Siedem zwycięstw - Mateusz Zieliński - ebook

Siedem zwycięstw ebook

Mateusz Zieliński

0,0

Opis

Nastoletnia harcerka gubi się w lesie. W trakcie tułaczki spotyka  Mojżesza i Eliasza – dawnych biblijnych proroków, którzy upatrują w zagubionej dziewczynie wybrańca.

Apokalipsa według Asiuli to jedna z niewielu powieści młodzieżowych, gdzie główna bohaterka nie chodzi na randki, ani nie zamienia się w wampira. Długonoga, zadziorna harcerka – Asiula – w tajemniczych okolicznościach trafia do Nieba, gdzie spotyka anielskiego Księcia Michała, który wyjaśnia jej naturę zła i bezbożności.

Ciepła, pełna proroczych widzeń, przejmująca powieść, gdzie ożywają niemal wszystkie biblijne symbole. Książka o trudach duchowego dorastania pewnej czupurnej małolaty.

 

Mateusz Zieliński

Absolwent Wyższej Szkoły Teologiczno-Humanistycznej im Beliny-Czechowskiego. Od urodzenia mieszka w Warszawie. Twórczością literacką zajmował się już w okresie gimnazjalnym. W 2007 r, kończąc XXVI Liceum Profilowane Rzemiosł Artystycznych, rozpoczął pracę w zawodzie złotnik-jubiler. Rok później, udał się na zaoczne studia katechetyczne. Obecnie autor na co dzień pracuje w rodzinnej firmie, ale jak sam twierdzi, woli pisanie. Niedoświadczony, ale z całą pewnością zdolny pisarz otwarcie przyznaje, że swoją literacką działalność spostrzega przede wszystkim, jako dar od Boga, a dopiero na drugim miejscu życiową pasję. Jego twórczość to unikatowe połączenie chrześcijańskiej teologii i fantastyki. Jako wnikliwy badacz Biblii stara się zawierać w swoich książkach swoje osobiste spostrzeżenia na temat ogólno pojętej etyki, duchowości i religii. W wolnych chwilach lubi grać na klarnecie i pianinie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Siedem zwycięstw

(czyli Apokalipsa według Asiuli)

Mateusz Zieliński

© Copyright by Mateusz Zieliński

Projekt okładki: Mateusz Zieliński

© copyright by wydawnictwo e-bookowo 2013

ISBN 978-83-7859-212-9

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Drodzy, młodzi czytelnicy...

Książka, którą macie w ręku,

choć jest fikcją,

przedstawia najgłębszą z możliwych prawd.

Rozdział 1. Zagubiona

To był drugi dzień harcerskiego biwaku. Ognisko dogasało, ale nagrzana od gorącego popiołu ziemia była tak ciepła, że nikt nie zmarzł. Wygrzebując się z pobliskiego namiotu, zmierzał w stronę obozu. Dorzuciwszy chrustu w środek ledwo rozpalonego ognia, czekał. Drużynę powoli rozbudzał śpiew ptaków.

Ciepłotę jej drobnej postury podtrzymywał śpiwór. Zamknięte oczy dziewczyny, wprawiły go w zadumę. Aura, którą roztaczała czupurna harcerka, tym razem, emanowała niewinnością. Jako jedyny nazywał ją Asiulą, co zawsze wywoływało u niej uśmiech zawstydzenia. Ze śpiącej, spokojnie oddychającej dziewczyny, wyjątkowo, emanował spokój. Wiedział, że kiedy otworzy oczy będzie o wiele bardziej żywiołowa. Póki co jednak, jej budzące grozę czarne brwi, nie poruszały się. Wciąż myślał o czym śni. Jej drobna, acz nieco wyrośnięta fizjonomia wskazywała, że ma najmniej trzynaście lat. Miała długie nogi, płaski nos i groźne – nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. Pomimo złowieszczego wyglądu była nadzwyczaj opiekuńcza i troskliwa. Wpatrując się w śpiącą prorokinię – bo tak ją zwykł nazywać – nieomal przewrócił się, wylewając kubek wody. Chciał bowiem zaparzyć herbatę. Po raz kolejny wpadł na jedną z linek namiotów. Był pewny, że mała Asia, gdyby nie spała, w tym momencie bezwstydnie przezwałaby go Wpadalskim. Tuż obok dało się słyszeć głos Andrzeja. Chłopak był z młodszego zastępu, ale wzrostem dorównywał nawet niektórym przybocznym. Łagodny, młody olbrzym żartował i docinał. Od pewnego czasu rozpalał ognisko.

– Marta, uważaj! – w końcu szepnął – masz wiewiórkę na głowie.

Mimowolnie wsłuchując się w niepoważne ostrzeżenie odwrócił wzrok od śpiącej Asiuli. Chłopak zażartował z niezdarnie upiętych włosów koleżanki. Marta – starsza siostra małej prorokini – faktycznie miała na głowie coś, co przypominało skuloną wiewiórkę. Był to upięty z jej okadzonych włosów, kok. Andrzej, widząc, że zawstydzona dziewczyna, nic nie odpowiada, wciąż docinał:

– Naprawdę ją masz... uważaj jest wściekła.

Wpadalski, mimo uskutecznianych żartów, postanowił z powrotem skierować wzrok na śpiącą Asiulę.

– Czekaj, czekaj... – nagle ktoś wtrącił. – Upoluję ją.

– Ty nawet kamienia nie upolujesz – ciągnął łagodny olbrzym.

Dopijając zaparzoną nad ogniskiem herbatę, wstał. Obserwacja zakończyła się dostrzeżeniem jej otwartych oczu. Harcerka, mając ochotę jeszcze podrzemać, przekręciła się na drugi bok. Nieco później wstała. Wpadalski, ukrywając się przed jej karcącym spojrzeniem, zniknął.

– Cicho! – nagle zagrzmiała. – Niektórzy jeszcze śpią.

Marta, wdzięczna młodszej siostrze za uciszenie chłopaków, zabrała się za gotowanie. Zaraz potem cała drużyna zbiegła się na śniadanie. Zastępowy Błażej przygotowywał owsiankę; Wpadalski, razem z chłopakami, poszedł po drzewo; reszta dziewcząt zwijała karimaty. Na samym końcu obudziła się Kika. Była drużynową. Miała gwizdek i w każdej chwili mogła zwołać zbiórkę, a za niestawienie się na czas w szeregu, zawsze były kary – zazwyczaj przysiady. Tym razem chwilę zwlekała. Zapach gotującego się w kociołku mleka ostatecznie zwabił całą resztę.

– Proszę w kolejce i nie pchać się! – krzyknął Błażej, nakładając chochlą niewielką ilość owsianki. – Co...? Jak chcesz repetę, to zjedz i na koniec kolejki – mówił.

Wpadalski zjadł wcześniej, ale owsianką nie pogardził. Spacerując wokół obozu dojadał jej resztki, a potem – nie wiedzieć czemu – wyczuł, że coś jest nie tak. Zawsze kiedy nie widział jej, był pewien, że właśnie wpakowała się w kłopoty.

– Ktoś widział Aśkę? – coraz to pytał. – Rozumiem... na pewno nie? A może...

– Poszła z Patrycją – odparła za którymś razem Marta. – Wiesz, do lasu.

Kika, słysząc, że nie można znaleźć czupurnej harcerki, niewiele myśląc zwołała zbiórkę. Trzy krótkie sygnały gwizdka wywołały panikę. Harcerze porzucając niedojedzoną owsiankę natychmiast zaczęli ustawiać się w szeregu.

– Jeden, dwa, trzy... – liczyła drużynowa. – No już szybciej... osiem, dziewięć i...

Na dziesięć cała drużyna stała w jednym rzędzie. Kika wydawszy komendy: „spocznij” i „wyrównaj”, chwilę rozglądała się.

– No dobrze... – westchnęła. – Witam was. Zanim powiem wam, co będziemy dzisiaj robić, zobaczymy czy nikogo nie brakuje. Mamy piękną pogodę i być może pójdziemy nad rzekę... oczywiście jak będziecie grzeczni. Musimy szybko posprzątać po śniadaniu, pójść po wodę i ... – przerwała – no właśnie, miałam was przeliczyć.

Zaraz potem wydała komendę. Po ostatnim, podanym numerze zapadła cisza. Na zbiórkę, szczególnie rano, zawsze ktoś się spóźniał i nie było w tym nic dziwnego. Problem był w tym, że nieobecność dotyczyła niesfornej dziewczyny, którą od rana próbował upilnować Wpadalski. Czereda stojących na baczność dzieci zaczęła między sobą szeptać. Kika, przez chwilę, zastanawiała się. W jej spojrzeniu dało się wyczuć lekkie zdenerwowanie, które najwyraźniej próbowała ukryć.

Tym razem nie tylko Wpadalski wyczuł, że coś jest nie tak.

W zasadzie poszła tylko na chwilę. Szukając odpowiedniego miejsca, obracała się kilka razy wokół siebie, nie zauważając przy tym, że już dawno leśna gęstwina przysłaniała jej widok obozu. Nagle, droga powrotna stała się uderzająco podobna do tej, która prowadziła wgłąb puszczy. Liczne, gęsto porastające sosny pogarszały sytuację. Z początku nie bała się. Mając pełny pęcherz w końcu zrobiła, co trzeba. Zapinając ostatni guzik od szortów, była nawet z siebie dumna. Poszło jej szybciej niż niejednemu chłopakowi. Powszechnie było wiadomo, że chłopcom lepiej jest sikać w dziwnych, niekomfortowych miejscach. Niepewna leśnych ścieżek uprzytomniła to sobie jednak tylko na chwilę. Intrygowała ją raczej droga powrotna, która od jakiegoś czasu, nie była już tak oczywista. Idąc przed siebie nasłuchiwała znanych jej odgłosów. Niestety, była za daleko. Śpiew ptaków, który jeszcze rano mile rozbudzał ją, tym razem, denerwował. Każdy świergot kojarzył się zagubionej z dźwiękiem gwizdka. Ocierając stopy o łodygi kolczastych jeżyn, w końcu na chwilę przystanęła. Horyzont lasu, z każdej strony, po raz kolejny, ukazywał to samo. Skautka wypatrywała charakterystycznych znaków. Najpierw szukała dzikiego składowiska śmieci, które mijała wchodząc do lasu; potem starego, zasypanego okopu sprzed drugiej wojny; a na samym końcu pewnego, dużego drzewa, co raczej było niemądre, bo każde wyglądało tak samo. Po niespełna godzinie nie miała już siły myśleć. Kilka razy krzyknęła o pomoc. Tuż potem, łapiąc się na tym, że jej ręce, bezwiednie czegoś szukają, w końcu westchnęła: „No tak... komórka – pomyślała, wywlekając pustą kieszeń – powinnam zadzwonić”. Brak jakiejkolwiek łączności z drużyną zatrwożył ją. Z tego wszystkiego postanowiła stać i nie ruszać się. Przez moment przyszło jej do głowy, aby znów zacząć krzyczeć. Niestety tym razem nie potrafiła. Czując, że zaraz będzie płakać, przykucnęła.

– Boże, ratuj! – cicho jęknęła.

Dziwiąc się własnym słowom, wycierała rękawem łzy. Uważała się raczej za przeciętnie religijną. O dziwo miała wrażenie, że Ten, do którego wołała w nieudolnej modlitwie mimo wszystko słyszy ją. Szybko uprzytomniła sobie, że na co dzień wierzy w różne, pozornie normalne zjawiska. W zasadzie nie wiedziała jak do końca działa telefon komórkowy, którego nie miała. Fakt, że jeszcze rano mogła rozmawiać z kimś oddalonym o całe setki kilometrów, nagle stał się magiczny. Półżartem uznała, że wierzy w moc bezprzewodowej telefonii. Nagle, w jej głowie, powstała myśl, że Bóg, do którego próbowała się modlić, być może jest nieodkrytym zjawiskiem natury – podobnym do zjawiska radiowych fal. Zaraz potem uznała, że to głupie. „Chyba Bóg nie działa, jak komórka – stwierdziła. – To byłoby zbyt proste”. Po czasie uznała, że w przeciwnym razie w Boga nie trzeba byłoby wierzyć, bo po prostu znałoby się do Niego numer. Ponadto uznała, że poznawałoby się Go tak jak poznaje się działanie mikrofali czy telewizora. W tym wszystkim doszła do wniosku, że potrzebuje najprawdziwszego cudu. Wstydziła się błagać Najwyższego. Jeszcze wczoraj modliła się o ładną pogodę i o to, żeby odważyć się wyznać Wpadalskiemu miłość. „Jest dużo starszy ode mnie... pewnie mnie szuka”, myślała bezwiednie rysując patykiem po ziemi. Myśli o niewyznanych uczuciach, pogrążyły ją w jeszcze większym smutku. Jeszcze rano, zanim się zgubiła, nie była pewna, czy jej zauroczenie w dużo starszym chłopaku miało sens. Teraz, nie zastanawiając się nad tym, chciała cofnąć czas chociaż o te kilka godzin i zupełnie poważnie powiedzieć mu, że go kocha i że nie obchodzi ją, co on na to. Było jej głupio, że zamiast tego, cały czas droczyła się z nim. Jeszcze wczoraj, nad rzeką, rzucała w niego piachem i szyszkami, licząc, że w ten sposób zwróci na nią uwagę. „Boże, ale ze mnie idiotka”, pomyślała wzdychając. Przypominając sobie o reszcie, nieco uspokoiła się. Była pewna, że Marta – jej starsza siostra – martwi się nieco mniej niż Wpadalski i że jej koleżanka, Patrycja, z pewnością powiedziała Kice, gdzie poszła. Jakby nie patrzeć była nadzieja. Z całą pewnością wszyscy szukali jej. Zmęczona i zapłakana, na chwilę, zdrzemnęła się. Oparłszy się o drzewo z całych sił starała się skulić w kłębek.

Pogrążona we śnie słyszała jedynie własne, bezładne myśli. Świadomość dziewczyny, powoli ustępowała marzeniom. Coraz to budziła się z przekonaniem, że znaleziono ją. Niestety były to tylko sny. Pogrążona w malignie postanowiła odnaleźć drogę. Spacerując po ścieżkach własnej wyobraźni, nie czuła zmęczenia. Dochodząc do drogi i obozu, czar sennych marzeń zwykle pryskał, jak mydlana bańka. Zasypiając z powrotem znów wsłuchiwała się w dziwne odgłosy majaków. Słowa były miejscami zupełnie prawdziwe, ale ich brzmienie z całą pewnością nie rozchodziło się w powietrzu:

– Myślisz, że śpi?

– Myślę, że się zgubiła...

– Z całą pewnością ma za długie nogi... mnie się podobają, ale...

– To o niej mówił Adonai?

– Nie jestem pewien...

– Poczekaj, budzi się!

Na wpół rozbudzona harcerka, myśląc, że poszczególne słowa są wytworem jej wyobraźni, przekręciła się na drugi bok.

– Widzisz, obraziła się! – wtrącił poirytowany męski głos.

W tym momencie donośne brzmienie słów obudziło ją. Duże kocie oczy, nad którymi marszczyły się złowrogie czarne brwi nastolatki, zdawały się karcić obu mężczyzn. Wyglądali, jak odziani w białe szaty zakonnicy, z tym że obaj mieli na głowach nieco dziwne nakrycia głowy. Stożkowe, zawinięte z białego płótna turbany, budziły grozę. Nieznajomi byli raczej starzy, bo obaj mieli długie, siwe brody. Nie dowierzając własnym oczom, przetarła je. Głosy wciąż rozbrzmiewały w jej głowie, ale powiązany z nimi, nadzwyczaj realistyczny widok obu wybawców, zmuszał do uznania całego zjawiska za prawdziwe.

– Przepraszam, znacie może drogę do obozu? – nieśmiało zapytała. – To taki ośrodek wypoczynkowy...

Obaj zakonnicy, nie zważając na słowa dziewczyny, zdawali się wciąż prowadzić między sobą dyskusję:

– To nie może być prawda...

– Wiem, jest kobietą... ma za długie nogi – spojrzał jeden z nich na wystraszoną, domagającą się odpowiedzi nastolatkę.

– ... To musi być ona... widzisz to?

– Co niby widzicie? – zapytała w końcu wścibsko długonoga.

Starcy, zamarłszy w bezruchu, przez chwilę milczeli.

– Zastanawiamy się młoda damo kim jesteś – odparł jeden z nich, po czym szepnął. – Jest za młoda...

– Tak, ale ma pieczęć...

Harcerka uważnie przyglądając się obu nieznajomym, w końcu, oparła obie dłonie o biodra.

– Może zamiast się zastanawiać kim jestem zapytacie mnie jak mam na imię, co? – zaproponowała nieco obrażona. – W ogóle to zgubiłam się. Szukają mnie od kilku godzin i... – przerwała. – Przepraszam! Czy wy w ogóle mnie słuchacie?!

Donośny, acz nieco piskliwy głos zagubionej, po raz kolejny zatrwożył obu starców.

– No dobrze dziewczynko, niech ci będzie. Zapytamy cię o twoje imię. Imiona są bardzo ważne... odzwierciedlają charakter i siłę ducha...

– Mam na imię Asia – przerwała zniecierpliwiona. – Właściwie to Joanna, ale...

– Ale co?

– To imię jest dla mnie za poważne – wyjaśniła nieco zawstydzona, a następnie dodała z wyższością. – A wy, kim właściwie...

– Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytali równocześnie.

– Jesteśmy posłańcami niebios – wyjaśnił jeden z nich – a ty czcigodna płaskonosa, zostałaś wybrana przez samego...

– Czcigodna płaskonosa? – wtrąciła obrażona harcerka. – Trochę dziwni jesteście.

– Widzisz, znowu się obraziła. Znasz dziewczynko księgę apokalipsy? – w końcu zapytał drugi ze starców.

Asia westchnąwszy odparła nadzwyczaj sprytnie:

– Może i znam, ale nadal się nie przedstawiliście.

– Nazywają mnie czcigodnym Mojżeszem panienko, a ten obok – wskazał palcem – to Eliasz.

Przez moment zastanawiała się, czy aby przypadkiem jednak nie śni. Starotestamentowi prorocy, którym wciąż uważnie się przyglądała, sprawiali wrażenie zwykłych, choć nieco dziwnie ubranych staruszków. Ich szaty poruszały się na wietrze i nawet rzucały cień na pobliskie drzewa. Było już południe i tym samym goręcej. Na twarzach obu proroków dostrzegła nawet połyskujące krople potu. Całe zdarzenie było nierealne i trochę upiorne, ale z jakichś dziwnych powodów pociągające. Była pewna, że jest spokojna tylko i wyłącznie przez resztki dziecięcej łatwowierności i otwartości, które wciąż promieniały z jej niewinnej twarzy. Zaraz potem przypomniała sobie jak mówiono jej, że dzieci, filozofowie i poeci znają prawdę. Niesforną nastolatkę intrygowała w zasadzie jedna sprawa. Nie zadawała sobie pytań, czy prorocy byli prawdziwi i czy naprawdę byli tymi, za których się podawali. Tak naprawdę chciała wiedzieć, czego chcą i dlaczego tak dziwnie się zachowują. „Księga apokalipsy, posłańcy niebios, wybraniec...?”, myślała, marszcząc brwi, aż w końcu odparła:

– Macie rację, nie jestem wybrańcem... Zgubiłam się tylko w lesie i chcę wrócić do obozu.

– Widzisz! Mówiłem, że nie może być wybrańcem – wtrącił z wyższością Eliasz. – Apokaliptyczne widzenia mogą być zesłane tylko mężczyznom. Ezechiel, Daniel, apostoł Jan... ci to się nadawali, ale ona – spojrzał na dziewczynę z litością. – Nie ulegnę ledwie dojrzałej kobiecie. Ona nie jest wybrańcem, to oczywiste.

– Wypraszam sobie! Jestem dorosła... – wtrąciła z oburzeniem harcerka, chcąc rzucić w proroka pierwszą z brzegu, leżącą na ziemi szyszką. – No może nie całkiem, ale... podkochuje się we mnie ktoś dużo starszy, więc jestem dorosła, zrozumiano?!

Przerażony Mojżesz, chcąc ocalić godność przyjaciela od haniebnie wystrzelonego pocisku, natychmiast osłonił Eliasza własną piersią.

– Wybacz panienko – tłumaczył – przyjaciel jest... chodzi o to, że Adonai trzyma nas tutaj już dosyć długo. Jak mówiłem mieszkamy w niebiosach... to bardzo daleko. Jahwe – niech imię jego będzie błogosławione – kazał nam znaleźć kogoś, komu będzie mógł objawić przyszłość.

– To niech idzie do wróżki, ja się nie nadaję – przerwała.

– Potrzebna jest osoba o czystym umyśle – ciągnął uparcie Mojżesz. – Potrzebujemy kogoś niewinnego, ale i zarazem roztropnego. Grzech klęka przed niewinnością, rozumiesz? Nawet nie wyobrażacie sobie jak szybko przyjdzie Mesjasz. Złote Jeruzalem zstąpi z niebios i nastanie sąd...

– Spokojnie Mojżeszu... prawie klękasz przed nią – wtrącił Eliasz. – Ona i tak się nie zgodzi. Księga apokalipsy jest zakryta i zbyt potężna, aby ktokolwiek mógł ją w pełni zrozumieć.

Prorok zauważywszy, że faktycznie przyklękuje przed drobną posturą nastolatki, wstał.

– Ona ma pieczęć Boga, przecież widzisz. Nie uciekła, kiedy dowiedziała się kim jesteśmy. Ta mała bardzo nam ufa.

W tym momencie płaskonosa zamyśliła się. Po raz kolejny była bliska przekonania, że cała rozmowa i w ogóle wszystko, co widzi jest jedynie wytworem jej wyobraźni. Przed rezygnacją powstrzymywała ją jedynie powaga sytuacji.

– No dobrze, niech wam będzie – zgodziła się.

– A więc zgadzasz się być naczyniem? – zapytał tajemniczo Eliasz. – Księga apokalipsy jest...

– Wiem, mówiłeś – przerwała. – Jest zakryta i zbyt potężna, aby ktokolwiek mógł ją zrozumieć. Jest też nazywana księgą objawienia, prawda?

– Widzisz, jest bystra – szepnął Mojżesz. – Poradzi sobie.

– Tak... oczywiście, apokalipsa jest objawieniem – przytaknął zrezygnowany Eliasz.

– No to możecie mi w takim razie objawić to i owo. Chyba nawet powinniście.

Obaj prorocy po raz kolejny spojrzeli na długonogą postać ledwie dorosłej dziewczyny. Faktycznie była jeszcze dzieckiem, ale niewątpliwie już bardziej poważnym i odpowiedzialnym. Zgubiła się w lesie, ale właściwie przypadkiem. Wciąż miała złudną nadzieję, że dziwni staruszkowie odprowadzą ją do obozu. W międzyczasie zebrało się na deszcz. Myśl o tym, że ją szukają nagle nie miała już jakiegokolwiek znaczenia. Wydawało się, że szli już naprawdę długo. Obaj prorocy, w pewnym momencie, chwycili małą towarzyszkę za ręce. Stojąc między nimi, czuła ich spocone i mokre dłonie. Zawstydzona, patrzyła wciąż w ziemię. Przez jakiś czas szli na wschód w stronę słońca, którego promienie w końcu zalały całą, leśną gęstwinę. Promienie w pewnym momencie nie przypominały już tych, które widywała na co dzień. Ich kolor stał się perłowo tęczowy, a ich kształt przybrał formę pulsujących kręgów. Wyłaniające się z burzowych obłoków zjawisko, nie przypominało niczego, co znała. Olśniewający twór, nie wiedzieć czemu kojarzył się jej z rydwanem. Pojazd – o ile w ogóle można go było tak nazwać – nie miał koni, ani tak naprawdę nawet kół, ale jedynie coś, co w bladym zarysie kojarzyło się z jednym i drugim. Przypominając sobie z lekcji religii, że prorok Eliasz udał się do Nieba ognistym rydwanem, powoli przestawała wątpić, że śni. Opowieść ta zawsze zdawała się jej nieprawdziwa, ale teraz olśniło ją, dlaczego. Teraz sama widziała ognisty rydwan i rozumiała, że nazwa ta dalece mijała się z prawdą jedynie dlatego, że nie dało się owej maszyny inaczej nazwać. Zjawisko było czymś absolutnie kosmicznym i niematerialnym i z całą pewnością nie było snem. Przedmiot zdawał się być utkany ze światła. Wydawał rytmiczne, metalicznie brzmiące odgłosy, które faktycznie mogły się kojarzyć z tentem końskich kopyt. Dźwięk miał naturę bardziej powietrzną, niż perkusyjną, ale tak naprawdę nie miało to znaczenia. W końcu zrozumiała. Prorocy naprawdę byli zesłańcami niebios, a ona – najprawdopodobniej – wybrańcem.