Słodka nadzieja - Tillie Cole - ebook + książka

Słodka nadzieja ebook

Cole Tillie

0,0
39,90 zł

Opis

Ally Lucia jest kuzynką gwiazdora futbolu amerykańskiego, Romea Prince'a, a także najlepszą przyjaciółką kilku świetnych dziewczyn. To osoba, na którą można liczyć w każdej sytuacji. Zawsze pragnęła namiętności, bajkowej miłości i uczucia, które magicznie odmieni jej los. Czuje się jednak rozpaczliwie samotna, i to mimo wiernej obecności najbliższych przyjaciół.

Ally pracuje jako kuratorka muzealna i na sztuce nowoczesnej zna się jak mało kto - jest po prostu najlepsza. Ale przed nią najpoważniejsze wyzwanie w karierze: musi przygotować pierwszą wystawę tajemniczego Elpidio - rzeźbiarza-samotnika, którego prace od kilku lat ją fascynują i którego podziwia całym swym sercem...

Axel Carillo to były członek gangu, brutalny przestępca, który złamał serce własnej matce i zniszczył życie braciom. W końcu dosięgnęła go ręka sprawiedliwości. Jednak w więzieniu niespodziewanie odkrył w sobie zupełnie nieznany wcześniej talent. Teraz, po warunkowym zwolnieniu, z sercem wypełnionym smutkiem i udręką, przybywa do miasta, w którym mieszkają jego bracia...

Oto mroczna opowieść o uczuciu, którego lepiej unikać. O mądrej dziewczynie i zepsutej, ale cierpiącej duszy. O przerażającej sile przeszłości, która mści się za popełnione niegdyś błędy. O tym, że nie jest łatwo naprawić wyrządzone krzywdy, ale namiętna, ogromna miłość może zmienić wszystko. Tylko co zrobić, by nie okazała się siłą, która niszczy i pozostawia za sobą tylko ból i łzy?

Kto wie, jakie marzenia spełnią się w Szmaragdowym Mieście?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 446

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tillie Cole

Słodka nadzieja

Tytuł oryginału: Sweet Hope (Sweet Home #3)

Tłumaczenie: Marta Czub

ISBN: 978-83-283-4435-8

Copyright © Tillie Cole 2015

All rights reserved.

No part of this publication may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photography, recording, or any information storage and retrieval system without the prior written consent from the publisher and author, except in the instance of quotes for reviews.

No part of this book may be uploaded without the permission of the publisher and author, nor be otherwise circulated in any form of binding or cover other than that in which it is originally published.

Polish edition copyright © 2020 by Helion SA

All rights reserved.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Materiały graficzne na okładce zostały wykorzystane za zgodą Shutterstock Images LLC.

Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttp://editio.pl/user/opinie/slodka_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion SA ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: editio@editio.pl WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Dedykacja

Czytelnikom serii Słodki dom. Co za podróż! Swoim uwielbieniem i oddaniem dla mojej ukochanej bandy z Alabamy odmieniliście moje życie. Kocham Was wszystkich tak bardzo, że aż boli. Najszczersze podziękowania. Jestem dozgonnie wdzięczna za to, że daliście tej pisarce szansę.

Molly, Cass, Lexi, Ally, Rome, JD, Austin, Axel, Levi i Reece — na zawsze pozostaniecie w moim sercu. Każda chwila z Wami była dla mnie źródłem radości. Serce mi pęka na myśl o rozstaniu, ale żegnam się z Wami jak należy.

I w końcu wszystkim tym, którzy (jak ja) uwielbiają czarne charaktery! Zawsze będę się starała przychodzić do Was z niegrzecznymi chłopcami, dla których ratunkiem okazuje się miłość.

xXx

Czasem to ludzie, o których nikt nie ma dobrego wyobrażenia, dokonują niewyobrażalnych czynów

— Joan Clarke, matematyczka

Prolog

Pochłonęła mnie gęsta mgła.

— Pomóż mi — zawołała. Próbowałem biec, ale nogi nie chciały mnie słuchać.

— Proszę… pomóż mi — powtórzył błagalnie jej słaby, złamany głos. Strach nakazał mi się odwrócić, ale wokoło panowały kompletne ciemności. Byłem ślepy. Nie miałem światła, które wskazałoby mi drogę.

Mgła jeszcze bardziej zgęstniała. Wlewała mi się do gardła, dławiła płuca. Nie mogłem oddychać. Nie mogłem się ruszyć… Nie mogłem jej pomóc.

— Boję się… Tak bardzo się boję… — załkała. Jej słowa wirowały na wietrze, chlastając mnie po twarzy. Zamknąłem oczy, bo nie byłem w stanie znieść bólu w jej głosie.

— Nie mogę się do ciebie dostać — zawołałem, a tymczasem ciężka mgła powaliła mnie na zimny grunt. Drapałem rękami zbitą ziemię i starałem się wyswobodzić.

— Nie mogę… Nie mogę… Już dłużej nie mogę Jestem taka zmęczona — załkała. Słyszałem, jak jej głos gaśnie.

Ogarnęła mnie panika. Nie mogłem jej stracić. Musiałem się z nią pożegnać.

— Nie! — wrzasnąłem. — Nie zostawiaj mnie! — Wczepiłem się mocniej w ziemię. Czułem, jak pod wpływem nacisku pękają mi paznokcie, ale bez względu na to, jak bardzo starałem się ruszyć z miejsca, nie mogłem. Serce mi waliło w rytmie rozbrzmiewających nade mną grzmotów. W ciele płynęła zimna krew. Nie mogłem się przedrzeć. Nie mogłem się uwolnić… Nie mogłem się uwolnić…

Do oczu napłynęły mi piekące łzy, a moje serce rozdarł potworny ból.

— Muszę się pożegnać — krzyknąłem w nicość. — Pozwól mi się pożegnać! — Skóra na moich palcach zaczęła pękać i krwawić, bo twarda ziemia zamieniła się w tłuczone szkło, którego ostre krawędzie wrzynały się głęboko w ciało.

— Chroń ich… Zawsze ich chroń… Błagam… Błagam… — prosiła. Słyszałem rezygnację w jej głosie. Poddawała się. Gasła.

— Nie! Czekaj! — Chciałem krzyczeć, ale z moich ust nie wychodził żaden dźwięk. Złapałem się za gardło, nie byłem jednak w stanie wydobyć z siebie żadnego odgłosu.

W oddali pojawiło się światło, ale było zbyt daleko. Ogarnęło mnie przerażenie. Ona odchodziła. Odchodziła… a ja nie mogłem się pożegnać.

— Czekaj! — zawołałem bezgłośnie. — Jeszcze się nie pożegnałem! — Byłem uwięziony, przygnieciony do zimnej ziemi ciężką, czarną mgłą, mój zrozpaczony głos był wygłuszony, ciało sparaliżowane.

Mgła gęstniała coraz bardziej, a światło przede mną przygasło i z białego zrobiło się szare.

— Nie — zawołałem bezgłośnie. — Nie!

Mgła nieubłaganie zamknęła się nade mną, gasząc blednące światło, a wraz z nim odbierając mi całą nadzieję.

A ona odeszła…

Dławiąc się bólem, z trudem łapałem oddech. Ale nie było już powietrza, wszystko pochłaniała nicość mgły.

Po twarzy płynęły mi łzy wściekłości, gdy leżałem tu zrezygnowany. Próbowałem zamknąć oczy, próbowałem odsunąć od siebie ból, ale poczucie winy nie zniknęło i rozdzierało mnie od środka.

Mgła napierała na mnie jeszcze bardziej, zaciskając mnie mocno w swoich objęciach.

Pochłaniała mnie ciemność. Ciemność ogarniała moją duszę.

— Żegnaj — szepnąłem wraz z ostatnim oddechem. — Chciałem tylko się pożegnać…

Dysząc ciężko, poderwałem się na łóżku, wybudzony snem, który właśnie miałem. Nagle usłyszałem:

— Telefon do ciebie.

Potarłem zaspane oczy i odetchnąłem głęboko, chcąc wymazać z pamięci senny koszmar. Ręce miałem mokre od potu, ale wytarłem je po prostu w spodnie. Zrzuciłem nogi z łóżka i poszedłem korytarzem do telefonu.

— Halo?

— Ruszamy.

— Z czym ruszamy?

— Z tobą, Elpi, ruszamy z tobą, z twoim debiutem.

Każdy skrawek mojego ciała zamarł. Ścisnąłem słuchawkę tak mocno, że myślałem, że pęknie od siły nacisku.

— Vin…

— Jesteś gotowy. Twoje prace są gotowe. Twoja kolekcja to prawdziwe arcydzieło, którym trzeba się podzielić ze światem.

— Vin… Doceniam to, co starasz się dla mnie zrobić, ale…

— Żadne ale. Wszystko jest już ustalone. Znalazły się sposoby. Udało mi się to dla ciebie zorganizować. Potrzebujesz tego, Elpi.

Starałem się ze wszystkich sił uspokoić; gorąca krew krążyła mi w żyłach. Wziąłem długi, głęboki wdech.

— Jesteś gotowy — powtórzył z naciskiem Vin, tym razem nie głosem namolnego biznesmena, raczej wspierająco.

Ale ja tego nie chciałem. W najmniejszym stopniu.

— Gdzie ma być ta cholerna wystawa? — warknąłem.

— Elpi. Nie zachowuj się w ten sposób. Jesteś artystą…

— Nie jestem żadnym cholernym artystą! — wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

— Jesteś artystą! — odparł zdecydowanie Vin. — Jesteś, do cholery, najlepszym rzeźbiarzem, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Twoje prace przewyższają wszystko, co dotąd widziałem, łącznie z moimi. Jesteś kimś, Elpi. Uwierz mi, jesteś kimś.

— Vin…

— Wystawa odbędzie się w małej galerii, w małym muzeum, w środowisku akademickim. To twoja pierwsza ekspozycja, więc nie powinieneś czuć się nią przytłoczony.

— Gdzie, Vin? — zapytałem rozdrażniony i przeczesałem dłonią swoje długie włosy.

— W Seattle.

Powietrze uszło mi z płuc, a Vin zaczął w samych superlatywach opowiadać o Seattle — o scenie artystycznej, ludziach, kulturze…

— Elpi, wiem, że pewnie sprzeciwisz się lokalizacji wystawy w Seattle, ale…

— Dobrze — przerwałem ostro, a po drugiej stronie trzeszczącej słuchawki zapadło przepełnione zdumieniem milczenie.

— Dobrze?

— Dobrze.

— Nie będzie żadnej dyskusji? Nie będziesz mi mówił, że tworzysz wyłącznie dla siebie samego? Nie będziesz mi mówił, że nie chcesz mieć nic wspólnego ze światem artystycznym i związanymi z nim ludźmi?

— Nie.

— No dobrze… to znaczy… doskonale! Kupiłem ci bilet lotniczy na za dwa tygodnie. Odbiorę cię z lotniska. Zorganizuję ci mieszkanie…

— Nie trzeba.

— Nie trzeba? — zapytał powoli Vin.

— Mam gdzie się zatrzymać.

— W Seattle?

— Tak.

— Gdzie? Z kim?

— To nie twoja sprawa — odparłem chłodno. Poczułem, że ktoś stuka mnie w ramię. Odwróciłem się i skinąłem głową do stojącego za mną gościa, a potem znów odezwałem się do słuchawki: — Muszę kończyć.

— Dobrze. W takim razie do zobaczenia za dwa tygodnie. Ale jeśli będziesz czegoś potrzebował, jeśli twoja miejscówka nie wypali, zadzwoń do mnie.

Umilkłem na moment i zamknąłem oczy, a potem postukałem dwukrotnie w znajdującą się przede mną odrapaną ścianę.

— Zrozumiałem.

Szybko się rozłączyłem i przepełniony obezwładniającym przerażeniem, poszedłem ciemnym, cichym korytarzem. Odgarnąłem z twarzy długie włosy i podrapałem się po ciemnym, gęstym zaroście.

Dwa tygodnie…

Za dwa tygodnie będę w Seattle, gotowy rozpocząć nowy etap w życiu, tyle że najpierw będę musiał się zmierzyć z ogromnym syfem z przeszłości…

Rozdział1.

Ally
Nowy Jork

Biegłam w pośpiechu przez ulicę, wymijając ludzi z lewej i prawej, bo chciałam dotrzeć na rozmowę kwalifikacyjną na czas. W Nowym Jorku było wilgotno i parno. Bardzo się cieszyłam, że upięłam swoje długie włosy w kok.

Ściskając mocno torebkę, biegłam chodnikiem. Co chwilę zerkałam na zegarek. Mój lot był opóźniony, a wyszykowanie się w maleńkiej kabinie łazienkowej boeinga 737 nie należało do idealnych rozwiązań, jeśli chciało się wystąpić w nieskazitelnym makijażu i eleganckiej fryzurze.

Ale było warto. Chodziło o wystawę moich marzeń. Zamierzałam dać czadu na tej rozmowie. Nie miałam wyjścia. Zrobiłabym wszystko, żeby zostać kuratorem tej wystawy… łącznie z lotem na ostatnią chwilę z Kalifornii na Wschodnie Wybrzeże… łącznie z pozostawieniem w rękach dyrektora do spraw sztuki mojej pięknej, dopiero co zorganizowanej galerii sztuki współczesnej na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles.

W końcu dotarłam pod muzeum sztuki Metropolitan i wbiegłam po schodach w moich ulubionych czarnych szpilkach od Louboutina. Dotarłszy na górę, przygładziłam czarną sukienkę bez rękawów.

Zatrzymałam się, wzięłam wdech przez nos, a następnie wraz z powolnym wydechem ustami wyprostowałam się i weszłam do środka.

Kilka minut później asystentka dyrektora muzeum zaprowadziła mnie do prywatnej części biurowej i kazała zaczekać w niedużej sali zdominowanej przez wielki drewniany stół i sześć krzeseł. Na białych ścianach wisiały bez ładu i składu prace dobrze zapowiadających się artystów. Usiadłam na krześle i zaczęłam nerwowo bawić się rękami.

Na zewnątrz rozległy się kroki, więc nakazałam sobie spokój i wyprostowałam się dokładnie w tej samej chwili, w której do pokoju wszedł starszy mężczyzna.

Vin Galanti. Słynny rzeźbiarz we własnej osobie.

Vin był ubrany w tweedowy garnitur, a jego siwe włosy tworzyły wokół głowy puchatą aureolę. Wyglądał w każdym calu jak ekscentryczny artysta.

Spojrzał na mnie jasnoniebieskimi oczami, a na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech.

— Pani Lucia! — przywitał się. Podniosłam się z miejsca, aby uścisnąć podaną mi dłoń.

— Pan Galanti! Ogromnie mi miło pana poznać. Dogłębnie studiowałam pańskie dzieła.

Pan Galanti pokazał mi, abym usiadła. Sam zajął miejsce naprzeciwko.

— Proszę mówić mi Vin. Mnie również miło panią poznać, pani Lucia. Miałem zaszczyt widzieć wystawę sztuki współczesnej w Toronto, którą pani zorganizowała, i byłem pod wielkim wrażeniem.

— Dziękuję, Vin — odpowiedziałam, szczerze zaskoczona jego komplementem.

— Nie, to ja dziękuję. To naprawdę zaszczyt spotkać kogoś w tak młodym wieku, kto tak bardzo kocha sztukę.

— Rzeczywiście kocham — wyznałam radośnie. — Wokół tego skupia się całe moje życie.

Vin nachylił się jak podekscytowane dziecko. Musiałam pohamować śmiech na widok szerokiego uśmiechu na jego twarzy.

— A więc — powiedział porozumiewawczo. — Elpidio…

— Tak — wychrypiałam ledwie słyszalnym głosem. Na samą myśl o szykowaniu jego wystawy uginały się pode mną kolana.

— W końcu organizuję jego pierwszą wystawę i szukam odpowiedniego kuratora, który wszystkim się zajmie. — Zmrużył oczy. — Czy pani zdaniem trafiłem na właściwą osobę?

— Tak — odpowiedziałam z pełnym przekonaniem. — Gdy tylko usłyszałam o tym stanowisku, rzuciłam wszystko i przyleciałam na spotkanie z panem. Wiem, że jestem najlepszą osobą do tego zadania. Studiowałam jego dzieła. Pisałam prace naukowe na temat stosowanych przez niego metod i poruszanych motywów. Pisałam artykuły na temat jego drogi do sławy.

Vin oparł się wygodniej, założył ręce na piersi i pokiwał głową. Wyglądał, jakby stracił cały entuzjazm. Serce podeszło mi do gardła. Tak bardzo pragnęłam tego stanowiska.

— Czytałem pani artykuły i prace, pani Lucia — powiedział. Czekałam na dalszą część. — Jest pani wyjątkową badaczką sztuki i widać, że pasjonuje się pani moim protegowanym.

— Tak — odparłam. — To jeden z moich ulubionych współczesnych rzeźbiarzy. — Urwałam, usłyszawszy własne słowa, po czym wbiłam wzrok w drewniany stół. — Nie, przepraszam — poprawiłam się nerwowo. — Elpidio to zdecydowanie mój ulubiony współczesny artysta, koniec kropka.

Vin przechylił na bok głowę.

— Dlaczego? — W jego oczach zalśniło zainteresowanie.

— Dlaczego… — szepnęłam, zastanawiając się, jak miałabym słowami wyrazić swoje uwielbienie dla jego prac. Rozważałam przez chwilę swoją odpowiedź, wreszcie wzięłam głęboki wdech i postanowiłam mówić z głębi serca. Zamknęłam oczy i wyobrażając sobie jego rzeźby, pozwoliłam słowom po prostu płynąć.

— Jego rzeźby… To jednocześnie najsmutniejsze i najpiękniejsze dzieła sztuki, jakie kiedykolwiek widziałam. Każdy kształt marmuru wypływa z głębi jego serca. Motywy jego prac są jednocześnie prowokacyjne i porażające. Mogłabym podziwiać każdą jego rzeźbę przez cały dzień, każdego dnia przez resztę mojego życia i nigdy nie miałabym dosyć. Są surowe i poetyckie… tragiczne, a jednak przepiękne. Jeden rzut oka na którąkolwiek z jego rzeźb wywołuje kalejdoskop płynących z głębi duszy emocji. Nie wiem, co jeszcze powiedzieć poza tym, że jego prace przemawiają do mnie jak żadne inne. — Poklepałam się na wysokości serca. — Przemawiają bezpośrednio do mojego jestestwa. Czuję jego dzieła. Czuję je tak, jakby żyły i oddychały, tak samo jak ty czy ja.

Otworzyłam oczy i zarumieniłam się ze wstydu, gdy dotarło do mnie, jak bardzo dałam się ponieść. Vin znów się nachylił i poklepał mnie po dłoni.

— No, no, pani Lucia, co za odpowiedź! — rzucił z nutką wesołości w głosie.

Parsknęłam nerwowo i odgarnęłam z twarzy luźny kosmyk włosów.

— I co za rzeźbiarz.

— Zgadza się — przyznał Vin i westchnął ciężko. — To geniusz, naprawdę niezwykle błyskotliwy człowiek, choć sam tak o sobie nie myśli.

Najwyraźniej zapomniawszy, że znajduje się w moim towarzystwie, Vin otrząsnął się z nagłego smutku. Po kilku sekundach milczenia odezwał się:

— Jestem staroświeckim człowiekiem, pani Lucia. Nie obchodzą mnie formalne rozmowy o pracę i nie lubię podręcznikowych odpowiedzi. Potrzebny mi kurator, który rozumie dzieła Elpidia, który pasjonuje się nimi w równym stopniu jak ja.

— Analizowałam każdą z jego rzeźb dokładniej niż ktokolwiek, niż ktokolwiek, Vin. Mówię to z całym przekonaniem: jestem jedynym kuratorem, który może zaprojektować tę galerię, jedyną osobą, która może stworzyć opowieść godną jego dzieł. Wiem, że potrafię zaprojektować idealną przestrzeń do zaprezentowania jego talentu. Potrafię to zrobić, Vin, uwierz, że potrafię. Nigdy dotąd nie miałam żadnej wpadki, a już na pewno nie zdarzy się to w przypadku tej wystawy.

Vin zaśmiał się i znów poklepał mnie po ręce.

— Pani Lucia, po przeczytaniu pani artykułów i naszej dzisiejszej rozmowie mam co do tego równie duże przekonanie jak pani. A nawet gdyby tak nie było, to sama pani opowieść, jak oddziałują na panią dzieła Elpidia, zagwarantowałaby pani tę pracę.

Przez chwilę jego słowa wisiały w powietrzu. Nie byłam jednak w stanie się pohamować i musiałam się upewnić, więc spytałam:

— Czy ja… dostałam tę pracę?

Vin skinął głową i wstał.

— W rzeczy samej. Pani Lucia. Nie lubię niepotrzebnie niczego przeciągać. Zdążyłem już sprawdzić pani kwalifikacje naukowe i skontaktować się z pani wcześniejszymi zleceniodawcami. Wystawiono pani najwyższe referencje, z tego, co rozumiem, poświęciła pani swoje życie pracy kuratora.

Zrobiło mi się ciepło na sercu i pozwoliłam sobie na chwilę dumy. Rzeczywiście od ukończenia studiów poświęcałam tej pracy każdą wolną chwilę. Nawet na studiach zawsze wiedziałam, jaką ścieżkę zawodową obiorę.

Podniosłam się z krzesła i podałam rękę Vinowi, który ujął ją z gracją.

— Dziękuję, Vin — powiedziałam skromnie. Uścisnął mocno moją dłoń, jakby chciał tym przypieczętować naszą umowę.

— Kiedy mam się stawić w Nowym Jorku? Jeśli zajdzie taka potrzeba, mogę w ciągu kilku dni wrócić z Kalifornii. Czy wystawa odbędzie się tutaj, w Metropolitan? A może w Guggenheimie?

— W żadnym z tych miejsc — powiedział Vin i machnął ręką w drodze do drzwi. Zdezorientowana zmarszczyłam czoło. — To będzie mała, akademicka ekspozycja w moich stronach.

— Rozumiem — odpowiedziałam z wahaniem.

Vin obejrzał się na mnie spod drzwi.

— Odbędzie się w Seattle, pani Lucia, w muzeum sztuki przy Uniwersytecie Waszyngtońskim. Jestem mecenasem tamtejszej placówki i chciałbym nadać jej pewien rozgłos. Poza tym Elpidio nie zgodziłby się na żadną znaną galerię. Zależy mu na intymności.

Intymność… Na sam dźwięk imienia Elpidio obok słowa „intymność” całe moje ciało zalała fala ciepła. Miałam obsesję na punkcie mężczyzny, którego nigdy nie poznałam, który był dla mnie nie więcej niż wyobrażeniem. I oto będę miała okazję pracować fizycznie z jego największymi dziełami — z jego duszą wyrażoną w marmurze, z odzwierciedleniem jego serca… w Seattle.

— Seattle to idealne miejsce — powiedziałam, a każda wyartykułowana przeze mnie sylaba podszyta była ekscytacją. — Z prac Elpidia wnioskuję, że nie zależy mu na sławie ani uznaniu innych artystów. Że nie chodzi mu o prestiż miejsca. Że w centrum uwagi ma się znaleźć wykwintność samej sztuki. — Uśmiechnęłam się i pochyliłam głowę, by przywołać w pamięci rzeźby, które podziwiałam dotąd na zdjęciach, gdyż na żywo miałam okazję widzieć wyłącznie jedną z nich. — Ta wystawa będzie niesamowita; odmieni życie wielu ludzi.

— Oto słowa godne prawdziwego kuratora — skwitował z uczuciem Vin. Słyszałam uśmiech w jego głosie.

— Nie — sprzeciwiłam się z rumieńcem. — Oto słowa prawdziwej wielbicielki.

Vin przyjrzał mi się z zainteresowaniem.

— Idealnie opisała pani Elpidia, pani Lucia. Małe muzeum idealnie nadaje się na jego pierwszą wystawę, a pani idealnie nadaje się na jej kuratora. Mam bardzo dobre przeczucia co do tej współpracy, pani Lucia. Bardzo dobre.

Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam:

— Ja również, Vin.

— Wkrótce skontaktuje się z panią moja asystentka, aby uzgodnić wszystkie szczegóły. Tymczasem proszę, aby jak najszybciej poleciała pani do Seattle. Tam zajmiemy się resztą.

— Dziękuję, Vin — powiedziałam znów, a on machnął lekko ręką i wyszedł z sali.

Kilka minut później ta sama asystentka co wcześniej wyprowadziła mnie z muzeum. Stanęłam na szczycie imponujących schodów muzeum Metropolitan i spojrzałam w czyste letnie niebo. Musiałam powstrzymywać się z całej siły, aby nie zacząć krzyczeć z radości.

Udało mi się.

Miałam zacząć współpracę z najwspanialszym rzeźbiarzem naszych czasów.

Dostałam wymarzoną pracę.

Wróciłam do rzeczywistości, wyciągnęłam komórkę i odblokowałam ekran. Przez chwilę wpatrywałam się w zdjęcie na tapecie, w moją ulubioną rzeźbę Elpidia, bezimiennego anioła wyrzeźbionego z marmuru karraryjskiego.

Ogarnęło mnie podekscytowanie, gdy wcisnęłam dwójkę w systemie szybkiego wybierania numerów, a chwilę później usłyszałam znajomy, ukochany brytyjski akcent:

— Cześć, nieznajoma!

— Molls! — przywitałam się z entuzjazmem. — Macie może w tej swojej rezydencji jakiś wolny pokój? Bo twoja najlepsza przyjaciółka przyjeżdża na dłużej!

Rozdział2.

Ally
Seattle, Waszyngton

Taksówka zatrzymała się na brzegu Jeziora Waszyngtońskiego. Spojrzałam na otoczoną kilkoma akrami terenu niesamowitą rezydencję z białego kamienia, do której dostępu broniła wielka żelazna brama. Nowy dom Molly i Rome’a.

„Rome…” — pomyślałam z uśmiechem. Nie ma takiej możliwości, żeby to Molly wybrała ten dom.

Wzięłam walizki i podeszłam do bramy, która zaczęła się otwierać. Uśmiechnęłam się i pomachałam do dużej kamery umieszczonej na ozdobnym filarze przy białym kamiennym murze.

Idąc podjazdem, zachwycałam się ogrodem: bujną, zieloną trawą, ozdobnymi oczkami wodnymi, drzewami każdego możliwego gatunku i milionem kwiatów upiększających ziemię.

Moim oczom ukazały się duże, brukowane schody, które prowadziły do białego wejścia. Drzwi otworzyły się w tej samej chwili, w której uniosłam rękę, żeby zapukać. Moje usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, bo w progu stał mój kuzyn, Rome Prince. Jego rudawozłote długie włosy były zmierzwione, a brązowe oczy błyszczały. Był wcieleniem stylu country, gdy tak stał ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, ubrany w dopasowany biały T-shirt i spłowiałe dżinsy.

— Cześć, kuzynko — przywitał się z szerokim uśmiechem i silnym południowym akcentem. Podszedł do mnie z rozpostartymi ramionami i poderwał mnie z ziemi w niedźwiedzim uścisku.

Roześmiałam się i też go uściskałam.

Postawił mnie z powrotem na ziemi, a ja cmoknęłam go w policzek.

— Cześć, wszechmocny rozgrywający!

Rome przewrócił oczami i wyminął mnie, żeby zabrać moje bagaże. Weszłam za nim do domu. Wytrzeszczałam oczy, podziwiając foyer, bo tylko tym słowem można było to określić, jako foyer. Było olbrzymie.

— Rome… — zaczęłam, ale mi przerwano.

— Absurd, co?

Odwróciłam się do szerokich schodów. Molly Prince schodziła na dół ubrana w długą, odcinaną pod biustem fioletową letnią sukienkę bez rękawów. Jej długie brązowe włosy leżały na ramionach, a na ślicznej twarzy malował się uśmiech wyrażający szczęście.

— Molls! — zawołałam podekscytowana i gdy przyjaciółka zeszła na ostatni stopień, zamknęłam ją w objęciach. Też szybko mnie przytuliła. — Tęskniłam za tobą! — wyznałam i wypuściłam ją z ramion, żebyśmy obie mogły wejść do foyer.

— I ja za tobą tęskniłam, skarbie — powiedziała Molly i ścisnęła moją dłoń, którą puściła dopiero wtedy, gdy Rome wziął ją za rękę, przyciągnął do siebie i mocno objął. Molly położyła dłonie na jego ramionach, a na ich twarzach pojawił się ten wyraz, który był tam zawsze, gdy przebywali w swoim towarzystwie.

Momentalnie poczułam ukłucie w piersi. Widok ich szczęścia tylko uwidocznił moją samotność. Praca o każdej możliwej godzinie może i pozwalała zająć myśli, ale choć ją uwielbiałam, nie była w stanie zastąpić tej chwytającej za serce, przypominającej uderzenie pioruna miłości, której tak rozpaczliwie pragnęłam.

— Chodźcie. Idziemy się napić! — powiedziałam radośnie i stłumiwszy chwilowy smutek, pozwoliłam, aby Rome i Molly zaprowadzili mnie do swojej białej kuchni utrzymanej w rustykalnym stylu.

Molly musiała zauważyć, że aż rozdziawiłam usta na widok przepychu tego pomieszczenia, bo się zarumieniła.

— Trochę przesada, co?

Odwróciłam się do mojej onieśmielonej przyjaciółki, na jej twarzy malowało się zawstydzenie.

— Ani trochę, kochana. Ślicznie tu.

Molly rozejrzała się razem ze mną po kuchni. Uwielbiałam w niej to, że wciąż czuła się nieswojo z tym, że jest bogata. Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczai. Mimo to uważałam, że to bardzo urocza cecha.

— Sprzeciwiała się zakupowi tego domu, ale ja chciałem, żebyśmy mogli zamieszkać gdzieś, gdzie jest bezpiecznie… gdzie moglibyśmy założyć rodzinę — oznajmił Rome.

Wzrok Molly, który wbijała w stół, powędrował na męża, a jej oczy wypełniły się łzami.

Rome uniósł dłoń Molly do ust. Poczułam się tak, jakbym zakłóciła im jakąś ważną, intymną chwilę. Molly otrząsnęła się lekko, a potem uśmiechnęła się do mnie niewyraźnie.

— Ally, pewnie chce ci się pić. Przygotować ci coś?

— Nie kłopocz się, kochana. Jestem zaopatrzona! — oznajmiłam entuzjastycznie, podbiegłam do podręcznej walizki i wyciągnęłam z niej butelkę szampana, którą zakupiłam w drodze do ich domu.

Gdy podniosłam wzrok, Molly zrobiła się zielona na twarzy i wypadła z kuchni.

— Za… zaraz… wracam! — Wybiegła na korytarz. Stałam na środku kuchni ze zmarszczonymi brwiami.

Odwróciłam się do Rome’a, który wiercił się na krześle.

— Nic jej nie jest? — zapytałam. — Wyglądała, jakby miała zaraz zwymiotować.

Rome popatrzył w kierunku, w którym zniknęła Molly.

— Nie. — Zauważyłam niepokój na jego twarzy. Ale Rome zawsze traktował Molly z powagą i zaborczością. Nie było dla niego ważniejszej rzeczy w życiu niż zapewnienie jej bezpieczeństwa i dbanie o nią.

Poczułam się niezręcznie z powodu ciszy, która zapadła, więc zapytałam:

— Gdzie macie kieliszki do szampana?

Rome otrząsnął się z niepokoju i podszedł do szafki. Wyciągnął dwa kieliszki i postawił je na stole, ja zajęłam się otwieraniem butelki. Zaczęłam nalewać, ale zamarłam.

— Rome, jeszcze jeden. Są tylko dwa.

Rome znieruchomiał obok mnie, a gdy na niego popatrzyłam, spoglądał w kierunku, w którym oddaliła się Molly. Zmrużyłam oczy i szturchnęłam go łokciem.

— Hej, kuzynku! Jesteś tu?

Odwrócił się do mnie i przeczesał ręką włosy.

— Tak, przepraszam, Al.

— Co jest grane? — chciałam wiedzieć. — Bo dziwnie się zachowujecie.

Wpatrywałam się w dwa kieliszki i nagle westchnęłam podekscytowana.

— Dlaczego ona nie pije?

Rome otworzył usta, ale…

— Jestem w ciąży. — Do miejsca, w którym stałam, dobiegł mnie od drzwi cichy głos Molly. Oboje z Rome’em szybko się do niej odwróciliśmy. Wyglądała blado i widać było, że przed chwilą wymiotowała.

Z płuc uszło mi powietrze, a dłoń powędrowała w stronę ust. Molly podeszła bliżej, na jej twarzy odmalowało się szczęście.

— Jestem w szesnastym tygodniu… — Spojrzała na Rome’a, do oczu nabiegły jej łzy szczęścia. — Uwierzysz w to? Znów jesteśmy w ciąży!

Po jej policzkach popłynęły łzy. U mnie wydarzyło się dokładnie to samo. Podbiegłam do swojej najlepszej przyjaciółki, która pokazywała dłońmi małe, okrągłe wybrzuszenie pod zwiewną sukienką. Przytuliłam ją mocno.

— Tak się cieszę, kochana — szepnęłam i poczułam, że Molly obejmuje mnie mocno.

Drżała na całym ciele.

Wyswobodziłam się z objęć i otarłam kciukiem jej łzy.

— Tak bardzo się cieszę.

— Dziękuję, Ally — odparła z uśmiechem. Cała jej twarz promieniała ekscytacją. Ale jej radość przygasła, gdy wzrok Molly powędrował na Rome’a, który stał dalej przygarbiony przy kuchennym blacie. Przyglądał nam się uważnie, ale w jego ciemnym spojrzeniu widać było ból.

Molly odsunęła się ode mnie, po drodze delikatnie ścisnęła mnie w podziękowaniu za ramię, a potem podeszła do męża. Odchyliła głowę, wsunęła palce pod jego brodę i uniosła jego głowę, po czym pocałowała go w usta.

— Nic mi nie będzie — szepnęła uspokajająco.

Rome wpatrywał się w nią przez całą wieczność, a potem pociągnął ją na kolana i zaplótł wokół niej ręce. Molly zauważyła, że przyglądam im się zdezorientowana, więc wyjaśniła:

— Mam stan przedrzucawkowy, Ally. Ciąża może przebiegać ciężko, bo choroba nie powinna rozwinąć się tak wcześnie. Lekarz dał mi listę zaleceń, abym mogła sobie pomóc, ale ten tutaj jest przerażony. — Pogładziła długie włosy Rome’a, żeby podkreślić, co ma na myśli. — To dlatego jeszcze nikomu nic nie mówiliśmy. No wiesz, na wypadek gdyby znów coś miało pójść nie tak. Lexi i Austin już wiedzą, ale chciałam zaczekać i powiedzieć ci osobiście. Oczywiście Rome nie przestaje się martwić.

Wrócił ucisk w brzuchu.

— Boję się, że cię stracę — odezwał się cicho głęboki, szorstki głos Rome’a. — Żadne dziecko nie jest tego warte.

Molly przechyliła powoli głowę na bok i przypatrywała mu się uważnie.

— Nie stracisz mnie. Wszystko będzie dobrze. Będziemy mieć dziecko i wszystko będzie dobrze.

Patrzyli sobie w oczy i wydawali się porozumiewać ze sobą wyłącznie dzięki łączącej ich więzi.

Zakołysałam się skrępowana na piętach i podeszłam do walizek. Molly zauważyła to kątem oka i podniosła się z kolan Rome’a.

— Rome, kochanie, zaprowadź Ally do jej pokoju. Ja się na chwilę położę. — Spojrzała na mnie i przewróciła oczami. — Zalecenia lekarza. Dużo odpoczynku i zero stresu.

Uśmiechnęłam się do niej i odprowadziłam ją wzrokiem, gdy wychodziła z kuchni. Zatrzymała się nagle i odwróciła.

— Och, prawie zapomniałam. Zorganizowaliśmy dziś dla ciebie, kochana, uroczystą kolację. Wszyscy przychodzą. W ramach wielkiego powitania w Szmaragdowym Mieście.

— Molls, ja… — Chciałam zaprotestować z obawy, że to dla niej za duży wysiłek.

— Tylko nie ty, Ally! Wystarczy mi już gadania mojego wielkiego futbolisty czarnowidza, który traktuje mnie jak porcelanową lalkę. — Molly wskazała na Rome’a i dla żartu posłała mu groźne spojrzenie. Rome podjął zabawę i zmrużył oczy. — Nic mi nie jest. — Jej dłoń powędrowała na brzuch. — Nam obojgu nic nie jest, więc nie zgadzam się, żeby przez kilka najbliższych miesięcy wszyscy traktowali mnie jak jajko!

— Tak jest — powiedziałam i zasalutowałam żartobliwie.

Molly roześmiała się i pokręciła głową.

— A później chcę posłuchać o tej nowej wystawie, którą organizujesz na mojej uczelni, okej?

— Jasne — odpowiedziałam rozbawiona.

Molly pokiwała zwycięsko głową, a potem ostrożnie weszła po schodach, zostawiwszy mnie samą z kuzynem. Rome wziął moje walizki i szybko ruszył w kierunku schodów, a ja poszłam za nim.

Zaprowadził mnie do pokoju na końcu długiego korytarza. Gdy otworzył drzwi, znów rozdziawiłam usta. To był piękny, jasny i przestronny pokój, utrzymany w bieli, z przyległą łazienką wyposażoną w największą wannę, jaką kiedykolwiek widziałam.

— Rome… To jest… — szepnęłam i odwróciłam się do kuzyna, który opierał się o framugę z rękami skrzyżowanymi na piersi.

— Możesz zostać tak długo, jak chcesz, rozumiesz? Molly lubi mieć cię blisko, a ja też nie mam nic przeciwko temu.

Wpatrywałam się w swojego kuzyna. Słyszałam, jak lekko łamie mu się głos, gdy próbuje zamaskować w żartach niepokój o żonę. Podeszłam do jego wysokiej postaci i złapałam go za sztywne ręce.

— Nic jej nie będzie. To dziecko to dobra rzecz. Błogosławieństwo.

Rome wbił wzrok w podłogę.

— Wiem, Al, i naprawdę się cieszę. Od tak dawna chcieliśmy mieć dziecko. Sama wiesz, że tak było. Ale Chryste Panie, Al, słuchanie, jak ten lekarz znów mówi o ryzyku, świadomość, że jej mama zmarła na to samo, co ma Mol, i… — Rome urwał i ścisnął moją dłoń na swoim ramieniu. Jego nozdrza zafalowały, gdy zaczął mówić dalej: — I wspomnienie mojej dziewczyny wtedy na szpitalnym łóżku, załamanej i zagubionej, po prostu mnie dobija. To znów może się wydarzyć. Albo coś gorszego.

— Nie wydarzy się, Rome. Tym razem wszystko jest inaczej. Twoja sytuacja jest o wiele lepsza, jesteś starszy, twoi rodzice nie siedzą ci na karku i nie musisz zmagać się z całym związanym z tym stresem. Poza tym znam cię. Nie dopuścisz, żeby cokolwiek znów się stało tej twojej żonce.

Na twarz Rome’a wypłynął niechętny uśmiech, więc też się uśmiechnęłam.

— Będę ciocią! — pisnęłam podekscytowana, a Rome zaczął się śmiać. Aż ściskało mi się serce na widok tego, jak się zamartwiał, a potem jak się cieszył, gdy w końcu pozwolił radości dojść do głosu.

— Tak, tak, będziesz. Ciocia Ally.

— A ty będziesz tatą.

Wypuścił powietrze i potarł twarz rękami.

— Tak… cholera…

— I będziesz cholernie dobrym tatą, Rome. Najlepszym pod słońcem.

Rome uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością, a ja zobaczyłam na jego twarzy czystą radość. Widziałam, jak bardzo pragnął dziecka, które nosiła Molly.

Pokręcił z rozbawieniem głową i potargał moje długie brązowe włosy.

— Rome! — wrzasnęłam. — Nie ruszaj mnie! — Chciałam odtrącić jego rękę, ale on odskoczył na bok.

— Cieszę się, że tu jesteś, kuzynko. Zdecydowanie zbyt dawno się widzieliśmy — powiedział już poważniej. — Za kilka godzin wychodzimy to uczcić, więc bądź gotowa o siódmej.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wyszedł, pozostawiwszy mnie w ogromnym pokoju gościnnym. Usiadłam na łóżku.

Byłam w Seattle, gdzie miałam zająć się wystawą mojego życia, a do tego miałam zostać ciocią.

Mój przyjazd wydawał się idealnym posunięciem…

Rozdział3.

Ally

Kilka godzin później weszliśmy do restauracji, a kelnerka zaprowadziła nas do prywatnej sali na tyłach. Ucieszyło mnie to, bo gdy szliśmy przez pełną ludzi salę, goście szeptali między sobą i gapili się na Rome’a — pod wrażeniem obecności rozgrywającego Seahawks. Molly pochyliła głowę i przyspieszyła kroku, wyraźnie zakłopotana, ale Rome złapał ją za rękę i przytrzymał blisko siebie. On też nie cierpiał znajdować się w centrum uwagi.

Po wejściu do prywatnej sali, z której roztaczała się piękna wieczorna panorama zatoki Sound, odetchnęłam i przygładziłam swoją prostą czarną sukienkę bez rękawów, a zaraz potem usłyszałam, jak ktoś wypowiada moje imię z przeciwnej strony sali.

— Ally!

Uśmiechnęłam się promiennie do Lexi — jednej z moich najbliższych przyjaciółek — która podniosła się z krzesła i podbiegła do mnie. Aż ścisnęło mi serce, gdy podeszła: choć wciąż drobna i delikatna, wyglądała już zdrowo, bo od czasów studiów nabrała trochę ciała. Jej czarne włosy były teraz długie i proste i sięgały połowy pleców. Miała na sobie zieloną sukienkę do kolan z długimi rękawami, a do tego botki.

Wyglądała ślicznie.

Złapałam Lexi za ręce i nachyliłam się, aby pocałować ją w policzek. Ścisnęłam mocno jej palce i odsunęłam się. Musiałam pohamować odruch, aby ją uściskać. Lexi nie znosiła tego rodzaju dotyku z powodu anoreksji. Choć już z niej wyszła, dotykanie pleców wciąż było dla niej za silnym bodźcem.

— Tęskniłam za tobą — powiedziała łagodnie i uśmiechnęła się do mnie słodko.

— I ja za tobą, kochana. Nie mogę uwierzyć, że wy też mieszkacie teraz w Seattle! To jakiś obłęd! Dwóch chłopaków z Alabamy gra dla Seahawks!

W tym samym momencie za plecami żony pojawił się Austin Carillo, najlepszy kumpel Rome’a. Nachylił się i cmoknął mnie w policzek.

— Ally — przywitał się i cofnął, a potem zaplótł wytatuowane ręce wokół ramion Lexi i przyciągnął ją do swojej klatki piersiowej. Jeśli chodzi o wyzwalacze Lexi, Austin stanowił wyjątek, był jedyną osobą, która mogła jej dotykać. Pięć lat temu, gdy Lexi omal nie przegrała walki ze swoim zaburzeniem odżywiania, Austin uratował jej życie, ich wzajemna miłość okazała się silniejsza. On dawał jej powód do życia, a ona jemu.

Zauważywszy za plecami Austina i Lexi zmierzwioną blond czuprynę, wychyliłam się i zobaczyłam, że stoi za nimi skrępowany przystojny chłopak. Był wysportowany i dobrze zbudowany. Rzucił mi nieśmiałe spojrzenie, a mnie opadła szczęka, gdy uświadomiłam sobie, kto to jest…

— Levi? Mały Levi Carillo? To ty, skarbie? — zapytałam. Spojrzałam w szare oczy chłopaka, gdy podniósł głowę, a jego oliwkowe policzki natychmiast pokryły się intensywnie czerwonym rumieńcem.

— Cześć, Al — odpowiedział cicho, gdy do niego podbiegłam i objęłam go mocno w pasie.

Levi parsknął cicho i też mnie uściskał. Odsunęłam się, przytrzymałam go za ręce i obserwowałam, jak bardzo się zmienił.

— Levi, ależ ty wyrosłeś! — zażartowałam, a on spuścił wzrok, żeby nie patrzeć mi w oczy. Na jego usta wypłynął nieśmiały uśmiech. — Ile ty masz lat?

— Dziewiętnaście — odparł. Rome stanął za nim i potargał mu włosy. Levi go odepchnął.

— A niech to! Dziewiętnaście!

— I jest jednym z najlepszych skrzydłowych, jakich kiedykolwiek widziałaś — pochwaliła Lexi i szczupłą dłonią pogłaskała Leviego po policzku. Levi uśmiechnął się do niej szeroko i widać było, jaką miłością darzy naszą małą przyjaciółkę.

— Dokładnie tak samo jak brat, co? — zażartowałam, widząc, że Austin zajmuje miejsce przy naszym stoliku obok Rome’a. Molly i Lexi usiadły przy swoich mężach.

Wzięłam Leviego pod ramię i powiedziałam:

— Wygląda na to, że jesteś moim partnerem na dzisiaj, Lev. Możesz usiąść obok mnie.

Levi zrównał się ze mną krokiem, po czym usiedliśmy.

— Czyli studiujesz, Lev? Przyjechałeś do Seattle w odwiedziny do Austina i Lex?

— Nie. Ciągle z nimi mieszkam. Studiuję teraz na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Przeniosłem się z UCLA.

Patrzyłam na niego lekko zdezorientowana.

— Nie chciałeś zostać w Los Angeles?

Austin poruszył się na krześle i spojrzał na młodszego brata. Levi spuścił głowę.

— Chciałem być blisko brata i Lexi. Po prostu. Drużyna Huskie jest całkiem niezła, a w tym roku naprawdę dobrze nam idzie.

Serce mi się ścisnęło na widok bezbronności, która odmalowała się na jego przystojnej twarzy.

— Jest, do cholery, najlepszym zawodnikiem na tutejszym boisku, co, młody? — stwierdził Austin, przerywając milczenie, a Levi uniósł głowę i zarumienił się pod wpływem pochwały brata.

— A ty jak, Al? Molls i Rome mówią, że zostałaś kuratorką jakiejś fikuśnej wystawy na uniwerku? — powiedział Austin, odciągając uwagę od Leviego. Rome zamówił dla wszystkich drinki u kelnera stojącego poza zasięgiem wzroku.

Roześmiałam się, gdy usłyszałam, w jaki sposób to ujął.

— Tak, zostałam kuratorką fikuśnej wystawy.

— No co? Przecież jest fikuśna, nie? — upewnił się Austin, podczas gdy Lexi pokręciła tylko zrezygnowana głową.

— Nie zwracaj na niego uwagi. W głowie ma tylko futbol, futbol i jeszcze raz futbol, żaden z niego koneser sztuki — zakpiła z Austina, który posłał jej groźne spojrzenie.

Lexi machnęła na to tylko ręką i znów na mnie popatrzyła:

— Opowiedz nam o tej wystawie, Al.

— Właśnie, opowiedz nam o niej, panno Aliyano Lucia — powiedział drwiąco Rome. W sprawach zawodowych zawsze używałam panieńskiego nazwiska mamy, co dla Rome’a było powodem do kpin. Nie chciałam po prostu, żeby ciążyło na mnie piętno Prince Oil. Chciałam odnieść sukces samodzielnie, bez związku z nazwiskiem rodziny.

Moje oczy natychmiast zapłonęły z emocji.

— Co mam powiedzieć? To spełnienie moich marzeń. To debiutancka wystawa tego artysty, a ja zostałam do niej wybrana. Wciąż trudno mi w to uwierzyć!

— A co on maluje? — chciała wiedzieć Molly.

— Nie maluje. To rzeźbiarz. — Wypuściłam przeciągle powietrze. — To najbardziej inspirujący, odważny, cudownie mroczny, udręczony, utalentowany rzeźbiarz, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia… — Spojrzałam na spowitą mrokiem zatokę, pochłonięta przesuwającymi się przed moimi oczami niczym slajdy wspomnieniami jego rzeźb, z których każda była bardziej poetycka i tragiczna od poprzedniej.

Pokręciłam głową i napotkałam zdumione spojrzenia moich przyjaciół, po czym niespokojnie odgarnęłam włosy z twarzy.

— Jego rzeźby to… to… to moja dusza. Nie umiem tego inaczej wyjaśnić. To życie, śmierć, miłość, tragedia i wszystko to, co pomiędzy, każdy ludzki stan… Wszystko. Jego dzieła przemawiają bezpośrednio do mojego serca.

— Ally… — odezwała się Molly ze łzami w oczach.

Poczułam, że sama mam mokre policzki, i zorientowałam się, że płaczę. Szybko otarłam łzy, odetchnęłam głęboko i zaśmiałam się nerwowo.

— Naprawdę uwielbiam jego prace.

— To widać — przyznał z czułością Rome.

— Bardzo się cieszę — powiedziała podekscytowana Lexi i nachyliła się trochę. — A jaki on jest? Jest przystojny? — Austin spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale ona albo tego nie zauważyła, albo zwyczajnie go zignorowała.

Wzruszyłam ramionami.

— W tym sęk, że nigdy go nie widziałam. Nikt go nie widział. Jest kompletnym odludkiem. Zostałam zatrudniona przez innego artystę, jego mentora, który zajmuje się organizacją całego wydarzenia. Jest patronem uniwersyteckiego muzeum sztuki i pochodzi z Seattle. Wystawa powinna tak naprawdę odbyć się w większej galerii, ale obaj chcieli, aby była kameralna.

— Mówisz o Vinie Galantim? — zaciekawiła się Molly.

— Tak, znasz go?

— Spotkałam go raz czy dwa razy. — Na jej twarzy pojawił się uśmiech. — Ciekawy z niego człowiek. Sprowadził do muzeum oryginalne rękopisy Platona na łączoną wystawę sztuki i filozofii. Pomagałam w kwestiach historycznych i przy tłumaczeniu z łaciny na potrzeby tabliczek informacyjnych. Uwielbiam go.

— To jak on się nazywa? — zapytała Lexi akurat, gdy kelner przyniósł nasze napoje.

— Nazywa? — powtórzyłam, gdy stanął przede mną kieliszek szampana.

— Ten rzeźbiarz. Ten, który skradł twoją duszę! — wyjaśniła i ściągnęła usta, aby pohamować uśmiech, który zakradał się na jej twarz.

— Ach tak, przepraszam. Eee… Elpidio. Używa imienia Elpidio — odpowiedziałam.

Siedzący obok Austin prychnął.

— Dawno nie słyszałem tego imienia.

— Znasz je? — chciałam wiedzieć.

— Tak się nazywał nasz nonno — wyjaśnił Austin. — Ojciec naszej mamy. Teraz to niezbyt popularne imię…

— To znaczy, że jest włoskie? — zapytałam podekscytowana, że dowiedziałam się czegoś więcej o tym skrytym artyście.

Austin pokiwał głową, zbyt zajęty zjadaniem paluszków chlebowych, żeby wyjaśnić coś więcej.

— No cóż, Al — odezwał się Rome, po czym pochylił się, wziął kieliszek szampana i uniósł go w górę. — Muszę powiedzieć, że cieszę się, że jesteś tu z nami w Seattle. Powodzenia w nowej pracy.

Wszyscy unieśli kieliszki i napili się.

— Ja też bardzo się cieszę, że tu jestem!

Rozdział4.

Elpidio
Seattle, Waszyngton

Vin zatrzymał samochód pod adresem, który mu podałem. Ściskałem go w ręce podczas całego lotu, aż atrament, którym został zapisany, rozmazał się na zmiętym kawałku papieru.

Ręce mi się trzęsły i patrzyłem prosto przed siebie, bo za bardzo się bałem spojrzeć w prawo, na dom, który, jak wiedziałem, tam się znajdował. Wokół panowała cisza, tymczasem ja próbowałem zapanować nad nerwami. Czułem na sobie spojrzenie Vina.

— Wszystko w porządku, Elpi? — zapytał, przerywając ciszę.

Otworzyłem usta, żeby mu odpowiedzieć, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa. Skinąłem głową, wziąłem głęboki wdech i położyłem drżącą rękę na klamce. Gdy drzwi się otworzyły, nie patrząc Vinowi w oczy, powiedziałem:

— Dzięki, że po mnie przyjechałeś.

— Żaden problem, Elpi — odpowiedział. — Widzimy się jutro w pracowni, tak? Pokażę ci miejsce, które ci wynająłem do dalszej pracy.

— Dobrze — powiedziałem krótko, po czym wyskoczyłem z wozu i zatrzasnąłem za sobą drzwi.

Zarzuciłem sobie torbę na ramię, a gdy zmusiłem się do podniesienia głowy, zobaczyłem przed sobą wielką ceglaną willę.

Serce waliło mi zbyt szybko, na widok podjazdu poczułem się tak, jakbym szedł na skazanie. Zrobiłem krok naprzód. Ręce zaczęły mi się trząść mocniej na myśl o tym, co czekało mnie po drugiej stronie czarnych drzwi wejściowych.

Zmusiłem się do pójścia dalej, a pod moimi butami zachrzęścił żwir. Poczułem ucisk w żołądku, a spod długich, ciężkich włosów spłynął mi pot.

Wszystko, co zostawiłem na tym świecie, znajdowało się za tymi drzwiami. Wszystko, co zostawiłem, ale na co nie zasługiwałem. Mój umysł zaczęły bombardować pytania: a jeśli mnie odrzucą? A jeśli jedyni ludzie, których kochałem, przestali mnie kochać? Nie widziałem ich od trzech lat, odciąłem się od nich bez żadnego wyjaśnienia. A jeśli naprawdę zostałem sam? Co ja wtedy, kurwa, zrobię?

Starałem się wyprzeć strach i przesuwałem stopy do przodu. Im bliżej byłem domu, tym szybciej oddychałem. Wszędzie było cicho, tylko kilka ptaków śpiewało na wysokich drzewach otaczających dom. Nienawidziłem ciszy, bo przez nią w głowie wiecznie huczały mi okropne myśli.

Doszedłem do drzwi wejściowych i zacząłem nasłuchiwać jakichś oznak życia, ale z środka nie dobiegały żadne dźwięki. Wewnątrz było równie cicho jak na zewnątrz. Nie byłem do tego przyzwyczajony. Przywykłem do krzyków, walenia metalowych drzwi i wydawanych rozkazów… a nie do takiej pustki. Nie do takiego wytrącającego z równowagi spokoju.

W uszach zaszumiała mi krew. Uniosłem dłoń, żeby zapukać, ale nie mogłem pohamować jej drżenia. Nie mogłem, do cholery, pohamować jej drżenia. Szybko spuściłem głowę.

Chyba nie dam rady. Po upływie takiego czasu… A co, jeśli nie będą mnie chcieli? Zamknąłem mocno powieki. Ależ ze mnie tchórz!

Zacisnąłem dłoń w pięść, wziąłem głęboki wdech, otworzyłem oczy i zanim zdążyłem się rozmyślić, zapukałem dwa razy w drzwi, a potem opuściłem rękę i czekałem.

Zbyt wiele myśli przebiegało mi przez głowę, gdy tak stałem z nogami wrośniętymi w ziemię i trząsłem się jak mała dziewczynka. Po drugiej stronie rozległy się kroki.

Wstrzymałem oddech i usłyszałem, że ktoś powoli przekręca zamek, a potem — jakby w zwolnionym tempie — zobaczyłem, że klamka się porusza. Włosy zasłaniały mi twarz, gdy próbowałem uspokoić nerwy, ale kiedy moim oczom ukazały się stopy, wiedziałem, kto tu stoi… tuż przede mną… w końcu, po tylu latach.

— Mogę w czymś pomóc?

Na dźwięk znajomego głosu zamknąłem oczy.

Uniosłem powoli głowę i zobaczyłem, że był jeszcze potężniej zbudowany, niż zapamiętałem. Miał na sobie luźne szare dresy i biały T-shirt z krótkim rękawkiem. Odsłonięte ręce były pokryte ciemnymi tatuażami. Zmusiłem się do tego, żeby podnieść wzrok i spojrzeć mu w oczy, i aż się zatoczyłem do tyłu. Miałem wrażenie, jakbyśmy widzieli się ledwie wczoraj, a wraz z tą świadomością zalała mnie fala bolesnych wspomnień; wspomnień, które starałem się dotąd blokować, żeby nie utonąć w poczuciu winy.

Jego ciemne włosy były dłuższe, nie za długie, ale dłuższe niż ostatnim razem, gdy się widzieliśmy. Wypuściłem powoli powietrze i przeczesałem ręką włosy, by odgarnąć je do tyłu i pokazać więcej zarośniętej brodą twarzy…

I nagle to zobaczyłem, chwilę, w której do niego dotarło, kto dokładnie stoi na jego progu. Jego brązowe oczy rozszerzyły się do nienaturalnej niemal wielkości. Cofnął się zszokowany i rozdziawił usta, jakby chciał coś powiedzieć, choć nie wydobyło się z nich żadne słowo.

— Austin — wychrypiałem na powitanie i odwróciłem wzrok. W całym swoim cholernym życiu nie byłem tak zdenerwowany.

Czekałem… po prostu czekałem, aż mnie odtrąci.

Austin złapał się krawędzi drzwi i wpatrywał się we mnie tak długo, że aż przestąpiłem z nogi na nogę i pokiwałem głową. Pojąłem znaczenie jego milczenia: nie byłem tu mile widziany.

— Rozumiem — powiedziałem szorstko.

Odwróciłem się, żeby wyjść, gdy nagle brat podszedł bliżej i szepnął:

— Axel?

Głos Austina był napięty, pełen emocji. Zamarłem i z ociąganiem obejrzałem się przez ramię.

— Młody — odparłem i patrzyłem, jak szok na jego odrobinę starszej już twarzy przekształca się w najszerszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem. Austin wyskoczył za drzwi i zarzucił mi ręce na szyję.

Nigdy nikt mnie tak mocno nie ściskał.

Austin złapał mnie drżącą dłonią za tył głowy i przyciągnął mocno do siebie.

— Cholera… Nie mogę… Nie mogę uwierzyć, że to ty… — mówił ochrypłym głosem, a ja miałem tak ściśnięte gardło, że nie byłem w stanie się odezwać. Poklepałem Austina po plecach, spodziewając się, że się odsunie, ale kiedy poczułem, że trzęsą mu się plecy, wiedziałem, dlaczego tego nie zrobił. Młody płakał.

I to mnie kompletnie rozwaliło.

— Fratello, popatrz na mnie — powiedziałem, walcząc z własnymi łzami. Mój młodszy brat jak zwykle zrobił to, o co go poprosiłem — zawsze tak było.

Stał naprzeciwko mnie ze spuszczonym wzrokiem, trzymając mnie za ramiona, ale i tak widziałem łzy kapiące z jego oczu. Złapałem go za tył głowy, przyciągnąłem z powrotem do swojej piersi i szepnąłem:

— Cholernie za tobą tęskniłem, młody.

— Lo giuri? — zapytał Austin drżącym głosem, stłumionym przez moją koszulę.

Parsknąłem krótkim śmiechem.

— Lo giuro.

Austin cofnął się, żeby mi się przyjrzeć, i pokręcił z niedowierzaniem głową.

— Jak… co… Axe, jakim cudem wyszedłeś? Jak to możliwe, że tu jesteś?

— Za dobre sprawowanie, Aust.

Duma, która wypłynęła na jego nieogolone policzki, omal mnie nie rozwaliła. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego zawsze miał tyle wiary w swojego żałosnego brata.

Nie zasługiwałem na to. Nie zasługiwałem na niego… Na nic.

Austin objął mnie ramieniem i powiedział:

— Zawsze wiedziałem, że dasz radę. Że nie będziesz się wychylał i że wyjdziesz na prostą.

Kiedy prowadził mnie do domu, przesunął dłonią po moich długich włosach.

— O co, kurna, chodzi z tymi długimi włosami i brodą? Zawsze miałeś włosy ścięte na zapałkę.

— Nie wiem. Chyba po prostu nie zawracałem sobie głowy obcinaniem włosów.

Austin zatrzymał się i poczułem na sobie jego przenikliwe spojrzenie. W końcu podniosłem wzrok i uniosłem brwi.

— No co?

— Prawie cię nie poznaję, to wszystko. Jakbyś był kimś zupełnie innym. I… — Jego brązowe oczy wpatrywały się w mój lewy policzek, a ja położyłem dłoń w miejscu, w którym miałem kiedyś stiddę, wytatuowaną czarną gwiazdę, symbol, który informował każdego, że byłem Heightersem na całe życie. — Zasłoniłeś ją…

Odwróciłem wzrok.

— Tak — odparłem krótko, bo nie wymagało to dalszego komentarza.

— Dlaczego? — chciał wiedzieć.

— Tak po prostu, młody.

— Zamieniłeś ją w krucyfiks? — spytał, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Austin wciąż się we mnie wpatrywał, ale ja nie zamierzałem się tłumaczyć.

— A ty swoją usunąłeś — zauważyłem z dumą.

— To nie jest już moje życie, Axe. Nadeszła pora, żeby odciąć się od całego tego bajzlu. — Pokiwałem ze zrozumieniem głową, a Austin uznał to za znak, żeby wreszcie wejść do środka.

Gdy przechodziliśmy przez próg, wciąż czułem na sobie spojrzenie brata, jakby myślał, że zniknę, jeśli nie będzie na mnie patrzył. Jego ręka pozostała na moim ramieniu.

Austin wziął moją torbę i położył ją na czarnej marmurowej podłodze. Rozejrzałem się wokół siebie i musiałem opanować niepokój, który ogarniał mnie w takim miejscu. Byłem przyzwyczajony do cienkich ścian, blaszanych dachów i plastikowych okien przyczepy lub ewentualnie kamiennych podłóg i metalowych drzwi celi, a nie do pieprzonych rezydencji pokroju tej, w której się teraz znajdowałem… rezydencji, którą mój młodszy brat kupił z własnych środków, dzięki własnemu talentowi. To było nierealne.

Austin poklepał mnie po plecach, a ja pokręciłem głową.

— Co? — zapytał, gdy zatoczyłem ręką po dużym holu i pokazałem salę telewizyjną, która wyglądała jak cholerne kino.

— Nieźle sobie poradziłeś, młody.

Austin spuścił wzrok.

— Mówiłem ci, że tak będzie. Powiedziałem, że kiedy wyjdziesz, będę miał dom, w którym ty też będziesz mógł zamieszkać.

Znów ścisnęło mnie za gardło, ale wiedziałem, że Austin zauważył, że nie mogę mówić.

— Austin? Skarbie? Kto przyszedł?

Gdzieś z prawej strony dotarł do nas głos kobiety, z głębi korytarza, który, jak widziałem, prowadził do kuchni. Zaraz potem pojawiła się chuda, drobna, czarnowłosa dziewczyna.

Żołądek podszedł mi do gardła. Cholera. Lexi.

— Kochanie? — zapytała znowu, idąc ze spuszczoną głową, bo właśnie wycierała ściereczką kieliszek. Austin zesztywniał. Gdy Lexi podniosła wzrok, aż podskoczyła, zaskoczona tym, co zobaczyła.

— Ax… Axel…? — szepnęła. Ręce zaczęły jej się trząść tak bardzo, że kieliszek, który w nich trzymała, spadł i roztrzaskał się na podłodze.

— Skrzacie — odezwał się Austin, a ja usłyszałem niepokój w jego głosie. — Cholera, Skrzacie, wszystko w porządku?

Jej wielkie zielone oczy przeniosły się z moich na Austina, któremu skinęła głową, ale nie minęła nawet sekunda, a znów patrzyła na mnie.

Austin stanął przed nią i położył dłonie na jej policzkach, zmuszając, żeby na niego spojrzała.

— Kochanie, popatrz na mnie.

Zrobiła to.

— Nic ci nie jest?

Pokiwała powoli głową, a Austin zamknął ją w swoich ramionach, jakby chciał ją ochronić. Ochronić przede mną. Wiedziałem, że miała problemy. Cholera, wiedziałem, że omal nie umarła. Lev poinformował mnie o tym, gdy pięć lat temu zadzwonił do mnie ze szpitala i zrobił mi awanturę za to, że ich zawiodłem.

Czułem pulsowanie żyły na szyi na widok tego, jak bardzo się mnie bała. Była, kurwa, przerażona.

— Lexi — przywitałem się, ale mój głos zabrzmiał szorstko.

Nie spuszczała ze mnie swoich zielonych oczu, podczas gdy Austin ścisnął ją mocniej.

— Axel — odpowiedziała drżącym głosem.

Nie byłem w stanie tego znieść.

Zrobiłem krok naprzód, ale widząc, że spina się na całym ciele, zatrzymałem się i uniosłem dłonie.

— Posłuchaj, Lexi. Chcę cię przeprosić za to, jak cię potraktowałem. Postąpiłem naprawdę źle. Byłem cholernym fiutem. — Spuściłem głowę. Ze swojego miejsca wyczuwałem napięcie Austina. — Już nie jestem tamtym człowiekiem.

Podniosłem znów głowę, a Lexi wpatrywała się we mnie długi czas. W końcu wypuściła przeciągle powietrze i zerknęła na Austina.

— Skrzacie? — zapytał Austin. Lexi uniosła dłoń i otarła kciukiem wilgoć, która pozostała na policzku Austina. Zauważyłem, że w jej oczach też zbierają się łzy.

Opuściła z rezygnacją ramiona, odwróciła się do mnie i pochyliła głowę.

— To już przeszłość, Axel. Wszyscy przeżywaliśmy wtedy trudności. Robiliśmy to, co naszym zdaniem było potrzebne, aby przetrwać. Musimy to pozostawić za sobą.

Poczułem się tak, jakby ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar.

— Skrzacie — szepnął Austin, a ja usłyszałem w jego głosie ogrom wdzięczności. Wdzięczności za to, że pozwoliła jego bratu, który dopiero co wyszedł z pierdla, wkroczyć do ich domu, a właściwie nie, kurwa, wpaść jak burza z powrotem do ich życia.

Austin zamknął żonę w objęciach, a ja nie byłem w stanie oderwać od nich wzroku. Nigdy nie dostrzegałem, jak bardzo mój brat kochał Lexi. Mało mnie też obchodziło, jak bardzo ona go uwielbiała. Kiedy człowiek sam znajduje się w piekle, nie zastanawia się zbytnio, jak coś może wyglądać z drugiej strony.

Ale mojemu bratu się udało. Wszystko mu się udało. Wydobył się z szamba naszego osiedla biedoty i jego życie wyglądało jak spełnienie amerykańskiego snu.

— Austin? Lexi? Widzieliście moje korki? Muszę lecieć na trening.

Z góry dobiegł mnie niski głos, a serce podeszło mi do gardła. Stanęło mi na moment, jakbym miał w nim jakieś cholerne szmery czy inne gówno, bo bardzo dobrze wiedziałem, do kogo należał ten głos.

— Lex? Widziałaś moje korki?

Nad nami na piętrze zadudniły kroki, a Austin i Lexi spojrzeli na siebie, a potem na mnie. Na ich twarzach malował się niepokój. W tej samej chwili na schodach pojawiła się para nóg, a potem powoli wyłoniła się wysoka, dobrze zbudowana postać mojego najmłodszego brata, Leviego.

Rozchyliłem usta, widząc, że był już dorosły. Jego ciemnoblond włosy były zmierzwione, jakby dopiero co wstał. Miał na sobie granatowe spodnie dresowe i sportową koszulkę z napisem University of Washington Huskies Football. Szedł ze spuszczonym wzrokiem, bo szukał na schodach swoich butów, ale gdy podniósł głowę, na jego usta wypłynął nieśmiały uśmiech.

W jednej chwili jednak jego szare oczy rozszerzyły się, uśmiech zamienił się w grymas, dłonie zacisnęły się w pięści, a pierś zaczęła unosić się gwałtownie.

Levi zbiegł szybko ze schodów, a Lexi podeszła do niego przy dolnym stopniu i złapała go za rękę.

— Levi…

— Co on tu, kurwa, robi? — odezwał się przez zaciśnięte zęby zimnym głosem Levi i wyrwał się z jej uścisku.

Austin podszedł naprzód i złapał Leviego za rękę.

— Lev…

— Co on tu, kurwa, robi?

W mojej piersi pojawiło się niezwykle silne, nieprzyjemne uczucie. Levi gotował się z wściekłości.

— Levi, uspokój się, do cholery! — zażądał Austin, ale Levi pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Uspokój? Mam się, kurwa, uspokoić? Czy ty sobie kpisz?

— To nasz brat, Lev! Co się z tobą dzieje? — krzyknął Austin i stanął przed Levim. Ale ten nie był w stanie się opanować.

Odepchnął Austina na bok i podszedł do przodu. Ze wzrokiem płonącym wściekłością wybuchnął:

— Co ty tu, kurwa, robisz? Dlaczego nie gnijesz dalej w celi, gdzie twoje miejsce?

Lexi podbiegła do Leviego i złapała go za ręce.

— Levi, proszę…

Ale Levi wciąż wbijał wzrok we mnie. Nastolatek, który przed chwilą schodził po schodach w poszukiwaniu swoich korków, wyglądał teraz jak wykapany Carillo, jak wykapany były członek gangu Heightersów, jak wykapany mały twardziel, którego z niego na siłę robiłem.

Dobił mnie widok nienawiści, jaką do mnie teraz żywił, choć kiedyś te jasnoszare oczy patrzyły na mnie wyłącznie z szacunkiem i miłością.

— Levi, spójrz na mnie — powtórzyła z naciskiem Lexi, ale ja wziąłem głęboki wdech i podszedłem bliżej, by znów zmierzyć się wzrokiem z moim najmłodszym bratem.

— W porządku, Lexi — powiedziałem. Jej głowa odwróciła się gwałtownie w moją stronę. Widziałem, że jest przestraszona i zdenerwowana, ale zerknąwszy na Austina, skinąłem głową. Odpowiedział mi tym samym.

Austin podszedł do Lexi, wziął ją za rękę, przyciągnął do siebie i szeptał jej coś do ucha.

Wciągnąłem głęboko powietrze w płuca i odwróciłem się do Leviego.

— Lev, wiem, że jesteś wkurzony…

— Wkurzony? — warknął i podszedł jeszcze bliżej. Tak mocno zaciskał pięści, że aż zbielały mu kłykcie. — Słowo „wkurzony” w najmniejszym nawet stopniu nie oddaje tego, co czuję w związku z tym, że tu jesteś, w naszym domu. — Patrzyłem, jak nabiera głęboko powietrza. — Miało cię nie być jeszcze przez pięć lat. Nigdy nie miałeś się tu pojawić.

— Zawsze miał się tu pojawić, Lev. Po wyjściu z więzienia to zawsze miał być dom Axela… z nami — odezwał się Austin za plecami Leviego, który odwrócił się do niego. Austin położył rękę na jego ramieniu. — To nasz brat, Levi. Będziemy go wspierać bez względu na wszystko. Jesteśmy Carillami.

Chciałem coś powiedzieć, próbowałem coś powiedzieć, ale wiedziałem, że jeśli tylko otworzę usta, załamię się jak jakiś mięczak. Austin, ten dzieciak, zawsze był po mojej stronie. Nawet teraz, po tym jak przez lata nie dawałem znaku życia, zachowywał się tak, jakby łączyły nas same dobre wspomnienia.

Levi zacisnął usta, a na jego twarzy odmalowało się czyste obrzydzenie.

— Jasne, mamy go wspierać? — Chciał do mnie podejść, ale przytrzymała go dłoń Austina. To go tylko jeszcze bardziej rozjuszyło. — Powiedz mi, Austin. Gdzie był nasz brat, kiedy Porter przedawkował, a on uciekł? Gdzie był nasz brat, kiedy zostawił cię samego i musiałeś pracować dla Gio, i zrezygnować ze studiów? Gdzie był nasz brat, kiedy umierała mama i kiedy omal nie straciliśmy Skrzata? I gdzie był nasz brat, kiedy rozrzucaliśmy prochy mamy we Florencji, w jedynym miejscu, które nazywała domem? — Levi wypowiadał słowo „brat”, jakby nic dla niego nie znaczyło, jakbym ja nic dla niego nie znaczył, a za każdym razem, gdy wypominał mi moje grzechy, ja coraz bardziej umierałem w środku.

Po co ja, kurwa, wracałem? Co ja sobie, do cholery, myślałem?

— Nie, Aust — skwitował Levi i wydął wargi tak, jakbym był gównem, w które właśnie wdepnął. — To już nie jest nasz brat. To nie jest Carillo… To nieudacznik, który właśnie wyszedł z więzienia i który daleko w życiu nie zajdzie. Przyjechał tu tylko po to, żeby skorzystać z twoich pieniędzy i znów nas pogrążyć.