Siostrzyczki - Michael Palmer - ebook + książka

Siostrzyczki ebook

Michael Palmer

3,9

Opis

Po tym, jak jedna z jego pacjentek umiera po operacji, David Shelton − chirurg z bostońskiego szpitala − zostaje oskarżony o zabójstwo z premedytacją. Wkrótce okazuje się, że to nie jedyny tajemniczy zgon w szpitalu. Inni pacjenci również umierają krótko po pomyślnie przeprowadzonych zabiegach. Tajemnicę znają pielęgniarki należące do Stowarzyszenia Sióstr Życia, tajnej organizacji działającej na terenie całych Stanów Zjednoczonych, której członkinie zabijają nieuleczalnie chorych pacjentów ze względów etycznych. Ale do wspomnianego stowarzyszenia należy pewna grupa pielęgniarek, które bezpardonowo zabijają dla prywatnych celów. David Shelton na własną rękę usiłuje rozwiązać zagadkę niespodziewanych zgonów w bostońskim szpitalu, sam stając w obliczu poważnego niebezpieczeństwa…

„Wspaniała, trzymająca w napięciu opowieść!” – Clive Cussler

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (88 ocen)
32
23
23
8
2

Popularność




Tytuł oryginału

THE SISTERHOOD

Copyright © 1982 by Michael Palmer

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Lidia Ryś

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Grafika na okładce

Copyright © depositphotos/tropper2000

Copyright © depositphotos/mylisa

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

eISBN: 978-83-7674-851-1

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Dedykuję z miłością

moim synom Matthew i Danielowi

oraz

moim rodzicom

PODZIĘKOWANIA

Książka ta jest córką chrzestną wymienionych poniżej niezwykłych ludzi. Moja wdzięczność wobec nich jest znacznie głębsza, niż może wyrazić słowo pisane.

Dziękuję:

– Jane Rotrosen Berkey, mojej agentce i przyjaciółce, która wiedziała, że mogę znacznie więcej, niż sam w to wierzyłem,

– redaktorkom Lindzie Grey i Jeanne Bernkopf za styl, dowcip i wiedzę, które wniosły do tej książki,

– Donnie Price i doktorowi Richardowi Dugasowi za krytyczne przeczytanie po krytycznym przeczytaniu,

– adwokatowi Mitchellowi Benjoyowi z Bostonu i doktorowi Stephenowi I. Cohenowi z Providence w stanie Rhode Island za pomoc techniczną,

– Clarze i Fredowi Jewettom oraz wielu innym osobom, które nauczyły mnie żyć – i pisać – dzień po dniu.

Na koniec chciałbym szczególnie podziękować Jimowi Landisowi, bez którego udziału ta książka naprawdę by nie powstała.

M. S. P.

Boston 1982

PROLOG

– Wszystko już dobrze, mamo… jestem przy tobie…

Szczupłe palce przesunęły się po wykrochmalonym szpitalnym prześcieradle. Powoli objęły opuchniętą, bladą dłoń przymocowaną do boku łóżka skórzanym pasem i plastrem.

Pacjentka, której drugą rękę i obie nogi podobnie przymocowano do łóżka, wpatrywała się nieruchomymi oczami, nawet bez śladu mrugnięcia, w spękany sufit. Jedyną oznaką, że żyje, było rytmiczne unoszenie się i opadanie kołdry na piersi oraz muśnięcia języka o spękane wargi. Twarz, która musiała być kiedyś piękna, otaczały splątane, siwiejące włosy.

Skóra na policzkach dawno się zapadła i przylegała ciasno do kości, a oczy niemal ginęły w ciemnych, naznaczonych bólem kręgach. Choć na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że kobieta miała sześćdziesiąt pięć lat, dopiero pięć miesięcy temu skończyła czterdzieści pięć – wtedy to stwierdzono u niej chorobę.

Siedząca przy mosiężnym łóżku dziewczyna ścisnęła dłoń chorej, zaraz jednak odwróciła głowę, gdyż z oczu polały jej się łzy. Była ubrana w gruby, granatowy płaszcz i zimowe buty, z których kapał topiący się śnieg, tworząc na wyłożonej linoleum podłodze niewielką kałużę.

Przez pięć minut dziewczyna siedziała w bezruchu – jedyne dźwięki dochodziły z innych pokojów. W końcu zdjęła płaszcz, przysunęła krzesło do wezgłowia łóżka i spytała:

– Mamo, słyszysz mnie? Ciągle tak bardzo boli? Mamo, proszę cię… co mogę dla ciebie zrobić?

Minęło kilkadziesiąt sekund, nim chora odpowiedziała. Jej głos, choć cichy i chropawy, wypełnił pomieszczenie.

– Zabij mnie. Na Boga, proszę, zabij mnie!

– Mamo, przestań. Nie wiesz, o co prosisz. Wezwę pielęgniarkę, to coś ci da.

– Nie, moje dziecko. Leki nie pomagają. Od dawna nic nie jest w stanie złagodzić bólu. Dlatego możesz to dla mnie zrobić. Musisz to dla mnie zrobić.

Dziewczyna, zdezorientowana i przerażona jak nigdy w ciągu dotychczasowych piętnastu lat życia, popatrzyła na kroplówkę, z której do żyły w ramieniu matki skapywał przezroczysty płyn. Wstała i zrobiła kilka niepewnych kroków w kierunku drzwi, zatrzymała ją jednak ponowna prośba matki.

Wróciła z wahaniem do łóżka i zatrzymała się półtora metra przed nim. Z któregoś z pokojów w głębi korytarza dobiegł krzyk świadczący o przeraźliwym bólu, po chwili następny. Dziewczyna zamknęła oczy i zacisnęła zęby z nienawiści do tego okropnego miejsca, w którym tak niechętnie przebywała.

– Podejdź i pomóż mi – błagała matka. – Pomóż mi przerwać ten straszliwy ból. Tylko ty możesz to zrobić. Weź poduszkę, dziecko. Połóż mi ją na twarzy i przyciśnij najmocniej, jak potrafisz. To długo nie potrwa.

– Mamo, nie…

– Proszę! Kocham cię i jeśli też mnie kochasz, nie pozwól, by mnie tak bolało. Wszyscy mówią, że nie ma nadziei… nie pozwól, by mama dalej tak cierpiała…

– Kocham cię, mamo… kocham cię…

Dziewczyna, powtarzając szeptem słowa miłości, delikatnie uniosła głowę matki i wyjęła spod niej cienką, twardą poduszkę.

– Kocham cię, mamo… kocham cię… kocham… – szepcząc jak automat, położyła poduszkę na wychudzonej twarzy i przycisnęła ją z całej siły. Zaczęła przypominać sobie dobre i szczęśliwe czasy – długie wiosenne spacery, lekcje gotowania, kubki parującej czekolady w zimowe, zaśnieżone popołudnia.

Była szczuplutka i wiotka, jej ciało dopiero nabierało cech kobiecości. Dla lepszego nacisku wbiła palce w poszewkę i wyprostowała nogi w kolanach. Położyła się na poduszce. Z każdym przemykającym wspomnieniem naciskała mocniej… Jazdy wyboistą drogą nad jezioro… pikniki na brzegu… wyścigi do tratwy…

Ruch pod poduszką słabł, w końcu ustał.

Łkania mieszały się z odgłosami uderzającego w okno deszczu ze śniegiem, a dziewczyna leżała na łóżku, nie zdając sobie sprawy z tego, że oderwała z poduszki kawałek płótna i zaciskała go w dłoni.

Upłynęło prawie półtorej godziny, gdy wstała, wsunęła poduszkę na miejsce i pocałowała martwe usta matki. Potem szybko opuściła salę, zdecydowanie pomaszerowała korytarzem i wyszła z budynku w surowe zimowe popołudnie.

Był 17 lutego 1932 roku.

ROZDZIAŁ 1

Boston, 1 października

Pierwsze promienie porannego słońca wpadły do pokoju, tuż zanim w radiu z budzikiem rozległy się dźwięki muzyki. David Shelton nie otwierał oczu. Słuchał, aż uznał, że może postawić na Cztery pory roku Vivaldiego, prawdopodobnie Lato. Od dawna grał w tę grę niemal co rano, ale tak rzadko udawało mu się prawidłowo odgadnąć utwór, że każda ewentualność zasługiwała na uczczenie.

Kojący męski głos, tak dobrany przez rozgłośnię, by pasował do wczesnych godzin porannych, zidentyfikował muzykę jako symfonię Haydna. David uśmiechnął się do siebie. Całkiem nieźle – obaj kompozytorzy pochodzili z tego samego kontynentu, zgadł nawet wiek powstania muzyki.

Odwrócił głowę do okna i uniósł odrobinę powieki, szykując się do stanowiącej część porannego rytuału następnej zgadywanki. Przez rzęsy przesączyły się niewyraźne kolorowe refleksy słonecznego światła.

– Nic z tego – mruknął i przymknął mocniej powieki, by barwy zaczęły migotać.

– Co powiedziałeś? – zapytała przez sen leżąca obok niego kobieta i mocniej się do niego przytuliła.

– Skrzący się od słońca jesienny dzień. Dziesięć, nie… trzynaście stopni. Bez chmur. – Otworzył oczy, sprawdził poprawność przepowiedni, przewrócił się na drugi bok i wsunął rękę pod gładkie plecy kobiety. – Miłego października – powiedział, pocałował ją w czoło, równocześnie wolną dłonią przeciągnął w dół jej szyi, potem po piersiach.

Kiedy się budziła, obserwował jej twarz, zachwycony perfekcyjną urodą. Miała włosy w kolorze hebanu, wysokie kości policzkowe, pełne, zmysłowe usta. Lauren Nichols była pod każdym względem zachwycającą kobietą. Nawet o szóstej rano. Przez chwilę widział oczami wyobraźni twarz innej kobiety. W pewien szczególny sposób Ginny rano także pięknie wyglądała. Przesunął palce po płaskim brzuchu Lauren i kiedy zaczął delikatnie masować wzgórek pod miękkimi włosami, obraz zniknął.

– Przewróć się na brzuch, to ci zrobię masaż – zaproponowała Lauren, nieoczekiwanie siadając.

Na jego twarzy pojawiło się rozczarowanie, zaraz jednak zastąpił go szeroki uśmiech.

– Panie proszą panów – zanucił, przewrócił się na brzuch i wsunął sobie pod głowę zwiniętą poduszkę. – W nocy było cudownie – dodał, czując, jak pod jej dotykiem rozluźniają się stwardniałe mięśnie u nasady karku. – Jesteś niezwykła, wiesz?

Nie widział tego, ale Lauren ułożyła usta w uśmiech, jaki mógłby pojawić się na twarzy dorosłego, próbującego przejawiać entuzjazm nastolatka.

– Davidzie… – powiedziała, zwiększając siłę masażu – nie sądzisz, że mógłbyś się ostrzyc przed balem Towarzystwa Sztuki w przyszłym tygodniu?

Przewrócił się z powrotem na plecy i popatrzył na nią z wyrazem dezorientacji zmieszanej z niewiarą.

– Co moje włosy mają wspólnego z seksem?

– Skarbie, przepraszam. Naprawdę mi przykro, ale krąży mi po głowie tysiąc rzeczy naraz. Mnie też było pięknie. Słowo.

– Pięknie? Naprawdę? – David natychmiast odzyskał zapał.

– W twoim ciele ciągle jeszcze jest mnóstwo napięcia, doktorze, ale za każdym razem mniej. Ostatnia noc była zdecydowanie najlepsza ze wszystkich dotychczasowych.

Najlepsza ze wszystkich dotychczasowych… David przekrzywił głowę i trawił te słowa. Jest postęp, ale nie osiągnęli ideału. Cóż, w końcu więcej nie powinien się spodziewać. Poza tym w pół roku, jaki się znali, rzeczywiście zrobili postępy.

Z emocjonalnego punktu widzenia ich wspólne życie było wariacką jazdą pełną wzlotów i upadków i bardzo się różniło od spokojnych, swobodnie przepływających lat z Ginny. Na szczęście różnice między nimi – jej autorytatywni przyjaciele, jego cynizm, odmienne wymogi ich karier zawodowych – okazały się do pokonania. David miał wrażenie, że każdy nowy kryzys, potem rozwikłanie trudnej sytuacji, a na koniec powrót do normy… bardziej ich ze sobą wiąże. Choć istniały sprawy, które chętnie by zmienił, był wdzięczny losowi, że dał mu związek, w którym czuć zaangażowanie obu stron i chęć budowania przyszłości.

Właśnie to zostało bowiem pogrzebane – zdawało mu się, że bezpowrotnie – osiem lat temu w stercie poskręcanego metalu i porozpryskiwanego szkła.

Uznawszy, że Lauren powiedziała wszystko, co zamierzała, na temat ich fizycznego związku, wrócił do leżenia na brzuchu. Znów zaczęła go masować. Może był w końcu gotów? Może już nadszedł czas, lecz… na Boga, Shelton, nie śpiesz się… Nie odpychaj jej, ale i nie próbuj tłumić. Im dłużej zastanawiał się nad swymi uczuciami, tym bardziej znikał towarzyszący temu niepokój.

– Wiesz o tym – odezwał się po chwili – że ze wszystkich zakładów, jakie robiłem w życiu z samym sobą, jesteś moją największą przegraną?

– Dlaczego?

– Teraz chyba mogę ci to powiedzieć. Na naszej pierwszej randce założyłem się ze sobą o największą pizzę u Lugiego, typu „ze wszystkimi dodatkami poza anchois”, że w ciągu tygodnia zabraknie nam tematów do rozmowy.

– David!

– Nie byłem w stanie sobie wyobrazić, o czym prosty chirurg jak ja mógłby rozmawiać z elegancką dziennikarką zajmującą się sprawami ludzi z wyższych sfer.

– A teraz możesz?

– Wiem, że moje ciało tak cię podnieciło, iż nie mogłaś się oprzeć. – Roześmiał się, odwrócił do niej twarzą i objął, co zazwyczaj prowadziło do zapasów, kiedy jednak Lauren nie zdradziła ochoty na siłowanie się, puścił ją i cofnął się. – Coś się stało?

– Płakałeś w nocy przez sen. Jakiś kolejny koszmar?

– Chyba… chyba tak – odparł niepewnie, sprawdzając mięśnie szczęki. Dopiero teraz zauważył, że bolą. – Boli mnie szczęka, co oznacza, że przez większość nocy zaciskałem zęby.

– Pamiętasz, co to było?

– To samo co dawniej. Znacznie mniej wyraźne, ale ciągle to samo. Na szczęście nie przydarza się tak często jak kiedyś.

– A konkretnie?

David wyczuwał w jej głosie troskę, ale wyraz twarzy Lauren krył w sobie coś jeszcze. Niecierpliwość? Irytację? Odwrócił głowę.

– Autostrada – odparł. – To była autostrada. – Kiedy wrócił myślami do koszmaru nocnego, ton i melodia jego głosu nabrały nieludzkiej, mechanicznej jakości. – Najpierw widzę przednią szybę… wycieraczki trzaskają w tę i z powrotem… coraz szybciej i szybciej, by poradzić sobie z deszczem. Pasy na środku jezdni próbują się wyślizgnąć spod samochodu. Chcę je zmusić kierownicą, by wróciły między koła. Na chwilę pojawia się twarz Ginny… twarz Becky… śpią… są takie spokojne… – David zamknął oczy. Zamilkł, ale pamięć była bezlitosna. Z ciemności, zza zasłony deszczu, pojawiło się światło. Dwa snopy światła. Sunęły prosto na niego, rozjechały się na boki i pomknęły do tyłu – jedno z prawej, drugie z lewej strony samochodu. Jedna rozedrgana fala pomknęła za drugą rozedrganą falą. Potem nad światłem ujrzał twarz. Oszalałą pijaństwem twarz, skrzywioną i płonącą czerwonym ogniem, złote oczy, w których migoczą płomienie. Zacisnął dłonie i zaczął się modlić, by światła rozjechały się na boki jak wszystkie poprzednie, ale wiedział, że to nie nastąpi. Nie było takiej możliwości. Usłyszał pisk hamulców. Zobaczył otwarte i rozszerzające się w przerażeniu oczy Ginny. Uszy rozdarł mu krzyk. Jej? Jego? Nie wiedział tego do dziś.

– David?

Głos Lauren przerwał krzyk. Wzdrygnął się, potem odwrócił ku niej. Na czole miał grube krople potu, drżały mu ręce. Zrobił głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze. Drżenie ustało.

– Chyba na chwilę odjechałem, co? – Uśmiechnął się głupkowato.

– Byłeś ostatnio u lekarza? Może powinieneś się do niego wybrać?

– Do starego Brinkera Nastawiacza Klepek? Wyssał ze mnie wszystko… z głowy i portfela… i trzy miesiące temu stwierdził, że zdałem egzamin. Czym się martwisz? To tylko koszmar senny. Brinker uważa, że w mojej sytuacji to normalna reakcja.

– Martwię się, to wszystko.

– Lauren Nichols, boisz się, że mogę się rozpaść na kawałki w trakcie bankietu Towarzystwa Sztuki i odbiorą ci dożywotnie członkostwo!

Śmiech Lauren nie był przekonujący. Nie udowadniał, że podoba jej się jego dowcip.

– David, czy istnieje na świecie cokolwiek, co traktujesz poważnie? W jednym zdaniu wyśmiewasz mnie za troskę o ciebie oraz za traktowanie sztuki na tyle poważnie, że uważam za stosowne uczestniczenie w pracach Towarzystwa. Co z tobą jest?

Chciał ją przeprosić, ale ugryzł się w język. Wyraz jej oczu poinformował go, że temat jest poważny i potrzeba więcej niż proste: „przepraszam”. Przez kilka długich milczących sekund wpatrywali się sobie w oczy.

W końcu wzruszył ramionami i stwierdził:

– Znów zaczynam, tak? Deko nonszalancji dla zrównoważenia kilograma prawdziwych emocji? Wiem, że to robię, ale czasami wiedza nie wystarcza. Lauren, to nie było pomyślane jako złośliwość. Naprawdę. Te koszmary ciągle mnie przerażają. Niełatwo sobie z nimi radzić. Wierzysz mi?

Lauren jeszcze nie była udobruchana.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Czy istnieje na świecie coś w takim stopniu poważnego, byś z tego nie żartował?

– Większość rzeczy traktuję poważnie. Cholera, powinnaś już o tym wiedzieć!

– Ale tylko ty wiesz to dokładnie, prawda?

– Lauren! Jestem lekarzem, chirurgiem, do tego cholernie dobrym. Wiele rzeczy jest dla mnie ważnych. Dbam o wiele spraw. Przywiązuję wagę do ludzi i ich cierpienia, martwi mnie, kiedy kogoś boli, liczy się dla mnie życie. Mój świat jest pełen ran, chorób oraz podejmowania decyzji w sytuacjach bez dobrego wyjścia. W dniu, w którym stracę zdolność śmiania się, stracę umiejętność radzenia sobie z tym wszystkim. – Ugryzł się w język, by przestać mówić, już i tak był wystarczająco zły na siebie, że użył do drobnej porannej sprzeczki broni dużego kalibru.

– Idę wziąć prysznic – powiedziała po kilkunastu sekundach Lauren. Wstała z łóżka i zaczęła wkładać szlafrok.

– Życzysz sobie towarzystwa?

– Chyba bardziej przyda mi się nieco swobody i dużo gorącej wody z mydłem. Zrób śniadanie. Wypucuję się i zaczniemy dzień od nowa, przy filiżance gorącej kawy.

David siedział na łóżku i wpatrywał się w rozświetlony porannym słońcem widok za oknem. Nie poruszył się, dopóki z łazienki nie doleciał plusk wody. Ten dzień – być może najważniejszy dla niego od lat – nie zaczynał się tak, jak zaplanował. Powinien był powiedzieć Lauren o podniecającym rozwoju wydarzeń w szpitalu – wydarzeń, które mogły oznaczać początek końca pasma rozczarowań i frustracji, dotychczas rzucających cień na jego życie. Powinien był podkreślić, jak mu zależy, by się do niego wprowadziła, a ona powinna przynajmniej zgodzić się z tym, że już najwyższy czas.

– Uspokój się, Shelton, i pozwól, by sprawy rozwijały się swoim rytmem – powiedział sam do siebie, zaciskając dłonie. Kiedy to zauważył, rozluźnił je. – W końcu wszystko się układa. Nic i nikt poza tobą nie jest w stanie tego popsuć.

Z szuflady komody wyjął zielony strój chirurgiczny, włożył go i podszedł do okna. Trzy piętra niżej pierwsze ranne ptaszki przemykały między plamami cienia na Commonwealth Avenue. Zastanawiał się, ilu z tych ludzi przepełnia poczucie, że coś się zbliża – podniecenie wynikające z oczekiwania na początek czegoś nowego. POCZĄTEK… słowo wywołało tęskny uśmiech. Ile razy czuł się podobnie? Szkoła średnia… uniwersytet… Akademia Medyczna. Ginny… Becky. Tyle początków. Początków tak obiecujących jak ten. David westchnął. Czy dzisiejszy poranek to początek strony, rozdziału czy całkiem nowej opowieści? Bez względu na to, jaka okaże się odpowiedź, był gotów. Ze wszystkich początków, jakie pojawiły się w jego życiu od wypadku i koszmarnego roku po śmierci żony i córki, ten był pierwszym, w który wierzył.

Mieszkanie – choć niezbyt wielkie – dawało poczucie przestrzeni, co wynikało głównie z dużej liczby okien i trzymetrowej wysokości, charakterystycznych cech wielu mieszkań w Back Bay. Długi, wąski korytarz łączył sypialnię z salonem zapchanym meblami zasługującymi już niemal na miano antyków, wnęką do spożywania posiłków oraz maleńką kuchnią, której okno wychodziło na uliczkę biegnącą na tyłach budynku. Drzwi wejściowe znajdowały się w połowie korytarza, na wprost nich były drzwi do łazienki.

Nucąc symfonię Haydna w niecodziennej wersji melodycznej, David poczłapał do kuchni. Normalnie poszedłby przed śniadaniem pobiegać, uznał jednak, że dziś może zrobić wyjątek. Był dobrze wysportowany i nieźle umięśniony, miał szerokie ramiona i bicepsy, które sprawiały, że wyglądał na ważącego więcej niż siedemdziesiąt dziewięć kilogramów. Ciemne, gęste włosy przetykały nitki siwizny, oczy zmieniały kolor – w zależności od światła były jasnobłękitne albo jasnozielone. Czoło oraz nasadę nosa przecinały delikatne zmarszczki – jeszcze niedawno słabo, teraz już jednak wyraźnie widoczne.

Stanął na środku kuchni i zatarł dłonie w parodii gestu zawodowego kucharza.

– A więs phosze, hobimy supeh szniadanko… – Otworzył drzwi lodówki. – Sósz za wybóh… – Jego głos odbił się od niemal pustych półek.

Kiedyś, po beznadziejnym spaleniu dwóch steków, oświadczył Lauren:

– Wiesz, napiszę książkę kucharską dla samotnego mężczyzny. Nazwę ją Gotowanie dla nikogo.

Zestawienie menu śniadaniowego nie było trudne. David wygłupiał się dalej:

– No to popaszmy… moszemy wybhać sok pomidohowy albo… sok pomidohowy. Anhielskie bueszki… pięhne, so?O, mamy jeszsze pięś jajka, szeba chyba usmaszyć jajesznisa…

Kiedy ustawiał jedzenie na stole, weszła Lauren.

– Ładna robota – stwierdziła, obejrzawszy dzieło. – Kiedyś będziesz wspaniałą żoną. – Spod ręcznika, którym obwiązała głowę, wysunęło się kilka mokrych pasemek. Jej uśmiech oznajmiał, że zgodnie z obietnicą zamierza rozpocząć dzień od nowa.

– Jakie masz plany na dziś? – spytał powoli David. W sumie był zadowolony, że udało mu się zachować w tajemnicy dobre wieści i nie wypaplał ich jak podekscytowany młokos. Powie wszystko niby obojętnie – tak samo jak Lauren często opowiadała o obiedzie, na którym była w Białym Domu, albo o zleceniu napisania o kampanii tego czy innego senatora.

– Jest coś, o czym chciałbyś mi powiedzieć?

– Słucham? – Próbował do końca udawać obojętnego.

Lauren uśmiechnęła się.

– Moja współlokatorka na uczelni przygotowała kiedyś dla mnie niespodziewane przyjęcie. Tuż zanim wszyscy wyskoczyli z wrzaskiem z kątów, miała taki sam wyraz twarzy jak ty teraz.

– Hm, chyba rzeczywiście mam dobre wieści. – Nonszalancja była już parodią. – Doktor Wallace Huttner… TEN Wallace Huttner… wyjeżdża jutro na kilka dni z miasta.

– I?

– I… poprosił, bym po południu poszedł z nim na obchód, aby móc na pewien czas przejąć jego pacjentów.

– David, to wspaniałe! Wallace Huttner! Jestem pod wrażeniem. Najbardziej uznane ręce, jakie pojawiły się w Bostonie od czasu Arthura Fiedlera!

– Cóż, teraz na dodatek wiemy, że jest wystarczająco inteligentny, by poznać się na prawdziwym chirurgicznym talencie. Przejmuję wszystkie jego obowiązki, aż wróci z trzydniowej konferencji na Cape Cod.

– A ty sobie siedzisz i próbujesz zrobić na mnie wrażenie zblazowanego. Śmieszny z ciebie facet, David.

Jajecznica – trzeba przyznać, że niezbyt apetycznie wyglądająca – leżała na talerzu Lauren, która zasypywała Davida pytaniami.

– Był o nim artykuł w „Time”. Wiedziałeś o tym?

– Operował kilku szejków i premierów, ale tak jak wszyscy w dalszym ciągu wkłada spodnie po jednej nogawce na raz.

– Bądź przez chwilę poważny, dobrze? Czy to może oznaczać podwyżkę?

Oczy Davida zwęziły się. Przez kilka sekund przyglądał się Lauren, szukając w jej minie głębszego podtekstu. Choć temat, że nie zarabia jak inni chirurdzy, pojawiał się w ich rozmowach nieczęsto, za każdym jednak razem, kiedy to nastąpiło, dochodziło do mniejszej lub większej bitwy. Lauren nie umiała albo nie chciała pojąć kapryśnych ekonomicznych reguł jego specjalności, zależnych – zwłaszcza w mieście z nadmiarem lekarzy, jak w wypadku Bostonu – w dużej mierze od referencji udzielanych przez kolegów po fachu.

Nawet po dwóch latach pracy w Boston Doctors Hospital wielu kolegów odnosiło się do niego z dużą rezerwą. Krążyły na jego temat dziwne plotki: „Shelton? Oczywiście, chyba możesz mu przekazać tę pacjentkę, ale nie jest najłatwiejszy w obejściu i, uczciwie mówiąc, nie wiem, czy sobie poradzi. Rozumiesz, te jego kłopoty, stan, w jaki popadł po śmierci żony i dziecka… Chętnie bym mu pomógł, naprawdę, ale jak będę wyglądał, jeśli ją do niego poślę, a on sobie nie poradzi?”.

Nie było to łatwe, lecz w końcu nie miał wybujałych nadziei. Troska Lauren o jego sytuację finansową była zrozumiała, aczkolwiek nieco zniechęcała. Próbował przekonać sam siebie, że wszystko się powoli ułoży. Oczywiście – poprawa sytuacji wymagała jedynie czasu.

Nie umiał ocenić jej miny, więc krążył wokół sedna sprawy.

– Huttner jest szefem chirurgii, więc należy się spodziewać, że lekarze kierujący pacjentów do chirurga będą brać mnieczęściej pod uwagę. – Każde uznanie ze strony większości z nich byłoby postępem – pomyślał ze smutkiem. Pojawiał się tak rzadko na sali operacyjnej, że kilka razy, kiedy tam wszedł, pielęgniarki stały dalej, czekając na operatora.

– Myślisz, że chce cię przysposobić na pomocnika?

– Lauren, on mnie niemal nie zna! Po prostu doszedł do wniosku, że warto rzucić kilka okruchów lekarzowi, który co nieco się stara.

– Jak wolisz, panie Lodowata Woda – powiedziała Lauren z uśmiechem. – Rób, co chcesz, ja jestem podniecona za nas dwoje. O której przejmujesz pacjentów?

– Mamy się spotkać o szóstej, powinniśmy skończyć o ósmej, może dziewiątej i… Boże, zapomniałem! Państwo Rosetti zaprosili nas na kolację, dziś albo jutro. Powiedziałem im, że…

– Nie mogę. Mam tony pracy.

– Nie lubisz ich, prawda?

– David, już to wałkowaliśmy. Uważam, że są bardzo mili. – Zabrzmiało to pusto. Nieskuteczne próby Davida wciągnięcia Lauren w wieloletnią przyjaźń z właścicielem restauracji i jego żoną ciągle pozostawały źródłem napięcia.

– Nie ma sprawy, zatelefonuję do Joeya i poproszę, by przeniósł spotkanie na inny termin. – David był zadowolony, że udało mu się załagodzić sprawę bez większego sporu.

– Tak będzie najlepiej. Uwierz mi. – Miało to być podziękowanie. – Muszę pracować, tak naprawdę lecę dziś do Waszyngtonu. Prezydent ma ogłosić szczegóły najnowszego programu gospodarczego i chcą, bym opisała to z osobistego, ludzkiego punktu widzenia. Prawdopodobnie zostanę tam kilka dni.

– W takim razie potrzebujesz jedzenia. – Skinął głową w kierunku nietkniętego śniadania na talerzu Lauren. – Chcesz dokładkę jajecznicy?

Lauren popatrzyła na zegarek i przeciągnęła się, wyciągając w górę dłonie.

– Zostaw ją do mojego powrotu z Waszyngtonu. – Zrobiła kilka kroków w kierunku sypialni i dodała: – Z wiekiem może się jedynie poprawić. – Zachichotała i kiedy David ruszył ku niej, pomknęła korytarzem. Zaczekała, aż zbliżył się do drzwi, wtedy szybko je zatrzasnęła i przekręciła zasuwkę.

– Pożałujesz tego! – zawołał przez drzwi. – Któregoś dnia zostanę sławnym i bogatym szefem kuchni i ożenię się z księżną Luzytanii. Wtedy stracisz mnie na zawsze!

Dwadzieścia minut później Lauren wyszła z sypialni. Wyglądała zachwycająco w garsonce koloru dojrzałego burgunda i beżowej bluzce. Szyję luźno owinęła jedwabną chustką.

– Tylko bez pieszczot jaskiniowca! – zawołała, domyślając się, że David zamierza ją objąć. – Ten strój musi wytrzymać przynajmniej do wieczora. Aha, prawie bym zapomniała… chyba mógłbyś coś dla mnie zrobić.

– Tylko w zamian za jaskiniowe pieszczoty.

– David, mówię poważnie.

– Tak jest! – Dał znak, że słucha.

– Biuro senatora Cormiera ogłosiło, że jutro albo pojutrze ma zostać przyjęty do twojego szpitala na operację. Chyba chodzi o pęcherzyk żółciowy.

– Jesteś pewna? Cormier pasuje bardziej do White Memorial niż do Boston Doctors.

Lauren skinęła głową.

– Czy to możliwe, że zostanie przyjęty jako pacjent Huttnera?

– Nie ma takiej możliwości. Nawet Huttner nie jest w stanie opiekować się tak ważnymi ludźmi.

– Myślisz, że mogłoby ci się udać z nim zobaczyć? Albo jeszcze lepiej… wprowadzić mnie do niego? Kampania na rzecz progresywnego podatku dochodowego dla koncernów naftowych uczyniła go sławnym. Wyłączny wywiad byłby strusim piórem w moim pióropuszu.

– Spróbuję, ale nie mogę zagwarantować, że…

– Dzięki, jesteś kochany.

Lauren życzyła Davidowi szczęścia w wykonywaniu nowych obowiązków, uścisnęła mu rękę i lekko pocałowała w usta.

– Bądź grzecznym chłopcem – rzuciła na koniec, wyszła na korytarz i pomaszerowała do windy.

David stał przez kilka minut nieruchomo w otwartych drzwiach. Wdychał perfumy Lauren, czuł jednak dziwną pustkę w duszy.

– Przynajmniej mogłaś spróbować jajecznicy – powiedział pod nosem, kiedy sprzątał stół. – Bez względu na to jak wygląda…

* * *

Strażnik nocny wydawał się gruby jak beczka. Nie tylko był tłusty, ale poruszał się jak mucha w smole. Stojąca we wnęce drzwiowej pielęgniarka, krucha z wyglądu kobieta o włosach koloru bladego słońca, obserwowała, jak wlecze się korytarzem. Czekała. Mężczyzna od czasu do czasu zatrzymywał się, by szarpnąć klamkę kolejnego schowka albo sprawdzić zamki biegnących wzdłuż ściany szafek personelu. Poza pielęgniarką i strażnikiem korytarz Zachód B-2 – suterena zachodniego skrzydła Boston Doctors Hospital – był pusty.

Pielęgniarka rozejrzała się po brudnym tunelu, rozświetlonym jedynie umieszczonymi u sufitu nagimi żarówkami, i poczuła, że zaczyna ją swędzić skóra. Była drobnej budowy, bardzo zadbana, a makijaż miała tak delikatny, że ledwie dostrzegalny. Z niecierpliwością potarła palce wskazujące o kciuki. Strażnik nie mógł skończyć obchodu. Popatrzyła na zegarek. Miała czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt minut czasu – wystarczająco dużo, oczywiście zakładając, że zaraz ruszy i po drodze nic więcej jej nie zatrzyma. Po czubku jej buta pełzł karaluch i przez sekundę bała się, że zwymiotuje. Zmusiła żołądek do rozluźnienia i czekała dalej.

W końcu strażnik wyszedł. Ponaciskał klawisze alarmu, zaczął pogwizdywać Colonel Bogey March i po kilku niby tanecznych krokach w miejscu odmaszerował dumnie, akompaniując sobie śpiewem. Dla niektórych mógł wyglądać głupio, dla innych jowialnie, dla jeszcze kogoś fajnie. Obserwującej go drobnej kobiecie wydawał się odpychający.

Odczekała jeszcze kilka sekund, podeszła szybko do szafki numer sto siedemdziesiąt osiem i wpisała kod z kartki, którą przysłała jej Dalia. Cienka, wypełniona do połowy strzykawka leżała dokładnie tam, gdzie powinna. Kobieta uniosła strzykawkę pod światło, spojrzała i włożyła ją do kieszeni nieskazitelnego munduru. Jeszcze raz sprawdziła czas i ruszyła w kierunku tunelu prowadzącego do południowego skrzydła. Wjechała windą na poziom Południe Dwa, wymknęła się na schody i pobiegła kolejne dwa piętra w górę. Wślizgnęła się do sali numer czterysta trzydzieści osiem i stanęła, chwytając powietrze bezgłośnymi, płytkimi łykami. Mimo mroku wyraźnie widziała Johna Chapmana. Spał, zwinięty w pozycji embrionalnej, zwrócony do niej twarzą. Spod koca, którym był przykryty, wychodził cewnik; do plastikowego worka spływał mocz.

Rekonwalescencja Chapmana po operacji nerek przebiegała bez niezwykłych wydarzeń. Kobieta uśmiechnęła się. Bez niezwykłych wydarzeń… aż do dziś…

Wyjrzała na korytarz. Z windy wyszła asystentka pielęgniarska, pierwsza osoba z jej – dziennej – zmiany. Delikatny nocny spokój jeszcze się utrzymywał, ale pielęgniarka wiedziała, że w ciągu pół godziny rozpęta się chaos. Musiała natychmiast działać. Poczuła szybsze bicie pulsu. Wstrząs anafilaktyczny! Pracowała w szpitalu niemal piętnaście lat, a jeszcze nigdy nie widziała pełnych objawów…

Podeszła do łóżka. Na stoliku stały kwiaty. Wspaniały bukiet lilii. Do wazonu przyklejono karteczkę. Z NAJLEPSZYMI ŻYCZENIAMI. LILIA. Wyszeptała słowa, nie czytając ich. Nie było potrzeby. Doskonale znała te słowa.

Obok wazonu leżał srebrny naszyjnik Chapmana z tabliczką alergika. Oświetliła krążek cienką jak długopis latarką i ponownie się uśmiechnęła. Napis na metalu informował:

CUKRZYK

ALERGIA NA PENICYLINĘ

ALERGIA NA UKĄSZENIA PSZCZÓŁ

W strzykawce, którą trzymała w dłoni, znajdował się wyciąg z pszczelego jadu stosowany przez alergologów do odczulania osób o wysokim stopniu ryzyka. Choć dawka była ogromna, nie przekraczała objętości możliwej do wykrycia podczas standardowej sekcji.

Kakaowa twarz Johna Chapmana była rozluźniona i jakby zmiękczona. Nawet śpiąc, zdawał się uśmiechać. Pielęgniarka przysunęła sobie krzesło i usiadła. Jedną ręką bez trudu wbiła igłę w gumową zatyczkę wenflonu znajdującego się na przedramieniu chorego, drugą delikatnie potrząsnęła go za ramię.

– Panie Chapman… John… proszę się obudzić – zagruchała. – Już dzień…

Chapman otworzył oczy.

– To ty, Angel? – Mówił głębokim basem. Dzieciństwo spędzone na Jamajce powodowało, że wymawiał słowa ze specyficznym akcentem. Skoncentrował wzrok na kobiecie i uśmiechnął się. – Rany… da się na ciebie popatrzeć… Naprawdę już dzień, czy jesteś tylko kolejnym snem?

– To nie sen, musiałam przyjść trochę wcześniej. Moja zmiana zaczyna się za jakieś pół godziny. – Wcisnęła tłoczek strzykawki, wstrzykując jad do tkwiącej w żyle rurki. – Przyszłam wcześniej, by cię zobaczyć.

– Co?

Nie odpowiedziała. Przyglądała się uważnie, jak na twarzy Chapmana pojawia się mina zdziwienia. Nie minęło kilka sekund, jak zastąpił ją niepokój.

– Czuję się… czuję się dziwnie, Angel. Naprawdę niezwykle… – W jego głosie pojawił się ton przerażenia. – Wszędzie zaczynam czuć mrowienie… Angel, coś się ze mną dzieje. Coś strasznego. Czuję się tak, jakbym umierał…

Kobieta patrzyła na niego bez wyrazu. O tak… umierasz. Nagle, niemal w ułamku sekundy, nastąpiła gwałtowna reakcja organizmu. Śluzówka nosa i krtani obrzękła, uniemożliwiając prawie całkowicie przepływ powietrza, mięśnie otaczające oskrzela skurczyły się. Pielęgniarka szybko spojrzała za siebie, by się upewnić, że drzwi są zamknięte. Reakcja była szybsza i znacznie burzliwsza, niż się spodziewała. Tak naprawdę okazała się znacznie bardziej spektakularna od wszystkiego, co widziała w życiu.

– An… gel… proszę… – Głos Chapmana był ledwie słyszalny. Skóra na twarzy tak napuchła, że oczy prawie zniknęły.

Odruchowo sprawdziła tętno, ale wiedziała, że nastąpiła już zapaść naczyniowa. Sekundę później w drogach oddechowych Chapmana zamknął się ostatni prześwit, mężczyzna przewrócił się na plecy i zamarł w bezruchu.

Pielęgniarka o włosach koloru bladego słońca, pod koniec walki Chapmana wstrzymująca oddech, wypuściła powietrze z płuc. Jej perfekcyjną twarz rozświetlał anielski uśmiech, kolejny bowiem raz dobrze wykonała to, co do niej należało.

* * *

Kiedy skończył wkładać talerze i sztućce do zlewozmywaka i zaczął się przebierać w granatowy dres, zegar ścienny w salonie wskazywał wpół do ósmej. David starannie przejrzał niewielką kolekcję płyt, zdecydował się na Rodeo Copelanda i zaczął powolne ćwiczenia rozciągające i ujędrniające.

Wyciągnąwszy zza kanapy hantle, stwierdził, że Copeland to idealny wybór. Przez dziesięć minut podnosił ciężarki, zmuszając się do większego wysiłku niż zazwyczaj – aż opuściło go napięcie wywołane dość obojętnym wyjściem Lauren.

Hantle okazały się zarówno dobrą terapią dla ciała, jak i duszy – od pięciu lat były stałym elementem porannego rytuału wykonywanego od dnia, w którym postanowił wrócić na chirurgię i powtórzyć dwa ostatnie, wyczerpujące lata stażu. Tego samego dnia wypalił ostatniego papierosa i przebiegł pierwsze półtora kilometra. W ciągu kilku miesięcy odzyskał wytrzymałość, którą stracił przez trzy lata braku kontaktu z salą operacyjną.

Kiedy całe ciało błyszczało od potu, wziął stoper i klucze, wsadził je do kieszeni i wyszedł. Minął drzwi ciasnej, chybotliwej windy, jak zawsze zamierzał bowiem zejść schodami na końcu korytarza. Zbiegł trzy piętra, przetruchtał kiepsko oświetlonym holem, pchnął drzwi frontowe i znalazł się na Commonwealth Avenue.

Słońce oślepiło go niczym nagle zapalony reflektor. Był to jeden z tych dni, którymi chwalą się mieszkańcy Nowej Anglii, opowiadając, że nie ma lepszego miejsca do życia. Jeden z tych dni, który powoduje, że luty staje się mglistym wspomnieniem, pomaga zapomnieć o błotnistej chlapie kwietnia i nachalnym, wilgotnym upale połowy sierpnia – przynajmniej na chwilę.

Z początku sztywnawo, z coraz jednak większą płynnością ruchów, przebiegł kilka przecznic dzielących jego dom od promenady. Mijał wiązy i dęby, pełne głębokich czerwieni, odcieni pomarańczowych i złocistych. Powietrze, zdecydowane dziś wygrać ze spalinami, smakowało jak woda z górskiego źródła.

Przeciął Storrow Drive i kiedy wbiegł na asfaltową ścieżkę wzdłuż brzegu, przyśpieszył do zwykłego tempa. Przez jakiś czas biegł z niemal zamkniętymi oczami, wchłaniał w siebie powietrze i coraz bardziej rozkoszował się reaktywnością każdego mięśnia.

Przyglądał się samotnemu wioślarzowi tnącemu rzekę Charles niczym wielki wodny owad. Nawet o tak wczesnej porze na trawiastym brzegu siedzieli tu i ówdzie ludzie – czytając, rysując albo po prostu ciesząc się porankiem. Mijali go w ciszy jadący z obu kierunków rowerzyści, psy ciągnęły za sobą właścicieli, studenci o napiętych twarzach, niosący książki na plecach niczym włosienice, człapali niechętnie do sal wykładowych, w których jesienne słońce zostanie zastąpione przez sterylne fluoryzujące światło.

Spojrzał na stoper i rozejrzał się. Niecałe sześć minut do mostu. Wygrał pierwszy zakład, jaki zawarł ze sobą przed biegiem, a więc kiedyś zostanie właścicielem rolls-royce’a i luksusowego apartamentu w Berkshires. Starł pot z czoła i jeszcze przyśpieszył.

Po jego prawej ręce bosa dziewczyna w dżinsach i jaskrawoczerwonym podkoszulku rzuciła do swojego chłopaka frisbee.

– Stawiam dwa batony Twinkies i Big Maca, że złapie – wyziajał David, zanim wirująca tarcza skręciła gwałtownie w stronę rzeki, uderzyła w ziemię i stoczyła się z nasypu. – Dzięki Bogu! – roześmiał się głośno.

Zawrócił na granicy oznaczającej pięć kilometrów.

– Jest coraz lepiej – powiedział głośno, dopasowując sylaby do klapnięć butów o asfalt. – Le-piej i le-piej, i le-piej.

Jezu, jak dobrze znów przebywać wśród żywych…

Ciąg dalszy w wersji pełnej