Skradzione życie - Magdalena Wala - ebook
BESTSELLER

Skradzione życie ebook

Magdalena Wala

4,2

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Mysłowice, lato 1939 roku. Ewa Abramowicz jako posłuszna córka przygotowuje się do zaaranżowanego przez rodziców ślubu. Dziewczyna ma wątpliwości, czy związek z Davidem będzie udany. Tak wiele różni Ewę od narzeczonego, a do tego małżeństwo z ortodoksyjnym Żydem pozbawi ją resztek swobody.

Tymczasem nadchodzi wrzesień i wybucha wojna. Kilka dni przed planowanym ślubem rodzina Abramowiczów decyduje się uciec do Przemyśla. Ewa musi stawić czoła okrucieństwom wojny i przekonuje się, czym jest bezsilność i prawdziwe zniewolenie. Uświadamia sobie, że dla niej – jako Żydówki – nie ma miejsca w świecie ogarniętym szaleństwem. W wyniku splotu nieszczęśliwych okoliczności podejmuje decyzję, która odmieni jej życie na zawsze…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Polska w przededniu II wojny światowej. Ewa Abramowicz doskonale zdaje sobie sprawę, że ulegając woli rodziców i wychodząc za mężczyznę, którego jej wybrali, pozbawiona zostanie wielu swobód, bowiem David jest ortodoksyjnym Żydem. Gdy na kilka dni przed ślubem wybucha wojna, dziewczyna dopiero wtedy przekona się, co oznacza prawdziwe zniewolenie i bezsilność. Bieg wydarzeń sprawi, że przyjdzie jej podjąć decyzję, która zaważy na całym jej życiu... Jestem ze Śląska, więc na wieść o miejscach wydarzeń, jakimi są Mysłowice czy Sosnowiec, rozbłysły mi oczy. To bardzo przyjemne czytać o miejscach, które są nam znane. To ciepła i niezwykle poruszająca powieść obyczajowa napisana bardzo przyjemnym językiem. Autorka zadała sobie wiele trudu, by w pełni przedstawić sytuację Żydów na ziemiach polskich przed i podczas wojny. Przybliża nam również ich kulturę i zwyczaje, posługując się dużą ilością do tej pory nieznanych mi pojęć. Polubiłam główną bohaterkę, początkowo współczułam jej wewnę...
00

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładki ANNA SLOTORSZ/ARTNOVO.PLn
Fotografie na okładce© Krakenimages.com/Adobe Stock; © kuco/Adobe Stock; © Tarzhanova/Adobe Stock © Uladzimir Sarokin/Adobe Stock; © imagosrb/Adobe Stock
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK
KorektaJOANNA RODKIEWICZ
SkładLOREM IPSUM - RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Magdalena Wala, Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
Motto zaczerpnięto z Dzienników Zofii Nałkowskiej, wstęp, opracowanie i przypisy Hanna Kirchner, Czytelnik, 1996. Cytaty z Biblii podano za Biblią Tysiąclecia, Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie z języków oryginalnych, wyd. V, oprac. zespół biblistów polskich z inicjatywy benedyktynów tynieckich, Wydawnictwo Pallottinum, 2008.
ISBN 978-83-245-8475-8
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Ludzie ludziom gotują ten los.

Zofia Nałkowska, Dzienniki, tom 5

POSŁUSZNAŻYDÓWKA

ROZDZIAŁ 1

czerwiec–sierpień 1939 roku

Był taki piękny...

Ewa czubkiem palca przesuwała po szlifowanym wisiorku z jaspisem, urodzinowym prezencie od przyjaciółek. Pod opuszką wyczuwała gładkość i chłód kamienia. Nie mogła się też napatrzyć na wzór utworzony przez odrobinę jaśniejsze pasma, których przedłużeniem stawały się drobne fale wymodelowane na metalowej oprawie. Przyjaciółki w napięciu obserwowały reakcję obdarowanej, wymieniając niespokojne spojrzenia. Miały nadzieję, że Ewa się nie obrazi, ale naprawdę nie było ich stać na nic droższego. Wisiorek z zielonym jaspisem udało im się kupić po okazyjnej cenie, ponieważ na dole kamienia widniała wyraźna rysa. Kiedy na twarzy dziewczyny pojawiło się wzruszenie, a potem zachwyt, odetchnęły z ulgą.

– Naprawdę nie musiałyście...

Siedząca tuż obok na ławce Hilda pokręciła głową. Odgarnęła z szyi ciemne, prawie czarne włosy przyjaciółki i sprawnie połączyła zapięcie wykonanego z tombaku łańcuszka, który wraz z wisiorkiem opadł na brązową sukienkę Ewy. Dziewczyna jeszcze raz podniosła go do oczu i kolejno obdarzyła przyjaciółki uśmiechem.

– Nie wiem, czy dajecie sobie prezenty, ale przecież mieszkamy na Śląsku. W naszej tradycji urodziny są bardzo ważne. – Agnes uśmiechnęła się do niej. W jej brązowych, o kilka tonów ciemniejszych niż Ewy oczach zamigotały wesołe iskierki. Młoda Ślązaczka była nie tylko sąsiadką Ewy, ale i najbliższą jej – po rodzicach – osobą.

– W naszej również, a dla kobiety zwłaszcza pamiętne są dwunaste i jej bat micwa[1]. Wtedy symbolicznie stajemy się dorosłe. Byłam bardzo przejęta, kiedy w synagodze pozwolono mi w pierwszy szabat po urodzinach przeczytać fragment Tory. – Ewa przypomniała sobie, jak długo ćwiczyła, aby jej czytanie wyszło idealnie. Właściwie znała tekst na pamięć i mogła wyrecytować nawet o północy z zamkniętymi oczami. – Urządzamy też skromne przyjęcia...

Urwała. Prosiła rodziców, aby na jej urodzinowe przyjęcie poza najbliższymi znajomymi rodziny z gminy żydowskiej pozwolili zaprosić również przyjaciółki, ale nie wyrazili zgody. A ona, jak porządna żydowska córka, jak zwykle im się podporządkowała. Rodzice, chociaż należeli do odłamu judaizmu reformowanego, nie życzyli sobie, by ich krytykowano za zacieśnianie więzów z gojami. Już i tak niektórzy bardziej ortodoksyjni współwyznawcy spoglądali krzywo na rodzinę Abramowiczów, ponieważ w ich kamienicy nie mieszkała żadna inna żydowska rodzina. Jednak mimo ponawianych co jakiś czas propozycji ojciec nie zdecydował się zmienić mieszkania. Muszę zadbać o moją rodzinę, mawiał. Oczywiście nikt nie miał mu za złe tej decyzji, wystarczyło, że przypomniał, skąd Abramowicze przybyli do Mysłowic. Jednak Ewa i tak żałowała, że nie zgodzili się, by zaprosiła choćby Agnes. Nowarowie na pewno słyszeli odgłosy dobiegające z góry i zdawali sobie sprawę z obchodzonych u sąsiadów uroczystości. Zawstydzona, nie potrafiła później spojrzeć przyjaciółkom w oczy, ale one chyba się tym wszystkim nie przejmowały.

Każda z nich wywodziła się z rodziny o innym pochodzeniu i religii, ale to właśnie wielokulturowość Śląska była tym, co na ten teren przyciągnęło Abramowiczów. W swoich domach posługiwały się różnymi językami, ale w codziennych kontaktach żadnej nie przeszkadzał niemiecki akcent Hildy, szeleszcząca polska wymowa Trudki i gwara używana przez Nesię. Ewa dzięki tym kontaktom znała nie tylko jidysz. Ponieważ szybko przyswajała sobie wymowę i słownictwo, płynnie porozumiewała się po polsku i niemiecku. Czasami nawet prosiła przyjaciółki, żeby mówiły do niej w swych rodzimych językach.

– Wszyscy wiemy, że starozakonni raczej się separują. Dopóki rodzice pozwalają ci bywać u nas, wszystko jest w porządku – przekonywała ją Truda, ostatnia z kwartetu przyjaciółek.

Ewa zawsze w takich momentach pochmurniała. Ojciec od jakiegoś czasu nadmieniał, że jest już dość dorosła, aby poszukać sobie męża. Mimo że Jakub Abramowicz prowadził krytykowany w ich gminie styl życia, starając się jak najbardziej dostosować do śląskich sąsiadów, a nawet do pewnego stopnia zasymilować, przyszły mąż jedynej córki musiał przynajmniej z pochodzenia być Żydem. Rodzice mogli tolerować jej chrześcijańskie przyjaciółki, ale wyjść za mąż musiała za jednego ze swoich. A małżonek może znacznie ukrócić jej swobodę, a nawet zakazać kontaktów z koleżankami. Jako mężatka będzie miała zdecydowanie więcej obowiązków. Wiedziała też, że całkiem niedawno wpadła w oko Davidowi Rosenbaumowi, a ojciec uważał go za bardzo dobrego kandydata na jej męża. Czarnooki, smagły David bez wątpienia miał wiele zalet, ale... pochodził z rodziny chasydów[2].

Jednak w słoneczne czerwcowe popołudnie postanowiła się tym nie przejmować, tylko podporządkować wszystkiemu, co przygotował dla niej Bóg. On w końcu wie najlepiej.

Wstała i kolejno przytuliła przyjaciółki, bez słów dziękując za niespodziankę. Miała przy sobie kilka złotych, więc w drodze na rynek zabierze je przynajmniej na lody. Resztę, zamiast wydać na drobne przyjemności, przeznaczy na wsparcie dla ubogich w gminie. Niech będzie jej to policzone za urodzinowy dobry uczynek.

Za godzinę u wylotu Pszczyńskiej miały się spotkać z Józkiem i Richatem, narzeczonymi przyjaciółek, którzy niedawno wrócili do Mysłowic po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej. Obaj starali się spędzać jak najwięcej czasu ze swoimi ukochanymi i Ewa wcale się nie gniewała, że będzie musiała dzisiaj wcześniej pożegnać się z Agnes i Trudą. Jeśli faktycznie wybuchnie wojna, na pewno zostaną wysłani na front.

Wojna... Ewa zmarszczyła brwi. Właśnie skończyła siedemnaście lat i w urodzinowy poranek przeczytała psalm siedemnasty. Natrafiła na błaganie o wyzwolenie od wrogów.

„Strzeż mnie jak źrenicy oka;

w cieniu Twych skrzydeł mnie ukryj,

przed występnymi, co gwałt mi zadają,

przed śmiertelnymi wrogami,

co otaczają mnie zewsząd”[3].

Czy Bóg do niej przemówił słowami psalmu? Czy ostrzegał przed niepomyślnymi czasami? Nie wiedziała. Mogła jedynie żywić nadzieję, że Pan ich ochroni i ostatecznie nie dojdzie do wojny. Chociaż przez całe swoje życie cieszyła się pokojem, obserwowała pełne obawy reakcje rodziców na samo wspomnienie o narastającym konflikcie z Niemcami. Powagę ojca, ale przede wszystkim zachowanie matki.

Za każdym razem, kiedy w radiu padało to słowo, Iska Abramowicz bladła, a jej mocne ręce zaczynały drżeć. W takich chwilach pogrążała się w ponurych myślach i przestawała być opoką rodziny. Ewa nawet nie chciała się domyślać, co jako młoda dziewczyna przeżyła podczas poprzedniej wojny. Jakie wydarzenia spowodowały, że wraz z ojcem zdecydowali się przenieść setki kilometrów na zachód? Wiedziała jedno. Tylko Iska ocalała z licznej rodziny Semmelmanów.

A teraz wydawało się, że czeka ich następny poważny konflikt spowodowany przez niemieckich sąsiadów.

Owszem, spikerzy zapewniali, że polska armia jest świetnie przygotowana do działań wojennych, a Józek, narzeczony Nesi, opowiadał, jak to w Warszawie oglądał pokazy lotnicze. Polska ma świetnych pilotów, więc Hitler niech lepiej trzy razy się zastanowi, nim zaatakuje ich kraj. A mieszkali tak blisko granicy z Niemcami. Szwabami, przed którymi rodzina Ewy czuła tak ogromny lęk. Jednak wszystko było lepsze niż kozacki motłoch, mawiała matka. Zresztą jedną z najbliższych przyjaciółek Ewy była właśnie Hilda, z pochodzenia Niemka. Rodzina Schwarzów nie podzielała antysemickich poglądów swoich pobratymców, więc na pewno nie wszyscy Niemcy nienawidzą Żydów. Jednak i tak rzadko decydowała się odwiedzić Hildę w domu, mimo że mieszkała zaledwie dwie kamienice dalej.

Ocknęła się z zamyślenia i przez chwilę słuchała, o czym rozmawiają przyjaciółki. Hilda właśnie podawała Agnes przepis na tani krem do rąk. Ojciec Nesi od dawna był bezrobotny i dziewczyna wraz z matką utrzymywały rodzinę, piorąc dla ludzi. Przyjaciółka nie miała pieniędzy na zbytki, a starała się chronić przesuszoną skórę na dłoniach. Ewa poczuła wyrzuty sumienia, że naraziła Agnes na niepotrzebny wydatek. Truda, a zwłaszcza Hilda, pochodziły z lepiej sytuowanych rodzin, ale Nesia mocno musiała odczuć kupno prezentu.

Na dodatek Ewa nie mogła publicznie pokazać wisiorka, więc szybkim ruchem schowała łańcuszek za płótnem sukienki, czując wyrzuty sumienia. Właśnie wychodziły z parku na pełną przechodniów ulicę i lada chwila mogła spotkać kogoś znajomego. Wtedy rodzice będą musieli wysłuchiwać, że ich córka nie nosi się dość skromnie i na dodatek zadaje z gojami. Nie tak dawno słyszała, jak stary Rosenbaum przekonywał, że należałoby uciąć wszelkie relacje z chrześcijańskimi sąsiadami. Dla chasydów goje stanowili jedynie źródło zarobku.

W lodziarni usiadły przy małym stoliczku, każda z talerzykiem z kawałkiem śmietankowego przysmaku odciętym przez lodziarza z długiego bloku. Ewa zapłaciła, po czym dołączyła do towarzyszek.

– Józek najbardziej przeżywa służbę w stajniach – usłyszała rozbawiony głos Nesi. – Na szczęście jako rusznikarz nie będzie miał wiele do czynienia z końmi.

Ewa się uśmiechnęła. Nieraz słyszała pełną grozy opowieść Józka Stenna o jego pierwszej służbie w stajni. To tam przy tabliczkach z imionami zwierząt zobaczył dodatkowe informacje typu: „gryzie”. Albo: „kopie”. Najczęściej jednak pojawiał się napis: „gryzie i kopie”. W kawalerii był odpowiedzialny za oporządzanie zwierząt, a czystość koni sprawdzali oficerowie, przesuwając po ich grzbietach dłonią w białych rękawiczkach. I niechby po inspekcji znaleźli na nich choć jedną brudną plamkę...

– O czym rozmawiacie? – zainteresowała się.

– Józek dostał skierowanie do fabryki w Radomiu. – Nesia spochmurniała. – Tak czy inaczej czeka nas rozstanie. Chyba jednak wolę takie...

Ewa wcale jej się nie dziwiła. Jeśli wojna potrwa nawet miesiąc czy dwa, podczas walk wszystko może się wydarzyć. W fabrykach również robotnicy ulegali wypadkom, ale prawdopodobieństwo śmierci było stosunkowo niskie. Poza tym w Mysłowicach mieszkała cała rodzina Józka, więc będzie wracał.

Truda ze współczuciem chwyciła Agnes za rękę. Jej Richat na razie nigdzie się nie wybierał.

– Boisz się, że nie wróci do ciebie... – powiedziała cicho Ewa.

Nesia skinęła głową.

– Wrócić wróci. Tylko czy do mnie? To pytanie najbardziej mnie dręczy.

– Zawsze możesz wziąć ślub i wyjechać razem z nim. – Ewa uśmiechnęła się, kiedy usłyszała radę Hildy. Z nich wszystkich była najbardziej praktyczna. Jeśli Józek dostał pracę w Radomiu, Agnes przecież mogła podążyć za nim. Kobiety zazwyczaj tak robiły. – Chociaż strasznie by mi ciebie brakowało...

– Miałabym wyjechać z Mysłowic? – zdziwiła się Nesia. – A co ja bym robiła poza Śląskiem?

No tak. Agnes nie wyobrażała sobie wyjazdu, opuszczenia wszystkiego, co znane. Narodowi Ewy taka tułaczka nie była obca. Przecież nie mieli własnego państwa, więc przenosili się tam, gdzie mogli spokojnie żyć. W ostatnich latach najczęściej wyjeżdżali do Palestyny. W Polsce co prawda nie zabijano Żydów, a manifestacje narodowców jakby odrobinę ucichły, ale i tak ich sytuacja była trudna. Władze przez palce patrzyły na akty wandalizmu, niszczenie mienia czy pobicia. Na uniwersytetach nadal wyznaczano żydowskim studentom najgorsze miejsca w salach wykładowych, i to oczywiście pod warunkiem, że jakoś zdołali się na uczelnię dostać. W tych okolicznościach wielu jej ziomków zdecydowało się wybrać emigrację zamiast codziennego mierzenia się z wrogością. Najlepszy przykład takiego postępowania miała w najbliższej rodzinie. Jej rodzice przecież też opuścili swoje strony...

– Normalnie żyła – powiedziała cicho Ewa. – Być może będziesz musiała podjąć decyzję, co jest dla ciebie ważniejsze. Miejsce czy... ludzie?

 – Oczywiście, że ludzie – obruszyła się Agnes. – Tu mieszka cała moja rodzina, a poza tym, gdzie indziej znalazłabym tak fantastyczne przyjaciółki? No i... chciałabym, aby Józek wybrał właśnie mnie... Mało to na Śląsku zakładów, w których mógłby pracować?

– O wilku mowa... – odezwała się Truda, spoglądając przez witrynę. – Idą nasi panowie.

Dziewczęta pospiesznie opuściły lodziarnię i ruszyły w stronę wylotu Pszczyńskiej. Agnes i Truda zaczęły machać do swoich narzeczonych, starając się przyciągnąć ich uwagę. Chwilę potem, przekomarzając się, ruszyli w stronę łąk nad Przemszą, skąd dobiegała muzyka. Richat prezentował Trudzie swój najnowszy nabytek – aparat fotograficzny Super Nettel, który nareszcie kupił po ponad dwóch latach oszczędzania. Zamierzał go wypróbować podczas festynu. Truda była przerażona, kiedy dowiedziała się, ile to czarne cudo kosztowało. Blisko czterysta złotych![4]

– Chciałbym się kształcić w tym zawodzie. Fotografia to przyszłość! – oznajmił narzeczonej, po czym zaczął się rozwodzić na temat operowania światłem, kontrastów i technik fotograficznych.

– Richat sporo czyta – powiedział z uznaniem Józek.

– Zamierzasz na festynie fotografować jakieś obce baby? No ładnie... – Ewa usłyszała podniesiony głos Trudy.

– Zdjęcia portretowe – uściślił Richat. – I nie tylko kobiet, ale również mężczyzn i dzieci. Chociaż z tymi ostatnimi może być trudno, ponieważ są w ciągłym ruchu. Jestem ciekaw, co to cudo potrafi.

Ewa też była ciekawa. Nikt z jej znajomych nie miał takiego drogiego sprzętu. W jej rodzinie wydawano pieniądze wyłącznie na rzeczy praktyczne, a Richat nie mógł być pewien, czy aparat mu się kiedykolwiek zwróci. Z drugiej strony utrwalanie chwil na kliszy fotograficznej wydawało się jej fascynujące. To tak, jakby nie pozwolić, aby czas dla uwiecznionych osób ruszył dalej. Na zdjęciu już na zawsze pozostaną młodzi i szczęśliwi.

– To te portrety możesz zacząć od nas. O przyjaciółki nie będę zazdrosna, nawet jak będziesz się w nie godzinami wpatrywał.

Truda stanowczym ruchem przyciągnęła do siebie Ewę. Za chwilę dołączyły do nich Hilda i Agnes.

Richat wzruszył ramionami i wskazał miejsce, gdzie mają stanąć. Następnie wyjaśnił, w jaki sposób powinny się ustawić, aby zdjęcie było udane. Ewa ledwo stłumiła uśmiech, widząc, z jaką powagą młody mężczyzna podchodzi do swego zadania. Kilkakrotnie patrzył przez wizjer, przesuwał się wraz z aparatem trochę do tyłu i w bok, i... wtedy usłyszały głos Józka.

– To sprawdźmy, jaki z ciebie artysta fotografik, chłopie! – mruknął, po czym zaśpiewał głośno: – Już nie mogę dłużej kryć, co we mnie płonie...[5]

Dziewczyny przestały skupiać się na obiektywie i przeniosły wzrok na skrzeczącego śpiewaka. Józek gapił się na Nesię i z przesadną gestykulacją wyśpiewywał kolejne wersy przeboju Żabczyńskiego:

– Jak mi tętnią skronie, jak się serce rwie...

Widać było, że przyjaciółki usiłują zachować powagę, ale ich wargi drżały. Pierwsza śmiechem zaniosła się Hilda. To, co podczas sam na sam byłoby romantyczne, w wykonaniu Józka stało się występem kabaretowym. Zwłaszcza że normalnie młody Stenn nie skrzeczał, nie wył i głos miał całkiem przyjemny.

– Józek... – powiedział z niezadowoleniem Richat, co tylko pogorszyło sprawę, bo dziewczęta, widząc skrzywioną minę fotografa, zaczęły otwarcie chichotać.

Zauważywszy, że jego błazeństwa działają, Józek zmienił repertuar.

– Kochane baby, ach, te baaaby! – zawył radośnie i po kolei wskazał cztery śmiejące się w głos przyjaciółki. – Człek by je łyżkami jadł. Tęgi chłop, co swą ręką łamie sztaby, względem baby jak to dziecko całkiem słaby... ach, te baby...[6]

Tego występu nie zdzierżył sam fotograf, któremu zaczęły drżeć dłonie. Kiedy Józek pokazywał, jak usiłuje przełamać wyimaginowaną sztabę, dziewczęta śmiały się tak, że Ewie prawie poleciały z oczu łzy.

I wtedy Richat nareszcie zebrał się w sobie, odczekał, i kiedy Józek na chwilę umilkł, dał się słyszeć odgłos zwalnianej migawki.

ROZDZIAŁ 2

Ewa wspinała się na drugie piętro po skrzypiących schodach, starając się nie myśleć o tym, jak w jej dłonie boleśnie wpijają się siatki z zakupami. Zmordowana wracała z Modrzejowa, od żydowskiego handlarza, w którego sklepiku nabywali koszerne mięso. Musiało nie tylko pochodzić od zwierząt parzystokopytnych i przeżuwających, ale również w odpowiedni sposób zabitych przez szojcheta[7]. W gminie reformowanej, do której należała ich rodzina, wiele zwyczajów nie było tak ściśle przestrzeganych jak u chasydów, ale w domu Abramowiczów nie dotyczyło to kuchni. Podobnie jak w swoim rodzinnym Płoskirowie Iska miała dwa komplety naczyń, dwie miednice do mycia, a potrawy z mięsa i produktów mlecznych przygotowywała po różnych stronach stołu. Ewa śpieszyła się, ponieważ tego popołudnia matka zamierzała gotować słodki cymes z młodej marchwi z dodatkiem mięsa z kurcząt. W piątek zawsze było sporo pracy przy sprzątaniu i gotowaniu, tak by następnego dnia odpowiednio przeżywać święty dzień.

Przed szabatem i następującą po nim niedzielą zawsze robiły większe zakupy, zwłaszcza od kiedy weszły w życie przepisy zakazujące handlu w niedzielę. Wprowadzone prawo godziło przede wszystkim w Żydów, którzy swoje sklepy zamykali już w piątkowy wieczór, aby otworzyć je dopiero w poniedziałek. Ewa mogła się założyć, że właśnie taki zamysł miał ustawodawca. Dyskryminacja w białych rękawiczkach.

Położyła siatki na stole i szybko zaczęła je rozpakowywać. Znaczną część piątkowych zakupów wyniosła do piwnicy. Otwierając masywną kłódkę zawieszoną na metalowym skoblu drewnianych drzwi, z zadowoleniem stwierdziła, że wewnątrz, pomimo panujących od tygodni upałów, nadal utrzymywał się chłód. Mięso włożyła do zamykanej na kłódkę, umieszczonej w ziemi niewielkiej drewnianej skrzyni. Ojciec obił ją od środka stalową blachą, a w gorące dni wkładały do niej kupowany co jakiś czas lód. Przyniesione jarzyny umieściła w skrzynce z piaskiem, aby jak najdłużej zachowały świeżość.

Potem w kuchni zabrała się za obieranie i krojenie marchewki, prawie nie zwracając uwagi na ostrożne słowa matki.

– Podczas twojej nieobecności przyszedł David...

Ewie lekko zadrżała ręka, ale nadal szatkowała marchew. Wiedziała, co za chwilę usłyszy. David nie pojawiałby się w domu Abramowiczów tak często, gdyby nie miał poważnych zamiarów. A rodzice Ewy byli przychylni jego kandydaturze. Ostatecznie ich córka już skończyła siedemnaście lat i teraz groziło jej staropanieństwo.

– Jesteś już od dawna dorosła, a my nawet nie marzyliśmy, że zwróci na ciebie uwagę ktoś taki.

Ktoś taki, czyli wywodzący się z naprawdę bogatej żydowskiej rodziny. Stary Rosenbaum, ojciec Davida, był właścicielem warsztatu zegarmistrzowskiego w sporej kamienicy położonej w centrum Sosnowca, dlatego zaliczano go do balebosów[8]. Ewie nie mieściło się w głowie, jak ktoś tak bogaty, ustosunkowany w kehili[9], mógł zgodzić się na małżeństwo jedynego syna z dziewczyną pochodzącą z rodziny bale goles[10]. A jednak David najwyraźniej jakoś przekonał ojca.

Skrobała kolejne marchewki, starając się, aby obierki były cieniuteńkie, jednak myślami była w warsztacie zegarmistrza, ubiegłej jesieni, tuż po święcie Chanuki[11]. Ojcu zepsuł się kieszonkowy zegarek, więc udała się do Rosenbauma. W środku przyjemnie pachniało starym drewnem, olejami i czymś niesprecyzowanym, czego do dziś nie potrafiła zidentyfikować. Na pokrytych drewnianą boazerią ścianach wisiały zegary, wskazówki wszystkich pokazywały tę samą godzinę, a w niewielkim pomieszczeniu rozbrzmiewało zwielokrotnione tykanie. Odgłos dziesiątków mechanizmów przy każdej wizycie w warsztacie przypomniał jej o nieubłaganym upływie czasu. Za ladą stał odrobinę wyższy od niej czarnowłosy mężczyzna z zaczątkami brody. David. Była zaskoczona, widząc go zamiast pani Rosenbaum, która zazwyczaj obsługiwała klientów.

Poważny młodzieniec wysłuchał, z czym przyszła, następnie obiecał, że czeladnik bezzwłocznie zajmie się naprawą. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że młody mężczyzna był jedynym synem bogatego chasyda. Uznała go za jeszcze jednego najemnego pracownika, który u zegarmistrza w pocie czoła zarabiał na kilkadziesiąt złotych pensji.

Kiedy przyszła po zegarek, spotkała go ponownie i wtedy zaprosił ją na przechadzkę. Nie miała za dużo czasu i początkowo odmówiła, ale okazał się uparty.

– Pozwól w takim razie odprowadzić się do domu. Mogę posłużyć jako tragarz – zaproponował, widząc wypełnione siatki.

Wątpiła, żeby chlebodawca pozwolił mu tak wcześnie opuścić miejsce pracy, ale pokusa okazała się nie do odparcia. Mając w perspektywie kilkukilometrowy marsz ze znacznym obciążeniem, przyjęłaby każdą pomoc. Skinęła zatem głową, a on zajrzał na chwilę za kotarę, zamienił z kimś dwa słowa, po czym wyszedł w długim czarnym płaszczu i z kapeluszem na głowie. Zgrabnie przejął od niej dwie siatki, nawet przez chwilę jej nie dotykając, i odprowadził pod same drzwi kamienicy. Nie pamiętała już, o czym rozmawiali po drodze. Zdziwiona sytuacją odpowiadała półsłówkami i nie bardzo wsłuchiwała się w jego słowa. Kiedy więc, żegnając się z nią przy familoku, w którym mieszkała, spytał, czy będzie mógł ponownie ją zobaczyć, automatycznie skinęła głową.

Dopiero w sobotę, po wyjściu z synagogi, od jednej z koleżanek dowiedziała się, kogo potraktowała jak darmowego bagażowego.

– Gdzieś ty spotkała Davida Rosenbauma, szczęściaro? – zawołała Estera, wzbudzając natychmiast zainteresowanie rodziców Ewy.

Ewa słyszała co nieco o Davidzie, absolwencie jednej z najsłynniejszych jesziw[12], który w wieku niespełna dziesięciu lat uznany został za masmida[13]. Pochodzącemu z bogatej chasydzkiej rodziny mężczyźnie wróżono rabinacką karierę. Nic dziwnego, że stary Rosenbaum puszył się niczym paw i chełpił synem.

– Nigdzie – odparła z pozornym spokojem dziewczyna, zerkając przy tym na ojca. – Nasłuchałaś się plotek.

Wypielęgnowane brwi matki powędrowały do góry.

– Czyżby? Ładnie tak kłamać? Sama cię we wtorek z nim widziałam, ale skoro chcesz swego zalotnika utrzymać w tajemnicy... – rzuciła Estera i odeszła obrażona.

– On nie jest... – zaczęła, ale dziewczyna już się oddaliła. Za to podeszła do niej matka i szeptem zażądała wyjaśnień.

Wtedy dopiero zorientowała się, kim był poznany u zegarmistrza mężczyzna. A David nie dał o sobie zapomnieć. Został przedstawiony jej ojcu, zyskał zaproszenie do ich mieszkania i za zgodą rodziców zabierał ją na krótkie spacery. Dziwiła się jego uporowi i zachowaniu tak nietypowemu dla ortodoksyjnego Żyda. Wprawdzie przez miesiące znajomości nie dotknął jej nawet palcem, ponieważ nie wiedział, kiedy była nieczysta, ale z drugiej strony do takiego jak on bardziej pasowało poszukiwanie narzeczonej z pomocą szadchana[14], a nie zachowania, które czasami obserwowała u narzeczonych przyjaciółek. Według wyobrażeń Ewy David, którego zdążyła poznać jako mężczyznę bezkrytycznie oddanego tradycji, twarz żony powinien po raz pierwszy ujrzeć pod chupą[15], kiedy po przysiędze uniesie jej welon. Tymczasem jego postępowanie wydało jej się takie... zwyczajne.

Początkowo trochę żałowała, że jest taki sztywny i poprawny, ponieważ bardzo jej się podobał. Swój stan podczas tych pierwszych spotkań mogła określić jako silne zauroczenie. Potrafiła słuchać jego wywodów godzinami, nie skupiając się za bardzo na znaczeniu jego słów, bardziej na tym, w jaki sposób mówił. Fascynowały ją jego entuzjazm i pełna ekspresji twarz, kiedy tak przemawiał. Gdy przestała się koncentrować wyłącznie na jego wyglądzie i tembrze głosu, nareszcie dotarło do niej znaczenie jego monologów. Im lepiej go poznawała, tym bardziej niepokoiły ją jego poglądy, zwłaszcza te dotyczące roli kobiet i mężczyzn. Z upływem czasu poczuła, że nie jest gotowa związać się z chasydem i poddać wszystkim restrykcjom, które w jego rodzinie prawdopodobnie zostaną jej narzucone. Jej rodzicom częściowo udało się wyzwolić z ograniczeń ich religii, David natomiast konsekwentnie przestrzegał halachy[16].

– Moja żona nie będzie... – tak zazwyczaj zaczynał swoją przemowę, kiedy dostrzegał w niej coś, co budziło jego niezadowolenie.

Ostatnio odniosła wrażenie, że jedynie siłą woli powstrzymał się od krzyku, kiedy zauważył u niej tomik wierszy Chaima Bialika[17].

– To co mam czytać? Mogę polskich autorów – zaproponowała, widząc, jak się krzywi.

David gorliwie studiował Torę i Talmud. I właściwie przez całe dnie nie robił nic innego. Według Ewy nic naprawdę pożytecznego. Nie czytał świeckich gazet, książek. Nawet słuchanie radia uważał za grzeszne. Kiedy tak z nim spacerowała po parku, zawsze odsunięta na przyzwoitą odległość, i obserwowała inne pary, czuła zazdrość. Jeśli wyjdzie za Davida, jej życie stanie się pasmem wyrzeczeń i obowiązków. Codziennych rytuałów, w których wypełnianiu już zaczął ją szkolić.

– Dlaczego się ze mną spotykasz, skoro jestem tak niedoskonała? – spytała go w ubiegłym tygodniu, kiedy skończył ją łagodnie strofować.

Przez dłuższą chwilę patrzył na nią w milczeniu. Tym razem nie zamierzała ustąpić. Musiała poznać odpowiedź.

– Bardzo mi się podobasz, a ja przez ostatnie lata zapracowałem sobie na piękną żonę – wyznał w końcu. – A poza tym sądzę, że szybko staniesz się świetną towarzyszką życia, prawdziwą podporą dla bogobojnego mężczyzny. Wiem, że moje zachowanie jest nietypowe, ale kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłem, poczułem... coś. To kazało poznać mi cię bliżej. Później doszedłem do wniosku, że jesteś naprawdę inteligentna i szybko się dostosujesz do naszego stylu życia. Zresztą żadna z dziewcząt, które mógłbym wziąć pod uwagę jako kandydatkę na żonę, nie ma twojego uroku. I podobnie jak ty wszystkie odebrały świeckie wykształcenie. Uważam to za błąd. Nawet jeśli dziewczynki nie mogą uczyć się w chederach[18], są przecież prywatne szkoły, a dla naszych celów w przyszłości najlepsze będą Bejs Jankew[19].

Jego pierwsze słowa były najbliższe wyznania uczucia, o którym marzyła, ale miłe wrażenie szybko minęło, kiedy skończył mówić. Całość brzmiała tak... wyrachowanie. Ręce jej opadły, kiedy usłyszała o zaplanowanej dla siebie przyszłości. Nie było w niej miejsca na żadną spontaniczność. Ich przyszłe potomstwo zostanie konserwatywnie wychowane i całkowicie odcięte od pokus świeckiego życia. Nie będzie mogła polegać na mężu w codziennych sprawach dotyczących domu. Inaczej niż w małżeństwie jej rodziców, rola Ewy ograniczy się do usuwania wszystkich trosk ze ścieżki Davida, aby mógł bez przeszkód oddać się studiom.

Nie o takiej przyszłości marzyła.

Nie po to od takiej przeszłości uciekła jej matka.

– Dlaczego ja? – upierała się. – Mogłeś przecież mieć każdą pannę, nawet córkę rabina. Odpowiednio wykształconą i od dzieciństwa przyzwyczajoną do tradycji.

– Mogłem być z córką rabina, mogę i z jego wnuczką, prawda? – oznajmił, patrząc na nią poważnie.

Szach i mat. W ten sposób skończył rozpoczętą dyskusję. Pomimo że Abramowicze niechętnie wspominali przeszłość, skądś dowiedział się o rodzinie, z której pochodziła jej matka. I pewnie to w oczach starego Rosenbauma stanowiło jej niezaprzeczalny atut. Nie majątek, do którego może dojść prawie każdy, ale właśnie rabiniczne pochodzenie dziedziczone po matce. Rozżalona pomyślała, że asymilacja jej rodzinie wcale nie była potrzebna, skoro teraz rodzice dążą do jej związku z chasydem. Od czasu opuszczenia Płoskirowa upłynęło wystarczająco dużo lat, by Iska Abramowicz nareszcie wśród swoich poczuła się bezpieczna. I tylko córce Jakub wyrządzi tą decyzją krzywdę, najpierw pokazując, jak można swobodnie żyć, aby za chwilę związać jej ręce.

Skończyła siekać marchew i wrzuciła ją do miseczki.

– Myślę, że następnym razem przyjdzie z szadchanem – odezwała się ponownie Iska. – I kontraktem.

Ewa nie powiedziała nic. Bo po co? I tak wszystko już zostało postanowione. Musiała pogodzić się z myślą o zbliżającym się małżeństwie. O pożegnaniu z przyjaciółkami, których po ślubie pewnie już nie zobaczy.

O końcu wolności.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Bat micwa – w judaizmie uroczystość religijna związana z wejściem dziewczyny w dorosłość. Obchodzona w 12.–13. roku życia.
[2] Chasydzi – ortodoksyjni Żydzi.
[3] Psalm 17, Księga Psalmów.
[4] Miesięczny zarobek robotnika w omawianym okresie wynosił 100 złotych.
[5] „Już nie mogę dłużej kryć” – piosenka z filmu „Pani minister tańczy” wykonywana przez Aleksandra Żabczyńskiego i Tolę Mankiewiczównę, słowa Jerzy Jurandot, muzyka Henryk Wars.
[6] „Ach, te baby” – piosenka z filmu „Zabawka” wykonywana przez Eugeniusza Bodo, słowa Jerzy Nel, muzyka Roman Palester.
[7] Szojchet – rzezak. Osoba odpowiedzialna za rytualny ubój zwierząt.
[8] Balebos – właściciel interesu.
[9] Kehila – gmina żydowska.
[10] Bale goles – ludzie bez zawodu.
[11] Chanuka – żydowskie święto obchodzone na pamiątkę wydarzenia ze 164 roku p.n.e., kiedy to powstańcy Judy Machabeusza zwyciężyli Syryjczyków i oczyścili świątynię jerozolimską sprofanowaną przez Antiocha IV. Według tradycji znaleziono jedno naczynie z oliwą wystarczającą na dzień oświetlenia świątyni, jednak światła płonęły osiem dni.
[12] Jesziwa – wyższa szkoła talmudyczna.
[13] Masmid – szczególnie uzdolniony uczeń studiujący Torę.
[14] Szadchan – swat.
[15] Chupa – baldachim, pod którym odbywa się ceremonia zaślubin.
[16] Halacha – prawo regulujące życie Żydów.
[17] Chaim Nachman Bialik – hebrajski poeta.
[18] Cheder – szkoła religijna dla chłopców.
[19] Bejs Jankew – żydowskie ortodoksyjne szkoły dla dziewcząt.