Ślady wilka - Roland Schimmelpfennig - ebook + książka

Ślady wilka ebook

Roland Schimmelpfennig

2,0
32,99 zł

lub
Opis

Splątane historie zwykłych ludzi.

Debiut powieściowy jednej z najważniejszych osobowości teatralnych XXI wieku. Minimalistyczny styl i wartka akcja pozwalają czytelnikowi na przeżywanie historii, dopowiadanie znaczeń i odkrywanie marzeń i frustracji bohaterów. W Berlinie stworzonym przez Schimmelpfenniga nie znajdziemy jednoznacznych postaci, oczywistych motywacji i jasnych decyzji. Autor maluje swoją opowieść pełną gamą szarości, pozwalając nam samym nazwać jej odcienie.

Tomasz i Agnieszka, którzy trzy lata temu wyemigrowali do Niemiec, zaczynają mieć już dość. On nie radzi sobie z samotnością, ona z jego częstymi wyjazdami − a żadne z nich z pogłębiającą się między nimi przepaścią. Szesnastoletnia Elisabeth w końcu zdobywa się na odwagę i ucieka od wyzwisk i bicia wiecznie pijanej matki. Razem ze swoim chłopakiem, Miszą, chcą za wszelką cenę dostać się do Berlina. Ojciec Miszy wychodzi z przymusowego odwyku, by odnaleźć syna. Boi się o niego, a jeszcze bardziej boi się, że znów sięgnie po kieliszek. Charly, właściciel małego kiosku, powoli wpada w obsesję. Musi zdobyć broń, żeby ruszyć na polowanie…
Wkrótce ich losy splotą się w najbardziej nieoczekiwany sposób, gdy zaczną podążać śladami wilka.

A wilk już przekroczył granicę.

Tajemnicza, choć bezwzględna opowieść o ludziach – podobnie samotnych jak wilk, którego śladami podążają – walczących o przetrwanie i o wolność mimo wszystko. Wilk staje się ich snem, ich lękiem, obsesją – ich lustrem…
Dorota Segda, rektor PWST w Krakowie

Choć stolica Niemiec w debiutanckiej powieści świetnego dramatopisarza Rolanda Schimmelpfenniga przysypana jest grubą warstwą śniegu, autorowi udało się oddać wszystkie kolory, dźwięki, zapachy, smaki Berlina. Miasto jako fascynująca, wszechmocna, groźna istota jest głównym bohaterem tej książki, to ono w tajemniczy sposób reżyseruje losy swoich mieszkańców: Niemców, Turków, Latynosów, Rosjan i Polaków. Jedynie tytułowy wilk chodzi własnymi drogami, nieuchwytny dla bohaterów książki. Czytelnik ma szansę podążyć jego śladami.
Anna R. Burzyńska, teatrolożka

Schimmelpfennig jest mistrzem niedopowiedzeń.
Deutschlandradio Kultur

Przez powieść Schimmelpfenniga bezpardonowo przetacza się korowód postaci, który przykuwa uwagę czytelnika i porywa go ze sobą. To niezwykle aktualna powieść o wielkiej sile.
Spiegel Online

Choć świat widziany oczami Schimmelpfenniga jest bardzo zimny i nieprzyjemny, w jego sercu wciąż tli się ogień tęsknoty, solidarności i pasji.
Berliner Zeitung

Cóż za efekt! Autor nas samych czyni reżyserami swojej powieści.
Mitteldeutscher Rundfunk

Schimmelpfennig to mistrz niedopowiedzeń i minimalistycznego języka. Trudno znaleźć bardziej współczesnego autora.
Darmstädter Echo

Roland Schimmelpfenning (ur. 1967) jest niemieckim dramaturgiem i reżyserem, uważany za jednego z najbardziej wybitnych, współczesnych twórców teatralnych. Inscenizacje jego sztuk są wystawiane w ponad 40 krajach, także w Polsce – m.in. przez Ewelinę Marciniak. Wielokrotny laureat prestiżowych nagród przyznawanych przez niemiecki i austriackie środowiska teatralne. Powieść Śladami wilka jest jego prozatorskim debiutem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 163




Seriaz Żurawiem

Projekt okładkiMałgorzata Flis

Autor: Roland SchimmelpfennigTytuł oryginału: An einem klaren, eiskalten Januarmorgen zu Beginn des 21. Jahrhunderts

© S. Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main 2016

The translation of this work was supported by a grant from the Goethe-Institut

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu JagiellońskiegoWydanie I, Kraków 2017All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-4306-6

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu JagiellońskiegoRedakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Krakówtel. 12-663-23-80, tel./fax 12-663-23-83Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.plKonto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

W pogodny, lodowaty styczniowy poranek na początku XXI wieku, tuż po wschodzie słońca, samotny wilk przekroczył zamarzniętą rzekę graniczną między Niemcami a Polską.

Wilk nadszedł od wschodu. Przebiegł po skutej lodem Odrze, dotarł na drugi brzeg rzeki, a stamtąd dalej wędrował na zachód. Za rzeką słońce stało jeszcze nisko nad horyzontem.

W świetle poranka wilk przemykał pod bezchmurnym niebem po rozległych, pokrytych śniegiem polach, aż znalazł się na skraju lasu i zniknął między drzewami.

Dzień później pewien myśliwy znalazł w jednymz okolicznych lasów skrwawione szczątki sarny. Obok martwej sarny w śniegu myśliwy odkrył ślady wilka.

Było tow pobliżu wsi Vierlinden opodal miasteczka Seelow. Poprzedniego wilka widziano tutaj przed stu sześćdziesięcioma laty, w roku 1843.

Wilk pozostał w tej okolicy do połowy lutego. Nikt nie widział go na własne oczy, znajdowano tylko jego ślady w śniegu oraz rozszarpane ciała dzikich zwierząt.

To była bardzo mroźna i długa zima. Pod koniec drugiego tygodnia lutego zaczął padać śnieg, który sypał bez przerwy przez kilka dni.

Wieczorem szesnastego lutego na zupełnie zaśnieżonej autostradzie prowadzącej z Polski do Niemiec wpadła w poślizg cysterna.

Cysterna stanęła w poprzek jezdni i przewróciła się na bok. Wjechały w nią dwie inne ciężarówki, które zaczęły się palić. Cysterna eksplodowała. Żaden z kierowców nie przeżył.

W wyniku tego wypadku na śliskiej jezdni wpadło na siebie i zakleszczyło się sześćdziesiąt aut. Ludzie nie potrafili wyjść ze sczepionych pojazdów, a ogień rozprzestrzeniał się coraz bardziej.

Zdarzyło się to mniej więcej na wysokości bagna Glieningmoor. Wskutek karambolu błyskawicznie utworzył się ponad czterdziestokilometrowy korek, sięgający aż do granicy z Polską. Autostrada została zamknięta w obu kierunkach.

Zapadł wieczór. Kierowcy stojący w korku zgasili silniki i światła. Śnieg padał w ciemności na jezdnię i unieruchomione na niej auta.

Po pasie awaryjnym przejeżdżały pojazdy straży pożarnej i policji, mijając niekończący się sznur samochodów. Śnieg padał bez przerwy. Panowała cisza.

Młody Polak jechał z wioski pod Warszawą do Berlina, był w drodze już od jedenastu godzin. Od trzech godzin stał na zaśnieżonej autostradzie. Daleko przed sobą widział łunę ognia bijącą nad płonącymi wciąż pojazdami.

Od zniszczonej cysterny i sczepionych ze sobą aut dzieliło go około trzech kilometrów.

Silnik starej toyoty był wyłączony. Młody człowiek marzł. Nie miał dość benzyny, żeby stać z włączonym silnikiem. Od czasu do czasu przekręcał kluczyk w stacyjce do połowy i na chwilę uruchamiał wycieraczki. Bał się o swój akumulator. Wyłączył światła i nie słuchał radia. Siedział wtoyociew ciemności.

To potrwa jeszcze ze dwadzieścia godzin, zawołał wcześniej na jezdni któryś z polskich kierowców tirów. To potrwa jeszcze ze dwadzieścia godzin, powtarzał w kółko mężczyzna.

Młody Polak wysiadł z autai zaczął fotografować telefonem widoczną w oddali łunę. Potem wrócił do samochodu. Na zdjęciach nic nie było widać.

Zadzwonił do swojej dziewczyny, Agnieszki, która czekała na niego w Berlinie.

– Nie, to potrwa jeszcze wiele godzin.

– Co zrobisz? – zapytała Agnieszka. – Masz koc?

– Mam śpiwór w bagażniku.

– Zostaw samochód i idź do najbliższej wsi.

– Tu nie ma żadnej wsi.

– Jest. Musi być jakaś wieś.

– Tutaj nic nie ma, nic nie widać.

– Musi być jakaś wieś, Tomasz, idź do najbliższej wsi, bo zamarzniesz.

– Tu nie ma żadnej wsi. Nie mogę tak zostawić samochodu.

Po kolejnej godzinie spędzonej w korku Tomasz znów wysiadł, żeby przespacerować się w kierunku miejsca wypadku. Zanim wyruszył, wybrał sobie punkt orientacyjny, bo wiedział, że bez niego nie odnajdzie przysypanej śniegiem toyoty.

Na poboczu po prawej stronie od niego stał drogowskaz z informacją: „Berlin 80 km”.

Jestem harcerzem, pomyślał Tomasz, jestem pieprzonym harcerzem.

Ruszył w kierunku miejsca wypadku. Wciąż padał śnieg. W ciemności migotały koguty karetek. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył bladoniebieskie płomienie spawarek, za pomocą których strażacy usiłowali wydobyć ludzi z zakleszczonych samochodów. Słyszał wołania i krzyki. W gęsto padającym śniegu na jezdni stał mniej więcej sześćdziesięcioletni mężczyzna, mocno zbudowany, w samym podkoszulku, zakrwawiony, zapewne kierowca tira.

– Czy mogę ci jakoś pomóc? – zawołał Tomasz po polsku, bo wydawało mu się, że zna tego mężczyznę z Warszawy, ale tamten odkrzyknął tylko:

– Zajmij się swoimi gównianymi sprawami!

Po drugiej stronie autostrady wylądował helikopter. Ustawiono reflektory. Sanitariusze pędzili, niosąc kogoś na noszach do karetki. Przy noszach biegła kobieta, która raz po raz coś wykrzykiwała, jakieś słowo, być może imię; nagle osunęła się w śnieg. Ratownicy pobiegli dalej.

Tomasz zawrócił. Idąc między unieruchomionymi autami, wrócił w ciemność.

Minęły go trzy jadące w przeciwnym kierunku karetki na sygnale. W gęsto sypiącym śniegu Tomasz szukał swojego punktu orientacyjnego, drogowskazu z informacją o odległości do Berlina. Znalazł przysypaną śniegiem toyotę i obszedł ją, żeby wyjąć śpiwór z bagażnika.

Tomasz od trzech lat mieszkał z Agnieszką w Berlinie. Zazwyczaj pracował dla pewnego Polaka, Marka. Marek i jego ekipa wyburzali wnętrza budynków lub je odnawiali. Robili wszystko.

W Polsce Tomasz zawsze pracował sam. Kiedy dostawał pracę poza Warszawą, czasem sypiał nocą w śpiworze na budowie lub w aucie – sam. Jednak w Niemczech tak się już nie dało.

Odkąd Tomasz mieszkał w Niemczech, nie mógł znieść samotnej pracy. Odkąd był w Niemczech, nie mógł znieść samotności.

Zamek bagażnika toyoty zamarzł. Po prawej od Tomasza na poboczu stał drogowskaz – osiemdziesiąt kilometrów do Berlina.

Wtedy młody Polak zobaczył wilka. Wilk stał przy drogowskazie na poboczu zaśnieżonej drogi, siedem metrów przed nim, nie więcej.

Wilk, pomyślał Tomasz, to wygląda jak wilk, pewnie to duży pies, kto wypuszcza tutaj psa, a może to jednak wilk?

Zrobił zdjęcie zwierzęciu stojącemu na tle drogowskazu. W ciemności błysnął flesz.

Moment później wilka już nie było.

Miała krwiaka pod prawym okiem i rozciętą wargę.

Dziewczyna siedziała pod wiatą jedynego przystanku we wsi. Wieś nazywała się Sauen, leżała w pobliżu Beeskow, w powiecie Odra-Sprewa.

Było wcześnie rano, szósta trzydzieści. Panowała jeszcze ciemność. Dziewczyna czekała na autobus szkolny. Miała szesnaście lat.

Poprzedniego wieczoru matka dwa razy uderzyła ją pięścią w twarz.

Płatki śniegu wpadały w krąg światła ulicznej latarni. Wieś składała się z zaledwie kilku stojących przy drodze domów.

Obok dziewczyny pod wiatą siedział jej chłopak.

– Wyjedźmy stąd – powiedziała do niego.

Oboje mieli na sobie ciężkie skórzane kurtki, martensy, łańcuchy i kolczyki, ale ich twarze miały łagodne rysy, a ciała były delikatnie zbudowane.

– Dokąd chcesz pojechać? – zapytał chłopak.

– Do Berlina – odpowiedziała dziewczyna.

Zanim nadjechał autobus, już ich nie było. Nie szli drogą. Na drodze ktoś prędzej czy później by ich zatrzymał – dwoje nastolatków brnących wczesnym rankiem przez śnieg. Poruszali się polnymi drogami.

Dziewczyna nazywała się Elisabeth, a chłopak Micha.

Kiedy doszli do lasu, po raz pierwszy od czterech dni przestał padać śnieg.

– Fuck, fuck, fuck – powiedział Charly, jednocześnie uśmiechając się i wytrzeszczając oczy – popatrz no na to, popatrz na to.

Jacky również wyjrzała przez okno sklepowe na ulicę, ale nie zauważyła niczego szczególnego. Samochody, przechodnie. Przestał padać śnieg.

– Tutaj wcześniej mieszkali inni ludzie, wcześniej było tu inaczej.

– Charly, przecież nie masz pojęcia, kto tu wcześniej mieszkał.

– Ale przecież sama widzisz, sama widzisz.

– My też wcześniej tu nie mieszkaliśmy.

– Teraz przecież też tu nie mieszkamy.

– Ależ tak, mieszkamy.

– Nie mieszkamy tu. Mieszkamy tutaj.

Berlin, Prenzlauer Berg – przed rokiem 1989 w lokalu była piekarnia. Po upadku komunizmu jedna ze starszych sprzedawczyń przejęła zakład i za niewielkie pieniądze zmieniła go w sklepik osiedlowy. W małej klatce za ladą trzymała dwa króliki, ale potem zaczęły się kłopoty z urzędnikami i króliki musiały zniknąć. Sklepik był otwarty do późna i kobieta sprzedawała w nim gazety, papierosy, piwo, wódkę, chipsy i colę, a jeżeli starsi ludzie z sąsiedztwa nie mogli już do niej schodzić, to ona zanosiła im gazetę, piwo czy papierosy, ale teraz te czasy się skończyły. Sprzedaż przestała się opłacać, ceny mieszkań w okolicy wzrosły i w wieku sześćdziesięciu pięciu lat kobieta zrezygnowała; wtedy pojawili się Charly i Jacky, młodzi ludzie, którzy kupili sklep, właśnie czegoś takiego chcieli i na to oszczędzali. Pomalowali na nowo ściany – były teraz czarno-złoto-ciemnoczerwone.

– Tak dziwnie się patrzysz, wiesz, Charly. Nagle zaczynasz tak dziwnie patrzeć i wytrzeszczać oczy, co się z tobą dzieje?

– Właśnie to samo chciałem ci powiedzieć, wiesz? Wiesz, kochanie? Dzisiaj jakoś dziwnie wyglądasz, i to od samego rana, co się dzieje, o czym myślisz?

– Myślę, że coś tu nie gra, ale nie wiem co.

– Mogę ci powiedzieć, co tu nie gra. Przychodzi za mało klientów. To znaczy idzie nam dobrze, ale mimo wszystko przychodzi za mało klientów i…

– To przez tę pogodę, Charly.

– A ty robisz taką dziwną minę i mówisz, że to ja robię dziwną minę. – Mówiąc to, Charly znów wytrzeszczył oczy.

– Myślisz, że kiedyś będziemy mieli dzieci?

– Na pewno, na pewno, ale nie sądzisz, że jest jeszcze trochę za wcześnie, przecież dopiero otworzyliśmy sklep, chcemy się trochę ustawić, ty masz dwadzieścia dziewięć lat…

– Zaraz będę miała trzydzieści, a ty już prawie wyłysiałeś.

– Mamy jeszcze mnóstwo czasu.

Jednak Jacky wiedziała, że tak nie było. Czuła, że nigdy nie będą mieli dzieci.

– No ale dobrze – powiedział Charly – co by było gdyby, co by było gdyby, jeszcze raz przemyślmy to wszystko dobrze od początku do końca. – Mówiąc to, znów wytrzeszczył oczy, od początku do końca, fuck.

Mężczyzna zrobił sobie kawę w termosie i kilka kanapek. Wybrał się z lornetką i strzelbą, karabinem myśliwskim, ale bez psa. Pies zdechł przed Bożym Narodzeniem. Starszy mężczyzna nie powiedział nikomu, że przed świtem wyruszy do lasu. Ciepło się ubrał, włożył grube buty, długi płaszcz i kapelusz, a kiedy przechodził przez podwórze, gwizdnął na psa, ale pies nie przybiegł, a wtedy przypomniał sobie, że psa już nie było.

Leżało dużo śniegu i mężczyzna poruszał się leśną drogą bardzo powoli. Dotarcie do ambony zajęło mu prawie półtorej godziny. Nie przyszedł tutaj, żeby ustrzelić jakąś zwierzynę. Przyszedł tylko dlatego, że kochał to miejsce, ambonę, świt, pole, które się przed nim rozciągało, kraniec lasu położonego naprzeciwko. Mężczyzna bywał tutaj często, również w zimie, wczesnym rankiem.

Słyszał o wilku grasującym w okolicy Seelow, to było trochę na północ. Wiedział, że wilki wędrują. Wilki żyją w stadach, ale niektóre zwierzęta muszą czasem opuścić stado, a wtedy wędrują, żeby znaleźć sobie nowe stado, i tak mogą pokonywać duże odległości, siedemdziesiąt kilometrów dziennie, a nawet więcej.

Było jeszcze przed wschodem słońca; mężczyzna siedział na ambonie, spoglądając na pokryte śniegiem pole. Popijał kawę z termosu. Jego żona nie lubiła, kiedy sam chodził do lasu, ze strachu o niego, z egoizmu lub z niepewności. Nie lubiła, kiedy wychodził z psem i nie zabierał jej ze sobą.

Nie lubiła tego, że zostawiał ją samą, i nie lubiła tego, że lubił przebywać sam.

Mężczyzna nie przyszedł tutaj, żeby ustrzelić jakąś zwierzynę, mógł równie dobrze zostawić strzelbę w domu.

Zaczęło się robić jasno. Starszy mężczyzna nie widział tego ranka żadnej zwierzyny, ani saren, ani dzików. Wydawało mu się, że dostrzegł jakiś ruch na skraju lasu po drugiej stronie pola, ale przez lornetkę niczego nie zauważył.

Potem nagle źle się poczuł, zrobiło mu się niedobrze, dłonie mu się spociły, a serce waliło jak szalone. Tak przychodzi śmierć, pomyślał, tak to jest.

Po kilku minutach poczuł się znowu lepiej, choć był cały mokry od potu. Wiedział, że musi wracać, ale bał się, że nie da rady dojść do domu.

Ostatecznie podróż z Warszawy do Berlina zajęła Tomaszowi siedemnaście godzin. Wyjechał późnym przedpołudniem szesnastego lutego. Wieczorem na autostradzie w Niemczech, czterdzieści kilometrów za granicą z Polską, wpadła w poślizg cysterna. Cysterna stanęła w poprzek jezdni, przewróciła się na bok, zaczęła się palić, a potem wybuchła. Ponad sześćdziesiąt aut zaczęło gwałtownie hamować i wpadło na siebie. Minęło osiem godzin, zanim udało się przywrócić ruch na autostradzie. Tomasz stał w korku do trzeciej nad ranem – widział przed sobą bijącą w ciemności łunę, a potem światła reflektorów.

Niecałe dziesięć metrów przed sobą zobaczył wilka, wilka stojącego na pasie awaryjnym.

– Co widziałeś, widziałeś co, widziałeś wilka? – zaśmiała się Agnieszka. – Chyba zaczynasz mieć coś z głową, kochanie.

Tomasz dopiero przyjechał i siedział naprzeciwko niej w małej kuchni ich mieszkania w dzielnicy Neukölln. Była prawie czwarta rano lub nawet trochę później. Agnieszka nie miała w domu prawie nic, tylko herbatę i piwo.

– Kupiłam dla ciebie piwo.

– Nie masz zupy? W samochodzie było tak zimno, chyba coś mnie bierze.

– Nie widziałeś wilka…

– Siedziałem przez osiem godzin w zimnej toyocie.

Wynajmowali tanie jednopokojowe mieszkanie z lat sześćdziesiątych. Było niskie, ciemne i głośne. Ściany były cienkie. Pod sufitem małej kuchni paliła się jarzeniówka.

– Idziesz teraz na budowę?

– Tak – odparł Tomasz.

– Aha. Myślałam, że coś cię bierze.

– Na pasie awaryjnym. Widziałem go na pasie awaryjnym.

Agnieszka zaśmiała się. Miała dwadzieścia dwa lata. Byli razem z Tomaszem, odkąd skończyła czternaście lat. On miał o dwa lata więcej. Pochodzili z tej samej wsi niedaleko Warszawy. W Berlinie byli już od trzech lat.

Agnieszka sprzątała sklepy, biura, open space’y, sprzątała u artystów, filmowców, dziennikarzy, a wieczorami czasem opiekowała się ich dziećmi. Poznała to środowisko przypadkiem, a potem kolejne osoby zaczęły polecać ją innym. Kiedy przyjechała z Tomaszem do Berlina, żadne z nich nie znało niemieckiego. Teraz Agnieszka mówiła prawie bezbłędnie, a Tomasz wciąż prawie nic nie rozumiał. Na budowach pracował niemal wyłącznie z Polakami.

– Na poboczu. Na pasie awaryjnym.

Oboje dużo pracowali, tyle, ile się dało, dniem i nocą. Spali mało. Kiedy Tomasz kończył pracę na budowie, szedł do Agnieszki i pomagał jej sprzątać wieczorem w pustych biurowcach przy Rosa-Luxemburg-Platz i na Schönhauser Allee.

Pracowali od wczesnego ranka, od szóstej albo siódmej, do późnego wieczora, od poniedziałku do soboty po południu. W sobotę wieczorem szli potańczyć.

– Zrobiłem zdjęcie.

Agnieszka obejrzała zdjęcie.

– Sfotografowałeś wilka.

– Przecież mówię.

– Myślisz, że dużo ludzi zrobiło mu zdjęcie?

– Nie. Nikt.

– Wilk na autostradzie – powiedziała Agnieszka. – W śniegu.

– W korku. Wilk stojący w korku.

Agnieszka się zaśmiała. To miał być dowcip. Tomasz rzadko dowcipkował. Prawie nigdy.

Nie widzieli się przez prawie cztery tygodnie, Tomasz pracował dla znajomego w okolicach Warszawy. Agnieszka spojrzała na niego. Znali się od czasu dzieciństwa. Od ośmiu lat byli razem. Razem wyjechali do Berlina, bez ślubu.

Według ich katolickich krewnych żyli w grzechu. Wyjechali wtedy do Berlina starą toyotą. Dzięki znajomym znaleźli mieszkanie w Neukölln.

Żywili się chipsami i colą, herbatnikami, herbatą i piwem, bo w Niemczech nic innego im nie smakowało i nie mieli czasu gotować.

Agnieszka zawsze była wesoła, zawsze mogła pracować dalej, nic mnie nie zniszczy, śmiała się ciągle, a teraz, kiedy patrzyła na Tomasza siedzącego przy kuchennym stole, zauważyła, że on już dłużej tak nie może. Zauważyła, że powoli opuszczają go siły. Od miesięcy coraz mniej mówił. Zaczął jeździć na całe tygodnie do Polski, bo daleki krewny miał tam dla niego pracę.

– Tomeczku, czy nie myślałeś o tym, żeby sprzedać zdjęcie?

– Zdjęcie? Jakie zdjęcie?

– No, zdjęcie. Zdjęcie wilka.

– Komu mam je sprzedać? Kto je ode mnie kupi?

Rano kierowca autobusu zatrzymał się, nie zobaczywszy chłopaka i dziewczyny, i przez chwilę czekał – chwilę po wpół do siódmej na jedynym przystanku we wsi. Czekał dłużej niż powinien, przez śnieg i tak miał już spóźnienie; znał oboje nastolatków, co rano wsiadali do autobusu, znał też matkę chłopaka, kiedyś był mężem jej siostry, dawno, dawno temu.

Później, po południu, zadzwonił do matki chłopaka i zapytał, czy wszystko w porządku, tak się przecież robi na wsi.

Tej nocy żadne z nich prawie nie spało, ani Agnieszka, ani Tomasz, nie spali dłużej niż godzinę. Leżeli w łóżku, nie dotykając się, choć nie widzieli się prawie od czterech tygodni, a potem zadzwonił budzik.

Kilka godzin później Agnieszka pokazała zdjęcie kobiecie, u której sprzątała. Kobieta pracowała dla jednej z gazet. Kupiła zdjęcie od Agnieszki i nazajutrz można było zobaczyć je wszędzie.

Na zdjęciu: wilk w nocy pośród śniegu, w świetle flesza, a za wilkiem drogowskaz – osiemdziesiąt kilometrów do Berlina.

Mimo grubej warstwy śniegu chłopak i dziewczyna szli szybko, za szybko, przynajmniej w ciągu pierwszych godzin. Wyruszyli z przystanku w ciemności, o wpół do siódmej rano. O dziesiątej oddalili się od wsi już na dwadzieścia kilometrów. Znajdowali się w środku lasu. Byli zmarznięci i spoceni, byli głodni, a przede wszystkim byli spragnieni. Zaczęli jeść śnieg. Oboje wiedzieli, że daleko nie zajdą, ale mimo to szli dalej.

W lesie panowała całkowita cisza. Dzień był szary. Chłopak i dziewczyna mało mówili. Szli obok siebie bez słowa, a od czasu do czasu przystawali w śniegu i zdrętwiałymi od zimna palcami skręcali papierosy tak zgrabnie, jak mogli. Palenie pomagało na głód.

Szli przez las, nie spotykając nikogo. Na rozstaju leśnych dróg stał stary barakowóz. Drzwi były otwarte. W barakowozie leżało mnóstwo śmieci, puste pudełka po papierosach, ulotki, stare gazety, puste butelki po piwie, pety. Kiedyś we wnętrzu musiało się palić. W rogu barakowozu stał piecyk, mały piecyk na drewno.

Znaleźli barakowóz wczesnym popołudniem. Nie mieli odwagi napalić w piecu, bo bali się, że barakowóz spłonie.

Zebrali drewno i zabrali się do rozpalania ognia przed barako­wozem, ale długo im się to nie udawało. Kiedy ogień w końcu zapłonął, zrobiło się już ciemno. Wiedzieli, że w taki mróz nie mogą spać na zewnątrz, nawet przy ogniu. W barakowozie mogli przetrwać tę noc, ale tylko pod warunkiem, że napalą w piecu i to tak, by nie spalić całego pojazdu.

Rozpalili ogień w piecu i czekali. Barakowóz nie zaczął się palić. W ciasnym wnętrzu szybko zrobiło się ciepło. Mimo głodu po godzinach spędzonych na śniegu ciepło szybko wywołało w nich senność. Na zewnątrz, przed pojazdem, w ciemności dogasało ognisko.

W oddali słychać było szum.

– Może to autostrada – powiedział chłopak. – Albo nasza szosa.

Chłopak i dziewczyna siedzieli w kucki koło pieca na podłodze barakowozu. Opierali się o siebie i starali się nie zasnąć, bo wciąż jeszcze się bali, że pojazd zajmie się ogniem i spłonie, ale ciągle zamykały im się oczy.

Matka dziewczyny nic nie zrobiła. To nie był pierwszy raz, kiedy dziewczyna nie wracała do domu.

Jednak wieczorem do jej drzwi zapukała kobieta z policji i w końcu opublikowano komunikat o zaginięciu młodych ludzi.

Tak, pokłóciła się z córką.

Policjantka była z tej samej wsi. Znała oboje nastolatków, znała rodzinę chłopaka, znała też matkę dziewczyny.

Przed piętnastu laty matka dziewczyny – czy też, ściślej mówiąc, jej ówczesny mąż – kupiła za niewielkie pieniądze mały, opuszczony budynek szkoły, do którego przyjeżdżała z Berlina na weekendy z mężem i małą córeczką.

Para była znana z gazet i telewizji. Mąż był starszy od kobiety, był wziętym malarzem. W pewnej chwili mężczyzna przestał przyjeżdżać, dziewczynka miała wtedy trzy lata.

Po rozstaniu z mężem matka dziewczyny albo nie dostawała zleceń, albo dostawała ich za mało. Zrezygnowała z mieszkania w Berlinie i przeprowadziła się z dzieckiem do budynku wiejskiej szkoły. Była sławna, nosiła farbowane na rudo włosy i szerokie lniane spodnie, jeśli akurat nie pracowała w kombinezonie na podwórzu przed budynkiem szkoły albo w warsztacie.

Kiedy urodziła córkę, dopiero co skończyła trzydziestkę i była wziętą artystką w Berlinie. Pięć lat później żyła jako matka samotnie wychowująca dziecko we wsi położonej opodal granicy z Polską. Piła za dużo, zawsze tak zresztą robiła, i była porywcza oraz despotyczna. Z większością znajomych z dawnych berlińskich czasów zdążyła się już skłócić.

Opowiadała córce, że to z jej powodu wyprowadziła się z miasta, żeby córka miała lepsze dzieciństwo niż ona sama, inne dzieciństwo niż jej własne w kamienicy czynszowej na północno-wschodnich peryferiach Berlina, stolicy NRD.

Powody jednak się zmieniały w zależności od tego, ile kobieta wypiła. Czasem mówiła dziecku, że jako samotnie wychowująca matka musiała wyjechać z Berlina, bo nie mogła już sobie pozwolić na utrzymanie pracowni w mieście.

Według jednej z wersji po porodzie miasto przestało do niej przemawiać, z