Śmierć na Zanzibarze - Katarzyna Gacek - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Śmierć na Zanzibarze ebook i audiobook

Katarzyna Gacek

4,1

40 osób interesuje się tą książką

Opis

Kryminalne wakacje w tropikach

Magda, sympatyczna pani weterynarz, wyjeżdża na urlop na Zanzibar. W tym czasie jej przyjaciel, komisarz Sikora, rozpoczyna w Polsce dochodzenie w sprawie zabójstwa. Kiedy Magda – za pośrednictwem Skype’a – zaczyna wtykać nos w śledztwo, zirytowany Sikora każe jej znaleźć sobie własnego trupa. Więc… Magda go znajduje. Nie wie, że próba odpowiedzi na pytanie, kto zabił, sprowadzi na nią śmiertelne niebezpieczeństwo.    

Katarzyna Gacek – pisarka i autorka scenariuszy, z wykształcenia psycholog. Autorka między innymi takich bestsellerów, jak W jak morderstwo i Zemsta ze skutkiem śmiertelnym, oraz cyklu powieści dla dzieci Supercepcja. Na podstawie jej książki powstał film W jak morderstwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 9 min

Lektor: Katarzyna Gacek

Oceny
4,1 (339 ocen)
154
100
53
30
2
Sortuj według:
alakszmi

Nie polecam

Jeśli to kryminał to chyba dla dzieci 🤣
20
Solind
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

W trzeciej odsłonie serii poznajemy naszą bohaterkę w zupełnie innej rzeczywistości jaką są nie tylko wakacje bez dzieci, ale są to wakacje z własną matką. Zabieg ciekawy, który pozwolił przybliżyć nam ich niecodzienną relację z jaką spotkaliśmy się we wcześniejszych książkach. Muszę przyznać, że trochę stęskniłam się za poprzednimi lokacjami, w których prowadzono fabułę, ale przyznaję, że dzięki całkowitej zmianie otoczenia i częściowym ograniczeniu występowania niektórych postaci udało się uniknąć powielania wielu schematów.
20
bleblata

Z braku laku…

Oj nudna 🤢 😭
20
Gosia101158

Nie oderwiesz się od lektury

Przezabawna komedia kryminalna
20
anetalickindorf

Z braku laku…

Niekoniecznie
10

Popularność




Zosi i Ryszardowi. To była podróż mojego życia, dziękuję!

Prolog

Kolejka WKD o szóstej dwadzieścia z Warszawy była prawie pusta. W pierwszym wagonie oprócz mężczyzny jechało zaledwie kilku zaspanych pasażerów.

On jednak nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę nieuwagi. Na każdej stacji przyglądał się czujnie wsiadającym, analizował ich wygląd i zachowanie. Gdyby ktoś wydał mu się podejrzany, natychmiast opuściłby pociąg.

Im dalej od Warszawy, tym stawał się spokojniejszy. Wyglądało na to, że uda mu się dojechać do celu bez komplikacji. Nikt go nie śledził. Jego plan awaryjny sprawdzał się całkiem dobrze. Jeszcze tylko ostatni etap i będzie bezpieczny.

Za Podkową Leśną tory się rozdzieliły. Kolejka przetoczyła się przez zwrotnicę i ruszyła w kierunku Grodziska. Po kolejnym kwadransie podróży zagajniki młodych brzóz za oknem ustąpiły miejsca jednorodzinnym domom, a miejsce ścieżek zajęły asfaltowe jezdnie, na których co kilkadziesiąt metrów puchły pagórki spowalniaczy. Mężczyzna znał ten krajobraz bardzo dobrze. Wiedział, że pociąg za chwilę zwolni i przy wtórze przeraźliwego pisku hamulców zatrzyma się na stacji Grodzisk Mazowiecki Radońska, ostatniej na tej linii.

Podniósł się ze swojego miejsca i stanął przy drzwiach jako pierwszy, a kiedy tylko się otworzyły, wyszedł na peron. Zapach, który uderzył go w nozdrza, również był znajomy. Woń wilgotnej ziemi i zwiędłych kwiatów, unosząca się nad pobliskim cmentarzem, mieszała się z zapachem benzyny i oleju silnikowego, warzyw i zwierząt, dochodzącym od strony placu targowego, na którym handlowali rolnicy z sąsiednich wsi.

Mężczyzna odruchowo spojrzał na zegarek. Była dopiero siódma, ale na targowisku trwał intensywny ruch. Nawet z tej odległości widział stragany pełne towaru i kręcących się między nimi ludzi. A więc jest środa, uświadomił sobie, zaskoczony, jak wydarzenia ostatnich dni skutecznie wybiły go z orbity czasu. Targ w Grodzisku zawsze odbywał się w środy.

Prawie wszyscy pasażerowie, którzy wysiedli z kolejki razem z mężczyzną, skierowali się w stronę targowiska, on jednak nie zamierzał dzisiaj nic kupować. Zresztą nawet gdyby chciał, i tak by nie mógł – ostatnie osiem złotych wydał na bilet kolejki. To był zresztą jeden z powodów, dla których wybrał właśnie WKD, a nie kolej mazowiecką. Koleją również można było dojechać z Warszawy do Grodziska, ale tam bilet kosztował jedenaście złotych. Aż tyle pieniędzy nie miał.

Skręcił w lewo, minął budynek dworca i szybkim krokiem ruszył ulicą Radońską, którą tak dobrze znał. Szedł lekko zgarbiony, chowając głowę w ramionach, a oczy – pod daszkiem wyblakłej od słońca czapki z logo klubu golfowego. Od kilku dni się z nią nie rozstawał, dawała mu złudzenie anonimowości.

Był niewyspany, zziębnięty i głodny, ale liczył, że ta podróż zmieni jego sytuację.

Dziesięć minut później zatrzymał się przed szeroką bramą zbudowaną z fantazyjnie powyginanych metalowych prętów. Obserwował przez chwilę znajdujący się po drugiej stronie ogrodzenia teren: szeroki podjazd z żółtych płyt piaskowca, klomby i żywopłoty utrzymane tak idealnie, że wyglądały jak sztuczne, krótko przystrzyżony trawnik pokryty szronem. Po chwili przeniósł wzrok na dom, piętrową willę w kolorze rdzy o ostentacyjnie turkusowych okiennicach. Mężczyzna pamiętał ten budynek sprzed lat, otynkowany na biało, i musiał przyznać, że nowy kolor elewacji dawał bardzo ciekawy efekt. Znowu spojrzał na zegarek, potem odetchnął głęboko i nacisnął dzwonek domofonu.

Za pierwszym razem nie było żadnej reakcji. Za drugim też nie.

Po trzecim dzwonku zarejestrował lekki ruch w oknie, zupełnie jakby ktoś delikatnie odsunął firankę i zaraz ją opuścił.

– Kto tam? – z głośnika na słupku furtki dobiegło ostrożne pytanie.

– Dzień dobry – odpowiedział, a potem podał swoje imię i nazwisko i przesunął się tak, żeby być widocznym dla osoby za oknem. – Wpuści mnie pani?

Właściwie dlaczego miałaby nie wpuścić?

Rozległo się ciche bzyczenie zamka. Mężczyzna popchnął furtkę i ruszył jasną ścieżką w kierunku domu, rozglądając się w poszukiwaniu kamer. Ale tak, jak przewidział, kamer nie było. To pasowało do właścicieli. Byli za bardzo pewni siebie. Właśnie takimi ich pamiętał.

Drzwi domu otworzyły się i stanęła w nich niska, bardzo szczupła siwa kobieta. Prawie się nie zmieniła od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni. Tylko jej błękitne oczy wyblakły.

– Ależ ty wyrosłeś! – powiedziała serdecznie. – Zmężniałeś!

Wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia, jakby się chciała upewnić, że to nie sen.

– Sama jestem, oni wyjechali… Co cię sprowadza?

Zastanowił się. Czy już teraz jej powiedzieć, że zamierza ją zabić, czy dopiero za chwilę?

Rozdział 1

Siedziałyśmy z mamą przy stole w kuchni. Oparcie krzesła uwierało mnie w plecy, czułam się tak, jakby drewniana poprzeczka przepiłowywała mi kręgosłup na pół. Powinnam się przesunąć do przodu albo przynajmniej zgarbić, jednak w obecności mojej matki zawsze się prostowałam. Taki odruch.

– Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia! – oświadczyła mama, unosząc w górę kieliszek szampana. – Gratuluję!

Nie podzielałam jej entuzjazmu.

– Ja jakoś nie uważam tego za sukces – odpowiedziałam ostrożnie.

– Niesłusznie. Zakończenia są niezwykle ważne dla naszego rozwoju, pod warunkiem że napisze się je samemu.

Och, tak. Moja matka, jedna z najpoczytniejszych polskich autorek kryminałów, w pisaniu zakończeń miała dużą wprawę.

– Właśnie dlatego odeszłam od twojego ojca – ciągnęła. – Gdybym została z nim dłużej, to on by odszedł ode mnie. Wiesz, jak bym się wtedy czuła?

Matka przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, teatralnie. Przez chwilę wyglądała jak dziewiętnastowieczna matrona, brakowało jej tylko wachlarza. Wyobraziłam sobie, jak jej dłoń porusza się, zginając lekko w nadgarstku, a podmuch powietrza odgania kosmyki włosów z jej twarzy.

– Pamiętaj, nie możesz pozwolić, żeby twój związek się zakończył, jeżeli ty tego nie chcesz – dodała.

– Nie wiem, po co mi to mówisz. Ja właśnie od dwóch godzin nie mam związku – przypomniałam.

Popatrzyła na mnie karcącym wzrokiem.

– To są prawdy uniwersalne – wyjaśniła. – Trzeba je stosować intuicyjnie.

Mnie intuicja podpowiadała, żeby pobiec na górę, do sypialni, zawinąć się w kołdrę i trochę sobie popłakać. Płacz był kiedyś moim ulubionym narzędziem do walki z rzeczywistością. I choć przez ostatnich kilka miesięcy już w ogóle z niego nie korzystałam, to taki dzień jak dzisiaj miał swoje prawa.

Bo był to dzień mojego rozwodu.

W korytarzu coś zaszurało. Obejrzałam się szybko w obawie, czy to czasem nie dzieci. Widok matki i babki świętujących rozwód rodziców mógłby spowodować w ich delikatnej, niewinnej psychice straty nie do odrobienia.

Na szczęście to tylko pies zmieniał miejsce popołudniowej drzemki.

– Bardzo dobry ten szampan. – Matka upiła kolejny łyk.

Musiał być dobry, w końcu sama go przywiozła. Nagle coś jej się przypomniało.

– Kochanie, przecież ja mam dla ciebie prezent!

Prezent od mojej matki rzecz tym cenniejsza, że rzadka, więc trochę się ożywiłam.

– Pamiętasz, jak ci mówiłam, że jedziemy z Bogusiem na wakacje?

Bogusław, właściciel wydawnictwa, w którym matka publikowała swoje książki, prywatnie był jej chłopakiem, choć to określenie w kontekście mężczyzny lat sześćdziesiąt osiem nie brzmiało adekwatnie. No ale Boguś był nieadekwatny. Z zadziwiającą cierpliwością znosił liczne wady mojej matki, a niektóre z nich uznawał wręcz za zalety. Dysponował w stosunku do niej tak niewyobrażalnymi pokładami wyrozumiałości i cierpliwości, że nawet zdobycie przez nią bestsellera Empiku nie mogło tego tłumaczyć. Co prawda nie mieszkali razem – matka by tego nie zniosła – za to często razem wyjeżdżali.

– Coś wspominałaś, że w styczniu cię nie będzie…

– No więc wyobraź sobie, Boguś złamał nogę!

Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową.

– Niemożliwe! Jak to?

Mama machnęła ręką.

– A, daj spokój. Wymyślił sobie narty. Ja nie mogłam jechać, bo piszę książkę, więc wyskoczył sam na szybko do Austrii, no i masz. Noga w gipsie na sześć tygodni.

– Straszny pech – przyznałam. – Bardzo mi przykro.

– No właśnie akurat tobie nie powinno być przykro – stwierdziła lekko matka, upijając kolejny łyk szampana. – Boguś wszystko opłacił z góry, przelot, hotel, nawet dodatkowe wycieczki. Szkoda, żeby się zmarnowało. Więc ustaliliśmy, że zamiast niego polecisz ty.

Jest taka baśń Andersena, w której skrzyni ze skarbami pilnuje pies o oczach wielkich jak filiżanki. Śmiem przypuszczać, że moje oczy osiągnęły rozmiary patelni.

– Ja? Jak to? – wystękałam przez zaciśnięte gardło.

– Tak to. Zmienimy nazwisko na bilecie, to kosztuje co prawda parę złotych…

Wybałuszyłam oczy jeszcze bardziej. Gdyby mnie w tej chwili zobaczył jakiś endokrynolog, z pewnością kazałby mi przebadać tarczycę.

– Mamo, co ty mówisz? Ja mam z tobą jechać? Przecież nie mogę! Nie mogę zostawić dzieci, domu, psa! Nie, nie, to absolutnie niemożliwe!

Kręciłam głową, tak jakby mogło to ode mnie odsunąć przerażającą wizję podróży. Bo za podróżami naprawdę nie przepadam.

– Och, uspokój się! – fuknęła. – Dziećmi zajmie się Tomek, akurat w tym czasie są ferie. A domu i psa ktoś ci popilnuje. Twój ojciec na przykład.

– A praca? Co z pracą? – próbowałam bronić się dalej.

– Weźmiesz urlop.

– No nie wiem…

Matka odstawiła kieliszek i nachyliła się do mnie.

– Nie spodziewałam się po tobie euforii, Madziu, ale odrobinę entuzjazmu mogłabyś z siebie wykrzesać – w jej głosie pojawiła się bardzo wyraźna nuta irytacji. – Oraz wdzięczności. Wiesz, ile ten wyjazd kosztuje?! Pomyślałam sobie, że po tych przejściach z rozwodem taka zmiana otoczenia, oderwanie się od tego wszystkiego dobrze ci zrobi. No ale skoro ma to być dla ciebie poświęcenie i gehenna…

W ten sposób zgrabnie i z dużą wprawą wskoczyła w buty biednej i niedocenianej, mnie ustawiając na pozycji niewdzięcznego dziecka.

Nie miałam siły do walki, nie dzisiaj.

– Mamo, przepraszam… – bąknęłam. – Bardzo, bardzo dziękuję i doceniam, naprawdę! Po prostu mnie zaskoczyłaś. Wiesz, że nie lubię niespodzianek.

Matka uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Wiem, wiem. Jesteśmy takie różne… Paszport masz? – przeszła do konkretów.

– Paszport? To my jedziemy gdzieś dalej? – Jakoś kompletnie nie wyobrażałam sobie wyjazdu poza strefę Szengen.

Moje pytanie wyraźnie matkę zirytowało.

– Dziecko, błagam, zastanów się, zanim coś powiesz. Wiesz, że nie znoszę zimna. W styczniu ciepło jest tylko „dalej”.

– To dokąd lecimy?

– Naprawdę ci nie mówiłam? Na Zanzibar.

Rozdział 2

Pierwszego dnia po rozwodzie obudziłam się zaskakująco wypoczęta i wyspana. W nocy nie gnębiły mnie żadne koszmary, absolutna nowość, ponieważ od pół roku, czyli od momentu, w którym wszystko się między mną a moim mężem posypało, noce spędzałam na zamartwianiu się oraz przewracaniu z boku na bok.

Czy to możliwe, żeby jedna godzina spędzona na sali sądowej przyniosła aż tak spektakularne efekty?

Moja najlepsza przyjaciółka, Elka, uprzedzała mnie, że tak będzie. Że w momencie formalnego rozwodu natychmiast odzyskam spokój i radość życia. Oczywiście jej nie wierzyłam, ale miała rację: pierwszy raz od bardzo dawna czułam się dobrze i lekko. Tak jakby ktoś zdjął mi z ramion stukilową sztangę. Nic mnie w środku nie bolało, nic nie uwierało, a przede wszystkim nie było tego zaciskającego żołądek strachu, który towarzyszył mi codziennie, od rana do wieczora. Nawet poczucie życiowej porażki, które jeszcze wczoraj intensywnie dawało o sobie znać, gdzieś zniknęło.

Zadziwiające!

Z tą nową energią wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam budzić dzieci. Udało mi się je nieźle zaskoczyć, bo zamiast klasycznego walenia w drzwi i nerwowego pokrzykiwania: „Szybko, szybko, bo się spóźnimy!”, zaserwowałam im dzisiaj delikatne: „Kochani, wstawanko, już czas, już czas…”. Musieli pomyśleć, że w nocy ktoś im podmienił matkę.

Ciągle pozostając w błogim nastroju, którego nie potrafiłam racjonalnie wytłumaczyć, zrobiłam im na śniadanie naleśniki z nutellą, co tylko wzmogło ich nieufność, zapakowałam do samochodu i odwiozłam do szkoły, a lekki uśmiech nie schodził mi z twarzy. Dopiero kiedy zatrzymałam auto przed lecznicą, mój dobry nastrój prysł i wyparował, bo na trawniku niedaleko wejścia zobaczyłam wielki i błyszczący niklem motocykl mojego kolegi z pracy, niejakiego Walczaka.

Nie rozumiałam swoich emocji. Nie rozumiałam ni w ząb.

***

Lecznica weterynaryjna, w której pracowałam, należała do doktora Rudnickiego, wybitnego specjalisty od małych zwierząt i świetnego chirurga. Mieściła się w suterynie starej, przedwojennej willi, ale urządzona była bardzo nowocześnie i wyposażona w świetnej jakości sprzęt medyczny, co w połączeniu z reputacją Rudnickiego przyciągało do nas tłumy. W poczekalni rzadko zdarzały się wolne krzesła, a w ciągu dnia znalezienie chwili na kawę graniczyło z cudem.

Wyglądało na to, że dzisiaj będzie podobnie. Kiedy otworzyłam drzwi, w korytarzu siedziały już dwie starsze panie, jedna trzymała na kolanach starego, grubego jamnika, druga – plastikowy transporter, z którego łypało na mnie wielkie, czarne kocisko. Znałam dobrze obie kobiety, bo im starsze były ich zwierzęta, tym częściej pojawiały się z nimi w lecznicy, zwykła kolej rzeczy. Choć zawsze przejęte stanem zdrowia pupili, śmiały się z żartów Walczaka i traktowały nas jak starych znajomych. Lubiłam je, ale nie dlatego ich widok w poczekalni mnie ucieszył. Kolejka do gabinetu oznaczała, że w środku razem z Walczakiem musi być już jakiś pacjent. A to z kolei dawało mi pewność, że kiedy tam wejdę, nie znajdę się z moim kolegą sam na sam. I, jeśli się wszystko dobrze ułoży, nie będę musiała z nim w ogóle rozmawiać przez cały dzień.

Otworzyłam drzwi może odrobinę zbyt energicznie, dodając sobie tym ruchem animuszu, którego tak bardzo potrzebowałam. Kolega Walczak stał przy stole zabiegowym i mierzył temperaturę potężnemu pitbullowi, jedną ręką trzymając w górze psi ogon, drugą – termometr wiadomo gdzie. Właściciel zwierzęcia, młody człowiek o podobnie rozbudowanej muskulaturze, co jego pies, próbował go okiełznać, obejmując z całej siły łokciem za szyję, zdaje się, że w zapasach taki chwyt nazywa się nelson.

Moje gwałtowne wtargnięcie do gabinetu zaburzyło niestety tę karkołomną choreografię. Wystarczyło, że chłopak podniósł głowę, żeby popatrzeć w moją stronę i minimalnie rozluźnił uchwyt, żeby pysk pitbulla znalazł się w miejscu, w którym przed sekundą znajdował się jego zad. Walczak co prawda zdążył odskoczyć, ale zęby psa zatrzasnęły się złowrogo centymetr od jego dłoni.

– Żeż kurde, Mentos, spokój!

Chłopak szarpnął za obrożę tak mocno, że pies aż przysiadł. Najwyraźniej właściciel uznał, że zamiast inwestować w wychowanie pupila, lepiej zainwestować w siłownię.

– Trzydzieści osiem stopni – odczytał Walczak. – To prawidłowa temperatura, pies jest w dobrej formie, możemy szczepić.

A potem zwrócił się do mnie z uprzejmym uśmiechem:

– Dzień dobry, pani doktor.

Ja tam się do niego nie uśmiechałam. Od trzech miesięcy, odkąd mnie znienacka pocałował, bardzo się pilnowałam, żeby mu nie okazywać sympatii. Żadnych uśmiechów, żadnych dotknięć, żadnej poufałości, żeby sobie czasem czegoś nie pomyślał. A mógłby, bo ten pocałunek niestety bardzo mi się spodobał, co Walczak, ze swoim doświadczeniem w sprawach damsko-męskich, musiał wyczuć.

Tak więc niemałym wysiłkiem woli trzymałam mojego kolegę na dystans, a on to – o dziwo – posłusznie respektował.

Trzeba zakończyć jedno, żeby zacząć drugie, powtarzałam sobie asekuracyjnie. Miało to sens wtedy, kiedy rozwód wydawał się odległą perspektywą. Za to teraz, gdy od dwudziestu czterech godzin byłam kobietą wolną i mogłam sobie zaczynać, co chciałam, nagle poczułam strach.

Czy powinnam wykonać jakiś ruch w jego stronę? Nie, nie, to fatalny pomysł. Co by to było, gdybym mu zakomunikowała, że jestem po rozwodzie, a on miałby to w nosie? Odrzucenie, tego się bałam najbardziej. Jedynym bezpiecznym, choć wyjątkowo głupim rozwiązaniem, jakie mi przyszło do głowy, było się do niczego nie przyznawać.

Elka powiedziała mi kiedyś, że w sprawach uczuciowych oscyluję na poziomie egzaltowanej trzynastolatki. Moje aktualne zachowanie w pełni potwierdzało jej diagnozę.

– W poczekalni jest dwóch pacjentów – nawet powitanie wydawało się w tej sytuacji przesadną poufałością. – Wezmę ich do zabiegowego.

– Świetny pomysł.

Właśnie tak Walczak mnie traktował. Tak jakby tamtego pocałunku w ogóle nie było. Obojętność i profesjonalizm. Zamiast chociaż zasugerować, że moglibyśmy przyjmować razem, tak po prostu, po koleżeńsku, wysyła mnie do drugiego gabinetu. Widocznie w ogóle mu na mnie nie zależy. Zresztą gdyby mu zależało, to by przez te ostatnie trzy miesiące zrobił cokolwiek, a nie się poddawał walkowerem.

Więc nie powiem mu ani o rozwodzie, ani o Zanzibarze. Niech ma.

Rozdział 3

Panie doktorze, mam pytanie…

To śmieszne, że zamiast po prostu je zadać, najpierw o tym uprzedzam.

– Słucham z uwagą.

– Wiem, że pracuję u pana dopiero pół roku, ale czy… czy byłoby możliwe… Czy mogłabym dostać kilka dni urlopu? W styczniu?

Kiedy tak dukałam, Rudnicki przyglądał mi się życzliwie.

– Oczywiście. Nie widzę problemu. Wyjeżdża pani na ferie?

– Nie! To znaczy tak! To znaczy w tym czasie.

– Dwa tygodnie wolnego wystarczy?

Patrzyłam na mojego szefa oszołomiona. Nie spodziewałam się, że tak to szybko i bezproblemowo pójdzie.

– Jasne! Dziękuję! – mało brakowało, a rzuciłabym mu się na szyję.

– Nie ma za co – uśmiechnął się Rudnicki. – Akurat w ferie w lecznicy ruch niewielki, klienci szaleją na nartach, a pies sam do lekarza nie przyjdzie. Dokąd pani zabiera dzieci?

Auć. I co ja powinnam w tej sytuacji odpowiedzieć?

Prawdę. Oczywiście prawdę. Że nigdzie ich nie zabieram, tylko sama się jadę byczyć w tropikach. Ale jakoś nie chciały mi te słowa przejść przez gardło.

– Tu i tam – odparłam dyplomatycznie.

– Mam nadzieję, że będzie się pani dobrze bawić!

I co? I oczywiście wypowiedział to w złą godzinę.

Rozdział 4

Moja walizka kolorem i gabarytami przypominała słonia. Niestety, wagą również.

– Jezu, co ty tam masz? Zwłoki? – jęknął Jacek, unosząc z trudem szarego potwora i umieszczając w bagażniku samochodu.

W ustach mojego przyjaciela, komisarza policji, żart o zwłokach zabrzmiał dwuznacznie.

Inna sprawa, że ciężar mojego bagażu nawet mnie samą zaskoczył. Dałabym sobie rękę uciąć, że spakowałam głównie kostiumy kąpielowe, szorty oraz parę kolorowych łaszków o konsystencji gazy. Żadnych butów narciarskich, żadnych cegieł, żadnego trupa. Co prawda owszem, w ostatniej chwili dorzuciłam parę książek, ale wyjeżdżałyśmy na dwa tygodnie. A na plaży coś czytać trzeba.

– Paszport wzięłaś?

– Błagam…

– A kto cię tam wie. Bilety?

– U matki.

Otworzyłam drzwiczki, ale jakoś nie mogłam wsiąść. Stałam, oparta łokciem o dach auta i wpatrywałam się w mój dom tak intensywnie, jakbym miała go już nigdy więcej nie zobaczyć. Nie był to niestety widok, który chciałabym zapamiętać. W styczniowy, pochmurny ranek dom nie prezentował się najlepiej. Z pociemniałym od wilgoci dachem i kapiącym z rynien deszczem, otoczony przez zrudziałe tuje i szare, jakby pokryte pleśnią brzozy, wyglądał niczym zasmarkany, brodaty karzeł. Mimo to bardzo go kochałam. I już tęskniłam.

– No chodź, bo się spóźnimy! – pogonił mnie Sikora.

Ociągając się, wsiadłam.

– Pamiętaj, że masz tu zajrzeć koło południa, wypuścić Alfa – przypomniałam mu. – Ojciec będzie wieczorem. Obiecał nocować. Dałam mu na wszelki wypadek twój telefon, gdyby coś się zadziało takiego wiesz, emergency.

– Pamiętam. I o Alfie, i o wsparciu dla szanownego taty.

Skręcił w prawo, w Jana Pawła. Przy okazji musiał się odwrócić i spojrzeć na mnie. Z miny, jaką zrobił, wywnioskowałam, że nie jest z mojego wyglądu zadowolony.

– Czy mogłabyś zmienić nastawienie? – zasugerował. – Jedziesz na drugi koniec świata, byczyć się pod palmami. W dodatku za friko! Każdy dałby się pokroić za taką okazję, a ty wyglądasz, jakbyś się miała za chwilę poryczeć!

– Wiem… Ale tak nie lubię zostawiać domu…

– Przecież sama przed chwilą powiedziałaś, że ojciec się nim zajmie!

– On jest jak duże dziecko – uświadomiłam mu. – Nie można na nim polegać.

– Dobrze. Obiecuję, że będę tam zaglądał i sprawdzał, czy karmi psa.

– I koty – przypomniałam mu.

– I koty. Tylko proszę, przestań cierpieć. Wakacje, dziewczyno! Powtarzaj sobie cały czas, że jedziesz na wakacje. Chyba wakacje nie mogą się źle kojarzyć.

– Co ty wiesz o życiu? – powiedziałam sentencjonalnie, ale na szczęście nie usłyszał.

Bo akurat mnie wakacje kojarzyły się fatalnie. Nie przesadzę, jeśli powiem, że ich nienawidziłam. Konkretnie – nienawidziłam wakacji z moim mężem. Na co dzień Tomasz ze swoją upierdliwością, czepliwością oraz ambitnymi wymaganiami był trudny do zniesienia, jednak ratowało mnie to, że większość czasu spędzał w pracy. Dwa tygodnie wspólnego urlopu, czyli bycia ze sobą non stop, sprawiały, że nadawałam się wyłącznie do reanimacji. Konflikt gonił konflikt, a ja musiałam lawirować między dziećmi, które nie znosiły metod wychowawczych ojca, a obrażonym Tomaszem, który nie był w stanie zrozumieć, dlaczego nikt się go nie słucha. Do tego mój mąż, z oszczędności czy – jak twierdzą niektórzy – ze skąpstwa, zawsze wybierał opcję „bez posiłków”, co oznaczało, że musiałam gotować tak samo, jak w domu, tyle że w obcej, kiepsko wyposażonej kuchni. Każda kobieta, która tego doświadczyła, wie, że nie jest to rozwiązanie humanitarne.

Więc nie, wakacje nie kojarzyły mi się dobrze.

***

Matka czekała przed wejściem do hali odlotów. Na widok mojego bagażu skrzywiła się lekko, ale nie skomentowała. Sama miała ze sobą niewielką, turkusową walizkę, która przy mojej wyglądała jak koliber przy nosorożcu.

– No nareszcie – fuknęła. – Już myślałam, że się rozmyśliłaś. Jacku, byłbyś tak miły i nam pomógł?

Jacek zacisnął palce na bilecie Kiss and fly, który uprawniał do zaledwie siedmiu minut bezpłatnego parkowania. Widziałam, że się waha, ale wystarczył jeden rzut oka na moją matkę, żeby chwycił rączki obu walizek i pociągnął je skwapliwie w kierunku wejścia do hali odlotów. Matka miała w sobie coś takiego, że niełatwo się było jej sprzeciwić.

Zdążyliśmy zrobić dosłownie kilka kroków, kiedy z kieszeni kurtki Jacka dobiegł stłumiony dzwonek komórki. Sikora zatrzymał się, puścił rączkę walizki i sięgnął po telefon.

– Tak? – powiedział, prostując się, co oznaczało rozmowę służbową. – Tak. Tak.

Słuchał przez kilkadziesiąt sekund, marszcząc czoło jak jamnik, po czym zakończył rozmowę i schował telefon z powrotem do kieszeni.

– Muszę lecieć. Robota. – Rozłożył bezradnie ręce.

– Jasne, poradzimy sobie – zapewniłam i zapytałam odruchowo: – A co się stało?

Normalnie Sikora nie był zbyt skłonny do dzielenia się takimi informacjami, ale teraz chciał chyba udowodnić mojej matce, że nie zostawia nas samych z jakiegoś byle powodu.

– Morderstwo – odpowiedział z satysfakcją. – W Grodzisku.

Ukłonił się i ruszył w kierunku samochodu. Ciekawe, czy zdąży wyjechać przed upływem tych bezpłatnych siedmiu minut na bilecie, pomyślałam i z całej siły szarpnęłam swoją walizę, podczas gdy moja rodzicielka lekko i od niechcenia pociągnęła swoją.

Szklane drzwi otworzyły się przed nami automatycznie i z wilgotnego chłodu poranka weszłyśmy do ciepłej i pełnej ludzi hali odlotów.

Matka rozejrzała się szybko, mrużąc oczy, w końcu machnęła ręką w kierunku jednego ze stanowisk.

– Tam!

Ruszyła przed siebie sprężystym krokiem, podczas gdy czarne kółka jej walizki, szorując po podłodze, zaczęły wydawać nieprzyjemne piski.

A ja, idąc za nią, nagle sobie uświadomiłam, że wpadłam z deszczu pod rynnę.

Nie przepadałam za wakacjami z moim mężem, bo musiałam się do niego bez szemrania dostosowywać. Teraz czekały mnie dwa tygodnie dostosowywania się do mojej matki.

To dopiero będzie wyzwanie…

Rozdział 5

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26

Copyright © Oficynka & Katarzyna Gacek, Gdańsk 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2021

Redakcja i korekta: zespół

Projekt okładki: Studio Karandasz

Zdjęcia na okładce: © Julia Volk/Pexels; Charlie’s/Adobe Stock;

Yeti Studio/Adobe Stock

ISBN 978-83-66899-70-4

www.oficynka.pl

email: oficynka@oficynka.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek