Słodki Romeo - Tillie Cole - ebook + książka

Słodki Romeo ebook

Cole Tillie

4,0
39,90 zł

Opis

Molly Shakespeare i Romeo Prince. Tych dwoje ludzi z zupełnie innych światów połączyło uczucie, które nigdy nie powinno się między nimi pojawić. Średniozamożna Angielka, zbyt wcześnie osierocona i od zawsze samotna, pochłonięta studiowaniem filozofii, kompletnie nie pasuje do rozchwytywanego przystojniaka, wschodzącej gwiazdy sportu, a do tego potomka rodziny z tradycjami i dziedzica wielkiej fortuny. A jednak w tym nieznośnym chłopcu Molly odnajduje miłość swojego życia.

Niezwykłą historię tej nietypowej pary znasz już z pierwszego tomu serii, Słodki dom. Została opowiedziana przez Molly. Czytałaś o jej samotności, odwadze, fascynacji pięknym młodzieńcem i o tym, jak trudno stawić czoła konsekwencjom podjętych decyzji. Nie zrozumiesz jednak do końca tej opowieści, jeśli nie spojrzysz na nią oczami Romea. Musisz się dowiedzieć, jak wiele odwagi wymagało zbuntowanie się przeciwko rodzinie, która zaplanowała mu przyszłość u boku starannie wybranej żony. Tyle że nie miała nią być mądra Molly Shakespeare.

To jest zupełnie inna opowieść, choć jej bohaterowie są Ci znani. Znajdziesz tu i ból, i krew, i brutalność. Podstępne zagrywki i nieszczere intencje. Rodziców, którzy w imię realizacji swoich celów są gotowi dokonać obrzydliwych czynów. Przede wszystkim jednak zobaczysz ogromną, bezgraniczną miłość, pełne oddanie i poświęcenie dla ukochanej osoby. Romeo opowiada o wszystkim wprost, bez cenzury, nie zataja tego, co powinno zostać przemilczane...

"Jesteś dla myśli jak dla życia jadło lub słodkie deszcze wiosenne dla ziemi..."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 490

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0



Tillie Cole

Słodki Romeo

Tytuł oryginału: Sweet Rome (Sweet Home #1.5)

Tłumaczenie: Marta Czub

ISBN: 978-83-283-4431-0

Copyright © Tillie Cole 2014

All rights reserved.

No part of this publication may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photography, recording, or any information storage and retrieval system without the prior written consent from the publisher and author, except in the instance of quotes for reviews.

No part of this book may be uploaded without the permission of the publisher and author, nor be otherwise circulated in any form of binding or cover other than that in which it is originally published.

Polish edition copyright © 2019 by Helion SA

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo postaci i zdarzeń opisanych w książce do rzeczywistych osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Materiały graficzne na okładce zostały wykorzystane za zgodą Shutterstock Images LLC.

Helion SAul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwicetel. 32 231 22 19, 32 230 98 63e-mail: editio@editio.plWWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Dedykacja

Moim fantastycznym czytelnikom, którzy nie mieli dość Molly i Rome’a! Bez niewiarygodnej liczby Waszych esemesów, e-maili i postów ta powieść nigdy by nie powstała. Jestem dozgonnie wdzięczna za Wasze wsparcie.

Prolog

Tuscaloosa, Alabama

Obecnie…

Pędziłem zadyszany szpitalnymi korytarzami, serce waliło mi w piersi.

Pięć nieodebranych połączeń. Miałem, kurwa, pięć nieodebranych połączeń. Coś się stało Mol. Boże, byłem chory na myśl o tym, w jaki sposób wyszedłem. Zawsze się powtarza, żeby nie rozstawać się w gniewie na wypadek, gdyby ktoś już nigdy nie wrócił. Nikt się do tego nie stosuje, ale świadomość, że miałbym nigdy nie zobaczyć mojej dziewczynki, sprawiała, że aż mnie w środku skręcało z żalu.

Nogi zaczęły mi się plątać, gdy przedzierałem się przez kolejne korytarze, a czyste przerażenie odbierało mi oddech. A jeśli stało się coś złego? A jeśli okazało się, że operacja jednak się nie udała? A jeśli po naszej kłótni coś poszło nie tak? A ja zostawiłem ją samą, wkurzony na nią za jej depresję, zostawiłem ją, kurwa, samą, samiuteńką, za towarzystwo pozostawiając jej tylko czarne myśli.

Rezygnując z wiecznie zajętej windy, brałem po dwa stopnie naraz w drodze na czwarte piętro. Wpadłem jak burza na oddział i pobiegłem do sali, w której leżała Mol. Minąłem bez zatrzymania stanowisko pielęgniarek i choć słyszałem, że ktoś mnie woła, olałem to, chcąc jak najszybciej dotrzeć do mojej dziewczynki, do mojej Mol, żeby na własne oczy się przekonać, że nic jej nie jest.

Drzwi do jej pokoju były zamknięte, więc nacisnąłem gwałtownie na klamkę. Drewniane skrzydło otworzyło się i walnęło w ścianę. Zmroziło mnie na widok pustego pokoju: na łóżku leżała świeża pościel, podłoga śmierdziała lizolem, a spakowana torba zniknęła.

Zaczęły mi się trząść ręce i miałem wrażenie, że serce przestaje mi bić.

Nie! Nie, nie, nie, nie… Ona nie…

Zatoczyłem się do tyłu na drżących nogach i uderzyłem plecami we framugę. Nogi się pode mną ugięły i sekundę później z głuchym tąpnięciem uderzyłem tyłkiem w podłogę.

— Romeo? — Usłyszałem obok siebie czyjś głos, starający się zwrócić na siebie moją uwagę, ale nie byłem w stanie się skupić; wszystko docierało do mnie jak przez mgłę.

Czyjaś dłoń ścisnęła mnie mocno za ramię, wydobywając mnie ze stuporu.

— Romeo?

Nie byłem w stanie się ruszyć, nie byłem w stanie się odezwać.

— Panie Prince!

Podniosłem wzrok i zobaczyłem Marnie, pielęgniarkę Molly, która stała nade mną i patrzyła na mnie zaniepokojona.

— Gdzie… — Przełknąłem gulę w gardle. — Gdzie ona jest? Co się stało?

Marnie zbladła.

— Och, nie, skarbie! Pomyślałeś…? Nie, nie! Z Molly wszystko w porządku. Wszystko w porządku.

Na te słowa moje serce wróciło do życia.

— Co? — szepnąłem, bo musiałem usłyszeć to jeszcze raz.

— Z Molly wszystko w porządku, ale… — Jej spojrzenie złagodniało i zasnuło się smutkiem.

— Ale co? — Chciałem wiedzieć, wstając. Jej broda zadrżała nerwowo. — Jezu, Marnie! Ale co? — warknąłem ostrzej.

— Kilka godzin temu twoja mama złożyła pannie Shakespeare wizytę.

Serce we mnie zamarło i poczułem niekontrolowany przypływ wściekłości.

— Co zrobiła? — zapytałem.

Marnie odsunęła się przestraszona.

Cholera.

Cofnąłem się z zaciśniętymi pięściami.

— Co ta suka zrobiła?

— Ona… Zaatakowała ją, uderzyła… Została aresztowana, Romeo. Molly musiała złożyć zeznania.

— Kurwa! — Obróciłem się i walnąłem pięścią w ścianę. Cienki tynk pękł pod wpływem uderzenia. Zupełnie nie panowałem ani nad swoim oddechem, ani nad złością. — Gdzie jest teraz Mol, z gliniarzami?

Wzrok Marnie powędrował na moment na podłogę, a potem znów na moją spanikowaną twarz.

— Skarbie…

— Co? — spytałem szorstko. Nie podobał mi się jej ton. Miałem wrażenie, że pielęgniarka stara się mnie jakoś uspokoić, przygotować na złą wiadomość.

Zrobiła krok naprzód, wyciągając przed siebie ręce; chciała załagodzić sytuację.

— Skarbie… Ona…

Tracąc cierpliwość, jęknąłem i rozejrzałem się po pustej sali. Mój wzrok padł na wąskie łóżko i siłą rzeczy przypomniałem sobie załamaną twarz Molly, którą widziałem, gdy wychodziłem stąd dziś wieczorem. Molly wyglądała, jakby miała dość: dość mnie, dość naszej popieprzonej sytuacji… Dość życia.

Zaraz.

Rzuciłem ostatnie niewidzące spojrzenie przez nieduże okno i nagle do mnie dotarło…

Popatrzyłem na Marnie, która wyraźnie zmarkotniała. To wystarczyło za całą odpowiedź.

Molly mnie zostawiła. Uciekła. Uciekła, kurwa.

— Tak mi przykro, Romeo. Postarała się, żeby nikt nie widział, jak wychodzi. Wcześniej mówiła mi, że sobie nie radzi, więc chyba po prostu się załamała. Sprawdziliśmy zapis z monitoringu. Wyszła głównym wejściem i wsiadła do jakiegoś samochodu. — Marnie wpatrywała się we mnie ze współczuciem. — Miała ze sobą swoje rzeczy.

Serce stanęło mi w piersi. Nie byłem w stanie mówić, wyszedłem na korytarz i wyciągnąłem komórkę. Inne dyżurujące pielęgniarki przyglądały się mi ze współczuciem. Wybrałem numer Molly, ale ponieważ od razu włączyła się poczta głosowa, zostawiłem wiadomość:

Molly! Gdzie jesteś, kotku? Bardzo cię przepraszam za to, co powiedziałem, i że wyszedłem w taki sposób. Pielęgniarka właśnie mi powiedziała o mojej matce. Boże, Mol, podobno znów cię zaatakowała! Proszę, powiedz, gdzie jesteś… Opuściłaś szpital, nic nikomu nie mówiąc. Proszę, zadzwoń do mnie.

Pobiegłem do swojego dodge’a. Zastanawiałem się gorączkowo, do kogo powinienem zadzwonić i gdzie powinienem szukać.

Musiałem odnaleźć moją dziewczynkę.

***

— Mol! MOLLY! — darłem się, wbiegając po schodach akademika, ignorując krzyki i wołania dziewczyn, które mijałem na każdym piętrze. Musiała tu być. No bo gdzie indziej by była, do cholery?

Wpadłem do jej pokoju, z miejsca powalony rozpaczą. Nie było jej. Wszystko wyglądało jak wcześniej: pościel trochę pomięta w miejscu, w którym się kochaliśmy przed uroczystą kolacją, notatki z zajęć rozrzucone na wielkim biurku — i, mój Boże, na środku książka, którą czytała, jakby to była cholerna Biblia: zagięte strony, kolorowe karteczki pełne jej przemyśleń, akapity podkreślone wiersz za wierszem… Do tego to małe, bezcenne polaroidowe zdjęcie w roli zakładki.

Ten widok dobił mnie jak nic innego. Mimo obietnic nie zapewniłem jej bezpieczeństwa. Zawiodłem ją.

Walcząc z obezwładniającą rozpaczą, siadłem zgarbiony na łóżku i wbiłem spojrzenie w srebrny księżyc prześwitujący przez białe firanki; w tym dużym, pustym pokoju wypowiedziałem na głos swoje myśli:

— Gdzie ty się, kurwa, podziałaś, kotku?

Mój wzrok przykuły dwa zdjęcia na jej stoliku nocnym. Jedyne zdjęcia przy łóżku, a wręcz w całym pokoju. Na jednym byliśmy we dwoje i całowaliśmy się przed jakimś meczem; ona, ubrana w moją drużynową bluzę, obejmowała mnie nogami w pasie i trzymała mnie za szyję, uśmiechając się radośnie przy moich ustach. Na drugim widniała Mol jako dziecko, ze swoją babcią w Anglii. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, gdy wziąłem do ręki fotografię przedstawiającą małą dziewczynkę, która miała za dużo włosów i piegów, a do tego największe okulary, jakie w życiu widziałem. Ale mój uśmiech szybko ustąpił miejsca ogromnemu cierpieniu. Nie ma jej. Złamała, kurwa, daną mi obietnicę i mnie zostawiła. Żadna dziewczyna, żadna osoba, która należała do mnie, nie odchodziła. Za dużo spotkało Mol i gdy zrobiło się naprawdę źle, po prostu uciekła.

Gładziłem kciukiem tę słodką, uśmiechniętą, pięcioletnią buzię, a po policzku spłynęła mi łza i rozprysnęła się na szkle. Nie wiedziałem, co zrobić bez Mol; stała się całym moim światem. Z trudem wracałem myślami do czasów, kiedy nie było jej u mojego boku, kochającej mnie i dającej mi to, czego potrzebowałem. Jezu, było tak od dnia, w którym dosłownie wpadła w moje życie, olała trudności i skradła moje martwe serce.

Drzwi do pokoju uchyliły się i do ciemnego pomieszczenia weszła cicho Ally, moja kuzynka i jedna z najlepszych przyjaciółek Molly.

— Cześć, Rome — przywitała się łagodnym, ostrożnym głosem. Nie popatrzyłem na nią — nie byłem w stanie — a ona w końcu usiadła bez słowa obok mnie.

Wciąż wpatrywałem się w zdjęcie, gdy Ally wyciągnęła mi je z rąk.

— Bez dwóch zdań jest jedyna w swoim rodzaju, prawda? — stwierdziła ze smutnym uśmiechem.

Wypuściłem z napięciem powietrze z płuc i pokiwałem głową, z gulą dławiącą mi gardło odbierając jej ramkę.

Ally westchnęła i złapała mnie mocno za rękę.

— Uciekła?

Moje milczenie było odpowiedzią na jej pytanie. Głowa opadła mi z przygnębienia.

— Co ja, kurwa, bez niej zrobię, Al?

— Ona wróci. Jestem tego pewna. To wszystko po prostu ją przerosło. Cholera, założę się, że nigdy nie sądziła, iż ludzie pokroju twoich rodziców w ogóle istnieją, a tym bardziej, że mogłaby się znaleźć na ich celowniku. Większość ludzi nie wierzy, że ktokolwiek jest zdolny do takiego okrucieństwa. My po prostu wiemy, jaka jest prawda, to wszystko.

— Nie dam sobie bez niej rady. Nie jestem, kurwa, w stanie żyć, nie mając jej przy sobie. — W końcu popatrzyłem na Ally, której brązowe oczy przyglądały się mi bezradnie. — Lubię to, jaki przy niej jestem, kim jestem dzięki niej. Nienawidziłem gościa, którym wcześniej byłem.

— Ona wróci — powtórzyła Ally, tym razem bardzo stanowczo.

Ja nie byłem tego taki pewny.

— Nie mogę przestać myśleć o dniu, w którym się poznaliśmy. Odtwarzam go w kółko w myślach.

Ally roześmiała się i oparła się głową o moje ramię.

— Ja też go pamiętam.

— Zawsze miała coś w sobie, wiesz? Coś, czego chciałem, czego potrzebowałem. Nawet wtedy. Wiedziałem, że mnie zrozumie, jeśli tylko jej na to pozwolę. Widziałem w niej coś wyjątkowego, a ona we mnie.

— W takim razie nie zapominaj o tym, bo Molls na pewno też to czuła, nadal czuje. Jest po prostu w żałobie. Pomyśl o tym, jak dużo razem przeszliście. Po tym wszystkim nie zostawi cię na zawsze. Jesteście sobie przeznaczeni.

Kładąc się na niepościelonym łóżku i wpatrując się w sufit, pozwoliłem, żeby tłumiony wewnątrz gniew wydostał się na zewnątrz i warknąłem głośno:

— Kurwa!

Moje dłonie zacisnęły się, roztrzaskując szkło z ramki, ale zignorowałem przeszywający ból dłoni, zbyt zajęty oczyszczaniem ślicznej buzi pięcioletniej Molly, wysmarowanej teraz moją krwią.

— Jezu, Shakespeare — wychrypiałem, zahipnotyzowany jej karmelowymi oczami. — Gdzie ty, do cholery, zniknęłaś?

— Rome? — odezwała się cicho Ally.

— Co?

— Znów przepełnia cię złość. — Zamilkła na długą chwilę. — Nie chcę, żebyś znów taki był. W ostatnim czasie było z tobą dużo lepiej.

Nabrałem z bólem i drżeniem powietrza i powiedziałem:

— Dzięki niej. Było ze mną lepiej dzięki niej.

— W takim razie opowiedz mi o tym. Opowiedz mi o tym, jak się w sobie zakochaliście. Trochę wiem, ale nie znam całej historii. Porozmawiaj ze mną.

Usiadłem powoli i popatrzyłem mojej zmartwionej kuzynce w oczy.

— Nie wiem, czy potrafię, Al. Wszystko jest jeszcze takie świeże.

Ally pogładziła mnie kojąco po plecach.

— Dobrze ci to zrobi. Musisz pamiętać, dlaczego się zmieniłeś, co sprawiło, że zostaliście parą. Dobrze jest mówić. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś znów stał się Rome’em sprzed Molls. To wyglądało tak, jakbyś przez całe życie był odrętwiały, nigdy nikogo do siebie nie dopuszczał, a Molly wreszcie cię obudziła.

Czując palenie w piersi, zerknąłem na balkon — nasz balkon — a moje oczy zamgliły się pod naporem wspomnień.

— To… To chyba zaczęło się wiele miesięcy temu. Pamiętam wszystko tak dokładnie. To był dzień jak każdy inny…

Rozdział 1.

Uniwersytet Alabamy, Tuscaloosa

Kilka miesięcy temu…

Poczułem to w chwili, w której rzuciłem. Wyszło idealnie: odpowiednie podkręcenie, prędkość i kąt bez zarzutu. Patrzyłem z zapartym tchem, jak piłka szybuje w powietrzu, lecąc gładko przez boisko, by na koniec wylądować prosto w wyciągniętych rękach skrzydłowego Gavina Sale’a. To było szóste podanie w ciągu godziny, które wykonałem z taką dokładnością, i tym razem cała drużyna zamarła i wpatrywała się we mnie, gdy stałem nieruchomo na swojej pozycji.

Trener Dean podbiegł do mnie z dziwną miną i zaczął poklepywać mnie po ramieniu, aż skuliłem się i cofnąłem. Nie zauważył mojej reakcji — tego, że spodziewałem się, iż zada mi ból. Ucieszyło mnie to. Tata nie chciałby plotek.

— Rome! Jasna cholera, synu! W ciągu dwudziestu lat pracy na stanowisku trenera nie widziałem takiej ręki jak twoja! Rzucasz piłkę w taki sposób… Jak… pistolet miotający kule!

Od jego pochwały aż spuchłem z dumy. Wyprostowałem się, widząc, że wszyscy koledzy z drużyny kiwają przytakująco głowami.

Grałem dobrze w futbol. Byłem w czymś naprawdę dobry.

Być może nie byłem idealnym synem i najgrzeczniejszym dzieckiem na świecie, ale to, co teraz usłyszałem, oznaczało, że wcale nie byłem kompletnym nieudacznikiem, jak zawsze powtarzała mi mama. Znalazłem coś, w czym byłem dobry, a sądząc po reakcji trenera, lepszy niż większość.

Drgnęły mi mięśnie twarzy i poczułem, że wypływa na nią uśmiech; nieśmiały, ale jednak. To było coś, czego nigdy, przenigdy nie robiłem — wyrażanie radości — a kiedy Austin Carrillo, mój najlepszy kumpel i kolega z drużyny, podbiegł do mnie i przybił mi piątkę, pozwoliłem sobie na chwilę radości. Choć raz pozwoliłem sobie cieszyć się z tego, kim byłem: rozgrywającym, najlepszym, jakiego widział trener w ciągu dwudziestu lat pracy.

Mogłem sobie jednak darować tę radość, bo oczywiście w chwili, w której przestałem się pilnować, pojawił się on, aby wszystko mi odebrać.

Z boku boiska zatrzymał się duży srebrny bentley, z którego wysiadł mój tata: postawny, nachmurzony i przerażający. Wszyscy rodzice przerwali rozmowy i patrzyli, jak Joseph Prince odszukuje mnie wściekłym wzrokiem na boisku. Był ubrany w srebrnoszary garnitur i emanował czystą władzą. Inni rodzice trzymali się na dystans; mieszkańcy Tuscaloosy wiedzieli, że nie należy podchodzić do niego bez zaproszenia.

Jednak trener Dean chyba nie miał takiej wiedzy i na widok mojego ojca podbiegł do niego, ciągnąc mnie z radością za sobą. Oczywiście trener nie miał pojęcia o tym, co sądzi mój ojciec na temat mojego grania w futbol. Nikt nie miał. Trener nie wiedział, jak poważna czeka mnie kara, jeśli zostanę przyłapany na boisku, ani że wymknąłem się ze swojego pokoju na dzisiejszy trening, postępując wbrew nakazowi taty.

Podeszliśmy bliżej, a ja spuściłem głowę — nie byłem w stanie znieść gniewu w jego oczach.

— Panie Prince, tak się cieszę, że pan przyjechał. Muszę przyznać, że w ciągu całej swojej kariery zawodowej nie widziałem równie utalentowanego dziecka jak pański syn, a przecież on ma dopiero dziesięć lat! Naprawdę wierzę, że może dojść na sam szczyt. — Trener objął mnie ramieniem i ścisnął. — Pański chłopak będzie grał dla Tide, niech pan zapamięta moje słowa. Za osiem lat będziemy patrzeć, jak prowadzi Alabamę do mistrzostwa!

Wbijałem wzrok w ziemię, nie mając odwagi nawet na chwilę podnieść oczu.

— Wsiadaj do samochodu, Rome — rozkazał zimnym głosem ojciec, a mnie aż zmroziło. Wyswobodziłem się z uścisku trenera i wskoczyłem na tylne siedzenie, trzęsąc się, bo czarna skórzana tapicerka pod moimi nogami była bardzo zimna.

Zapiąłem pas i patrzyłem, jak plecy ojca napinają się podczas rozmowy z trenerem. Trener Dean przełknął wyraźnie ślinę, zszokowany tym, co powiedział mu ojciec. Na pewno mu mówił, że nie wrócę już na boisko, że nie mogę tracić więcej czasu na futbol, że jako Prince mam pewne obowiązki, a futbol do nich nie należy.

Mój ojciec zostawił osłupiałego trenera i odwracając się na pięcie, wrócił szybko do samochodu.

Zatrzasnął drzwi od strony kierowcy i uruchomił silnik. Siedziałem z nisko spuszczoną głową. Wiedziałem, że będzie na mnie patrzył w lusterku wstecznym, że jego brązowe oczy będą jarzyć się z wściekłości, więc przykleiłem brodę do mostka i unikałem jego wzroku.

— Doigrałeś się dziś, Romeo — stwierdził spokojnie.

Wzdrygnąłem się.

Romeo. Nienawidziłem tego imienia. Na jego dźwięk zawsze ściskało mnie w żołądku, a mój oddech przyspieszał. Zacisnąłem pięści, wbijając paznokcie w dłonie. Ostatnio często ogarniała mnie wściekłość, czasem tak wielka, że trudno mi było nad nią zapanować. Nie wiedziałem, jak sobie z tym radzić.

— Uważasz, że to było mądre wymykać się z domu i przychodzić tutaj, choć wiedziałeś, że ci nie wolno?

Nie odpowiedziałem. Byłem zbyt przestraszony, zbyt wściekły, żeby odpowiedzieć.

— Odpowiedz mi! — wrzasnął, waląc dużą dłonią w kierownicę.

— N-nie, ojcze, to nie było mądre — szepnąłem, starając się, żeby głos mi się nie załamał. Gdybym zaczął płakać, ojciec tylko by się roześmiał; to zawsze jedynie pogarszało sprawę. Mówił, że jestem słabeuszem.

A tata nienawidził słabości.

— Chcesz, żeby ludzie zaczęli gadać o tym, jak dobrze grasz w futbol? — Chciałem, ale nie takiej odpowiedzi ode mnie oczekiwał.

— Nie, ojcze.

— W takim razie od teraz rób to, co ci się mówi! Ile razy mamy to przerabiać? Mam plany względem Prince Oil, plany, które musisz zrealizować. Futbol jest nie do zaakceptowania, chłopcze!

Reszta drogi upłynęła w milczeniu. Gdy bentley zatrzymał się na podjeździe, wbiegłem szybko do domu i popędziłem prosto do swojego pokoju. Zwinąłem się na łóżku w kłębek, czekając na to, co nieuniknione.

I to, co miało nastąpić, nastąpiło. To był jedyny pewnik w moim życiu.

Po kilku minutach usłyszałem skrzypienie starych schodów, a zaraz potem w drzwiach mojego pokoju stanął ojciec. Nie miał już na sobie krawata i marynarki, a rękawy białej koszuli podwinął do łokci. Zawsze był spokojny, opanowany. Nigdy tak naprawdę nie widziałem go w szale. Im był spokojniejszy, tym bardziej się bałem.

A dziś był śmiertelnie spokojny.

Stłumiłem okrzyk, gdy spojrzał na mnie z wściekłością i pociągnął z trzaskiem za końce czarnego, skórzanego paska, który trzymał w dłoniach.

— Wstawaj, Romeo. Jeśli nie będziesz się stawiał, szybciej będziesz to miał za sobą. Musisz zostać ukarany za brak posłuszeństwa.

Nabrałem głęboko powietrza, podniosłem się z łóżka i stanąłem na środku pokoju. Zacisnąłem mocno powieki i wyciągnąłem przed siebie ręce, czekając na razy, które miały zaraz nadejść. Zniosę ból. Chciałem grać w futbol i za nic nie miałem zamiaru rezygnować z tego marzenia…

Otworzyłem gwałtownie oczy, zesztywniały od dawnych wspomnień, które nawiedzały mnie w snach. Serce waliło mi w piersi, a oddech się rwał.

„To był tylko sen… To był tylko sen” — powtarzałem sobie w kółko, odgarniając z oczu długie spocone włosy, biorąc głęboki wdech przez nos i usiłując za wszelką cenę się uspokoić.

Dźwięk budzika przerwał mój napad paniki — ustrojstwo wydobywało z siebie z ogłupiającym natężeniem irytującą melodyjkę.

— Uch! Miotacz, weź to wyłącz — jęknął kobiecy głos. Nie mając pojęcia, kogo tym razem zastanę obok siebie, pełen obaw podążyłem spojrzeniem za głosem. Na mojej nagiej piersi leżała… leżała… skąd miałem, kurwa, wiedzieć? Jakaś laska.

Poczułem znajomy niesmak i zacisnąłem powieki.

Cholera, musiałem skończyć z chlaniem i rżnięciem. Ten rok należał do mnie — najwyższy czas spoważnieć, skończyć z głupotami, przestać czuć się jak śmieć.

Uniosłem ostrożnie głowę i zbadałem stopień mojego kaca. Skrzywiłem się, oślepiony jasnym porannym słońcem wpadającym przez okno. Chryste Panie, co ja, do cholery, wczoraj piłem?

Laska znów jęknęła, gdy się poruszyłem, więc zepchnąłem ją z siebie. Jej skacowany tyłek spadł na materac, a ja zsunąłem się z łóżka, wzdychając z obrzydzeniem na widok zużytej gumki nasuniętej ciągle na mojego fiuta. Cudownie.

Cofając się myślami, usiłowałem sobie coś przypomnieć… Cokolwiek. Choćby najdrobniejszy szczegół na temat tego, kim ona, u licha, była. Ale nic mi nie przychodziło do głowy, tylko przebłyski imprezy i tego, że ktoś mnie prowadzi do mojego pokoju… A potem słodkie bzykanko.

Dzień w dzień to samo gówno.

Wstałem i przeciągnąłem się. Zauważyłem zmiętą czerwoną sukienkę na drewnianej podłodze, więc podniosłem ją i rzuciłem na goły tyłek Jane Doe.

— Idę pod prysznic. Nie krępuj się i sama znajdź drzwi.

Dziewczyna mruknęła coś niezrozumiale i na te słowa zaczęła się powoli budzić. Robiąc, co jej powiedziałem, założyła swoją skąpą sukienkę, zgarnęła buty i w drodze do wyjścia uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Do zobaczenia, Miotacz. Warto było czekać. Wszystkie plotki na twój temat są prawdziwe.

Cholera, wystarczy trzymać je krótko, a same będą przybiegać. Albo być głównym rozgrywającym Tide i robić, co ci się żywnie podoba. A laski same będą wracać w podskokach po więcej. To była atrakcja: bzykać się z wielkim Miotaczem Prince’em.

Po prysznicu założyłem spodenki i koszulkę treningową, wziąłem korki i zszedłem po schodach akademika na dół. Austin i Reece już na mnie czekali w kuchni, więc wziąłem z wyspy okulary przeciwsłoneczne i nasunąłem je na nos, pokazując środkowy palec Austinowi; ten śmiał się ze mnie, podając mi koktajl proteinowy. Ruszyliśmy razem do wyjścia.

— Czy ta laseczka, która właśnie wyszła, jest twoja, Rome? — zapytał Reece, prawie biegnąc, żeby dotrzymać tempa mnie i Austinowi w drodze na siłownię.

Wzruszyłem ramionami i odpowiedziałem:

— Nie jest moja, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że ją przeleciałem.

— Ale lepiej się zabezpieczaj — upomniał mnie Austin.

Cholerna racja. Ostatnie, czego chciałem, to żeby jakaś laska aspirująca do roli żony zawodnika NFL usidliła mnie na dzieciaka.

— Jasna sprawa. Nigdy nie jeżdżę na oklep. Dowód rzeczowy dziś rano tkwił na moim fiucie. Pod tym względem mam klasę.

Austin poklepał mnie ze śmiechem po plecach, a Reece szturchnął mnie łokciem w żebra.

— Niezła była, stary. Pamiętasz, jaka była w łóżku? Dawała radę?

Reece. Uwielbiałem dzieciaka, ale potrzebował więcej bzykania i musiał przestać się uganiać za resztkami po mnie. Reece wyglądał na dwunastolatka — jasne włosy, niebieskie oczy — i kiedy mówił o seksie, miało się wrażenie, że to niestosowne. Temu elegancikowi brakowało jedynie koszulki polo, żeby znaleźć się na reklamie Ralpha Laurena.

— Nie mam, kurwa, pojęcia. — Odwróciłem się do Austina, który uśmiechał się do mnie. — Co my, do cholery, wczoraj piliśmy?

— Pytanie brzmi raczej: czego nie piliśmy?

Racja, moje samopoczucie na to właśnie wskazywało. Teraz sobie przypomniałem, dlaczego do tego doszło. Zadzwonili moi starzy… Znowu. I zaczęli gadać o tych pieprzonych zaręczynach, a ja z miejsca zwróciłem się po pomoc do meksykańskiego robaczka. Austin, jak na najlepszego kumpla przystało, dotrzymał mi towarzystwa i pomógł dokumentnie się urżnąć.

— Cholera. Trener skopie nam dupy. Śmierdzę, kurwa, tequilą — jęknąłem.

Wypiłem jednym haustem koktajl proteinowy, ignorując Reece’a, który uśmiechnął się i zauważył:

— Cholera, Miotacz. Zawsze marzę, żeby zamienić się z tobą miejscami: nigdy nie brakuje ci dziewczyn, cała uczelnia śledzi każdy twój ruch. Ale gdy trener zobaczy cię w takim stanie, da ci popalić.

Ten gnojek miał rację: trener każe mi za to zapłacić. Słono. Picie w sezonie niesie za sobą poważne konsekwencje: wytrzymałościówka, podnoszenie ciężarów, okrążenia to jego pomysły na dzisiejszą karę. Drużyna nadal miała dwa treningi dziennie, co oznaczało harowanie jak wół i rzyganie przy każdym zadaniu. Pot lał się ze mnie strumieniami i wszystko mnie bolało, ale każda sekunda sprawiała mi przyjemność. Miałem dzięki temu okazję wyrzucić z siebie złość, odreagować pięściami swój gniew… Przetrwać kolejny cholerny dzień tej żałosnej egzystencji. Jeszcze dziesięć miesięcy i będę mógł wyrwać się spod ich kurateli. Odliczałem każdą cholerną minutę do tego dnia.

Rozdział 2.

— Mamo — przywitałem się beznamiętnie, widząc jej imię na wyświetlaczu iPhone’a w drodze z treningu na zajęcia.

— Musisz przyjść dziś na kolację — zażądała.

Zacisnąłem zęby, słysząc jej jak zwykle lodowaty ton.

— Przykro mi, jestem zajęty.

— To zmień plany! Przychodzą Blairowie i też musisz być, żebyśmy mogli omówić zaręczyny, dograć szczegóły i wreszcie porządnie zająć się całą sprawą. Shelly organizuje dziś wieczorem inicjację nowych adeptek swojego stowarzyszenia, ale chociaż jej nie będzie, ty powinieneś przyjść.

— Wieczorem znów mam trening. Trener zarządził dwie sesje dziennie. Mówiłem ci już.

Cisza.

— Będziesz dziś, Romeo — odpowiedziała w końcu autorytarnie matka.

Stanąłem jak wryty przed wejściem do budynku humanistyki. Przez przedłużone spotkanie drużyny byłem już spóźniony na pieprzone zajęcia wprowadzające, a teraz na dodatek matka suszyła mi głowę na temat pierdolonych zaręczyn i znów zwracała się do mnie tym zafajdanym imieniem. Miałem prawie dwadzieścia dwa lata, a w dalszym ciągu czułem się przez to jak dziecko. Najeżyłem się, czując, że moja cierpliwość do niej jest na wyczerpaniu.

Ścisnąłem grzbiet nosa i skoncentrowałem się na relaksującym paleniu letniego słońca, które ogrzewało mi plecy. Spróbowałem się uspokoić.

Nie podziałało. Nic już nie działało.

— Słuchaj, idę na trening. Nie przyjdę — warknąłem stanowczo i zakończyłem ze złością rozmowę, po czym schowałem telefon do kieszeni dżinsów

Wszedłem do budynku, chcąc, żeby powiew powietrza z klimatyzatora pomógł załagodzić wściekłość, od której jak zwykle wszystko się we mnie gotowało. Miałem wrażenie, że moja krew jest jak kwas przepływający przez mięśnie. Ale przyjmowałem to wręcz z zadowoleniem — przypominało mi, że musiałem spieprzać od tych ludzi, w końcu wyzwolić się spod ich apodyktycznych wpływów. Zbyt długo godziłem się na poniżanie. Nie byłem w stanie tego dłużej znieść.

Czasem sam się zastanawiałem, dlaczego jeszcze utrzymywałem z nimi kontakt. Miałem własne pieniądze, pełne stypendium, ale prawda była taka, że czułem się jak w potrzasku. Całkowicie kontrolowali moje życie i trudno mi było przyznać się do tej bolesnej prawdy. Oprócz rodziców nie miałem żadnej rodziny i choć to żałosne, nie mogłem znieść myśli, że zostanę zupełnie sam. Poza tym miałem kilka dobrych wspomnień związanych z tatą, zanim pieniądze go zmieniły. Ciągle pamiętałem dzień, w którym po raz pierwszy zabrał mnie do swojego biura w centrum miasta, chwalił się mną przed kolegami i z dumą oznajmiał, że któregoś dnia zostanę dyrektorem Prince Oil, jego protegowanym. Pamiętam, że czułem się wtedy ważny… A nawet kochany, ale po upływie kilku lat, gdy moją pasją stał się futbol, duma, którą napawałem ojca, najwyraźniej zaczęła blednąć, a potem wszystko się zawaliło i nie zostało nic poza pogardą.

Moi rodzice byli wpływowi i bezwzględni i, szczerze mówiąc, przerażała mnie myśl o tym, co mogliby zrobić, gdybym oficjalnie się od nich odciął. Dla ludzi, wśród których się obracali, reputacja była wszystkim, nie znieśliby, gdybym w jakikolwiek sposób ich upokorzył. Zostało mi jednak tylko dziesięć miesięcy, żeby móc wyjechać z Alabamy i zostawić ich — jeszcze tylko dziesięć miesięcy tej maskarady.

Wróciłem myślami do teraźniejszości i otworzyłem z rozmachem drugie drzwi, słysząc, jak kawałki drewna odpryskują po uderzeniu w ścianę. Ruszyłem szybko pustymi korytarzami, czując, jak z każdym krokiem narasta we mnie napięcie na myśl o chajtaniu się z Shelly.

Pieprzona Shelly Blair.

Chryste, zerżnąłem ją dwa razy w ogólniaku, a potem z czystej głupoty raz na pierwszym roku studiów, a ona zachowywała się tak, jakbyśmy byli dla siebie stworzeni, jakbyśmy byli zakochani. Nie byłem nawet pewny, czy w ogóle jestem jeszcze w stanie kochać. Wybito mi to z głowy dawno temu. Niesamowite, jak niewiele się odczuwa, gdy dzień w dzień ktoś cię tłucze, gdy w kółko ci powtarza, że cię nie kocha, aż twoje serce traci zdolność odczuwania. No może poza wściekłością — ciągła przemoc fizyczna i werbalna wydaje się potęgować ten syf.

Mój telefon znów zawibrował, ale nawet na niego nie spojrzałem; wiedziałem, że to ojciec z żądaniem, żebym się stawił. Mamuśka już pewnie zadzwoniła po posiłki.

Jeśli odbiorę, powie mi, że moja odmowa była „niedopuszczalna, chłopcze!”. A potem zaczną się groźby, szantaże i powtarzanie, jak bardzo mnie z matką nienawidzą, jak żałują, że mnie mają, jak zamieni moje życie w piekło, jeśli go do tego zmuszę.

Stara śpiewka.

Skręciłem i zacisnąłem pięści na myśl o tym, że przez najbliższe pół godziny będę musiał siedzieć obok Shelly, uwięziony z nią w sali wykładowej, nie mogąc wyrwać się z jej szponów, wysłuchując ględzenia jakiejś starej nadętej Brytolki na temat filozofii religii. Byłem za bardzo wkurwiony. Nie mogłem siedzieć obok Shelly lepiącej się do mnie jak mały piesek, ocierającej się o moje nogi z nadzieją, że mi stanie, że jej ulegnę i że po zajęciach ją zerżnę.

Nigdy. Więcej. Mój fiut flaczał od samego patrzenia na nią. Wydawało jej się, że jest atrakcyjna z tymi swoimi długimi włosami, drogimi plastikowymi cyckami i sztucznymi czerwonymi ustami. Ale ja widziałem w niej tylko modliszkę, gotową, żeby mnie pożreć.

Ruszyłem ze spuszczoną głową do sali wykładowej i nagle to usłyszałem. Śmiech Shelly. Śmiech, który brzmiał tak, jakby ktoś dusił tysiąc kotów… Powoli, boleśnie, jednego po drugim.

Nie byłem dumny z tego, co zrobiłem.

Miotacz Prince, rozgrywający Crimson Tide, dał nura w prawo i ukrył się za schodami.

Przycisnąłem plecy do zimnej białej ściany, modląc się w duchu, żeby nikt nie zobaczył, że chowam się jak jakiś mięczak, gdy nagle moje spojrzenie przykuł ruch. Jakaś dziewczyna wybiegła zza zakrętu ze stertą papierów w rękach, mrucząc coś pod nosem i sprawdzając godzinę na zegarku. Miała brązowe loki spiętrzone na czubku głowy, okulary w grubych, czarnych oprawkach i najjaskrawsze buty, jakie kiedykolwiek wiedziałem.

Żarówiastopomarańczowe. Jezu.

Mimo woli uśmiechnąłem się na widok takiego zestawu. Prawie pomacałem sobie usta, żeby sprawdzić, czy naprawdę to zrobiłem.

Kiedy ostatni raz się uśmiechałem? To znaczy — kiedy ostatni raz się uśmiechałem z innego powodu niż patrzenie na jakiegoś debila, którego powaliłem na ziemię?

Kręcąc z niedowierzaniem głową, zaryzykowałem i wyjrzałem za róg. Shelly wbiła z okrutnym uśmiechem spojrzenie w dziewczynę, a potem odwróciła się i powiedziała coś do swoich koleżanek. Zastygłem, nagle zatroskany o podenerwowaną brunetkę; bidula, nie miała pojęcia, co ją zaraz czeka.

Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Wyglądała tragicznie. Zdmuchnęła swoje niesforne włosy z grubych okularów i pędziła długim korytarzem. Przy każdym pospiesznym kroku jej plastikowe buty skrzypiały o wykafelkowaną posadzkę.

Zbyt zaabsorbowany, zbyt zafascynowany tym widokiem, za późno się zorientowałem, że Shelly coś knuje. Na moich oczach pchnęła ramieniem przebiegającą obok dziewczynę, sprawiając, że wszystkie jej papiery poleciały na podłogę.

Wpadłem w furię.

Zawsze była okrutna, ale na widok tego, jak robi coś takiego niewinnej lasce, maksymalnie się wściekłem. Zresztą niewiele mi było trzeba, wziąwszy pod uwagę mój nastrój.

Shelly powiedziała coś do dziewczyny na podłodze — nie słyszałem co — ale brunetka nawet na nią nie spojrzała, kucnęła tylko ze spuszczoną głową, ignorując złośliwy komentarz.

Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego kiedykolwiek wsadziłem fiuta w taką zołzę. Chyba za często obrywałem w łeb podczas meczów. A do tego byłem zbyt napalony, żeby normalnie funkcjonować. Nie rozumiałem, dlaczego Shelly musiała tak źle traktować innych. Miała wszystko, czego dusza zapragnie, i od czasu do czasu potrafiła pokazać, że w głębi serca jest dobrym człowiekiem. Ale te momenty pojawiały się zbyt rzadko, żeby ocalić resztki przyjaźni, która nas kiedyś łączyła. Nie potrafiłem rozgryźć tej dziewczyny.

Wyszedłem z ukrycia i ruszyłem do Shelly, chcąc jej powiedzieć, żeby się odwaliła, ale się spóźniłem. Zdążyła już wejść do sali, wyglądając na bardzo z siebie zadowoloną.

Kiedy podszedłem do brunetki, ona pochyliła się akurat do przodu, żeby pozbierać kartki, które wylądowały trochę dalej, a ja omal nie jęknąłem, czując, że mój fiut budzi się do życia.

Ja pierdolę.

Co za tyłek.

Idealny, krągły tyłek.

Szybko wcisnąłem członek głębiej w spodnie i spróbowałem pomyśleć o czymś innym. Jimmy-Don w dwuczęściowym kostiumie; Jimmy-Don w stringach. Albo… Uśmiechnąłem się drwiąco… Shelly, która robi mi loda… Nareszcie, sflaczał jak przebity balonik.

Przeczesałem palcami włosy i stanąłem za dziewczyną, starając się nie patrzeć na jej tyłek w krótkich ogrodniczkach i na długie, opalone nogi, które kusiły, żeby zapleść je wokół siebie.

Kuźwa, mój fiut znów zrobił się twardy.

Otworzyłem usta, żeby spytać, czy mogę jej jakoś pomóc, ale ona w tym samym momencie rzuciła pod nosem:

— Kurwa, co za dupki! — Podniosła się, a wtedy jej okulary spadły z trzaskiem na podłogę. Byle jakie oprawki wylądowały tuż pod moimi stopami.

Czas stanął w miejscu.

Co to był za akcent? Może brytyjski? W każdym razie była to najseksowniejsza rzecz, jaką słyszałem w całym swoim żałosnym życiu.

Zanim zdążyłem się pohamować, na dźwięk tego słodkiego, układnego głosiku rzucającego przekleństwo z gardła wyrwało mi się głośne parsknięcie. Dziewczyna zamarła, słysząc mnie za swoimi plecami.

Pochyliła głowę, przygarbiła się, a westchnienie, które wydobyło się z jej ust, mówiło samo za siebie — czuła się pokonana. Cholera, znałem to uczucie.

Schyliłem się, podniosłem jej okulary, a potem złapałem ją za rękę i odwróciłem przodem do mnie.

Jezu Chryste.

Duże brązowe oczy, pełne, soczyście różowe usta, gładka, jasna skóra i delikatny rumieniec na policzkach. Stała tak blisko, że czułem zapach jej skóry — słodki jak wanilia.

Cholera, musiałem coś powiedzieć, cokolwiek, żeby nie wyjść na odrażającego dziwaka.

— Już widzisz? — mruknąłem i nawet w moich własnych uszach mój głos zabrzmiał szorstko.

Zmrużyła oczy i podniosła wzrok. Jej usta rozchyliły się, a oczy za dużymi oprawkami przyglądały się dokładnie mojej twarzy. Brązowe oczy, długie, jasne włosy, opalenizna — z zewnątrz wyglądałem idealnie, ale w środku byłem cholernie zgorzkniały.

Spiąłem się, czekając, aż nadejdzie chwila, w której zobaczy, że to ja, Rome „Miotacz” Prince. Wkurzy mnie to i zachowam się jak gnój.

Objęła mnie spojrzeniem złotobrązowych oczu, jak zwykle… A potem… nic.

Wyrwała mi papiery z rąk i chciała odejść. Żadnego jąkania się na mój widok, żadnego flirtowania, tylko… Chęć, żeby jak najszybciej ode mnie uciec.

Co u licha?

Zastanawiałem się przez chwilę, czy to możliwe, żeby mnie nie znała. Ale… Nie, byliśmy w Alabamie. To był Uniwersytet Alabamy. Każdy znał moją twarz, czy mi się to podobało, czy nie.

Nie zdając sobie sprawy z tego, co robię, złapałem ją za nadgarstek.

— Ej, wszystko w porządku?

Nie popatrzyła na mnie, ale mruknęła uprzejmie:

— W porządku.

Nic.

Wciąż brak kontaktu wzrokowego.

Wciąż mnie nie rozpoznawała.

— Na pewno? — dopytywałem się, choć zupełnie nie wiedziałem dlaczego.

Zobaczyłem to w jej ramionach — miała już serdecznie dość tego dnia. Jej długie, czarne rzęsy zatrzepotały na policzkach, a potem wbiła we mnie karmelowe spojrzenie. Zaparło mi dech i nie byłem w stanie się ruszyć.

— Masz czasem takie dni, kiedy wszystko zamienia się w absolutny koszmar? — spytała ze znużeniem.

Brytyjski. Ale nie taki jak ten królowej. W akcencie tej dziewczyny był zaśpiew, którego nie potrafiłem umiejscowić. Cholernie podniecający.

— Prawdę mówiąc, właśnie mam taki dzień.

Jej wzrok złagodniał i westchnęła.

— To jest nas dwoje. — Na jej pełne usta wypłynął uśmiech.

Z moim sercem stało się coś, co nie wydarzyło się nigdy wcześniej.

Poczuło.

Poczuło coś… niewytłumaczalnego. Każde kolejne uderzenie wydawało się głośniejsze i mocniejsze niż dotychczas, zacząłem panikować.

— Dziękuję za pomoc. Jesteś bardzo miły — powiedziała grzecznie, przywołując mnie tym do rzeczywistości.

Miły? Nie wydaje mi się.

Jej oczy przyglądały się mi badawczo, czekając cierpliwie na odpowiedź.

— Miły? Rzadko kiedy ktoś używa tego słowa w odniesieniu do mojej osoby — odezwałem się, w końcu odzyskując rozum. Co tu się, kuźwa, działo?

Zobaczyłem, że jej usta rozchylają się lekko i nabierają ze zdumieniem powietrza. Musiałem stąd zniknąć, oddalić się i przestać zachowywać się jak jakiś oniemiały mięczak. Cholera, zachowywałem się jak Reece.

Zacząłem odchodzić, nie oglądając się za siebie i uświadamiając sobie, że to najdłuższa rozmowa, jaką przeprowadziłem z kimkolwiek od bardzo długiego czasu. I nie wiązała się ona w żaden sposób z tym, że byłem pierdolonym księciem naftowym Alabamy i wschodzącą gwiazdą futbolu. Ta dziewczyna była inna… Intrygująca. Jakby miała w dupie to, co ktoś o niej pomyśli, jakby nie miała fioła na punkcie futbolu. Dowodziły tego jej ubiór i sposób reagowania. To było… odświeżające, choć jednocześnie trochę dziwne.

Czując się prawie tak, jakbym patrzył na wszystko spoza własnego ciała, zauważyłem, że moje buty zatrzymały się nagle, i obejrzałem się przez ramię. Angielka stała dalej w tym samym miejscu, nadal patrząc w moim kierunku.

— Jestem Rome — przedstawiłem się niemal odruchowo, jakby słowa wyszły z moich ust bez mojej woli, gdy nasze spojrzenia się spotkały.

Jej długie rzęsy zatrzepotały, ocierając się o szkła okularów, a kiedy podniosła wzrok, jej twarz odmienił nieśmiały uśmiech.

— Molly.

Skinąłem głową i oblizałem wargi, obejmując wzrokiem jej postać, a potem zawróciłem do sali wykładowej.

***

— Rome Prince, jak rozumiem? — powiedziała sztywna nowa profesor filozofii, unosząc siwą brew, gdy wszedłem do sali i skinąłem w milczeniu głową na powitanie, po czym skierowałem się na swoje miejsce w tylnym rzędzie. Na pewno została uprzedzona; wykładowcy znali wyniki w sezonie futbolowym. Oczywiście ci spoza Stanów nigdy do końca nie rozumieli, dlaczego my, zawodnicy, dostajemy specjalne zezwolenie na opuszczanie zajęć, gdy gramy na wyjeździe, lub dlaczego możemy spóźniać się po treningu bez konsekwencji.

Wchodząc powoli po schodach, unikałem przenikliwego jak laser spojrzenia Shelly tak długo, jak długo to było możliwe. Usiadłem obok niej na swoim zwykłym miejscu, a jej ręka zaplotła się jak wąż wokół mojego uda, gdy tylko mój tyłek dotknął drewnianego siedzenia. Ally, moja kuzynka, obok której siedziałem normalnie na zajęciach, nie mogła dziś przyjść i zostawiła mnie na pastwę Shelly.

Cudownie.

— Cześć, Rome — odezwała się Shelly ochrypłym głosem, starając się brzmieć uwodzicielsko. Zdaniem większości studentów była atrakcyjna, ale ja znałem tę dziewczynę od podszewki i wiedziałem, że ma osobowość komara.

— Shel — odpowiedziałem beznamiętnie, nie reagując na jej pieszczoty. Szczęka mnie bolała, bo tak mocno zaciskałem w poirytowaniu zęby.

Moją uwagę przykuł nagle głośny huk, bo drzwi do klasy otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadła Molly, wciąż ledwo utrzymując stos kartek. Cała klasa skupiła się na jej niezdarnych ruchach.

Dziewczyna wyprostowała się i zdmuchnęła z oczu swoje szalone włosy, po czym poprawiła na nosie okulary w grubych oprawkach, zaczerwieniła się i ruszyła do profesor, niemal przyciskając się plecami do ściany i krzywiąc z zażenowania. Wyglądała uroczo taka podenerwowana, gdy szurała plecami o białą tablicę.

Parsknąłem mimowolnie, kiedy poczułem, że moje serce znów przyspiesza, gdy dziewczyna odłożyła papiery i stanęła obok nauczycielki, przestępując nerwowo z nogi na nogę.

— Co jest nie tak z tą laską? — mruknęła Shelly pod nosem, szturchając siedzącą obok niej Tanyę, swoją najlepszą przyjaciółkę. Zesztywniałem, czując, jak krew szumi mi w uszach. Shelly odwróciła się do mnie. — I czy ty się właśnie zaśmiałeś? — Rozdziawiła buzię, podczas gdy ja tylko wzruszyłem bez słowa ramionami.

— Nie sądziłam, że ktokolwiek się tak ubiera po ukończeniu przedszkola — zakpiła wrednie Tanya.

Shelly przysunęła się do mnie, a zapach jej mocnych perfum omal nie przyprawił mnie o mdłości. Złapała mnie w potrzask, ale nie było sensu z nią walczyć. Moi rodzice byli po jej stronie, a jeśli chciałem przetrwać ten rok bez ich ględzenia, nie mogłem zwracać na siebie uwagi ani robić niczego, co wzbudzi ich podejrzenia… Potem dobiję tych samolubnych drani, gdy przejdę nabór i będę się mógł stąd wyrwać, miażdżąc w zarodku ich faszystowskie, chciwe plany.

Profesorka poprosiła Molly, żeby się przedstawiła. Przyglądałem się z fascynacją, jak niezręczna, dziwaczna dziewczyna zmienia się podczas przemowy: wyprostowała plecy, uniosła brodę i spojrzała jasnym, pewnym siebie wzrokiem.

Oparłem się wygodnie i słuchałem uważnie każdego jej słowa.

Była inteligentna, naprawdę cholernie inteligentna i miała być nową asystentką wykładowcy podczas tych zajęć. Młoda Angielka, już na studiach magisterskich, która chciała zostać profesorem filozofii. A na dodatek przyjechała do Alabamy po to, żeby pomóc profesorce napisać jakiś artykuł naukowy. Cholera. Wszyscy ci, którzy nie umieli się na nic zdecydować, mogli się przy niej wstydzić.

— To jak, Rome, będziesz dzisiaj… — Shelly usiłowała coś mi powiedzieć, nie słuchając przedstawiającej się dziewczyny, ale ją uciszyłem. Chciałem wysłuchać Molly. Z jakiegoś powodu chciałem znów usłyszeć, jak mówi, chciałem wiedzieć, czym się zajmuje.

To jednak nie powstrzymało Shelly. Jej dłoń przesunęła się po moim brzuchu, a usta przysunęły się do mojego ucha.

— Pytałam, czy dziś będziesz?! Bo…

Odwróciłem się do niej gwałtownie z ostrą miną i warknąłem cicho:

— A ja powiedziałem, żebyś się przymknęła! Nie będę powtarzał.

Zmrużyła swoje małe niebieskie oczka. Spojrzała wściekle na Molly, potem znów na mnie, powtarzając to kilka razy. Zauważyłem moment, w którym dotarło do niej, że nowa Brytyjka zwróciła na siebie moją uwagę.

Molly dalej mówiła. Skupiłem się znów na niej, ignorując siedzącą obok Shelly, w której narastała wściekłość.

— Odkąd pamiętam, interesowałam się filozofią religii i bardzo się cieszę, że mogę pomagać profesor Ross podczas jej wykładów i seminariów, starając się, aby fascynujący świat filozofii stał się dla was choć trochę bardziej interesujący!

Podczas swobodnej przemowy Molly długie paznokcie Shelly zaczęły wbijać się w oparcie krzesła, a jej górna warga wykrzywiła się, po czym poznałem, że zaraz wyjdzie z niej totalna suka.

— Z przyjemnością odpowiem na wszystkie pytania dotyczące…

— Ja mam pytanie — warknęła Shelly, przerywając Molly.

Cała klasa spojrzała na nią, ona zaś przywołała na twarz brzydki uśmieszek zadowolenia z siebie. Obserwowałem, jak Molly przeszukuje wzrokiem zgromadzonych i wytrzeszcza lekko oczy na widok Shelly… I miejsca, w którym leży jej ręka, tuż przy moim kroczu.

Jezu.

— Przestań — ostrzegłem tak cicho, żeby słyszała mnie tylko Shelly, odsuwając jej rękę, ale ona nie zwróciła na mnie uwagi.

— Po jaką cholerę chcesz zostać nauczycielką filozofii? Nie sądzisz, że marnujesz sobie w ten sposób życie?

Molly nie przejęła się tym pytaniem i odpowiedziała po prostu:

— A dlaczego nie filozofia? O wszystko w życiu, na ziemi, można pytać: dlaczego, jak, jak to możliwe? Dla mnie tajemnica życia i wszechświata jest inspirująca, ogrom pytań bez odpowiedzi mnie zdumiewa i osobiście uwielbiam podążać akademickimi śladami dawnych i współczesnych uczonych.

Tanya prychnęła, a Shelly roześmiała się kpiąco.

— Ile ty masz lat, skarbie?

— Eee… Dwadzieścia — odparła Molly, a jej twarz natychmiast pokryła się rumieńcem.

— Dwadzieścia! I już jesteś na studiach magisterskich?

— Tak. Poszłam na uniwersytet o rok wcześniej. Wcześnie skończyłam szkołę średnią.

— Rany, dziewczyno, musisz przestać być tak cholernie poważna i nauczyć się korzystać trochę z życia. Bo w życiu nie chodzi tylko o naukę; chodzi o zabawę. Wyluzuj trochę!

Krew w moich żyłach skuł lód. Chciałem coś powiedzieć, żeby Shelly się przymknęła, ale ona dodała:

— Przysięgam, że nigdy nie będę w stanie zrozumieć takich lasek jak ty.

Spojrzałem szybko na Molly, która zeszła z katedry i położyła ręce na biodrach. Na moich ustach znów pojawił się uśmiech, gdy patrzyłem na nią, jak stała, przygotowując się z zapałem na odparcie ataku naczelnej zdziry Alabamy.

— Lasek takich jak ja? — zapytała zimno.

Wyglądała jak wcielenie podminowanej Mary Poppins. Stwierdziłem, że coraz bardziej mi się podoba. Miała ikrę, była gotowa walczyć o swoje przekonania.

— Moli książkowych, dziwaczek… Samozwańczych profesorek! — zakończyła z przekąsem Shelly. Musiało jej się chyba wydawać, że ciągle jesteśmy w szkole średniej i że poprawi sobie nastrój, dokuczając nowej dziewczynie. Żałosne.

— Uważam, że to nauka i wiedza dają człowiekowi władzę, a nie pieniądze i status czy też marka ubrań, którą się nosi — odpowiedziała zimno Molly, ale i tak widziałem ogień płonących w jej złotych oczach, nawet mimo tych pieprzonych grubych szkieł.

— Naprawdę? Na serio tak uważasz? — spytała Shelly, tracąc trochę pewność siebie.

— Oczywiście. Otworzenie się na nieznane możliwości i uczenie się o tym, jak funkcjonują inne kultury, w co wierzą, daje człowiekowi bogatsze, bardziej holistyczne zrozumienie ludzkiej natury. Filozofia oferuje odpowiedzi na cały szereg pytań. Na przykład dlaczego niektórzy płyną gładko przez życie, pozbawieni współczucia, podczas gdy inni — dobrzy, troskliwi i uczciwi — dostają od losu cios za ciosem, ale jakimś cudem znajdują w sobie siłę, żeby się podnieść i iść dalej? Nie wydaje ci się, że gdyby więcej ludzi okazywało zainteresowanie problemami ludzkości, to świat byłby lepszym miejscem?

Nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Miałem wrażenie, jakby mówiła o mnie. Każdemu się wydaje, że jeśli pochodzisz z najbogatszej rodziny w Alabamie i potrafisz rzucać piłką jak Peyton Manning, to twoje życie jest wspaniałe i nie masz żadnych zmartwień. Ale nikt nie wie o nich, o tym, w jakich warunkach dorastałem, o tym, z czym w dalszym ciągu muszę na co dzień się zmagać, a nikt o tym nie wie, bo nikt by nie zrozumiał. Ale przez jedną krótką chwilę pomyślałem, że może ona by zrozumiała. Mówiła tak, jakby znała to z autopsji, jakby osobiście doświadczyła takiego bólu. Przekonałem się, że tylko ludzie znajdujący się w podobnej sytuacji potrafili wychwycić to w innych, jakby istniał jakiś ukryty znak pokazujący, że oni też mają za sobą ogromne cierpienie.

— Właśnie dlatego wolę się uczyć, zamiast co wieczór się upijać. Świat zasługuje na ludzi, którzy przedkładają dobro innych nad własne, którzy starają się być mniej samolubni i powierzchowni w swojej trosce.

Objąłem wzrokiem jej postać od stóp do głów: idealne, jędrne, ale nie pozbawione krągłości ciało, gładka, lekko opalona skóra, twarz rozjarzona dyskusją. Szybko stwierdziłem, że była w dziwny sposób cholernie atrakcyjna…

— Mam nadzieję, że wyjaśniłam choć trochę, dlaczego chcę zostać nauczycielką. Taka właśnie jestem i jestem z tego dumna.

Zerknąłem na Shelly, którą wbiło w siedzenie. Jasne, może i była ładna i bogata, ale na pewno nie miała wysokiego ilorazu inteligencji; prawdę mówiąc, byłem przekonany, że jeżowiec był inteligentniejszy od niej. Wiedziałem, że jestem świnią, ale widok Shelly, która kuli się na krześle, bo jakaś niezbyt stylowa brunetka dogaduje ważniaczce z Alabamy, poprawił mi humor.

Zanim zdążyłem się pohamować, zakpiłem głośno:

— O w mordę! Ale ci przygadała, Shelly! Dała ci lekcję!

Obok mnie rozległo się oburzone westchnienie, ale ja nie zaszczyciłem Shelly nawet spojrzeniem, bo nie byłem w stanie oderwać wzroku od ciemnowłosej Brytyjki. Molly odwzajemniła moje spojrzenie, a na jej usta wypłynął zadowolony uśmieszek. Mój fiut zrobił się twardy. Naprawdę sprawiłem jej radość.

Kurwa.

— Jak sobie chcesz! Życzę szczęścia w znajdowaniu sobie tu miejsca z takim nastawieniem! — warknęła naburmuszona Shelly.

Wiedziałem, że pewnie tylko pogorszyłem sprawę, ale widząc jej upokorzenie, naprawdę miałem to gdzieś, bo Shelly regularnie fundowała to samo innym.

Profesor powiedziała coś do Molly szeptem, a ja zamarłem, obserwując jej reakcję na słowa nauczycielki. Mimo woli Molly wzbudziła moje zainteresowanie i musiałem przyznać, że czułem się jak prześladowca, bo gapiłem się na nią, gdy przechodziła od rzędu do rzędu, rozdając te cholerne kartki, które jeszcze kilka minut temu leżały rozrzucone na korytarzu.

Gdy dotarła do naszego rzędu, Shelly zaznaczyła swój stan posiadania, niemal zarzucając mi nogi na uda. Początkowo nawet nie zauważyłem, czy Shelly coś do niej powiedziała, bo byłem tak zaabsorbowany nową dziewczyną, całkowicie pochłonięty tym, co przed chwilą mówiła. A przynajmniej do momentu, w którym Shelly warknęła:

— Ładne butki, Molly. Czy wszystkie przyszłe nauczycielki mają taki fantastyczny gust?

Usłyszałem wyraźnie jej zniewagę i stwierdziłem, że wystarczy. Zrzuciłem z siebie nogi Shelly, uznając, że i tak ma szczęście, że nie odepchnąłem jej na drugą stronę sali, i syknąłem:

— Daj sobie na wstrzymanie, Shel. Dlaczego zawsze musisz być taką jędzą?

Pozostali studenci nie odważyli się spojrzeć mi w oczy. W takich chwilach cieszyłem się, że jestem humorzastym, przerażającym kolesiem, z którym nikt nie chce zadzierać.

Molly przestąpiła z nogi na nogę i patrzyła wszędzie, tylko nie na mnie. Czuła się zawstydzona i widać było, że najchętniej zapadłaby się pod ziemię.

Ale najpierw musiała mi coś powiedzieć. Musiałem wiedzieć, czy wierzy we wszystko, co mówiła, czy może to były po prostu jakieś akademickie brednie bezmyślnie powtarzane po to, żeby zrobić wrażenie na nowej grupie.

Jej spojrzenie znów spotkało się z moim. Nabrałem głęboko powietrza i zapytałem:

— Naprawdę wierzysz w to, co przed chwilą powiedziałaś?

Zmarszczyła brwi, jakby to było głupie pytanie.

— W co konkretnie?

Wiedziałem, że Shelly i jej koleżaneczki przysłuchują się mi, ale musiałem to wiedzieć, z jakiegoś powodu naprawdę musiałem to wiedzieć.

— W to, że świat jest niesprawiedliwy. Że filozofia udziela odpowiedzi na to, dlaczego niektórym przypada w udziale gówniane życie, a innym nie.

Spojrzała mi z determinacją w oczy i odpowiedziała bez cienia wątpliwości:

— Całkowicie.

I to wystarczyło. W piersi rozlało mi się kojące ciepło i owszem, może byłem mięczakiem, ale miałem wrażenie, że po raz pierwszy od wielu lat jestem w stanie oddychać. Ona też wiedziała, co to ból. Też przeszła przez piekło. Wiedziała, o czym mówi.

Molly odwróciła się i wróciła szybko do swojego biurka. Zajęcia się skończyły. Gdy podnosiłem z podłogi torbę, Shelly złapała mnie za rękę.

— Rome, nie zapominaj o dzisiejszej inicjacji. Twoje bractwo bierze udział w zadaniu. Ty też przyjdź, dobra?

— Nie licz na to — odpowiedziałem. Czułem na sobie ostre spojrzenie Shelly, gdy siedziałem na krześle, kompletnie zatopiony w myślach. Nie byłem w stanie się ruszyć, pochłonięty rozmyślaniami nad tym, co powiedziała Molly. „Dlaczego niektórzy płyną gładko przez życie… podczas gdy inni dostają od losu cios za ciosem?”. Gdy w sali zaczęło robić się pusto, otrząsnąłem się z zamyślenia i szybko wyszedłem.

Gdy tylko opuściłem klasę, czyjeś ręce objęły mnie za szyję, więc jęknąłem:

— Shel, odwal się!

Odwróciwszy się, zobaczyłem naburmuszone czerwone usta i zaciśnięte orzechowe oczy.

— To nie Shel, Miotaczu!

Westchnąłem, przyciśnięty agresywnie do ściany.

— Caroline — przywitałem się niechętnie, podczas gdy ona ocierała się z zaangażowaniem o mojego fiuta. Zignorowałem spojrzenia mijających nas studentów, w tym bez wątpienia również Shelly, co akurat uznałem za przydatne. Wkurzy się i może choć na trochę się ode mnie odczepi.

— Wróć ze mną do akademika — powiedziała uwodzicielsko Caroline. Wsunęła swoje ostre paznokcie pod moją koszulę i wbiła mi je w skórę — perwersyjna laska. Zacisnąłem z bólu zęby, na co jej oczy zapłonęły pożądaniem. Nachyliła się do mojego ucha i mruknęła:

— Przez cały tydzień marzyłam o tym, żeby twój fiut znalazł się w moich ustach.

Chryste. Zamknąłem na chwilę oczy i zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę jestem w stanie zmienić swój styl życia tak, jak planowałem, ale odepchnąłem dziewczynę, postanawiając trzymać się swojego pierwotnego planu. Po raz pierwszy w życiu Caroline i jej wprawne usta w ogóle mnie nie pociągały. Czas wdrożyć plan w działanie — wyeliminować wszystko, co mnie rozprasza. Laska i tak zaczęła się robić coraz bardziej namolna.

Spojrzałem w podniecone oczy Caroline i oznajmiłem:

— Nie ma mowy. Prawdę mówiąc, rezygnuję na dobre. Obciągaj komuś innemu. Ja już więcej nie chcę.

— Ale… Ale… Dlaczego nie? Przecież nigdy mi nie odmawiasz! — To była prawda, nigdy dotąd nie odmawiałem, ale miałem, do cholery, dosyć.

— Ludzie się zmieniają.

Na te słowa jej paznokcie wbiły się mocniej w mój brzuch, a jej twarz zaczerwieniła się ze złości. Spojrzałem na nią z wściekłością, złapałem ją za nadgarstki i odepchnąłem od siebie.

— Zmieniają? Ty? Od kiedy? — wrzasnęła.

— Od teraz, kurwa! Nie jesteś już potrzebna! — krzyknąłem, a ona zbladła i odbiegła korytarzem. To była prawda. Musiałem się zmienić. Miałem po dziurki w nosie swoich groupies, puszczalskich lecących na sławę. Dziesięć miesięcy, przypomniałem sobie. Jeszcze tylko dziesięć pieprzonych miesięcy. Odwróciłem się do ściany i oparłem głowę o zimną beżową farbę… Muszę wytrzymać jeszcze tylko dziesięć miesięcy.

Rozdział 3.

— Nigdzie nie idę — powiedziałem po raz pięćdziesiąty Austinowi, Reece’owi i Jimmy’emu-Donowi, kiedy relaksowaliśmy się w sali telewizyjnej w naszym akademiku — ja leżałem na wznak na kanapie i podrzucałem piłkę, a oni oglądali jakiś durnowaty reality show o nie wiadomo czym.

— Co w takim razie będziesz robić? Zostaniesz tu sam? — zapytał Austin ze swojego miejsca na fotelu. Austin należał kiedyś do gangu: Włoch, mnóstwo tatuaży, wszędzie kolczyki, kołki w uszach, całościowe wrażenie — wyglądał cholernie przerażająco, ale był najlepszym kolesiem, jakiego znałem, i jedną z niewielu osób, które tolerowałem.

— Chyba tak.

Grupka chłopaków — głównie z drużyny — wpadła do sali podekscytowana z baryłkami piwa. Wyprostowałem się i skinąłem brodą na Portera. Był kretynem, ale należał do drużyny, więc tolerowałem jego gadanie… o tyle, o ile.

— Dlaczego jesteście, kurwa, tacy zadowoleni?

Porter zrobił krok naprzód i zatarł ręce.

— Inicjacja, kurna! Wiecie, co to oznacza: pijane dupeczki na zawołanie.

— Muszą być pijane, żeby chcieć się bzykać z takim śmierdzielem — stwierdził Austin, a ja uśmiechnąłem się, słysząc jego zaciekły ton. Dwaj skrzydłowi nie bardzo się kochali, ale historia sięgała zbyt daleko wstecz, żeby się w nią zagłębiać.

— No chodźcie, chłopaki. Zawsze możemy się zmyć, jak to się okaże niewypałem — powiedział Reece z lekką desperacją w głosie. Gdy w zeszłym roku rozpoczął studia, trener poprosił mnie, żebym pokazał mu co i jak, jako kapitan, i od tego czasu nie mogłem się od niego opędzić.

Odchyliłem w tył głowę i z jękiem rzuciłem piłką w głowę rezerwowego rozgrywającego.

— Kurwa, Reece, musisz sam się wysilić, żeby kogoś przelecieć. Mam dość znajdowania ci lasek, żebyś mógł zaspokoić swoje żądze. Jesteś futbolistą. Wykorzystaj wiążące się z tym przywileje! Po co w ogóle być w drużynie, jeśli nie jesteś w stanie sam skołować sobie dziewczyny?

Reece uchylił się, zignorował mój przytyk i uśmiechnął się:

— Uznam, że to oznacza, że idziemy! Pójdę się przebrać.

Poirytowany, przesunąłem dłońmi wzdłuż twarzy, słysząc, jak zamykają się drzwi za wychodzącym Reece’em. Gdy znów podniosłem wzrok, zobaczyłem, że Austin wpatruje się w podłogę, a Jimmy-Don — mój drugi najbliższy kumpel — kiwa na mnie głową, dając mi znać, żebym z nim pogadał.

Cholera, nawet nie zauważyłem, że coś było nie tak.

— Wszystko w porządku, stary? — zapytałem.

Austin uniósł w odpowiedzi wzrok. Nasza trójka trzymała się razem. Znałem Austina całe życie, dwa popieprzone dzieciaki z dwóch różnych światów, które trafiły na siebie dzięki futbolowi. Jimmy-Don dołączył do nas na pierwszym roku. Był wielkim kowbojem z Teksasu i najbardziej dobrodusznym człowiekiem, jakiego znałem. A do tego cholernie zabawnym. Reece nie znał nas jeszcze zbyt dobrze, a Austin nie do końca mu ufał, nikomu za bardzo nie ufał. Było widać, że coś go martwi i że z chwilą wyjścia Reece’a zrzucił maskę.

— Chodzi o mojego brata, stary — odpowiedział przez ściśnięte gardło. — Levi wstąpił do gangu, a pierdolony Axel mu na to pozwolił, twierdząc, że to konieczne, żeby zapłacić rachunki za leczenie mamy. Levi ma czternaście lat. Jest za młody, żeby mieszać się w takie gówno! Ja nie mam forsy. Axel mówi, żebym trzymał się futbolu jako wykupu, a oni w międzyczasie wszystkim się zajmą. Kurwa, w tym roku naprawdę muszę dostać się do ligi zawodowej. — Spojrzał w sufit, a potem znów spuścił głowę, wbijając we mnie swoje udręczone spojrzenie. — Chodźmy na tę inicjację, Rome. Zwariuję, jeśli tu zostanę i będę się nad tym wszystkim zastanawiał. Muszę gdzieś wyjść, na chwilę zapomnieć o całym tym bagnie.

Widać było, że go to męczy. Jego młodszy brat Levi był dobrym dzieciakiem. Axel, starszy brat, już nie do końca. Austin bardzo się starał trzymać Leviego z dala od gangu, który dużo wcześniej wciągnął Axela, i widziałem, jak bardzo go bolało, że Levi wszedł na tę samą drogę.

— Wiesz, że dam ci pieniądze, Carillo. Powiedz tylko słowo — poinformowałem cicho.

Oczy Austina pociemniały z zażenowania.

— Rome, wiem, że chcesz dobrze, ale nie ma mowy, żebym przyjął od ciebie jałmużnę. Sam to załatwię. Zawsze udaje mi się znaleźć jakieś rozwiązanie.

To prawda, ale nie zawsze zgodne z prawem.

— Chcesz, żebyśmy złożyli twojemu braciszkowi wizytę? Porozmawiali z nim, znaleźli sposób, żeby wydobyć go z tego całego bagna? — zaoferował Jimmy-Don.

Austin pokręcił głową.

— Po wejściu nie ma odwrotu. Sami zobaczcie, czego ode mnie oczekują. — Położył dłoń na ramieniu Jimmy’ego-Dona. — Doceniam to, ale to sprawa rodzinna. Nie będę was w to mieszał. — Poruszył się niecierpliwie na kanapie i dodał: — To idziemy?

— Jasne. Chodźmy — odpowiedziałem.

Jimmy-Don podniósł się i podał mi rękę. Ściągnął mnie z kanapy z szerokim, uszczęśliwionym uśmiechem, a kiedy Reece zwlókł się na dół, wyszliśmy z akademika.

***

— Cześć, chłopaki! Wszyscy czekają na was na zapleczu — przywitała nas Ally, gdy weszliśmy do żeńskiego akademika. Moja kuzynka wyglądała na nieziemsko znudzoną na stołku przy wejściu, gdzie odgrywała rolę „komitetu powitalnego”.

Podeszła do mnie, przewróciła oczami i cmoknęła mnie w policzek.

— Nie sądziłam, że cię tu zobaczę. To nie do końca twoje klimaty.

— No, zostałem poniekąd zmuszony do przyjścia. — Patrzyłem, jak chłopaki wchodzą na salę, a potem skinąłem głową w kierunku drzwi. — Co w tym roku wymyśliła Shel?

Ally pokręciła z obrzydzeniem głową.

— Mają pocałować chłopaka z bractwa i odgadnąć, co przed chwilą jadł.

Przeczesałem dłonią włosy.

— Cholera, ile ona ma lat?

— Też się nad tym zastanawiam. W każdym razie w tym roku mamy kandydatki w różnym wieku. Potrzebowałyśmy też starszych roczników. No i studentek, które przeniosły się z innych uczelni. Udało nam się nawet złowić jakąś genialną Brytyjkę. Większość dziewczyn cieszy się z tego nabytku, bo inne stowarzyszenia też chciały ją u siebie mieć. Ale nie poznałam jeszcze nikogo z narybku. Mam tylko nadzieję, że to nie będą minikopie Shel i że przynajmniej jedna z nich będzie miała mózg i nie da się wplątać w jej gierki.

Przeczesałem ręką włosy i zapytałem:

— Genialna Brytyjka? — Starałem się, żeby mój głos brzmiał normalnie, ale oczywiście zabrzmiałem jak głupek.

Ally zmrużyła oczy i odchyliła głowę, wpatrując się we mnie przenikliwym wzrokiem.

— Tak, przyjechała robić tu magisterkę czy jakoś tak. Podobno jest też asystentką nauczycielki na naszych zajęciach z filozofii. Nie wiem. Dlaczego nagle tak dziwnie się zachowujesz?

Pociągnąłem nosem i skrzyżowałem przed sobą ręce.

— Bez powodu. — Wskazałem na salę. — Tam są kandydatki?

Ally cofnęła się i też skrzyżowała przed sobą ręce, naśladując moją pozę.

— Idziesz tam?

— Tak.

Gdy mijałem moją irytującą kuzynkę, złapała mnie mocno za rękę i pociągnęła w tył.

— Ty idziesz?

— Tak! Co tu tak trudno zrozumieć? — warknąłem i wyrwałem jej rękę.

— Koleś, który mówi, cytuję: „Nienawidzę, kurwa, wszystkich tych głupot związanych ze stowarzyszeniami”, nagle chce brać udział w powalonej inicjacji opracowanej przez Shelly?

— Jestem zwyczajnie ciekawy — odpowiedziałem, starając się, żeby zabrzmiało to zwyczajnie, ale Ally w dalszym ciągu wpatrywała się we mnie z irytującą nieufnością w swoich brązowych oczach.

Oddaliłem się od mojej upierdliwej kuzynki, cały spięty po jej przesłuchaniu, i wszedłem na salę.

Wpatrując się w tłum, zauważyłem w pierwszej kolejności długi rząd kandydatek przystrojonych w obcisłe togi, a przed nimi rząd futbolistów, większość z wyraźnym wzwodem, którzy czekali na swoją kolej, żeby pocałować stojącą przed nimi dziewczynę z przewiązanymi oczami.

Shelly była czasami strasznym dzieciuchem i trudno mi było uwierzyć, że naprawdę zmuszała te dziewczyny do czegoś takiego.

— Co jest, kurwa? Naprawdę przyszedłeś popatrzyć na przedstawienie? Dobrze się czujesz? — odezwał się Austin ze swojego miejsca pod ścianą, zdumiony moją obecnością.

Na niego też postanowiłem nie zwracać uwagi, wpatrując się w ustawione rzędem dziewczyny.

Bingo.

Molly stała skrępowana na samym końcu, przestępując nerwowo z nogi na nogę, lecz mimo to wyglądała na swój sposób naprawdę atrakcyjnie pod grubą czarną opaską na oczy. I niech mnie — natychmiast zacząłem się zastanawiać, co mógłbym zrobić z tym skrawkiem materiału i na jak różne sposoby doprowadzić ją do ekstazy.

Shelly przeszła się wzdłuż rzędu kandydatek, szczerząc się i podśmiewając po drodze. Zauważyłem, że dała znak Brody’emu MacMillanowi, najbrzydszemu zawodnikowi w drużynie — gościowi, który brał prysznic w dwutygodniowych odstępach. Jego zapijaczona twarz rozjaśniła się, gdy stanął naprzeciwko Molly. Instynktownie nakryła ręką usta, po czym poznałem, że poczuła jego zapach, smród jego ciała i całkowity brak dbałości o higienę. Maca to jednak nie obchodziło, jak zwykle.

Nachylił się, ale ja już ruszyłem z miejsca i w tym samym momencie, w którym ich usta miały się zetknąć, moje dłonie wylądowały na jego klatce piersiowej. Odepchnąłem go, a jego gruby tyłek wylądował na podłodze. Wymachując rękami podczas upadku, przewrócił stół z zapasowymi opaskami na oczy.

— Usuń się, MacMillan. Zająłeś moje miejsce — oznajmiłem tonem wykluczającym wszelką dyskusję.

Nie mogłem oderwać wzroku od Molly, gdy jej kciuk powędrował do ust. Podnieciłem się, cholernie się podnieciłem, i nie mogłem czekać ani chwili dłużej, żeby ją pocałować.

— Ale n-nie… Miotacz! Shelly mówiła… Mówiła…

Spojrzałem na niego z góry. Piwny brzuch wylewał mu się z za ciasnych spodni, oczy były rozbiegane.

— Gówno mnie obchodzi, co mówiła. Idź się napić albo idź w kimę. Kapujesz?

Osunął się na podłogę, a ja skinąłem na kilku zawodników z pierwszego roku, żeby wynieśli go z sali do łóżka.

— Kapuję. Kapuję, stary — bełkotał, gdy ciągnęli go za ręce.

— Czekaj! Mac musi…

Wyciągnąłem przed siebie rękę i spiorunowałem wzrokiem zbliżającą się Shelly.

— Zamknij się, Shel! — warknąłem groźnie, a ona cofnęła się do koleżanek z oburzoną miną, wściekła na Molly. W dalszym ciągu mało mnie to obchodziło.

Odwróciłem się do Molly i przysunąłem się do niej. Nadal pachniała niewyraźnie wanilią, a ja nie byłem w stanie sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek miał większą ochotę kogoś pocałować.

Przeniosłem jej dłoń z ust na moją talię i niemal jęknąłem, gdy jej palce powędrowały odrobinę w górę mojego ciała, a jej usta rozchyliły się w delikatnym westchnieniu. Po jej reakcji zorientowałem się, że ona też czuje między nami tę dziwną energię.

Ująłem dłońmi jej policzki, żeby nie mogła się odsunąć i żebym mógł kontrolować każdy nasz ruch, a potem pochyliłem się i musnąłem jej usta w pocałunku. Starałem się być delikatny, łagodny — sam Bóg wie, że nie tak zwykle działałem. Ale potem jej dłoń zsunęła się na mój brzuch, przypadkowo muskając koniuszek mojego członka, i straciłem nad sobą panowanie. Po prostu straciłem ostatnią krztynę kontroli, jaką jeszcze nad sobą miałem.