Słodki dom - Tillie Cole - ebook + książka

Słodki dom ebook

Cole Tillie

3,0
49,90 zł

Opis

Molly Shakespeare nie miała najłatwiejszego dzieciństwa. Bardzo wcześnie straciła rodziców. Wychowywała ją babcia, która utwierdzała wnuczkę w przekonaniu, że aby wykorzystać swoją szansę i stać się kimś, musi pracować ciężej niż inni. Molly była bystra, inteligentna, rozkochana w wiedzy i wyjątkowo oczytana, jednak bardzo samotna. Większość ludzi widziała w niej tylko brązowowłosą okularnicę, najczęściej milczącą, skrytą, niezbyt modnie ubraną i niemajętną. Dziewczyna podjęła decyzję o wyjeździe z rodzinnej Anglii do Alabamy, by tam ukończyć studia i zrobić doktorat z filozofii, gdyż bardzo chciała daleko zajść.

Molly prędko się przekonuje, że ten wyjazd radykalnie zmieni jej życie. Ludzie w Alabamie kochają futbol, głośną zabawę i mają nieznośny temperament. Jednak największym zaskoczeniem i równocześnie największą rewolucją w poukładanym życiu Molly okazuje się Romeo Prince: gwiazda sportu, potomek rodziny z tradycjami i dziedzic wielkiej fortuny, a przede wszystkim chłopak o boskim ciele, cudownych oczach i zniewalającym uśmiechu. Romeo robi, co chce, i może mieć każdą dziewczynę, której zapragnie. Ale z jakiegoś powodu upodobał sobie Molly...

To pierwsza część przepięknej opowieści o miłości, która rozkwitła między dwojgiem młodych ludzi z zupełnie innych światów. Uczucie to sprawiło, że każde z nich odkryło w ukochanej osobie najpiękniejsze cechy i nie wyobraża sobie bez niej życia. Czy pierwsza, młodzieńcza miłość okaże się na tyle silna, by przezwyciężyć twarde zasady ugruntowane przez pieniądze, tradycję i niepisane umowy?

Niegrzecznym chłopcom najbardziej potrzebne są mądre dziewczyny!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 411

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



Tillie Cole

Słodki dom

Tytuł oryginału: Sweet Home (Sweet Home #1)

Tłumaczenie: Marta Czub

ISBN: 978-83-283-4429-7

Copyright © Tillie Cole 2013

All rights reserved

No part of this publication may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photography, recording, or any information storage and retrieval system without the prior written consent from the publisher and author, except in the instance of quotes for reviews.

No part of this book may be uploaded without the permission of the publisher and author, nor be otherwise circulated in any form of binding or cover other than that in which it is originally published.

Polish edition copyright © 2019 by Helion SA

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz Helion SA dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Helion SA nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

HELION SAul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwicetel. 32 231 22 19, 32 230 98 63e-mail: editio@editio.plWWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Dedykacja

Mojemu mężowi, z którym jestem od lat nastoletnich i który wciąż jest moim domem.

Naszej drużynie, Seattle Seahawks, za to, że stała się inspiracją dla tej opowieści.

I wszystkim mieszkańcom Alabamy (a zwłaszcza fanom Crimson Tide) za najbardziej odjazdowy akcent na świecie!

„Do boju, Tide!”.

Odautorki

Wszystkie przedstawione w tej powieści stowarzyszenia studenckie oraz stosowane przez nie metody rekrutacji i inicjacji są wytworem wyobraźni autorki i zostały opisane w przejaskrawiony sposób. Nie wzorują się one na istniejących stowarzyszeniach.

Prolog

Easington, Durham, Anglia

Czternaście lat wcześniej…

— Molly, kochanie, chodź do mnie. Muszę ci coś powiedzieć.

Babcia siedziała z twarzą schowaną w dłoniach na starym brązowym fotelu w salonie naszego małego domu.

Podeszłam i rozejrzałam się po pokoju. Tata nie wrócił jeszcze z pubu. Zawsze chodził do pubu, odkąd w roku moich narodzin straszna pani, którą pokazywali czasami w telewizji, zamknęła kopalnie, a tata zrobił się smutny. Babcia mi powiedziała.

Babcia uniosła głowę i uśmiechnęła się smutno. Miała najmilszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam; potrafiła rozświetlić nim cały pokój. Bardzo ją kochałam.

Kiedy podeszłam bliżej, zauważyłam, że trzyma w rękach stare zdjęcie mamusi. Mamusia zmarła w dniu moich narodzin, a babcia i tatuś smucili się za każdym razem, kiedy o nią pytałam, więc przestałam to robić. Ale dalej pamiętałam, aby co wieczór całować jej zdjęcie, które trzymałam przy łóżku. Babcia mówiła, że mamusia widzi z nieba, że to robię.

— Chodź do mnie, Mollusiu. Siadaj na kolanach — powiedziała, przywołując mnie ruchem dłoni i odkładając na czerwony dywan ramkę ze zdjęciem.

Rzuciłam na podłogę swój różowy plecak, podeszłam do niej i wskoczyłam jej na kolana. Pachniała miętą. Zawsze pachniała miętą. Wiedziałam, że to po to, żeby zamaskować zapach papierosów, które paliła, wykradając się na ulicę. Chciało mi się śmiać, kiedy co rano wymykała się na dwór, jeszcze w różowych wałkach na siwych włosach, ubrana w fioletowy fartuch.

Położyłam jej dłoń na policzku. Wyglądała na smutną.

— Co się stało, babciu?

Zamknęła moją małą dłoń w swojej, a ja aż się wzdrygnęłam, bo taka była zimna. Rozmasowałam ją w rękach i pocałowałam babcię w policzek, żeby poprawić jej humor. Mówiła mi, że moje słodkie buziaki sprawiają, że każdy problem wydaje się ciut mniejszy.

W pokoju było bardzo cicho. Słychać było tylko trzaskanie drewna w kominku i głośne tykanie zegara dziadka.

Babcia zawsze miała włączoną muzykę, muzykę sprzed wielu lat, i często tańczyłyśmy przed kominkiem. Ale dziś nic nie grało, a dom wydawał się ponury i smętny.

Spojrzałam na dużą wskazówkę zegara i zauważyłam, że znajdowała się na dwunastce; mała była na czwórce. Usiłowałam sobie przypomnieć, co mówiła nam na lekcji moja nauczycielka, pani Clarke. Zacisnęłam mocno powieki i wysiliłam umysł. Otworzyłam z westchnieniem oczy. Była czwarta. Tak! Była czwarta. Tatuś niedługo wróci.

Spróbowałam wyswobodzić się z objęć babci i pobiec do drzwi, żeby zaczekać na wchodzącego przez furtkę tatę. Zawsze mnie przytulał i okręcał mnie w powietrzu, a potem mówił, że jestem najładniejszą dziewczynką na świecie, jak mamusia. To był mój ulubiony moment w ciągu dnia.

Zsunęłam się z kolan babci, ale ona złapała mnie za rękę.

— Co robisz, babciu? Tatuś zaraz wróci. Muszę go przytulić!

Babcia zrobiła głęboki wdech, a z oczu zaczęły jej płynąć łzy.

— Dlaczego płaczesz? Proszę, nie bądź smutna. Dać ci słodkiego buziaka? To ci poprawi humor?

Babcia zmiażdżyła mnie w uścisku, prawie strącając mi z nosa okulary i drapiąc mnie materiałem swojego fartucha w policzek. Skrzywiłam się, chcąc powstrzymać swędzenie. Odsunęła mnie od siebie i opadła na kolana. Jej smutne oczy znalazły się na wysokości mojego wzroku.

— Molly, muszę ci coś powiedzieć. Coś, przez co zrobi ci się bardzo, bardzo smutno. Rozumiesz?

— Tak, babciu. Mam już sześć lat. Jestem duża. I dużo rozumiem. Pani Clarke powiedziała, że jestem najmądrzejszą dziewczynką z całej klasy, a może nawet z całej szkoły.

Babcia uśmiechnęła się do mnie. Ale uśmiech nie dotarł do jej oczu. To nie był pełny uśmiech. Tatuś mówił, że tylko pełny uśmiech pokazuje, że jest się naprawdę szczęśliwym. Nie powinno się marnować pełnego uśmiechu na coś, co nie daje wielkiej radości.

— Jesteś mądra, skarbie, chociaż zupełnie nie wiem po kim. Daleko zajdziesz. Zostawisz to smutne życie i naprawdę coś osiągniesz. Jest ci to pisane. Tego by chciała twoja mamusia. I twój t-t-tatuś. — Pociągnęła nosem i wyjęła z kieszeni różową chusteczkę. Była haftowana w czerwone różyczki. Dwa tygodnie temu sama wybrałam materiał. Zrobiłyśmy jedną chusteczkę dla babci i jedną dla mnie — były do kompletu, tak jak my według babci.

Babcia otarła chusteczką swój czerwony nos i wyjrzała przez okno. Potem wzrok jej się zmienił i znów popatrzyła na mnie.

— No dobrze, Molly, weź teraz dla odwagi głęboki wdech, tak jak ci pokazywałam.

Pokiwałam głową i trzymając się za brzuch, przez pięć sekund wciągałam powietrze nosem, a potem przez kolejnych pięć wypuszczałam je powoli buzią.

— Grzeczna dziewczynka — pochwaliła babcia, gładząc mnie kciukiem po policzku.

— Babciu? Gdzie jest tatuś? Spóźnia się. A on przecież nigdy się nie spóźnia. — Zawsze przychodził do domu, kiedy wracałam ze szkoły. Co prawda pachniał tanim piwem, ale zawsze miał taki zapach. Nie byłby tatusiem, gdyby tak nie pachniał.

— Molly, tatusiowi coś się dziś przydarzyło — oznajmiła babcia drżącym głosem.

— Źle się czuje? Może zrobimy mu herbaty, jak wróci do domu? Herbata każdemu pomaga, prawda, babciu? Zawsze mi to powtarzasz — powiedziałam, czując w brzuchu dziwne, śmieszne łaskotanie, bo babcia posłała mi osobliwe spojrzenie.

Pokręciła głową i zadrżały jej wargi.

— Nie, skarbie. Herbata na nic się dziś nie przyda. Bo widzisz, Pan Bóg postanowił dziś rano zabrać tatusia do nieba, do swoich aniołów.

Zadarłam głowę i spojrzałam na sufit. Wiedziałam, że Bóg mieszka wysoko nad nami w niebie. Co prawda nigdy Go nie widziałam, nawet gdy bardzo się starałam.

— Dlaczego Pan Bóg miałby zabierać nam tatusia? Czy jesteśmy złymi ludźmi? Byłam niegrzeczna? To dlatego Pan Bóg nie chce, żebym miała mamusię i tatusia?

Babcia przytuliła mnie mocno, wciskając nos w moje długie, brązowe włosy.

— Nie, Mollusiu, nawet tak nie myśl. Panu Bogu było po prostu przykro, że tatuś tak bardzo tęskni za mamusią. Uznał, że już czas, aby znów byli razem. Wiedział, że jesteś na tyle dzielna i silna, żeby żyć bez nich.

Zastanawiałam się nad tym, ssąc kciuk. Zawsze ssałam kciuk, gdy byłam przestraszona albo zdenerwowana.

Babcia odgarnęła mi włosy z twarzy.

— Chcę, żebyś wiedziała, że żadna para na całym świecie nie kochała się bardziej niż twoja mama i tata. Gdy mama zmarła, tata nie wiedział, co zrobić. Bardzo cię kochał, ale za nią też tęsknił. Kiedy pani z telewizji…

— Margaret Thatcher? — przerwałam. Uczyliśmy się o niej w szkole. W moim miasteczku nie była zbyt lubiana. Brzydko o niej mówiono. Przez nią dużo ludzi było smutnych.

Babcia się uśmiechnęła.

— Tak, Margaret Thatcher. Gdy pani Thatcher zamknęła kopalnie, tatuś nie miał pracy i zrobił się przez to bardzo nieszczęśliwy. Przez długi czas starał się zarobić pieniądze, kupić nam lepszy dom, ale ponieważ całe życie pracował tylko w kopalni, nie potrafił robić nic innego. — Babcia zacisnęła mocno powieki. — Tatuś dziś umarł, kochanie. Poszedł do nieba i już do nas nie wróci.

Zaczęły mi drżeć wargi i łzy zapiekły mnie w oczy.

— Ale ja nie chcę, żeby on odszedł! Możemy poprosić Pana Boga, żeby nam go oddał? Co my bez niego zrobimy? — Poczułam w piersi ogromny ciężar i miałam wrażenie, że nie mogę oddychać. Złapałam babcię za rękę i odezwałam się zachrypniętym głosem: — Nie mamy już nikogo, prawda, babciu? Tylko ty mi zostałaś. A co, jeśli On ciebie też weźmie? Nie chcę zostać sama. Boję się, babciu. — Z gardła wydobył mi się głośny krzyk. — Nie chcę zostać sama!

— Molly… — szepnęła babcia, przytulając mnie mocno. Zsunęłyśmy się na podłogę i płakałyśmy przed kominkiem.

Tatuś odszedł.

Tatuś był w niebie.

I już nigdy nie miał wrócić.

Rozdziałpierwszy

Uniwersytet Alabamy, Tuscaloosa, Stany Zjednoczone Ameryki

Obecnie…

Byłam cholernie spóźniona!

Dysząc ciężko, biegłam przez rozległy kampus Uniwersytetu Alabamy i ze wszystkich sił starałam się nie przewrócić.

W rękach miałam ogromną stertę egzemplarzy programu zajęć z filozofii, który miałam wydrukować — moje pierwsze zadanie w roli asystentki wykładowcy, otrzymane ponad godzinę temu.

Zajęcia miały się zacząć dosłownie za chwilę, ale moja niemająca najwyraźniej końca zła passa sprawiła, że drukarka w pomieszczeniu reprograficznym dla wykładowców postanowiła się zepsuć w połowie realizacji zlecenia, wydając z siebie melodyjny łabędzi śpiew w postaci piskliwego rzężenia, któremu towarzyszył wyrzut mechanicznego dymu.

Ksero znajdowało się po drugiej stronie kampusu, co postawiło mnie w moim obecnym położeniu — zmusiło do szaleńczego biegu przez olbrzymi dziedziniec w nienadających się do wyczynów sportowych pomarańczowych crocsach w iście piekielnym skwarze Tuscaloosy — zwanym tu powszechnie typowym letnim dzionkiem.

Kątem oka zauważyłam w przelocie swoje odbicie w szklanych drzwiach.

Niedobrze. Bardzo niedobrze.

Moje brązowe włosy przypominały kędzierzawą sierść miniaturowego pudla, a pot na nosie zachęcał okulary w szerokiej, czarnej oprawce — wydawane standardowo przez brytyjski system ubezpieczenia zdrowotnego — do samobójczego zjazdu, do tego wszystkiego zaś ubrana w krótkie dżinsowe ogrodniczki i białą koszulkę czułam się jak w kombinezonie.

Wiecznie zachmurzone niebo w Anglii wydawało mi się w tej chwili bardzo kuszące.

Nic dziś nie szło jak trzeba — uszkodzona drukarka była drugim z mnożących się nieszczęść, a namolność mojej szurniętej przyjaciółki dziś rano była pierwszym.

***

— Toga, toga, toga…! — powtarzała głośno Lexi, siedząc razem z Cass na moim łóżku i zaśmiewając się z mojej rozpaczy w prowizorycznej todze. Każdemu słowu towarzyszył wyrzut rąk w górę i okrzyk.

— Wyglądam okropnie — marudziłam, usiłując na różne sposoby ułożyć materiał tak, aby zasłaniał to, co zwykle było zasłonięte.

— Wyglądasz zajebiście! Masz nieziemskie cycki, idealnie okrągłe… — próbowała komplementować mnie Cass, wyciągając przy tym ręce i udając, że obmacuje moje piersi. — Mówię ci, Molls, zwykle nie gustuję w cipeczkach, ale dla ciebie w tym przebraniu mogłabym zrobić wyjątek! Mała, ty masz naprawdę apetyczne kształty!

— Cass! — upomniałam ją ostro, przewracając oczami. — Musisz mówić takie rzeczy?

— Wyluzuj trochę, dobra, kotku? Wyglądasz ekstra. Idziesz dziś z nami bez żadnego gadania. Nie zmuszaj mnie do tego, żebym cię tam zaciągnęła siłą… Bo to zrobię… Jeśli nie będę miała wyjścia.

— Ale…

— Żadne ale! Obiecałyśmy ci odlotowe studenckie życie, a nie powtórkę z tego nudziarstwa, które miałaś w Anglii. Od dziś zaczynamy zbierać doświadczenia.

— W Oxfordzie wcale nie było tak źle! Poza tym na czym ma polegać to zbieranie doświadczeń? Najpierw mam wstąpić do jakiegoś cholernego stowarzyszenia studenckiego, a potem co? Zaprawiać sobie drinki narkotykami? Wytaczać się z knajp zalana w trupa?

— To się da załatwić, ale głównie chodzi o dużo mężczyzn, seksu, orgii i orgazmów… A, no i jeszcze eksperymentów z punktem G. No wiesz, o to, po co naprawdę się idzie na studia — oznajmiła Cass z całkowitą powagą.

— Cass, ja poszłam na studia, żeby się uczyć, a nie puszczać się z pijanymi studentami!

Cass zarechotała.

— Możesz mówić, co chcesz, skarbie, ale przestaniesz myśleć o nauce, gdy będziesz obejmować nogami za szyję jakiegoś ogiera, który zawiesi sobie ciebie jak naszyjnik i będzie pieścił ci pępuszek od środka!

Wiedząc, że Cass po prostu mnie zignoruje, nawet gdyby coś przyszło mi do głowy w odpowiedzi na jej słowa, podeszłam do mojego brązowego fotela i opadłam na miękką poduszkę; twarz schowałam w dłoniach.

— W co ja się dałam wrobić waszej dwójce?

— Dałaś się wrobić w zabawę wszech czasów — powiedziała Lexi tonem mędrca.

Uniosłam głowę i spojrzałam przez palce na moje dwie zadowolone z siebie przyjaciółki, które przyglądały mi się z rozbawieniem.

— Zmusicie mnie do udziału w tej cholernej imprezie dziś wieczorem, co?

Lexi zeszła z łóżka i wskoczyła mi na kolana, obejmując mnie za szyję swoimi chudymi rękami.

— Oczywiście, że tak, kochana. Jesteś teraz jedną z nas!

Uśmiechnęłam się z ociąganiem.

— Na to wygląda.

Cass dołączyła do nas na fotelu, miażdżąc mnie już zupełnie podwójnym ciężarem tak, że aż pisnęłam.

— Zdejmuj tę togę, to ci ją zszyję. Idź na zajęcia, a po powrocie szykuj się na zabawę…

***

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami.

Mnie już dwa się przydarzyły.

Czy mogło wydarzyć się coś jeszcze?

Pędziłam dalej tak szybko, że czułam się tak, jakbym miała zaraz zemdleć. Wbiegłam przez podwójne drzwi budynku humanistyki, kierując się prosto do sal wykładowych i klasy profesor Ross. Przed oczami nieustannie wyświetlały mi się paskudne tańczące togi.

Całkowicie pogrążona w swoim nieszczęściu, nie zauważyłam, że zza zakrętu wychodzi mała grupka studentów. Ale to niestety szybko się zmieniło, gdy wymalowana do granic możliwości ruda dziewczyna wpadła prosto na mnie — najwyraźniej celowo — a sterta moich kserówek wyleciała mi z rąk i rozsypała się po podłodze wyłożonej białymi płytkami.

— Ups! Uważaj, gdzie idziesz, skarbie! — rzuciła dziewczyna zjadliwie. — Może przydałyby ci się mocniejsze okulary?

No i oto kolejny pech.

Gdy rozległ się głośny, szyderczy śmiech — wyraźnie skierowany do mnie — uklęknęłam, nie podnosząc głowy. Poczułam się tak, jakbym znów była w ogólniaku, gdzie popularne dzieciaki stroiły sobie żarty z dziwaków.

Nigdy się nie broniłam. Zawsze ignorowałam drwiny z moich tanich ubrań i braku pieniędzy oraz inne obelgi, którymi ludzie mnie obrzucali, więc tym razem też po prostu mruknęłam coś pod nosem i zaczęłam układać kartki w nierówną stertę.

Drzwi do sali wykładowej zamknęły się z trzaskiem, więc zadowolona, że znów zostałam sama, mruknęłam:

— Kurwa, co za dupki. — Powiedziałam to trochę głośniej, niż zamierzałam, i aż się skrzywiłam, kiedy dźwięk poniósł się po szerokim, rozległym korytarzu.

Rzadko przeklinałam, ale w tym momencie czułam się usprawiedliwiona, poza tym przyniosło mi to dziwną ulgę. Nawet w bogatym pod względem słownictwa świecie akademickim słowo „kurwa” czasem wystarczało.

Objęłam stertę papierów i podniosłam się, kręcąc głową, co spowodowało, że moje cholerne okulary zsunęły się z nosa i spadły na podłogę.

Westchnęłam zrezygnowana i stwierdziłam, że nie powinnam była w ogóle dziś wstawać z łóżka.

Za moimi plecami ktoś parsknął, przez co aż podskoczyłam. Ciepła dłoń złapała mnie za ramię i odwróciła, nasuwając mi znów okulary na nos.

Zamrugałam kilka razy, a kiedy odzyskałam ostrość widzenia, moim oczom ukazała się szeroka klatka piersiowa obleczona w ciemnoczerwoną koszulkę bez rękawów z białym napisem „Crimson Tide Football”.

— Już widzisz?

Podążyłam za dźwiękiem przeciągłego południowego akcentu i zobaczyłam typowego opalonego chłopaka z Alabamy — miał długie ciemnoblond włosy sięgające linii brody i oczy w kolorze ciemnego, głębokiego brązu obramowane długimi, czarnymi jak atrament rzęsami. Był też wysoki — musiał mieć około metra dziewięćdziesięciu, podczas gdy ja mierzyłam tylko metr sześćdziesiąt pięć.

Z wrażenia aż wciągnęłam powietrze.

Był boski.

Naprawdę powalający.

Otrząsnęłam się z oszołomienia i wyrwałam mu z rąk moje papiery, usiłując wyminąć go i jak najszybciej się oddalić, aby choć częściowo odzyskać panowanie nad sobą, czy może raczej poczucie godności, z którego w ciągu kilku ostatnich godzin zostałam ograbiona.

Gdy go wymijałam, pan Crimson Tide Football złapał mnie za nadgarstek i zapytał:

— Ej, wszystko w porządku?

Spróbowałam się rozluźnić i nie zachowywać się gburowato — w końcu mi pomógł — ale nerwy miałam napięte jak postronki, a dotyk jego szorstkich dłoni tylko pogorszył sprawę.

Postanowiłam zrzucić winę za swoją nietypową reakcję na odwodnienie czy też ostry przypadek togofobii.

Z rezygnacją odparłam:

— W porządku.

— Na pewno?

Odetchnęłam głęboko i spojrzałam w jego piękne czekoladowe oczy, zauważając niebieskoczarne plamki otaczające źrenice.

— Masz czasem takie dni, kiedy wszystko zamienia się w absolutny koszmar? — spytałam, kładąc nacisk na ostatnie dwa słowa.

Chłopak sapnął głośno i przybrał rozbawioną minę — jego pełne usta ułożyły się w krzywy uśmiech, a lekko skrzywiony nos zmarszczył się przy tym.

— Prawdę mówiąc, właśnie mam taki dzień.

— To jest nas dwoje. — Nie mogłam się powstrzymać i odpowiedziałam niepewnym uśmiechem. Ścisnęłam mocniej stos kartek i powiedziałam: — Dziękuję za pomoc. Jesteś bardzo miły.

Chłopak skrzyżował swoje opalone, masywne ręce przed potężnym torsem, wyraźnie rozbawiony moim zdenerwowaniem.

— Miły? Rzadko kiedy ktoś używa tego słowa w odniesieniu do mojej osoby.

To powiedziawszy, zaczął się oddalać, zostawiając mnie samą na dużym korytarzu.

Odwróciłam się w stronę klasy, ale chłopak obejrzał się na mnie przez ramię i oznajmił szorstko:

— Jestem Rome.

— Molly — odpowiedziałam pospiesznie.

Rome zagryzł dolną wargę i pokiwał powoli głową, omiatając mnie wzrokiem od stóp do głów z niezwykłą intensywnością. A potem bez słowa wszedł do sali wykładowej, w której odbywały się zajęcia z filozofii.

Dałam sobie chwilę, żeby dojść do siebie, i pchnęłam ramieniem drzwi, od razu przyciągając spojrzenia kilku par oczu. Weszłam głębiej do sali, czując się przez swoje efektowne wejście trochę jak Bridget Jones.

Profesor Ross rzuciła mi surowe spojrzenie, a ja skrzywiłam się, podchodząc do jej biurka. Położyłam na nim skserowany program kursu i zawstydzona zaplotłam palce. Skinęła na mnie, żebym zajęła miejsce obok niej na katedrze. Zrobiłam, o co prosiła, i popatrzyłam na studentów, przyglądających się nowo przybyłej Angielce, która zrobiła z siebie całkowitą idiotkę.

Profesor wyciągnęła rękę w moim kierunku i odezwała się swoim wytwornym brytyjskim akcentem. W dwuczęściowym brązowym kostiumie tweedowym, z siwymi włosami upiętymi we francuski kok i w maleńkich okularach wyglądała jak staroświecka nauczycielka ze szkoły z internatem.

— Chciałabym przedstawić wam Molly. Podobnie jak ja, pochodzi z Anglii i zgodziła się rozpocząć studia magisterskie na tutejszej wyśmienitej uczelni oraz nadal pełnić jednocześnie podwójną funkcję mojej asystentki przy pisaniu dziennika, nad którym obecnie pracuję dla czasopisma akademickiego, jak również asystentki podczas niniejszych zajęć. Znam Molly od kilku lat i nie wyobrażam sobie nikogo, kto mógłby lepiej wykorzystać ten rok w Stanach ze mną. Jak się wkrótce przekonacie, Molly jest wyjątkową młodą damą.

Profesor usunęła się na bok i gestem dłoni pokazała, abym sama zwróciła się do grupy.

— Molly, może powiesz o sobie kilka słów swoim nowym koleżankom i kolegom?

Zrobiłam głęboki wdech i weszłam na katedrę, unosząc nieśmiało wzrok.

— Witam wszystkich. Tak jak powiedziała profesor Ross, przeniosłam się do Alabamy z Anglii na studia magisterskie na wydziale filozofii. W przyszłym roku zamierzam rozpocząć studia doktoranckie, a moim ostatecznym celem jest praca nauczyciela akademickiego. — Mój wzrok przesunął się po rzędach siedzeń. W małej sali wykładowej znajdowało się około trzydziestu osób. — Odkąd pamiętam, interesowałam się filozofią religii i bardzo się cieszę, że mogę pomagać profesor Ross podczas jej wykładów i seminariów, starając się, aby fascynujący świat filozofii stał się dla was choć trochę bardziej interesujący! Z przyjemnością odpowiem na wszystkie pytania dotyczące…

— Ja mam pytanie.

Podążyłam za głosem, który mi przerwał. Zaprowadził mnie do rudej z korytarza… Która siedziała obok Rome’a.

— Po jaką cholerę chcesz zostać nauczycielką filozofii? Nie sądzisz, że marnujesz sobie w ten sposób życie?

Przywykłam do tego pytania.

— A dlaczego nie filozofia? O wszystko w życiu, na ziemi można pytać: dlaczego, jak, jak to możliwe? Dla mnie tajemnica życia i wszechświata jest inspirująca, ogrom pytań bez odpowiedzi mnie zdumiewa i osobiście uwielbiam podążać akademickimi śladami dawnych i współczesnych uczonych.

Ruda dziewczyna prychnęła.

— Ile ty masz lat, skarbie?

— Eee… Dwadzieścia. — Rozejrzałam się nerwowo dokoła, widząc mnóstwo wytrzeszczonych oczu wpatrujących się we mnie ze zdziwieniem.

— Dwadzieścia! I już jesteś na studiach magisterskich?

— Tak. Poszłam na uniwersytet o rok wcześniej. Wcześnie skończyłam szkołę średnią.

— Rany, dziewczyno, musisz przestać być tak cholernie poważna i nauczyć się korzystać trochę z życia. Bo w życiu nie chodzi tylko o naukę; chodzi o zabawę. Wyluzuj trochę! — Pokręciła ze zdumieniem głową, a jej długie włosy zafalowały przy tym pięknie. — Przysięgam, że nigdy nie będę w stanie zrozumieć takich lasek jak ty.

Kilkoro studentów poruszyło się ze skrępowaniem na krzesłach, słysząc jej komentarz. Ruda wydawała się bardzo zadowolona z siebie. Byłam pewna, że jej zdaniem udało jej się po raz drugi mi dokopać.

— Lasek takich jak ja? — powtórzyłam z lekką irytacją.

Omal nie oślepił mnie blask jej wyraźnie kosztownych perłowo białych licówek na zębach, gdy uśmiechnęła się złośliwie.

— Moli książkowych, dziwaczek… Samozwańczych profesorek!

Zmrużyłam oczy i usiłując zachować profesjonalizm, przytrzymałam się drewnianej katedry w odpowiedzi na nieprzyjemny ton rudej, po czym szybko postanowiłam chrzanić profesjonalizm. Stwierdziłam, że jej nie popuszczę. Miałam jak dotąd gówniany dzień — a wieczorem miał być jeszcze gorszy — więc postanowiłam, że skoro tak, to niech to będzie już w pełni dzień z piekła rodem.

— Uważam, że to nauka i wiedza dają człowiekowi władzę, a nie pieniądze i status czy też marka ubrań, którą się nosi — odpowiedziałam zimno.

— Naprawdę? Na serio tak uważasz?

— Oczywiście. Otworzenie się na nieznane możliwości i uczenie się o tym, jak funkcjonują inne kultury, w co wierzą, daje człowiekowi pełniejsze, bardziej holistyczne zrozumienie ludzkiej natury. Filozofia oferuje odpowiedzi na cały szereg pytań. Na przykład dlaczego niektórzy płyną gładko przez życie, pozbawieni współczucia, podczas gdy inni — dobrzy, troskliwi i uczciwi — dostają od losu cios za ciosem, ale jakimś cudem znajdują w sobie siłę, żeby się podnieść i iść dalej? Nie wydaje ci się, że gdyby więcej ludzi okazywało zainteresowanie problemami ludzkości, to świat byłby lepszym miejscem?

Dziewczyna przeczesała nerwowo włosy, nie odpowiadając na moje pytanie, a jej rubinowoczerwone usta zacisnęły się, gdy patrzyła na mnie z wyraźną irytacją.

— Właśnie dlatego wolę się uczyć, zamiast co wieczór się upijać. Świat zasługuje na ludzi, którzy przedkładają dobro innych nad własne, którzy starają się być mniej samolubni i powierzchowni w swojej trosce. — Spiorunowałam ją wzrokiem i obwieściłam pozornie przyjacielskim głosem: — Mam nadzieję, że wyjaśniłam choć trochę, dlaczego chcę zostać nauczycielką. Taka właśnie jestem i jestem z tego dumna.

— O w mordę! Ale ci przygadała, Shelly! Dała ci lekcję! — mruknął ochrypły męski głos, sprawiając, że reszta grupy przerwała ciężkie milczenie i się roześmiała. Poderwałam głowę, bo zorientowałam się, że słowa wyszły z ust Rome’a, który zsunięty nisko na krześle, z wysoko podpartymi nogami, śmiał się właśnie ze swoich słów, zachęcając do tego samego resztę. Poczułam głęboką satysfakcję.

Shelly rozdziawiła buzię i zakończyła nagle rozmowę, kwitując ją lekceważąco:

— Jak sobie chcesz! Życzę szczęścia ze znalezieniem sobie tu miejsca z takim nastawieniem!

Profesor Ross postukała mnie w ramię i szepnęła mi do ucha, żebym przed zakończeniem zajęć szybko rozdała program. Widziałam, że jest na mnie wściekła.

Wzięłam pospiesznie plik kartek z dębowego biurka i zaczęłam rozdawać je po kolei studentom, podczas gdy profesor wyjaśniała, w jaki sposób będzie oceniać prace pisemne i jakie zasady i standardy obowiązują na jej zajęciach.

Doszłam do ostatniego rzędu i od razu zauważyłam, że Rome wpatruje się we mnie z niezrozumiałym błyskiem w oczach. Skinął na powitanie głową, zaciskając mocno usta. Posłałam mu krótki uśmiech.

Shelly przysunęła się do niego, nie odrywając ode mnie wzroku. Sądząc po jej pozycji — jej ugięte nogi stykały się z jego udami, a bujny biust ocierał się o jego ramię — musieli być w bardzo przyjacielskich stosunkach.

Podeszłam, żeby podać ostatnią kopię Shelly, a wtedy ona zaświergotała:

— Ładne butki, Molly. Czy wszystkie przyszłe nauczycielki mają taki fantastyczny gust? — Studenci zarechotali z jej kpiny.

Spojrzałam na swoje niedrogie crocsy, a potem na jej fikuśne złote — i niewątpliwie drogie — gladiatorki i westchnęłam ze smutkiem.

Rome szybko odepchnął od siebie jej nogę i rzucił zjadliwie:

— Daj sobie na wstrzymanie, Shel. Dlaczego zawsze musisz być taką jędzą? — Jego komentarz skutecznie uciszył resztę grupy, a ostra reakcja sprawiła, że zamiast patrzeć na moje skrępowanie, wszyscy skulili się na swoich siedzeniach, woląc niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi.

Shelly skrzyżowała przed sobą ręce i siedziała naburmuszona.

Rome zignorował jej dziecinne zachowanie i spojrzał znów na mnie, kiwając brodą.

— Naprawdę wierzysz w to, co przed chwilą powiedziałaś?

— W co konkretnie?

Poruszył się niezgrabnie na krześle i przeczesał palcami swoje zmierzwione, jasne włosy.

— W to, że świat jest niesprawiedliwy. Że filozofia udziela odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektórym przypada w udziale gówniane życie, a innym nie.

— Całkowicie — odpowiedziałam z niezachwianą pewnością.

Rome pokiwał powoli głową, wywijając dolną wargę. Wyglądał, jakbym mu zaimponowała.

Oddaliłam się pospiesznie i zajęłam miejsce na krześle za biurkiem asystentki, z boku sali. Siedziałam ze spuszczoną głową, podczas gdy grupa opuszczała pomieszczenie.

— Molly.

Uniosłam głowę i zobaczyłam, że profesor stoi przede mną z krytyką wymalowaną na zmarszczonej twarzy.

— Może raczysz mi wyjaśnić, co tu właśnie zaszło? To było zupełnie nie na miejscu.

— Suzy…

— W sali wykładowej jestem dla ciebie profesor Ross, Molly. Co cię napadło?

Skrzywiłam się i powiedziałam:

— Przepraszam. Mam dużo na głowie.

— Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

Odwzajemniając jej surowe spojrzenie, zauważyłam w jej starzejących się oczach nie tylko rozczarowanie moim brakiem profesjonalizmu, ale również niepokój.

Westchnęłam.

— Mam zły dzień. Nic poza tym. To się więcej nie powtórzy.

Suzy opuściła ręce, rezygnując z dalszej reprymendy.

— Nie daj się podpuszczać ludziom pokroju tamtej dziewczyny. Nie musisz się tłumaczyć z tego, kim jesteś.

Na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

— Dziękuję, pani profesor. Dostałam nauczkę. Ona po prostu… Sama nie wiem… Z jakiegoś powodu dotknęło mnie to, co powiedziała.

— Widziałam. Ale następnym razem nie pozwól jej na to. Po prostu ją zignoruj.

Pokiwałam przytakująco głową.

— A teraz może idź już do domu, co?

— Dziękuję, pani profesor. — Wzięłam z oparcia krzesła swoją brązową skórzaną torebkę i wyszłam z sali.

Rome stał na korytarzu z chudą blondynką, która obejmowała go rękami za szyję, przyciskając się całym ciałem do jego czerwonej koszulki, podczas gdy on próbował z rozdrażnioną miną się od niej uwolnić.

Stanęłam jak wryta, czując się bardzo niezręcznie jako świadek tej sytuacji.

— Ale… Ale… Dlaczego nie? Przecież nigdy mi nie odmawiasz! — jęknęła blondynka i puściła niechętnie szyję Rome’a. Skrzyżowała przed sobą ręce i tupnęła w ramach protestu nogą w kremowym koturnie.

— Ludzie się zmieniają — stwierdził Rome ostro, odpychając ją od siebie.

— Zmieniają? Ty? Od kiedy?

— Od teraz, kurwa! Nie jesteś już potrzebna.

Blondynka oddaliła się z okrzykiem wściekłości, a Rome przesunął dłonią po wzburzonej twarzy, po czym z przygnębieniem oparł czoło o ścianę.

Wykorzystałam to, że stał odwrócony do mnie plecami, i ze spuszczoną głową po cichu go wyminęłam, odważając się znów zaczerpnąć powietrze dopiero wtedy, gdy udało mi się przejść niezauważoną.

Wychodząc z budynku na jasne letnie słońce, czułam się mimo wszystko trochę rozczarowana, że Rome okazał się najwyraźniej jednym z tych chłopaków: podrywaczem… Uwodzicielem… Pod każdym względem typowym źródłem problemów.

Co przy jego wyglądzie nie było właściwie niczym zaskakującym.

Rozdziałdrugi

— Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego, do cholery, paraduję w prześcieradle luźno zawiązanym na cyckach i dupie tak, że prawie wszystko mi widać? — zapytałam nieco głośniej, niż to konieczne, kiedy wraz z przyjaciółkami szłam na przerażającą inicjację w wybranym przez nas żeńskim stowarzyszeniu studenckim.

Lexi stanęła w miejscu i pociągnęła mnie za rękę, żebym znalazła się z nią twarzą w twarz.

— Bo chcę, do cholery, w końcu zostać cheerleaderką, a to najprostszy sposób, żeby do tego doszło! Prezeską stowarzyszenia jest kapitanka, więc zamierzam się z nią zaprzyjaźnić, a potem to wykorzystać. Próbowałam przez trzy lata bez członkostwa w żadnym stowarzyszeniu i nic. Mam ostatni rok, żeby znów spróbować, więc przestań jojczyć i po prostu to zróbmy!

— Już to mówiłam, ale powtórzę jeszcze raz. Jesteśmy za stare na takie głupoty! Jesteśmy na ostatnim roku studiów, po jaką cholerę w ogóle nas tam chcą?

— Ponieważ — wyjaśniła poirytowanym tonem — brakuje im w statystykach studentek ostatniego roku i studentek, które przeniosły się z innej uczelni — to właśnie my! — Jej zadziwiająco biała twarz zmarszczyła się ze złości.

Lexi mierzyła równe metr pięćdziesiąt i była gotką — jej wizerunek uzupełniała przesadnie szczupła sylwetka, czarne, ścięte na chłopaka włosy, biały podkład na twarzy i pociągnięte czarną kredką oczy i usta. Była całkowitym zaprzeczeniem stereotypowej cheerleaderki, ale z jakiegoś względu żywiła szalone marzenie, że któregoś dnia znajdzie się na szczycie akrobatycznej piramidy podczas meczu.

Ja, jej współlokatorka, zostałam zmuszona do udzielenia jej wsparcia. A właściwie ja i Cass, ekspresyjna Teksanka, sto trzydzieści kilo wagi, która szła za nami, rozważając, których chłopaków miałaby ochotę dziś schrupać. Jak zwykle miała na sobie swój standardowy biały kapelusz i czarne skórzane kowbojki, a do tego wymaganą przez stowarzyszenie obcisłą togę — wyglądającą na niej jak poszewka od poduszki — w którą została wtłoczona.

Patrząc na naszą trójkę, nie dało się nie zauważyć, że nie do końca pasujemy do grupy wysportowanych piękności czekających na nas za dużymi białymi drzwiami.

W pierwszym tygodniu po moim przyjeździe (w tygodniu rekrutacyjnym) zostałyśmy przyszpilone — urzędowo — przez nadgorliwą brunetkę, a po upływie kilku tygodni selekcji poinformowano nas, abyśmy stawiły się dziś na oficjalnej ceremonii inicjacyjnej.

Lexi widziała w tym boski znak od Wszechmocnego, według niej wielbiciela cheerleaderek.

Ja widziałam w tym okrutną i nietypową karę.

Cass stanęła przed nami i zapytała:

— Co tam, laseczki? Idziemy na tę bibę czy jak? Chcę zobaczyć, czy będzie jakieś świeżutkie mięsko. Mamuśka potrzebuje nadzienia do swojego placuszka. — Mówiąc to, poklepała się po kroczu, żeby podkreślić, co ma na myśli.

Gdy miesiąc temu tu przyjechałam, zostałam od razu zakwaterowana w akademiku na kampusie, a jedyny wolny pokój znajdował się w mieszkaniu tych dwóch dziewczyn. Od razu je pokochałam — nie zadzierały nosa i były dumne z tego, kim są. Wzięły mnie pod swoje skrzydła i z miejsca między nami zaskoczyło. Jednakże w chwili, w której poznałam owe wyjątkowe damy, nie zdawałam sobie sprawy, że przyjęte przez nas motto: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” zmusi mnie do owinięcia się tanią bawełną z Wal-Martu, a wszystko po to, aby pomóc mojej królowej piękności emo zrealizować swoje marzenie o pomponach.

Zamieniłam samotnicze życie, osiemnastogodzinne posiedzenia w bibliotece i nadęte kolacyjki w Oksfordzie na przebranie z prześcieradła, które miało z założenia przypominać szaty starożytnych Rzymian.

Nie przypominało.

Ani trochę.

Cass wyciągnęła piersiówkę z bimbrem ukrytą w jakimś zakamarku jej obcisłej togi i pociągnęła długi łyk.

— Łoho! Ależ to mocne! — zawołała melodyjnie, pochylając się i klepiąc po masywnym udzie. Przesunęła językiem po zębach, zlizując ostatnie krople; potem podała flaszkę Lexi, która po napiciu się zaczęła podskakiwać w miejscu, piszcząc i wymachując rękami, po czym wręczyła butelkę mnie. Upiłam ostrożnie maleńki łyczek i poczułam, jak oczy wychodzą mi z orbit.

— O Boże, Cass! Jak ty możesz to pić? — wykrztusiłam i zaczęłam masować sobie szyję, usiłując złagodzić pieczenie. Cass zamieniła część łazienki w wytwórnię bimbru. Uwielbiała go.

— Żartujesz sobie? To jak mleczko z cycusia mamusi. Uwielbiam tego koooopa. — Przeciągnęła ostatnie słowo i zaczęła zachowywać się tak, jakby poraził ją prąd, a na koniec wyciągnęła ze schowanej gdzieś torebki tabakę i wcisnęła ją sobie pod dolną wargę.

Przewróciłam oczami, widząc jej wygłupy, i oddałam jej piersiówkę. Wzięłyśmy się pod ręce i ruszyłyśmy w piekielną otchłań.

***

Hol budynku stowarzyszenia Delta Epsilon Ni Omega… Beta… Pi… Kappa — kogo właściwie obchodzi nazwa? — był ogromny. Masywne dębowe schody górowały nad wejściem do imponującej rezydencji z czerwonej cegły, a zwisające z sufitu żyrandole wyglądały tak, jakby zabrano je z Wersalu.

Członkinie stowarzyszenia zapędziły nas jak bydło do rozległej sali gdzieś z tyłu. Kandydatki z podekscytowaniem przyjęły wiadomość, że wkrótce poznamy nieuchwytną prezeskę. Zdumiewało mnie, że jedna osoba może wywołać aż takie zamieszanie.

Zrzeszone studentki kazały nam się uciszyć i przy dramatycznym biciu w werble, za które posłużył blat stołu rytmicznie uderzany przez jedną z członkiń stowarzyszenia, przez podwójne drzwi z pełną dramatyzmu powagą weszła prezeska, aby zapowiedzieć wydarzenia dzisiejszego wieczoru.

Zesztywniałam. To była Shelly, wystrojona do granic możliwości w bardzo obcisłą, króciutką żółtą sukienkę.

— Witam wszystkie kandydatki. Znalazłyście się dziś tutaj, aby wziąć udział w końcowej ceremonii inicjacyjnej umożliwiającej wstęp do naszego szacownego, ekskluzywnego stowarzyszenia. Każda z was odnajdzie tu bliskie więzi i prawdziwą rodzinę, zarówno podczas studiów, jak i na resztę swojego życia. — Shelly zaczęła się przechadzać wzdłuż zebranych. — Dzisiejszego wieczoru mamy się bawić. Ale przed rozpoczęciem imprezy postanowiłyśmy dać wam do wykonania jedno małe zadanie… Żebyście mogły udowodnić, jak bardzo zależy wam na tym, aby należeć do naszego stowarzyszenia.

Na widok jej triumfującego uśmiechu ogarnęły mnie złe przeczucia.

— Zadanie jest naprawdę szybkie i proste — oznajmiła, zatrzymując się obok nakrytego czarnym obrusem stołu. Ze śmiechem zerwała nakrycie, odsłaniając schowaną pod spodem niespodziankę — ułożone w rzędach opaski na oczy.

Shelly przeparadowała przed każdą z nas, oceniając świdrującym wzrokiem swoje ofiary. Kiedy jej spojrzenie padło na mnie, odrobinę się spięła.

— No proszę, Molly. O co chodzi? Myślałam, że według ciebie nie na tym polega zabawa? Hm? Może uważasz, że wstępując do stowarzyszenia studenckiego, lepiej zrozumiesz ludzką naturę, co?

Zamknęłam oczy i wciągnęłam powoli powietrze nosem, ignorując pytające spojrzenia Cass i Lexi.

Naprawdę nie lubiłam tej dziewczyny.

Z zadowolonym z siebie uśmieszkiem i dźwięcznym śmiechem Shelly mówiła dalej:

— Na potrzeby zadania inicjacyjnego poprosiłyśmy o pomoc kolegów z zaprzyjaźnionego stowarzyszenia męskiego. Z zawiązanymi oczami będziecie musiały pocałować — z języczkiem — kolegę z bractwa i odgadnąć, co właśnie zjadł. To niezbyt wygórowana cena za to, żebyśmy uwierzyły w wasze zaangażowanie, a my będziemy miały przy tym prawdziwy ubaw. — Odwróciła się do pozostałych członkiń, zarzucając przy tym włosy jak w reklamie szamponu i wywołując ogólny chichot.

A niech to szlag.

Nie podobało mi się to.

Złapałam Lexi za rękę i się nachyliłam.

— Wydawało mi się, że mówiłaś, iż otrzęsiny nie są już dozwolone ze względu na jakiś niedawny skandal. Spójrz na te opaski. Wszystkie zostaniemy poniżone, co jak dla mnie kwalifikuje się na otrzęsiny! Nie zrobię tego, Lexi. To kompletnie nie dla mnie.

Lexi wbiła we mnie proszące spojrzenie obramowanych na czarno oczu.

— Błagam, Molls. Zrobisz to dla mnie? To nie do końca te okryte złą sławą otrzęsiny; to tylko zwykły pocałunek, na litość boską!

Spuściłam głowę i jęknęłam. Nie było sensu się z nią sprzeczać. Znów by się rozpłakała i wywołała we mnie poczucie winy.

— Jesteś moją dłużniczką!

— Podejdźcie do stołu i weźcie sobie opaskę na oczy. Ustawimy was w rzędzie i wprowadzimy chłopaków — odezwała się Shelly, bawiąc się naszym kosztem.

Zrobiłyśmy, co kazała, a po kilku minutach usłyszałam, że otwierają się drzwi i że do sali wchodzi kilka par nóg. Wyczułam, że ktoś stanął przede mną, i omal nie zwymiotowałam, bo tak zaśmierdziało. Zionęło alkoholem i silnym, odrażającym zapachem potu.

Obrzydlistwo.

— Kiedy postukam każdą z was w ramię, pocałujcie chłopaka, odgadniecie, co zjadł, i dołączycie do naszego grona. Proste — poinformowała Shelly triumfująco.

Zorientowałam się, że jestem ostatnia w kolejce, bo po wyciągnięciu ręki w bok natrafiłam tylko na powietrze.

Miałam być ostatnią kandydatką.

W sali rozległy się wyraźne odgłosy mlaszczących języków i dziewczyn typujących swoje odpowiedzi, a towarzyszył im rozbrzmiewający ze wszystkich stron złośliwy śmiech członkiń stowarzyszenia.

Czułam, jak z nerwów zaczyna mi walić serce, a ręce zaczynają mi drżeć, zdradzając moją narastającą panikę.

Kiedy nadeszła moja kolej, miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Student z bractwa pachniał… brzydko. Ale zamierzałam to zrobić dla Lexi.

Lekkie stukanie w plecy zasygnalizowało, że nadeszła moja kolej. Przygotowałam się na najgorsze i nachyliłam, ale poczułam tylko powiew powietrza i głośny upadek gdzieś z boku, któremu towarzyszył wybuch męskiego śmiechu.

— Usuń się, Macmillan. Zająłeś moje miejsce — odezwał się przeciągle jakiś głos.

— Ale n-nie… Miotacz! Shelly mówiła… Mówiła… — Macmillan bełkotał gdzieś z podłogi niezbyt składnie.

— Gówno mnie obchodzi, co mówiła. Idź się napić albo idź w kimę. Kapujesz? — Nie dało się nie zauważyć groźby w głosie „Miotacza”.

— Kapuję. Kapuję, stary.

Nie miałam pojęcia, co się dzieje ani kto robił aferę o to, żeby mnie pocałować. Ten dzień z każdą chwilą stawał się coraz dziwniejszy.

— Czekaj! Mac musi… — zawołała Shelly.

— Zamknij się, Shel. — Głos chłopaka nie pozostawiał miejsca na dyskusję, więc Shelly zamilkła.

Gryzłam właśnie nerwowo kciuk — robiłam to nawykowo w nieprzyjemnych sytuacjach — kiedy nowy chłopak stanął przede mną, roztaczając znacznie bardziej apetyczny zapach niż jego poprzednik: zapach lata, mydła i mięty. Był dziwnie znajomy. Kojący. Kuszący.

Duża, szorstka dłoń wyciągnęła mi z ust kciuk i położyła moją rękę na twardej talii. Moje palce przesunęły się wzdłuż bawełnianej tkaniny okrywającej tors, rozpoznając wyraźny kształt twardych mięśni brzucha pod koszulką. Zasłonięcie oczu budziło inne zmysły; węch, dotyk i słuch pracowały dużo dokładniej.

Męskie dłonie ujęły moją twarz, a ja wyczułam chwilę, w której chłopak zaczął się do mnie przysuwać, by zaraz potem zacząć nagle pieścić moje usta swoimi wargami — przekornie i delikatnie.

Bez żadnego ostrzeżenia mój partner wydał z siebie sfrustrowany jęk i zarzucając wszelką delikatność, wsunął zachłannie wilgotny język w moje usta; rozpoczął pojedynek z moim językiem, walcząc o przejęcie kontroli. Poddałam się mu z przyjemnością. Nie miałam wyboru.

W życiu nie doświadczyłam czegoś podobnego.

Z każdą mijającą sekundą pocałunek robił się coraz bardziej namiętny, coraz bardziej intensywny, a ja wyraźnie czułam świeży smak mięty — jedzeniem czy też smakiem, który miałam rozpoznać, była mięta. Czułam ją w całych jego ustach, w każdym ich zakamarku, a także na powierzchni pełnych warg.

Nagle otrząsnęłam się z pożądania i przypomniałam sobie, gdzie jestem — w sali pełnej ludzi — i zanim zupełnie zatraciłam się w pieszczotach, przywołałam się do porządku i niechętnie zaczęłam się odsuwać.

Najpierw wysunęłam język z ust chłopaka, trzymając go za nadgarstki, podczas gdy jego dłonie pozostały przyklejone do mojej twarzy. Moje wargi zsunęły się z jego ust, ale na pożegnanie polizałam je, aby po raz ostatni móc delektować się jego smakiem, sprawiając tym gestem, że z jego gardła wydobył się zadowolony pomruk.

Z trudem odzyskiwałam oddech, zauważając przy tym, że na sali po raz pierwszy zapanowała absolutna cisza.

Dłonie mojego partnera zacisnęły się na moich policzkach w mocnym, dominującym uścisku, a jego gorący, słodki oddech omiatał moją twarz w szybkich, płytkich wydechach.

Odchrząknęłam i ogłosiłam cicho:

— Mięta. W jego ustach czuć smak…

Moja odpowiedź została przerwana niskim pomrukiem, a potem wargi członka bractwa znów przywarły do moich z dużo większym entuzjazmem niż wcześniej. Jego język szybko wdarł się z powrotem w moje usta.

Miękkie włosy o zapachu drewna i lasu łaskotały mnie w nos, a jego twarz przyciskała się do mojej tak mocno, że prawie bolało. Każdej pieszczocie towarzyszył jęk, a chłopak zanurzał się we mnie głęboko, jakby pochłaniał najlepszy deser świata — nie było wyjścia: musiałam odpowiedzieć tym samym.

Uniosłam dłonie, żeby wsunąć je w jego włosy — długie, miękkie włosy — i złapałam je pełnymi garściami, otrzymując w zamian groźny, głośny pomruk towarzyszący naszym zmaganiom, aby znaleźć się jeszcze bliżej siebie.

Nie miałam pojęcia, jak długo się całowaliśmy, ale im dłużej to trwało, tym bardziej miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi.

On nakazywał, a ja słuchałam i oboje upajaliśmy się swoimi objęciami.

W chwili, gdy poczułam, że jedna z jego dłoni zsuwa się delikatnie po moim karku, ktoś pociągnął mnie za ramię, a dłoń na moim policzku rozluźniła uchwyt.

— Dosyć! Co to ma być, Rome? Zostaw ją, natychmiast! — wrzasnęła Shelly, a jej głos do złudzenia przypominał drapanie paznokciami o tablicę.

Ktoś zdarł mi opaskę z oczu, a kiedy opadła zasłona ciemności, zobaczyłam, że Rome stoi przede mną — tuż przede mną; niemal stykaliśmy się czubkami nosów. Miał na sobie to samo ubranie co wcześniej i ignorując napad wściekłości stojącej obok Shelly, wpatrywał się we mnie wzrokiem pełnym nieukrywanego pożądania.

— Cześć, Mol — wychrypiał, wodząc nieustannie wzrokiem między moimi oczami a nabrzmiałymi wargami.

— Cześć… — szepnęłam w odpowiedzi, nie będąc w stanie wydobyć z rozstrojonego umysłu żadnego innego słowa.

Rome znów się nachylił, jakby powodowany siłą jakiegoś przyciągania, a ja instynktownie uniosłam brodę. Shelly złapała go za rękę i odciągnęła kilka kroków, ale on i tak nie przestał się we mnie wpatrywać.

— Ej! — wrzasnęła Shelly ostro i wymierzyła mu mocny policzek. To zwróciło jego uwagę i wywołało zszokowane okrzyki wśród zebranych.

Rome odsunął ręce od mojej twarzy i złapał ją za nadgarstki, delikatnie, ale stanowczo, a potem wycedził przez zęby z przerażającym szyderstwem na twarzy:

— Nie waż się mnie, kurwa, już nigdy więcej uderzyć. Nigdy więcej.

Shelly wytrzeszczyła oczy, słysząc wypowiedzianą ostrym tonem groźbę, inni zaś gapili się na mnie jak na nieudany eksperyment naukowy.

— To była mięta — wymamrotałam, a Shelly odwróciła się do mnie gwałtownie. — Rome smakował miętą. Tego się chciałaś dowiedzieć, prawda? W ramach tego idiotycznego zadania inicjacyjnego? — Nawet dla mnie samej moje słowa zabrzmiały lodowato. Mierzyłam Shelly wzrokiem, starając się rozluźnić napiętą atmosferę, która zapanowała na sali.

Ostre, wściekłe spojrzenie Rome’a spoczęło na mnie i z miejsca odebrało mi oddech. Nigdy wcześniej nikt nie rozbudził we mnie takich uczuć i ogarnęła mnie panika wywołana nieznanym pociągiem do tego chłopaka.

Jego usta zacisnęły się w wąską linijkę, a skrzydełka nosa falowały, jakby wyczuwał to, jak bardzo mi się podoba.

— Ma rację. Przed chwilą żułem gumę.

Wyszarpując rękę z mocnego uścisku Shelly, Rome odepchnął ją od siebie; potem odwrócił się szybko i wyszedł z sali, zatrzaskując za sobą drzwi.

Po kilku pełnych napięcia sekundach pozostali członkowie bractwa wzięli z niego przykład i też wyszli, więc teraz już tylko kandydatki i członkinie stowarzyszenia gapiły się na mnie z minami wyrażającymi mieszaninę podziwu i zdumienia.

Lexi i Cass podbiegły do mnie, a z ich szerokich uśmiechów emanowało podniecenie. Lexi złapała mnie za rękę i pisnęła:

— Molly, czy ty wiesz, kto to był?

— Tak, Rome. Poznałam go dzisiaj trochę wcześniej. Chodzi ze mną na etykę i filozofię.

Cass prychnęła.

— No pewnie, że to Rome, ale to nie jest zwykły student, Molls.

— Nie? — odpowiedziałam zdezorientowana.

Lexi przysunęła się do mnie.

— Jest na ostatnim roku studiów, Molly, i tak dla twojej wiadomości — jest całkowicie niedostępny. Jest nieprzystępny, humorzasty i mroczny, ale przede wszystkim jest cholerną gwiazdą Tide!

— Oficjalne statystki: metr dziewięćdziesiąt, sto sześć kilo czystych żywych mięśni! — dodała podekscytowana Cass.

— Kim jest? Co takiego?

Cass wzdrygnęła się i położyła dłonie na wydętej piersi, jakbym właśnie przeklęła papieża.

— Jest gwiazdą futbolu, głównym rozgrywającym Crimson Tide.

— Aha, faktycznie zauważyłam, że miał taki napis na koszulce. To drużyna futbolu amerykańskiego, prawda?

— Prawda? PRAWDA? Czy wy w Anglii nie gracie w futbol?

— Gramy, ale w taki, w którym używa się okrągłej piłki. Wy mówicie na to piłka nożna. Mamy poza tym rugby, krykieta, tenisa. Nie gramy w futbol amerykański, a przynajmniej nie zawodowo.

— Słodki Jezu… Nie wyobrażam sobie życia bez futbolu. Bez kramów z jedzeniem, grilla czy hot dogów. Życie byłoby nie do wytrzymania.

— Wychowywałam się z babcią w małym górniczym miasteczku w północnej Anglii. Dla niej zabawa polegała na dzierganiu szalików i graniu w szachy. Potem pojechałam do Oksfordu, gdzie dwadzieścia cztery godziny na dobę uczyłam się do licencjatu. Wybaczcie, że futbol nie odgrywał w moim życiu znaczącej roli! — Próbowałam żartować, ale na samo wspomnienie dawnego życia czułam, jak narasta we mnie znajomy niepokój. Stłumiłam go w sobie, zanim mną całkiem zawładnął.

Lexi machnęła lekceważąco ręką.

— No dobra, zaraz cię wtajemniczymy. Romeo Prince jest głównym rozgrywającym Tide — drużyny naszego Uniwersytetu Alabamy — i pod koniec roku na pewno przechodzi do NFL, ligi zawodowej. Wszyscy się spodziewali, że do tej pory podejdzie do draftu przynajmniej dwukrotnie, ale z jakiegoś powodu postanowił zostać i najpierw skończyć studia. A ty, Molly Shakespeare, właśnie publicznie całowałaś się z najbardziej pożądanym facetem na całym kampusie. Z facetem, który nigdy nie składa nikomu żadnych deklaracji. Z facetem, którego inni faceci się boją, a któremu dziewczyny z przyjemnością oddałyby własne płuco.

— Masz szczęście, mała! — dodała Cass i szturchnęła mnie lekko w ramię.

Moja pozbawiona wyrazu twarz musiała zdradzać, że w dalszym ciągu nie zdaję sobie sprawy z prawdziwego znaczenia tego, co się właśnie stało.

Cass przewróciła teatralnie oczami.

— Pozwól, że wyjaśnię ci to tak, żebyś zrozumiała. Ty, Kate Middleton, pocałowałaś właśnie księcia Williama Uniwersytetu Alabamy, a być może i księcia futbolu studenckiego w całej Ameryce.

W końcu do mnie dotarło.

— Czyli Rome to tutaj ktoś ważny?

Ich wyszczerzone w uśmiechach twarze powiedziały mi, że to stwierdzenie było znaczącym niedopowiedzeniem.

— Romeo Prince. Dość wyrazista postać, co? — zauważyłam cicho, wspominając jego wyjątkowo uzależniający smak, zaborcze dłonie na mojej twarzy i głębokie pomruki zadowolenia.

— Wyraziście zachęcająca do zerżnięcia! Musiałabyś go zobaczyć na boisku… Chryste Panie, to jest dopiero coś! Non stop traci nad sobą panowanie, jak ktoś mu wejdzie w drogę, skopie mu tyłek, ale dziewczynom podobają się takie humory, a poza tym ten facet to chodzący seks: wysportowany, boski, opalony. Cholera, prawie dostałam orgazmu od samego myślenia o nim! — wyjaśniła Cass, a ja skrzywiłam się na jej grubiańskie słowa. Ona jednak pokręciła tylko lekceważąco głową. — A on nie mógł się tobą nasycić, dziewczyno! Już myślałam, że na naszych oczach zerwie z ciebie ubranie! Omal nie urwał Macowi łba, gdy tamten podszedł, żeby cię pocałować. Gdy go przewrócił, miał naprawdę morderczy wyraz twarzy. Przerażający, aż mnie ciarki przeszły! — Wyciągnęła rękę i pomasowała ją demonstracyjnie.

Zmarszczyłam brwi, starając się przetrawić to, co powiedziała.

— Romeo Prince — mruknęłam w zadumie. Całował mnie z taką desperacją, z taką niekłamaną żądzą, że poruszył w głębi mnie coś, czego nie znałam.

— No właśnie, a ty, Molly Shakespeare — ej! Romeo i Shakespeare! Czy to nie zabawne? — zauważyła Cass z taką ekscytacją, że toga omal z niej nie spadła i nie odsłoniła więcej, niż miałam ochotę oglądać.

— Dobry Boże! To przeznaczenie! — zaśmiała się Lexi, zasłaniając usta drobną dłonią.

Shelly wybrała właśnie tę chwilę, żeby stanąć przede mną i wbić we mnie ostre spojrzenie swoich niebieskich oczu.

— Natychmiast opuść ten budynek, ty… ty… dziwko! — warknęła, bryzgając na mnie śliną.

Zdjęłam okulary i wytarłam odrażającą wydzielinę brzegiem togi.

— Z przyjemnością. To mi nie jest do niczego potrzebne. Przyjście tutaj było dużym błędem. Cass, Lexi, przykro mi, ale ten festiwal miłości pod tytułem „zostańmy siostrami” naprawdę nie jest dla mnie. Do zobaczenia w domu.

Musiałam się oddalić od tej okropnej dziewczyny i przestać zamieniać się w kogoś, kim nie byłam. Podjęłam ten wysiłek dla przyjaciółki i tylko to się liczyło. Chciałam po prostu mieć już ten dzień za sobą. Jutro wszystko wróci do normy.

Cass zagwizdała na palcach, aby zwrócić na siebie uwagę.

— Ona wchodzi do stowarzyszenia, Shelly. Pocałowała chłopaka i zgadła, co jadł. Nawet nie próbuj ze mną dyskutować, wszyscy to widzieli. Chryste Panie, Molls miała zasłonięte oczy, do kurwy nędzy! Przecież się za nim nie uganiała. — Mówiąc to, skrzyżowała przed sobą ręce i zrobiła groźną minę.

Shelly na moment straciła pozory twardzielki. I nic dziwnego; sama bym się bała, gdybym rozwścieczyła Cass.

— Nie wolno jej go całować! On jest mój! — wrzasnęła Shelly w kierunku koleżanek ze stowarzyszenia, które przyglądały się jej z mniejszą lub większą obojętnością.

— Wydaje mi się, że niedługo do ciebie dotrze, że to on pocałował ją… Dwa razy — obwieściła prześliczna brunetka, idąc w moim kierunku z tylnej części sali i puszczając do mnie oko.

Położyła mi dłoń na ramieniu.

— Dziewczyna przeszła inicjację. Lepiej tego nie kwestionuj, bo przegrasz, Shelly — powiedziała z zadowolonym uśmiechem na uroczej twarzy. — To twoja wina, że co roku zmuszasz kandydatki do tych głupot tylko po to, żebyś razem ze swoimi koleżaneczkami mogła się podniecić. Tylko że tym razem obróciło się to przeciwko tobie. Wielka szkoda.

Shelly minęła mnie jak burza, ale najpierw dźgnęła mnie palcem w pierś.

— Trzymaj się od niego z daleka, bo inaczej będziesz miała kłopoty, zrozumiałaś? Nie masz pojęcia, z kim zadarłaś, nie masz cholernego pojęcia! — To powiedziawszy, wyszła z sali, zatrzaskując za sobą drzwi.

Na sali zapanowała martwa cisza.

Brunetka zwróciła się do kandydatek:

— Gratulacje! Wszystkie zostałyście właśnie członkiniami tego fantastycznego stowarzyszenia — co za szczęście! Piwo jest na dziedzińcu. Miłej zabawy.

Kandydatki wyszły z sali z radosnymi uśmiechami na twarzach, pozostawiając Lexi, Cass i mnie z długonogą brunetką. Była ubrana w krótką czerwoną letnią sukienkę, miała opaloną na oliwkowo skórę, długie, ciemne włosy sięgające do połowy pleców i ciemnobrązowe oczy. Była olśniewająco piękna. Jak modelka.

Podeszła do mnie i przedstawiła się z promiennym uśmiechem.

— Przykro mi z powodu Shelly. Podczas takich uroczystości władza uderza jej do głowy, a poza tym naprawdę się wściekła, widząc twój namiętny pocałunek z moim kuzynem.

— Z kuzynem? — pisnęłam.

Roześmiała się.

— Tak, Rome jest moim kuzynem, chociaż właściwie jest dla mnie bardziej jak brat. Jestem Ally Prince. Shelly chciała być jego dziewczyną, odkąd skończyliśmy dziesięć lat. Nie zwracaj na nią uwagi. Ja tak właśnie robię.

— Wydawała się dość zaborcza w stosunku do niego.

Ally prychnęła.

— Zupełnie nie wiem dlaczego. Nigdy nie byli oficjalnie parą. Spotkali się kilka razy w przeszłości, ale Shelly nie raczy przyjąć do wiadomości, że to koniec. Rome nie jest typem monogamisty — poświęca jej uwagę tylko dlatego, że jej ojciec i jego ojciec robią razem interesy. Ona jest dokładnie tym typem kobiety, który jego rodzice wybraliby mu na żonę. W tych stronach bogate rodziny trzymają się razem. Ich starzy zachowują się tak, jakby oni już byli zaręczeni.

Słysząc o tym, poczułam lekki zawód. Rome miał się z nią zaręczyć?

Ally dotknęła mojego ramienia z rozbawieniem na twarzy.

— Jednak nigdy wcześniej nie widziałam, żeby on tak się zachował. Ani Shelly. Pewnie dlatego się wystraszyła. Nawet ja musiałam przyznać, że to było podniecające, a jestem jego kuzynką i kazirodztwo zupełnie mnie nie kręci! — zażartowała.

Wzięła mnie pod ramię.

— Chodźmy na piwo. Od razu ci powiem, że zostaniemy przyjaciółkami, panno Molly, nawet jeśli miałoby się to stać tylko po to, żebym mogła patrzeć, jak znęcasz się nad Shelly. Poza tym przydzielam ci pokój w tym budynku. Twoim przyjaciółkom też. Zostało nam już tylko kilka wolnych, ale jeśli się wprowadzicie, Shelly będzie wiecznie wkurzona, a mój rok zrobi się przez to dużo ciekawszy.