Skąd się biorą Holendrzy - Ben Coates - ebook + książka

Skąd się biorą Holendrzy ebook

Ben Coates

3,5
40,03 zł

lub
Opis

Nieoczywisty przewodnik po kraju tulipanów.

Oto Holandia. Kraj, który wszystko zawdzięcza sam sobie. Począwszy od ukształtowania terenu – o każdy metr suchego gruntu toczy się tu walka z wszechobecną wodą – a skończywszy na wysokim wzroście mieszkańców, związanym z ich wielką miłością do nabiału.

To właśnie ten kraj stał się dla Brytyjczyka Bena Coatesa nową, przybraną ojczyzną. Chcąc poznać ją lepiej, wyrusza w podróż w dwóch wymiarach, zarówno geograficznym, jak i historycznym. Odwiedza tętniące życiem doki, monumentalne tamy i malownicze miasteczka, odkrywając źródła holenderskich zwyczajów i tradycji. Dowiaduje się, dlaczego domy publiczne w Amsterdamie są zamykane, kto naprawdę zamordował Annę Frank i jak to się dzieje, że Holendrzy są bogatsi od niemal wszystkich pozostałych nacji, chociaż pracują dużo mniej. Z tego wszystkiego buduje jedyny w swoim rodzaju „podręcznik kulturowy”, niezbędny, abyśmy zrozumieli, skąd się wzięli Holendrzy.

Skąd się biorą Holendrzy to barwny, żywy i niepozbawiony angielskiego humoru opis przygody, jakiej doświadczył Brytyjczyk, który znalazł się w Holandii niemal przypadkiem. Aż chciałoby się przeczytać podobną książkę o Polsce i Polakach.
Marcin Wilk
www.wyliczanka.eu

W swojej książce Skąd się biorą Holendrzy autor z tą samą uwagą przygląda się najważniejszym wydarzeniom z historii kraju i mało znanym słabostkom jego mieszkańców. Ben Coates, wnikliwy obserwator, stworzył prawdziwą perełkę.
„Scotsman”, Books of the Year

Fascynująca. Książka Skąd się biorą Holendrzy, poprzedzona gruntownymi studiami i dobrze przemyślana, zabiera nas w wędrówkę, której marszruta nie ogranicza się do ulic czerwonych latarni i Anny Frank, lecz wiedzie do samego serca tego kraju. Ben Coates przechodzi płynnie od obserwacji ze swego życia codziennego do głębszych rozważań nad historią i folklorem.
Bookbag

Książka równie pociągająca jak jej temat i pełna fascynujących szczegółów. Coates, malując pełen ciepła i sympatii portret Holendrów, jest całkowicie przekonujący.
Bronwen Maddox, „Prospect”

Szczerze polecam tę książkę. Skąd się biorą Holendrzy dostarcza odpowiedzi na wszystkie pytania na temat Holandii, których nie miałem śmiałości zadać. Z prawdziwą przyjemnością zarywałem noce, żeby oddawać się lekturze, często przerywanej śmiechem, i radować się podróżą po najciekawszych zakątkach mojej przybranej ojczyzny.
„DutchNews”

Ben Coates – z pochodzenia Brytyjczyk, ale z wyboru Holender. Niegdyś autor mów politycznych, doradca i lobbysta. Obecnie pracownik międzynarodowej organizacji charytatywnej, mieszka wraz z żoną w Rotterdamie. Autor artykułów dla takich czasopism jak "Guardian", "The Huffington Post" i "Financial Times".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 474

Popularność




Seria: MUNDUS. Ludzie

Projekt okładki

Agnieszka Winciorek

Fotografia na okładce: Stocksy.com oraz Fotolia.com

Konsultacja merytoryczna

prof. zw. dr hab. Ryszard Żelichowski, Instytut Studiów Politycznych PAN

Tytuł oryginału: Why the Dutch Are Different. A Journey into the Hidden Heart of the Netherlands

Copyright © Ben Coates 2015

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2018 All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-4401-8

ISBN 978-83-8179-516-6 (e-book)

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663-23-80, 12 663-23-82, fax 12 663-23-83

Dystrybucja: tel. 12 631-01-97, tel./fax 12 631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.pl

Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Dla Kim, oczywiście

Spis treści

Przedmowa 9

Wstęp. Prawie Holender 13

1Woda, wszędzie woda

Wiatraki, zmiany klimatyczne i walkaz pływami morskimi 21

Rozłam religijny

Karnawały, katolicyi wojnaz Hiszpanią 67

3 Złoty wiek

Imperium, niewolnictwoi rozkwit Amsterdamu 115

4 Ogień i zgliszcza

Zniszczenie Holandii przez nazistów 159

5 Futbol totalny

Feyenoord, Ajaxi duma narodowa 203

6 Meczety nad Mozą

Imigracja, islami morderstwa 245

7 Wszystko dozwolone

Seks, narkotykii tradycja tolerancji 289

Epilog. Holandia we mnie 335

Wybrana bibliografia 345

Podziękowania 349

Przedmowa

Królowa abdykowała i był to pierwszy dzień panowania nowego króla. Amsterdam mienił się kolorami. Wąskimi, brukowanymi uliczkami przelewał się – jak szacowano – milionowy tłum świętujących wstąpienie na tron pierwszego króla Niderlandów od ponad stu lat. Koncentryczne kanały zostały zupełnie zablokowane przez nieduże łodzie, nierzadko zagrożone zatonięciem pod ciężarem dziesiątek ludzi, którzy pili i tańczyli na ich pokładach.

Był kwiecień 2013 roku. W stolicy Holandii doszło do wybuchu epidemii, jak mawiają miejscowi, oranjekoorts – „pomarańczowej gorączki”, łagodnej choroby, której najważniejszym objawem jest nieprzeparte pragnienie ubierania się od stóp do głów na jasnopomarańczowo. Wybór tego koloru stanowił hołd dla królewskiego domu orańskiego, którego nazwa pochodzi od francuskiego miasteczka Orange1, będącego niegdyś lennem jego członków. Pomarańczowe flagi powiewały w oknach wąskich kamienic nad kanałami, pomarańczowe chorągiewki łopotały w krętych zaułkach, a pomarańczowe baloniki zwisały z wdzięcznie wygiętych żelaznych słupów ulicznych latarni. Brukowane ulice usiane były porzuconymi pomarańczowymi perukami, czapeczkami i miniaturowymi flagami. Dzieci pomalowały sobie buzie pomarańczową farbą, a jakiś rozszczekany psiak paradował w pomarańczowym kapelusiku, peleryncei malutkim boa z piór. Mając na sobie pomarańczowy T-shirt ozdobiony napisem „KOCHAM HOLANDIĘ”, pomarańczowy cylinder i pomarańczowe okulary słoneczne, czułem, że mogłem się lepiej postarać.

Na placu Dam, w miejscu, gdzie niegdyś zbudowano tamę na rzece Amstel, od której miasto wzięło swoją nazwę, zgromadziło się około dwudziestu pięciu tysięcy osób pragnących zobaczyć, jak królowa Beatrycze przekazuje rodzinny biznes swojemu synowi, nowemu królowi Wilhelmowi Aleksandrowi. Fasadę zamykającego plac z jednej strony sześciokondygnacyjnego pałacu królewskiego zdobiły trójkolorowe flagi Holandii, a złoconą balustradę balkonu na pierwszym piętrze girlandy pomarańczowych kwiatów. Przed pałacem zebrał się olbrzymi tłum sympatyków rodziny panującej. Wiele osób miało na sobie pomarańczowe, oblamowane futrem peleryny i nadmuchiwane korony. Wyciągając szyje i unosząc aparaty fotograficzne oraz kamery ponad głowami tłumu, starali się uchwycić dalszych członków rodziny królewskiej i celebrytów, którzy przechodzili do pałacu z zabytkowego Nieuwe Kerk (Nowego Kościoła), gdzie król został formalnie uznany za nowego władcę przez holenderski parlament. Brytyjski książę Karol stąpał ciężko po bruku, uginając się pod ciężarem złotych szamerunków i medali; Ghańczyk Kofi Annan uśmiechał się szeroko i machał do wiwatującego tłumu.

Kilka miesięcy wcześniej królowa Beatrycze poinformowała o swoim zamiarze abdykacji po trzydziestu trzech latach na tronie. Jak powiedziała, nadszedł czas, aby przekazać koronę „młodemu pokoleniu”. Teraz, stojąc na pałacowym balkonie, życzliwa i pełna ciepła babcia narodu wyglądała na bliską łez. „Przed chwilą zrzekłam się tronu” – zwróciła się do rozkołysanego tłumu Holendrów. Lekki wietrzyk delikatnie gładził jej ciemnofioletową suknię. „Z radością i wdzięcznością przedstawiam wam waszego nowego króla Wilhelma Aleksandra”. Rozległy się dźwięki hymnu państwowego, a była królowa wycofała się z balkonu. Jej miejsce przy balustradzie zajął nowy król o czerstwej twarzy rolnika, w ciemnym garniturze i jasnym krawacie. Towarzyszyła mu jego małżonka Maksyma, argentyńska piękność, córka jednego z przywódców junty, która wyrzekłszy się swojej przeszłości, podbiła serca milionów Holendrów. Obok pary królewskiej stały jej trzy urocze córki, wyraźnie onieśmielone, ale śliczne niczym królewny z bajek Disneya w swoich jednakowych żółtych sukieneczkach. Kiedy pomachały do mandarynkowego tłumu, huraganowe brawa przetoczyły się przez miasto jak grom.

Moja własna podróż na plac Dam rozpoczęła się mniej więcej trzy lata wcześniej, na oddalonych o ponad osiem tysięcy kilometrów Karaibach. Do 2010 roku pracowałem w Londyniew charakterze niedrogiego speca od politycznej „mokrej roboty”. Moja praca polegała na podsuwaniu drażliwych tematów do dyskusji, wymyślaniu uszczypliwych uwag i przygotowywaniu demagogicznych przemówień dla ambitnych polityków, zręcznym przeinaczaniu wypowiedzi oponentów oraz nagłaśnianiu zarzutów o niegospodarność w celu wymuszania dymisji kompetentnych skądinąd ministrów ekipy rządzącej. Było to zajęcie, które zapewniało mi zaproszenia na koktajle i które imponowało dziewczynomw barach, ale którego szczerze nie znosiłem. Kiedy za sprawą wyborów powszechnych oraz umów koalicyjnych moi pełni entuzjazmu byli koledzy znaleźli się u steru władzy, stanąłem w obliczu wyboru. Mogłem albo ubiegać się o pracę polegającą na noszeniu teczki za jakimś ministrem i pętaniu się za nim po międzynarodowych szczytach z drogim cateringiem, albo wybrać bardziej lukratywną opcję i zostać lobbystą, dając się wprzęgnąć w korporacyjną machinę. Poświęciwszy jedno popołudnie na rozważenie moich możliwości, zrobiłem to, co uczyniłby na moim miejscu każdy rozsądny człowiek: kupiłem bilet w jedną stronę na Kubę.

We wrześniu tamtego roku znajdowałem się na zdezelowanej czterdziestostopowej łodzi żaglowej u wybrzeży Belize, posiadając niewiele więcej poza ciemną opalenizną i brodą z rodzaju tych, które gwarantują rewizję osobistą na lotniskach. Załoganci z głowami ciężkimi od dredów byli bardziej zainteresowani słuchaniem reggae niż żeglowaniem dokądkolwiek, rejs upływał nam więc na rozkosznie monotonnych cyklach popijania rumu, nurkowania z żółwiami i leniwego wylegiwania się w słońcu. Izba Gmin została gdzieś bardzo, bardzo daleko.

Poza mną w skład grupki pasażerów wchodziły dwie spieczone na mahoń młodziutkie Angielki, które świętowały zdanie matury i snuły plany ratowania świata, oraz czworo również spieczonych na mahoń, będących kuzynostwem Holendrów, z plecakami, hałaśliwych i trochę za bardzo rubasznych, w sposób charakterystyczny dla wysokich ludzi, którzy wyrwali się z małego kraju. Znudzony rumem i żółwiami zagadałem do jedynej dziewczyny w grupce Holendrów, chudej blondynki w bikiniw rozgwiazdy, o włosach spłowiałych od słonej wody i oczachw kolorze morza. Nie rozmawialiśmy o niczym szczególnym, ale tamtego wieczora, kiedy schodziła na ląd, udało mi się ją przekonać, żeby podała mi swój adres mailowy, który nabazgrała na odwrocie biletu linii lotniczych Cubana.

Kilka następnych miesięcy upłynęło mi na piciu piwa, wylegiwaniu się na plaży i jeżdżeniu autobusami – prawie zapomniałem o dziewczyniez żaglówki, kiedy szereg alarmujących wiadomości od mojego banku uświadomił mi, że najwyższy czas poszukać jakiejś nowej pracy. Niestety, samolot, którym wracałem na Heathrow, napotkał na swojej trasie niespodziewaną śnieżycę i został przekierowany do Amsterdamu. Ponieważ tamtego dnia odwołano wszystkie loty, a niegrzeczny ochroniarz wyrzucił mnie z lotniska Schiphol, brnąłem przez kopny śnieg od jednego hotelu do drugiego, dowiadując się za każdym razem, że wszystkie pokoje zostały już zajęte przez innych pasażerów, którzy tak jak ja utknęli w Amsterdamie. Trzęsąc się z zimnaw T-shirciei bawełnianych spodniach pasujących zdecydowanie bardziej do karaibskich temperatur, rozważałem już całkiem serio możliwość przespania się na stacji metra, kiedy przypomniałem sobie, że przecież znam kogoś, kto mieszka w Holandii. Kucnąwszy nad brzegiem zamarzniętego kanału wygrzebałem z samego dna plecaka wyblakły od słońca bilet lotniczy i wysłałem wiadomość do chudej dziewczyny, pytając, czy nie umówiłaby się ze mną na kolację. Zaprosiła mnie tamtego wieczora do siebie, do Rotterdamu, a ja zostałem tam już na zawsze.

Wstęp

Prawie Holender

Rotterdam nie jest pięknym miastem. Ta rozległa aglomeracja przemysłowa zamieszkiwana przez blisko sześćset tysięcy ludzi, druga co do wielkości holenderska metropolia, nie może się poszczycić równie atrakcyjnymi kanałami, brukami czy malowniczymi mostami co jej słynniejszy rywal Amsterdam, w związku z czym nieczęsto bywa celem turystów. Mimo to, ku memu niekłamanemu zaskoczeniu, bardzo szybko zacząłem się tu czuć jak w domu. Nie minęło kilka godzin od chwili, gdy wyszedłem z lotniska na zasypane śniegiem ulice, a już mieszkałem w wysokiej, nieco koślawej kamienicy na ulicy wysadzanej drzewami, między kanałem, przystankiem tramwajowym i barem, w którym podają heinekena w szklaneczkach wielkości naparstka. Moja karaibska opalenizna szybko wyblakła, a długa broda dołączyła do niemiłosiernie znoszonych plażowych ciuchów w kuble na śmieci na zalewanym strugami deszczu balkonie. Zanim jeszcze śniegi stopniały, mój dobytek dotarł z Anglii pocztą, ja zaś zajadałem z wielką przyjemnością jasnozieloną erwtensoep (zupę z groszku). A ponieważ chuda dziewczyna – zadziorna, piekielnie inteligentna rotterdamka o zniewalającym uśmiechu – nie zdradzała chęci wywalenia mnie na zbitą twarz, rozpocząłem powolny proces integrowania się z holenderskim społeczeństwem.

Jedno z pierwszych pytań, na które musiałem znaleźć odpowiedź, to jak mam nazywać moją nową ojczyznę. Nawet sami Holendrzy nie mogą się zdecydować i używają zamiennie nazw „Holland” oraz „Nederland”. Zajrzawszy do opasłego tomiszcza w bibliotece, dowiedziałem się jednak, że pełna, prawidłowa nazwa kraju to „Królestwo Niderlandów”. Podobnie jak Zjednoczone Królestwo obejmuje Walię, Szkocję i terytoria zamorskie, w skład Królestwa Niderlandów wchodzi nie tylko główna część położona na kontynencie europejskim – Niderlandy, ale także trzy relikty epoki kolonialnej na Karaibach: wyspy Aruba, Curaçao i Sint Maarten (trzy inne karaibskie wysepki: Bonaire, Sint Eustatius i Saba, mają status „gmin zamorskich”). Europejską część królestwa można więc nazywać po prostu „Niderlandami”, ale nie „Holandią”, ponieważ tę nazwę noszą tylko dwie najgęściej zaludnione prowincje kraju: Holandia Północna oraz Holandia Południowa. Nazywanie całego kraju Holandią – tak samo jak całego Zjednoczonego Królestwa Anglią – to powszechny błąd, ale jednak błąd. Tak więc cały kraj to Niderlandy2, a jego mieszkańcy to Holendrzy, którzy mówią po niderlandzku. W uszach cudzoziemca ich język brzmi tak, jakby pijak płukał gardło gęstą zupą.

Drugą kwestię stanowiły rowery. W Wielkiej Brytanii rowery to sprzęt sportowy, używany wyłącznie przez dzieci, osobników szczególnie sprawnych fizycznie albo ryzykantów. W Holandii natomiast stanowią podstawowy środek transportu jednej trzeciej mieszkańców. W ciągu kilku pierwszych tygodni nabyłem dwa: najpierw solidny rower miejski z kierownicą zadartą do góry jak francuski wąsik, a następnie na oko pięć razy lżejszą od niego smukłą, białą kolarzówkę. Po paru następnych tygodniach dokupiłem jeszcze motorower, który Holendrzy nazywają snorfiets3, absurdalnie mały jednoślad pomalowany na kolor wozu strażackiego i niemal tak samo hałaś-liwy. Kaski nie są obowiązkowe, a całe kilometry płaskich jak stół, wydzielonych ścieżek rowerowych nadają się idealnie, żeby dotelepać się niespiesznie do domu po paru heinekenach.

Po trzecie, niestety, musiałem znaleźć jakąś robotę. Kusiło mnie, żeby korzystając z nadzwyczajnej hojności holenderskiego systemu opieki społecznej, pozostać na garnuszku państwa, ale na nieszczęście szybko znalazłem dobrze płatną pracę – niewiarygodnie lukratywne, ale nudne zajęcie w dużej angielsko-holenderskiej spółce – i już niebawem, siedząc w boksie w haskim biurze, dzieliłem czas między wysyłanie maili i próby rozgryzienia dziwacznych obyczajów moich holenderskich kolegów.

Ostatnim problemem był język. Prawie wszyscy Holendrzy świetnie mówią po angielsku dzięki doskonałemu systemowi nauczania, jak również dlatego, że jest ich za mało, żeby opłacało się dubbingować dla nich amerykańskie filmy i tłumaczyć programy telewizyjne na lokalny język. Mimo to poza Amsterdamem stosunkowo rzadko słyszy się angielski na ulicach i bardzo szybko zaczęło mi przeszkadzać, że nie potrafię śledzić toku rozmów, przeczytać menu w restauracji czy odróżnić piwa bezalkoholowego od prawdziwego w supermarkecie. Znajomi Holendrzy zapewnili mi błyskawiczny kurs podstawowych zwrotów, które powinien przyswoić każdy Anglik przybywający do ich kraju: Mag ik een biertje („Poproszę piwo”), Je bent mooi („Jesteś piękna”), Ik heb het niet gedaan, ik wil een advocaat („Nie zrobiłem tego, chcę adwokata”). Kiedy ten zasób słownictwa okazał się niewystarczający, wziąłem parę prywatnych lekcji u sympatycznej kobiety z burzą loków na głowie, która, skazana na iście hitchcockowską rekonwalescencję po złamaniu biodra w wypadku rowerowym, spędzała całe dnie na obserwowaniu ptaków przez okno na podwórze. Nie poświęcaliśmy naszych spotkań na systematyczną naukę, tylko gadaliśmy, posługując się mieszaniną holenderskiego i angielskiego, tak że szybko osiągnąłem poziom praktycznej znajomości języka, umożliwiający mi zrozumienie prawie wszystkiego, co do mnie mówiono i w miarę składne wydukanie odpowiedzi. Czytanie było jednak o wiele trudniejsze i z najwyższym mozołem przedzierałem się przez książeczki z obrazkami należące do półtorarocznej córeczki znajomej Holenderki. Przy Miffy (Nijntje)4 świetnie się bawiłem, za to The Very Hungry Caterpillar (Bardzo głodna gąsienica) mnie przerosła. Rozmawiając z ludźmi, nadal regularnie popełniałem błędy, jak wtedy, kiedy zamiast spytać moją rozmówczynię, czy nie jest jej zimno, niechcący nazwałem ją bardzo nieładnie, używając słowa na „ci”.

Zadziwiająco szybko zacząłem się czuć w Holandii jak w domu. Nauczyłem się jeździć na rowerze, trzymając w jednej ręce otwarty parasol, łykać „na wdechu” kawałki oślizgłych marynowanych śledzi i wymawiać takie słowa jak genoeg i hottentottententententoonstelling. Mimo to wciąż jeszcze nie rozumiałem bardzo wielu spraw.

Jak na tak mały kraj, mniejszy niż Togo czy Kirgistan, Holandia wywarła olbrzymi wpływ na dzieje świata. Holendrzy panowali niegdyś nad imperium rozciągającym się od Karaibów po Azję Wschodnią, założyli Nowy Jork, odkryli Australię, grali w piłkę nożną najlepiej na świecie, a także stworzyli niektóre z najpiękniejszych dzieł europejskiej sztuki i architektury. Holendrów można napotkać w każdym zakątku świata. Kraj wielkości połowy Szkocji, który ma zaledwie około siedemnastu milionów mieszkańców, szczyci się wynalezieniem DVD, aparatu do dializy, magnetofonu, CD, żarówki energooszczędnej, zegara z wahadłem, fotoradaru, golfa, mikroskopu, teleskopu i pączka z dziurką.

Holandia była i wciąż jest czymś w rodzaju ukrytego supermocarstwa. A jednak wielu obcokrajowców – łącznie ze mną – postrzega ją wyłącznie przez pryzmat stereotypów, jako krainę sabotów i kanałów, tulipanów i wiatraków, rowerów i długaśnych grobli, trawki i prostytutek. Półki domowych biblioteczek w tonącej w zieleni angielskiej wiosce, gdzie dorastałem, uginały się pod ciężarem książek poświęconych włoskiej kuchni albo problemom z aklimatyzacją na francuskiej wsi, lecz znakomita większość mieszkańców nie miała bladego pojęcia o mało wyrafinowanej kuchni czy nieciekawym klimacie Holandii. Osoby znające doskonale historię muru berlińskiego albo francuskiego ruchu oporu często nie wiedziały zupełnie nic o najważniejszych epizodach z dziejów Holandii: o masywie lądowym, który dawno temu łączył ją z Anglią, o klęsce głodu, która spustoszyła kraj w latach czterdziestych XX wieku, o katolickich tradycjach związanych z karnawałem na południu, o długiej walce o wyzwolenie spod panowania Hiszpanii, o krwawych bitwach z angielską flotą, o cudzie inżynierii, jakim był Plan Delta, o toksycznej polityce holenderskiej skrajnej prawicy. Miliony turystów, którzy co roku odwiedzają Holandię, rzadko zapuszczają się poza Amsterdam, a liczni cudzoziemcy potrafią mieszkać tu przez lata, nie nauczywszy się ani słowa po niderlandzku. Holandia, tak jak Kanada albo Szwecja, jest miejscem, o którym każdy coś wie, ale którego nikt dobrze nie zna.

Kiedy moje osobiste związki z tym krajem się zacieśniły, postanowiłem dowiedzieć się o nim czegoś więcej. W 2013 roku odbyłem szereg podróży po mojej przybranej ojczyźnie. Niektóre były długie i zawiodły mnie do miejsc oddalonych o wiele kilometrów, podczas gdy inne ograniczały się do jednego miasta, a nawet budynku, ale każda z nich miała mi pomóc w zrozumieniu określonego aspektu holenderskiej kultury i historii – zmagań z pływami morskimi, złotego wieku imperium, drugiej wojny światowej, skutków imigracji, liberalnego stosunku do narkotyków i prostytucji – oraz wpływu, jaki wywarł on na samych Holendrów. Ta książka to opowieść o moich podróżach. W trakcie owych wędrówek nie tylko zobaczyłem nowego króla tuż po koronacji w Amsterdamie, ale też przebrałem się za tygrysa na Wielkanoc, upiłem się w słynnej galerii sztuki, byłem na pikniku w obozie koncentracyjnym, znalazłem arkę Noego nad Morzem Północnym i oglądałem dzieci, które przed Bożym Narodzeniem malują sobie budzie na czarno, żeby udawać Murzynów. Złamałem nawet swoją żelazną zasadę i poszedłem na mecz piłki nożnej. Dowiedziałem się, dlaczego Holendrzy bez przerwy myją okna, dlaczego prostytutki płacą podatek dochodowy i czemu Holandia wcale nie jest tak bardzo liberalna, jak się wszystkim wydaje.

Niektóre kwestie pozostały jednak dla mnie tajemnicą. Najważniejszą z nich było pytanie, dokąd zmierza Holandia. Przez kilka pierwszych spędzonych tam miesięcy często myślałem sobie, że Holendrzy zbudowali coś w rodzaju społeczeństwa doskonałego. Żyją w jednym z najbogatszych krajów Europy, ale pracują najkrócej, a na dodatek świetnie zarabiają w doskonale prosperujących międzynarodowych firmach i korzystają z usług publicznych na najwyższym poziomie. W porównaniu z Brytyjczykami statystyczny Holender pracuje o godzinę krócej, ale jest o dwadzieścia procent zamożniejszy. Poważne przestępstwa należą do rzadkości i nawet w większych miastach, niemal całkowicie wolnych od stresu, małoduszności i brudu, które plenią się w takich miejscach jak Londyn – panuje sielankowa atmosfera. Szybko wyrzuciwszy z pamięci koszmar codziennych dojazdów do pracy w Westminsterze, pedałowałem niespiesznie do biura, pracowałem po kilka godzin dziennie, a na moje konto w banku wpływała co miesiąc absurdalnie wysoka, niemożliwa do wydania kwota w euro – nie wspominając już o dodatkowych premiach przeznaczonych na pokrycie wydatków związanych z Bożym Narodzeniem i letnimi wakacjami. Mimo że Holendrzy wypijają hektolitry kawy dziennie, są zrelaksowani i podchodzą niemal do wszystkiego na luzie. Praca w weekendy jest tu nie do pomyślenia, a garnitury i krawaty są zarezerwowane wyłącznie na śluby i pogrzeby (na rozmowę kwalifikacyjną w zupełności wystarczy czysty T-shirt). Holandia wydawała mi się często miejscem rozkosznie zawieszonym w czasie, gdzie dzieci wieczorami bawią się bezpiecznie na ulicach, zamiatacze używają drewnianych mioteł (takich, na jakich latały czarownice), a nastolatki jeżdżą w parku na łyżworolkach, słuchając Michaela Jacksona. Spacerując wzdłuż kanałów w Delft albo przyglądając się, jak członkowie rodziny królewskiej machają do poddanych z balkonu w Amsterdamie5, nietrudno było się zgodzić z niemieckim poetą Heinrichem Heinem, który powiedział podobno, że gdyby kiedyś wybuchła wojna, pojechałby prosto do Holandii, ponieważ tam wszystko dzieje się z pięćdziesięcioletnim opóźnieniem.

Z czasem jednak stało się dla mnie jasne, że moje początkowe przeświadczenie o powszechnym spokoju i dostatku było nie całkiem słuszne. Choć pod wieloma względami Holandia zasługuje na podziw, pewne sprawy budzą troskę i niepokój. Przez wieki kraj czerpał korzyści z otwarcia na świat zewnętrzny. Dzięki położeniu geograficznemu oraz długiej linii brzegowej bogacił się na handlu, podczas gdy zamorskie posiadłości imperium finansowały rozwój miast, między innymi Amsterdamu, i takich artystów, jak Rembrandt. Otwarta, internacjonalistyczna postawa narodu holenderskiego zapewniła mu pozycję na arenie światowej, której w żadnym razie nie dorównuje pozycja, powiedzmy, Finów czy Czarnogórców.

Jednakże w ostatnich latach ekspozycja kraju na oddziaływanie sił zewnętrznych stała się również źródłem poważnych zagrożeń. Pewien dziennikarz „New York Timesa” napisał, że „obecnie Holendrzy (…) wykazują niejakie zmęczenie życiem. Minione trzydzieści pięć lat holenderskiej historii to dzieje utraconej niewinności”. W jego ocenie „wygląda na to, że toksyczny marazm, który od dawna wysysa siły witalne z większości uprzemysłowionej Europy, dosięgnął w końcu Holandii, podminowując tradycyjną żywotność tego spokojnego, pracowitego i energicznego narodu, [gdy] dzielni Holendrzy po raz pierwszy zakosztowali krajowego terroryzmu, ekstremizmu rasowego, afer korporacyjnych i masowego bezrobocia”. Tak było w 1976 roku. Od tamtej pory poczucie niepewności tylko się pogłębiło. Holandia boleśnie odczuła skutki kryzysu ekonomicznego, zmiany klimatyczne zagroziły podatnym na zalania granicom kraju, a imigracja stała się przyczyną napięć w wielu społecznościach. Być może najbardziej uderzający jest fakt, że wielu byłych liberałów zaczęło uważać, że wielki holenderski eksperyment społeczny zaszedł stanowczo za daleko. Permisywne podejście do drażliwych kwestii społecznych, z którego kraj słynął przez długie lata, zostało zakwestionowane, a święte krowy w rodzaju zalegalizowanego dostępu do narkotyków oraz prostytucji padły ofiarą tej nowej postawy. Wydaje się, że u zarania XXI stulecia w jednym z najmniejszych krajów w Europie skupiły się w mikroskali wszystkie wyzwania, w obliczu których staje cały kontynent.

Czy Holandia zdoła zachować swoje tradycyjne wolności, czy dobre czasy odchodzą do lamusa? Nikt nie miał tu absolutnej pewności, ale kiedy cały Amsterdam zapłonął na pomarańczowo, kraj był zdecydowany dać odpór czarnowidzom. Na swój wyluzowany, pragmatyczny, pozbawiony przesadnego dramatyzmu sposób Holendrzy reagowali na zmiany tak jak zwykle: piciem, tańcem i cichą determinacją, aby zachować swoje wyjątkowe podejście do życia. Na razie kraj pozostawał wyspą zawieszoną w czasie – prawdopodobnie najbardziej tolerancyjnym, spokojnym i zamożnym zakątkiem nękanego niepokojami świata. „Będziemy nadal podejmować złe decyzje – usłyszałem od znajomego – i cieszyć się ich konsekwencjami”.

1 Lenno króla Francji, początkowo hrabstwo, w wiekach XI–XVIII (do 1713 roku) księstwo. Rzeczownik „miasteczko” umniejsza rangę księstwa, które miało inny status w ówczesnej Europie – przyp. konsultanta merytorycznego, dalej R.Ż.

2 Potoczna polska nazwa „Holandia”, podobnie jak angielska „Holland”, jest wprawdzie nieprecyzyjna, lecz Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych zaleca jej używanie ze względu na utrwaloną tradycję. Prawidłową nazwę „Królestwo Niderlandów” stosuje się w dyplomacji, dokumentach oficjalnych itp. Nazwa „Niderlandy” we współczesnej polszczyźnie jest stosowana niemal wyłącznie w odniesieniu do krainy historycznej – przyp. tłumaczki, dalej B.G.N.

3 Przepisy o ruchu drogowym i znakach drogowych z 1990 roku określają snorfiets jako motorower (pojazd jednośladowy lub dwuśladowy), który może poruszać się z maksymalną prędkością do 25 km/h – przyp. R.Ż.

4Nijntje – skrót od Konijntje (króliczek). Króliczek jest autorstwa rysownikaDicka Bruny’ego. Miffy – holenderski serial animowany – przyp. R.Ż.

5 Częściej jednak – w każdy trzeci wtorek września – odbywa się to w Hadze; w Amsterdamie, jako stolicy państwa, tylko z okazji koronacji i wielkich wydarzeń międzynarodowych – przyp. R.Ż.

1

Woda, wszędzie woda

Wiatraki, zmiany klimatyczne i walka z pływami morskimi

Pewnej nocy Johanowi śniło się, że nadchodzi deszcz. W jego śnie padało przez czterdzieści dni i nocy. Podniósł się poziom wody w morzu, rzeki wystąpiły z brzegów, a deszcz wciąż padał i padał. Ludzie udawali się w popłochu na wyżej położone tereny, szukając wysokich drzew i szczytów wzgórz, na których mogliby przetrwać potop, lecz ich wysiłki nie zdały się na nic. Wody nadal przybywało i w końcu cały świat został zalany. Po przebudzeniu Johan postanowił zbudować arkę.

Mniej więcej dwadzieścia lat później stała ukończona w doku nad Mozą w Dordrechcie, mieście z przepiękną zabytkową katedrą, oddalonym o dwadzieścia pięć kilometrów na południowy wschód od Rotterdamu. Kierując się do arki pieszo od strony dworca kolejowego w pewien szary, lutowy poranek, spodziewałem się czegoś mniejszego i – paradoksalnie – nie zauważyłem jej, dopóki nie stanąłem w jej cieniu. Dopiero wtedy ujrzałem olbrzymią drewnianą skrzynię z ułożonych dachówkowo sosnowych desek w kolorze miodu, górującą nad porośniętym zielskiem pustkowiem. Arka, wysokości pięciopiętrowego budynku, wyglądała dokładnie tak jak w ilustrowanych wydaniach Biblii, które oglądałem jako dziecko – miała wygięty łukowato kadłub i płaską kabinę na pokładzie. Wysokie burty usiane były bulajami i włazami, przez które na pusty parking wyglądały plastikowe zwierzęta: tu czarno-biała krowa, ówdzie posępny koń. Jeszcze więcej przerośniętych zabawek – w tym naturalnej wielkości plastikowa żyrafa na rufie i słoń na dziobie – spoglądało w dół z otwartego górnego pokładu. Na mętnych wodach u stóp arki samotny łabędź kiwał się łagodnie niczym zabawka kąpielowa; być może czekał, aż ktoś zaproponuje mu miejsce na pokładzie.

Holandia była chyba najbardziej oczywistym ze wszystkich miejsc na świecie, które współczesny uczeń Noego mógłby wziąć pod uwagę, pragnąc zbudować arkę. Kiedy ponad jedna czwarta powierzchni kraju leży poniżej poziomu morza, kanały, rzeki i jeziora są niemal równie pospolite jak drzewa. Trasa najkrótszego choćby spaceru lub przejażdżki wiedzie przez niezliczone mosty i najskromniejsze nawet domy mogą stać frontem do otwartych zbiorników wodnych. Kraj posiada prawie pięć tysięcy kilometrów dróg wodnych, którymi transportuje się dosłownie wszystko, od samochodów po krowy, a w nazwach wielu miast zachowały się nawiązania do budowli wodnych, w pobliżu których powstały, na przykład Amsterdam to tama na rzece Amstel. „Holandia nie leży poniżej poziomu morza” – powiedział mi onegdaj pewien Holender, którego spotkałem na promie. „To morze leży powyżej poziomu Holandii”.

Mak Twain stwierdził kiedyś podobno, że inwestor, który poszukuje źródła dochodu, powinien skupować ziemię, ponieważ jej zasoby się nie powiększą. W większości krajów byłaby to całkiem rozsądna rada, ale nie w przypadku Holandii. Wielkie połacie kraju, w tym cała prowincja Flevoland, zostały bowiem wydarte morzu. Podczas gdy Anglia i Belgia przypominają patchwork pozszywany z nierównych kawałków pól i lasów, Holandia to wykonana ręką człowieka szachownica wyznaczona przez linie proste i ostre kąty. „Bóg stworzył świat – głosi popularne powiedzenie – ale Holendrzy stworzyli Holandię”6. Nic więc dziwnego, że nieustanna konieczność ochrony niemal każdej piędzi ziemi przed zalaniem wywarła głęboki wpływ na historię i kulturę tego kraju. Pomieszkawszy tam przez jakiś czas, zdałem sobie sprawę, że prawie wszystkie szczególne cechy tradycyjnie przypisywane Holandii i stereotypowe wyobrażenia na jej temat wynikały w pewnym sensie z jej wyjątkowego stosunku do wody: od wiatraków, które wykorzystywano do wypompowywania wody z pól, przez płaskość osuszanych gruntów aż po rowery przemieszczające się z łatwością po gładkim terenie. Bruk pokrywał drogi budowane na niebezpiecznie miękkim podłożu; tulipany pięknie rosły na żyznej, ilastej glebie wydartej morzu; krowy przybierały na wadze na pastwiskach porośniętych bujną, wilgotną trawą; kiedy brakowało słodkiej wody, można było bezpiecznie pić mleko i piwo; dzięki piciu dużych ilości mleka ludzie rośli krzepcy i wysocy, a grube, drewniane saboty chroniły stopy rolników przed przemoczeniem na grząskich polach. Niemal wszystko, co w oczach cudzoziemca jest typowo holenderskie, można przypisać nieustannej walce kraju z morzem.

Jak się przekonałem, wszechobecność wody odcisnęła również głębokie piętno na samych Holendrach. Ci, których poznałem, prostolinijni, szczerzy i uczciwi, byli tak samo zwyczajni i godni zaufania, jak naturalne środowisko, w którym żyją. Pracując wspólnie przy budowie kraju tak, jak inni mogliby pracować przy budowie domu, wyrobili w sobie głęboką wiarę w potrzebę ciężkiej pracy i porządku, równości i współpracy. Aby zacząć rozumieć Holendrów, musiałem więc zrozumieć ich stosunek do wody. Podróż wzdłuż jednej z najdłuższych rzek Holandii, od arki Noego, przez Rotterdam, moje przybrane miasto rodzinne i dalej aż do Morza Północnego, wydawała się najlepszym punktem wyjścia.

We wnętrzu arki Noego

Wspiąłem się po wąskim trapie, pchnąłem drewniane, wahadłowe drzwi i wszedłem do arki. W środku młoda Holenderka w bluzie z polaru z wizerunkiem arki siedziała za sosnową ladą w sosnowej części recepcyjnej. Kupiłem bilet – jedne 12,50 euro za zbawienie wieczne, opłacone kartą kredytową – a recepcjonistka wskazała mi ślady zwierząt namalowane na szorstkiej drewnianej podłodze, prowadzące od jej stanowiska do wnętrza kadłuba statku. Volg de voetstappen – wyjaśniła. „Idź po śladach”. Zrobiłem to, co mi poleciła, i już niebawem dotarłem do szeregu scenek w stylu szopki bożonarodzeniowej ulokowanych we wnękach w burtach arki. W każdej z nich plastikowe zwierzęta o sarnich oczach czekały na opadnięcie wód potopu. Obok nich spoczywał na łożu Noe, odzyskujący siły po szaleńczym wysiłku, jaki włożył w budowę drewnianej arki. Jego bujna, siwa broda spływała na niechlujną luźną szatę, a martwe plastikowe oczy wpatrywały się w powałę z nieheblowanych desek. Na ścianie wisiała powiększona stronica z Biblii w języku holenderskim: „A potop trwał na ziemi czterdzieści dni (…). (…) Bóg wygubił doszczętnie wszystko, co istniało na ziemi (…). Pozostał tylko Noe i to, co z nim było w arce”7. Pachniało tam, jak w salonie sieci IKEA.

Arkę otwarto dla zwiedzających w 2012 roku, mniej więcej dwadzieścia lat po tym, jak holenderskiemu kreacjoniście i domorosłemu prorokowi Johanowi Huibersowi przyśnił się tamten pamiętny, apokaliptyczny sen. Huibers, właściciel dobrze prosperującej firmy budowlanej, noszący wąsy à la bracia Mario, uwierzył, że Holandię nawiedzi kataklizm porównywalny do biblijnego potopu. W 2005 roku zbudował replikę arki Noego w skali 1 : 2, a następnie replikę naturalnej wielkości, we wnętrzu której właśnie się znajdowałem. Jej budowa, która trwała trzy lata, kosztowała podobno dobrze ponad milion euro. Huibers powiedział dziennikarzom, że ma nadzieję zrekompensować sobie koszty, zabierając tysiące pasażerów na wycieczkę po Londynie podczas olimpiady w 2012 roku, lecz jego ambitny plan spalił na panewce, gdy brytyjskie władze nie wydały zezwolenia na tę wizytę, uznając całkiem słusznie, że olbrzymia sterta drewna wypełniona pasażerami i świecami może grozić pożarem.

Twórca arki twierdzi, że przy budowie kierował się instrukcjami zawartymi w Księdze Rodzaju. Poczynił jednak pewne ustępstwa na rzecz nowoczesności – nie mogąc zidentyfikować wymienionego w Biblii „drzewa żywicznego”, zdecydował się na obudowanie skandynawską sosną metalowych kadłubów kilku starych, zespawanych ze sobą barek. Dokonując znacznie poważniejszego naruszenia tradycji, zamiast wziąć po parze z każdego żyjącego na ziemi gatunku, ulokował w arce tylko garstkę małych zwierząt hodowlanych, które nikną na tle plastikowego zoo. Być może właśnie z tego powodu nie było tu tłumów zwiedzających. Prasa doniosła o niedawnym wzroście zainteresowania, gdy jakaś apokaliptyczna sekta ogłosiła rychłe nadejście końca świata, lecz kiedy ja się tam zjawiłem, przed wejściem nie było długiej kolejki. Właściwie w ogóle jej nie było, a parking przed obiektem był prawie pusty.

Minąwszy plastikowego Noego, skierowałem się w głąb statku, pokonując kolejne prowadzące w górę drewniane rampy i przejścia przez labirynt wypełniających kadłub kajut oraz zagród dla zwierząt. Większość zagród stała pusta i tylko w paru z nich żywe króliki grzebały niemrawo w grubej warstwie zakurzonej słomy. Na krokwi nad moją głową kołysała się czarna małpa z plastiku, a para plastikowych nosorożców stała z rogami wycelowanymi groźnie w strusie i dodo. W innym miejscu muskularny plastikowy Adam z bezkształtnymi genitaliami, w potarganej brązowej peruce na głowie, ignorował niemożliwie seksowną Ewę, której obfity biust skrywał się pod kaskadą blond włosów i za strategicznie ustawionym plastikowym flamingiem. Plakaty na ścianie prezentowały kreacjonistyczną wizję dziejów świata, zgodnie z którą Wielki Kanion jest dziełem tego samego potopu, który zmusił Noego do wypłynięcia w morze.

Wiodące stromo pod górę przejścia zaprowadziły mnie niebawem na górny pokład, gdzie znajdował się pusty bar, w którym oferowano kanapki z kiełbasą (rookworst), ale żadnego alkoholu. Z pokładu roztaczał się widok na Mozę, płynącą zakolem ku centrum Dordrechtu z jego strzelistymi wieżami. Rzeka, mętna, szara i gładka jak stół, nie jest wprawdzie szczególnie malownicza, ale stanowi jedną z najważniejszych arterii wodnych na kontynencie jako główny kanał systemu rzecznego, któremu geografowie nadali chwytliwą nazwę delty Renu, Mozy i Skaldy. Moza (Maas po niderlandzku albo Meuse po francusku) o długości około tysiąca kilometrów, płynie na północ przez Francję, Belgię i Holandię, gdzie skręca na zachód, aby połączyć się z gęstą siecią rzek spływających do morza; są wśród nich Lek, Waal oraz, cytując Lorda Byrona, „szeroki, wijący się Ren”. Przed wyjazdem z domu próbowałem prześledzić bieg tych rzek na mapach internetowych, ale bardzo szybko dałem sobie spokój – przypominało to bowiem próbę odtworzenia przebiegu jednej nitki w swetrze zrobionym na drutach. Dość powiedzieć, że posiadacz łodzi z Dordrechtu teoretycznie mógłby, gdyby zechciał, pożeglować w górę rzeki nie tylko do takich holenderskich miast jak Maastricht, ale znacznie dalej, do Strasburga, Moguncji, Kolonii, a nawet do Bazylei. W przeciwnym kierunku przewożone wodą ładunki transportowane są z Dordrechtu do Rotterdamu, a stamtąd docierają do morza w kilku punktach wzdłuż holenderskiego wybrzeża. Najważniejszy z nich to miejscowość Hoek van Holland, gdzie znajduje się baza promów kursujących regularnie przez kanał La Manche do Essex. Moza, która nie jest zbyt dobrze znana poza północną Europą, została wymieniona w pierwszej zwrotce hymnu narodowego Niemiec („Niemcy (…) po bratersku są złączone / od Mozy aż po Niemen”). Rzeka dała nawet imię gatunkowi dinozaura, mozazaurowi8, stworzeniu podobnemu do krokodyla, którego odkrycie przyczyniło się do obalenia uznawanej wcześniej teorii, iż niemożliwe jest wyginięcie jakiegokolwiek gatunku zwierząt. Jako że Moza jest główną arterią wodną południowej Holandii, zamierzałem powędrować wzdłuż jej koryta.

Odurzony zapachem sosny uznałem, że najwyższy czas zakończyć zwiedzanie arki. Wróciłem po śladach zwierząt, oparłem się pokusie kupienia pluszowych zwierzątek od pani w recepcji i zszedłem na ląd. Ponieważ do odejścia promu do Rotterdamu pozostała jeszcze prawie godzina, z przyjemnością skorzystałem z okazji, żeby zwiedzić Dordrecht, w którym jeszcze nigdy nie byłem.

Dordrecht, uśmiechnięte miasto

Tak jak pokazy fajerwerków nad wieżą Eiffla z pewnością męczą paryżan, a widok piramid o zachodzie słońca śmiertelnie nudzi Egipcjan, po kilku latach spędzonych w Holandii tamtejsze śliczne miasteczka z zabytkowymi kościołami i kanałami nie robią już na mnie większego wrażenia. Dordrecht: labirynt uliczek z wąskimi, starymi budynkami, pochylającymi się nad brukiem w kolorze rdzy, usianym opadłymi liśćmi, okazał się jednak niezaprzeczalnie uroczy. „Dordrecht, miejsce tak piękne, grób mych umiłowanych złudzeń” – pisał o nim niegdyś usychający z miłości Proust. Dla Aleksandra Dumasa był z kolei „uśmiechniętym miastem”. W zimowy poranek w środku tygodnia ulice były ciche, lecz miasto, którego spokoju nie zakłócały zorganizowane grupy wycieczkowiczów ani huczne wieczory kawalerskie, będące plagą miast leżących dalej na północy, emanowało nienachalnym dostatkiem. Rowerzyści podskakiwali na kocich łbach, lawirując między pieszymi, którzy wracali z zakupów z foliowymi siatkami wypełnionymi ziemniakami i chlebem. Podobnie jak w wielu innych holenderskich miastach, tutaj również woda była wszechobecna. Niemal za każdym rogiem natrafiałem na mały port wciśnięty między wysokie magazyny i budynki mieszkalne stojące w równym szeregu niczym książki na półce. Miasto wyglądało jak układanka, której liczne brakujące elementy zastąpiono odnogami rzeki.

W pobliżu jednego z miniaturowych portów natrafiłem na Nieuw-kerk, zabytkowego kolosa o zakrzywionych, ceglanych murach, z drewnianą wieżą barwy masła. Pomyślałem, że chyba tylko w Holandii budynek może być znany jako „Nowy Kościół”, mimo że ma prawie tysiąc lat. Po dekonsekracji świątynię przekształcono w sklep z artykułami wyposażenia wnętrz, w którym pielgrzymi mogą się oddawać kultowi absurdalnie drogich przyborów kuchennych i świec. Jakiś mężczyzna, który przejeżdżał obok mnie na rowerze, zatrzymał się, żeby mnie poczęstować gorzką, czarną jak węgiel holenderską lukrecją, nazywaną tu drop. Nie przyjąłem poczęstunku, ale wyjąłem notes i zapisałem: „Ludzie w Dordrechcie są sympatyczni”.

Z książek, do których zajrzałem przed wyjazdem, dowiedziałem się, że Dordrecht był dawniej ważnym i bogatym ośrodkiem miejskim. Otoczony ze wszystkich stron przez rzeki – Mozę, Dordtsche Kil, Hollandsch Diep – oraz kanał Nieuwe Merwede, ze względu na swoje położenie stał się naturalnym centrum wymiany handlowej. Korzystając z gęstej sieci śródlądowych dróg wodnych, niemieccy kupcy mogli podróżować aż do Amsterdamu, Antwerpii i Brugii bez konieczności wypływania na burzliwe wody Morza Północnego. Rejs w dół rzeki był stosunkowo łatwy, lecz zdarzało się, że w drodze powrotnej drużyny niewolników musiały ciągnąć łodzie na linach pod prąd. Największy rozkwit Dordrechtu trwał jednak dość krótko. Paradoksalnie, do marginalizacji miasta przyczynił się rozwój transportu wodnego: do przewożenia coraz większych ładunków wykorzystywano większe łodzie i statki, dla których wąskie dordrechckie porty i płytkie kanały okazały się zbyt ciasne. Miasto utraciło swoją dotychczasową pozycję na rzecz większych portów i pogrążyło się w stagnacji, stając się jedynie biernym obserwatorem ożywionego ruchu jednostek handlowych na Mozie. Dawny ważny ośrodek handlu był teraz sennym miastem prowincjonalnym.

Zawędrowawszy nad rzekę, odkryłem kilka kafejek przycupniętych jedna przy drugiej wzdłuż ceglanego nabrzeża i osłoniętych wysokimi szklanymi ekranami, za którymi Holendrzy lubią się chronić, ilekroć są zmuszeni siedzieć w kawiarnianych ogródkach. Obok mnie przebiegła młoda kelnerka z tacą tradycyjnych holenderskich przekąsek barowych – tłustych bitterballen podawanychna gorąco z musztardą – i szklaneczek piwa z grubą warstwą gęstej pianki. Lekker! („Smaczne!”) – wykrzyknęli zgodnym chórem zgłodniali klienci. Ledwie usiadłem na ławce, żeby popatrzeć na rzekę, przysiadła się do mnie na oko szesnastoletnia dziewczyna z włosami ufarbowanymi na różowo, porcelanową cerą i kolczykiem w nosie. Wyjęła z foliowej reklamówki tekturowe pudełko z butami i otworzywszy je, wpatrywała się rozanielonym wzrokiem w parę odrażająco różowych adidasów. Mooi, he? – spytałem i wskazałem na rzekę, usiłując nawiązać rozmowę. „Coś pięknego, prawda?” „Aha” – odpowiedziała, gapiąc się na buty. „Są piękne”.

Potężna Moza

Ponieważ czas przeznaczony na zwiedzanie Dordrechtu dobiegał końca, szedłem brzegiem rzeki do pływającego metalowego pomostu, przy którym czekał już prom „Waterbus”, kursujący do Rotterdamu. Widziałem tę samą jednostkę przepływającą przez Rotterdam w środku lata. Wtedy na pokładzie tłoczyły się pary Holendrów w średnim wieku z rowerami i koszami piknikowymi. Dziś, w pochmurny wtorkowy poranek, miałem cały prom niemal wyłącznie dla siebie. Dzieliłem go tylko z trzema Polakami w dresach, którzy wyglądali na nieco zagubionych. Przystanąwszy na trapie, kupiłem bilet u młodego członka załogi, który miał na sobie nadzwyczaj elegancki marynarski uniform, lecz zarazem najwyraźniej podzielał powszechne przekonanie Holendrów, że nie ma czegoś takiego, jak nadmiar żelu do włosów. Kiedy poprosiłem o bilet do Rotterdamu, zażądał dwukrotnie potwierdzenia celu podróży, zanim wreszcie mi go wydał. „Tak – powiedziałem najpierw po holendersku, a potem po angielsku – do samego Rotterdamu”. O tej porze roku mało kto wybierał się do Rotterdamu, oddalonego od Dordrechtu o kwadrans jazdy pociągiem, ale aż o godzinę podróży statkiem, który był za wolny dla dojeżdżających do pracy i nieogrzewany, co odstraszało turystów.

Rozległ się dźwięk dzwonu, prom szarpnął, ruszył do tyłu z niepokojącą prędkością i wykonał zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, uwalniając się z objęć wąskiej przystani. Po przykrych doświadczeniach z holenderską koleją spodziewałem się, że określenie „szybki”, figurujące w opisie promu, będzie raczej odzwierciedleniem ambicji, a nie stanu faktycznego, ale nie mogę nie przyznać, że jak na kanciastą krypę poruszał się zaskakująco szybko i kiedy pełną parą wypływaliśmy z Dordrechtu, musiałem przytrzymać notes i kurtkę, żeby nie porwał mi ich pęd powietrza. Na prawo od nas spoczywała absurdalna arka z żyrafą trzymającą straż na dziobie. Po lewej natomiast znajdowało się pierwsze z na pozór nieskończonej liczby rozwidleń rzeki. Prom z szarpnięciem wpłynął w prawą odnogę, biorąc kurs na Rotterdam.

Szybko minęliśmy statek załadowany dziesiątkami kontenerów ustawionych jeden na drugim niczym cegły w murze, a po chwili kolejny, przewożący ogromny stos betonowych bloków. Napisy na burtach mijanych statków w językach niemieckim, francuskim, angielskim, chińskim i norweskim umożliwiały identyfikację pochodzenia jednostek albo ich portów docelowych. Wzdłuż brzegu ciągnęły się wysokie, porośnięte trawą groble, omywane teraz mętnymi falami kilwateru, jaki tworzył się za promem. Na jednej z grobli zauważyłem czaplę siwą, reiger, która w swojej charakterystycznej pozie, jakby skurczona, z dziwacznie wygiętą szyją, przypominała złożony scyzoryk. Nieco dalej stał wędkarz w długiej czarnej pelerynie z równie czarną wędką wycelowaną niczym palec w przeciwległy brzeg rzeki. Za groblami widać było skupiska małych domków rozrzucone wśród pól jak miniaturki na planszy do gry w Monopoly. Ich mieszkańcy nie mieli jednak widoku na wodę, ponieważ, tak jak w większości domów zbudowanych na terenach nadmorskich i nadrzecznych, zasłaniały go wysokie mury wzniesione dla ochrony przed zalaniem.

Niebawem zostawiliśmy za sobą ciąg miasteczek o nazwach zdolnych doprowadzić do zadławienia się małego dziecka: Alblasserdam, Papendrecht, Ridderkerk i Krimpen aan den Ijssel. Jak wynikało z napisów na drogowskazach przy ścieżkach rowerowych wzdłuż brzegu, w pobliżu znajdowało się wiele innych znanych historycznych miejscowości: Gouda, słynąca ze swoich serów, Oudewater, gdzie ważono kobiety podejrzewane o czary, żeby stwierdzić, czy są dość lekkie, by móc latać na miotle, Loevestein z zamkiem, z którego Hugo Grotius, żyjący w XVII wieku ojciec prawa międzynarodowego, zbiegł schowany w drewnianym kufrze. Stopniowo krajobraz stawał się coraz mniej idylliczny. Zgrabne domki z przedmieść Dordrechtu ustąpiły miejsca pejzażowi o bardziej industrialnym charakterze: niewielkim fabrykom i magazynom, dźwigom, stertom piasku i fragmentom rurociągów oczekującym na załadunek na barki. Minął nas płynący w przeciwnym kierunku „pociąg” złożony z trzech niskoburtowych barek wypełnionych żwirem, które wyglądały na wyjątkowo niestabilne, kiedy chwiały się niebezpiecznie na falach naszego kilwateru.

Zatrzymaliśmy się przy niewielkim pomoście pontonowym koło parkingu i zabraliśmy na pokład kilkoro nowych pasażerów: zaaferowanego ojca w czerwonej czapce bejsbolówce i trójkę podekscytowanych dzieci, które machały na pożegnanie swojej oma (babci). Kiedy prom odbił od brzegu, dzieci wychyliły się przez nadburcie, podczas gdy ich zdenerwowany ojciec chwytał je za paski i błagał, żeby się mocno trzymały. Wees voorzichtig! – wołał. „Uważajcie!” Miał uzasadnione powody do obaw, ponieważ kilka dni wcześniej, jak podała lokalna prasa, dziewiętnastoletnia kobieta o mało nie utonęła niedaleko stąd. Na szczęście uratował ją dziewięćdziesięcioletni wędkarz, który porzuciwszy swoją wędkę, bez wahania wskoczył do wody. „Zrobiłem, co należało” – stwierdził później w wywiadzie dla lokalnych wiadomości Jaap Koppers. „Ale udało mi się również dlatego, że nie była za gruba”.

Rozkoszowałem się wiatrem i rześkim powietrzem, ale odkąd pozostawiliśmy za sobą tereny przemysłowe, najbardziej rzucającą się w oczy cechą okolicy był brak jakichkolwiek elementów godnych uwagi. Poza kilkoma gospodarstwami i strzelistymi wieżami kościelnymi na horyzoncie krajobraz był niemal zupełnie nijaki. Wysokie obwałowania częściowo przesłaniały widok od strony rzeki, ale i tak nie było czego oglądać. Raz jeszcze przeczytałem krótki fragment książki podróżniczej z lat dwudziestych, który wcześniej przepisałem do notesu: „Cudzoziemiec, który zapuści się w te okolice na rowerze, jest pechowcem, lecz jeśli czyni to ponownie, jest głupcem; tym bardziej że po drodze nie ma absolutnie nic interesującego”. Inny dawny podróżnik jeszcze bardziej lakonicznie podsumował wątpliwe walory tych okolic, proponując wzór matematyczny opisujący tutejszy krajobraz: „[trawa + woda]”. W moim przypadku monotonna sceneria przywołała wspomnienia ulubionej książki mego dzieciństwa, lektury z okresu, kiedy nawet nie myślałem o wyjeździe do Holandii, The Cow Who Fell in the Canal (O krowie, która wpadła do kanału). Jeszcze dziś, choć minęło ćwierć wieku od czasu, kiedy czytali mi ją rodzice, pamiętam niemal każde słowo.

Kraj wydarty morzu

Tysiące lat temu cały ten zakątek Europy wyglądał zupełnie inaczej. W czasie ostatniego zlodowacenia, a także po nim zachodnie Niderlandy były bezpośrednio połączone z Anglią Wschodnią wielkim pomostem lądowym, znanym jako „Doggerland”. Ta olbrzymia masa lądowa – rozciągająca się niemal od Dover po Danię – przez znaczną część roku była pokryta grubą warstwą śniegu, lecz wiosną i latem tamtejsze laguny, błotne równiny i mokradła stanowiły bogate tereny łowieckie dla zamieszkujących tam pierwszych Europejczyków. Rzeki, które płynęły przez Doggerland, między innymi Ren, Moza i Tamiza, obfitowały w pstrągi i łososie, a morze po obu stronach pełne było węgorzy, fok, skorupiaków i delfinów. Mamuty włochate wędrowały między Essex a Holandią szlakami przemierzanymi dziś przez wielkie promy pasażerskie.

Około dwudziestu tysięcy lat temu poziom morza zaczął się jednak podnosić i tundra łącząca Brytanię z kontynentem stopniowo znikała pod wodą. Przed mniej więcej dziesięcioma tysiącami lat centralną część Doggerlandu zajmowało olbrzymie słodkowodne jezioro, stale zasilane przez Tamizę od strony zachodniej i Ren od wschodniej. Kiedy poziom wody w morzu podniósł się jeszcze bardziej, jezioro połączyło się z akwenami Morza Północnego i kanału La Manche, zmuszając myśliwych-zbieraczy, którzy padli ofiarą zmian klimatycznych, do ucieczki na nowo powstałe niewielkie wyspy.

Później, osiem lub dziewięć tysięcy lat temu, seria olbrzymich osunięć ziemi u wybrzeży Norwegii wywołała gigantyczne tsunami, które przetoczyło się przez resztki Doggerlandu, na zawsze wymazując je z mapy. Europa utraciła terytorium wielkości przeciętnego kraju, a Brytania stała się wyspą. Po upływie zaledwie kilku stuleci z wielkiego pomostu lądowego pozostały jedynie nędzne resztki, w tym Ławica Dogger u wybrzeży Wielkiej Brytanii i Wyspy Fryzyjskie, piaszczyste, trawiaste, płaskie spłachetki lądu, rozrzucone wzdłuż wybrzeża na północ od Amsterdamu niczym łańcuszek kamieni, po których przechodzi się przez strumień. Krajobrazy wschodniej części Anglii i południowo-zachodniej Holandii wciąż jeszcze wykazują uderzające podobieństwo. Tysiące lat po tamtym niszczycielskim tsunami holenderscy rybacy nadal znajdują zaplątane w sieci fragmenty jelenich rogów, kamienne narzędzia i kości mamutów.

Długo po oddzieleniu się Wysp Brytyjskich od reszty kontynentu Holandia ulegała dalszym przekształceniom, nie za sprawą tsunami czy ruchów tektonicznych, lecz wskutek działalności człowieka. U zarania XVII wieku znaczna część obszaru współczesnej Holandii znajdowała się pod wodą, a linia brzegowa kraju zmieniała się z roku na rok, zależnie od tego, czy przewagę zyskiwało morze, czy też piaszczyste łachy. Wiele fragmentów lądu, ledwie wystających spod wody, stanowiły torfowiska i mokradła. Pewien Anglik, który w 1652 roku podróżował po Holandii, nazwał ją „największym trzęsawiskiem Europy” i scharakteryzował jako „pośladek świata, pełen żył i krwi, ale całkiem pozbawiony kości”.

Poważne próby osuszenia tego wielkiego bagniska podejmowano już ponad dwa tysiące lat temu, kiedy germański lud Fryzów zaczął usypywać z błota i gliny wysokie pagórki zwane terpami, na których budował swoje domostwa. Z czasem z powiększanych i łączonych ze sobą terpów powstały pierwsze groble, chroniące przed zalewaniem przez morze wały z błota, wzmacniane słomą, odpadkami, drewnem, a nawet krowimi skórami. W 57 roku p.n.e., kiedy Rzymianie najechali tereny późniejszej Holandii, mieszkający na terpach Fryzowie byli jednym z nielicznych europejskich ludów, które stawiły skuteczny opór rzymskiemu podbojowi. Przebieg granicy imperium w tamtym rejonie wyznaczał ciąg zakładanych nad rzekami obozów wojskowych, wyposażonych w mosty i kanały umożliwiające legionistom szybkie przemieszczanie się w razie wybuchu powstania.

Nawet jednak rzymska sztuka inżynieryjna nie była w stanie całkowicie okiełznać morza i zachodnia część kraju była nadal regularnie zalewana. Holenderski historyk Jacob Vossestein cytuje narzekania jednego z rzymskich żołnierzy: „Na wzgórzach, a raczej na usypanych ręką człowieka pagórkach, żyje nieszczęśliwy lud. Podczas przypływu są jak członkowie załogi okrętu, podczas odpływu zaś przypominają rozbitków zbierających ryby, które rzucają się na piasku, pragnąc uciec wraz z cofającymi się wodami”. W końcu tutejsze warunki okazały się zbyt trudne nawet dla potężnych Rzymian, którzy na początku V wieku wycofali się po cichu z przesiąkniętych wodą nizin. Groble i kanały, które po sobie pozostawili, miały się stać fundamentem jedynego w swoim rodzaju, największego na świecie kraju wydartego morzu.

Około sześciuset lat później dokonała się kolejna, rewolucyjna zmiana ukształtowania powierzchni Holandii, kiedy odkryto, że pokrywający znaczne tereny na północy kraju torf – żyzny materiał powstały w wyniku rozkładu szczątków roślinnych – jest znakomitym paliwem. Odkrycie to zapoczątkowało swego rodzaju „gorączkę torfu”. Na rozległych obszarach wykopywano go, suszono i cięto na spore kostki, które następnie wykorzystywano do gotowania strawy i ogrzewania domów. Torfem palono dosłownie wszędzie, od pieców do wypalania naczyń w Delft, gdzie produkowano słynną biało-niebieską ceramikę, po destylarnie pod Rotterdamem, w których pędzono niezwykle mocny holenderski jenever, alkohol na bazie jagód jałowca, wynaleziony podobno przez holenderskiego chemika, który eksperymentował z jałowcem ze względu na jego walory lecznicze, a później spopularyzowany pod angielską nazwą gin. Krajobraz zmienił się radykalnie, kiedy blizny pozostawione przez kopaczy wydobywających torf wypełniły się wodą, tworząc setki płytkich jezior.

Intensywna eksploatacja torfowisk miała poważne skutki uboczne. Na skutek usuwania torfu z i tak już podmokłych terenów poziom gruntu jeszcze bardziej się obniżył, a w konsekwencji zwiększyło się ryzyko zalania. Groble i obwałowania wokół większych osad chroniły je przed wodą, kiedy jednak korniki zaatakowały drewniane wzmocnienia wałów, doszło do poważnego kryzysu. Jeśli kraj miał przetrwać, potrzebne były nowe techniki osuszania.

Wiatraki

Prom zbliżał się szybko do miejsca, gdzie wpadająca do głównego koryta Mozy rzeka Lek tworzyła kolejne rozwidlenie w kształcie litery Y.Ponieważ chciałem zrobić sobie przerwę w podróży, przesiadłem się na inny statek – szeroki, płaski prom z otwartym pokładem przeznaczony do transportu samochodów przez przewężenie rzeki w miejscu, gdzie droga niknęła w wodzie. Siwobrody mężczyzna w twarzowej marynarskiej czapce zebrał od pasażerów opłatę za przejazd – osiemdziesiąt centów za rejs w jedną stronę – wręczając nam różowe bilety wielkości kciuka. Przy akompaniamencie pomruku silnika prom odbił od nabrzeża i niemal natychmiast znalazł się na kursie kolizyjnym z inną jednostką, „Anacondą”, która parła mozolnie pod prąd, wyładowana po wręby cegłami. Przygotowywałem się już na nieuchronną kąpiel i konieczność dotarcia do brzegu wpław, lecz sternik dał całą wstecz i barka minęła nas o centymetry. Minutę czy dwie później dobiliśmy do śliskiej betonowej rampy na drugim brzegu. Sześcioosobowy gang motocyklowy czekał tam na kurs powrotny, siedząc na odrestaurowanych, zabytkowych maszynach. Motocykliści w nabijanych ćwiekami skórzanych kurtkach, z papierosami w drżących z zimna wargach, spełniali zapewne swoje fantazje Jamesów Deanów w średnim wieku.

Na pierwszy rzut oka miejscowość Kinderdijk prezentowała się dość osobliwie, jak na jedno z dziesięciu miejsc w Holandii wpisanych na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, ponieważ wyglądało na to, że oprócz betonowego nabrzeża osłoniętego niską, trawiastą groblą, nie ma tu nic godnego uwagi. Kiedy jednak minąłem groblę, znalazłem się w ślicznej, niewielkiej wiosce, z szeregami schludnych domków z piernika wzdłuż wąskich uliczek i ładną wieżą kościelną górującą nad dachami krytymi szarą dachówką. Oddalając się od rzeki, natknąłem się wkrótce na obiekty świadczące zwykle o bliskości atrakcji turystycznej: galerię z tandetnymi wyrobami artystycznymi, kawiarnię i lodziarnię z obrotowymi stojakami na pocztówki blokującymi wąski chodnik. Za zakrętem drogi ukazała się wreszcie sama atrakcja. W odległości kilkuset metrów od rzeki płaską zieloną łąkę, na której tu i ówdzie pasły się pojedynczo krowy i konie, przecinały cztery długie kanały, biegnące równolegle na odcinku mniej więcej półtora kilometra, niczym długaśne zęby widelca. Wzdłuż kanałów, w odstępach około stu metrów, stały dzwonowate, ceglane wiatraki – naliczyłem ich dziewiętnaście – których ramiona obracały się łagodnie na wietrze. Jak głosiła informacja na drogowskazie, było to największe skupisko tradycyjnych wiatraków w Europie. Mimo paskudnej pogody pejzaż był ucieleśnieniem wyobrażeń turysty o Holandii: garść najbardziej stereotypowych symboli Holandii upakowanych w jednej scenie jak z pocztówki.

Jak się później dowiedziałem, teren wokół Kinderdijk zawdzięcza swoją nazwę cudownemu ocaleniu, które podobno miało miejsce podczas katastrofalnej powodzi w 1421 roku. Pewien mężczyzna, idąc groblą, zauważył, niczym w historii o Mojżeszu, porwaną przez rwący nurt kołyskę, a na niej kota, który rozpaczliwie usiłował utrzymać równowagę. Mężczyzna uratował zwierzaka, a potem odkrył ze zdumieniem, że w koszyku leży całe i zdrowe, ciepło opatulone niemowlę. Okoliczni mieszkańcy uznali to wydarzenie za cud i nadali grobli nazwę kinderdijk, „grobla dziecka”.

Tereny te zostały zasiedlone w X lub XI wieku, kiedy chłopi zaczęli tu kopać rowy melioracyjne, chcąc przekształcić grząskie grunty w ziemie uprawne. Początkowo nadmiar wody spływał bez przeszkód do pobliskich rzek, lecz kiedy ich poziom się podniósł, odprowadzanie wody z pól stawało się coraz trudniejsze. Około 1740 roku znaleziono sprytne rozwiązanie: system wiatraków, które miały wypompowywać wodę z pól do sieci zamkniętych kanałów, a stamtąd przepompowywać ją ponad groblami do rzeki. Ponieważ każdy wiatrak był w stanie podnieść wodę zaledwie na kilkadziesiąt centymetrów, kanały służyły jako zbiorniki retencyjne między polami a rzeką, pełniąc analogiczną funkcję jak półpiętro, na którym pasażerowie przesiadają się do drugiej windy w bardzo wysokim budynku. Właśnie ten „punkt przejściowy” – gęste skupisko kanałów i wiatraków usytuowanych niżej niż rzeka, ale wyżej niż okoliczne pola – stanowi dziś tak niezwykle widowiskową, przyciągającą turystów atrakcję.

Holendrzy zaczęli budować pierwsze prymitywne wiatraki pompujące wodę pod koniec XIII stulecia na podstawie projektów urządzeń działających w Persji9. Później zaadaptowano bardziej skomplikowane modele z regionu Morza Śródziemnego i na ich wzór stworzono charakterystyczne ceglane wieże z czterema obracającymi się skrzydłami. Kiedy nowa technologia dowiodła swojej skuteczności, holenderskie wiatraki zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Ich budowa była wprawdzie kosztowna, lecz w obliczu stałego wzrostu liczby ludności rosło też zapotrzebowanie na ziemie uprawne. Ponosząc koszty budowy wiatraków, inwestorzy uzyskiwali w zamian wielkie połacie ziemi, które mogli przeznaczyć pod zabudowę lub uprawę i tym sposobem zrekompensować sobie koszty z godziwą nawiązką.

Według jednego z dziewiętnastowiecznych przewodników czasami wiatraki stanowiły nawet posag panien na wydaniu. W połowie XVII wieku były ich już setki, w tym ponad dwieście tylko w okolicach miasta Alkmaar na północy. Tak ogromna liczba wiatraków stała się bardzo szybko jedną z najwcześniejszych atrakcji turystycznych Niderlandów. W 1697 roku car Rosji Piotr Wielki odwiedził leżące na północ od Amsterdamu miasto Zaandam, aby zapoznać się z tamtejszymi rewolucyjnymi tartakami napędzanymi wiatrem. Władca jednego z najpotężniejszych imperiów na świecie, przebrany za zwykłego robotnika, mieszkał w prostej drewnianej chacie i pracował jako cieśla w stoczni.

Wkrótce Holandia stała się sławna za sprawą swoich bogatych doświadczeń w dziedzinie pompowania wody, a holenderscy inżynierowie pomagali w osuszaniu wielkich obszarów w innych krajach, w tym również w niektórych regionach Suffolk i Norfolk. Słowo polder, oznaczające sztucznie osuszony teren nadmorski (podobnie jak później „apartheid”), było jednym ze stosunkowo nielicznych holenderskich słów, które weszły do języka angielskiego. Szczególnie spektakularnym przykładem niezwykłej biegłości, z jaką Holendrzy budowali i eksploatowali wiatraki, było osuszenie olbrzymiego polderu Beemster na północ od Amsterdamu na początku XVII wieku. Ponad czterdzieści wiatraków osuszyło rozległy teren, który został następnie gęsto zabudowany wsiami zaprojektowanymi na planie regularnej szachownicy. W okresie gdy większość Europy borykała się z nędzą i konfliktami zbrojnymi, było to bezsprzecznie nadzwyczajne osiągnięcie. Koszty poniesione przez zamożnych kupców, którzy sfinansowali budowę wiatraków, zwróciły im się z nawiązką, a plan szachownicowy stał się podobno inspiracją dla miasta założonego później przez Holendrów za oceanem – Nowego Jorku.

Po sukcesie projektu Beemster inwestorzy szukali okazji do godziwego zarobku w innych miejscach. Jednym z nich był Amsterdam, gdzie osuszono rozległe tereny, zbudowano system koncentrycznych, półkolistych kanałów, a wzdłuż nich wysokie kamienice, tworząc kolejną atrakcję turystyczną, a zarazem wieczne zagrożenie dla rowerzystów pedałujących niepewnie do domu po zbyt wielu heinekenach. Wąskie ulice rozchodziły się promieniście od centralnego placu Dam niczym szprychy w kole roweru, przecinając kanały dziesiątkami malowniczych mostów. System śluz umożliwiał regularne przepłukiwanie kanałów wodą z rzeki Amstel, dzięki czemu utrzymywano je we względnej czystości. Ponieważ osuszone grunty były bardzo miękkie, nowe budynki trzeba było często budować na wbitych w ziemię długich drewnianych palach. Dworzec Centralny w Amsterdamie został na przykład osadzony na ponad dziewięciu tysiącach pali, które utrzymywały go na powierzchni mokrego gruntu będącego wcześniej fragmentem dna morskiego. Zainwestowawszy znaczne sumy w budowę tak skomplikowanych fundamentów, właściciele domów pragnęli zwiększyć swoje dochody poprzez dobudowywanie dodatkowych kondygnacji, ku utrapieniu późniejszych pokoleń zmuszonych do wspinania się po wąskich, prawie pionowych schodach z torbami pełnymi zakupów. Realizacja projektów tego rodzaju wywarła nawet wpływ na kształt ustroju politycznego kraju, ponieważ wzorując się na wymagającym koordynacji działań systemie budowy i utrzymania infrastruktury przeciwpowodziowej, stworzono „model polderowy” rządów, który opierał się na doprowadzaniu do zbliżenia stanowisk między licznymi partiami politycznymi. W Holandii normą były rządy koalicyjne, podobnie jak wzajemnie uzgadniane zasady, które (zdaniem krytyków) nikogo w pełni nie zadowalały.

W Kinderdijk grupa chińskich turystów, którzy ani na chwilę nie rozstawali się ze swoimi iPhone’ami, rywalizowała o najlepszy punkt widokowy z parą akwarelistów siedzących przed sztalugami. Przystanąłem, żeby poobserwować ich przy pracy, i przypomniałem sobie przeczytaną gdzieś informację, że Rembrandt, który przyszedł na świat w wiatraku w okolicach Lejdy, podobno wykształcił w sobie nadzwyczajną wrażliwość na grę światła i cienia, gdy jako małe dziecko leżał pod obracającymi się ramionami, które na przemian przesłaniały i odsłaniały słońce. Przechodząc obok wiatraków, zorientowałem się, że wiele z nich jest nadal zamieszkanych. Rowery stały oparte o płoty, w ogrodach drzemały psy, a zza perkalowej zasłonki wyglądała uśmiechnięta starsza kobieta. Przed kilkoma wiatrakami, mimo chłodu i zachmurzenia, mieszkańcy oddawali się szczególnie popularnej wśród Holendrów formie spędzania czasu – plotkowaniu z sąsiadami nad filiżankami kawy wielkości naparstka.

W okresie największego rozwoju wiatraków mieszkali w nich również sami młynarze z rodzinami. W okrągłych pokojach wyposażonych w dopasowane do ich kształtu meble. Aby zwiększyć powierzchnię skrzydeł wiatraków przy słabym wietrze, przymocowywali do nich płachty płótna, a w bezwietrzne dni wykorzystywali je nawet do komunikowania się między sobą. Ustawiając nieruchome skrzydła w okreś-lonych pozycjach, młynarz mógł przekazać wiadomość o ślubie, narodzinach lub śmierci w rodzinie, a usuwając niektóre fragmenty płótna, podać dodatkowe informacje o płci i wieku zmarłego. Wiatraki były wykorzystywane nie tylko do osuszania terenu, ale także do mielenia zboża, tytoniu, ziaren gorczycy i rozdrabniania kamienia budowlanego oraz do piłowania drewna dla rozwijającego się intensywnie krajowego przemysłu stoczniowego. Karol Marks, który odwiedził Holandię w latach trzydziestych XIX wieku, informował o dwunastu tysiącach wiatraków rozsianych po kraju. Inny przepełniony podziwem przybysz napisał w 1836 roku, że Holendrzy najwyraźniej znaleźli „sposób, aby stworzyć raj, nowy lepszy świat, aby w ciągu jednego roku dokonać więcej niż dotychczas dokonano przez tysiące lat”.

Nawet tysiące wiatraków nie mogły jednak zaspokoić głodu ziemi Holendrów. W XVII wieku podwoiła się liczba mieszkańców kraju i żeby wykarmić całą ludność oraz zapewnić jej dach nad głową, potrzeba było jeszcze więcej terenów. Gdy rewolucja przemysłowa nabrała rozpędu, pojawiło się nowe rozwiązanie w postaci pomp parowych. Mimo początkowego oporu chłopów, którzy bali się, że hałas maszyn wystraszy krowy, pompy szybko weszły do powszechnego użytku i umożliwiły osuszenie nowych polderów, w tym ponad osiemdziesiąt tysięcy hektarów w XIX wieku. W latach sześćdziesiątych XIX stulecia przy użyciu pomp parowych udało się osuszyć olbrzymie jezioro na południe od Amsterdamu, łącznie z częścią, którą ze względu na dużą liczbę spoczywających tam wraków nazywano „cmentarzyskiem statków”. Określenie to przetrwało w nazwie zbudowanego na nowym polderze lotniska: Shiphol – samoloty startują tu i lądują na terenie, który wcześniej znajdował się kilka metrów pod wodą.

Kilkadziesiąt lat później przystąpiono do realizacji prawdopodobnie najambitniejszego ze wszystkich zrealizowanych dotąd projektów: zamknięcia ujścia Zuiderzee, wielkiej zatoki wrzynającej się głęboko w linię brzegową na północ od Amsterdamu. Wykorzystano wówczas techniki zastosowane podczas budowy Kanału Panamskiego. Inżynier Cornelis Lely kierował pracą ekip robotników, którzy pływając na setkach łodzi, wznosili olbrzymią zaporę w poprzek wylotu zatoki. Już po rozpoczęciu prac na Zuiderzee rozegrano zawody żeglarskie podczas igrzysk olimpijskich w 1928 roku, lecz zaledwie po kilku latach zapora – nazwana Afsluitdijk, czyli „zaporą zamykającą” – została ukończona i fragment morza stał się jeziorem ogrodzonym idealnie prostymi groblami o łącznej długości prawie trzydziestu kilometrów. Niemal natychmiast przystąpiono do jego osuszania i już kilka lat później tysiące ludzi zamieszkały na terenach, które jeszcze do niedawna były dnem morskim. Pamiątkowy napis na zaporze stanowił zwięzłe podsumowanie filozofii, którą kierują się Holendrzy: „Żyjący naród sam buduje własną przyszłość”.

Ziemia olbrzymów

Osuszone tereny, na których nie budowano domów, przeznaczane były często na pastwiska dla zwierząt, które stały się jednym z nieprzemijających symboli Holandii – krów mlecznych. Kiedy produkcja mleka gwałtownie wzrosła, Holendrzy zaczęli pochłaniać olbrzymie jego ilości, a także jogurtu, no i przede wszystkim sera. Ostatecznie spożywali o blisko trzydzieści procent więcej produktów mlecznych rocznie niż Brytyjczycy, Amerykanie czy Niemcy. Holenderskie sery pokrywane woskiem, często noszące nazwy miast, w których je sprzedawano, jak Edam czy Gouda, stały się podstawowym artykułem spożywczym.

Owo rosnące upodobanie do laktozy sprawiło, że sami Holendrzy stali się niewiarygodnie wysocy. W połowie XIX wieku przeciętny Holender miał niewiele ponad sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, był więc prawie o osiem centymetrów niższy od przeciętnego Amerykanina. Jeden na czterech mężczyzn pragnących wstąpić do holenderskiej armii był odsyłany z kwitkiem ze względu na zbyt niski wzrost. Po jakichś stu pięćdziesięciu latach opijania się mlekiem i objadania serem Holendrzy przerośli jednak zarówno Amerykanów, jak i wszystkich innych. Pod koniec XX wieku przeciętny Holender mierzył już nieco ponad sto osiemdziesiąt centymetrów, a przeciętna Holenderka około stu siedemdziesięciu centymetrów. Tak więc Holendrzy, będący jeszcze niedawno jedną z najniższych nacji w Europie, stali się teraz najwyższymi ludźmi na świecie.

Kiedy wybierałem się w podróż po kraju, co rusz zmieniano przepisy budowlane, zwiększając standardowe wysokości otworów drzwiowych oraz sufitów, hotele oferowały dwudziestocentymetrowe przedłużki do łóżek, a państwowe linie lotnicze KLM, na mocy specjalnego porozumienia z Klubem Wysokich (Tall People’s Club), udostępniały tyczkowatym Holendrom siedzenia z ponadstandardowym miejscem na nogi. Jak wynika z doniesień prasowych, holenderskie ambulansy nierzadko jeżdżą z otwartymi tylnymi drzwiami, aby nogi pacjentów transportowanych do szpitala mogły swobodnie wystawać na zewnątrz.

Naukowcy, jak można się było spodziewać, nie byli jednomyślni w kwestii przyczyn opisywanego zjawiska. W ich opinii mogły na nie wpłynąć: lepsze odżywianie, demokratyzacja bogactwa, poprawa higieny oraz czynniki genetyczne. Jak sugerują wyniki badań opublikowane w 2015 roku, nie bez znaczenia jest tu również dobór naturalny, ponieważ wyżsi holenderscy mężczyźni statystycznie rzadziej są singlami i częściej mają dzieci. W powszechnym przekonaniu to jednak rozwój polderów oraz będące jego konsekwencją powszechne zamiłowanie do spożywania nabiału przyczyniły się w największej mierze do przekształcenia jednego z najbardziej płaskich miejsc na ziemi w krainę olbrzymów.

Zimny, płaski i zatłoczony

W Kinderdijk zaczęło padać. Z zamyślenia wyrwała mnie kakofonia trzasków, gdy trzydzieścioro chińskich turystów otworzyło trzydzieści czarnych parasoli. Zostawiwszy za sobą wiatraki, skierowałem się w stronę Mozy, przystając przy sklepiku z pamiątkami, żeby kupić widokówkę dla mamy. Stojący w pobliżu znak kierował w stronę nowoczesnych zamienników wiatraków: dwóch gigantycznych metalowych turbin śrubowych, każdej wielkości mikrobusu, które przenoszą nadmiar wody ponad groblami i odprowadzają do rzeki. Kiedy robiłem ich zdjęcie, na parkingu zatrzymał się duży żółty autobus wycieczkowy, z którego wysiadło wiekowe małżeństwo, bez wątpienia Amerykanie, sądząc po nieskazitelnych butach do biegania i starannie wyprasowanych koszulkach polo, których luźne rękawy trzepotały na wietrze jak skrzydła. Mężczyzna uniósł pomarszczoną dłoń i wskazał na wiatraki w oddali. „Kochanie, masz ochotę podejść bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć?” „Myślę, że zobaczyliśmy już tyle, ile trzeba” – odparła jego żona, odwracając się, żeby wsiąść z powrotem do autobusu.

Ja tymczasem, również zobaczywszy tyle, ile trzeba, wróciłem nad rzekę i wsiadłem na kolejny prom linii „Waterbus”, płynący w dół Mozy w kierunku Rotterdamu. Mały jacht minął nas, warkocząc silnikiem. Na pokładzie pięciu wytatuowanych mężczyzn tańczyło przy dźwiękach uwielbianej przez Holendrów house o połamanych rytmach. Za jachtem płynęła przysadzista barka wypełniona kontenerami z nazwą „YANG MING” na bocznych ścianach. Jeden z członków załogi mył tłustą blachę do pieczenia w białej, spienionej wodzie za rufą. Prom przepłynął obok niewielkiej stoczni. Na nabrzeżu leżała uszkodzona łódź, niczym wieloryb wyrzucony na plażę, a trzech mężczyzn w kombinezonach krzątało się wokół dziury ziejącej w jej burcie. Mnie rzeka kojarzyła się z wypoczynkiem, lecz dla innych oznaczała tylko pracę. Przez większość czasu jednak nic poza wysokimi groblami i płaskimi polderami nie urozmaicało pejzażu.

Nudny, absolutnie płaski krajobraz był oczywistą konsekwencją tworzenia kraju na terenach położonych poniżej poziomu morza. Krótko po przyjeździe do Holandii przeczytałem w atlasie, że najwyższa góra kraju wznosi się na imponującą wysokość ośmiuset osiemdziesięciu siedmiu metrów nad poziomem morza, czyli jest nieco niższa od najwyższego wzniesienia Walii. Jak się jednak okazało, ten niebotyczny szczyt, noszący nader stosowną nazwę Mount Scenery, to stożek wulkaniczny na terytorium holenderskim na Karaibach. W samej Holandii najwyższe wzniesienie mierzy jedynie skromne trzysta dwadzieścia dwa metry, ale nawet ono znajduje się w Limburgii, wąskim pasie ziemi, wysuniętym z południowo-wschodniego krańca kraju w głąb terytorium Niemiec. Najgęściej zaludnione tereny na północnym zachodzie są natomiast naprawdę niezwykle płaskie, pozbawione jakichkolwiek wzniesień poza pojedynczymi wydmami. W przypadku wielu miejsc w ogóle nie da się zmierzyć wysokości ponad poziomem morza: tablica w miejscowości Nieuwerkerk aan den IJssel pod Rotterdamem informuje z dumą, że jest to najniżej położony punkt w Europie, znajduje się bowiem na głębokości siedmiu metrów poniżej poziomu morza.

Dla mnie – osobnika, który wychował się w solidnie pofałdowanej angielskiej wiosce, gdzie żeby wydoić krowę, trzeba było wykonać szybką przebieżkę po stoku o nachyleniu czterdziestu pięciu stopni – ten brak wzniesień był czymś autentycznie niepokojącym. Zamiast usianych wzgórzami krajobrazów i łagodnych łuków dróg, do których przywykłem u siebie, Holandia ma do zaoferowania jedynie kompletnie bezpłciowy teren i nudne, proste jak strzała drogi. Na kursach na prawo jazdy nie uczy się tu ruszania pod górę, a rowery nie mają przednich hamulców. Kiedy pada śnieg, lokalne parki wypełniają się holenderskimi rodzicami, którzy sapią i zrzędzą, ciągnąc swoje pociechy na sankach, bo nie ma skąd zjeżdżać.

Przed przeprowadzką do Holandii byłem zapalonym biegaczem i rowerzystą, ale obydwie formy aktywności tracą sens, kiedy brakuje zarówno wyzwania, jakim jest zbocze, na które trzeba się wspiąć, jak i nagrody w postaci widoku ze szczytu. Główna ulica w