Słodki drań - Penelope Ward, Vi Keeland - ebook + audiobook

Słodki drań ebook i audiobook

Ward Penelope, Vi Keeland

4,3

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Stacja benzynowa gdzieś na pustkowiu Nebraski nie jest zbyt romantycznym miejscem, zwłaszcza kiedy jesteś w kiepskim humorze. Aubrey była. Znużona wielogodzinną trasą w perspektywie miała jeszcze wiele godzin dalszej jazdy. Uciekała przed swoją przeszłością, chciała ukoić złamane serce i rozpocząć nowe życie w Kalifornii. Chance, zarozumiały przystojniak z Australii, wkurzył ją od pierwszego wejrzenia. Był niesamowicie seksowny, ale do przesady arogancki. Dziewczyna przestałaby o nim myśleć pięć minut po odjechaniu ze stacji, gdyby nie problem z kołem, którego sama nie była w stanie zmienić. Również Chance nie mógł wyruszyć w dalszą podróż - nie umiał poradzić sobie z awarią motocykla. Chcąc nie chcąc, dalej pojechali razem.

Wkrótce Aubrey z zaskoczeniem odkrywa w tym pewnym siebie zarozumialcu najlepszego kompana podróży, jakiego mogłaby sobie wymarzyć. A i Chance wygląda na faceta, który również czuje do dziewczyny coś więcej. Wyprawa wydłuża się do kilku dziwnych, ale cudownych dni. Jest zabawnie, miło, a napięcie między nimi rośnie. Audrey coraz bardziej zakochuje się w przystojnym Australijczyku i wszystko zdaje się zmierzać do szczęśliwego końca, gdy któregoś dnia, zupełnie nieoczekiwanie, Chance znika bez pożegnania...

To opowieść o zabawnych przypadkach, namiętności i pożądaniu, ale również o trudnych wyborach, cierpliwości i przyjaźni. O rozterkach, smutku i tęsknocie za ukochaną osobą. Ta historia pełna jest zaskakujących zwrotów akcji, uśmiechów, łez i radości. Od kart tej książki nie oderwiesz się aż do ostatniego zdania!

Po prostu zniknął... Tego się nie robi takiej dziewczynie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 50 min

Lektor: Czyta: Hanka Tyszkiewicz

Oceny
4,3 (15 ocen)
7
7
0
1
0
Sortuj według:
marta0805

Dobrze spędzony czas

Dziewczyna i przystojniak. Poznają się w trasie na stacji benzynowej i na skutek zbiegu przypadków razem wyruszają w dalszą drogę. Jest to słodka opowieśc o wielkiej miłości, pożądaniu, tęsknocie i niesamowitej walce o szczęście i odzyskaniu ukochanej kobiety. Nie jest to opowieść, od której nie można się oderwać, ale jest bardzo przyjemna w odbiorze, słodka i zabawna. Podczas czytania uśmiech nue schodził mi z twarzy. Napisana jest dobrym, lekkim stylem. Jeśli chodzi o warsztat autorek, to nie bardzo mam sie do czego przyczepić, natomiast sama historia dość przewidywalna, choć koza nieco mnie zaskoczyła 😅Dziewczyna i przystojniak. Poznają się w trasie na stacji benzynowej i na skutek zbiegu przypadków razem wyruszają w dalszą drogę. Jest to słodka opowieśc o wielkiej miłości, pożądaniu, tęsknocie i niesamowitej walce o szczęście i odzyskaniu ukochanej kobiety. Nie jest to opowieść, od której nie można się oderwać, ale jest bardzo przyjemna w odbiorze, słodka i zabawna. Podczas czytan...
00
Pinaczyta

Dobrze spędzony czas

Niezbyt romantyczne spotkanie na stacji benzynowej Aubrey i Chance jest początkiem znajomości tej dwójki. Jego zepsuty motocykl i przebita opona w jej samochodzie jest początkiem ich wspólnej podróży do Kalifornii. Chociaż początki tej dwójki nie wróżą nic dobrego, bo oboje nie pałają do siebie sympatią. Z każdą minutą podróży zaczynają się coraz lepiej dogadywać. Aubrey się w nim zakochuje. Gdy już myśli, że między nimi się ułoży. On znika bez słowa pożegnania. Czym łamie jej serce. Jednocześnie w tak krótkim czasie udało jej się przeżyć największe szczęście i największy zawód miłosny. Czy po dwóch latach kiedy Chance znowu pojawia się w życiu Aubrey będzie dla nich szansa na odbudowanie tego co stracili? Czy Aubrey wybaczy mu to, że ją zostawił bez słowa wyjaśnienia?
00
aguszka2

Dobrze spędzony czas

Trochę przesłodzona. Ale bardzo romantyczna opowieść oczami faceta.
00
Ewelinaglowa

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka polecam wszystkim.
00
alabomba

Dobrze spędzony czas

Jak zawsze lekko bez zbędnych dramatów
00

Popularność




Penelope Ward, Vi Keeland

Słodki drań

Tytuł oryginału: Cocky Bastard

Tłumaczenie: Edyta Stępkowska

ISBN: 978-83-283-3991-0

Copyright © 2015. Cocky Bastard by Penelope Ward and Vi Keeland

All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, distributed, or transmitted in any form or by any means, including photocopying, recording, or other electronic or mechanical methods, without the prior written permission of the publisher, except in the case of brief quotations embodied in critical reviews and certain other noncommercial uses permitted by copyright law.

Polish edition copyright © 2019 by Helion SA

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz Helion SA dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Helion SA nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Helion SA ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: editio@editio.plWWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Naszym mężom — najsłodszym ze słodkich drani.

Zastanawiałam się, czy takie wibrowanie mogłoby być przyjemne również między nogami.

Słońce oślepiającym blaskiem odbijało się od chromów harleya-davidsona zaparkowanego kilka miejsc dalej i puszącego się dumnie w popołudniowym ukropie. Czekałam na koniec piosenki Maroon Five, którą właśnie puszczali w radiu, i ze wzrokiem dziwnie zafiksowanym na dwukołowej zabawce dla dużych chłopców po omacku szukałam w torebce telefonu. Bryła motocykla była prosta, podobnie jak kolorystyka — czarny metalik i lśniące srebro, z tyłu sakwy ze znoszonej skóry z wytłoczonymi inicjałami C. B. i czaszką poniżej.

Jakie to uczucie dosiadać takiej maszyny? Wiatr we włosach, moje ramiona ciasno owinięte wokół talii mężczyzny o surowo brzmiącej ksywie, potężny silnik mruczy pod moimi obleczonymi w dżins udami. Kowboj? Easy Rider? Gunner? Nie. Wróć. Pres. Mój wyimaginowany motocyklista najpewniej nazywa się Pres. I wygląda całkiem jak Charlie Hunnam.

Spojrzałam na ekran iPhone’a, gdzie wyświetliło mi się sześć nowych wiadomości od Harrisona. Uśmiechnęłam się gorzko do siebie. Z całą pewnością nikt o imieniu Harrison nigdy nie wsiadł na harleya. Wrzuciłam telefon z powrotem do torebki. Wyłączyłam silnik przeładowanej beemki i zerknęłam za siebie na tylne siedzenie. Przez sięgającą sufitu stertę kartonów zaczynałam dostawać klaustrofobii w moim pełnowymiarowym przecież samochodzie.

Na parking podjechał akurat autokar pełen turystów. Świetnie. Lepiej będzie, jeśli się pośpieszę i zamówię lunch przed nimi. W przeciwnym razie w życiu się stąd nie wydostanę. Od dziesięciu godzin byłam w trasie, jadąc z Chicago do Temecula w Kalifornii. Miejsce wypoczynkowe z małym bistro znajdowało się tuż przy drodze gdzieś w środku Nebraski. Stąd miałam jeszcze ponad dwadzieścia godzin podróży.

Po piętnastu minutach dostałam swoją pepsi i kurczakowe nuggetsy z sieciówki Popeyes, które zamierzałam zjeść w samochodzie. Przed wyjściem zajrzałam jeszcze do sklepiku z pamiątkami. Byłam padnięta, a zgodnie z planem jeszcze tego dnia miałam jechać kolejne pięć godzin, nim się gdzieś zatrzymam na noc. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić, więc ziewając, odwlekałam moment wyjazdu i nieprzytomnym wzrokiem omiatałam wystawione na półkach szpargały. Wśród różnej maści bibelotów i breloczków wypatrzyłam figurkę Baracka Obamy z ruchomą głową. Bezmyślnie potrząsałam figurką i jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w maniakalny niemal uśmiech na podrygującej głowie.

— Kup to. Wiesz, że tego chcesz — usłyszałam głęboki, zachrypnięty głos zza pleców. Przestraszył mnie, aż się wzdrygnęłam, a figurka z wielką głową wypadła mi z ręki. Głowa oderwała się od sprężynowej szyi i potoczyła po podłodze.

Kobieta przy kasie zareagowała natychmiast:

— Przykro mi, ale będzie pani musiała za nią zapłacić. Dwadzieścia dolarów.

— Niech to szlag! — syknęłam, idąc za toczącą się głową. Kiedy się schyliłam, by ją podnieść, znów usłyszałam zza pleców ten głos.

— I pomyśleć, że zdaniem niektórych gość ma łeb na karku. — Wydało mi się, że facet za plecami mówi z australijskim akcentem.

— Co za dupek. Uważasz, że to śmieszne? — zapytałam, nim się odwróciłam, by w końcu spojrzeć na człowieka, do którego należał głos.

I zamarłam.

O cholera.

— Weź, nie bądź jędzą. Nie ma się o co wkurzać. — Jego usta wygięły się w występny grymas, kiedy podawał mi resztę Obamy. — I dla porządku, owszem, uważam, że to było bardzo śmieszne.

Przełknęłam i chyba straciłam zdolność mowy, patrząc na stojącego przede mną Adonisa. Miałam ochotę dać mu w twarz, żeby zetrzeć z niej ten bezczelny uśmieszek, ale rzeczona twarz była przepiękna, o mocnych rysach, lekko ogorzała i otoczona gęstwiną miedzianobrązowych włosów. Niech to szlag. Gość był nieziemsko przystojny. W życiu bym się nie spodziewała spotkać kogoś takiego w takim miejscu. Byliśmy na amerykańskim zadupiu, a nie w australijskim buszu.

Odchrząknęłam i w końcu odzyskałam mowę.

— Cóż, mnie to nie bawi ani trochę.

— Może więc powinnaś wyjąć sobie ten sztywny kij z tyłka i trochę się wyluzować. — Po czym wyciągnął do mnie rękę. — Daj mi to, Księżniczko. Zapłacę za ten szajs. — Nim zdołałam zareagować, wyjął z mojej ręki połamaną zabawkę, a ja przeklinałam się w duchu, bo gdy jego dłoń na ułamek sekundy dotknęła mojej, ciarki przeszły mi po plecach. I oczywiście poza tym wszystkim na moje nieszczęście pachniał nieziemsko.

Poszłam za nim do kasy, szukając gotówki w zagraconym portfelu, lecz on był szybszy i zapłacił za mnie.

Następnie wręczył mi plastikową torebkę z połamaną figurką.

— Wrzuciłem ci tam też trochę drobnych. Może uda ci się za to kupić trochę poczucia humoru.

Jezu, ten akcent!

Z opadniętą szczęką i w osłupieniu patrzyłam za nim, gdy się odwrócił i wyszedł ze sklepu.

I ten tyłek!

O tak. Ten tyłek. Jędrny, soczysty, krągły tyłek ciasno otulony dżinsami. Jezu, naprawdę pilnie muszę się z kimś przespać, bo najwyraźniej kompletnie mnie nie obeszło, że facet przed chwilą rzucił mi obelgą prosto w twarz — majtki miałam praktycznie przemoczone.

Po kilku minutach bezmyślnego wpatrywania się w przestrzeń przy półce z koszulkami Nebraska Cornhuskers ocknęłam się i w myślach dałam sobie kopa w dupę. Moja reakcja na to, co przed chwilą zaszło, była jaskrawym dowodem, jak potwornie byłam zmęczona. Zwykle nie byłam taka cięta. Ale dość o tym — pora otrząsnąć się po tym dziwacznym incydencie i ruszać w drogę. Burczało mi w brzuchu i nagle poczułam, że nie mogę się doczekać, aż znów będę w trasie i dorwę się do tego kurczaka. Wychodząc z budynku, wyjęłam z pudełka jeden kawałek. Wstrzymałam przeżuwanie, gdy dostrzegłam jego — dwa miejsca od mojego samochodu, siedzącego na tym samym motocyklu, o którym fantazjowałam, kiedy tu zajechałam.

Wolno zbliżałam się do swojego wozu, licząc, że mnie nie zauważy. Nic z tego. I kiedy tylko mnie zobaczył, posłał mi szyderczo przerysowany uśmiech i pomachał ręką.

Gorączkowo szukając kluczy, przewróciłam oczami i mruknęłam:

— Znowu ty.

W odpowiedzi tylko parsknął śmiechem:

— I co, kupiłaś sobie poczucie humoru?

— Nie. Zamiast tego kupiłam ci trochę ogłady.

Wciąż się śmiejąc, pokręcił głową. Przeczesał palcami gęste włosy, wcisnął na głowę lśniący czarny kask i odpalił harleya. Huk silnika przeszył mnie na wylot.

Gdy wsiadłam do samochodu i zatrzasnęłam drzwi, nie mogłam się powstrzymać, by nie spojrzeć na niego po raz ostatni. Puścił do mnie oko zza szybki kasku, a moje żałosne serce aż zadrżało.

We wstecznym lusterku obserwowałam go, jak wycofuje się ze swojego miejsca. Myślałam, że ruszy z kopyta i zniknie w tumanie kurzu, ale nie. Wyjeżdżał powoli, po czym gwałtownie się zatrzymał. Kilkukrotnie wciskał dźwignię sprzęgła, ale bezskutecznie. W końcu wyłączył silnik, zdjął kask i wyraźnie poirytowany przesunął dłonią po włosach, nim zsiadł, by sprawdzić, co się stało. Powinnam była po prostu odjechać, ale nie mogłam oderwać od niego wzroku, kiedy zmagał się ze swoją maszyną, próbując ją uruchomić. Cholera, niedobrze.

Zanurzyłam kawałek kurczaka w sosie miodowo-musztardowym i wsunęłam sobie do ust, ani na moment nie spuszczając wzroku z lusterka, jakbym oglądała zawody sportowe. W pewnym momencie wyjął telefon i rozmawiał z kimś, chodząc tam i z powrotem.

Gdy się rozłączył, spojrzał w moją stronę i napotkał mój wzrok. Przyłapał mnie, więc zaśmiałam się nerwowo. Nie chciałam się śmiać z sytuacji, w jakiej się znalazł, zaśmiałam się sama z siebie. Gdy jednak uniósł brew, zaczęłam chichotać jeszcze głośniej. Wolno ruszył w moją stronę z kaskiem pod pachą. Zapukał mi w okno, więc je opuściłam.

— Bawi cię to, Księżniczko?

— Nie, w zasadzie to nie… No, może trochę — parsknęłam.

— Cóż, cieszę się, że przynajmniej w końcu znalazłaś swoje poczucie humoru.

Znów ten akcent!

Matko, jak niesamowicie kręciły mnie te przeciągane głoski.

Skręcił szyję, by zajrzeć na tylne siedzenie, gdzie dostrzegł stos kartonów.

— Jesteś bezdomna czy jak? Mieszkasz w samochodzie?

— Nie. Przeprowadzam się na drugi koniec kraju.

— Dokąd?

— Temecula.

— Kalifornia. — Pokiwał głową. — Też tam jadę.

Spojrzałam na jego motor.

— Póki co wygląda na to, że w najbliższym czasie raczej nigdzie nie pojedziesz. Myślę, że to nauczka za to, że nazwałeś mnie jędzą.

— Tak, wydaje się, że to prawda.

— Że dostałeś nauczkę?

— Że jesteś jędzą.

— Bardzo zabawne.

— A wiesz, co działa lepiej niż nauczka? — spytał, nachylając się do otwartego okna i omiatając mnie swoim zapachem.

— Co takiego?

Poruszył porozumiewawczo brwiami, nim odparł:

— Karma.

— O czym ty mówisz?

— Wysiądź i zerknij na tył swojego wozu.

Zniewalał mnie jego akcent.

Opanowałam się jednak i wysiadłam. Kapeć jak się patrzy w prawej tylnej oponie.

Nie, to się nie dzieje.

Dotknęłam dłonią czoła i spojrzałam na jego złośliwy uśmieszek.

— Jaja sobie ze mnie robisz? Od początku wiedziałeś, że złapałam gumę?

— Zauważyłem to mniej więcej wtedy, kiedy cię przyłapałem na opychaniu się kurczakiem i szydzeniu ze mnie. I zaręczam ci, że naprawdę dużo mnie kosztowało, by nie roześmiać ci się w twarz.

Nie miałam bladego pojęcia, jak zmienić koło. Sama nie wierzyłam w to, co za moment miałam zrobić.

— Umiesz zmienić koło?

— Jasne. Jaki byłby ze mnie facet, gdybym tego nie umiał?

— Pomożesz mi? Wiem, że raczej nie masz na to ochoty… po naszej małej utarczce. Ale jestem naprawdę zdesperowana. Nie chcę tu utknąć sama na noc.

— Pozwól, że cię o coś zapytam.

— Słucham…?

Potarł dłonią lekki zarost na podbródku.

— Jak bardzo zależy ci na wymianie tego koła?

Odsunęłam się od niego kawałek.

— Do czego zmierzasz?

— O, widzę, że ktoś tu ma brudne myśli. Ale nic z tego, skarbie. Nie sugeruję ci tego, o czym myślisz. Nie jesteś w moim typie.

— A jaki jest twój typ?

— Zwykle nie lecę na kobiety, co nie mają za grosz charakteru.

— Dzięki.

— Nie ma za co.

— Dobra, więc co chcesz w zamian?

— No więc, jak już wiesz po swym ostatnim napadzie szyderczego śmiechu, mój harley napotkał obecnie na pewne trudności techniczne. Potrzebuje części, której nie posiadam. Załatwiłem holowanie, ale mam deadline i, podobnie jak ty, muszę dotrzeć do Kalifornii.

— Nie myślisz chyba…

— Owszem, o tym właśnie myślę. Zmienię ci koło, a ty pozwolisz mi się ze sobą przejechać.

— Mam cię podwieźć?

— Dokładnie.

— Nie, czekaj. Co ty właśnie powiedziałeś?

— Słyszysz głosy.

Pokręciłam głową, by wyrzucić z niej obrazy, jakie się przez nią przesuwały. Czy mój zmęczony mózg tylko to sobie wyobraził, czy ten gość się ze mną droczy?

— Nie mogę jechać kilkaset kilometrów z kompletnie obcym człowiekiem — powiedziałam.

— To milion razy bezpieczniejsze niż jechać w pojedynkę.

— Chyba że jesteś seryjnym mordercą!

— I kto to mówi. To ty zdekapitowałaś prezydenta.

Musiałam się roześmiać. Sytuacja zrobiła się niedorzecznie pokręcona.

— A niech mnie, Księżniczko, czyżbym usłyszał, jak śmiejesz się z samej siebie?

— Boję się, że przy tobie dostanę delirium.

Wyciągnął do mnie rękę.

— Czyli wchodzisz w to?

Nie uścisnęłam jego dłoni, lecz z przekorą założyłam ręce na piersi.

— A mam jakiś wybór?

— Zawsze możesz poprosić jego, żeby zmienił ci koło. — Wskazał na potężnego, groźnie wyglądającego mężczyznę, który zdawał się nas obserwować. Wyglądał jak Herman z Rodziny Potwornickich.

Westchnęłam głęboko i uległam.

— Dobra, wchodzę w to. Wchodzę, okej? Pomóż mi po prostu się stąd wydostać.

— Wiedziałem, się zgodzisz. A teraz proszę, powiedz mi, że masz koło zapasowe.

— Mam, mam. Muszę tylko poprzesuwać część kartonów, żeby się do niego dostać.

Szczerze się roześmiał, kiedy zobaczył chaos w moim bagażniku.

— Ja pieprzę! Co to za bajzel?

Spojrzałam mu w oczy i odparłam zgodnie z prawdą:

— Ten bajzel to całe moje życie.

Wyjmowałam kolejne kartony i stawiałam je na ziemi obok bagażnika. Mój świeżo upieczony pasażer wyjął koło i od razu wziął się do roboty.

Gdy zmieniał koło, jego biała koszulka podwinęła się, odsłaniając opalone, twarde jak skała mięśnie brzucha i cienki pasek włosów biegnący od pępka i znikający pod gumką majtek. Bardzo nie chciałam czuć napięcia, jakie pojawiło się między moimi nogami. Musiałam skupić uwagę na czymś innym. Podeszłam więc do jego motoru i usiadłam na kanapie. Trzymając kierownicę, próbowałam sobie wyobrazić, jak by to było jechać pod wiatr. Lecz to nie pomagało, bo co chwila w głowie pojawiały mi się przebitki, w których z przodu na kanapie siedzi on.

Wysunął się spod mojego wozu i rzucił w moją stronę:

— Ostrożnie, dziewczynko. To nie zabawka.

Zeskoczyłam z siedzenia i przesunęłam palcami po literach wybitych na sakwach.

— A w ogóle co oznacza C. B.?

— To moje inicjały.

— C. i B. Hmm. Ciekawski i Bezczelny? — spytałam z sarkazmem. — Chociaż bardziej pasowałoby Z. D. Zarozumiały Drań.

— Wiesz co, zamierzałem ci powiedzieć, jak się nazywam, ale skoro jesteś taka mądra, to pozwolę ci zgadnąć.

— Jak wolisz, Słodziaku

Z powrotem położył się na asfalcie.

— Dokręcę tylko te nakrętki i możemy walić.

— Walić?

— Walić w drogę… A o jakim waleniu myślałaś?

— O żadnym.

Podniósł się i brzegiem koszulki otarł czoło.

— Gotowe.

Chyba oszaleję.

— Szybko ci poszło. Na pewno dobrze dokręciłeś?

— Skarbie, może nie wszystko styka u mnie w głowie, o czym wkrótce się przekonasz, ale w twoim kole luzów nie ma. — Puścił do mnie oko i po raz pierwszy dostrzegłam dołeczki w jego policzkach. — Możliwe, że jutro będziemy musieli się gdzieś zatrzymać i kupić nowe koło. Na zapasie nie powinno się jeździć za długo.

Jutro. Jezu. To się dzieje naprawdę.

— W porządku. Ruszajmy — powiedziałam. — Ja poprowadzę. Muszę kontrolować sytuację…

— Jak wolisz — zgodził się.

Wyjeżdżając tyłem, czułam napięcie w karku. Zapowiada się ciekawie, mówiąc najłagodniej. Mój pasażer za to, nie tracąc czasu, zajął się moim kurczakiem.

Klepnęłam go w rękę dla żartu.

— Ej, łapy precz od mojego jedzenia.

— Musztardowo-miodowy? Wolę barbeque. — Oblizał kciuk, a ja znów zganiłam się w duchu, bo nawet ten prosty gest trochę mnie podniecił.

To będzie bardzo długa podróż.

Uśmiechnął się triumfalnie, unosząc w górę torebkę ze sklepu z pamiątkami.

— Otwarłaś ją w ogóle?

— Nie. Po co bym miała? To tylko połamana figurka.

Podając mi ją, powiedział:

— Czyżby?

Jedną ręką trzymając kierownicę, wyjęłam z torebki figurkę… w jednym kawałku.

— Ale jak to? Kiedy udało ci się…?

— Wydawało mi się, że ci się spodobała, więc zapłaciłem za tamtą i kupiłem drugą. Nie zauważyłaś, bo byłaś zbyt zajęta szukaniem pieniędzy w portfelu.

Musiałam się uśmiechnąć, a jednocześnie kręciłam głową z niedowierzaniem.

— A niech mnie. Prawdziwy uśmiech. — Wyciągnął rękę. — Daj mi go. — Wręczyłam mu figurkę, a on oderwał papierek na dole i przykleił ją do deski rozdzielczej. Głowa Obamy podrygiwała teraz z każdym ruchem samochodu.

Było to tak niedorzeczne, że szczerze się roześmiałam, choć jednocześnie zrobiło mi się ciepło wokół serca, bo to, co zrobił, było naprawdę słodkie. Może jednak nie jest aż takim draniem.

Przez jakiś czas jechaliśmy w milczeniu. On odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Dopiero gdzieś na I-76, kiedy słońce zmieniło się w pomarańczową kulę, ogniście rozświetlając daleki horyzont, odwrócił się do mnie i powiedział zachrypniętym głosem:

— Jestem Chance.

Dopiero po kilku sekundach odparłam:

— Aubrey.

— Aubrey — powtórzył szeptem i na wydechu, jakby kontemplował brzmienie mojego imienia, po czym na powrót zamknął oczy i odwrócił ode mnie głowę.

Chance.

— Będziesz go tak ignorować w nieskończoność? — Zmrużył oczy, patrząc na mój rozdzwoniony telefon leżący na klapie schowka między siedzeniami. Cholerne ustrojstwo dzwoniło mniej więcej co pół godziny, ale teraz odstępy między połączeniami skróciły się do dziesięciu minut.

— Dokładnie tak — potwierdziłam krótko. Wściekły taniec telefonu ustał i pomyślałam, że być może w końcu odpuści.

Ale gdzie tam. Pięć minut później znów zadzwonił i tym razem, nim się zorientowałam, Chance złapał telefon i spojrzał na wyświetlacz.

— Dzwoni Harry — powiedział, machając mi przed nosem telefonem trzymanym między kciukiem i palcem wskazującym, aż mu go nie wyrwałam.

— Harrison. I to nie twój interes.

— To długa podróż, Księżniczko. Wiesz sama, że w końcu będziemy musieli o tym porozmawiać.

— Zapewniam cię, że nie będziemy.

— Przekonamy się.

Tym razem telefon znów zadzwonił już po kilku minutach. I nim zdołałam go powstrzymać, Chance znowu trzymał go w ręce. Tyle że tym razem przesunął palcem i odebrał.

— Taa.

Myślałam, że oczy wyskoczą mi z orbit i mało brakowało, a wypadłabym z jezdni, ale mimo wszystko siedziałam jak niemowa.

— Harry. Co słychać, brachu?

Australijski akcent, który do tej pory jedynie pobrzmiewał w jego głosie, nagle wyszedł na plan pierwszy. Słyszałam, jak Harrison coraz głośniej mówi do słuchawki, ale nie byłam w stanie rozróżnić słów. Spojrzałam na twarz bardzo z siebie zadowolonego Chance’a. On również spojrzał na mnie, wzruszył ramionami i odchylił się na swoim miejscu, najwyraźniej doskonale się przy tym wszystkim bawiąc. Ja natomiast w tym momencie zdecydowałam, że nasza krótka wspólna podróż właśnie dobiegła końca. Kiedy tylko dojedziemy do następnego zjazdu, wykopię go z samochodu, niech radzi sobie sam. Jeśli o mnie idzie, to może sobie nawet pieszo ponieść swoją okrągłą umięśnioną dupę przez cholerne zadupie Nebraski.

— Taa, jasne. Jest ze mną. Tylko akurat jesteśmy jakby trochę zajęci.

Następne pytanie usłyszałam głośno i wyraźnie. Chance odsunął od ucha aparat, z którego dobiegł mnie ryk Harrisona:

— Kto to, kurwa, jest?!

— Chance. Nazywam się Chance Bateman. Choć niektórzy mówią na mnie Słodziak — wyjaśnił z tą cudowną intonacją, od której — byłam tego pewna — Harrisonowi wyszła na szyi pulsująca, ciemnofioletowa żyła.

— Oddaj. Cholerny. Telefon. Aubrey. — Każde słowo cedził wściekłym staccato. I nagle przestałam być zła na Chance’a, że odebrał mój telefon. Nagle bezgranicznie wkurzyło mnie, że Harrison miał czelność wkurzać się na to, co ja robiłam.

— Sorry, Harry, nie da rady. Aubrey jest w tej chwili… niedysponowana.

Z telefonu wylał się kolejny ciąg inwektyw.

— Słuchaj, Harry. Powiem ci jak facet facetowi, bo wydaje mi się, że w porzo z ciebie chłopina. Aubrey nie odbierała twoich telefonów, bo chciała być miła. Prawda natomiast jest taka, że zwyczajnie nie chce z tobą gadać.

Moja wściekłość przeskakiwała teraz pomiędzy nimi dwoma. Choć z drugiej strony… A-BRIII. Naprawdę miałam ochotę udusić Chance’a, ale jednocześnie bardzo chciałam usłyszeć raz jeszcze, jak wymawia moje imię. Co się ze mną, u licha, dzieje? Nie dosłyszałam odpowiedzi Harrisona, zbyt zajęta odtwarzaniem w głowie mojego imienia z tą po australijsku przeciągniętą ostatnią sylabą. Słodki drań tak zgrabnie podkręcał je na języku, że w brzuchu załopotały mi małe motylki. Możliwe nawet, że na moment straciłam poczucie czasu, kiedy sobie wyobraziłam, jak szepcze to imię wprost do mego ucha tym swoim gardłowym, niskim głosem.

Zamrugałam kilkakrotnie i wróciłam do rzeczywistości w samą porę, by usłyszeć, jak Chance przesadnie wolno wypuszcza powietrze z płuc wprost do słuchawki telefonu.

— W porządku, Harry. Ale obawiam się, że będziesz musiał z tym skończyć. Urządzamy sobie właśnie przyjemną, długą przejażdżkę, a od twojego ciągłego wydzwaniania nasza dziewczyna nie może się wyluzować. Bądź kolegą i spasuj z zaczepkami przynajmniej na jakiś czas, dobra?

Nasza dziewczyna? Oj, ta żyła na szyi Harrisona za moment pęknie.

Chance rozłączył się, nie czekając na jego odpowiedź.

Przez całe pięć minut żadne z nas nie odezwało się słowem. On w tym czasie czekał chyba na ostrą połajankę.

— Nie będziesz się chyba na mnie wkurzać za moją pogawędkę z Harrym?

Zacisnęłam mocniej dłonie na kierownicy.

— Właśnie to sobie przetwarzam.

— Przetwarzasz? — W jego głosie brzmiało niemal rozbawienie.

— Tak.

— A co to, u licha, znaczy?

— To znaczy, że nie mówię pierwszego, co mi przyjdzie do głowy. W przeciwieństwie do niektórych osób, zastanawiam się nad tym, co czuję, a potem odpowiednio to werbalizuję.

— Kisisz emocje.

— Nieprawda.

— Prawda. Jak jesteś wkurzona, to powiedz to. Albo wywrzeszcz, jeśli trzeba. Lepiej, kiedy się wkurwisz raz a porządnie, niż jak masz być wkurwiająca przez cały cholerny czas.

Droga wiodła przez pustkowie, więc nie było problemu z wciśnięciem hamulca i zjechaniem na pobocze. Przejechałam przez trzy pasy i zatrzymałam samochód z silnym szarpnięciem. Ciemność przerywały jedynie moje światła mijania i światła nielicznych mijających nas samochodów. Wysiadłam, obeszłam samochód i stanęłam przy miejscu dla pasażera, czekając, aż Chance zrobi to samo.

Z rękoma na biodrach powiedziałam wprost:

— Naprawdę masz tupet. To ja ci ratuję tyłek na parkingu przy drodze, a ty wpychasz mi się do samochodu, zjadasz połowę mojego jedzenia, przestawiasz mi radio, a potem, jakby tego było mało, odbierasz mój telefon.

On skrzyżował tylko ręce na piersi i przeszedł do defensywy:

— Nie uratowałaś mojego tyłka. Zjadłem jednego nuggetsa. Słuchasz gównianej muzyki. A Harry z kijem w dupie strasznie cię wkurwiał.

Wbiłam w niego wściekły wzrok.

On również wściekle patrzył na mnie.

Boże drogi. Światła samochodu, który właśnie nas minął, na moment rozświetliły jego twarz i wtedy to zobaczyłam. Trzynastka. Jego gniewne oczy miały kolor idealnej trzynastki. Jak byłam mała, z kredki koloru cadet blue musiałam zdzierać papierek, zanim w pozostałych sześćdziesięciu trzech kredkach stępiłam szpice. Tak bardzo podobał mi się ten odcień, że używałam go nie tylko do kolorowania nieba. Miałam w życiu trwający caluteńki rok epizod, w którym wszystkie twarze w moich kolorowankach mieniły się tym pięknym błękitem z tajemniczą nutką szarości. Nigdy nie widziałam tego koloru w naturze, a już na pewno nie w czyichś oczach.

Przemknęło mi przez głowę, że w połowie już mnie nie ma. I wtedy zagarnął drugą połowę.

— Aubrey. — Podszedł do mnie.

A–BRIII.

Niech go szlag. Milczałam… Przetwarzałam.

— Chciałem tylko pomóc. Harry potrzebował zimnego prysznica. Nie wiem, kim dla ciebie jest, ale najwyraźniej wyrządził ci jakąś krzywdę. A ty nie chcesz już słuchać jego przeprosin. Koleś ściemnia i doskonale o tym wiesz. Pozwól mu przez jakiś czas pomęczyć się z myślą, że jesteś w podróży z innym mężczyzną. Powinien wiedzieć, że przy kobiecie takiej jak ty zawsze będą się kręcić inni faceci. To naprawdę słabe, że trzeba mu było o tym przypomnieć.

Przy kobiecie takiej jak ja?

Starałam się zachować marsowe oblicze, ale zwyczajnie nie czułam już tego wkurzenia.

— Dobra. Po prostu nie ruszaj więcej mojego telefonu, okej?

— Tak jest, proszę pani.

Pokiwałam głową. Bardzo pragnęłam poczuć się w tej chwili jak zwycięzca. Bo przecież nie mogę ot tak wyzbyć się złości tylko dlatego, że facet ma seksowny głos i oczy w kolorze trzynastki, prawda?

— Może cię zmienię za kółkiem?

Cóż. Po zmroku widziałam słabo i faktycznie obraz zaczynał mi się rozmazywać.

— Zgoda.

Otworzył drzwi pasażera i poczekał, aż usiądę w fotelu, po czym zamknął drzwi i truchtem przeszedł na drugą stronę. Zanim się wsunął na miejsce kierowcy, schylił się i podniósł coś z ulicy. Wrzucił to do swojej torby na tylnym siedzeniu i zajął się ustawianiem fotela.

— Co to było, co podniosłeś?

— Nic — zbył moje pytanie. — Kierowca wybiera muzykę. — I ruszyliśmy dalej.

— Jak ja prowadziłam, to zmieniałeś stację co pięć minut.

Wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

— To nowa zasada.

Z miejsca pasażera mogłam za to swobodnie go sobie poobserwować. I niech mnie, jeśli te dołeczki w jego policzkach nie były wyjątkowo głębokie. A lekki zarost, który zacieniał mocno zarysowaną szczękę, zdecydowanie na mnie działał. Jeszcze jak działał. Niewykluczone, że dam mu tę kierownicę na bardzo długo.

* * *

Trzy godziny później postanowiliśmy zakończyć podróż na dziś. Dochodziła północ i przejechaliśmy tyle, ile zaplanowałam, nawet mimo utraty paru godzin na zakup nowego koła.

Kobieta w recepcji hotelu bawiła się telefonem i ledwie na nas spojrzała, gdy do niej podeszliśmy.

— Macie wolny pokój na jedną noc? — zapytał Chance.

— Erhm… Potrzebujemy dwa pokoje — sprecyzowałam.

— No coś ty? Myślałem, że weźmiemy pokój z dwoma łóżkami.

— Nie będę z tobą dzielić pokoju.

Wzruszył tylko ramionami.

— Jak sobie chcesz. — I ponownie zwracając się do recepcjonistki, dodał tonem znawcy: — Boi się, że jeśli znajdziemy się razem w jednym pokoju, nie będzie w stanie utrzymać rąk przy sobie. — Po czym puścił do dziewczyny oko. I choć była ciemnoskóra, dostrzegłam rumieniec na jej policzkach.

Przewróciłam tylko oczami, bo nie chciało mi się znowu z nim kłócić, a do dziewczyny za biurkiem powiedziałam:

— Jeśli to możliwe, dla mnie poproszę pokój wychodzący na zachód, nie na parterze i z parzystym numerem.

— A dla mnie poproszę pokój z łóżkiem, toaletą i telewizorem, jeśli to możliwe. — Uśmiechnął się do mnie złośliwie.

— Mogę państwu dać pokoje 217 i 218. Są zaraz obok siebie.

— Doskonale. Ona lubi być blisko mnie.

Nie byłam pewna, czy jego narcystyczne poczucie humoru zaczynało mi się podobać, czy po prostu byłam wypompowana po tylu godzinach jazdy. Tak czy inaczej, nawet lekko się zaśmiałam.

Wyglądał na zadowolonego.

Dziewczyna wręczyła nam klucze i dała każdemu po ciepłym kruchym ciasteczku z czekoladą. Idąc do windy, zaproponowałam mu swoje:

— Chcesz? Nie będę go jadła.

— Jasne. Zjem cię.

— Co powiedziałeś?

— Powiedziałem, że zjem je.

Jezu, naprawdę potrzebuję snu. I być może zimnego prysznica.

Wtaszczył do pokojów obie nasze torby i nie omieszkałam zauważyć, że puścił mnie przodem przy wchodzeniu do windy i wychodzeniu z niej. Maniery Słodkiego Drania były najwyraźniej równie nienaganne co jego miłość własna.

— Branoc, Księżniczko.

— Do jutra, Słodziaku.

Byłam wdzięczna, że nie wypowiedział mojego imienia. Już i tak wystarczającą torturą była myśl, że będzie spał za ścianą.

Piętnaście minut później zakończyłam wieczorny rytuał pielęgnacyjny i wsunęłam się do łóżka. Wzięłam głęboki wdech i wolno wypuściłam powietrze, zanurzając się w miękki materac.

Aż podskoczyłam, gdy usłyszałam pukanie do drzwi.

Poirytowana zwlokłam się z łóżka i przy drzwiach wspięłam się na palce, by wyjrzeć przez wizjer. Swoją drogą, czemu zawsze umieszczają je tak wysoko? Zdziwiłam się, gdy na korytarzu nie dostrzegłam nikogo. Może tylko mi się wydawało?

Wtedy pukanie rozległo się ponownie. Zapaliłam światło. Dźwięk nie dobiegał od drzwi wejściowych, lecz z drzwi wewnętrznych, które dostrzegłam dopiero teraz.

Z drzwi Chance’a.

Otwarłam górny zamek i uchyliłam drzwi tylko na tyle, by sprawdzić, czego chce. Faktycznie stał przy drzwiach.

Bez koszulki.

Miał na sobie tylko granatowe bokserki, które opinały jego ciało niczym druga skóra.

Minutę trwało, nim pojęłam, o co mu chodzi, mimo że przez cały ten czas w wyciągniętej ku mnie ręce trzymał szczoteczkę do zębów.

— Myślałem, że ustaliliśmy już, iż nie jestem seryjnym mordercą.

Otwarłam drzwi szerzej.

Uśmiechnął się.

Boże. Przestań. Przestań w tej chwili.

— Musiałem zostawić pastę w sakwie w twoim samochodzie.

Przełknęłam głośno ślinę.

— Aha.

Przechylił głowę na bok i zmarszczył brwi.

— Mogę pożyczyć twoją?

— Och. Taa, jasne.

Minął mnie i ruszył wprost do mojej łazienki. Ja czekałam w drzwiach.

— Jak na jedną noc masz tu w cholerę dziewczyńskich gadżetów — skomentował z łazienki z ustami pełnymi piany. — Private Collection Tuberose Gardenia.

Przeczytał na głos etykietę na flakonie moich perfum od Estée Lauder.

Usłyszałam, jak płucze usta i spluwa. Potem dobiegł mnie gardłowy bulgot. Zatem użył również mojego płynu do ust. Spoko, częstuj się na zdrowie.

Wyszedł i zgasił światło w łazience.

— Tuberoza to róża?

Pokręciłam głową, wciąż zmieszana całą sytuacją.

— To dlatego — mruknął.

— Dlatego co?

— Cały dzień się zastanawiałem, czym pachniesz. Ale chyba po prostu nigdy wcześniej nie wąchałem tuberozy. — Wzruszył ramionami i wrócił do swojego pokoju. Wcześniej jednak odwrócił się i rzucił na odchodne:

— Nawet te czarne koronkowe fatałaszki pachną tuberozą.

Myślałam, że oczy wyjdą mi z orbit. Majtki i stanik zostawiłam obok umywalki.

— Ty… Ty…

— Spokojnie. Tylko się z tobą droczę. Czy ja wyglądam na gościa, co wącha cudzą bieliznę?

Tak.

Nie.

Może?

— Branoc, Aubrey. — Uraczył mnie jeszcze jednym dołeczkowatym uśmiechem i zniknął.

A–BRIII. Niech go szlag.

Zasunęłam zamek w drzwiach i dwukrotnie sprawdziłam, czy na pewno są zamknięte. Nie do końca jednak wiedziałam, czy martwię się o bezpieczeństwo moje, czy jego. W głowie bez przerwy odtwarzałam, jak wymawia moje imię. I z każdym moim oddechem jego głos brzmiał bardziej miękko, niczym kojąca kołysanka, z którą powoli zanurzałam się w krainę snów.

Aż ciszę ponownie przerwało pukanie.

Wydaje mi się, że naprawdę zasnęłam — na jakieś trzy sekundy, zanim wstałam, by otworzyć drzwi. Znowu.

— Chcesz obejrzeć film?

W moim pokoju panowała absolutna ciemność. U niego z kolei paliły się wszystkie światła. Minutę trwało, nim mój wzrok się przyzwyczaił. A gdy już się przyzwyczaił, natychmiast wylądował na jego bieliźnie. I zamiast po prostu powiedzieć „nie” i zamknąć drzwi, wdałam się z nim w sprzeczkę. Znowu.

— Nie będę z tobą oglądać filmu, kiedy jesteś w bieliźnie.

Spojrzał w dół, a potem znów na mnie.

— Ale o co ci chodzi? Przecież mi nie stoi.

Otworzyłam szerzej oczy, oburzona jego niestosowną uwagą, ale zamiast dać temu wyraz, zaczęłam sobie wyobrażać, jak może wyglądać w tych niedorzecznie obcisłych spodenkach, kiedy faktycznie ma erekcję. Nagle nie wiedziałam, gdzie podziać wzrok. Jeśli go spuszczę, będę się gapić na jego przyrodzenie. A gdy spojrzę na niego, natychmiast się domyśli, co mi chodzi po głowie.

Parsknął śmiechem:

— Spoko, włożę spodenki.

Nie miałam pojęcia, po co w ogóle z nim rozmawiałam, skoro naprawdę nie miałam ochoty oglądać żadnego filmu. On tymczasem zniknął i wrócił po minucie w luźnych spodenkach. Nadal jednak wystawała z nich gumka z logo Calvina Kleina. Okazało się również, że teraz, gdy nie mogłam już skupić wzroku na ciasnych majtkach, szorty jeszcze pogarszały sprawę. Wisząc luźno, dodatkowo podkreślały mocno wyrzeźbioną literę V pomiędzy jego wąskimi biodrami. A zasłaniając przede mną swój jędrny tyłek, zmuszał mnie do przeniesienia uwagi na jego klatę. I niedorzecznie wyraźny kaloryfer brzucha.

— Teraz ty — powiedział.

Moje oczy milcząco domagały się wyjaśnienia.

— Jeśli ja nie mogę zostać w bieliźnie, to ty musisz się przebrać z tej koszuli.

— A co jest nie tak z moją koszulą? — W moim głosie słychać było gotowość do obrony.

Zatrzymał wzrok na wysokości mojego biustu, a kąciki ust wygięły mu się w kusząco grzeszny uśmieszek.

— Absolutnie nic. Bardzo proszę, zostań w niej, jeśli masz ochotę.

Podążyłam za jego wzrokiem i nagle sobie przypomniałam, że mam na sobie cienką, białą koszulę bez stanika. Moje sutki sterczały, domagając się pełnej uwagi, jakby chciały się przebić przez cienką tkaninę.

Przez jakieś dwadzieścia minut kłóciliśmy się, jaki film wypożyczyć, aż w końcu zdecydowaliśmy się na horror, którego wcale nie miałam ochoty oglądać. Po pięciu minutach zasnęłam w bluzie naciągniętej na koszulę, na podwójnym łóżku tuż obok Chance’a.

Kiedy rano się obudziłam, Chance był u siebie, a drzwi łączące nasze pokoje były otwarte z obu stron. Usłyszałam, jak przez telefon opowiada komuś o swoich planach na dziś. I nie ulegało wątpliwości, że cały niesamowicie zapełniony dzień jest jednym wielkim kłamstwem, bo raczej nie spędzi tego dnia w Los Angeles County.

Postanowiliśmy się zatrzymać na śniadanie w małym bistro przy drodze niedaleko hotelu.

Zamówiłam picie jako pierwsza.

— Dla mnie będzie potrójnie waniliowa latte, z niską pianką, ekstragorąca.

Chance zmrużył oczy i spojrzał na mnie, po czym zwrócił się do kelnerki:

— Załapałaś to wszystko? Przynieś jej gorące potrójnie tłoczone błoto z dodatkową śmietanką.

Bertha — jak na to wskazywała plakietka na piersi kelnerki — nie wyglądała na ani trochę rozbawioną.

— Mamy po prostu kawę, bezkofeinową albo zwykłą — powiedziała monotonnym głosem, trzymając w ręce szklany dzbanek z kawą.

— W takim razie poproszę czarną.

— Poprosimy dwie — dorzucił Chance.

Napełniła nasze kubki.

— Za moment wrócę i przyjmę zamówienie.

Chance wytrzepywał cukier z torebki i jednocześnie ewidentnie się ze mnie śmiał.

Skrzyżowałam ręce na piersi.

— Co cię tak bawi?

— Ty.

— A co konkretnie jest we mnie śmiesznego?

— Naprawdę spodziewałaś się, że w miejscu takim jak to dostaniesz swoją hipsterską kawusię?

— Gdzie dziś nie podają latte? Nawet McDonald’s je robi.

— W takim razie kupimy ci latte i Happy Meala na kolację — z małą zabawką w środku. Czy to cię uszczęśliwi?

Pokręciłam głową i skupiłam się na menu. Nie było w nim nic, co miałabym ochotę zjeść.

— To wszystko jest strasznie tłuste.

— Mmm… Bekon. Daj spokój, trochę tłuszczu od czasu do czasu na pewno cię nie zabije.

— Już przyjęłam moją miesięczną dawkę tłuszczu… Wczorajsze nuggetsy, pamiętasz?

— Miesięczną dawkę?

— Tak. Raz w miesiącu pozwalam sobie na coś niezdrowego. — I wzdychając, dodałam: — Ale tutaj nie ma ani jednego zdrowego dania. Naprawdę nie wiem, co zamówić.

— Spoko, zamówię za ciebie.

— Co? Nie, czekaj!

Ale Chance już podniósł palec.

— Bertha, skarbie, jesteśmy gotowi.

Niech go szlag. Potrafił sprawić, że nawet ta naburmuszona kelnerka się zarumieniła.

— Na co macie ochotę?

Pokazując pozycje w menu, powiedział:

— Dla mnie będzie danie określone tu jako zawał serca na talerzu. A ona chce po prostu suchego pszennego tosta, bez masła.

— Już się robi.

— Czyli mam się zadowolić suchym chlebem?

— Nie. Nim się zorientujesz, będziesz mi wyjadać z talerza. Po prostu teraz jeszcze tego nie wiesz. Tost to mój sposób, by ci uświadomić, że tak naprawdę wcale nie chcesz tego, co mówisz, że chcesz. I że wiele z rzeczy, które oceniasz jako złe, to tak naprawdę te, których w głębi serca chcesz najbardziej.

— Ach, doprawdy…?

— Przejrzałem cię. Im bardziej się starasz być dobra, tym bardziej pragniesz być zła. Wspomnisz me słowa — nie tylko będziesz jadła moje tłuste jedzenie, ale jeszcze obficie polejesz je moim kogucim sosem i to w tej całej sytuacji podoba mi się najbardziej.

— Chyba się przesłyszałam. Twoim czym?

Chance roześmiał się serdecznie, aż odchylił głowę do tyłu, jednocześnie rozpinając zamek kieszeni swojej kurtki. Po chwili triumfalnie postawił na stole małą plastikową butelkę. Z przodu widniał rysunek koguta.

— Sos koguta. Znany również jako Sriracha — tajski sos chili. Nigdzie się bez niego nie ruszam.

Bertha przyniosła nam owalny talerz ze stertą jedzenia — jajecznica, frytki, kiełbaski, bekon, kanadyjska szynka i plastry peklowanej wołowiny. Postawiła tę górę przed Chance’em, a mnie wręczyła talerzyk z tostem.

Chance z miejsca pokreślił jedzenie czerwonymi liniami swojego sosu. Następnie zabrał się do pałaszowania, patrząc, jak mu się przyglądam.

Nie odrywając od niego wzroku, ugryzłam chrupiącego tosta i z egzaltacją się nim rozkoszowałam. Postanowiłam, że zrobię wszystko, by nie chcieć ani kęsa z jego talerza. Choć po prawdzie umierałam z głodu.

By nie patrzeć na jego talerz, spojrzałam w górę i skupiłam wzrok na jego baseballówce. Kupił ją w hotelowym sklepie z upominkami i nosił daszkiem do tyłu. Pasował mu ten styl. Wyglądał świetnie w czapce, spod której po bokach wystawały mu włosy. Promień słońca wpadający przez okno do naszego boksu dodatkowo uwypuklił intensywność koloru numer trzynaście.

Cholera jasna.

Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia.

— Śmiało, Aubrey. Wiesz, że tego chcesz.

O czym on mówi? Zorientował się, że oceniam jego wygląd, czy chodziło mu o jedzenie?

Przeciął jedną z kiełbasek na pół i próbował mnie nakarmić, z seksownym uśmieszkiem wyciągając ku mnie widelec.

— No dalej. Tylko jeden kawałeczek.

Kiełbaska pachniała ostrymi przyprawami… i wyglądała na pyszną. Nie byłam w stanie się oprzeć. Otwarłam usta i pozwoliłam mu się nakarmić.

— Mmm — mruknęłam, wolno żując soczyste mięso. Zamknęłam oczy, by w pełni rozkoszować się każdym kęsem. Gdy ponownie je otwarłam, Chance wbijał wzrok w moje usta.

— Chcesz jeszcze? — spytał kuszącym szeptem.

Ślinka mi pociekła na samą myśl.

— Tak.

Tym razem wziął z talerza plasterek bekonu i podał mi go palcami. Niechętnie przyznaję, że miał rację co do sosu. Na wszystkim smakował doskonale.

— Jeszcze?

Oblizałam wargi.

— Taa.

Chance podał mi jeszcze trzy kawałki ze swojego talerza, a kiedy nie mogłam się powstrzymać i jęknęłam, z głośnym stukotem upuścił widelec.

— Jezu Chryste. To żarcie jest dobre, ale bez przesady — nie aż tak dobre.

Odparłam z ustami obrzydliwie pełnymi jedzenia:

— O co ci chodzi?

— Kiedy ostatni raz zostałaś dobrze puknięta?

— Puknięta? W jakim sensie?

— Przeruchana, Księżniczko. Kiedy ostatni raz ktoś cię porządnie przeruchał?

— A co to ma do rzeczy?

— Nie ma opcji, żebyś tak silnie reagowała na jedzenie, chyba że masz aktualnie całkowitą posuchę. — I dodał, marszcząc brwi: — Książę Harry niezupełnie się sprawdził, co?

— To nie twoja sprawa.

— Twoja twarz robi się bardziej czerwona niż ten sos. — Chance pochylił się ku mnie i szepnął: — Aubrey… Kiedy ostatni raz miałaś orgazm podczas seksu?

— To bez znaczenia.

Mówił coraz bardziej stanowczym tonem.

— Jak… dawno… temu?

— W college’u — praktycznie wykrztusiłam z siebie odpowiedź. Po jaką cholerę ja mu to mówię? — Nie wierzę, że właśnie to powiedziałam. Dobra, teraz mi wstyd.

Wypuścił wolno powietrze z płuc, nim odparł:

— Spoko, niepotrzebnie. Ale nie będę kłamał — jestem wstrząśnięty. Taka kobieta jak ty powinna mieć mężczyznę, który wie, co robi.

— Czemu cię to obchodzi? Wciąż powtarzasz „kobieta taka jak ty”, a ja nie myślałam nawet, że mnie lubisz.

Chance odchylił się na kanapie i zerknął za okno, nim spojrzał mi w oczy.

— Bo choć faktycznie potrafisz być upierdliwa, to jednak cię lubię, Aubrey. Jesteś zabawna. Nie zabawna w sensie „ha ha”, ale mimo wszystko… zabawna. Jesteś sumienna. Bystra. Mądra. Cholernie pociągająca… — Spuścił wzrok, niemal jakby chciał w ten sposób powstrzymać się od dalszych komplementów.

— A tak w ogóle to co się stało?

— Z czym?

— Czemu uciekasz przed tym frajerem Harrisonem?

Kiedy zastanawiałam się, co powiedzieć, Chance ponownie przywołał do nas Berthę.

— Możemy prosić dolewkę kawy, ślicznotko?

Nie wiem, co mnie opętało. Może to ten ostry sos. Jakaś część mnie poczuła po prostu, że muszę to z siebie wyrzucić. Kiedy Bertha odeszła, napełniwszy na nowo nasze kubki, zaczęłam się przed nim otwierać.

— Harrison był wspólnikiem w kancelarii adwokackiej, w której pracowałam w Chicago. Ja byłam tam partnerem. Zajmowałam się prawem patentowym i znakami towarowymi. Przez nieco ponad rok byliśmy parą. Zamieszkaliśmy razem. Jakieś dwa miesiące temu dowiedziałam się, że zdradzał mnie z jedną ze swoich praktykantek. Tak więc…

— Więc się wyprowadziłaś?

— Tak. Odeszłam również z pracy. A Harrison od kilku tygodni dzień w dzień próbuje mnie przekonać, że popełniam błąd, rujnuję sobie karierę i że przy nim stałabym się wspólniczką szybciej, niż kiedykolwiek uda mi się tego dokonać samodzielnie. Rzuciłam wszystko i przyjęłam pierwszą ofertę, jaką dostałam. A ta nadeszła z małego startupu w Temecula. Jestem przerażona. Nie mam na Zachodnim Wybrzeżu żadnych znajomych i nie wiem, czy dobrze robię. Nie jestem nawet pewna, czy dalej chcę być prawniczką. Czuję się bardzo zagubiona. — Po tym ostatnim wyznaniu poczułam się odrobinę niepewnie.

W jego spojrzeniu pojawiła się powaga, jakiej wcześniej u niego nie widziałam.

— A co cię naprawdę pociąga, Księżniczko?

Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę, ale tak naprawdę przychodziła mi do głowy tylko jedna rzecz. Śmiejąc się nerwowo, przyznałam:

— Właściwie to nic… Może zwierzęta. Uwielbiam wszystko, co się z nimi wiąże. Chciałam iść na weterynarię, ale mój tato był prawnikiem i nalegał, żebym poszła w jego ślady.

— Pewnie czujesz, że łatwiej ci się z nimi porozumieć niż z ludźmi, co?

— Tak. Czasem tak właśnie czuję.

Podrapał się po brodzie i uśmiechnął.

— Znajdziesz własną drogę. Zobaczysz. To, co się stało, jest jeszcze za świeże w twojej głowie, byś mogła spokojnie pomyśleć. Kiedy się znajdziesz w Kalifornii, zmiana klimatu dobrze ci zrobi. Nie śpiesz się, spójrz w głąb siebie i zdecyduj, czego chcesz naprawdę, a potem zaplanuj, jak to osiągnąć. Jesteś panią swojego losu — poza najbliższą dobą. Bo póki co to ja jestem jego panem. — To powiedziawszy, puścił do mnie oko i uśmiechnął się chytrze. — Jesteś na mnie skazana, czy ci się to podoba, czy nie.

— Wygląda na to, że masz rację. — Uśmiechnęłam się. Facet naprawdę zaczynał mi się podobać i czułam się przez to niezręcznie. Nic przecież o nim nie wiedziałam.

— Dobra. Twoja kolej. Kim jesteś? Od jak dawna jesteś w Stanach?

— Tak się składa, że się tu urodziłem. Mam obywatelstwo. Do Australii przeprowadziłem się, jak miałem pięć lat. Ojciec przeniósł się tam, żeby kopać piłkę, a potem został trenerem. Dorastałem tam.

— Brzmi super.

— Było super, przez jakiś czas. A potem przestało być. — Przełknął głośno i twarz mu spochmurniała.

— To znaczy?

— Ach, to długa historia.

Zadzwonił mój telefon i przerwał naszą rozmowę. Harrison. Cholera jasna.

Pokazałam Chance’owi, kto dzwoni.

Wyjął mi telefon z ręki i odebrał:

— Harry, kutasie!

Głos Harrisona był stłumiony.

— Oddaj telefon Aubrey.

— Właśnie o tobie rozmawialiśmy! Zamówiliśmy całą górę żarcia i ona bierze jedną z tych małych kiełbasek i mówi do mnie: „Widzisz to? Taki mniej więcej jest rozmiar Harry’ego”.

Brzmiał, jakby się naprawdę wkurzył.

— Cholerny dupku, powiedz Aubrey, że jeśli postanowiła zadawać się z takim śmieciem jak ty…

Chance się rozłączył.

— Gotowa?

— Byłeś ekstra. — Przybiłam mu piątkę, gdy podniósł dłoń. — Tak, możemy jechać.

— Na razie, Bertha! — Chance pomachał naszej kelnerce na pożegnanie.

— Na razie, przystojniaku.

Przewróciłam oczami i roześmiałam się, kręcąc głową z niedowierzaniem, po czym podążyłam za jego gorącym tyłkiem na zewnątrz.

* * *