Siódmy - Tomasz Śmierzchalski - ebook

Siódmy ebook

Tomasz Śmierzchalski

0,0
25,00 zł

lub
Opis

Fantastyczna powieść dedykowana miłośnikom postapo oraz SF. Książka ukazuje świat przyszłości ‒ poukładany, sprawiedliwy, bez korupcji i poważnych przestępstw, gdzie każdy zna swoje miejsce. W rzeczywistości jednak jest on skorumpowany, pełen agresji i niesprawiedliwości. Przeludnienie spowodowane nieśmiertelnością powoduje, że oskarżanych o wszystkie nieszczęścia wyrzutków jest coraz więcej. I to jest świat, którego oficjalnie nie ma i który pojawia się jedynie w opowieściach i plotkach. Na podstawie przygód policjanta Filipa Tura autor ukazuje świat jutra po wielkiej światowej rewolucji, która doprowadziła ludzkość na skraj zagłady. Główny bohater ze swojego bezpiecznego i przewidywalnego świata w przestworzach trafia między ludzi, w których istnienie wcześniej nie wierzył, żyjących w podziemiach zrujnowanych miast. Seria niezrozumiałych zdarzeń w kontekście totalnej, globalnej inwigilacji burzy wpojony mu obraz rzeczywistości. Aby wrócić do swojego poprzedniego poukładanego życia, żony i córki, Filip musi złamać własne zasady i postępować wbrew prawu, którego dotąd strzegł. Wchodzi w układ z ludźmi żyjącymi poza prawem i z biegiem zdarzeń poznaje prawdę, zmieniając swój stosunek do otaczającej go rzeczywistości. Książka od początku do końca trzyma w napięciu, dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. Przemyślana fabuła, wartka akcja, zaskakujące zwroty zdarzeń i spójny obraz przyszłości pozwalają czytelnikowi całkowicie zagłębić się w lekturę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 564

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt okładki

Magdalena Perzyńska-Dąbrówka

Copyright © by Tomasz Śmierzchalski, 2020

ISBN 978-83-955857-1-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Konwersja do epub i mobi A3M

Dekalog praw Światowej Republiki:

Każdy człowiek ma prawo do życia.

Każdy człowiek ma prawo do śmierci.

Każdy człowiek ma prawo do wolnej woli.

Każdy człowiek ma prawo do ponoszenia konsekwencji.

Każdy człowiek ma prawo do równej szansy.

Każdy człowiek ma prawo do wyrażania poglądów.

Każdy człowiek ma prawo do intymności.

Każdy człowiek ma prawo do bezpieczeństwa.

Każdy człowiek ma prawo do godnej egzystencji.

Każdy człowiek ma prawo do klona.

Najwyższe Prawo uchwalone przez Wolne Zgromadzenie w roku 002 Nowej Epoki.

Część I

Rozdział 1

Filip otworzył oczy. Z głębokiego snu wyrwała go delikatna wibracja wewnątrz głowy. Była prawie niezauważalna, ale na tyle intensywna, że nie pozwalała spać. Oznaczała, że dostał infa. Nocą system dopuszczał wyłącznie wiadomości opatrzone klauzulą bardzo pilne.

Co za cholera! – pomyślał i wyświetlił w głowie cyferki zegara. Była za kwadrans pierwsza.

Wibracja ustała po upływie pięciu sekund, ale sen uleciał bezpowrotnie. Nocna wiadomość oznaczała, że ktoś ma do przekazania ważną informację. Wiedział kto. Był dowódcą oddziału policyjnego i czasami, w przypadkach niecierpiących zwłoki, wykorzystywano tę metodę pobudki. Musiało wydarzyć się coś nagłego, co wymagało jego pilnej uwagi.

Nie zamierzał się spieszyć. Pośpiech był czymś, czego nie cierpiał najbardziej. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że miałby natychmiast się ubrać i wybiec z domu bez porannej toalety i śniadania. Nie był głodny i nie zamierzał jeść, ale liczyły się zasady. Poza tym przez lata w służbie nauczył się, że jego praca wymagała spokoju, skupienia i uwagi. Przy wszechobecnej inwigilacji wykrycie sprawcy było w większości przypadków dziecinnie proste, w pozostałych zaś, wbrew pozorom, pośpiech niczego nie zmieniał. Zanim przyswoi wiadomość, postanowił dać sobie parę minut relaksu. Uniósł lekko głowę i spojrzał na leżącą przy jego boku kobietę. Była młoda, zgrabna i piękna. Z Katarzyną byli małżeństwem już od – zastanowił się – osiemdziesięciu dwóch lat. Poznali się, gdy pracował jako górnik w kopalni uranu pod Malborkiem. Dostała wtedy pracę w przyzakładowej stołówce jako młodsza pomoc kuchenna. Podawała talerze z zupą i pracowała na zmywaku, ale była piękna jak anioł. Wszyscy mężczyźni podkochiwali się w niej, a najbardziej Filip. Obserwował kobietę ukradkiem znad talerza, marząc, że ta kiedyś go dostrzeże.

Mimo upływu czasu pamiętał dokładnie każdą chwilę. A czasy były trudne. Zaledwie piętnaście lat wcześniej zakończyła się Światowa Rewolucja i rany jeszcze się nie zabliźniły. Zdobycie jakiejkolwiek pracy graniczyło z cudem. Robota pod ziemią była ciężka i niebezpieczna, ale dawała poczucie stabilizacji i całkiem niezłe zarobki.

Dziewczyna spodobała mu się od pierwszego wejrzenia. Była dokładnie w jego guście: szczupła, zgrabna, dość wysoka, o pięknie ułożonych długich blond włosach. Najbardziej uwielbiał właśnie te włosy, które podczas pracy spinała w kok, a po niej rozpuszczała, ukazując całe ich piękno. Filip kończył szychtę wcześniej i stając po drugiej stronie ulicy, codziennie obserwował, jak kobieta wychodzi przez bramę, a wiatr rozwiewa jej włosy. Szedł potem kilka kroków z tyłu, uważając, aby go nie dostrzegła. Kiedy obracała głowę, przyglądał się jej delikatnym rysom, lekko podkreślonym przez dyskretny makijaż. Zdarzało się, że duże niebieskie oczy bez żadnego zainteresowania omiatały jego postać i wtedy robiło mu się gorąco. Mimo ciężkiego, starego płaszcza zawsze była pełna gracji i elegancji. Kiedy podszedł odpowiednio blisko, docierał do niego zapach jej perfum. Przepiękny zapach.

Wokół niej zawsze kręcił się cały rój mężczyzn. Wysocy, przystojni, dobrze zbudowani i elegancko ubrani. Faceci z biura. Nie to co on, zwykły górnik dołowy. Nie przypuszczał, że ma jakiekolwiek szanse, ale nie należał do ludzi wycofujących się przed walką. Poza tym miał trudności z zaśnięciem, a kiedy już mu się udało, śnił o niej do białego rana. Nazajutrz szczęśliwy biegł do kopalni, nie mogąc doczekać się przerwy na drugie śniadanie. Zajmował pierwszą kapsułę wywożącą ludzi na powierzchnię i pierwszy wbiegał na stołówkę.

Trwało to miesiąc albo dwa. Wreszcie, po kolejnej nieprzespanej nocy, podjął decyzję. Następnego dnia po robocie, z kwiatem w dłoni, czekał na nią pod bramą. Wyszła jak zwykle w towarzystwie elegancko ubranych mężczyzn. Tym razem było ich trzech. Byli to urzędnicy z biura, których znał z widzenia. Rozmawiali, zaśmiewając się wesoło. Filip ruszył im naprzeciw, chowając kwiat za plecami. Kiedy się mijali, nieśmiało się odezwał:

‒ Bardzo przepraszam. Czy mógłbym panią o coś poprosić?

Dziewczyna przystanęła zaskoczona.

‒ A… o co chodzi?

Filip zwlekał z odpowiedzią, licząc, że towarzyszący jej mężczyźni się oddalą. Niestety, stali jak kołki i przyglądali mu się ciekawie.

‒ Ale… – wycedził niepewnie – wolałbym w cztery oczy.

Spojrzał wymownie na jej towarzyszy. Jeden z nich okazał się bystrzejszy od pozostałych albo zobaczył kwiat za plecami nieznajomego.

‒ No, panowie! Chyba musimy już iść.

Ruszyli wzdłuż ulicy, szepcąc coś między sobą. Wysoki mężczyzna z wyraźną niechęcią rezygnował z towarzystwa dziewczyny. Zatrzymywał się kilka razy, jakby chciał zawrócić, ale pozostali przekonali go, żeby poszedł z nimi. Po chwili cała trójka znikła za rogiem. Gdy zostali sami, dziewczyna zmierzyła go wzrokiem.

‒ Pan chciał mnie o coś poprosić?

Filipa zdziwiło trochę, że nie protestowała, gdy towarzyszący jej panowie postanowili odejść. Zdawało mu się, że dostrzegł w jej spojrzeniu iskierkę zainteresowania. Poczuł się odrobinę pewniej i wyjął czerwoną różę z kokardką ukrywaną do tej pory za plecami.

‒ Ja… chciałbym, żeby pani wzięła… przyjęła ten kwiatek – wymamrotał, jąkając się lekko.

Tak rozpoczął się ich pierwszy wspólny wieczór.

Z czułością odsunął kosmyk blond włosów, opadający na policzek śpiącej kobiety, i delikatnie pocałował ją w czoło. Zsunął kołdrę i usiadł na łóżku. Rozejrzał się po pokoju. Mieli wygodne, nowocześnie urządzone mieszkanie z oknami wychodzącymi na zewnątrz, co było oznaką zamożności i prestiżu. Wszyscy znajomi im tego zazdrościli. Wiedział, że kiedyś będą musieli zlikwidować okna, gdyż rozbudowa kasztelu postępowała dynamicznie. Gdy do tego dojdzie, dostaną niewielkie odszkodowanie, za które zamontują panele wyświetlające takie same widoki jak w większości mieszkań ich sąsiadów. Na razie jednak mogli rozkoszować się naturalnym widokiem rozgwieżdżonego, nocnego nieba lub świecącego słońca.

Wstał i przeciągnął się, ziewając leniwie. Od stóp poczuł przyjemne ciepło, rozchodzące się po całym ciele. Miękka wykładzina dywanowa miała temperaturę dwudziestu kilku stopni Celsjusza. Niedawny wynalazek robił furorę wśród projektantów wnętrz. Pod wpływem niewielkiej ilości prądu atomy wykładziny zaczynały drżeć, emitując energię cieplną. Jakiś czas temu Filip przyswoił informację na ten temat w wieczornych wiadomościach i od razu zdecydował, że położy coś takiego w sypialni. Niedługo potem wszyscy sąsiedzi i znajomi mieli już takie wykładziny na podłogach. Chodzenie na bosaka po mieszkaniu stało się normą. Goście ochoczo zdejmowali obuwie, nawet kiedy gospodarz nalegał, żeby tego nie robili.

Ruszył w stronę łazienki. Gdy wszedł do pomieszczenia wyłożonego antybakteryjnymi panelami w kolorze kości słoniowej, sufit nad jego głową rozbłysnął żółtym, ciepłym blaskiem. Zdjął bokserki i oddał mocz do niewielkiego korytka wystającego ze ściany. Gdy skończył, ciepły obłoczek pary zdezynfekował mu genitalia i ręce. Zdjął bluzę od piżamy i wszedł do kabiny. Szklane drzwi zasunęły się automatycznie. Po sekundzie ze wszystkich stron otulił go biały, wilgotny obłok. Zrobiło się przytulnie i ciepło. Poranny program higieniczny był mocno okrojony, więc po chwili para znikła, a lekki powiew ciepłego powietrza osuszał ciało. Po chwili drzwiczki się rozsunęły i wyszedł z kabiny. Przeciągnął się i wyciągając ramiona wysoko ku sufitowi, wydał z siebie dźwięk podobny do jęku.

Wzdrygnął się, gdy kolejna wibracja pod czaszką przypomniała mu o informacji, czekającej na przyswojenie. Znowu ją zignorował.

Po prawej stronie ogromnego lustra nad malutkim otworem w ścianie zaświecił czerwony punkcik. Filip podszedł i szeroko otworzył usta. Sekundę później poczuł gaz dentystyczny, usuwający kamień, czyszczący szkliwo i zabijający wszystkie zarazki. Starał się przez chwilę nie oddychać, a potem energicznie wydmuchał powietrze z płuc. Następnie przesunął twarz nieco w lewo. Usłyszał niskie buczenie i poczuł przyjemne ciepło na policzkach. Wiedział z grubsza, jak działa golarka, ale specjalnie go to nie obchodziło. Jakieś promienie hamowały rozwój cebulek włosowych na miesiąc, może dłużej. Po chwili urządzenie zakończyło swoją pracę, wydając krótki, niski dźwięk. Toaleta była zakończona. Teraz był odprężony, a po sennym odrętwieniu nie pozostał nawet ślad. Wziął z półki świeże bokserki, założył i wszedł do przedpokoju.

Teraz mógł wreszcie przyswoić natarczywą wiadomość. Odblokował odbiór. „Filip Tur 0508638M104, dowódca Trzeciego Oddziału Operacyjnego Policji Kasztelu Gdańsk, wzywany jest do natychmiastowego stawienia się w punkcie zbornym numer pięć. Podpisano: Komendant Główny Sekcji Dochodzeniowej Dariusz Mączka 0609133M112”.

Po karku Filipa przebiegł dreszcz niepokoju. Nigdy wcześniej nie dostał infa od samego szefa. Błyskawicznie wpadł do sypialni i chwycił policyjny kombinezon. Kilkoma wprawnymi ruchami wsunął go na siebie. Wrócił do przedpokoju. Na bose stopy włożył ciężkie policyjne buty. Punkt zborny numer pięć znajdował się przy północnej zjezdni z kasztelu. Miał do niej dobrych kilka kilometrów.

Już chciał wybiec z mieszkania, ale przypomniał sobie o czymś ważnym. Zawrócił i energicznie machnął dłonią przed drzwiami, prowadzącymi do sąsiedniego pomieszczenia. Czujnik w skrzydle drzwi zadziałał i szklana tafla wtopiła się ścianę. Wszedł do sypialni córki. Eliza bała się ciemności, więc pokój wypełniało delikatne, niebieskawe światło. W jego blasku szczupła twarzyczka dziewczynki wyglądała trochę niesamowicie. Cichutko podszedł do śpiącego dziecka i ostrożnie pocałował w policzek. Dziewczynka poruszyła się niespokojnie i odwróciła twarz do ściany. Filip delikatnie pogładził jej długie, miękkie włosy i ostrożnie się wycofał. Nie tracąc czasu, wybiegł z mieszkania. Po chwili był już na korytarzu prowadzącym do systemu transportu antygrawitacyjnego, nazywanego przez wszystkich tubą.

Przejścia wewnątrz kasztelu, zazwyczaj pełne ludzi, o tej porze były puste. Biegiem dotarł do stacji przelotowej i zajął miejsce w pierwszym z brzegu transporterze. Kapsuła przypominała cygaro. Z jej środka wydobywała się lekka czerwona poświata. Ułożył się wygodnie i prawą dłonią dotknął wewnętrznej ścianki. Wyczuł niewielkie zagłębienie o chropowatej powierzchni. Przycisnął kciuk, przytrzymał przez chwilę, po czym energicznie przesunął do siebie. Światło zmieniło się na zielone, potem białe, aż wreszcie przygasło. Półokrągła klapa zasunęła się nad nim.

Był to system identyfikacyjny, jednocześnie naliczający opłaty za przejazdy. Najpierw mierzył ciepłotę ciała, a potem wyizolowywał DNA pasażera z naskórka. Wcześniej, kiedy badano tylko DNA, oszuści nakładali na dłoń specjalny żel z cudzym DNA i w ten sposób za transport ‒ i nie tylko ‒ płacił ktoś inny. Żel znacznie obniżał temperaturę dłoni, więc od niedawna wprowadzono dodatkowy pomiar. Filip wiedział z raportów, że na razie nowy system się sprawdza.

W głowie zobaczył obrazy rozkwieconej łąki i płynącego w pobliżu strumyka. Poczuł miły zapach, a do uszu dobiegły go kojące dźwięki relaksacyjnej muzyki. Najlepszy sposób na pozbycie się klaustrofobii. Niemal niezauważalnie oplotła go sieć pasów zabezpieczających. System nawigacyjny pobrał współrzędne docelowe bezpośrednio z chipa na karku Filipa i skierował się do północnej zjezdni. Kiedy zaczęła działać antygrawitacja, poczuł się lekki jak piórko. Uniósłby się, gdyby nie pasy. Lekkie drżenie kapsuły wskazywało, że się porusza. Pędził z zawrotną szybkością. Prędkość na prostych odcinkach teoretycznie mogła zbliżać się do tysiąca kilometrów na godzinę, w praktyce jednak wewnątrz kasztelu było zbyt wiele zakrętów, aby aż tak się rozpędzić, więc zasobniki poruszały się znacznie wolniej, rzadko przekraczając setkę. Po całym kasztelu cygaro przesuwało się w specjalnych rurach biegnących w poziomie, w pionie, a nawet na ukos. Podróż do punktu zbornego numer pięć miała zająć kilka minut.

Pomyślał o córeczce. Była jego całym światem, oczkiem w głowie, ukochanym dzieckiem tatusia.

Po Światowej Rewolucji zostało zaledwie siedem miliardów ludzi, lecz w ciągu pierwszego dziesięciolecia ich liczba się podwoiła. Powodem boomu demograficznego było uchwalenie przez Wolne Zgromadzenie prawa do bezpłatnego klona dla każdego obywatela Ziemi. Ludzie praktycznie przestali umierać, a postępująca stabilizacja pozwalała na posiadanie dużej liczby dzieci. Po upływie kolejnej dekady okazało się, że na świecie żyje już dwadzieścia pięć miliardów ludzi. W roku 022 nowej epoki (po zakończeniu Światowej Rewolucji, i powołaniu trzydziestego pierwszego grudnia dwa tysiące sto trzydziestego dziewiątego roku rządu ogólnoświatowego, od pierwszego stycznia wyzerowano kalendarz i ogłoszono rok 000 Nowej Epoki) wydano całkowity zakaz poczynania dzieci. Rozpoczęto wytwarzanie klonów pozbawionych możliwości rozrodczych. Wskutek społecznego nieposłuszeństwa, zanim zaczęły funkcjonować odpowiednie procedury, ludzkość osiągnęła liczbę trzydziestu dwóch miliardów. Od tej pory ów zakaz był bardzo restrykcyjnie przestrzegany. Dopiero pół wieku później, kiedy sytuacja demograficzna ustabilizowała się na poziomie trzydziestu trzech miliardów, zdecydowano się wprowadzić nieliczne zezwolenia na posiadanie potomstwa. Ich przyznawaniu towarzyszyły zawsze silne emocje, dlatego postanowiono urządzać oficjalne losowania. To rozwiązanie uznano za najbardziej sprawiedliwe i społecznie akceptowalne. Od tamtej pory, raz do roku, przez trzy dni, od dwunastego do piętnastego kwietnia, obchodzono Ogólnoświatowe Święto Dziecka. W tym czasie w jednym z kaszteli, co roku w innym, odbywała się ogólnoświatowa impreza z występami i różnorodnymi pokazami. Święto kończyło się uroczystym losowaniem. Każda rodzina, pragnąca mieć potomka, składała odpowiedni akces. Chętnych par było z reguły od dwustu do czterystu milionów, a pozwoleń zawsze tyle samo. Milion. Filip i Katarzyna Tur pierwszy raz wzięli udział w loterii w roku 075NE, a potem w następnych latach. Mieli szczęście. Główną nagrodę trafili już w roku 079NE. W roku 080NE, ze względu na osiągnięcie przez ich klony wieku pięćdziesięciu trzech lat, zdecydowali się na nowe. Przywrócono im wówczas zdolności reprodukcyjne. Niestety, mimo usilnych i intensywnych starań Katarzyna nie zachodziła w ciążę. Badania nie wykazywały żadnych nieprawidłowości, a jednak nie dochodziło do zapłodnienia. Sześć lat po uzyskaniu prawa do posiadania dziecka, podczas akcji ratowniczej w kopalni, Filip zginął przygnieciony głazami. Wówczas otrzymał nowego klona. Trzy i pół roku później, po powrocie z rutynowego badania, Katarzyna oświadczyła mężowi, że spodziewa się dziecka. Po kolejnych ośmiu miesiącach urodziła się Eliza. Teraz miała siedem lat i była zdrową, wesołą dziewczynką.

Filip westchnął na jej wspomnienie. Tak bardzo ją kochał. Nad życie.

Półokrągła klapa otworzyła się niespodziewanie i mężczyzna ujrzał nad sobą twarze podwładnych.

‒ Co tak długo, szefie? – zapytał ochrypłym głosem Bohdan Pyrkowski 0506955N009. Numer przy nazwisku zdradzał, który z kolei klon znajduje się obecnie w użyciu; rok otrzymania aktualnego klona oraz jego wiek biologiczny, a także faktyczny rok urodzenia człowieka, przy czym M oznaczało minioną epokę, a N ‒ nową.

Bohdan był niewysokim, mocno łysawym, jowialnym gościem z brzuszkiem. Jedynie policyjny kombinezon nadawał jego posturze nieco elegancji. Nie dbał o wygląd. Może właśnie dlatego nie starał się ulepszyć swojego klona. Każdy kolejny klon na poziomie genetycznym był dostosowywany do wskazań właściciela. Czyniono to w ściśle określonych granicach, ale poprawianie drobnych defektów, takich jak odstające uszy czy krzywe zęby, realizowano bez problemu. Dzięki temu łysina i skłonność do tycia zostały właściwie wyeliminowane. Tak, Bohdan zdecydowanie wyróżniał się z tłumu.

Jego wiek był wartością względną. Urodził się w roku 009 Nowej Epoki, ale używał już piątego klona, którego wiek biologiczny wynosił pięćdziesiąt pięć lat. Wszyscy podejrzewali, że ociąga się z wymianą ze względów sentymentalnych. Przyzwyczaił się i tyle.

‒ Twoja kapsuła chyba szła piechotą – zachichotał Dan Hercok 0107648N026, najmłodszy z grupy użytkujący klona. Wysoki i szczupły, wciąż w świetnej formie.

‒ Pewnie już jesteśmy spóźnieni.

To Damian Kudelski 0509628M129, wiecznie zrzędliwy i niezadowolony z życia, wyrażał głośno zaniepokojenie. Mimo młodego klona był stary i zgorzkniały. Na dodatek w zeszłym roku odeszła od niego trzynasta żona. Prawdę mówiąc, Filip wcale nie dziwił się tym kobietom, sam ledwo wytrzymywał z Damianem przez kilka godzin w pracy.

‒ Ruszcie się. W razie czego nie ja będę się tłumaczył – zakończył.

‒ No, to co cię właściwie zatrzymało? Czekamy już dobry kwadrans – odezwał się kolejny policjant.

Leon Miekin 0208143N005, jak zwykle dociekliwy i wścibski, też potrafił być męczący. Jako śledczy wykazywał się jednak największą intuicją. Był również pracowity i nigdy nie odpuszczał. Filip cenił go za to i nagradzał przy każdej okazji.

‒ Filip nie musi się wam tłumaczyć.

Za to Mara Water 0209430N018, o wysokim ilorazie inteligencji i jeszcze wyższym piskliwym głosie, była ulubienicą Filipa. Wyciągnęła rękę i pomogła mu wysiąść z kapsuły.

‒ Wiecie może, co się dzieje? – zapytał.

‒ Przeleciałem informacje. – Leon pogładził bujną brodę. – Przez chwilę była wzmianka o jakimś wypadku, ale szybko znikła. Może o to chodzi?

‒ Czy Biały Dariusz zaszczyci nas swoją obecnością? – Mara spojrzała na Filipa ogromnymi, zielonkawo-niebieskimi oczyma.

‒ Nie wiem. W infie niczego nie było – odparł nieco zakłopotany. ‒ Poza tym nie lubię, jak nazywacie szefa Białym Dariuszem. Trochę szacunku – dodał sucho, ukradkiem puszczając do niej oko.

‒ Od kiedy tak się troszczysz o przełożonych? Lepiej się dowiedz, co dalej. Jak już nas wyrwali z łóżek o tej… ‒ przerwał nagle Damian, bo w głowie zabrzęczał sygnał wiadomości. Pozostali również odebrali pocztę.

Przez kilka sekund wszyscy milczeli, przyswajając informacje.

„Grupa trzecia ma się bezzwłocznie udać na miejsce katastrofy według namiarów GPS – w załączniku. Podpisano: Komendant Główny Sekcji Dochodzeniowej Dariusz Mączka 0609133M112”.

‒ No to ruszajmy. – Dan Hercok wskoczył do pierwszego cygara.

Pozostali poszli w jego ślady.

Rozdział 2

Drogę ku Ziemi pokonali w niecałe pięć minut. Tym razem cygara poruszały się w dół, szybując w powietrzu w polu antygrawitacyjnym, łączącym niewidzialną rurą kasztel ze stacją przyziemia. Zasobniki zatrzymały się w pozycji pionowej jeden przy drugim obok kilkuset innych czekających na podróż w górę. Cała szóstka niemal jednocześnie wyskoczyła z kapsuł i ruszyła biegiem w kierunku wyjścia.

Tymczasowa konstrukcja stacji przyziemia składała się ze stalowego, dającego się łatwo demontować szkieletu, wyłożonego fotoaktywnymi panelami, które rzucały obraz słońca, próbującego przebić się przez listowie w dżungli. Liście falowały na wietrze, a uważny obserwator z łatwością mógł dostrzec przelatującego pomiędzy nimi ptaka. Całość miała powierzchnię sporej hali sportowej. Konstrukcja mogła być demontowana, gdyż kasztel dość często zmieniał swoje położenie. Powody przemieszczania były zarówno poważne, takie jak awaria któregoś z silników utrzymujących miasto w stratosferze w stałej pozycji względem ziemi, jak i zwyczajne, na przykład konieczność uzupełnienia zapasów wody. Jej niedobory były jedną z największych bolączek latających miast, więc wszystkie kasztele lokowano w sąsiedztwie mórz, oceanów, rzek albo innych dużych zbiorników wodnych.

Wybiegli z hangaru prosto w ciemność. Owiało ich chłodne, nocne powietrze. Był dwudziesty trzeci września roku 097 nowej epoki i zaczęła się kalendarzowa jesień. Drzwi stacji za plecami policjantów zamknęły się, odcinając niewielką poświatę wydostającą się z wnętrza hali. Zrobiło się tak ciemno, że nie widzieli siebie nawzajem. Księżyc i gwiazdy skryły się za warstwą chmur. Żałowali, że nie mieli przy sobie służbowych kasków wyposażonych w noktowizory. Stali przez chwilę skonsternowani.

Powszechny był zakaz używania sztucznego oświetlenia nocą w otwartym terenie ze względu na ryzyko płoszenia zwierząt. Już wiele lat temu tak restrykcyjne przepisy w Światowym Parlamencie przeforsowała frakcja ekologów. Dopuszczały one używanie reflektorów przez pojazdy wyłącznie przy starcie i lądowaniu.

Filip spojrzał w górę. Ciemność była absolutna. Zdawał sobie sprawę, że gdzieś bardzo wysoko na jego głową ciemny, nieregularny kształt wisiał w powietrzu, dając schronienie prawie ośmiu milionom ludzi. Westchnął, wyobrażając sobie Katarzynę i Elizę śpiące smacznie w swoich łóżkach. Z zadumy wyrwał go mocny, męski głos.

‒ Gdzie, do cholery, jest ta suka? – w głosie Dana dało się wyczuć irytację.

Żaden z nich nie wiedział, skąd wzięła się ta nazwa pojazdu przewożącego policjantów. Wszyscy nazywali je tak od niepamiętnych czasów.

‒ Powinien tu na nas czekać! – zawołała Mara, łapiąc Filipa za rękę. – Jak zwykle.

‒ Ktoś się będzie musiał z tego wytłumaczyć. – Damian chodził nerwowo w kółko po zarośniętym trawą terenie. Nie widzieli, jak się porusza, nie słyszeli nawet jego kroków, za to z coraz to innych miejsc dochodziły do nich jego groźne pomruki.

Nagle ciemność przeszyły dwa silne reflektory, zupełnie oślepiając czekających. Pojazd stał zaledwie pięć metrów przed nimi. Boczne drzwi otworzyły się z sykiem. Wpatrywali się w światło jeszcze przez moment, a potem biegiem puścili się w jego kierunku. Pierwszy do otworu dopadł Damian.

Wiązanka przekleństw i wyzwisk, nielicująca z zawodem policjanta (kodeks służby surowo zakazywał używania niecenzuralnych słów), poszybowała w stronę mężczyzny siedzącego za pulpitem sterowym. Jasnowłosy młodzieniec, zamiast obrazić się albo przynajmniej odpłacić pięknym za nadobne, zaczął śmiać się do rozpuku. Zadowolony ze swego dowcipu trząsł się, wydając nieartykułowane dźwięki. Pozostali z zaciekawieniem zaglądali do środka maszyny. Za sterami siedział dobrze im znany pilot policyjnego transportera o imieniu Kryspin Onion 0000021N076, urodzony po zniesieniu blokady i wylosowany podobnie jak Eliza. Pracował w policji od dwóch lat i lubił, jak to dzieciak, robić psikusy. Bardzo rzadko spotykało się ludzi młodszych niż mających dwadzieścia siedem lat, więc jego pojawienie się zawsze wzbudzało sensację. Dzięki temu niewybredne żarty, które wkurzały wszystkich dookoła, zwykle uchodziły mu na sucho.

Damian, jeszcze bardziej niezadowolony niż zwykle, wszedł do pojazdu.

‒ No, czego?! Czego rechoczesz, ty… ‒ Zamachnął się, przechodząc obok pilota, jakby chciał go uderzyć. Zrezygnował jednak i ruszył na tył maszyny.

Młody człowiek nie mógł się uspokoić, a po policzkach płynęły mu łzy.

‒ Szkoda… szkoda, że… nie mogliście zobaczyć swoich… ha, ha… min, gdy włączyłem światła – wykrztusił, próbując się opanować.

‒ Lepiej powiedz, dokąd lecimy. – Leon, siadając tuż za nim, klepnął go mocno w plecy.

Filip wskoczył do środka jako ostatni i zajął miejsce obok pilota. Odczekał chwilę, aby młodzieniec mógł dojść do siebie, i zapytał:

‒ Co wiesz na temat naszego zadania?

‒ Karambol pod Grudziądzem. Współrzędne mam w nawigacji. Podobno pilne.

Informacja udzielona przez pilota była dziwna i niezrozumiała.

‒ Co to takiego karambol? – zapytała Mara, kiedy pozostali już przeszukiwali bazy informacyjne w poszukiwaniu definicji.

‒ A skąd mam wiedzieć? Miałem takiego infa i tyle – odparł pilot.

Filip znalazł wzmiankę na ten temat i zaczął przyswajać.

„Karambol to zderzenie pięciu lub więcej pojazdów, wiążące się z częściowym lub całkowitym ich zniszczeniem. Często w karambolu zostają poszkodowani ludzie. Określenie historyczne”.

‒ Na pewno chodziło o karambol? – Leon, który również przyswoił definicję, nie mógł w to uwierzyć.

Zamiast odpowiedzi Kryspin poderwał maszynę, która, robiąc szeroki łuk, zaczęła się wznosić. Bohdan, Mara i Dan nie zdążyli jeszcze zająć miejsc i zapiąć pasów, więc w chwili włączenia antygrawitacji unieśli się w powietrze, obijając się o ściany pojazdu.

‒ Co robisz?! Idioto! – Mara złapała za bujną czuprynę Leona i mimo że teraz niewiele ważyła, musiało go to zaboleć.

‒ Wyrwiesz mi wszystkie włosy! – wrzasnął.

‒ Włącz magnesy! – rozkazał Filip

Kilka stuknięć o metalową podłogę pojazdu świadczyło, że Kryspin wykonał polecenie.

‒ Zatłukę go – chrapliwy głos Bohdana dobiegł z poziomu podłogi.

Mara, mrucząc pod nosem i rozmasowując łokieć, zajęła miejsce za Filipem i tylko Dan wyglądał, jakby całym zajściem się nie przejął.

Pilot chichotał, ale tym razem dyskretnie i jakby nieśmiało.

Filip miał dosyć szczeniackich wygłupów.

‒ Jeszcze jeden taki numer i wylądujesz w raporcie, a to oznacza zawieszenie na co najmniej dwa tygodnie i utratę miesięcznej nagrody – oznajmił sucho.

Kryspin wyrównał lot i wygasił reflektory. Na ekranie pojawił się zielonkawy obraz lasu, nad którym przelatywali.

‒ Mamy sto sześć kilometrów, dwieście metrów do celu. ‒ Pilot zachowywał się, jak gdyby nic się nie stało. – Włączam automatycznego pilota. Za jedenaście minut i siedem, sześć, pięć sekund będziemy na miejscu. Proponuję drzemkę.

Światło wewnątrz przygasło, a z głośników popłynęła muzyka podobna do tej serwowanej w kapsułach transportowych.

Filip zamknął powieki i spróbował się zrelaksować. O niczym nie myślał. Przed oczami zaczęły pojawiać się kolory. Najpierw purpurowy, potem fiolet, który po chwili zmienił się w jasną żółć. Cichutkie, relaksacyjne dźwięki wyciszyły się, a ich miejsce zajęły odgłosy wiosennej łąki. Cykanie świerszczy w delikatnym szumie traw i liści na drzewach, dalekie kumkanie żaby i świergot ptaka nad głową wywołały u niego miłe odczucia. Wyobraził sobie, że leży na trawie w przyjemny, bezchmurny dzień, a słońce rozgrzewa jego ciało. Usłyszał szmer strumyka i plusk wody. Zrobiło się naprawdę miło. Poczuł, że jest bezpieczny i szczęśliwy. Ziewnął. Pojawiło się przemożne uczucie senności. Świadomość zaczęła odpływać gdzieś daleko. Nagle pośród błogości pojawił się dysonans powodujący niepokój. Gdzieś w oddali usłyszał dźwięk, którego nie chciał słyszeć. Zbliżał się. Był coraz bliżej. Tuż-tuż. Wreszcie przemknął obok ucha. Filip natychmiast otworzył oczy, machnął dłonią przy uchu i z niepokojem rozejrzał się wokół. Osy nigdzie nie było. Dopiero teraz dotarło do niego, że siedzi obok pilota w policyjnym transporterze. Spojrzał za siebie. Pozostali zareagowali w identyczny sposób. Niektórzy jeszcze machali rękami, oganiając się od owada.

‒ Pobudka, dolecieliśmy – głos Kryspina przywołał wszystkich do rzeczywistości.

Ponownie zabłysły reflektory. Pod nogami Filipa znajdował się sporych rozmiarów wizjer, przez który było widać wierzchołki drzew. Lecieli teraz bardzo wolno tuż nad lasem, szukając dogodnego miejsca do wylądowania.

‒ To tutaj – oznajmił pilot, wskazując na konsoli wskaźnik GPS mrugający z dużą częstotliwością.

Wszyscy wlepili nosy w okna, próbując wypatrzyć coś w ciemności omiatanej snopami światła. Pod nimi były tylko drzewa. Mara odpięła pas i podeszła do młodzieńca za sterami.

‒ Tam. – Pokazała palcem w kierunku ziemi.

Teraz Filip też zobaczył intensywniejszą czerń tam, gdzie drzewa rozstępowały się, tworząc równoległe szpalery. Pilot skierował światło w tym kierunku, po czym ukazała się długa, płaska, czarna powierzchnia. Na oko nadawała się na prowizoryczne lądowisko.

‒ Lądujemy! – padła komenda i po kilku sekundach pojazd delikatnie dotknął gruntu. Kryspin wyłączył silniki, co wskazywały kontrolki na pulpicie. Przestała działać również antygrawitacja, powodując zwiększenie mocy magnesów.

‒ Wyłącz to cholerstwo – syknęła Mara przy uchu pilota. Nie mogła poruszać nogami. Filip dostrzegł w jej oczach złowrogie błyski.

Pojazd, jak wszystkie osobowe transportery, miał wbudowane w podłogę magnesy, które przyciągały metalizowane podeszwy butów, i dzięki temu, mimo antygrawitacji, pasażerowie mogli swobodnie poruszać się w czasie lotu. Gdy siła przyciągania magnesów nałożyła się na siłę przyciągania ziemskiego, nikt nie był w stanie oderwać buta od podłogi.

Jedno spojrzenie Filipa wystarczyło, aby Kryspin uwolnił Marę i pozostałych.

‒ Głupi gówniarz – rzucił Bohdan do mijającego go Damiana. ‒ Jeszcze się doigra.

Damian uśmiechnął się krzywo.

Wyskoczyli na czarną, twardą powierzchnię, zasłaną tu i ówdzie opadłymi liśćmi. Filip przyklęknął i położył dłoń na zimnej, chropowatej powierzchni. Odniósł nieodparte wrażenie, że widział już coś takiego, ale bardzo dawno temu. Problemem było to, że kolejne klony traciły część wspomnień i jego przeżycia sprzed Światowej Rewolucji zatarły się zupełnie. Zamknął oczy, próbując przywołać w pamięci przeszłe obrazy związane z tym uczuciem. Bez rezultatu. Zaczął więc analizować.

Na pewno nie był to wytwór naturalny, to coś zostało wykonane ręką człowieka i to całkiem niedawno. Gdyby było stare, powinno być pełne dziur i pęknięć, z których wyrastałyby rośliny albo wyłaziły korzenie, a tymczasem to coś było gładkie jak stół.

Znowu powróciło przeświadczenie, że wie, co to jest. Może uczył się o tym kiedyś w szkole na lekcjach historii.

Przymknął oczy i zaczął przeglądać Globalnet, sprawdzając hasła na chybił trafił. Interesujące były informacje na temat dawnych dróg i starodawnych pojazdów na kołach, ciągniętych przez konie, poruszających się po ulicach wyłożonych brukową kostką. Trafił też na wzmiankę o autostradach zrobionych z betonu, po których przed wiekami poruszały się samochody napędzane silnikami spalinowymi.

Przeglądanie starych materiałów przywołało świeże wspomnienia. W zeszłym roku doczekał się swojej kolejki i wybrał się ze swoimi dziewczynami na wycieczkę po niedawno odnowionym starym mieście Gdańsku. Zwiedzili Dwór Artusa, ratusz Starego Miasta, Kościół Mariacki i Żurawia. Przechadzali się brukowanymi uliczkami nad Motławą, przyswajając informacje wirtualnego przewodnika. Elizie najbardziej podobał się zabytkowy gmach filharmonii nad wodą, a Filipowi statek „Sołdek” zacumowany przy nabrzeżu. Fascynowała go pomysłowość starożytnych, sposoby radzenia sobie bez antygrawitacji i małych siłowni jądrowych. Spędzili tam cały dzień. Wszystko było lśniące i nowe, dokładnie takie jak powierzchnia, na której stali.

Nie dalej jak miesiąc temu, gdy wraz z ekipą poszukiwał kobiety w zaawansowanej ciąży, która uciekła i bez zezwolenia próbowała urodzić, widział całkiem inny obraz rzeczywistości. Po włączeniu satelitarnego namierzania lokalizator GPS wskazał jedną z dzielnic starego miasta Gdańska. Przymorze – tak brzmiała jej nazwa. Znaleźli dziewczynę w ruinach budynku mieszkalnego, oznaczonego jako Falowiec. Wtedy dokładnie przyjrzał się, co czas i zawirowania historii potrafią zrobić z porzuconymi przez człowieka budowlami w ciągu zaledwie stu lat. Jedna wielka ruina. Tak właśnie powinna wyglądać nawierzchnia drogi, na której się znalazł.

‒ Bardzo dziwne – mruknął do siebie.

Pozostali nie wykazali zainteresowania miejscem, na którym wylądowali.

Światła transportera przecinały mrok i ukazywały ginący w ciemnościach gładki odcinek, szeroki na blisko siedem, osiem metrów. Czarna powierzchnia po bokach przechodziła w kamieniste rowy, za którymi majaczyły się ściany lasu. Daleko na skraju światła coś było… jakby odblask.

Ktoś klepnął Filipa w ramię.

‒ Latarka. – Kryspin podał prostokątny przedmiot z rączką.

Gdy chłopak się oddalił, aby rozdać resztę latarek, Filip zapalił swoją i ruszył w stronę bezkształtnego konturu majaczącego w oddali.

Rozdział 3

Dan podniósł z ziemi dziwny przedmiot, który leżał na skraju rowu porośniętego zwiędłą trawą, okryty jesiennymi liśćmi. Gdyby się o niego nie potknął, przeszedłby obok. Przed urazem palców prawej stopy ochronił go solidny, policyjny but. Przedmiot był niemal niewidoczny, jakby przezroczysty, niewielkich rozmiarów, ale sporo ważył. Uniósł go i oglądał przez chwilę. Światło latarki nie odbijało się ani nie przeświecało na drugą stronę. Było pochłaniane. Dan widział już coś podobnego. W programie policyjnym zamieszczano nowinki i ciekawostki przydatne w pracy. Prezentowano w nim transporter pokryty jakimś preparatem. Mimo że leciał na niskim pułapie, był nie do wykrycia przez systemy.

Jakiś czas później przyswoił film na temat nowej, eksperymentalnej farby o właściwościach maskujących. Odtwarzała barwy otoczenia, a ponadto zawierała kryształki rozpraszające wiązki radarowe. Eksperci zastanawiali się nad praktycznymi zastosowaniami wynalazku i sugerowali przekazywanie autorom wszelkich sugestie w tej sprawie.

‒ Co robisz? – głos Damiana przywrócił go do rzeczywistości.

‒ Nie wiem, ale toto jest pomalowane jakąś dziwną farbą. Maskującą.

‒ Kamuflaż? – Damian nie był zdziwiony. Widocznie też przyswoił ten program. – Może to jakieś ćwiczenia wojskowe. Myślisz, że będzie wojna?

‒ Przecież nie ma wojska.

‒ Może nie ma, a może jest. Różnie mówią.

‒ To może kontrabanda? – wtrącił się do rozmowy Leon.

‒ Wszystko możliwe. Niedawno słyszałem… chyba przedwczoraj, że w naszym kasztelu pojawiły się narkotyki.

‒ Eee, bajki – powątpiewał Dan. – Znowu powtarzasz jakieś bzdury. Gdyby tak było, to już byśmy ich szukali.

‒ Popatrzcie. – Bohdan wyszedł z pobliskich krzaków, trzymając coś w wyciągniętej dłoni. – To wygląda na lampę albo reflektor. W środku jest potłuczona żarówka, tylko jakaś dziwna. Chyba stara.

‒ Nie powinniśmy tego ruszać – upomniał go Leon.

‒ Mam to gdzieś – odparł Bohdan z irytacją.

Spojrzał jeszcze raz na trzymany przedmiot. Już miał cisnąć nim w krzaki, ale się zreflektował.

‒ Masz. – Podał przedmiot Leonowi. – Możesz się tym zaopiekować.

‒ Pierdol się. – Leon odtrącił wyciągniętą dłoń.

‒ Może ty?

Damian tylko wzruszył ramionami.

‒ Swoją drogą ciekawe, skąd w lesie stara lampa, do tego zupełnie niezardzewiała? – mruknął do siebie Bohdan.

Mara i Filip minęli dyskutującą na poboczu grupkę policjantów i świecąc latarkami, skierowali się w kierunku czegoś pobłyskującego pomiędzy drzewami. W miarę zbliżania się było widać coraz więcej różnych fragmentów niewiadomego pochodzenia. Pomiędzy nimi, na drodze, zobaczyli dwa ciemniejsze, równoległe ślady. Znikały na poboczu, prowadząc pomiędzy drzewa.

Zwolnili i ostrożnie przeszli przez niewielki rów.

‒ Widzisz to, co ja? – zapytała Mara, oświetlając coś przyklejonego do pnia potężnego dębu.

Było niemal niewidoczne mimo padającego nań ostrego światła latarki. Podeszła bliżej i zaczęła delikatnie obmacywać to miejsce. Natrafiła na otwór i wsadziła głowę do środka. Zaświeciła.

‒ Tam jest fotel. Widzę kształt. Chyba jest pusty.

Filipowi przypomniał się przyswojony fragment o autostradach.

‒ To wygląda na samochód. Tak mi się wydaje – ocenił Filip.

Mara przymrużyła oczy. Filip czekał cierpliwie, aż kobieta przyswoi sobie wszystko o samochodach.

‒ Chyba masz rację – stwierdziła po chwili. ‒ Ale po co komu pojazd na kołach?

‒ Dobre pytanie.

Milczała przez chwilę, próbując znaleźć podpowiedź.

‒ Po co ktoś jeździ po ziemi, po lesie? I to po rezerwacie? Aby coś ukryć? Przewieźć potajemnie?

‒ Może. Tego jeszcze nie wiem, ale musimy to wyjaśnić.

Zrobiło się chłodno. Powiał wiatr i zaczął siąpić deszcz. Na szczęście kombinezony, oprócz innych przydatnych funkcji, utrzymywały ciepłotę ciała na odpowiednim poziomie. Były nieprzemakalne i dodatkowo chroniły od wiatru.

‒ Przyniosę kaski – zaofiarowała się Mara.

‒ Co ja bym bez ciebie zrobił?…

Był wdzięczny, że nie musi jeszcze raz pokonywać drogi do transportera. Kask był dobrym i jedynym dostępnym zabezpieczeniem przed deszczem. Kształtem przypominał klimatyzację i usuwał nadmiar wilgoci. Ponadto był wyposażony w noktowizor, niezastąpiony w ciemnościach.

Filip został sam. Zaczął przyglądać się wrakowi. Pojazd dosłownie wbił się w drzewo. Musiał uderzyć z dużą prędkością, bo był zupełnie zniszczony.

Technicy będą mieli bardzo dużo pracy, aby odtworzyć jego wygląd – pomyślał.

Zbliżył się do wraku i zajrzał do środka. Świecił latarką, starając się rozróżnić poszczególne elementy. Tych, których nie był w stanie rozpoznać, dotykał. Było tam mnóstwo pogiętej blachy, popękanych i powyginanych rur, kawałków gumy i plastiku. Uwagę Filipa przykuło koło na drążku przed jedynym fotelem, należącym prawdopodobnie do kierowcy, a może pilota. Domyślił się, że służyło do skręcania. Wszędzie walały się okruchy rozbitego szkła. Stwierdził, że pojazd nie miał drzwi. Zaskoczyło go, że jakimś cudem konstrukcja trzymała się kupy. Wiedział, co ją uratowało – grube, trzycentymetrowe rury, którymi pokryte było wnętrze.

Po co ta klatka? – pomyślał. – Może przewoził coś ciężkiego?

‒ Pojazd w starym stylu.

Głos za plecami należał do Leona, który właśnie podnosił z ziemi jakiś przedmiot.

‒ Co to? – zapytał Filip

‒ Nie mam pojęcia. Zbierzmy ten cały szmelc i niech się technicy martwią.

‒ Masz rację. Kończymy akcję. ‒ Już zamierzał nakazać odwrót, gdy z głębi lasu dobiegł go wrzask Kryspina.

‒ O kurwa! Trup! Mamy trupa!

Szlag by to! Jeszcze tego brakowało ‒ westchnął w duchu.

Oznaczało to, że będą jeszcze długo moknąć. Zresztą mógł się tego spodziewać. Przecież takie stare pojazdy na pewno nie jeździły na autopilocie i gdzieś musiał być ktoś, kto tym sterował. I właśnie się znalazł.

Wszyscy ruszyli w kierunku, z którego dochodził krzyk. W odległości około dwunastu kroków od wraku leżał człowiek. Odwrócony twarzą do ziemi miał w nienaturalny sposób wygięty tułów. Pośladki i nogi były obrócone pod kątem około siedemdziesięciu stopni do linii kręgosłupa. Lewa stopa znajdowała się tuż przy lewym uchu denata. Kolejna masakra. Widzieli już takie obrazki, ale nawet po wielu latach służby trudno było przejść nad nimi bez emocji. Nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że w leżącym pośród liści ciele nie zostało krzty życia. Ciało wryło się w ściółkę leśną, co sprawiało, że było praktycznie niewidoczne.

‒ Wlazłem na niego. Wcale go nie widziałem. Chyba nie żyje – wyraźnie zdenerwowany pilot nie mógł opanować drżenia głosu.

‒ Sprawdźmy, kto narobił nam tyle kłopotu. – Damian z kieszonki na udzie wyjął małe, czarne pudełko. Był to identyfikator. Schylił się i przyłożył do kciuka leżącego. Lekko pociągnął i spojrzał w wizjer. Po chwili aż gwizdnął z wrażenia.

‒ Kto to? – Leon niecierpliwie zaglądał mu przez ramię.

‒ Niki Lauda 1609429M040.

‒ Niemożliwe! – Leon wyrwał mu urządzenie, zresetował i powtórzył identyfikację. – Cholera! Zgadza się.

‒ Szesnasty klon? Czy to w ogóle możliwe? – Bohdan nie mógł uwierzyć.

‒ Jeśli się tak długo żyje, to wszystko jest możliwe. – Damian splunął przez zęby. – To chyba najstarszy człowiek na naszej planecie.

‒ Dwa tysiące czterdziesty rok minionej epoki. Faktycznie staruszek. Musiał być sklonowany jeszcze przed Światową Rewolucją. – Dan obszedł leżącego dookoła, świecąc nań latarką. – Gość musiał być nieźle nadziany. Wtedy klonowano tylko bogaczy. Popatrzcie, jak jest ubrany.

‒ Rzeczywiście. Ma nietypowy strój – przyznał Leon. Przykucnął i dotknął mężczyzny. – Starodawne ciuchy. Nikt już się tak nie ubiera… to chyba naturalna skóra.

‒ Bzdury gadasz. To nie jest strój z epoki. Takie rzeczy można kupić tylko w jednym ekskluzywnym butiku, w markecie na przedostatnim piętrze kasztelu. Taka kurtka ze skóry kosztuje majątek. I te buty… – Mara stanęła u boku Filipa, sapiąc ciężko. W dłoniach trzymała pięć policyjnych kasków. Była jedyną osobą w tym towarzystwie, która znała się na modzie. ‒ Facet musi być cholernie bogaty. Sportowe buty marki „Ciracle” to ostatni krzyk mody – dodała z uznaniem w głosie.

‒ Może i gust ma dobry, może i bogaty, ale coś ma na sumieniu. Pojazd na kołach jadący pod drzewami, pomalowany maskującą farbą odbijającą sygnał satelity. Sprawdziłem. Coś tak pomalowane daje zamazany, niewyraźny odczyt i jest identyfikowane przez system jako zwierzę – oświadczył Damian. – Mnie to śmierdzi przemytem i jeszcze zobaczycie, że z tego będzie niezła afera.

Kryspin ciągle podenerwowany chodził w kółko pomiędzy drzewami, świecąc latarką. W pewnej chwili snop światła zniknął. Przystanął zaskoczony. Podszedł bliżej i podniósł z ziemi kawał blachy. Pogięta powierzchnia wydawała się przezroczysta.

‒ Popatrzcie! – wykrzyknął podnieconym głosem.

Gdy poświecił, światło ginęło, a kiedy odsuwał latarkę, blacha przyjmowała barwę znajdującego się za nią lasu, przez co stawała się prawie niewidoczna.

‒ No, fajne – zachęcił go Damian, starając się ukryć uśmieszek, który za wszelką cenę chciał się uzewnętrznić na jego twarzy.

‒ My o trupie, a ty o dupie. Nie wytrzymam z tobą. No dalej, pobaw się blaszką. –Poirytowany Dan nie mógł darować sobie uszczypliwości.

‒ Ale jaja! – Kryspin nie zwrócił uwagi na znaczące spojrzenia i uśmieszki. Skupiał się na znalezisku. Wciąż przybliżał i oddalał światło od przedmiotu. ‒ To musi być z wypadku – powiedział do siebie i wydawało się, że szybko nie przerwie eksperymentu.

‒ Super. Weź to sobie. Będziesz się mógł pobawić w domu – zachichotał Damian, a pozostali patrzyli na młodego z politowaniem.

‒ A jak pokażesz Białemu, to awans masz jak w banku – dołożył swoje Bohdan.

‒ Dajcie mu spokój – upomniała ich Mara i zwróciła się do pilota: – A ty wywal to i rozdaj wszystkim kaski, z łaski swojej.

‒ W samą porę, bo bardziej zaczyna padać – ucieszył się Dan.

Kasków było za mało i dla Kryspina zabrakło. Odszedł w stronę transportera. Jednak bardziej niż mokra głowa ubodło go to, że się z niego naśmiewali.

Filip założył kask na głowę i wsunął na oczy noktowizyjne gogle. Wyłączył latarkę. Teraz widział zupełnie jak w dzień, tylko w nieco zielonkawej poświacie. Kątem oka dostrzegł, że pozostali poszli w jego ślady. Należało teraz wydać kilka rozkazów. Włączył interkom.

‒ No dobra. Dan, wezwij techników. Niech pozbierają ten cały szmelc. Leon, ty sprowadź patologów do trupa. Melduj, jak go zabiorą. Reszta, przeczesać teren i meldować, jakby było coś ciekawego.

Po ustawieniu roboty odszedł nieco na bok, aby pomyśleć. Tuż za rowem znalazł spory głaz i przysiadł na nim. Wiatr ustał, ale deszcz siąpił coraz mocniej. Na szczęście kask i policyjne ubranie dawały bardzo dobrą ochronę. Próbował poskładać wszystko, co wiedział.

Dziwny, stary pojazd rozbity o drzewo w lesie na pustkowiu. Dziwna droga, którą ktoś wyremontował. Do tego dziwna farba maskująca, znana wąskiej garstce naukowców. No i na koniec sto dziewięćdziesięciosześcioletni trup w drogim ubraniu. To wszystko było niewiarygodne i nie miało prawa się wydarzyć w jego uporządkowanym świecie. A jednak…

Skupił się i zamknął oczy. Chip na szyi, wszczepiony bezpośrednio do rdzenia kręgowego i połączony z systemem nerwowym, pełnił sporo przydatnych funkcji. Na przykład pozwalał łączyć się z siecią. Rozpoczął od przeszukania Globalnetu. Wszedł na stronę zawierającą wszelkie policyjne bazy danych. W głowie zaczęły pojawiać się obrazy i informacje, które błyskawicznie filtrował, wyławiając i przyswajając istotne.

Najpierw sprawdził imię i nazwisko kierowcy. Wyświetliło mu się kilkanaście osób. Wybrał właściwą. Niki Lauda 1609429M040 był geologiem i mieszkał w kasztelu Vancouver nad Oceanem Spokojnym. Z notki wynikało, że pracował dla tamtejszego uniwersytetu i zajmował się pracą naukową.

Ktoś taki miałby być przemytnikiem? – pomyślał. – Mało prawdopodobne, ale w takim razie co tu robił?

Pobieżnie przejrzał pozostałych i zatrzymał się na ostatnim.

Andreas Nikolaus Lauda, urodzony 22 lutego roku 1949ME w Wiedniu. Był austriackim kierowcą wyścigowym i brał udział w wyścigach o nazwie „Formuła 1”. Trzykrotnie, w latach 1975ME, 1977ME i 1984ME, zdobywał mistrzostwo świata.

Wyścigi – pomyślał. – Pojazd, który się rozbił, mógł być wyścigowy.

Wydało mu się to jednak mało prawdopodobne.

Nie mógł przecież ścigać się sam ze sobą.

Dla pewności sprawdził zapis satelitarny tej okolicy z ostatnich kilku godzin. Do momentu katastrofy, za kwadrans pierwsza, nie zarejestrowano nic niepokojącego. System wykrył pojedyncze sztuki i kilka stadek dzikiej zwierzyny przemieszczającej się po okolicy. I to wszystko. Przeszukał również bazy danych pod kątem starych pojazdów na kołach. Przyswoił sporo informacji na temat budowy technicznej, stosowanych napędów oraz dróg, po których się poruszały. Dowiedział się także, że najbliższe muzeum takich pojazdów znajdowało się kilkadziesiąt kilometrów od miejsca katastrofy w kurorcie rekreacyjnym Mikołajki. W skład kolekcji wchodziły trzy auta wyprodukowane jeszcze w dwudziestym wieku minionej epoki, z czego na chodzie był tylko jeden. Niestety nie zgłoszono żadnej kradzieży. Zresztą każdy taki pojazd byłby widoczny jak na dłoni, nawet gdyby udało się go ukraść i pomalować farbą maskującą. Miał w sobie tyle zabezpieczeń i czujników, że nie sposób byłoby go ukryć. Rozbity pojazd musiał pochodzić z innego miejsca. Ale skąd?

Sprawdził jeszcze inwestycje, które mogły być realizowane w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Brak było danych o jakichkolwiek pozwoleniach na budowę, nie licząc kilku paśników dla zwierząt, postawionych przez miłośników przyrody zajmujących się dokarmianiem zwierząt. Skupił się na farbie. Znalazł o niej sporo informacji. Był to eksperyment w fazie prób niedostępny na rynku. Tu również nie odnotowano kradzieży ani zgłoszeń o niewytłumaczalnych ubytkach. Przejrzał ofertę ekskluzywnych butików. Odzież z naturalnej skóry, jaką miał na sobie denat, była dostępna bez problemu. Problemem była jedynie kasa. Za kurteczkę z bydlęcej skóry żądano osiemnastu tysięcy impulsów. Za dwadzieścia tysięcy można było kupić prywatny transporter. Kto kupuje kurtkę wartą tyle, co całoroczny zarobek? No tak, kierowca musiał mieć kupę forsy. System jednak niczego takiego nie potwierdzał. Niki Lauda, skromny naukowiec z niewielką miesięczną pensją, nieprzekraczającą dwudziestu trzech i pół tysiąca impulsów, nie należał do bogaczy. Jego konto bankowe również świeciło pustkami.

To wszystko nie miało sensu.

‒ Tu jesteś – głos Mary przywołał go do rzeczywistości.

Usiadła obok na kamieniu, spychając go nieco swoim zgrabnym pośladkiem.

‒ Co o tym myślisz? – zagadnęła.

‒ Dziwna sprawa – odparł wolno. ‒ Nic tu nie pasuje.

‒ Sprawdziłam model tego pojazdu.

‒ To samochód – poprawił ją.

‒ Widzę, że już przyswoiłeś informacje. W takim razie… sprawdziłam ten samochód. To Ferrari 275 GTB/C, model z roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym minionej epoki. To pojazd… samochód przystosowany do wyścigów. Wyprodukowano zaledwie dwanaście sztuk tego modelu. A co najciekawsze, według wszelkich informacji nie zachował się ani jeden.

‒ A ten na drzewie?

‒ Nie istnieje. Zresztą gdyby istniał, to kosztowałby jakiś milion impulsów albo więcej.

Filip aż gwizdnął z wrażenia

‒ No to mamy nieistniejący, niewidzialny samochód przyklejony do drzewa i trupa kierowcy, który z całą pewnością istnieje. I wiesz co? Chrzanić to. Jestem głodny. Wybiegłem z mieszkania bez śniadania i teraz nie mogę się skupić, tak burczy mi w brzuchu. Na co masz ochotę?

Mara zastanawiała się przez chwilę.

‒ Zjadłabym coś smacznego. Może sałatkę z tuńczykiem. Jadłam niedawno, była pyszna.

‒ OK.

W Globalnecie odszukał najbliższą czynną jadłodajnię i złożył zamówienie.

‒ Najszybciej będzie z kasztelu Grudziądz. Będą w osiem i pół minuty.

‒ Co sobie zamówiłeś? Chyba nie hamburgera? – Z błyskiem w oczach czekała na odpowiedź. Znała jego słabości.

Pokiwał plastikową skorupą, którą miał na głowie.

‒ Nie wierzę! Zamówiłeś hamburgera na śniadanie? To straszne!

Filip lubił tę dziewczynę. Uwielbiał jej nieco piskliwy głos i wiecznie chłodne dłonie. Miała drobne, ale wysportowane ciało trzydziestolatki o dość wydatnych kształtach. Poza tym wyraźnie go adorowała, co sprawiało mu przyjemność. Czasami znienacka brała go za rękę, innym razem ocierała się zmysłowo i sam nie wiedział, jak by się zachował, gdyby znaleźli się sam na sam w sprzyjających okolicznościach. Naturalnie kochał żonę i nie naraziłby na szwank ich małżeństwa. Taką przynajmniej miał nadzieję…

Deszcz przestał padać. Mara zdjęła hełm i rozpuściła spięte w kok włosy. W zielonkawej poświacie noktowizora wyglądała nieziemsko. Musiał przyznać, że w lokach opadających na ramiona wyglądała przepięknie. On również zdjął nakrycie głosy.

Zapalili latarki.

‒ Przecież mam coś dla ciebie. Zupełnie zapomniałam. – Mara sięgnęła do kieszonki na piersi i wyjęła srebrzysty mikrochip. Wsunęła go w dłoń Filipa.

‒ Co to? – zapytał szybko, maskując zmieszanie.

‒ Najnowsza książka Karla Moona „Świat zły”. Świetna.

Filip wziął przedmiot i przyłożył do karku. Trwał tak przez jakieś pół minuty, po czym westchnął i oddał srebrną blaszkę właścicielce.

‒ Miałaś rację, świetna. Tylko główny bohater ciapowaty.

‒ Ciapowaty? Sam jesteś ciapowaty! – oburzyła się.

Odwróciła się od niego, udając obrażoną. Blaszkę schowała z powrotem do kieszonki. Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu. W końcu Mara szturchnęła go łokciem w bok.

‒ Szybko przyswajasz. Mnie zajęło to ze dwie minuty.

‒ Leciałem po łebkach – przyznał. Szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy.

‒ Wiedziałam, że oszukujesz. – Również się uśmiechnęła.

Zamilkli. Cisza powoli stawała się krępująca. Na szczęście w oddali dostrzegli światła zbliżające się w ich kierunku.

‒ Żarcie leci – ucieszyła się Mara.

Rozdział 4

Kobieta o wyglądzie modelki, ubrana w dopasowany kombinezon z lateksu sieci McMicki, wyskoczyła z niewielkiego transportera pomalowanego w żółto-czerwono- niebieskie barwy. Z burty pojazdu śmiała się do nich Myszka Miki w złotej, herbowej tarczy. Pracownica sieci podeszła do nich kołyszącym krokiem, trzymając w dłoni niewielkie zawiniątko.

‒ Filip Tur? – zapytała niskim, niemal męskim głosem. – Sałatka i hamburger.

‒ Zgadza się.

Kobieta podała mu pakunek. Filip przyłożył wskazujący palec do miniaturowego terminala płatniczego, który mu podsunęła, i lekko pociągnął. Kwota siedmiu impulsów i trzydziestu dziewięciu bitów znikła z wyświetlacza, a w jej miejsce pojawiła się radosna buzia Myszki Miki.

Kobieta uśmiechnęła się promiennie i bez słowa, kołysząc zalotnie biodrami, wróciła do pojazdu.

‒ Spodobała ci się? – zapytała Mara jakby od niechcenia.

‒ Przestań! – żachnął się Filip i zaczął odpakowywać jedzenie. – Sprawdźmy, co tu mamy.

Z foliowego pojemnika wyciągnął dwa mniejsze woreczki, z których wystawały słomki. Nalepka z obrazkiem hamburgera nie pozostawiała wątpliwości, który woreczek jest jego. Podał jej drugi z sałatką. Zdjął ze słomki zabezpieczenie i wsunął ją do ust. Pociągnął. Gęsty płyn o smaku soczystego hamburgera dotarł do kubków smakowych. Przez chwilę rozkoszował się smakiem, po czym wyjął słomkę z ust.

‒ Niezłe, co?

Mara delektowała się zawartością swojego woreczka.

‒ Mhm – potwierdziła, nie wyjmując słomki z ust.

Filip bardzo dobrze pamiętał, kiedy jadł prawdziwe jedzenie. Były to czwarte urodziny Elizy. Wybrali się całą rodziną do restauracji. Chcieli pokazać dziecku, jak naprawdę wygląda i smakuje jedzenie. Zamówił ziemniaki z wody, surówkę i grillowaną pierś z kurczaka. Katarzyna wybrała spaghetti bolognese. Mała Eliza dostała frytki, gulasz z cielęciny i lody śmietankowe z prawdziwego mleka i z najprawdziwszymi owocami. Pamiętał cudowny smak ziemniaków i kurczaka z grilla, pamiętał, jak Katarzyna wciągała do ust długie nitki makaronu, siorbiąc przy tym głośno, pamiętał, gdy Eliza marudziła, że musi gryźć frytki, i dopiero przy lodach poprawił jej się humor. Ale najlepiej zapamiętał ranek następnego dnia, gdy cała trójka dostała rozstroju żołądka. Nigdy w życiu nie zapomni tego uczucia, gdy dreptał przed drzwiami do kibelka zajętego przez dziewczyny, próbując powstrzymać to, co nieuniknione. Lekarz orzekł, że flora bakteryjna w ich żołądkach do takiego stopnia dostosowała się do trawienia syntetycznego jedzenia, że nie poradziła sobie z naturalnym pokarmem.

Przy tak dużej liczbie ludzi na świecie żywność produkowana na planecie już dawno przestała wystarczać. Gdyby nie fabryki sztucznie wytwarzające wysokokaloryczne pożywienie, większość jej mieszkańców cierpiałaby głód, który z pewnością doprowadziłby do niepokojów społecznych i zamieszek. Produkcja substytutów stała się priorytetem światowych władz. Największy konglomerat żywnościowy, zaopatrujący rejon Morza Bałtyckiego i zatrudniający prawie trzydzieści tysięcy ludzi, był zawieszony nad Zatoką Pucką w pobliżu kasztelu Wejherowo. To stamtąd pochodziła zawartość opróżnionych przed chwilą torebek.

Istniały co prawda farmy produkujące żywność w sposób tradycyjny, ale prężne lobby ekologiczne sukcesywnie i skutecznie likwidowało je jedna po drugiej, rozszerzając w ten sposób rezerwaty dzikiej przyrody. Skutkiem takich działań była stale rosnąca cena naturalnych produktów oraz niekontrolowany wzrost liczebności dzikiej zwierzyny.

Filip skończył posiłek i poczuł, jak wchłonięta ciecz pęcznieje mu w żołądku, powodując uczucie sytości. Poczuł się lepiej. Nad drzewami pojawiła się jaśniejsza poświata. Zaczynało świtać. Z każdą chwilą robiło się coraz widniej. Przez gęste, pełne jeszcze liści gałęzie drzew przedostawało się niewiele światła, ale mogli już zgasić latarki. Spojrzał w niebo. Pomiędzy szarymi, zabarwionymi purpurą, niskimi chmurami podświetlonymi porannym słońcem dojrzał fragmenty błękitu. Taki widok zwiastował poprawę pogody.

Mara wyjęła wreszcie słomkę z ust.

‒ Daj swój woreczek. Pójdę zutylizować.

Wyjęła mu z dłoni zgniecione opakowanie i ruszyła w stronę transportera.

Urządzenia utylizacyjne były wszędzie. Nawet w transporterach. Rozbijały wrzucane do środka śmieci na pojedyncze atomy, z których potem produkowano prawie wszystko. W ten sposób wykorzystywano ponownie ponad dziewięćdziesiąt sześć procent wszystkich odpadów łącznie z organicznymi. Filip wolał nie myśleć, z czego był wyprodukowany jego krem o smaku hamburgera.

Nadszedł czas powrotu do rzeczywistości. Wstał z kamienia. Odszukał wzrokiem najbliższego podwładnego i zbliżył się do niego.

‒ Co tam? Kończycie? – zagadnął.

‒ Cały teren zeskanowany. Wszystkie elementy pojazdu zabezpieczone. To znaczy te, które znaleźliśmy. Resztę zbiorą technicy ze swoim sprzętem. Za dwanaście minut mają tu być po wrak. ‒ Dan znał policyjną robotę i jeśli chciał, to potrafił zachowywać się profesjonalnie.

‒ A co z ciałem?

‒ I tak pójdzie na przemiał, więc patolodzy się nie spieszą. Mają być za trzydzieści cztery minuty.

Filipowi podobała się dokładność podwładnego. Lubił precyzję.

‒ Niech sprzątną ten bałagan i zbieramy się. – Wiedział, że resztę dnia zajmie mu układanie raportu i rozsyłanie go. Niewykluczona była nawet wizyta u samego Komendanta Głównego, czyli Dariusza Mączki, zwanego przez wszystkich Białym. Na razie nie miał pomysłu, co napisać w raporcie. Nie widział w tym wszystkim żadnego sensu.

‒ Co o tym myślisz? – zapytał, licząc, że jakieś logiczne przemyślenia ze strony Dana pomogą mu w znalezieniu punktu zaczepienia.

‒ Szczerze?

Filip skinął głową.

‒ Myślę, szefie, że to podziemni. Wiem, że to niby-bajki, ale patrząc na to wszystko, zaczynam wierzyć w krasnoludki.

Spodziewał się bardziej konstruktywnego stanowiska, ale w sumie Dan miał rację. To wykraczało poza ramy zdrowego rozsądku.

Podziemni – zastanowił się.

Naturalnie słyszał o nich. Jak wszyscy. Był to ulubiony temat zwolenników spiskowej teorii dziejów. Garstka ludzi żyjących poza systemem, którzy zostali w podziemiach zrujnowanych miast. Mieli być zdemoralizowani, okrutni i mściwi. Krążyły plotki, że odpowiadali za różne plagi i nieszczęścia spadające na mieszkańców kaszteli. Według niektórych maczali palce w spiskach u szczytów władzy i w uchwalaniu niekorzystnych dla obywateli ustaw. Jako policjant znał realia i wiedział, że jest to niemożliwe.

Takie tam pierdoły – pomyślał, a głośno oświadczył:

‒ Podziemni czy nie i tak czeka nas sporo roboty, żeby to wyjaśnić. – Uznawszy, że poradzą sobie bez niego, dodał: – Przypilnuj tu wszystkiego. Zaraz wracam, a jakbym był potrzebny, to puść infa.

Nieczęsto zdarzały się zadania na zewnątrz kasztelu. Zazwyczaj ścigali nieuczciwych klientów „Globmarketów”, którzy bez powodzenia próbowali oszukać system, albo sfrustrowanych starców w młodych ciałach, malujących sprayem publiczne toalety i rozbijających lustra. Robota była banalna i monotonna, lecz nieźle płatna. Taka sprawa jak ta jeszcze mu się nie zdarzyła, dlatego czuł się nieco zagubiony. Postanowił pospacerować, aby przewietrzyć myśli. Słońce było już na tyle wysoko, że jego blask pięknie oświetlał okolicę. Wiatr ustał zupełnie, a rześkie, jesienne powietrze dodawało Filipowi werwy. Ruszył asfaltową drogą przed siebie. Lubił kontakt z przyrodą i kiedy tylko mógł, a zdarzało się to bardzo rzadko, korzystał z każdej nadarzającej się ku temu okazji. Miażdżone ciężkimi, policyjnymi butami wilgotne liście wydawały zabawne dźwięki. Zielona żabka przeskoczyła długimi susami na drugą stronę jezdni. Zauważył ślimaka bez muszli, sunącego wolno po kawałku spróchniałego pnia leżącego na poboczu. Próbował kontemplować to wszystko, ale nie mógł się skupić. Czuł, że musi rozwiązać tę zagadkę. Wszedł na twardą nawierzchnię. Informacje o asfalcie przyswoił już wcześniej. Wiedział, że przestano go stosować do budowy dróg na długo przed Światową Rewolucją. Trwałość takiej nawierzchni oceniano na pięćdziesiąt do sześćdziesięciu lat. Skąd w takim miejscu droga w tak dobrym stanie?

Być może to część skansenu – pomyślał.

Szybko odrzucił ten pomysł. Znajdował się w samym środku ścisłego rezerwatu i nie było praktycznie żadnych możliwości odrestaurowywania tu czegokolwiek. Byłoby to przestępstwo ścigane z urzędu.

Czuł, że jest tym wszystkim coraz bardziej sfrustrowany. Jego poukładany, przewidywalny świat doznał poważnego pęknięcia. Nie mógł uwierzyć, że nie jest w stanie tego logicznie wyjaśnić albo przynajmniej znaleźć jakiegoś punktu zaczepienia. Dotychczas rozwikłanie sprawy zajmowało mu nie więcej niż pięć minut i zawsze miał na nią jakiś pomysł.

Gdy tak rozważał, doszedł do niewielkiego mostka oddalonego o jakieś sto pięćdziesiąt metrów od miejsca katastrofy. Z daleka był niewidoczny, bo nie miał żadnych barierek. Filip podszedł do krawędzi i spojrzał w dół. Dołem płynął niewielki strumyk. Spojrzał jeszcze raz i wytężył wzrok. Było tam coś jeszcze. Nieco zamazany obraz lasu układał się w wyraźny kształt. Filip nie mógł uwierzyć własnym oczom. W dole był jeszcze jeden samochód.

Rozdział 5

Pojazd na dnie parowu był tylko trochę uszkodzony. Samochód zidentyfikowano jako klasyczny model Porsche 911 Carrera, typ 993. Początki produkcji sięgały roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego minionej epoki. Jednak nie to było najciekawsze. Wewnątrz pojazdu znajdował się kierowca. Był nieprzytomny, ale żył. Identyfikacja wykazała, że nazywał się Raszid Sandur 0406757N006. Stary, pięćdziesięciosiedmioletni klon był mocno połamany i zespół lekarzy, z pobliskiego kasztelu Malbork, który w ciągu kilku minut dotarł na miejsce, jednomyślnie stwierdził, że ma małe szanse na przeżycie. Filip rozkazał, aby natychmiast zabrali go do szpitala i zrobili wszystko, żeby przeżył. Ten człowiek był jego szansą na szybkie rozwikłanie zagadki.

Gdyby umarł, mógłby go przesłuchać najszybciej za miesiąc. Tyle czasu trwało wyhodowanie nowego klona, wgranie mu pamięci właściciela oraz innych niezbędnych informacji, a następnie nauczenie wszystkiego od nowa: od mówienia, przez chodzenie, do posługiwania się sztućcami. Potem przychodziła pora na bardziej zaawansowane umiejętności. Koszykarza uczono grać w kosza, pilota pilotowania pojazdów i tak dalej. Niektórym, mniej zdolnym, cała procedura zabierała nawet do trzech miesięcy.

Poza tym w większości przypadków pamięć była zgrywana raz dziennie. Działo się to automatycznie, zazwyczaj podczas snu, przy pomocy urządzeń montowanych w poduszkach. Można było przyjąć, że ostatnie zgrywanie pamięci miało miejsce poprzedniej nocy. To z kolei powodowało, że w przypadku śmierci nowy klon nie będzie pamiętał wydarzeń ostatniej nocy. Filip nie mógł do tego dopuścić.

Zdarzali się czasami maniacy skanujący się co godzinę, a nawet co kwadrans. System zapamiętywał ostatni zapis, automatycznie kasując poprzedni. Było to dopuszczalne, lecz większość osób nie przywiązywała do wspomnień aż takiej wagi i ze względów praktycznych nie kupowała dodatkowych, drogich urządzeń skanujących. Przedstawiciele niektórych zawodów, w tym również policji, częściej skanowali swoich pracowników. Na przykład zagłówki foteli policyjnych transporterów były wyposażone w takie urządzenia. Wiedział, że podczas podróży powrotnej wszystkie ich wspomnienia z danej akcji zostaną zapisane. Nie przypuszczał natomiast, żeby w rozbitych pojazdach znajdowały się takie skanery.

Lekarze wykonali jego polecenie z ociąganiem i bez entuzjazmu. Gdyby pozwolili mu umrzeć, do ich zadań należałoby jedynie stwierdzenie zgonu. Potem mogliby już spokojnie odlecieć, pozostawiając ciało patologom. Zabierając go, brali odpowiedzialność za jego życie i musieli zrobić wszystko, aby go uratować. W przypadku śmierci w trakcie akcji ratunkowej czekała ich standardowa procedura wyjaśniająca i mnóstwo wirtualnych raportów. Nic dziwnego, że nie byli zachwyceni takim obrotem sprawy.

Raszid Sandur z kroplówką w ramieniu został umieszczony w medycznym transporterze i minutę później, w asyście lekarzy, leciał w kierunku południowo-zachodnim. Filip popatrzył jeszcze za niknącą w chmurach karetką, po czym zaczął schodzić w dół wąwozu. Przy samochodzie krzątali się jego ludzie i technicy, którzy w końcu dolecieli na miejsce.

‒ Ciało denata z pierwszego pojazdu zostało zabrane. Wrak zabezpieczony, teren przeszukany. Wszystkie szczątki zebrane i również zabezpieczone – zameldował nieznajomy blondyn średniego wzrostu z dystynkcjami młodszego śledczego. – Nie znaleźliśmy w pojeździe innych śladów DNA poza tymi kierowcy. Transporter bagażowy po wrak powinien być tu za kwadrans.

Filip po przepychankach z lekarzami był w złym nastroju.

‒ Czekam na symulację wypadku i raport najpóźniej do wieczora. – Sam się zdziwił ostrością swojego tonu. – Co z tym drugim?

‒ Dopiero zaczęliśmy…

‒ No to się pospieszcie. Nie mamy całego dnia.

Filip zbliżył się do samochodu i zaczął mu się uważnie przyglądać. Mimo że stał od niego zaledwie pięć kroków, widział tylko kontury. Farba naprawdę była rewelacyjna. Lakoniczne informacje w Globalnecie nie wyjaśniały do końca jej działania. Jak to możliwe, że pomalowana powierzchnia odwzorowywała obraz? Efekt rzeczywiście był zaskakujący. Co prawda obraz nieco się rozmazywał, jakby pływał, ale i tak nieuważny przechodzień mógł sobie rozbić głowę.

Nagle drzwi pojazdu otworzyły się, mało nie uderzając Filipa, a ze środka wyskoczył Kryspin. Pilot uśmiechnął się i stanął obok.

‒ Niezły bajer, co? Prawie go nie widać. Ale poza tym to złom. Wszystko dokładnie obejrzałem. Pod maską ma zabytkowy silnik na benzynę. Nikt już nie używa takiego paliwa, nikt go nie produkuje. Nie mam pojęcia, skąd je wziął. A musiał skądś wytrzasnąć, bo nie znalazłem żadnego innego źródła napędu. A przecież toto jechało. – Wskazał ręką na samochód.

‒ Nie było reaktora? – zdziwił się Filip.

‒ Nie było – potwierdził Kryspin. – Nie było też antygrawitacji ani żadnego pola siłowego. Zamiast joysticka do sterowania jest koło kierownicze, drążek do zmiany biegów i pedały na podłodze. Po prostu zabytek.

Filip nie ukrywał zdumienia. Był pewien, że oba pojazdy napędzały silniki współpracujące z minisiłowniami nuklearnymi. A tu kolejna niespodzianka. Z wcześniej przyswojonych informacji wiedział, co to benzyna. Znał zasady działania silnika spalinowego. Jednak nie rozumiał, po co dzisiaj zadawać sobie tyle trudu, aby ją wyprodukować i używać do napędzania pojazdów.

‒ Sprawdziliście? Może takich zabytków jest tu więcej?

‒ Leon zamówił satelitarną penetrację całego terenu pod kątem metalowych obiektów. Nic więcej nie ma.

‒ Ta farba przecież rozprasza wiązkę z satelity. Czyż nie? – Filip popatrzył na stojący przed nimi pojazd.

‒ Racja. Satelity mogły zgłupieć. To co robimy?

‒ Jak to co? Obławę! Zwołaj mi tu wszystkich.

‒ Technoszczurów też?

‒ Też.

Pięć minut później przed Filipem stało w dość niedbałym szeregu trzynastu mężczyzn. Piątka policjantów, szóstka techników i dwaj piloci transporterów.

‒ Trójka techników zostaje przy pojeździe! Będą kończyć robotę! – zaczął tonem generała wysyłającego swe oddziały w bój. – Pozostali utworzą tyralierę, jeżeli ktoś nie wie, co to takiego, ma minutę, żeby sobie przyswoić. Będziemy szli co pięć metrów jeden od drugiego. Najpierw przeczeszemy teren po tej stronie drogi. Ruszamy stąd, kierując się na wschód. Meldować o wszystkim, co wyda wam się dziwne. Nie tracić kontaktu wzrokowego i nie zostawać w tyle. A jak mi który zacznie zbierać grzyby…

Ruszyli wolno w nakazanym kierunku. Od czasu do czasu, gdy któremuś wydawało się, że widzi coś interesującego, nachylał się i grzebał w liściach albo po prostu kopał czubkiem buta ściółkę leśną.

Po pół godzinie Filip zatrzymał grupę. Ustalił, że nikt nie znalazł niczego ciekawego, więc nakazał przejście na drugą stronę drogi i rozpoczęcie penetrowania terenu w przeciwnym kierunku. Powoli, krok za krokiem, zbliżali się z powrotem do miejsca katastrofy.

W pewnej chwili, gdzieś zza pleców, do uszu policjantów dobiegły dziwne dźwięki. Z początku ciche, potem coraz głośniejsze złowieszcze pomruki. Filip obejrzał się i zatrzymał w pół kroku. Zamarł. Dziesięć metrów od niego stało wyprostowane zwierzę na tylnych łapach. Było ogromne, pokryte długim, brunatnym futrem. Z uniesionymi łapami i uzbrojoną w ostre zęby otwartą paszczą sunęło wolno w jego kierunku, kołysząc się niezgrabnie na boki.

Zaskoczenie było całkowite. Nie mógł wykonać żadnego ruchu. Potwór również stanął i, potrząsając łbem, przyglądał mu się ciekawie. Z otwartego pyska ciekła ślina. Filip wyraźnie widział lśniące zębiska. Pozostali zatrzymali się, w napięciu obserwując dowódcę stojącego pięć kroków od zwierzęcia.

Nagle poczuł mocne pociągnięcie za ramię. Damian szarpnął go tak mocno, że o mało nie stracił równowagi. Oprzytomniał i poszedł w ślady uciekającego podwładnego. Reszta bez żadnej komendy zrobiła to samo.

‒ Co to, do cholery!? – krzyknął do biegnącego tuż przed nim Damiana.

‒ Niedźwiedź!

Słyszał za plecami szuranie i warczenie, ale nie zamierzał tracić czasu na sprawdzanie, jak daleko jest bestia. Przeraźliwy krzyk zmienił sytuację. Filip obejrzał się, nie zwalniając tempa. Nagle niedźwiedź się zatrzymał. Dowódca zwolnił i po przebiegnięciu jeszcze kilku kroków stanął, z zaniepokojeniem obserwując zwierzę. Większość pobiegła dalej, tylko Damian i Leon się zatrzymali. Cała trójka znajdowała się o jakieś dwadzieścia pięć kroków od dramatu. Na ziemi ktoś leżał. Filipowi zrobiło się gorąco. Był to któryś z jego ludzi. W policyjnym kombinezonie leżał skulony na boku, ściskając ramionami kolana, a bestia, machając łapami, próbowała odwrócić go na plecy.

‒ To Kryspin! – głos Damiana wydał się Filipowi dziwnie nierzeczywisty, a treść słów zmroziła mu krew w żyłach.

To był Kryspin. Starał się leżeć bez ruchu, ale niedźwiedź poszturchiwał go coraz mocniej. Trzej mężczyźni jak na komendę zaczęli krzyczeć, wymachując ramionami. Bez rezultatu. Leon schylił się i podniósł kamień. Pozostali zrobili to samo. Trzy pociski poszybowały w powietrze. Trafione zwierzę na chwilę dało spokój leżącemu i spojrzało w ich kierunku. Przez moment osiągnęli zamierzony efekt. Niedźwiedź obserwował ich przez minutę, po czym ruszył przed siebie. Widząc, co się dzieje, Kryspin próbował się wycofać. Wstał, a wtedy zwierz zawrócił, wykonał dwa susy i jednym pacnięciem ciężkiej łapy z powrotem powalił go na ziemię.

Filipowi nagle przyszedł do głowy pomysł. Policja nie dysponowała żadną bronią, lecz niektóre kaski były wyposażone w bardzo skuteczne paralizatory, których jednak nigdy nie stosowano wobec zwierząt. Niestety kask zostawił na kamieniu, na którym wraz z Marą konsumowali śniadanie.

Rozejrzał się. Głaz, na którym powinien być jego kask, znajdował się po drugiej stronie szosy. Niedaleko, około dwudziestu metrów stąd. To była jedyna szansa. Zaczął biec ile sił w nogach, zostawiając za sobą zaskoczonych podwładnych. Odległość do kamienia pokonał w rekordowym czasie. Chwycił kask i dziesięć sekund później dobiegł do pozostałych. Ominął ich, zrobił kilka kroków do przodu i stanął naprzeciwko niedźwiedzia. Teraz dzielił ich dystans około dwudziestu metrów. Ciężko dyszał, przeklinając w duchu swoją niechęć do uczestnictwa w zajęciach fizycznych.

Bestia jak do tej pory nie zrobiła Kryspinowi większej krzywdy. Tak przynajmniej wydawało się Filipowi. Pilot leżał w liściach, skulony w kłębek, poszturchiwany co rusz wielkimi łapami. Po każdym ciosie wydawał z siebie stłumiony okrzyk bólu. Zwierzę z minuty na minutę stawało się coraz bardziej rozdrażnione i agresywne. Należało się spieszyć.

Filip nałożył kask, lecz przede wszystkim musiał uspokoić oddech. Umiejętność obsługi urządzenia była porównywana z operowaniem dźwigów stratosferycznych, używanych do rozbudowy kaszteli. Wymagała skupienia i precyzji. Teorię każdy mógł sobie kupić za kilkanaście impulsów i wgrać, podobnie jak większość wiedzy, ale umiejętności praktycznych nabywało się latami.

Wysłał sygnał, który nie zrobił na niedźwiedziu żadnego wrażenia. Był zbyt słaby. Filip za wszelką cenę musiał opanować nerwy i się uspokoić. Zamknął oczy, koncentrując wszystkie myśli na celu, tak jak to robił tysiące razy na treningach i kilka razy podczas akcji. Wyrównał oddech, wypuszczając wolno powietrze z płuc. Powoli otworzył oczy, skupiając wzrok na zwierzęciu.

Wysłał wiązkę. Tym razem czuł, że jest odpowiednio mocna. Trafione zwierzę znieruchomiało z uniesionymi łapami. Widać było, jak jego ciało sztywnieje. Przez kilka sekund kołysało się niczym kłoda drewna bez podparcia, po czym runęło do przodu wprost na leżącego. Krótki przeraźliwy krzyk, zmieszany z głuchym trzaskiem łamanych kości, trwał pół sekundy. Po nim zapadła cisza, zakłócona tylko lekkim szumem liści na wietrze.

Rozdział 6

Mara podeszła do Filipa siedzącego na kamieniu z głową w dłoniach i zmierzwiła jego krótko ostrzyżone włosy.

‒ Próbowałeś – wyszeptała mu do ucha.

‒ I co z tego? Słyszałaś, jak chrupnęło?

‒ To było bardzo ciężkie zwierzę. Jak go zabierali ekolodzy, to go zważyli. Pięćset osiemdziesiąt trzy kilogramy i trzydzieści jeden deko żywej wagi.

‒ Nie pomagasz!

‒ Nie przesadzaj. Strzał był pierwsza klasa. Nie przypuszczałam, że tak świetnie sobie poradzisz. Zresztą nigdy nie sądziłam, że można sparaliżować zwierzę. – Mara się zamyśliła.

‒ Ja też nie.

‒ Teraz już wiemy, że można.

‒ Świetny strzał. ‒ Do rozmawiających podeszli Damian i Bohdan, po tym jak dopilnowali załadunku zwierzęcia do transportera ekologów. Pierwszy z nich był wyraźnie rozbawiony. – No to zafundowałeś młodemu pierwszego w życiu klona, szefie. Ciekawe, czy ci podziękuje.

‒ Szkoda tylko, że nic nie będzie pamiętał – dodał Bohdan.

‒ Odwalcie się!

‒ I oddział na ponad miesiąc został bez pilota – dołożył swoje Damian.

‒ Więcej. Zanim od nowa nauczą go latać, potrwa minimum pół roku – jak zwykle powątpiewał Bohdan.

‒ Jesteście okropni – w głosie Mary pobrzmiewała nutka wesołości. – Na pewno dostaniemy nowego.

‒ Dobrze mu tak. – Damianowi również dopisywał humor. – Jak się ocknie, będzie miał od razu sześć lat więcej.

‒ Może nie będzie już taki postrzelony – zauważył Bohdan. – Tylko jak teraz wrócimy do domu?

Żaden z podwładnych Filipa nie miał uprawnień do pilotowania policyjnego transportera, a zresztą uruchomienie go wymagało weryfikacji tożsamości pilota. Bez niej nie udałoby się nawet odpalić silników. Wiedzieli, że będą musieli poczekać, aż przyleci inny transporter z zastępstwem. Dopiero teraz Filip sobie uświadomił, że już dawno powinien powiadomić o zdarzeniu przełożonego i jednocześnie poprosić o nowego pilota. Westchnął ciężko i skupił się na układaniu meldunku.

„Dariusz Mączka 0609133M112, Komendant Główny Sekcji Dochodzeniowej Kasztelu Gdańsk. Informuję, że po zastosowaniu paralizatora wobec niedźwiedzia zginął pilot policyjnego transportera Kryspin Onion 0000021N076. Zwracam się z prośbą o pilne oddelegowanie nowego pilota na miejsce akcji. Szczegółowy raport zostanie sporządzony po powrocie. Podpisano: Dowódca Oddziału Operacyjnego Policji Kasztelu Gdańsk ‒ Filip Tur 0508638M104”.

Wysłał infa i odprężył się, lecz chwilę później poczuł sygnał przychodzącej wiadomości. Szef nigdy nie odbierał od razu, więc musiał to być ktoś inny.

Pewnie Katarzyna wstała i zdziwiła się, że mnie nie ma – pomyślał i przyswoił wiadomość.

„Co ty pieprzysz? Jaki niedźwiedź? Co z pilotem? Za kwadrans chcę mieć pełny raport!”.

Wiadomość była puszczona kanałem nieoficjalnym i nie miała podpisu, ale wiedział, od kogo pochodzi. Najbardziej zdenerwował się tym, że szef zareagował natychmiast. Coś było nie tak. Odszedł na bok. Teraz musiał przekonać Białego, że nowy pilot jest potrzebny niezwłocznie. Wysłał kolejnego infa.

Gdy Filip skupiał się na sprawach służbowych, Mara, Damian i Bohdan nieprzerwanie omawiali niedawne wydarzenia.

‒ Szkoda Kryspina. Był taki, taki… ‒ Mara starała się znaleźć słowo najcelniej oddające zdanie, jakie miała o młodym pilocie – …taki młodzieńczy – dokończyła.

‒ Ten jego krzyk i trzask łamanych gnatów – skrzywił się Damian.

‒ Myślę, że ty byś to zrobił lepiej. – Bohdan położył dłoń na ramieniu Damiana. – Może wtedy Kryspin żyłby jeszcze?

Damian również miał uprawnienia do posługiwania się paralizatorem. W odróżnieniu od Filipa, który zdał egzaminy zaledwie w zeszłym roku, on robił to od wielu lat i przez kolegów był uważany za mistrza.