i prowizoryczne ogrodzenie z biało-czerwonej taśmy. Przy samej ścianie dostrzegam to, co zostało odgrodzone: drobny mroczny cień, odcinający się od bieli śniegu.

Ponieważ biegnę i ponieważ jest dopiero trochę po piątej, a popołudniowa godzina szczytu jeszcze nie minęła, docieram na miejsce kilka minut przed karetką.

Esajas leży z podkulonymi nogami, z twarzą ukrytą w śniegu. Rękami osłania głowę, jak gdyby chował się przed padającym na niego światłem reflektorka i jakby śnieg był szybą, przez którą dostrzega coś głęboko pod ziemią.

Policjant powinien pewnie zapytać, kim jestem, zanotować nazwisko i adres i w ogóle ułatwić jakoś życie swoim kolegom, którzy już niedługo zaczną brzęczeć dzwonkami u drzwi. Jest jednak młodym człowiekiem o zranionym wyrazie oczu. Stara się nie patrzeć wprost na Esajasa. Upewniwszy się, że nie przekroczę granicy wyznaczonej przez jego taśmę, zostawia mnie w spokoju.

Mógł odgrodzić większy kawałek, ale to i tak nie miałoby żadnego znaczenia. Magazyny poddawane są częściowej przebudowie, ubity przez ludzi i maszyny śnieg jest twardy niczym posadzka z lastryko.

Nawet w obliczu śmierci jest w Esajasie jakiś dystans, odcięcie od świata, jakby nie chciał słyszeć o niczyjej litości.

Wysoko ponad światłem reflektora można domyślać się krawędzi dachu. Magazyn ma wysokość co najmniej siedmiolub ośmiopiętrowego bloku. Przylegający do niego budynek jest w przebudowie. U szczytowej ściany, wychodzącej na Strandgade, wznoszą się rusztowania. Podchodzę tam, podczas gdy karetka przedziera się przez most i wjeżdża między budynki.

Rusztowania pokrywają ścianę aż do samego dachu. Najniższa drabina jest opuszczona. Im wyżej wchodzę, tym konstrukcja wydaje mi się bardziej rachityczna.

Budują nowy dach. Nade mną wznoszą się trójkątne wiązary okryte brezentem. Pokrywają połowę długości budynku. Druga połowa, ta od strony portu, jest zaśnieżoną płaszczyzną. Są na niej ślady Esajasa.

Przy krawędzi śniegu przykucnął mężczyzna; otoczywszy kolana ramionami, kołysze się w przód i w tył.

Mechanik, nawet skulony, sprawia wrażenie rosłego. I nawet w tej pozycji totalnej rezygnacji wydaje się onieśmielony.

Jest tak jasno. Przed kilku laty dokonano pomiaru światła w okolicy Siorapaluk w okresie trzech miesięcy, od grudnia do lutego, kiedy nie ma słońca. Ludzie inaczej wyobrażają sobie wieczną noc, a są przecież: księżyc, gwiazdy i niekiedy zorza polarna. I śnieg. Zarejestrowano tę samą liczbę luksów co w okolicach Skanderborg. Tak wspominam swoje dzieciństwo: zawsze bawiliśmy się na dworze i zawsze było jasno. Wówczas światło było dla nas oczywistością. Kiedy jest się dzieckiem, tyle rzeczy wydaje się oczywistych. Z czasem człowiek zaczyna się dziwić.

W każdym razie zdumiewa mnie fakt, że dach, który ciągnie się przede mną, jest taki jasny. Jakby to śnieg, pokrywający go mniej więcej dziesięciocentymetrową warstwą, lśniący punkcikami blasków przypominających drobniutkie szare perełki, rozświetlał zimowy dzień.

Przy samej ziemi, nawet podczas ostrego mrozu, śnieg odrobinę topnieje pod wpływem ciepła płynącego od miasta. Tu jednak jest tak puszysty, jakby właśnie spadł. Tylko Esajas po nim stąpał.

Śnieg się zmienia nawet wtedy, kiedy nie robi się cieplej, nie ma wiatru i nie pada świeży śnieg. Jakby oddychał, jakby gęstniał, wznosił się i opadał, i dekomponował.

Esajas także zimą chodził w butach na gumie. To jego ślady, starta podeszwa butów do koszykówki z ledwie widocznym rysunkiem koncentrycznych okręgów na przedniej części stopy, na której gracz ma wykonywać piruety.

Wszedł na śnieg w miejscu, w którym stoimy. Ślady prowadzą na ukos ku krawędzi i dalej wzdłuż dachu, przez mniej więcej dziesięć metrów. Tam się zatrzymują. Potem znów wiodą ku narożnikowi przy ścianie szczytowej. Stamtąd idą w odległości około pół metra od krawędzi do rogu wychodzącego na sąsiedni magazyn. Z tego miejsca Esajas przeszedł jakieś trzy metry w stronę środka, żeby wziąć rozbieg. Dalej ślad prowadzi prosto ku krawędzi, od której się odbił.

Sąsiedni dach z czarnej, pokrytej szkliwem dachówki przylega do rynny pod tak ostrym kątem, że śnieg się na nim nie utrzymał. Nie było się o co zaczepić. Esajas równie dobrze mógł rzucić się w przepaść.

Nie ma tu innych śladów oprócz Esajasa. Na pokrytej śniegiem płycie nie było nikogo innego.

— Ja go znalazłem — oznajmia mechanik.

Zawsze z trudem przychodzi mi patrzeć na płaczących mężczyzn. Może dlatego, że wiem, jak fatalny wpływ ma płacz na ich poczucie własnej wartości. Być może dlatego, że jest dla nich czymś tak niezwykłym, zawsze przenosi ich na powrót w czasy dzieciństwa. Mechanik doszedł już do tego stanu, kiedy przestaje ocierać oczy, jego twarz jest mokrą maską.

— Idą jacyś obcy — mówię.

Dwaj mężczyźni wchodzący na dach nie cieszą się na nasz widok.

Jeden z nich, zdyszany, dźwiga sprzęt fotograficzny. Drugi przypomina trochę wrośnięty paznokieć. Płaski, twardy, pełen niecierpliwej irytacji.

— Kim pani jest?

— Sąsiadka z góry — mówię. — A ten pan to sąsiad z dołu.

— Bardzo proszę zejść na dół.

Dostrzega ślady i całkiem nas ignoruje.

Fotograf robi pierwsze zdjęcia wielkim aparatem polaroida z fleszem.

— Tylko ślady zmarłego — stwierdza Paznokieć. Mówi, jakby w głowie układał szkic raportu. — Matka pijana. Chłopiec bawił się tu, na dachu.

Znów nas zauważa.

— Państwo muszą zejść na dół.

W tym momencie nic nie jest dla mnie jasne, mam w sobie tylko niepewność. Mam jej za to aż tyle, że starczyłoby na obdzielenie nią innych. Nie ruszam się z miejsca.

— Dziwna zabawa, prawda?

Zawsze znajdą się tacy, którzy uważają, że jestem próżna. Właściwie nie zamierzam zaprzeczać i mam ku temu swoje powody. W każdym razie to właśnie mój strój sprawia teraz, że on zaczyna mnie słuchać. Kaszmir, futrzana czapka, rękawiczki. Najwidoczniej ma ochotę i prawo odesłać mnie na dół, ale widzi, że przypominam elegancką damę. A niewiele eleganckich dam ma okazję spotkać na dachach Kopenhagi.

Dlatego przez moment się waha.

— Jak to?

— Kiedy pan był w tym wieku — mówię — matka i ojciec nie wrócili jeszcze do domu z kopalni węgla, a pan biegał sam, bawiąc się na dachach baraków dla bezdomnych, to biegał pan po podobnej linii, wzdłuż krawędzi?

Przeżuwa to, co usłyszał.

— Wyrosłem na Jutlandii — oświadcza wreszcie, ale mówiąc to nie spuszcza ze mnie oczu. Potem zwraca się do swego kolegi: — Musimy tu zainstalować jakieś lampy. A jednocześnie proszę odprowadzić panią i tego pana na dół.

Samotność jest dla mnie tym, czym dla innych błogosławieństwo kościoła. Światłem łaski. Nigdy nie zdarza mi się zamknąć za sobą drzwi bez świadomości, że oto spełniam wobec siebie miłosierny uczynek. Cantor ilustrował swoim uczniom pojęcie nieskończoności historią o człowieku, który był właścicielem hotelu o nieskończonej liczbie pokoi, a wszystkie były zajęte. Ale przybył jeszcze jeden gość. Hotelarz przeniósł wtedy gościa z pokoju numer jeden do pokoju numer dwa, tego z numeru dwa do numeru trzy, z trzy do cztery i tak dalej. W ten sposób miał pokój numer jeden wolny dla nowego gościa.

To, co mnie ogromnie raduje w tej anegdocie, to fakt, że wszyscy jej bohaterowie: i goście, i gospodarz, uznają za całkiem naturalne wykonywanie nieskończenie wielu operacji tylko po to, aby jeden gość miał ciszę i spokój w osobnym pokoju. To wielka pochwała samotności.

Poza tym zdaję sobie sprawę, że urządziłam swoje mieszkanie jak pokój hotelowy. Nie udało mi się uniknąć wrażenia, że osoba, która tu mieszka, zatrzymała się tylko przejazdem. Kiedy odczuwam potrzebę wyjaśnienia tego, myślę sobie, że rodzina mojej matki, a także ona sama były w pewnym sensie koczownikami. Jak na usprawiedliwienie wyjaśnienie to jest dość pokrętne.

Mam jednak dwa wielkie okna wychodzące na wodę. Jest z nich widok na kościół Holmen, budynek Towarzystwa Ubezpieczeń Morskich i Bank Narodowy, którego wykładana marmurem fasada ma dziś wieczorem identyczny odcień jak lód w porcie.

Myślałam, że będę w żałobie. Rozmawiałam już z policjantami, pozwoliłam Juliane wypłakać się na moim ramieniu, odprowadziłam ją do znajomych, wróciłam, przez cały ten czas odpychając żałobę lewą ręką. Musi wreszcie przyjść kolej na moją rozpacz.

Ale czas na nią jeszcze nie nadszedł. Żałoba jest jak podarunek, coś, na co trzeba zasłużyć. Zaparzyłam sobie filiżankę miętowej herbaty i stanęłam przy oknie. Nic się jednak nie dzieje. Może dlatego, że nie załatwiłam pewnej drobnej sprawy. Mała usterka w rodzaju czegoś, co potrafi zahamować obieg uczuć.

Piję więc swoją herbatę, patrząc, jak ruch na Knippelsbro rzednie i zmienia się w pojedyncze czerwone kreski świateł w nocy. Po pewnym czasie ogarnia mnie swoisty spokój. Wreszcie wystarcza mi go, bym mogła zapaść w sen.

1 Det hvide Snit (duń.) — białe cięcie, określenie lobotomii, zabiegu chirurgicznego stosowanego dawniej w psychiatrii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

3

Pierwszy raz spotkałam Esajasa w pewien sierpniowy dzień, półtora roku temu. Ciężki jak ołów duszny upał przemienił Kopenhagę w inkubator, w którym wykluwa się błyskawiczny obłęd. Siedziałam w autobusie z uczuciem, że znalazłam się we wnętrzu szybkowaru, ubrana w nową sukienkę z białego lnu z głębokim wycięciem na plecach, ozdobioną wstawką z walansjenki, wymagającą długiego prasowania na mokro, by nadać jej odpowiednią sztywność, a która teraz oklapła w przypływie powszechnej depresji.

Są ludzie, którzy o tej porze roku wyruszają na południe. Do ciepła. Osobiście nie byłam dalej na południe niż w Køge. I nie mam też zamiaru się tam wyprawiać, dopóki atomowa zima nie schłodzi Europy.

Jest dzień w rodzaju tych, kiedy można zadać sobie pytanie, jaki jest sens istnienia, i otrzymać odpowiedź, że żaden. A piętro niżej coś rozciąga się na schodach.

Gdy w latach trzydziestych do Danii zaczęły napływać większe transporty Grenlandczyków, w pierwszych słowach swych listów do rodzin pisali, że Duńczycy to świnie, bo trzymają psy w domach. Przez moment wydaje mi się, że na schodach leży pies. Zaraz jednak spostrzegam, że to dziecko, ale tego dnia nie wydaje mi się to w niczym lepsze.

— Uciekaj stąd, gówniarzu!

Esajas podnosi wzrok.

— Peerit — odpowiada. — Sama uciekaj.

Niewielu Duńczyków widzi to po mnie. Wydaje im się, że dostrzegają coś azjatyckiego, zwłaszcza gdy nałożę trochę różu pod kośćmi policzkowymi. Ale chłopiec na schodach patrzy wprost na mnie wzrokiem, który przenika to, co ja i on mamy wspólnego. Takie spojrzenie spotyka się u noworodków. Później ono zanika, by czasami powrócić u bardzo starych ludzi. Być może jednym z powodów, dla których nigdy nie obciążyłam swego życia dzieckiem, jest fakt, że zbyt często zastanawiałam się, dlaczego ludzie tracą odwagę, by patrzeć sobie prosto w oczy.

— Poczytasz mi?

Trzymam w ręku książkę, to ona właśnie wywołała jego pytanie.

Można by powiedzieć, że chłopiec przypomina leśnego elfa, ale ponieważ jest brudny, ma na sobie tylko majtki i cały błyszczy od potu, można też powiedzieć, że przypomina fokę.

— Spadaj, mówię.

— Nie lubisz dzieci?

— Zjadam dzieci.

Odsuwa się na bok.

— Salluvutit, kłamiesz — mówi, kiedy go mijam.

W tym momencie dostrzegam dwie rzeczy, które w pewien sposób mnie z nim wiążą. Widzę, że jest sam. Tak jak osoba na wygnaniu pozostanie na zawsze sama. Widzę także, że nie boi się samotności.

— Co to za książka?! — woła za mną.

— Elementy Euklidesa — odpowiadam i zatrzaskuję drzwi.

No i faktycznie stanęło na Elementach Euklidesa.

Tę właśnie książkę wyciągam tego samego wieczoru, kiedy rozlega się dzwonek do drzwi. Stoi za nimi, nadal w majtkach, i tylko patrzy mi w oczy. Odsuwam się na bok, a on wchodzi do mieszkania i w moje życie, by nigdy go właściwie nie opuścić. Właśnie wtedy wyjmuję z regału Elementy Euklidesa. Jak gdyby po to, by go wypędzić. Od razu dać mu do zrozumienia, że nie mam żadnej książki, która mogłaby zainteresować dziecko, że on i ja nie możemy spotkać się przy żadnej książce ani w jakikolwiek inny sposób. Jak gdyby po to, by od czegoś uciec.

Siadamy na kanapie. On ze skrzyżowanymi nogami na samym brzeżku, tak jak latem siadywały dzieci w Thule, nad Inglefeld, na brzeżku sań używanych w namiocie jako prycza.

— „Punkt to coś, czego nie można podzielić. Linia to długość bez szerokości".

Tej książki on nigdy nie komentuje i do niej właśnie zawsze wracamy. Czasami próbuję czytać mu co innego. Raz pożyczam komiks Niedźwiadek Miś na lądolodzie. On z niezmąconym spokojem przysłuchuje się opisowi pierwszych obrazków. Potem kładzie palec na Niedźwiadku Misiu.

— Jaki on ma smak? — pyta.

— „Półokrąg to figura zamknięta średnicą i łukiem odciętym przez średnicę".

W ten pierwszy sierpniowy wieczór czytanie przebiega w trzech fazach.

Z początku jest wyłącznie irytacja z powodu tej niezręcznej sytuacji. Potem nastrój, jaki mnie ogarnia już na samą myśl o tej książce: nabożeństwo. Świadomość, że ona jest podstawą, granicą; że kiedy człowiek z mozołem się cofa, mija Łobaczewskiego i Newtona i prze do tyłu tak daleko, jak tylko się da, i tak skończy na Euklidesie.

— „Na większej z dwóch danych różnych linii prostych"…

W pewnym momencie nie widzę już tego, co czytam. W pewnym momencie w pokoju jest tylko mój głos i światło zachodzącego słońca, wpadające od strony Portu Południowego. A potem nie ma już nawet głosu, jestem wyłącznie ja i chłopiec. W pewnym momencie przestaję czytać. Siedzimy tylko i patrzymy przed siebie, jakbym miała piętnaście lat, a on szesnaście i jakbyśmy dotarli właśnie do the point of no return. W pewnym momencie on tak samo spokojnie wstaje i wychodzi. Ja przyglądam się zachodowi słońca, który o tej porze roku trwa trzy godziny. Jak gdyby słońce, żegnając się, w ostatniej chwili odnalazło jednak na świecie wartości, które utrudniają mu rozstanie.

Oczywiście Euklides go nie odstraszył. Oczywiście nieważne było, co czytam. Równie dobrze mogłam czytać na głos książkę telefoniczną. Albo Detection and Classification of Ice Lewisa i Carissy. I tak by przyszedł i siedział razem ze mną na kanapie.

Zdarzały się okresy, że pojawiał się codziennie. Mogły też minąć dwa tygodnie, gdy widywałam go tylko parę razy, z daleka. Ale jeśli przychodził, to najchętniej o zmroku, kiedy kończył się dzień i Juliane była nieprzytomna.

Od czasu do czasu go kąpałam. Nie lubił gorącej wody, lecz w zimnej nie dało się go doszorować. Sadzałam go w wannie i odkręcałam prysznic. Nie protestował. Dawno temu nauczył się znosić przeciwności. Nawet na chwilę jednak nie spuszczał ze mnie oskarżycielskiego spojrzenia.

4

W moim życiu sporo było szkół z internatem. Każdego dnia z całych sił staram się zepchnąć to w niepamięć i przez długie okresy nawet mi się to udawało. Jedynie pojedyncze wspomnienie, na przykład specyficzna atmosfera, jaka panuje w dużej sali sypialnej, potrafi na ułamek chwili wydostać się na światło dnia. W Stenhøj koło Humlebæk spaliśmy w dużych salach. Jedna była dla dziewcząt, druga dla chłopców. Na noc otwierano okna. A my mieliśmy za cienkie kołdry.

W okręgowej kostnicy w Kopenhadze, w piwnicach Instytutu Medycyny Sądowej Centralnego Szpitala Klinicznego, w sali sypialnej schłodzonej do temperatury bliskiej punktu zamarzania, swym ostatnim zimnym snem śpią zmarli.

Wszędzie jest czysto, nowocześnie i ostatecznie. Nawet w salce do identyfikacji zwłok, pomalowanej jak pokój dzienny, gdzie ustawiono parę stojących lamp i gdzie zielona roślina usiłuje dodać otuchy.

Esajasa okrywa białe prześcieradło. Ktoś położył na nim bukiecik kwiatków, jakby próbując wesprzeć samotną roślinę doniczkową. Esajas jest całkowicie zakryty, ale po drobnym ciałku z dużą głową można się zorientować, że to właśnie on. Francuscy naukowcy zajmujący się pomiarami czaszek na Grenlandii napotkali poważne kłopoty. Pracowali nad teorią, w myśl której istnieje bezpośrednia zależność między inteligencją człowieka a wielkością jego czaszki. U Grenlandczyków, których traktowali jako formę przejściową między małpami i ludźmi, odkryli największe czaszki na świecie.

Mężczyzna w białym kitlu unosi prześcieradło znad twarzy Esajasa. Chłopiec wygląda na nietkniętego, jak gdyby delikatnie upuszczono z niego krew i pozbawiono kolorów, a potem ułożono do snu.

Obok mnie stoi Juliane. Ubrana na czarno, jest trzeźwa już drugi dzień z rzędu.

Kiedy idziemy korytarzem, towarzyszy nam Biały Kitel.

— Pani jest krewną? — pyta. — Siostra?

Nie jest wyższy ode mnie, ale potężny, przyjął postawę barana szykującego się do ataku.

— Jestem lekarzem — mówi, wskazując na kieszonkę kitla, i spostrzega, że nie ma na niej żadnego znaczka, umożliwiającego jego identyfikację. — Cholera jasna!

Idę dalej korytarzem, on kroczy tuż za mną.

— Ja sam mam dzieci — oznajmia. — Może pani wie, czy to jakiś lekarz go znalazł?

— Mechanik — odpowiadam.

Wsiada razem z nami do windy. Odczuwam nagłą potrzebę, by dowiedzieć się, kto dotykał Esajasa.

— Czy pan go badał?

Nie odpowiada. Może mnie nie dosłyszał. Toczy się przed nami. Przy szklanych drzwiach nagłym ruchem, przypominając ekshibicjonistę rozchylającego poły płaszcza, wyjmuje nieduży kartonik.

— To moja wizytówka. Jean Pierre jak ten flecista. Lagermann jak lukrecja.

Juliane i ja nie odzywałyśmy się do siebie ani słowem, ale kiedy usiadła w taksówce, a ja już miałam zamknąć drzwi, łapie mnie za rękę.

— Ta Smilla — stwierdza, jakby mówiła o kimś nieobecnym — to prawdziwa dama. W stu procentach, do cholery.

Samochód odjeżdża. Dochodzi dwunasta. Mam umówione spotkanie.

„Zakład Medycyny Sądowej dla Grenlandii" — głosi napis na szklanych drzwiach na piątym piętrze, będącym nadbudówką domu. Dociera się tam, idąc z powrotem ulicą Frederika V, przechodząc obok budynku Teilum i Instytutu Medycyny Sądowej do nowego aneksu Centralnego Szpitala Klinicznego i dalej windą, mijając piętra oznaczone na tablicy z przyciskami jako Grenlandzkie Towarzystwo Medyczne, Centrum Polarnictwa, Instytut Medycyny Arktycznej.

Rano zadzwoniłam na Komendę Policji, gdzie przełączono mnie do Wydziału A, a tam oddano słuchawkę Paznokciowi.

— Może go pani zobaczyć w kostnicy — mówi.

— Chciałabym również porozmawiać z lekarzem.

— Loyen — odpowiada. — Może pani pomówić z Loyenem.

Za szklanymi drzwiami jest krótki korytarz prowadzący do tabliczki, na której napisano: „Profesor", i mniejszymi literami: „J. Loyen". Tabliczka umieszczona jest nad drzwiami, za drzwiami jest garderoba, a za garderobą chłodny pokój z dwiema sekretarkami siedzącymi pod zdjęciami gór lodowych w promieniach słońca na tle błękitnej wody. Dopiero za nimi zaczyna się właściwe biuro.

Nie założono tu kortów tenisowych, ale wcale nie z powodu braku miejsca. Loyen z pewnością ma ze dwa w ogrodzie na tyłach domu w Hellerup i dwa dodatkowe na Klitvej w Skagen. Poza tym korty zakłóciłyby ciężkie dostojeństwo pomieszczenia.

Na podłodze leży gruby dywan, są tu dwie ściany wypełnione książkami, panoramiczne okna z widokiem na miasto i Fælledparken, sejf w ścianie, obrazy w złotych ramach, na szklanym stoliku mikroskop, szklana gablota ze złoconą maską, pochodzącą być może z jakiegoś egipskiego sarkofagu, dwa komplety wypoczynkowe, dwa wygaszone monitory, każdy na oddzielnej podstawie, a ciągle jeszcze jest dość miejsca, by się porządnie wybiegać, jeśli znudzi się siedzenie za biurkiem.

Biurko to wielka elipsa z mahoniu; zza niego właśnie podnosi się Loyen i wychodzi mi na spotkanie. Ma dwa metry wzrostu, około siedemdziesięciu lat, jest prosty, błękitnooki i opalony jak pustynny szejk, ma też przyjazny wyraz twarzy człowieka, który siedzi na wielbłądzie i życzliwie patrzy na resztę świata czołgającą się przed nim po piasku.

— Loyen.

Choć opuszcza tytuł, i tak jest on oczywisty. Nie da się zapomnieć ani o nim, ani o fakcie, że pozostała ludność świata znajduje się co najmniej o głowę niżej od niego, tu zaś, pod swoimi stopami, Loyen ma całe zastępy lekarzy, którym nie udało się zajść dostatecznie wysoko, by zostać profesorami. Nad głową ma jedynie biały sufit, niebieskie niebo i Pana Boga, a może nawet tyle nie.

— Proszę, niech pani siada.

Bije od niego życzliwość i autorytet, powinnam więc być szczęśliwa. Inne kobiety przede mną były szczęśliwe, a wiele jeszcze będzie. Bo czyż jest coś lepszego w ciężkich chwilach życia niż dwa metry wypolerowanej medycznej pewności siebie, w dodatku w dającym takie poczucie bezpieczeństwa otoczeniu?

Na stole stoi oprawiona w ramki fotografia małżonki z airedale terierem i trzech dużych synków tatusia, którzy z pewnością studiują medycynę i dostają najlepsze stopnie na wszystkich egzaminach, łącznie z tym z seksuologii klinicznej.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem ideałem. W obliczu ludzi, którzy mają władzę, którzy się nią napawają i wykorzystują ją, staję się innym, gorszym, podlejszym człowiekiem.

Nie okazuję tego jednak. Siadam na brzeżku krzesła, kładę ciemne rękawiczki i kapelusz z ciemną woalką na brzegu mahoniowej płyty. Jak wiele razy wcześniej profesor Loyen ma naprzeciw siebie pogrążoną w żałobie, pytającą, niepewną kobietę w czerni.

— Pani jest Grenlandką?

Ze względu na swe zawodowe doświadczenie potrafi to zauważyć.

— Moja matka pochodziła z Thule. Czy to pan… badał Esajasa?

Potwierdza gestem.

— Chciałabym się dowiedzieć, co było przyczyną jego śmierci.

Pytanie nieco go zaskakuje.

— Upadek.

— Ale co to znaczy w sensie fizycznym?

Zastanawia się przez moment, nieprzywykły do formułowania tego, co oczywiste.

— Spadł z wysokości siódmego piętra. Organizm jako całość po prostu tego nie wytrzymuje.

— Ale wyglądał, jakby nic mu się nie stało.

— To normalne przy tego typu wypadkach, moja droga. Ale… — Wiem, co chce powiedzieć. „Tak jest dopóty, dopóki ich nie otworzymy. W środku jest miazga, odłamki kości i wewnętrzne krwotoki". — …ale tak nie jest — kończy.

Prostuje się. Ma inne zajęcia. Rozmowa zbliża się do końca, choć jeszcze się nie zaczęła. Jak wiele innych rozmów przed nią i po niej.

— Czy były jakieś oznaki przemocy?

Nie zaskakuję go. Nikt w jego wieku i na jego stanowisku nie daje się tak łatwo zaskoczyć.

— Absolutnie żadnych — odpowiada.

Siedzę całkiem cicho. Pozostawienie Europejczyków w ciszy zawsze jest interesujące. Dla nich cisza to próżnia, w której napięcie rośnie i zbliża się do granic wytrzymałości. Skąd taka myśl? Tym razem opuścił „moja droga". Udaję, że nie dosłyszałam pytania.

— Jak to możliwe, że to miejsce, ta instytucja nie znajduje się na Grenlandii?

— Zakład ma zaledwie trzy lata, przedtem nie było oddzielnego instytutu dla Grenlandii. Kiedy zachodziła potrzeba, prokurator okręgowy w Godthåb zawiadamiał Instytut Medycyny Sądowej w Kopenhadze. To miejsce jest nowe, tymczasowe, w ciągu następnego roku ma zostać przeniesione do Godthåb.

— A pan? — pytam.

Nie przywykł, by go przesłuchiwano, i za chwilę przestanie odpowiadać.

— Kieruję Instytutem Medycyny Arktycznej, w zasadzie jednak jestem patologiem sądowym. Na tym etapie przedsięwzięcia pełnię obowiązki szefa Zakładu.

— Czy dokonuje pan osobiście wszystkich zleconych przez organa ścigania sekcji Grenlandczyków?

Uderzyłam na ślepo, mimo to piłka musiała być mocna, płaska, bo Loyen mruga.

— Nie — odpowiada. Teraz mówi powoli. — Ale od czasu do czasu pomagam patologom z Instytutu Medycyny Sądowej. Co roku mają tysiące spraw z całego kraju.

Myślę o Jeanie Pierze Lagermannie.

— Czy tej sekcji dokonał pan osobiście?

— Z wyjątkiem spraw szczególnych mamy ustaloną rutynę postępowania. Uczestniczy w tym lekarz, który ma do pomocy laboranta i od czasu do czasu pielęgniarkę.

— Czy można zobaczyć raport z sekcji?

— I tak by go pani nie zrozumiała, a tym, co by pani zrozumiała, nie musi się pani niepokoić.

Na krótką chwilę traci panowanie nad sobą, ale zaraz je odzyskuje.

— Te raporty należą do policji, która formalnie zamawia sekcję, poza tym decyduje o tym, kiedy ma się odbyć pogrzeb, gdy akt zgonu zostanie już podpisany. Możliwość wglądu w akta istnieje przy sprawach cywilnych, nie karnych.

Przyłącza się do gry i zbliża do siatki. W jego głosie pojawia się łagodniejszy ton.

— Musi pani zrozumieć, w przypadku takim jak ten, jeśli tylko zaistnieje choćby najdrobniejsza wątpliwość dotycząca okoliczności wypadku, i w interesie policji, i naszym, leży gruntowne wyjaśnienie sprawy. Sprawdzamy wszystko. I wszystko znajdujemy. W przypadku użycia przemocy właściwie nie zdarza się, by nie pozostały jakieś ślady. Ślady palców, poszarpane ubranie; dziecko broni się, pod paznokciami zostają komórki skóry. Tutaj nic takiego nie było. Nic.

To była piłka setowa i meczowa. Wstaję i wkładam rękawiczki, Loyen siada wygodniej.

— Oczywiście, zapoznajemy się z raportem policji — mówi. — Ze śladów wyraźnie wynikało, że kiedy to się stało, był na dachu sam.

Wyruszam w długą wędrówkę ku środkowi pokoju, tam odwracam się i patrzę na niego. Uchwyciłam coś, ale nie potrafię powiedzieć, co to było. Ale on znów wsiada na wielbłąda.

— Proszę zadzwonić, jeśli będzie pani miała jakieś pytania.

Upływa chwila, zanim mija mi zawrót głowy.

— Wszyscy — mówię — mamy swoje fobie. Coś, czego naprawdę się boimy. Ja mam swoje, i pan na pewno też, kiedy pan zdejmuje ten swój kuloodporny kitel. Wie pan, jaka była fobia Esajasa? Wysokość. Na pierwsze piętro wbiegał, ale stamtąd już się czołgał z zamkniętymi oczami, obiema rękami trzymając się poręczy. Niech pan sobie wyobrazi: każdego dnia w górę, po wewnętrznych schodach, z kropelkami potu na czole i drżącymi jak struny mandoliny kolanami. Pięć minut na przejście z pierwszego piętra na trzecie. Jego matka, jeszcze zanim się sprowadzili, starała się o mieszkanie na niższym piętrze, bliżej ziemi, ale wie pan, kiedy jest się Grenlandczykiem na zasiłku…

Odpowiada dopiero po chwili.

— Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że był tam na górze.

— Owszem — mówię. — To prawda. Ale widzi pan, mógłby pan przyjść z lewarkiem. Mógłby pan przyjść z dźwigiem herkules, a nie zdołałby pan go podnieść choćby o metr w górę na te rusztowania. Najbardziej mnie dziwi, dręczy w bezsenne noce pytanie: co go sprowadziło tam na górę?

Ciągle mam przed oczami jego drobną postać leżącą w piwnicy. Nawet nie patrzę na Loyena. Po prostu odchodzę.

5

Juliane Christiansen, matka Esajasa, jest uosobieniem gorącej pochwały uzdrawiającego działania alkoholu. Gdy bywa trzeźwa, jest drętwa, milcząca i wciąż musi przełamywać swoje opory. Kiedy się upije, gotowa tańczyć, promienna niczym słońce.

Ponieważ dzisiaj rano zażyła anticol, a teraz, po powrocie ze szpitala do domu, wypiła w szczytowym momencie działania tabletki, owa wspaniała przemiana ukazuje się za woalem ogólnego zatrucia organizmu. Mimo to jednak miewa się znacznie lepiej.

— Smilla — mówi. — Kocham cię.

Powiadają, że na Grenlandii dużo się pije. To całkiem zbędne niedomówienie. Tam się pije wprost kolosalnie dużo. Dlatego właśnie mój stosunek do alkoholu jest taki, jaki jest. Kiedy nachodzi mnie ochota na coś mocniejszego od herbatki ziołowej, przypominam sobie zawsze, jak się miały sprawy przed dobrowolnym racjonowaniem alkoholu w Thule.

W mieszkaniu Juliane byłam już wcześniej, ale zawsze siedziałyśmy w kuchni i piłyśmy kawę. Należy respektować prawa panujące na cudzym terenie, zwłaszcza gdy życie gospodarzy pozostaje odsłonięte niczym otwarta rana. Tym razem jednak popycha mnie przeczucie, że stoi przede mną zadanie, że ktoś czegoś nie dopatrzył.

Dlatego węszę dookoła, a Juliane mi na to pozwala.

Robi to po pierwsze dlatego, że w supersamie „Irma" kupiła jabłkowe wino, a po drugie od tak dawna żyje z zasiłku, pod elektronowym mikroskopem władz, że przestała już sobie wyobrażać, iż można cokolwiek zachować tylko dla siebie.

Mieszkanie pełne jest domowego ciepła, które rodzi się wówczas, gdy dostatecznie często przemierzy się lakierowaną podłogę w drewniakach, zapomni o palącym papierosie na stole, a opary alkoholowego snu wnikną w meble, i kiedy jedynym nowym i sprawnie działającym sprzętem jest telewizor, czarny i wielki jak fortepian koncertowy.

Jej mieszkanie ma o jeden pokój więcej niż moje — pokój Esajasa. Łóżko, niski stolik i szafa. Na podłodze kartonowe pudło. Na stole dwa kijki, kamień do gry w klasy, jakaś przyssawka, modelik samochodu. Bezbarwne jak kamienie z plaży zamknięte w szufladzie.

W szafie płaszcz od deszczu, kalosze, drewniaki, swetry, bielizna, skarpety, wszystko wetknięte bez ładu i składu. Macam pakami pod ubraniami i na szafie. Nie ma nic poza zeszłorocznym kurzem.

Na łóżku w przezroczystej plastikowej torbie jego rzeczy ze szpitala. Spodnie od deszczu, buty, bluza, bielizna, skarpety. Wyjęty z kieszeni biały miękki kamień, który służył jako kreda.

Juliane stoi w drzwiach i płacze.

— Wyrzuciłam tylko pieluchy.

Raz w miesiącu, przez parę dni, kiedy jego lęk przed wysokością się nasilał, Esajas używał pieluch. Sama je kiedyś kupiłam. Gdzie jego nóż? Juliane nie wie.

Na parapecie stoi model statku, kosztowny okrzyk w milczeniu pokoju. Na podstawce napis: „Statek motorowy Duńskiego Towarzystwa Kriolitowego — Johannes Tomsen".

Nigdy nie próbowałam wnikać, w jaki sposób udaje jej się utrzymać na powierzchni.

Biorę ją za ramię.

— Juliane — mówię. — Bądź tak dobra i pokaż mi swoje papiery.

My, inni, mamy szufladę, segregator, teczkę. Juliane przechowuje drukowane świadectwa swego istnienia w siedmiu zapuszczonych kopertach. Dla wielu Grenlandczyków najgorszą stroną Danii jest papierowy front państwowej biurokracji zbudowany z formularzy, blankietów i obowiązkowej korespondencji z odnośnymi władzami. Niezwykle subtelna ironia tkwi w tym, że nawet życie Juliane, prawie analfabetki, wydało całą górę papieru.

Małe świstki świadczące o stawiennictwie w ambulatorium alkoholowym na Sundholm, akt urodzenia, pięćdziesiąt bonów od piekarza na Christianshavns Torv. Po uzbieraniu ich na sumę pięciuset koron można je wymienić na struclę za darmo. Kontrolna karta badań na choroby weneryczne ze Szpitala Rudolpha Bergha, stare karty podatkowe, główne i dodatkowe, wyciągi z banku oszczędnościowego Bikuben. Fotografia Juliane w Ogrodach Królewskich w blasku słońca. Legitymacja ubezpieczeniowa, paszport, rachunki z elektrowni. List z Informacji o Kredytach Riber. Plik cieniutkich arkusików, przypominających te z wyliczeniami pensji, z których wynika, że Juliane otrzymuje co miesiąc dziewięć tysięcy czterysta koron duńskich renty. Na spodzie paczka listów. Nigdy nie potrafiłam czytać listów przeznaczonych dla innych ludzi, omijam więc te prywatne. Na samym dole są oficjalne, pisane na maszynie. Już mam je odłożyć, kiedy coś zauważam.

Dziwny list. „Niniejszym informujemy, że Zarząd Duńskiego Towarzystwa Kriolitowego na swym ostatnim posiedzeniu postanowił przyznać Pani rentę wdowią po Norsaqu Christiansenie. Miesięczną wysokość świadczeń ustala się na dziewięć tysięcy koron, regulowaną zgodnie z aktualną indeksacją. W imieniu Zarządu podpisano: E. Lübing, kierownik Działu Rachunkowości".

W tym nie ma raczej nic dziwnego. Ale kiedy list został napisany, ktoś przekręcił go o dziewięćdziesiąt stopni. I piórem, ukosem na marginesie, dopisał: „Proszę przyjąć wyrazy współczucia. Elsa Lübing".

Można się trochę nauczyć o bliźnich, czytając ich uwagi na marginesie. Wiele było spekulacji na temat zaginionego dowodu Fermata. W pewnej książce, traktującej o nigdy nieudowodnionym twierdzeniu — mówiącym o tym, że podczas gdy często możliwe jest rozbicie drugiej potęgi na sumę dwu innych drugich potęg, niemożliwe jest to dla potęg innych niż dwa, Fermat na marginesie dopisał: „Dla tego twierdzenia znalazłem naprawdę wspaniały dowód. Niestety margines jest zbyt wąski, bym mógł go tu zapisać".

Dwa lata temu w biurze Duńskiego Towarzystwa Kriolitowego siedziała jakaś pani i podyktowała jak najbardziej oficjalne pismo. Dotyczące spraw formalnych, napisane bez literówek, takie, jak być powinno. Potem pani dostała je do sprawdzenia, przeczytała i podpisała. Przez chwilę się zastanawiała, aż wreszcie odwróciła kartkę i dopisała: „Proszę przyjąć wyrazy współczucia".

— Jak on zmarł?

— Norsaq? Brał udział w ekspedycji na Wybrzeże Zachodnie. To był wypadek.

— Jaki?

— Zjadł coś, co mu zaszkodziło. Tak mi się wydaje.

Patrzy na mnie bezradnie. Ludzie umierają. Donikąd się nie dojdzie, zastanawiając się, w jaki sposób i dlaczego.

— Możemy ją traktować jako zakończoną.

W słuchawce mam Paznokcia. Pozostawiłam Juliane własnym myślom, poruszającym się teraz jak plankton w morzu słodkiego wina. Być może powinnam była u niej zostać. Nie jestem pocieszycielką dusz. Nie umiem pocieszać samej siebie. Poza tym mam własne myśli, które nie dają mi spokoju. To one właśnie zmusiły panie do zatelefonowania na Komendę Policji. Łączą mnie z Wydziałem A, gdzie dowiaduję się, że komisarz ciągle jest w pracy. I sądząc po tonie jego głosu, przebywa tu stanowczo za długo.

— Świadectwo zgonu zostało podpisane dziś po południu, o czwartej.

— A ślady? — pytam.

— Gdyby pani widziała to, co ja widziałem, albo gdyby pani sama miała dzieci, wiedziałaby pani, jak nieobliczalnie i nieprzewidzianie potrafią się zachowywać.

W jego burkliwym głosie odzwierciedlają się wszystkie zmartwienia, o jakie przyprawiły go własne łobuziaki.

— Tu, rzecz jasna, chodzi jedynie o przeklętego Grenlandczyka — mówię.

W słuchawce zapada cisza. Ten człowiek nawet po długim dniu pracy zachowuje rezerwy sił, by móc nastawić termostat na szybkie zamrażanie.

— Powiem pani, do cholery, jedno. Nie robimy żadnej różnicy wobec kogokolwiek. Bez względu na to, czy z dachu spadł Pigmej, siedmiokrotny przestępca czy oskarżony o obrazę moralności, i tak robimy wszystko, co do nas należy. Wszystko, rozumie pani? Osobiście odebrałem orzeczenie patologów sądowych. Nic nie wskazuje na to, że mogło to być coś innego niż nieszczęśliwy wypadek. Owszem, tragedia, ale mamy takich sto siedemdziesiąt pięć rocznie.

— Mam zamiar wnieść zażalenie.

— Doprawdy, powinna to pani zrobić.

Odkładamy słuchawki. W rzeczywistości nie miałam zamiaru składać żadnych skarg. Ale i ja także mam za sobą ciężki dzień.

Dobrze wiem, że policja ma dużo roboty. Świetnie go rozumiem. Zrozumiałam wszystko, co powiedział.

Z jednym wyjątkiem. Kiedy przesłuchiwano mnie przedwczoraj, odpowiadałam na szereg pytań. Jedno z nich dotyczyło „stanu cywilnego".

— To nie pańska sprawa — oświadczyłam policjantowi. — Chyba że jest pan tym osobiście zainteresowany.

Dlatego też policja nie powinna znać szczegółów mojego życia prywatnego. Skąd, zadaję sobie pytanie, Paznokieć mógł wiedzieć, że nie mam dzieci? Na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię.

Ot, takie sobie pytanie. Ale świat wokół samotnej, bezbronnej kobiety dokłada starań, by dowiedzieć się, dlaczego ona, jeśli jest w moim wieku, nie ma męża i parki czarujących brzdąców. Z czasem wykształca się alergia na takie pytania.

Przynoszę parę arkuszy gładkiego papieru i kopertę, siadam przy stole. U góry kartki zaczynam pisać: „Kopenhaga, 19 grudnia 1993. Do Prokuratora Okręgowego. Nazywam się Smilla Jaspersen i niniejszym chciałabym wnieść zażalenie…".

6

Wygląda, jakby dopiero kończył czterdziestkę, ale jest o dwadzieścia lat starszy. Ubrany w czarny termodres, buty z kolcami, amerykańską czapkę baseballową i skórzane rękawice bez palców. Z kieszonki na piersi wyjmuje małą brązową buteleczkę z lekarstwem, którą opróżnia wyćwiczonym, dyskretnym ruchem. To propranolol, beta-bloker stosowany w zaburzeniach rytmu serca. Otwiera jedną dłoń i przygląda się jej. Jest duża, biała, wypielęgnowana i całkiem spokojna. Wybiera kij numer jeden: driver, taylormade, z wypolerowaną palisandrową główką w kształcie dzwonka. Przykłada kij do piłki i unosi. Kiedy uderza, całą swoją siłę, całe osiemdziesiąt pięć kilogramów zbiera w jeden punkt wielkości znaczka pocztowego, a mała żółta piłka zdaje się rozpływać w powietrzu i znika. Pojawią się znów dopiero wtedy, gdy ląduje na murawie, na samym skraju ogrodu i posłusznie układa się przy chorągiewce.

— Piłka cayman — mówi. — Od McGregora. Przedtem zawsze miałem scysje z sąsiadami. Te lecą tylko na połowę odległości.

On jest moim ojcem, a ten pokaz odbył się na moją cześć. Potrafię go przejrzeć na wylot, zobaczyć, czym jest naprawdę. Prośbą małego chłopca o miłość. Ale ja nie poświęcam ani jednej myśli na zastanowienie się, czy mu ją ofiarować.

Z mojego punktu widzenia cała ludność Danii należy do klasy średniej. Ludzi naprawdę biednych i naprawdę bogatych jest tak mało, że wydają się egzotyczni.

Znajduję się w tej szczęśliwej sytuacji, że znam sporo biedaków, ponieważ dużą ich część stanowią Grenlandczycy.

Do prawdziwych bogaczy należy natomiast mój ojciec. W Rungsted ma sześćdziesięciosiedmiostopowy jacht „Swan" z trzyosobową stałą załogą. Ma też własną niedużą wyspę przy wejściu do Isefjordu, gdzie może się schronić w swej norweskiej chacie z drewnianych bali, a ewentualnym nieproszonym turystom oznajmić: „Nie macie tu wstępu, spieprzajcie". Jako jeden z nielicznych w Danii ma bugatti i zatrudnia człowieka, który go poleruje i palnikiem bunsenowskim ogrzewa smar w łożyskach dwa razy w roku, przygotowując do udziału w organizowanym przez Klub Bugatti rajdzie weteranów. Poza tym wystarcza mu nastawienie od czasu do czasu przysłanej przez klub płyty gramofonowej, na której ktoś zapala korbką jeden ze wspaniałych pojazdów, głaszcze z czułością i dodaje gazu.

Ma ten dom, biały jak śnieg, ozdobiony otynkowanymi na biało muszlami z cementu, z dachem z naturalnego łupku i półkolistymi schodami prowadzącymi do wejścia. Z różaną rabatą w opadającym stromo ku Strandvejen frontowym ogrodzie i z ogrodem na tyłach domu dostatecznie dużym, by zmieścić dziewięciodołkowe ćwiczebne pole golfowe, co teraz, kiedy zdobył nowe piłki, w zupełności mu wystarcza.

Dorobił się na zastrzykach.

Nigdy nie należał do ludzi udzielających na prawo i lewo informacji o sobie, ale ktoś, kogo to interesuje, może sprawdzić sobie w duńskim odpowiedniku Who is who i dowiedzieć się, że został ordynatorem w wieku trzydziestu lat, otrzymał pierwszy w Danii tytuł profesora anestezjologii, kiedy ustanowiono taką profesurę, a pięć lat później rozstał się ze szpitalnictwem, aby, jak się to pięknie nazywa, poświęcić się prywatnej praktyce. Potem zaczął podróżować razem ze swą sławą, ale nie jak tramp, lecz prywatnym samolotem. Robił zastrzyki wielkim tego świata. Podawał narkozę podczas pierwszych prekursorskich operacji serca w Afryce Południowej. Towarzyszył amerykańskiej delegacji lekarzy w Związku Sowieckim, kiedy umierał Breżniew. Słyszałam, jak ktoś mówił, że to właśnie mój ojciec, wymachując długimi kaniulami, opóźniał jego śmierć przez ostatnie tygodnie.

Z wyglądu przypomina robotnika portowego i dyskretnie pielęgnuje to podobieństwo, od czasu do czasu zapuszczając brodę. Broda, niegdyś granatowo-czarna, teraz posiwiała, ale ciągle musi ją golić brzytwą dwa razy dziennie, aby przyzwoicie wyglądać.

Jego dłonie są niezawodne. Potrafi wprowadzić nimi stupięćdziesięciomilimetrową kaniulę przez brzuch, pozaotrzewnowo, aż do aorty. Potem czubkiem igły postuka leciutko w tę dużą tętnicę, by upewnić się, że dotarł do celu, i już może się przez nią przebić i wstrzyknąć dawkę lidokainy w splot nerwowy. Centralny układ nerwowy steruje napięciem naczyń krwionośnych. On ma teorię, że tą blokadą może zaradzić problemom z krążeniem w nogach otyłych bogaczy.

Kiedy robi zastrzyk, koncentruje się, tak jak tylko człowiek potrafi się skoncentrować. Nie myśli o niczym innym, nawet o rachunku opiewającym na sumę koron słownie: dziesięć tysięcy, wpisywanym właśnie przez jego sekretarkę, płatnym do pierwszego stycznia. Wesołych Świąt, szczęśliwego Nowego Roku, i… następny proszę.

Od dwudziestu pięciu lat należy do dwustu graczy w golfa walczących o ostatnie pięćdziesiąt eurocards. Mieszka z baletnicą o trzynaście lat młodszą ode mnie, która patrzy na niego w taki sposób, jakby żyła wyłącznie nadzieją, że on zaraz rozbierze ją z tiulowej spódniczki i baletek.

Mój ojciec jest więc człowiekiem posiadającym wszystko, czego można dotknąć. Wydaje mu się, że to właśnie pokazuje mi na polu golfowym. Ma wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Nawet beta-blokery, jakie zażywa od dziesięciu lat, żeby mieć całkiem spokojne dłonie, nie mają skutków ubocznych.

Okrążamy dom, wędrując uporządkowanymi, wysypanymi żwirem alejkami. Trawę przy ich brzegach ogrodnik Sørensen latem przystrzyga nożyczkami fryzjerskimi, jeśli się więc nie uważa, można skaleczyć bosą stopę. Mam na sobie futro z fok, a pod nim wełniany kombinezon z haftem, zapinany na zamek błyskawiczny. Z daleka wyglądamy na ojca i córkę obdarzonych ogromną wolą życia i energią. Gdy przyjrzeć się bliżej, jesteśmy tylko uosobieniem banalnej tragedii, rozdzielonej na dwa pokolenia.

Podłoga w salonie wyłożona jest czarnym dębem, a ramy z nierdzewnej stali otaczają szklaną ścianę, wychodzącą na brodzik dla ptaków, krzewy róż i klasowy upadek w dół do Strandvejen. Przy kominku stoi Benja w trykocie i grubych wełnianych skarpetach, ćwiczy mięśnie stóp, całkowicie mnie ignorując. Jest blada, pełna gracji i bezwolna, niczym panna z rodu elfów, która została striptizerką.

— Brentan — mówię.

— Słucham?

Wymawia słowa dokładnie, tak jak ją uczyli w szkole przy Teatrze Królewskim.

— Na kłopoty ze stopami, moja droga, Brentan na grzybicę między palcami. Teraz można dostać bez recepty.

— To nie grzybica — odpowiada chłodno. — Podobno można się jej nabawić dopiero w twoim wieku.

— Dopada także nieletnich, moja droga. Zwłaszcza osoby, które dużo trenują. Łatwo rozprzestrzenia się na krocze.

Powarkując, wycofuje się do dalszych komnat. Nosi w sobie ogromne pokłady siły, ale miała szczęśliwe dzieciństwo i zrobiła szybką karierę. Nie zetknęła się jeszcze z przeciwnościami koniecznymi do rozwoju psychiki, która nie da się złamać.

Señora Gonzales podaje herbatę na stojącym przy kanapie stoliku; siedemdziesięciomilimetrowej szklanej płycie ułożonej na gładkim bloku marmuru.

— Dawno się nie widzieliśmy, Smilla.

Ojciec opowiada mi o swoich nowych obrazach, o wspomnieniach, które pisze, o tym, co ćwiczy na fortepianie. Przeciąga czas. Żeby przygotować się na cios, jaki na niego spadnie, kiedy przedstawię mu sprawę, z którą przychodzę, a która go nie dotyczy. Wdzięczny jest, że pozwalam mu mówić, w rzeczywistości jednak nie robimy sobie żadnych iluzji.

— Opowiedz mi o Johannesie Loyenie.

Mój ojciec miał około trzydziestu lat, kiedy przybył na Grenlandię i spotkał moją matkę.

Eskimos Aisivak opowiedział Knudowi Rasmussenowi, że na początku świata żyli tylko dwaj mężczyźni i obaj byli wielkimi czarownikami. Gdy zapragnęli, aby było ich więcej, jeden z nich przemienił swoje ciało, tak aby mogło rodzić, a potem spłodzili wiele dzieci.

W latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku grenlandzki katecheta Hanseeraq zarejestrował w dzienniku misjonarzy „Diarium Friedrichstal" liczne przypadki kobiet polujących jak mężczyźni. Podobne przykłady można znaleźć również w zbiorze baśni Rinka i w „Doniesieniach z Grenlandii". Nigdy nie było to powszechne zjawisko, ale niekiedy się zdarzało. Powodował je nadmiar kobiet, śmierć i głód oraz powszechna na Grenlandii świadomość, że w każdej z dwóch płci tkwi możliwość zmiany na płeć przeciwną.

Z reguły jednak kobiety te musiały ubierać się jak mężczyźni, musiały też zrezygnować z życia rodzinnego. Społeczność mogła tolerować zmianę płci, ale nie płynny stan przejściowy.

Z moją matką było inaczej. Śmiała się, rodziła dzieci, obmawiała przyjaciół i czyściła skóry jak kobieta. Ale strzelała, pływała kajakiem i ciągnęła mięso do domu jak mężczyzna.

Kiedy miała około dwunastu lat, wyprawiła się ze swym ojcem w kwietniu na lód. Ojciec strzelił do uuttoq, foki wygrzewającej się w słońcu na lodzie. Spudłował. Gdyby chodziło o kogoś innego, można by się zastanawiać nad różnymi powodami, dla których nie trafił. Dla mego dziadka istniał tylko jeden. Wiadomo było, że dzieje się coś nieodwracalnego. Zwapnienie nerwu wzrokowego. Rok później oślepł całkowicie.

Tamtego kwietniowego dnia dziadek odszedł sprawdzić liny w zaprzęgu, zostawiając moją matkę samą. Miała czas na zastanowienie się nad rozmaitymi wersjami przyszłości. Na przykład nad zasiłkiem, który na Grenlandii dzisiaj jest poniżej minimum egzystencji, a który w tamtych czasach był swego rodzaju niezamierzonym dowcipem. Albo nad śmiercią głodową, niebędącą wcale czymś niezwykłym. Lub też życiem na łasce krewniaków, także z trudem wiążących koniec z końcem.

Kiedy foka ponownie wyszła na lód, moja matka ją zastrzeliła.

Wcześniej łowiła na linkę z haczykiem głowacze i halibuty czarne, strzelała do pardw. Od zabicia tej foki została łowcą.

Sądzę, że rzadko patrzyła na siebie z dystansu i przyglądała się swej roli z zewnątrz. Zdarzyło się to kiedyś, gdy rozbiliśmy namioty na letnim obozowisku przy Atikerluk, górze, która latem przeżywa prawdziwą inwazję alk; tak wielu ptaków, czarnych z białymi brzuszkami, że tylko ten, kto to widział, może mieć pojęcie o tak ogromnej liczbie. Przekracza ona granice policzalności.

Przybyliśmy z północy, gdzie z małych, napędzanych ropą kutrów łowiliśmy narwale. Jednego dnia złapaliśmy osiem. Po pierwsze dlatego, że lód zamknął je w ograniczonej przestrzeni, a po drugie nasze trzy łodzie straciły ze sobą kontakt. Osiem narwali to zdecydowanie za dużo mięsa, nawet na pożywienie dla psów. Zdecydowanie za dużo mięsa.

Jeden z wielorybów okazał się ciężarną samicą. Sutek mieści się tuż przy otworze płciowym. Gdy moja matka prostym cięciem otworzyła jamę brzuszną, by wyjąć trzewia, na lód wysunęło się półtorametrowe, anielsko białe, w pełni rozwinięte młode.

Łowcy przez prawie cztery godziny niemal w całkowitym milczeniu stali zapatrzeni w świecące przez całą noc słońce, które o tej porze roku nieprzerwanie daje światło, i jedli mattak, skórę wieloryba. Ja niczego nie mogłam wziąć do ust.

Tydzień później czaimy się przy ptasiej górze; upłynęła doba od chwili, gdy ostatnio jedliśmy. Technika polega na tym, by wtopić się w pejzaż, a potem schwytać ptaka w siatkę. Przy drugiej próbie złapałam trzy.

To były samice w drodze do młodych. Młode wykluwają się w rozpadlinach na stromych zboczach i stamtąd czynią iście piekielny hałas. Matki chowają znalezione robaki w worku w dziobie. Zabija się je, uciskając serce. Złapałam trzy ptaki.

Tak wiele razy zdarzało się to już przedtem. Tak wiele ptaków zabitych, upieczonych w glinie i zjedzonych, tak wiele, że nie potrafię spamiętać. A mimo to widzę nagle ich oczy jak tunele, na których końcach czekają młode, oczy tych młodych to kolejne tunele, a na końcu jest młody narwal, o spojrzeniu także prowadzącym do wnętrza i tam znikającym. Powoli odrzucam siatkę i ptaki. Po krótkiej eksplozji wrzasku unoszą się w powietrze.

Moja matka stoi obok nieruchomo. Patrzy w taki sposób, jakby widziała mnie po raz pierwszy.

Nie wiem, co mnie powstrzymało. Litość nie jest w Arktyce żadną wartością, jest nią raczej swoisty brak uczuć, brak współczucia dla zwierząt, otoczenia, zrozumienie konieczności sytuacji.

— Smilla — mówi matka. — Nosiłam cię w amaat.

Jest maj i jej skóra ma ciemnobrązowy, głęboki odcień, lśni jak tuzin warstw lakieru. Matka nosi złote kolczyki, a na szyi łańcuch z dwoma krzyżami i kotwicą. Włosy ma związane w węzeł na karku, jest duża i piękna. Nawet teraz, gdy o niej myślę, wydaje mi się najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałam.

Muszę mieć mniej więcej pięć lat. Nie wiem dokładnie, o co jej chodzi, ale po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, że jesteśmy tej samej płci.

— A mimo to — mówi — jestem silna jak mężczyzna. Ma na sobie koszulę w czerwono-czarną kratę. Podwija jeden rękaw i pokazuje mi przedramię, szerokie i twarde jak pagaj. Potem powoli rozpina koszulę.

— Chodź, Smilla — mówi cicho.

Nigdy mnie nie całuje, rzadko dotyka. Ale w momencie wielkiej intymności pozwala mi napić się mleka, które ciągle tam jest pod skórą, jest tam zawsze, jak krew. Rozchyla nogi, żebym mogła wejść pomiędzy nie. Podobnie jak inni łowcy chodzi w spodniach ze skóry niedźwiedzia, garbowanej tylko tyle, ile wymaga tego konieczność. Kocha popiół, czasami wyjada go prosto z ogniska; posmarowała się nim pod oczami. W zapachu spalonego węgla i niedźwiedziej skóry zbliżam się do olśniewająco białej piersi z dużą, jasnoróżową brodawką. Piję immuk, mleko matki.

Później próbowała wyjaśnić mi, jak to w jednym miesiącu woda zatoki, do której przypływa stado trzech tysięcy narwali, kipi życiem, a w następnym lód odcina im drogę i wszystkie zamarzają. Jak w maju i czerwcu jest tyle alk, że barwią skały na czarno. W następnym miesiącu pół miliona ptaków ginie z głodu. Na swój sposób chce mi wytłumaczyć, że liczebność populacji zwierząt arktycznych zawsze cechowały ekstremalne fluktuacje. I że w tych zmianach to, co zabieramy, nie ma żadnego znaczenia.

Rozumiałam ją, rozumiałam każde słowo. Wtedy i potem. To jednak niczego nie zmieniało. Rok później, a więc na rok przed jej zniknięciem, zaczęły ogarniać mnie mdłości, kiedy łowiłam ryby. Miałam wtedy mniej więcej sześć lat. Byłam za mała, by zastanawiać się nad przyczyną, ale dość duża, by zrozumieć, że to obcość wobec natury. Jej część nie była już dla mnie dostępna w tak oczywisty sposób, jak było to wcześniej. Może już wtedy zapragnęłam zrozumieć lód. Chcieć zrozumieć — to próbować. Odzyskać to, co straciliśmy.

— Profesor Loyen…

Wymawia jego nazwisko z zainteresowaniem, uzbrojony w szacunek, z jakim jeden brontozaur zawsze traktował drugiego.

— Bardzo zdolny człowiek.

Białą dłonią gładzi się po policzku i brodzie. Starannie wystudiowany gest wywołuje dźwięk podobny do szlifowania drewna dryfowego grubym pilnikiem.

— Stworzył Instytut Medycyny Arktycznej.

— Na czym polega jego zainteresowanie medycyną sądową? Pozwolił się mianować naczelnym patologiem sądowym dla Grenlandii?

— Jest patologiem sądowym z wykształcenia. Ale przyjmuje wszystko, co może wzmocnić jego pozycję. Najwidoczniej uważa, że to wyniesie go na sam szczyt.

— Co go popycha?

Następuje pauza. Mój ojciec przez większą część życia widział tylko czubek własnego nosa. Na stare lata zaczęły go interesować motywy kierujące ludźmi.

— W moim pokoleniu są trzy rodzaje lekarzy. Tacy, którzy zostają asystentami ordynatora albo kończą na prywatnej praktyce. Wśród nich jest wielu wspaniałych ludzi. Następnie tacy, którzy piszą pracę doktorską, co — jak sama dobrze wiesz, Smillo — jest arbitralnym, śmiesznym i niedostatecznym warunkiem, by móc piąć się w górę drabiny. Ci kończą jako ordynatorzy. Pomniejsi królowie w lokalnej społeczności medyków. Jest wreszcie trzeci rodzaj. To my, którzy wypłynęliśmy na powierzchnię, osiągnęliśmy sam szczyt.

Zostaje to powiedziane bez cienia autoironii. Mego ojca można sprowokować, by z pełną powagą oświadczył, że jeden z jego problemów polega na tym, iż nie lubi samego siebie nawet w połowie tak, jak ma do tego powody.

— Ten ostatni skok, by się wybić, wymaga szczególnej siły. Gorącego pragnienia, ambicji. Chęci zdobycia pieniędzy. Albo władzy. A może wiedzy. W historii medycyny wysiłek ten ilustrowano obrazem ognia. Wiecznym płomieniem pod retortą alchemika.

Patrzy przed siebie, jak gdyby trzymał w ręku strzykawkę, jak gdyby igła właśnie trafiała we właściwy punkt.

— Loyen — mówi — już od czasów studenckich pragnął tylko jednego. Wszystko inne to były tylko błahostki. Chciał być uznany za najlepszego w swojej dziedzinie. Nie najlepszego w Danii, wśród wszystkich tych chłopskich mędrków. Chciał być najlepszy we wszechświecie. Wiecznym ogniem, który w nim płonie, jest ambicja zawodowa. I nie jest to żaden nędzny gazowy płomyk; to ognisko, jakie rozpala się w wigilię świętego Jana.

Nie wiem, jak moja matka i ojciec się spotkali. Wiem, że on przybył na Grenlandię, ponieważ ta gościnna kraina zawsze była polem eksperymentów naukowych. Ojciec pracował nad nową metodą leczenia neuralgii trigeminus, zapalenia nerwu trójdzielnego. Wcześniej uśmierzano ból, niszcząc zwój nerwowy zastrzykami z alkoholu, co powodowało częściowy paraliż twarzy i utratę czucia z jednej strony ust, tak zwaną opadniętą wargę. Dolegliwość ta zdarza się nawet w najlepszych i najbogatszych rodzinach, co tłumaczy zainteresowanie nią mojego ojca. W Grenlandii Północnej było wiele przypadków tej choroby. Ojciec przyjechał, by ją leczyć swą nową metodą — częściową denaturalizacją bolącego nerwu pod wpływem ciepła.

Są jego fotografie. W butach kastingera i puchowej kurtce, z czekanem. W okularach przeciwodblaskowych, przed domem, który oddano mu do dyspozycji. Z dłońmi na ramionach dwóch niskich, czarnowłosych mężczyzn, mających pełnić funkcję tłumaczy.

Grenlandia Północna była dla niego prawdziwym „ultima Thule". Nawet przez sekundę nie wyobrażał sobie, że mógłby zostać na tej pełnej wichrów lodowej pustyni, gdzie nie dało się załatwić nawet pola golfowego, dłużej niż ów konieczny jeden miesiąc.

Można stworzyć sobie niejakie pojęcie o rozżarzonej do białości energii przepływającej między nim a moją matką, gdy pomyśli się, że został tam trzy lata. Próbował namówić ją, aby przeniosła się do bazy, ale odmówiła. Dla mojej matki, tak samo jak dla wszystkich urodzonych na północy Grenlandii, jakakolwiek forma zamknięcia była nieznośna. To on towarzyszył jej do jednego z baraków ze sklejki i blachy falistej, postawionych, gdy Amerykanie wypędzili Eskimosów z terenu, gdzie wybudowano bazę. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie, jak zdołał to przeżyć. Odpowiedź jest oczywista. Kiedy matka jeszcze żyła, w każdej chwili był gotów odłożyć swój worek i kije do golfa i wyruszyć za nią, nawet do najczarniejszego, wypalonego środka piekła.

„Urodziło im się dziecko!" — mówi się zwykle o ludziach, którzy zostali rodzicami. W tym przypadku nie byłoby to odpowiednie określenie. Powiedziałabym raczej, że to mojej matce urodził się mój młodszy brat i ja. Mój ojciec, człowiek o niezawodnych dłoniach władających kaniulami, gracz w golfa, Moritz Jaspersen, znajdował się poza sceną. Był obecny, ale nie mógł tak naprawdę stać się jej częścią. Niebezpieczny jak samiec niedźwiedzia polarnego, uwięziony w znienawidzonym kraju przez miłość, której nie rozumiał, a której padł ofiarą i, jego zdaniem, nie miał na nią najmniejszego wpływu.

Wyjechał, kiedy miałam trzy lata. A raczej został wypędzony przez samego siebie. W głębi każdej ślepej, bezrozumnej miłości rośnie nienawiść do ukochanej osoby, która posiada jedyny istniejący klucz do szczęścia. Jak już wspomniałam, miałam zaledwie trzy lata, ale pamiętam, jak odjeżdżał. Odjeżdżał w stanie kipiącej, z trudem tłumionej, piekielnej wściekłości. Gdy spojrzeć na nią jak na formę energii, przewyższała ją tylko tęsknota, która kazała mu wrócić. Tkwił w mojej matce, przywiązany był do niej niewidzialną dla świata gumką działającą z efektem i fizyczną realnością paska klinowego.

Kiedy przebywał na Grenlandii, niewiele miał do czynienia z nami, dziećmi. Z pierwszych sześciu lat mojego życia pamiętam tylko jego ślady. Zapach tytoniu marki Latakia. Autoklaw, w którym gotował swoje narzędzia. Zainteresowanie, jakie wzbudzał, gdy od czasu do czasu zakładał buty z kolcami, wychodził i posyłał serię piłek daleko na świeży lód. I nastrój, jaki ze sobą przynosił, będący sumą uczuć, które żywił dla mojej matki. Uspokajające ciepło podobne do tego, jakiego można się spodziewać w reaktorze atomowym.

Jaka była w tym rola mojej matki? Nie wiem i nigdy się tego nie dowiem. Ci, którzy wyznają się na takich sprawach, twierdzą, że kiedy związek miłosny tonie albo rozbija się o skały, obie strony mają w tym swój udział. Może i tak. Jak wszyscy inni od siódmego roku życia malowałam swoje dzieciństwo grubymi warstwami fałszywej pozłotki i coś z tego osiadło także na wspomnieniu o mojej matce. W każdym razie to ona została na swoim miejscu. Zastawiała sieci na foki i plotła mi warkocze, podczas gdy Moritz ze swymi kijami do golfa, odroślami brody i kaniulami wędrował tam i z powrotem między krańcowymi biegunami swej miłości, przez cały północny Atlantyk dzielący go od ukochanej.

Ten, kto wpadnie do wody na Grenlandii, już nie wypłynie. Morze ma mniej niż cztery stopnie ciepła, a w tej temperaturze zatrzymują się wszelkie procesy gnilne. Nie następuje pęcznienie treści żołądkowej, które w krajach takich jak Dania zapewnia samobójcom ponowny napęd i wyrzuca ich zwłoki na morski brzeg.

Znaleziono jednak szczątki jej kajaka i uznano, że musiał to być mors. Morsy są nieobliczalne. Mogą być nadwrażliwe i bojaźliwe. Jeśli jednak zawędrują nieco dalej na południe, jesienią, gdy jest mało ryb, przeobrażają się w najszybszych i najbardziej sumiennych zabójców oceanu. Potrafią kłami wgnieść poszycie statku z żelazobetonu. Widziałam raz, jak myśliwi podawali dorsza morsowi, którego pojmali żywego. Stulił wargi w ciup i wyssał rybie mięso tak, że zostały tylko ości.

— Byłoby bardzo miło, gdybyś przyszła na Wigilię, Smilla.

— Boże Narodzenie nic dla mnie nie znaczy.

— Pomyślałaś o tym, że twój ojciec będzie siedział sam?

Ta, jedna z bardziej męczących cech Moritza rozwija się z wiekiem — wymieszanie perfidii z sentymentalizmem.

— Nie mógłbyś wybrać się do przytułku dla mężczyzn?

Wstałam, a on idzie za mną.

— Mój Boże, jesteś bez serca, Smilla. To na pewno dlatego nie potrafiłaś zatrzymać przy sobie żadnego mężczyzny.

Jest już tak bliski łez, jak tylko on to potrafi.

— Ojcze — mówię. — Wypisz mi receptę.

Natychmiast, tak jak w stosunku do mojej matki, błyskawicznie przeskakuje od obrazy do troski.

— Jesteś chora, Smilla?

— Bardzo. Ale tym kawałeczkiem papieru możesz uratować mi życie i dotrzymać przysięgi Hipokratesa. Recepta musi być pięciocyfrowa.

Jęczy cicho, tu chodzi o krew serdeczną; zbliżamy się do witalnych organów: portfela i książeczki czekowej.

Wkładam futro. Benja nie wychodzi się pożegnać. W drzwiach ojciec podaje mi czek. Wie, że ten rurociąg to jego jedyne połączenie z moim życiem. Nawet tyle boi się stracić.

— Nie chcesz, by Fernando odwiózł cię do domu? — Nagle coś przychodzi mu do głowy. — Smilla! — woła. — Chyba nie wyjeżdżasz?

Dzieli nas pokryty śniegiem kawałek trawnika. Równie dobrze mógłby to być lądolód.

— Jest pewna sprawa, która nie daje spokoju mojemu sumieniu — mówię. — Potrzebuję pieniędzy, żeby coś z nią zrobić.

— W takim razie — mówi, poniekąd do siebie — mam poważne obawy, czy ten czek wystarczy.

Tym samym do niego należy ostatnie słowo. Cóż, nie za każdym razem można wygrać.

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

II

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

III

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

Morze I

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

II

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

Lód I

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Frøken Smillas fornemmelse for sne

Copyright © Peter Høeg & Rosinante/Rosinante&Co, Copenhagen 1992.

Published by agreement with the Gylendal Group Agency

Copyright © for the Polish translation by

Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2014

Projekt okładki

Anna M. Damasiewicz

Wydanie I w tej edycji

ISBN 978-83-7785-468-6

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com