Słodki twardziel (t.8) - Kristen Ashley - ebook + audiobook
BESTSELLER

Słodki twardziel (t.8) ebook i audiobook

Kristen Ashley

4,8

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Ally Nightingale ma wiele tajemnic. Są wśród nich takie, których nie chce zdradzić nawet innym Rock Chicks. Znają je tylko dwaj mężczyźni: jej długoletni przyjaciel Darius Tucker oraz Ren Zano, w którym Ally jest zakochana bez pamięci. Darius bez wahania staje po jej stronie, ale Ren zaczyna się wahać… Jak daleko posunie się Ally, żeby zdobyć to, na co zasługuje każda Rock Chick: miłość i oddanie wybranego mężczyzny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 600

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 54 min

Lektor: Kristen Ashley

Oceny
4,8 (583 oceny)
475
82
20
5
1
Sortuj według:
JustynaEStachura

Dobrze spędzony czas

Dobra, ale to jakoś nie to samo co poprzednie. Akcja jakaś była, ale pominięte zostały pierwsze kroki w związku i towarzyszące im emocje. Historia na tym straciła, zwłaszcza że przez to słabo poznajemy Reno. Czytało się dobrze i szybko, ale bez porywu.
30
jakiza

Dobrze spędzony czas

Chyba najsłabsza część, jakby wymuszona, na siłę. Mocno męczące to powtarzanie "jestem rockową laską" i "moje szczęśliwe miejsce". W sumie nic nie wiemy o Zano, Alie upierdliwie pewna nie tyle siebie, co swoich pleców. Da sie przeczytać, ale szybko o niej zapomnę.
10
Annakoczwara

Całkiem niezła

Nie dotrwałam do końca, jak dla mnie książka przeciętna, bez polotu
10
Klaudiq123

Całkiem niezła

Uwielbiałam ta serie ale osobiście uważam że ta część jest najsłabsza ze wszystkich. Autorka w podziękowaniu pisze ze bawiła się najlepiej pisząc ja a ja jako czytelnik odebrałam tom 8 jako najsłabszy.
10
EwelaKar

Z braku laku…

Mam wrażenie, że z każdą kolejną książką autorka jest coraz bardziej oderwana od rzeczywistości. Styl pisania jest ok, ale jeżeli chodzi o treść, to przeważają rozmowy o niczym i powtarzające się sceny seksu. Ledwo dobrnęłam do końca, a słów "kotku" o "skarbie" nie mogłam już znieść. Zmarnowany potencjał 🙄
10

Popularność




Tytuł oryginału: Rock Chick Revolution

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Barbara Milanowska/Lingventa

Redakcja techniczna i skład weersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska

Zdjęcie na okładce: © Sergio Goncharoff/Dreamstime.com

Copyright © 2013 by Kristen AshleyAll rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2022

© for the Polish translation by Ewa Skórska

ISBN 978-83-287-2097-8

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2022

– fragment –

Dedykuję tę książkę Kerrie Gisborne, która z mojej czytelniczki stała się przyjaciółką. Była pierwszą fanką spoza mojej ekipy – i cieszę się jak diabli, że stała się jej częścią. I że ja mogłam stać się członkiem jej gangu. Tęsknię za tobą, Kerrie.

Prolog Już nic więcej

Obudziłam się w hotelowym pokoju, nago. Za mną leżał mężczyzna.

Przytulający się do mnie całym ciałem.

Ren zawsze tak leżał.

Chociaż nie, nie zawsze. Czasem leżał na plecach i wtedy przytulał mnie do swojego boku. A czasem leżał na boku i przytulał mnie przodem do siebie. Czasem ja przywierałam do jego pleców, a wtedy on przyciskał moje dłonie do swojej piersi, nawet przez sen, i nie miałam szansy ucieczki.

Maksymalny kontakt cielesny.

Uwielbiałam to.

Problem w tym, że dla mnie był tylko gościem, z którym lubiłam sypiać, kumplem od bzykania.

Lorenzo „Ren” Zano sądził inaczej.

„Bawiliśmy się” w ten sposób przez ponad rok. Ren próbował mnie przekonać, że między nami jest coś więcej, ja się nie zgadzałam.

Chociaż nie, znowu nie tak: Ren nie próbował mnie co do tego przekonać – po prostu sam był przekonany i przez ostatnie osiem miesięcy zachowywał się jak mój facet – jeśli oznacza to, że zachowujesz się despotycznie, wkurzająco i obcesowo, mówiąc ci, co masz robić, a czego nie.

Miesiące wcześniej próbował mnie przekonać, że powinniśmy zgłębić to, co było między nami. Najwyraźniej zrezygnował z przekonywania i po prostu postanowił być moim chłopakiem, nawet jeśli się na to nie zgadzałam.

Problem z moim „niezgadzaniem się” polegał na tym, że zwykle robiłam z Renem różne rzeczy, które robiłabym ze swoim facetem. Na przykład kłóciłam się. Od czasu do czasu jadłam z nim kolację i rozmawiałam. Sypiałam z nim i spędzałam z nim noce. Zupełnie jakby był moim facetem.

– Wiem, że nie śpisz.

Przewróciłam oczami.

Ren zawsze budził się przede mną i zawsze wyczuwał, że już nie śpię.

Z wyjątkiem naszego najpierwszego razu.

A ponieważ to, co się stało wtedy, gdy ten jeden raz obudziłam się jako pierwsza, prawie mnie zabiło, wolałam o tym nie myśleć.

I zawsze gdy wyczuwał, że już nie śpię, rozpoczynał Rozmowę (dokładnie tak, wielką literą, ponieważ traktował te Rozmowy bardzo poważnie i tak też je prowadził, na co również się nie zgadzałam).

Zwykle nasze Rozmowy wracały do tego, o co się kłóciliśmy, zanim się na niego rzuciłam. Albo zanim on rzucił się na mnie i przechodziliśmy do kilku godzin szalonego, obezwładniającego, odświeżającego seksu, po którym zapadaliśmy w sen.

I sądząc z jego tonu, dzisiaj nie miało być inaczej.

– Potrzebuję kawy – oznajmiłam.

– Przyniosę ci, jak już porozmawiamy.

Nie mówiłam?

Rozmowa przed duże R.

I despotyzm.

– Zano, nie chcę rozmawiać.

Położył mi dłoń na brzuchu i przekręcił się, leżałam na plecach, on zawisł nade mną. Potem wcisnął mnie głębiej w pościel, przygniatając prawie całym ciałem, częściowo wsparty na łokciach.

Dowód numer 1: Ren często przyjmował pozycję dominacji, zwykle po to, żeby dać wyraz swojemu despotyzmowi i obcesowości. Na przykład teraz, gdy przyciskał mnie plecami do łóżka i unosił się nade mną, choć powiedziałam, że wcale nie chcę rozmawiać.

Spojrzałam mu w oczy.

Były takie piękne…

Żeby się od nich uwolnić, zacisnęłam powieki.

Ale i tak wciąż je widziałam.

Jego oczy, włosy, twarz i inne części anatomii, które zwykle wiodły mnie do zguby, kiedy to rzucałam się na niego nawet w ferworze kłótni. Nie broniłam się też zbytnio, gdy on rzucał się na mnie.

Był Włochem czystej krwi. Mógł mieszkać w Stanach, być Amerykaninem czwartej generacji, jego rodzina mogła mówić po angielsku, ale i tak byłam prawie pewna, że wciąż myślą, że są na Sycylii, chociaż mieszkali w Englewood w Kolorado. Z wyjątkiem Rena i jego kuzyna, Dominica Vincettiego – oni mieszkali w Denver, kawałek drogi stąd na północ.

Ren był bardzo wysoki, wyższy ode mnie, a ja naprawdę byłam wysoka jak na kobietę.

I miał świetne ciało. Wąskie biodra, których umiał używać, szerokie ramiona, z których również robił dobry użytek, był wspaniale umięśniony.

Ale nie chodziło tylko o ten niesamowicie seksowny wygląd – chodziło o to, że on zawsze był sobą, skoncentrowany, odcięty od rzeczy niepotrzebnych, wysportowany. Zajebisty.

No i wreszcie, miał niesamowite mięśnie brzucha i bioder, które powinnam uwiecznić na zdjęciach i przesłać do muzeum. Były tak doskonałe, że należało je upublicznić.

Aha: do tego gęste ciemne włosy, których przyjemnie się dotykało, a jeszcze przyjemniej wsuwało się w nie palce, gdy on wsuwał mi język w usta.

To wszystko było wspaniałe, ale najbardziej działały na mnie trzy rzeczy.

Oczy – w pięknym kolorze espresso, tak mocnym i głębokim, że trzeba było uważać, żeby nie zatracić się w nich bez reszty.

Pewność siebie – nie arogancja i nie zarozumiałość. Był świadom swojego umysłu i swego ciała, wiedział, co lubi i czego chce, i czuł się z tym wszystkim pewnie. Był na luzie i emanował tym. Niczym gwiazda rocka, tylko bez gitary i w garniturze.

To było fenomenalne.

I wreszcie: świetnie się ubierał. W pracy nosił eleganckie garnitury od krawca, poza pracą dżinsy i czasem podkoszulki, choć zazwyczaj koszulę albo sweter, wyglądając w tym odjazdowo.

Jednak w jego przypadku wcale nie chodziło o ciuchy.

Chodziło o męskość.

Ren Zano był cholernie męski.

A ja, niestety, bardzo lubiłam męskich facetów.

I miałam słabość do mężczyzn w garniturach.

Nie lubiłam tylko, jak ktoś był wkurzający, obcesowy i despotyczny.

Nie lubiłam też gości, którzy ostatecznie złamaliby mi serce, nawet jeśli teraz im się wydaje, że tego nie zrobią.

Ja wiedziałam, że zrobią.

Usłyszałam jego mocny, głęboki i słodki głos:

– Ally, skarbie, ostatnia noc dowiodła, że musimy się wreszcie określić, raz na zawsze.

Używał tego swojego słodkiego głosu, a to najbardziej na mnie działało. I dobrze o tym wiedziałam, bo gdy używał go w czasie kłótni, wkrótce potem się na niego rzucałam.

Otworzyłam oczy.

– Nie ma czego określać.

– Zwariowałaś?

Często o to pytał.

– Nie. – Zawsze tak mu odpowiadałam.

Przycisnął lekko dłoń do mojego brzucha i nachylił się bliżej.

– Skarbie, powiedzmy to sobie jasno, że poprzedniej nocy się wpierdoliłaś. Wpieprzałaś się już wcześniej, ale teraz zrobiłaś to już totalnie. Potrzeba będzie mnie, wujka Vito, obu twoich braci, Marcusa i, kurwa, każdego, kogo się tylko da, żeby chronić twój tyłek po tym, co odwaliłaś poprzedniej nocy.

To doprowadziło do tej części Rozmowy, w której robiłam się zła, co z kolei prowadziło do tej, w której wrzeszczałam; wtedy następowała ta, w której krzyczał Ren, następnie dochodziło do kulminacji, w której ja wychodziłam gwałtownie, trzaskając drzwiami, albo uprawialiśmy gwałtowny, namiętny seks, po którym ubierałam się i wychodziłam.

– Poprzedniej nocy uratowałam Faye – przypomniałam sucho.

– Poprzedniej nocy znalazłaś się na radarze kilku cholernie poważnych gości.

– Dostali to, czego chcieli.

– Mają cię na radarze. A nie chcesz, żeby któryś z tych ludzi w ogóle wiedział, że istniejesz. A już na pewno nie chcesz, żeby wiedzieli, że masz dostęp i umiejętności. Niepotrzebnie się w to pakujesz, Ally, bo to nie jest twoje życie, ty się tym tylko bawisz. Nie masz poważnej siatki kontaktów, nie masz zaplecza, nie masz doświadczenia. Jak na razie jedyne, co masz, to fart i upór. To pierwsze w końcu się skończy z powodu tego drugiego i wtedy dopiero znajdziesz się w tarapatach.

Nie usłyszałam wszystkiego, co powiedział, bo utknęłam na słowie blisko początku.

Że się bawię.

– Bawię się? – szepnęłam ostrzegawczo.

Wiedziałam, że wyczuje to ostrzeżenie, bo chociaż spotykaliśmy się tylko na seks, to przez cały zeszły rok spędziliśmy ze sobą tyle czasu, że umiał odczytywać moje emocje.

I wiedziałam, że odczytał je teraz, bo położył swoją długą umięśnioną nogę na mojej i nachylił się jeszcze bliżej.

– Ally…

– Bawię się? – Podniosłam głos i zmrużyłam oczy.

– Dostajesz za to pieniądze? – spytał.

– Dostaję co innego.

– W takim razie to nie jest praca, Ally. To hobby, przy czym niebezpieczne. I mówię ci już po raz ostatni, że musisz z tym wreszcie skończyć.

Zmrużyłam oczy jeszcze bardziej, zaczęło mnie palić w piersi i otworzyłam usta, żeby przejść do tej części Rozmowy, w której krzyczę.

***

Przewiń wstecz

Ale zatrzymajmy się na chwilę.

Nazywam się Allyson Nightingale, ale wszyscy mówią mi Ally.

Jestem rockową laską, słowem i czynem.

Wielbię rock’n’rolla i żyję jak rockmanka – robię, co chcę, kiedy chcę i jak chcę (chyba że pracuję jako barmanka albo pomoc baristy), z tą różnicą, że mam dużo mniej hajsu.

Razem z moją najlepszą przyjaciółką Indią „Indy” Savage (teraz Nightingale, bo niedawno wyszła za Lee, mojego brata) mamy gang rockowych lasek. Mamy, bo jesteśmy tam liderkami, a ponieważ my jesteśmy rockowymi laskami, to one również.

Tak to działa.

Indy i ja zaczęłyśmy tę tradycję i chociaż niektóre z nich nie są tak szalone jak my, pozostają rockowymi laskami do szpiku kości.

I jeszcze bardziej.

***

Moi bracia, Henry „Hank” Nightingale i Liam „Lee” Nightingale, obaj starsi ode mnie, nie należą do gangu (ponieważ są facetami, a facet może zostać rockową laską tylko wtedy, kiedy jest gejem).

Hank jest gliną i twardzielem, a Lee jest twardzielem z zawodu.

Mój tata też jest gliniarzem, tak samo jak jego ojciec – dziadek zginął na posterunku.

Twardzielstwo i odwagę mamy we krwi.

Po prostu odziedziczyłam to w genach.

Problem tylko w tym, że nikt nie chce tego zrozumieć.

***

Jakieś dwa lata temu Indy znalazła się w kłopotach. Prowadzi księgarnię z używanymi książkami o nazwie Fortnum i serwuje kawę – w sumie gdyby nie mieli kawy, byłaby w dupie, bo książki słabo idą.

Przykukała sobie baristę, Texa (najprawdziwszy świr, choć zwykle czarujący), który jest geniuszem latte, cappuccino i espresso. Maestro kawy, istny Yo-Yo Ma. A właściwie Yo-Yo Ma odstawiłby wiolonczelę w środku występu, żeby upić łyk kawy Texa, taka jest dobra.

No i kiedyś Rosie, barista, który pracował dla Indy przed Texem, zrobił coś głupiego i wciągnął w to Indy. A ponieważ Indy jest moją przyjaciółką od zawsze (nasi rodzice się przyjaźnili i, o czym już mówiłam, wyszła za mąż za mojego brata), to oczywiste, że ja też dałam się wciągnąć.

A właściwie weszłam w to od razu.

Nigdy nie stroniłam od kłopotów, a większość z nich, powiedzmy to sobie szczerze, sama prowokowałam.

Gdy Indy znalazła się w kłopotach, a ja w to weszłam, szukałyśmy zaginionego Rosiego. Nikt nie potrafił go znaleźć, a jednak mnie się udało.

Wtedy połknęłam haczyk – zrozumiałam, że tak jak ojciec i bracia po prostu mam do tego smykałkę.

Wrodzony talent.

Dlatego dalej się tym zajmowałam.

***

Nie jestem głupia.

W międzyczasie wiele się nauczyłam. Początkowo pomagałam tylko przyjaciołom w potrzebie, rozglądałam się i znajdowałam dowody na zdradę ekspartnerów i takie rzeczy.

I zawsze byłam w tym dobra.

Moje przyjaciółki polecały mnie swoim przyjaciółkom.

I w końcu zrobiło się poważnie.

A ponieważ jestem Nightingale, nie uciekam, gdy robi się poważnie. Nie ma takiej opcji.

Poza tym Ren się mylił. Miałam potężną siatkę kontaktów i poważne zaplecze.

Miałam ludzi, którzy mi pomagali.

***

Jednym z moich partnerów był Darius Tucker, bardzo bliski przyjaciel Lee (i mój także), wspaniały facet, którego uwielbiałam od czasów szkolnych. Był naprawdę świetny, serdeczny, wierzył we mnie i był moim wsparciem.

Kiedyś był dilerem narkotyków, obecnie działał jako prywatny detektyw w firmie mojego brata, Nightingale Investigations.

Chociaż wyszedł z „biznesu”, nadal znał wszystkich, jeśli nie osobiście, to przynajmniej wiedział o nich wszystko.

Moim drugim partnerem był Brody Dubben, drugi przyjaciel do grobowej deski. Miał w sobie więcej z chłopaczka niż mężczyzny, nawet jeśli jego wiek wskazywałby na coś innego, i panował nad komputerami jak Yo-Yo Ma nad wiolonczelą, Stephen Hawking nad równaniami, a Tex nad ekspresem do kawy.

Jednym słowem, obaj byli partnerami, których człowiek naprawdę chciałby mieć w swoim teamie.

***

Zeszłej nocy dowiedziałam się, że inna moja znajoma, Faye, ma zostać pogrzebana żywcem, bo ojciec jej chłopaka jest fiutem.

Nie pytajcie, pojebana historia.

Tak czy inaczej, ktoś musiał interweniować. A ponieważ monitorowałam tę sprawę od dość dawna, tym kimś musiałam być właśnie ja.

Interweniowałam.

I uratowałam jej życie.

***

Musiałam jednak przyznać (tylko przed sobą), że Ren miał rację.

Goście, którzy w tym siedzieli (w tym ojciec chłopaka Faye), nie byli dobrymi ludźmi.

To na pewno.

***

Przewiń w przód, wciśnij „play”.

– …I mówisz mi to ostatni raz?! – krzyknęłam do Rena.

– Skarbie…

Walnęłam go w ramiona, odrzucając go, co dawało mi szansę zejść z łóżka.

– Nie mów tak do mnie!

Postawiłam stopę na podłodze i na tym się skończyło, bo Ren objął mnie w pasie i z powrotem wciągnął na łóżko.

A potem nakrył mnie swoim ciałem.

Efektywny zabieg, który często stosował w czasie Rozmów – bo chociaż mogłam kopnąć go w genitalia, nie chciałam tego robić – lubiłam jego genitalia w chwilach, kiedy się nie żarliśmy.

Poza tym był znacznie cięższy, większy i silniejszy, co zostawiało mnie zupełnie bez szans.

Dowód numer dwa – Ren nie miał żadnego problemu z wykorzystywaniem swojej przewagi fizycznej, żeby mnie wkurzyć, zachowując się obcesowo i despotycznie.

– Złaź ze mnie – zażądałam.

– Posłuchaj.

– Złaź ze mnie – powtórzyłam, podrzucając biodrami.

Nie zamierzał.

Ja pierdolę!

Ujął dłońmi moją twarz, nachylił głowę tak, że widziałam już tylko jego twarz, i użył głosu, którego nigdy wcześniej nie używał.

Głębokiego, mocnego i słodkiego, ale również ciężkiego, co trochę mnie uderzyło:

– Ally, skarbie, posłuchaj mnie. Zależy mi na tobie, dużo dla mnie znaczysz i nie chcę cię oglądać w pudle kilka metrów pod ziemią, i to bez butli z tlenem, która cię utrzyma przy życiu, zanim cię znajdę. Rozumiesz?

Zależało mu na mnie.

Dużo dla niego znaczyłam.

Może nawet tak było.

Sęk w tym, że na kimś innym zależało mu znacznie bardziej.

– Rozumiem, że jesteś apodyktycznym, wkurzającym draniem, który myśli, że może mi mówić, co mam robić, chociaż tyle razy powtarzałam, że to moje cholerne życie i mogę z nim robić, co tylko chcę.

Coś przemknęło w jego oczach tak szybko, że nie zdążyłam tego uchwycić, i powiedział:

– Ally…

– A teraz ze mnie zejdź. Mam coś do zrobienia. Muszę wracać do domu.

Przycisnął mnie jeszcze bardziej.

– Skończymy to teraz.

– Proszę bardzo – zgodziłam się szybko. – Możemy nawet uznać, że już skończyliśmy. Zostaw mnie w spokoju i uznamy to wszystko za skończone – rzuciłam sarkastycznie.

Na jego twarzy pojawił się wyraz, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Nie było w nim słodyczy ani nawet zniecierpliwienia.

Wyłącznie furia.

Oglądałam go już wcześniej w złości, widziałam go, jak był wściekły.

Zazwyczaj jego gniew był namacalny i potrafił wypełnić pokój.

Ale tym razem to było coś innego.

Powietrze nie zrobiło się gęste – całkowicie znieruchomiało.

Przeraziło mnie to.

– Właśnie ci powiedziałem, że dużo dla mnie znaczysz, a ty nie dasz mi nawet dwóch minut, żebyśmy to przegadali? – spytał ze złowrogim spokojem.

– Nie, bo wynik tej rozmowy, który byłby do przyjęcia dla ciebie, będzie nie do przyjęcia dla mnie i dlatego nie będziemy w ogóle rozmawiać.

Pokręcił głową, wciąż wściekły.

– Nie, posunęłaś się znacznie dalej. Właśnie skończyłaś ze mną, jakby było ci wszystko jedno.

– Bo tak jest – warknęłam (kłamiąc).

– Gówno prawda – odpalił (wiedząc, że kłamię).

– Ile razy mam ci to jeszcze mówić, Zano? Tylko się pieprzymy.

Znowu pokręcił głową, kciukiem przesuwając po moim policzku; jego twarz znalazła się tak blisko mojej, że prawie muskał mnie wargami.

– Nie, skarbie, to nieprawda. Miałem już laski, z którymi się wyłącznie pieprzyłem, i żadna z nich nie wyglądała jak ty, gdy w ciebie wchodzę, i to za każdym razem, kiedy to robię. Jakbyś właśnie odzyskała utracony kawałek siebie.

Szlag.

Możliwe, że faktycznie tak wyglądałam.

Bo kiedy we mnie wchodził, tak się czułam.

Odwróciłam wzrok.

– Spójrz na mnie – polecił.

– Złaź – zażądałam.

Nie odezwał się.

Czekałam w nadziei, że może to będzie właśnie ten dzień, w którym Ren zrezygnuje z dalszej Rozmowy, zsunie się ze mnie i poczeka na kolejną kłótnię.

Niestety, nic tego nie wróżyło i wiedziałam to od razu, gdy się odezwał.

– Twoi bracia już pewnie wiedzą. I gdy wbijesz do Denver, dostaną szału.

– Przeżyją.

– Ally, jeśli myślisz, że tym razem się z tego wyłgasz, to się mylisz. Lee i Hank wiedzą o wszystkim, co się dzieje w mieście, i od samego początku wiedzą, co robisz. Trzymali się z daleka, ale mieli rękę na pulsie, trochę cię obserwując, trochę osłaniając. Ale nigdy nie weszłaś aż tak głęboko i nie zapędziłaś się aż tak daleko.

Znów na niego spojrzałam.

– Na wypadek, gdyby ci to umknęło, Zano: nie jestem serialową Nancy Drew, która rozwiązuje zagadki kryminalne w ramach hobby po szkole. Jestem dużą dziewczynką. Zdaję sobie sprawę, że moi bracia wiedzą, i mam gdzieś ich opinię.

Coś błysnęło w jego pięknych oczach; po furii nie zostało ani śladu, a głos znowu był słodki.

– Skarbie, próbuję ci wytłumaczyć, że tym razem sprawy wyglądają inaczej. I jeśli wcześniej martwiłem się tym, co robisz, teraz jestem, kurwa, zaalarmowany.

I wtedy… wtedy coś się ze mną stało.

Nie wiem, co mnie napadło. Może chodziło o nowy ton jego głosu, a może o wyraz twarzy? Może jego ciepłe, mocne ciało, wciskające mnie w łóżko po całej nocy odświeżającego seksu? Albo świadomość, że na wieść o tym, co się dzieje, jechał kilka godzin z Denver do Carnal w górach, gdzie cały ten syf miał miejsce, tylko po to, żeby mnie zabrać? A może o to, że faktycznie brzmiało to tak, jakby mówił szczerze?

Cokolwiek to było, sprawiło, że zrobiłam coś, czego nie zrobiłam nigdy przedtem.

Przyznałam mu rację.

– Zrozumiałam.

Zamrugał zdziwiony.

– Zrozumiałaś?

Skinęłam głową, nie planując tego powtarzać.

Patrzył uważnie, a na jego twarzy wciąż był niepokój.

– Może byłoby dobrze, żebym wiedział, co konkretnie zrozumiałaś?

To była dziwna prośba w przypadku ludzi, którzy „tylko się pieprzą”, i musiałam przyznać, że trochę wyszliśmy poza ramy. Właśnie to Ren wielokrotnie próbował mi udowodnić: że tak naprawdę nie tyle się pieprzyliśmy, ile po prostu byliśmy razem. Z tą różnicą, że nie chodziliśmy na randki i nie bywaliśmy u swoich rodzin… na razie.

Chodziło też o to, jak dobrze on znał mnie, a ja jego. Był uważny, i w łóżku, i poza nim. Ja również.

Dlatego w pytaniu, które zadał, nie było nic dziwnego.

– Że ci goście są łajdakami – wyjaśniłam. – I zdaję sobie sprawę, jak bardzo, bo kręcę się wokół nich od miesięcy. – Oparłam dłonie na piersi Rena i widziałam, jak jego twarz łagodnieje, a oczy robią się ciepłe. – Ale zakopali Faye żywcem. Zdawałam sobie sprawę z ryzyka i postanowiłam je podjąć, bo to moja znajoma. Udało się i wyciągnęliśmy ją żywą. Ledwie, ale jednak.

Położył mi rękę na szyi i przesunął kciukiem po moim gardle. To też było coś nowego – choć trzeba przyznać, że nigdy nie dawałam mu zbyt wielu okazji do okazywania uczuć. I miałam rację, bo to okazywanie okazało się cholernie miłe.

– Pewnego dnia wejdziesz na taką ścieżkę – przemówił łagodnie – że bez względu na wsparcie, jakie będziesz za sobą miała, oni i tak spróbują cię załatwić. Nie chcę, żebyś się tam znalazła, skarbie.

A ja nietypowym dla siebie, spokojnym głosem wyjaśniłam:

– Nie jestem kompletnie głupia: mam za sobą Brody’ego i Dariusa. Jestem ostrożna.

I to była niemalże prawda.

Przesunęłam rękami w górę jego piersi i badając ten nieznany teren intymności i zwierzeń, założyłam mu ręce na szyję i przyciągnęłam do siebie. Poddał się i jego twarz znalazła się jeszcze bliżej.

– Lubię to, Ren. Naprawdę. Próbowałam już w życiu wielu rzeczy. Skończyłam studia i jestem dyplomowanym technikiem radiologii. Robiłam paznokcie. Teraz mam trzydzieści dwa lata, pracuję na pół etatu w księgarni i na cały, mieszając drinki, i żadnej z tych rzeczy nie lubię tak jak tego, czego nie chcesz, żebym robiła. Robię to, bo to lubię, chociaż wiem, że wielu osobom, nie tylko tobie, to się nie podoba. Właśnie dlatego – ponieważ lubię to robić. Bo to jest zajebiste. I czuję, że wreszcie zrozumiałam, kim chcę być. Że w końcu znalazłam siebie.

Przyglądał mi się i po raz pierwszy nie odezwał się ani słowem.

– Wiem, że przejmujesz się tymi gośćmi z wczoraj – podobnie jak Darius, Brody i ja. Ale podjęłam skalkulowane ryzyko, żeby uratować znajomą. Będę na siebie uważać i mam ludzi, którzy też będą na mnie uważać. Wszystko będzie dobrze.

Nadal mi się przyglądał, ale ja nie miałam już nic więcej do powiedzenia.

W końcu przemówił.

– Ujmę to tak: gdybyś powiedziała to wszystko, tak jak właśnie zrobiłaś, zamiast na mnie wrzeszczeć tak, że by cię uciszyć, trzeba ci wklepać, może dotarłoby to do mnie już dziesięć miesięcy temu.

Roześmiałam się.

Może dlatego, że to faktycznie brzmiało zabawnie.

I dlatego, że było w tym jeszcze coś, co mi się podobało – że nie tylko mnie słuchał, ale usłyszał i zrozumiał.

Gdy przestałam się śmiać, zobaczyłam, że Ren patrzy na mnie z uśmiechem.

Moje serce zabiło mocniej.

Rzadko miałam okazję widzieć jego uśmiech: zwykle albo się kłóciliśmy, albo jego usta robiły inne rzeczy.

A w tej chwili ten jego uśmiech przeszył mnie na wylot.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach pojawiło się coś, co nie do końca zrozumiałam, choć wydawało mi się to ważne.

I chyba już miał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie i milczał.

Dlatego ja się odezwałam.

– Przyjechaliśmy tu z chłopakami bez niczego i mam w domu trochę roboty, więc może się ruszmy?

– Słusznie. Po drugiej stronie ulicy jest sklep, pójdę kupić szczoteczki do zębów i całą resztę. Mają tu też kawiarnię. Chcesz zrobić kawę tutaj czy wolisz, żebym ci przyniósł prawdziwą?

Nigdy nie robiliśmy czegoś takiego, nigdy nie rozmawialiśmy prawie normalnie o zwykłych rzeczach.

I trochę ogłuszyła mnie ta jego troskliwość.

Chociaż nieprawda.

Wiedziałam, że należy do troskliwych facetów, bo nie raz przejawiał takie skłonności. Na przykład wtedy, gdy zjawiłam się w jego domu nad ranem po szychcie w barze, a on zapytał, czy jestem głodna, i zobaczyłam, że przygotował całą michę sosu do spaghetti i cannelloni i podgrzał dla mnie. I wiedziałam, że raczej nie robił tej fury żarcia tylko dla siebie, przygotował się, żeby mnie nakarmić.

Ale poza jedzeniem nigdy nie przejawiał wobec mnie troskliwości.

Może dlatego, że nie dawałam mu szansy.

Z wyjątkiem ostatnich świąt, kiedy to był naprawdę, ale to naprawdę troskliwy.

Więc może jednak gapiłam się na niego osłupiała nie tylko z powodu tej troskliwości.

Może bardziej dlatego, że ta troskliwość mnie wzruszyła.

– Yy… – zaczęłam i urwałam, bo chwilę mi zajęło, żeby się z tego otrząsnąć – jak miło byłoby mieć coś takiego z Renem. – Możemy najpierw napić się kawy tutaj, a prawdziwą kupić w drodze do domu. Ale szczoteczka do zębów by się przydała.

– Jasne – wymruczał, nachylił się i dotknął wargami moich ust, bez żadnego powodu. Coś, czego też nigdy przedtem nie robił.

Odchylił się, zsunął ze mnie i wstał z łóżka. Przykrył mnie kołdrą i zaczął się ubierać.

Przyglądałam mu się i straciłam zdolność myślenia o czymkolwiek. Po prostu leżałam, napawając się każdą chwilą tego spektaklu (oraz ciepłem, które we mnie budził).

Spektakl wypadł tak dobrze, że niektóre partie odtwarzałam sobie w głowie po zakończeniu, dlatego okazałam się łatwym celem, gdy Ren wrócił do łóżka.

Objął mnie ręką za szyję, podciągnął do góry i znowu dotknął ustami moich ust.

– Zaraz wracam – wymruczał.

Uśmiechnął się do mnie, spojrzał ciepło i wyszedł.

Bardzo długą chwilę po prostu wpatrywałam się w drzwi.

A potem wróciło do mnie to imię, które wymruczał w moje włosy rok temu… gdy leżeliśmy w łóżku, nadzy, gdy mnie obejmował przez sen…

Imię, które nie było moje.

I przypomniałam sobie, że to wszystko teraz nie działo się naprawdę.

Szczerze wierzyłam, że Ren naprawdę chciałby, żeby tak było.

Ale wiedziałam, że nigdy się tak nie stanie – nie tak, jak bym chciała.

Dlatego otrząsnęłam się z myśli o cieple i troskliwości, wyskoczyłam z łóżka i zabrałam się za robienie kawy.

Gdy wrócił, byłam pod prysznicem. Dołączył do mnie w łazience.

Ja, mokra i namydlona, i Ren, nagi i mokry – znowu dużo się działo, a w tym „dużo” zawierał się mój orgazm na kafelkach w łazience w motelu niewielkiego miasteczka w górach Kolorado.

Jak każdy orgazm, do którego doprowadzał mnie Ren, ten również był zajebisty.

Byłam już w staniku i majtkach, a Ren w bokserkach, staliśmy przy małej umywalce i myliśmy zęby, ja spięta i czujna, żeby nie roztkliwiać się nad tą nieznaną mi intymnością, gdy Ren zrobił coś, dzięki czemu mogłam raz na zawsze zlikwidować to „my”, o które tak cisnął.

Wypluł pastę, wypłukał usta i spojrzał na mnie w lustrze, gdy wycierał twarz ręcznikiem.

– Zostałem zaproszony na ślub Avy i Starka. Wiem, że pewnie będziesz tam druhną, ale chcę, żebyś poszła ze mną.

Wciąż ze szczoteczką w ustach utkwiłam wzrok w jego oczach i wszystko we mnie zamarło.

Zmusiłam się, żeby wyjąć szczoteczkę z ust, i spytałam przez pianę:

– Jaja sobie robisz?

Ściągnął brwi i odparł krótko:

– Nie.

Nachyliłam się i wyplułam pastę.

– Powiedz, że tak – warknęłam.

Odchylił się, złożył ręce na piersi i wymamrotał tonem, który mówił, że jest wkurzony i że nie spodziewa się po mnie odpowiedzi:

– Jezu, co cię znowu ugryzło?

Więc jednak.

Robił sobie jaja.

I wtedy poczułam nie złość, a ból.

Tak wielki, że mój głos zabrzmiał cholernie słabo, gdy powiedziałam:

– Co mnie ugryzło? Może to, że zapraszasz mnie na ślub kobiety, którą kochasz? Może właśnie to – mój głos załamał się na tym słowie – może właśnie to mnie ugryzło.

Zobaczyłam szok na jego twarzy.

– Co, kurwa? – szepnął.

– Dlatego nie – odszepnęłam, chociaż ból nie chciał odpuścić i głos mi drżał. Ale już nic nie mogłam na to poradzić; nie miałam nawet szansy, żeby spróbować. – Nie pójdę z tobą na ślub Avy i Luke’a. Jak również po czymś takim cały ten szajs, całe to „ja i ty”, jest skończony. Koniec. Nie będziemy się już więcej po prostu pieprzyć. Nie będziemy robić już nic więcej.

I po tych słowach nie tyle wymaszerowałam z łazienki, ile wybiegłam.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz