Śluby panieńskie - Aleksander Fredro - ebook + audiobook + książka

Śluby panieńskie ebook i audiobook

Aleksander Fredro

4,0

Opis

Śluby panieńskie” to komediowy utwór dramatyczny Aleksandra Fredry z 1832 roku, napisany wierszem.

Fabuła komedii opowiada historię dwóch panienek Anieli i Klary, które postanawiają nigdy nie wychodzić za mąż i dręczyć mężczyzn swą obojętnością. Zakochany Albin od razu zostaje odrzucony przez Klarę, Aniela również jest obojętna na zaloty Gustawa, który z początku nie mógł uwierzyć w owe przysięgi dziewcząt. W końcu wymyśla on intrygę w celu zdobycia ukochanej i pomocy płaczącemu z rozpaczy Albinowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 87

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 55 min

Lektor: Jacek Chmielnik

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2019

ISBN: 978-83-65922-82-3
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Osoby

PANI DOBRÓJSKA. ANIELA. KLARA. RADOST. GUSTAW. ALBIN. JAN.  Scena na wsi w domu pani DOBRÓJSKIEJ.

AKT I.

(Duży pokój — dwoje drzwi w głębi — trzecie drzwi po prawej stronie sceny do pokojów pani Dobrójskiej — czwarte po lewej do pokoju Gustawa, okno).

Scena I.

Jan(sam).

(W płaszczu zarzuconym na ramiona - chodzi - patrzy w okno potém mówi, ziewając).

Czekaj mnie, nie śpij, powrócę o trzeciéj. Piękna mi trzecia: słońce jak w dzień świeci, A mój pan drogi gnie sobie parole, Albo z butelką ... albo ... No! już milczeć wolę.

Scena II.

Jan, Radost.

Radost(idąc ku drzwiom Gustawa).

Śpi Gucio?

Jan.

Czy śpi? — Jak zabity, panie.

Radost.

Lubi spać hultaj.

Jan(zastępując od drzwi).

Niechże pan nie wchodzi.

Radost.

A to dla czego?

Jan.

Bo śpi.

Radost.

Nic nie szkodzi.

Jan(zastępując).

Będzie się gniewał.

Radost.

Nic mi się nie stanie.

Jan.

Dopiero zasnął — ledwie pół godziny.

Radost.

Cóż w nocy robił?

Jan.

Nie spał!

Radost.

A z przyczyny?

Jan.

Z przyczyny? — Zasłabł.

Radost(troskliwie).

Zasłabł.

Jan(westchnieniem).

Niespodzianie.

Radost.

Cóż mu jest?

Jan.

Co jest? — jakiś zawrót głowy...

Radost.

Hm!

Jan.

Wstręt do wody...

Radost.

Hm!...

Jan.

Pragnienie wina...

Radost.

Hm! proszę, proszę, wieczór jeszcze zdrowy!

Jan(wzruszając ramionami).

Ha! słabość, panie, piorunem zaczyna.

Radost(do siebie).

Hm! wstręt, pragnienie! hm... hm... zawrót głowy.

Jan.

Niechno się wyśpi, po południu wstanie.

Radost.

Chciałem być w domu i dziś tu z powrotem; Lecz taką rzeczą ani myśleć o tém.

Jan.

Owszem, jedź pan, jedź; ręczę, że za chwilę...

Radost.

A sen spokojny?

Jan(zastępując drogę).

Lada co obudzi. Cicho, dla Boga.

Radost.

Drzwi tylko uchylę.

Jan.

Ale drzwi skrzypią.

Radost.

Własnemi oczyma...

Jan(odstępując).

Ha! kiedy już tak! Niech się pan nie trudzi; Darmo tam patrzeć — mego pana niema.

Radost.

Niema?

Jan.

A niema.

Radost.

Gdzież jest?

Jan.

Ztąd o milę.

Radost.

Jak? co?

Jan.

Pojechał.

Radost.

Dokąd?

Jan.

Do Lublina.

Radost.

Do Lu... Lu...

Jan(z ukłonem kończąc słowo).

blina.

Radost.

Kiedy?

Jan.

Wczoraj.

Radost.

Po co?

Jan.

Nie wiem.

Radost.

Macież go! już szaleć zaczyna, Już, Bogu dzięki. — Jeździć, latać nocą... I czegoż stoisz, panie zawrót głowy? Hm! wstręt do wody! co? — wina pragnienie?

Jan.

Stoję na warcie, muszę być gotowy Otworzyć okno na pierwsze skinienie.

Radost.

Na co otworzyć?

Jan.

Dla mojego pana: Tędy wychodzi, tędy się i wchodzi.

Radost(załamując ręce).

Przez okno łazić śród jasnego rana! To waryata prawdziwie dowodzi.

(ironicznie)

I kiedyż wróci na swoje wesele?

Jan.

Jeśli mu wierzyć, miał o trzeciej wrócić.

Radost(do siebie).

O, muszę, muszę cugli mu przykrócić! O, czego nadto, tego i za wiele! (słychać pukanie do okna).

Jan(idąc do okna).

Niechże pan łaje, bo przybywa właśnie. (Otwiera okno).

Scena III.

Gustaw(ubrany do konia), Jan, Radost(w głębi).

Radost(włażąc przez okno)

To czas! — Niech go piorun trzaśnie!

Jan.

Dobrze pan mówi; bogdajby go trzasnął!

Gustaw.

A co? śpią jeszcze?

Jan.

Byłby sen nie lada!

Gustaw.

Trochem się spóźnił.

Jan.

Mnie to pan powiada.

Gustaw.

Pewnieś nie dospał.

Jan.

Gdybym był choć zasnął.

Gustaw.

(Oddając pręt, czapkę, rękawiczki i ocierając twarz).

No, prawdę mówiąc, jak jestem na świecie, Jeszczem tak pięknie zębami nie dzwonił: Wicher, deszcz, zimno.. psa by nie wygonił.

Radost.

A ciebie wygonił przecie.

Scena IV.

Radost, Gustaw.

Gustaw.

A, Stryjaszek! (całując w rękę) Dzień dobry!

Radost(ozięble).

Witamy z podróży!

Gustaw.

Już wstałeś?

Radost.

Jeszcześ nie spał?

Gustaw.

Dość czasu.

Radost.

Dzień duży.

Gustaw.

Dopiero świta.

Radost.

Świta, ale w twojéj głowie.

Gustaw.

Niech i tak będzie, niech świta na zdrowie, Byle mnie kochał Stryjaszek kochany,

Był mi zawsze zdrów, czerstwy i rumiany. Lecz, cóż to? mars? mars? fe! precz z nim do licha!

(zaglądając w oczy)

No... proszę... troszkę. — Niknie wyraz srogi, Czoło się równa... oko się uśmiecha, Otóż tak lubię, (ściskając go) mój Stryjaszku drogi!

Radost(płaczliwie, zawsze dając przestrogi).

Mój Gustawie, powiedz mi: chcesz, czy nie chcesz żony?

Gustaw.

Chcę, chcę, Stryjaszku.

Radost.

Pewnie?

Gustaw.

Jestem jéj spragniony —

Radost.

Takiżeto więc sposób wyszukałeś sobie?

Gustaw.

Ja nic dotychczas nie wiem o sposobie.

Radost.

Te wycieczki przez okna, te nocne wyprawy.

Gustaw.

I cóż?

Radost(zniecierpliwiony).

Cóż Panna!

Gustaw.

A, bardzom ciekawy, Co moję pannę obchodzić może, Kiedy, jak i gdzie ja się spać położę?

Nie śpię — tém lepiéj dla niéj, bo na jawie Nią tylko jedną myśli moje bawię, I do niej wzdycham jak w dzień, tak i w nocy; Ale jak zasnę — jestże to w mej mocy?

Radost(płaczliwie).

Mój Gustawie! — Dla Boga, porzuć myśli płoche, I raz tylko, raz pierwszy zastanów się trochę. Kilka dni jesteś pośród tak godnej rodziny, I nie ma dnia jednego... gdzietam dnia!... godziny, Żebyś czegoś nie zbroił, aż się serce kraje. Pani Dobrójska sama opiekę ci daje; Nie idąc wzorem matek, co nos górą noszą, Kiedy w duszy o zięcia wszystkich Świętych proszą, Pamiętna twych rodziców i mojéj przyjaźni, Swój zamiar względem ciebie głosi bez bojaźni. Ale wszystko napróżno, daremnie się trudzi: Miejski panicz w wieśniakach innych widzi ludzi; Swoich nudów nie kryje, grzeczności nie sili, I chce dać uczuć wartość każdéj swojej chwili, Wróbel się tylko, mówią, pustej strzechy trzyma, Ale co w twojej głowie, już i wróbla niema.

Gustaw(ze szczerem zastanowieniem).

Prawda, prawda Stryjaszku, zbyt słuszne przestrogi; Ach, ojcowskiemi strzeżesz mnie oczyma.

(Ściskając go).

O, jesteś dla mnie skarb, przyjaciel drogi, Dzięki ci, dzięki za twoje przestrogi.

Radost(z rozczuleniem ściskając go).

Mój ty poczciwy, mój luby Gustawie!

Gustaw.

Mój przyjacielu, mój Ojcze kochany! Zobaczysz, jak się ogromnie poprawię, Bylem miał tylko powód do odmiany. A teraz zgadnij, jaką dziś zabawę...

Radost.

O dla Boga! on swoje! otóż masz poprawę! Ach zmiłuj się, uważaj, powiedz, czy to ładnie, Że z domu pan zalotnik oknem się wykradnie, Aby noc całą Bóg wie gdzie nie trawić!

Gustaw.

Ależ Stryjaszku, ja się muszę bawić.

Radost.

Bawić!

Gustaw.

A w prawdzie, w tym szanownym domu, Gdzie każdy dla mnie aż nadto łaskawy, Gdzie nie ubliżam w niczém i nikomu, Żadnéj dotychczas nie widzę zabawy.

Radost.

Idzież tu o zabawę, wrzawę nieustanną?

Gustaw.

Ależ o nudy idzie.

Radost.

Nudy z piękną panną!

Gustaw.

Nie będą nudy, jak się kochać będę.

Radost.

I kiedyż to nastąpi?

Gustaw.

Jak się z nią ożenię.

Radost.

Albo inaczéj: jak na koszu siędę.

Gustaw.

Ba, ba, ba! jeszcze czego.

Radost.

I zkąd pewność, że nie? Jestże to napisano, wyryto na niebie, Że Aniela koniecznie musi pójść za ciebie?

Gustaw.

Pójdzie, pójdzie Stryjaszku.

Radost.

Tylko bardzo proszę, Niech samochwalstwa od ciebie nie znoszę.

Gustaw.

Do samochwałów któż tego policzy, Który rozsądnie zważa i powiada, Że gdzie dwie rodzin związku sobie życzy, Związku się w końcu spodziewać wypada?

Radost.

Prawda, jeśli Aniela choć trochę polubi.

Gustaw.

Bądź z łaski swojéj spokojny w tym względzie, Już ja ci ręczę, wszystko dobrze będzie.

Radost.

Nadto pewności, a ta pewność zgubi.

Gustaw.

Już spuść się na mnie... ale dość tych fraszek. Teraz niech zgadnie kochany Stryjaszek...

Radost.

Pewnie, gdzie byłeś?

Gustaw.

Gdziem bawił tak długo.

Radost.

Wymów już, wymów, bo cię, diable dusi.

Gustaw.

Na miejskim balu byliśmy przebrani.

Radost.

Na jakim balu?

Gustaw.

Pod złotą papugą.

Radost.

W karczmie!

Gustaw.

Przebrani.

Radost.

O Boże! o Boże!

Gustaw.

Tego młodemu nikt pewnie nie zgani.

Radost(ironicznie).

Pewnie pochwali?

Gustaw.

Bo pochwalić musi.

Radost.

Piękna mi szkoła!

Gustaw.

Lepszéj być nie może. Na małym świecie, co się wielkim mieni, Gdzie każdy trwożnie po ślizkiéj przestrzeni, Jakby na szczudłach i w przyłbicy chodzi, Tam, czém są ludzie, niechaj nikt nie bada. Ale gdzie człowiek mało pozór ceni, Przybranym kształtem nie chce i nie zwodzi, Gdzie więcej wola, niż rozum nim włada, Tam chwytaj penzel, wzór stoi gotowy.

Radost.

Otóż go macie! Jest La Bruyère nowy.

(płaczliwie.)

Guciu! dopiéroś dziękował za radę.

Gustaw(nie słuchając).

I co mi teraz przychodzi do głowy.

Radost.

Naprzykład?

Gustaw.

Jedźmy tam dziś.

Radost.

Ja z tobą?

Gustaw.

Ty ze mną.

Radost.

Oszalał!

Gustaw.

Wcześniej wrócisz.

Radost(ironicznie).

Tą drogą tajemną.

Gustaw.

Jedziesz?

Radost.

Dajże mi pokój.

Gustaw.

No, to sam pojadę.

Radost.

Guciu! dopiéroś dziękował za radę.

Gustaw(żałośnie).

Luby Stryjaszku! wkrótce się ożenię.

Radost(do siebie z zadziwieniem).

No! i dla tego takie figle stroi.

Gustaw(jak wyżej, prosząc).

Już raz ostatni.

Radost.

Ja go nie odmienię, To rzecz daremna.

Gustaw.

Na kasztana wsiędę..!

Radost(przestraszony).

O! na kasztana!

Gustaw.

Przededniem tu będę.

Radost.

Weź już moję dorożkę, a kasztan niech stoi.

(do siebie)

Jeszcze kark skręci z tego waryata.

Gustaw.

Dobrze Stryjaszku.

Radost.

I delią moję.

Gustaw.

Dobrze Stryjaszku.

Radost.

W tej kurteczce lata, Jeszcze kataru u diaska dostanie.

Gustaw.

Dobrze Stryjaszku, jak chcesz, tak się stanie. Ja zawsze mówię, święte rady twoje.

Radost.

Otóż masz, teraz powie, że to z mojej rady Przez okna łazi na nocne biesiady.

Gustaw.

Zatém radzisz wchodzić drzwiami?

Radost.

Gadajże z waryatami! Ja ci radzę pójść spać.

Gustaw.

Spać?

Radost.

Bladyś, aż niemiło.

Gustaw.

Blady? — to dobrze, to nic nie zaszkodzi: Bladość niepokój miłośny dowodzi, Bladości prędzej niż słowom się wierzy. Pamiętasz przecie, jak to dobrze było Rano, nazajutrz po twojej wieczerzy?

Radost.

Mojej wieczerzy?

Gustaw.

To jest, mówiąc szczerze, Ja sam dawałem tę sławną wieczerzę, Ale Stryjaszek potem długi płacił.

Radost.

Niestety!

Gustaw.

Wcalem na cerze nie stracił. „Teraz to kocha — rzecz niezaprzeczona — Jak blady, słaby! — on z miłości skona —“ Powiedz sam, wszakże prawda, tak mówiono. I gdybym nie był za nadto...

Radost.

No, no, no, Niedość szaleje, jeszcze mnie powiada! Teraz idź i śpij, taka moja rada.

Ale mój Guciu, Guciuniu serdeczny, Staraj się zbliżyć, podobać Anieli.

Gustaw.

Dobrze Stryjaszku.

Radost.

Dla matki bądź grzeczny.

Gustaw.

Dobrze Stryjaszku.

Radost.

I na miłość Boga, Jeśli ci jeszcze moja przyjaźń droga, Nim się odezwiesz, pomyśl pierwiej nieco, Bo często słowa jakby z worka lecą, Ale sensu w nich — no! — tego tam niema. A teraz idź spać, już mrugasz oczyma. —

Gustaw.

Pójdę się przebrać. (całuje w rękę)

Radost(całując go).

Pamiętaj Gustawie...

Gustaw.

Sam się zadziwisz, jak się dziś poprawię. (odchodzi w lewe drzwi boczne)

Radost(patrząc za nim serio).

Poprawię! zawsze jedno co godzina, Zadziwisz się! tak! (przechodząc nagle w uczucie)Kochany chłopczyna!

Scena V.

Radost, Albin.

(chustkę w ręku, tragicznym tonem)

Radost.

Cóż cię, panie Albinie, sprowadza tak wcześnie?

Albin.

Niestety!

Radost.