Seks w wielkich miastach - Aleksandra Gumowska - ebook + książka

Seks w wielkich miastach ebook

Gumowska Aleksandra

3,6

Opis

Jedenaście metropolii pulsujących pożądaniem

Sensualny, intymny i poruszający reportaż o naszej seksualności

Aleksandra Gumowska rusza w fascynującą podróż tropem Julesa Verne’a i jego bohatera Phileasa Fogga z książki W 80 dni dookoła świata. Przemierza cały glob i odwiedza 11 wielkich miast – m. in. Paryż, Kair, Kalkutę, Tokio, San Francisco – aby sprawdzić, jak na sprawy seksu, orgazmu, partnerstwa i aranżowanych małżeństw patrzy się w różnych kulturach.

Czy internet zastąpił romantyzm?

Czy poligamia jest lepsza niż monogamia?

Dlaczego niektórzy potrzebują orgii, aby doznać erotycznego spełnienia?

Czy rodzić dzieci, biorąc udział w wyścigu szczurów?

Autorka spotyka ludzi w różnym wieku i z odmiennymi doświadczeniami, których łączy jedno: życie w wielkim mieście dającym anonimowość i pozorną swobodę. Z jej opowieści wyłania się intrygujący, a niekiedy zasmucający obraz intymnego życia ludzi z różnych zakątków świata, pełen ścierających się kultur, zróżnicowanych preferencji, skrajnych doświadczeń i przebiegających w różnych miejscach granic obyczajowych i mentalnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opieka redakcyjna: EWELINA KOROSTYŃSKA
Redakcja: PIOTR TOMZA
Korekta: JOANNA STAL, AGNIESZKA STĘPLEWSKA, JOANNA ZABOROWSKA
Projekt okładki i opracowanie graficzne: MAGDA GARDEŁA
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Aleksandra Gumowska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07142-7
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Liczba mieszkańców: 19,5 mln

Odległość od poprzedniego miasta: 3186 km

Różnica czasu w stosunku do poprzedniego miasta: brak

Różnica czasu w stosunku do Polski: brak

Ogół: bogatsze Egipcjanki wychodzą za mąż, mając średnio dwadzieścia trzy lata, uboższe – dziewiętnaście.

Szczegół: koszeri – trzy rodzaje makaronu z ryżem, soczewicą i ciecierzycą, polane ciepłym sosem pomidorowym.

Miasto zasypia o...: piątej pięćdziesiąt dwie, czyli dokładnie po wschodzie słońca, w czasie ramadanu. Za to potrafi drzemać cały dzień. Całe miasto. Albo tylko jego część, jednak nigdy nie wiadomo która. Ci, którzy przychodzą do pracy na ósmą rano, są kompletnie nieprzytomni. Urzędy, choć teoretycznie otwarte do godziny czternastej, praktycznie nie funkcjonują. Na lotnisko miał mnie odwieźć kolega, ale spał tak mocno, że nie słyszał walenia do drzwi (nie ja waliłam, a kumpel, z którym też był umówiony).

.

Szukali żon.

Ahmed, dwadzieścia osiem lat, lekarz, syn zamożnego ojca. Jeździł nowym złotym grand cherokee ze skórzanymi siedzeniami. To ojciec poganiał go do ślubu.

Hassan, dwadzieścia dziewięć lat, też lekarz, pracował w laboratorium, dzieciństwo spędził w Stanach, rodzice mają firmę budowlaną. Chciał znaleźć żonę liberalną i niechciwą. Nie spieszyło mu się.

Szukały mężów.

Fatma, dwadzieścia dwa lata, wychowana w Arabii Saudyjskiej. Gdy miała szesnaście lat, przyjechała do Kairu do szkoły. Pracowała w firmie ubezpieczeniowej. Uważała, że jeśli w ciągu dwóch lat nie wyjdzie za mąż, zostanie starą panną.

Neema, dwadzieścia trzy lata, skończyła marketing, zaczęła pracę w międzynarodowym przedsiębiorstwie żeglugowym. Przed zaręczynami założyła chustę, potem zaręczyny zerwała, ale chusty nie zdjęła.

Neema i Fatma po pracy usiadły przy stoliku w sieciowej kawiarni Cilantro na kairskim Zamalku, dzielnicy-wyspie pełnej ambasad, drogich hoteli i zamożnej klasy średniej. Po południu, zdecydowały, jest jeszcze za gorąco, żeby siedzieć na zewnątrz, więc poszłyśmy na górę do klimatyzowanej sali, skąd lepiej widać Nil z wielkimi łodziami mieszkalnymi, które po chwili rozbłysły mniejszymi i większymi światłami. Easily let’s get carried away, easily let’s get married today, zawodził z głośników Anthony Kiedis z Red Hot Chili Peppers.

Naprzeciwko znad laptopa uśmiechał się pod nosem chłopak. Pewnie podrywał dziewczyny na czacie. Wieczorem stoliki będą pozastawiane laptopami. Jest kawiarnia, są randki. Chłopcy przy ekranach tu, dziewczyny w domu albo w innych kafejkach. Choć zdarza się, że i w tej samej.

Przyjaciółki zamówiły tylko wodę, choć chętnie napiłyby się latte lub mokki albo zjadły kanapkę z wędzonym indykiem czy choćby muffina. Wody też nie ruszyły. Był ramadan. Od wschodu do zachodu słońca obowiązywał ścisły post.

– Mąż powinien być religijny, powinien się modlić i pościć – zaczęła Neema, poprawiając seledynową chustę na głowie. Zero makijażu, do dżinsowej kurtki i długiej spódnicy włożyła baletki w moro.

Fatma nie miała chusty. Długie proste czarne włosy rozpuściła, gęste wywinięte rzęsy podkreśliła maskarą, usta pomalowała na czerwono. Do tego biała bluzka i dżinsy. Oczywiście też jest muzułmanką. Zgodziła się z Neemą, że trudno znaleźć odpowiedniego kandydata na męża oraz że powinien być religijny.

– I na poziomie – dodała. – Chłopak z niższej klasy będzie bardziej konserwatywny, to zupełnie inna mentalność, inne zasady. Będzie zakazywał wychodzenia z domu, przebywania w towarzystwie mężczyzn. To już nie te czasy, żebym nie mogła posiedzieć z przyjaciółkami w kawiarni czy zapalić papierosa. Więc powinien być z klasy średniej. Lekarz, inżynier, absolwent marketingu, zarządzania, biznesu. Musi mówić po angielsku.

Neema przytaknęła:

– Nie chodzi tylko o pieniądze. Mama mi opowiadała, że córka jej współpracownicy wyszła za dostawcę, bo się w nim zakochała. A teraz on ją bije, bo czuje się gorszy.

– Mężczyzna musi być lepiej ustawiony niż ja – wyliczała dalej Fatma. – To oczywiste. Powinien płacić za mnie, za mieszkanie, za rachunki, na dzieci. Muszę przecież iść na zakupy co jakiś czas i mieć pieniądze. To nic, że sama będę pracować. – Fatma się roześmiała. – Żona ma swoje pieniądze i pieniądze męża. Tak jak u mnie w domu: ojciec jest jak bank, mama nawet nie wie, że on żyje. Nigdy nie ma go w domu.

Obie zaniosły się śmiechem.

Kandydat jest oceniany. Na początek po złotym pierścionku z brylantem.

Neema:

– Nie ma znaczenia, za ile, ale co najmniej trzy czwarte karata. Mój kuzyn dał ćwierć karata, ale jego narzeczona miała już dwadzieścia osiem lat, więc nie mogła grymasić. Ten drugi pierścionek, też złoty, będzie już przecież tańszy.

Fatma:

– Samochód, mieszkanie w dobrej dzielnicy, bez robotników i klasy niższej. Żeby nikt mnie nie pokazywał palcami, jak będę trochę później wracać do domu. W grę wchodzi Zamalek lub Mohandessin w centrum, na północnych przedmieściach Heliopolis, a na zachodzie Miasto Szóstego Października, część willowa, albo Beverly Hills w Mieście Szejka Zajida. Na przedmieściach generalnie powietrze jest lepsze. Ale Miasto Nasera odpada. Za dużo ludzi, za mało zieleni. Mieszkanie może być trochę mniejsze, byle w dobrej dzielnicy.

– Na ile metrów byś się zgodziła? – spytała Neema, chociaż dyskutowały już o tym setki razy. Przeprowadzka do teściów była poza wszelką dyskusją.

– Sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych powinno wystarczyć. Ale jak pojawią się dzieci, to będziemy się musieli przenieść. Bez większego mieszkania nie ma dzieci.

Neema się skrzywiła:

– Jeśli na przedmieściach, to minimum sto siedemdziesiąt.

Ahmed na rezydenturze w szpitalu zarabiał tyle, ile kosztowała doba w czterogwiazdkowym, wcale nie najdroższym hotelu na Zamalku. Niedługo potem, jako pełnoprawny lekarz, zaczął zarabiać niemal cztery razy tyle, czyli tyle co nic. Podobnie koledzy po zarządzaniu czy budownictwie. Jednak Ahmed nie mógł narzekać. Przed restauracją Abou El Sid, w której się umówiliśmy, parę kroków od Cilantro, zaparkował złotego jeepa grand cherokee, którym zastąpił mitsubishi. Po śmierci mamy ojciec rozpieszczał i jego, i brata.

W środku już czekał Hassan, patolog. Zaszło słońce. Słychać było muezina nawołującego do wieczornej modlitwy. Kelnerzy podali przystawki i kurczaka w sosie z orzechów włoskich według tradycyjnej receptury. To ulubiona knajpa kairskiej klasy średniej i wyższej oraz ekspatów i turystów. W chłodnym kolonialnym wnętrzu o przyciemnionym świetle na niskich sofach przy stolikach celebruje się najlepsze lokalne smaki.

Hassan i Ahmed odwrócili się na widok pięciu wysokich kobiet w hidżabach zdradzających spory kok pod spodem.

– Ten rodzaj hidżabu i od razu wiesz: niezainteresowane – mruknął niewyraźnie Ahmed.

Hassan popatrzył z politowaniem na wyciągniętą koszulkę Ahmeda i bojówki za kolana.

– Chyba niezainteresowane tobą. Wiesz, co Arabki myślą o Egipcjanach?

– Klasa niższa. Niewarci zachodu.

– Ale ja bym się nie obejrzał. Nigdy nie zaakceptuję kobiety w chuście. Tu nie chodzi o zakrywanie głowy. One myślą chustą, nie mózgiem.

– Tak, habibi. Masz rację, habibi. Jak sobie życzysz, kochanie – popiskiwali w duecie.

– Facet dominujący, kobieta w domu, nawet jak się nie zgadza z mężem, to mu przytakuje – sprecyzował Hassan. – Dla niej ważne są detale: zakrycie ramion, chusta. A dla mnie to dyskusyjne. Za czasów Proroka ludzie musieli się chować przed słońcem. I kobiety, i mężczyźni się zakrywali. Teraz mamy klimatyzację.

– Mnie by nie przeszkadzało, gdyby moja żona chodziła w chuście, jeśliby koniecznie chciała. Tylko żeby miała chustę długą, a nie związaną na karku jak służąca. Długa chusta chociaż trochę przypomina włosy. – Ahmed się roześmiał. – Kiedyś w szpitalu, jak nie wiedziałem, jak się nazywa jakaś pielęgniarka, wołałem: „Ta w chuście!”.

Hassan złapał ironię:

– Teraz wszystkie chodzą w chustach! Nawet prostytutki!

Ahmed:

– Ja już czasami patrzę i widzę włosy zamiast chusty. Nie odróżniam chusty od włosów.

– A ja nie chcę w chuście – upierał się Hassan.

Ahmed dopiero po kilku latach całkowicie się z nim zgodził, bo kiedy rozmawialiśmy, był skłonny tolerować zakrywanie głowy.

– U mnie w pracy tylko jedna kobieta nie nosi chusty. I pozostałe dają jej szkołę. – Spoważniał. – Ale za liberalna też nie może być. Mówiłem ci kiedyś o Tunezyjce, tej, którą poznałem w Szarm el-Szejk. Rok byliśmy razem. Mieszkała z gejem, to jeszcze nie problem, ale ona była za tym, żeby homoseksualiści dzieci adoptowali!

Neema chustę zaczęła nosić cztery lata przed naszym spotkaniem. Tuż przed zaręczynami. Jej mama chusty nie nosi, pracuje w firmie farmaceutycznej, ale Neema stwierdziła, że musi. Rodzina nie jest konserwatywna, co nie oznacza, że niewierząca. Nawet w Kairze niełatwo znaleźć osoby niewierzące. Miała wyrzuty sumienia po powrocie z wakacji w Aleksandrii, gdzie bawiła się w klubach do rana i piła alkohol. Zaraz, nie ona piła, tylko siedziała przy stole, na którym był alkohol. I haszysz. I tańce. No, niedobrze. Wróciła z kacem moralnym. Miała dziewiętnaście lat i stwierdziła, że koniecznie musi coś zrobić dla Boga. U schyłku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku coraz więcej młodych Egipcjanek zaczęło zakładać chusty i Neema też przyrzekła, że to zrobi. Rzuciła palenie, bo nie przystoi kobiecie w hidżabie, na przyjęciach weselnych nie tańczy już jak wariatka, bo to nie wygląda dobrze, i do domu wraca najpóźniej koło dwudziestej trzeciej. Jej koleżanki najpierw były w szoku, a potem jedna po drugiej zaczęły się zasłaniać.

Fatma nie była do tego przekonana.

– Można być dobrą muzułmanką, nie nosząc chusty. Na mnie babcia krzyczy, kiedy wychodzę z domu z niewyprostowanymi włosami. Co za zaniedbana dziewczyna!

Zostawienie kręconych włosów to według babci Fatmy przejaw niechlujstwa. Kiedy powiedziałam Fatmie, że moje obie babcie włosy właśnie kręciły – trwała, lokówki, papiloty, techniki się zmieniały, obie się roześmiałyśmy. Wyszło na to, że kobieta z prostymi włosami jest uważana za zadbaną, kiedy je podkręca, a z kręconymi – kiedy je prostuje.

Fatma była pewna, że nie założy chusty tylko dlatego, że mąż będzie tego wymagał. Pewnie nawet za takiego by nie wyszła.

– Ja też nie chcę faceta, który chciałby się ze mną ożenić tylko dlatego, że noszę chustę – oburzyła się Neema. – Jak jeszcze miałby gęstą brodę, to już w ogóle bym uciekła. Zacząłby stawiać warunki: praca od dziewiątej do czternastej maks. Nie chcę męża, który będzie mi jęczał, że nie ma mnie w domu. Pracująca matka może więcej nauczyć dzieci. Ci z cienkimi brodami są bardziej umiarkowani.

Fatma przytaknęła, ale Neema nie ustępowała:

– Im bardziej jesteś zakryta, tym jesteś bliżej Boga.

– Tak, ty teraz już możesz umrzeć spokojna – właściwie zgodziła się Fatma. – Ja, gdybym nagle zginęła w wypadku, trafiłabym do piekła. Tam są różne poziomy gorąca, więc może nie wylądowałabym jednak w tym najgorszym. Powtarzam sobie, że za jakiś czas założę chustę. Halas, trzeba kiedyś powiedzieć: dość tego! Nie jesteś przekonana do religii, to znajdź sobie inną. A ja nie chcę szukać innej. Wiem, że kiedyś założę chustę. Inszallah, jeśli Bóg tak zechce. Czasami czuję się winna. Miałam wypadek, wyszłam z tego cała, mam pieniądze i nie chcę tego dla Boga zrobić. Ale jak już Bogu przyrzeknę, że będę nosiła, to trudno będzie potem zdjąć.

Doskonale wiedziała o tym Eman. Feministka. Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, zdziwiła się, że nie pytam, dlaczego nosi hidżab. Dlaczego egipska feministka nosi białą zwiewną chustę narzuconą na czarną, zawiązaną ciaśniej. Eman prowadziła blog, opisywała na nim Egipcjanki, o których historia milczy.

– Wymiękłam, kiedy się dowiedziałam, że powstaje kolejna ekranizacja Kleopatry. Rany, czy w Egipcie nie było innych kobiet, o których można by nakręcić film? Mój blog to hołd dla tych zapomnianych kobiet. Co miesiąc wstawiam pracę jakiejś arabskiej artystki, pisałam o fizyczce nuklearnej Samirze Moussie, pierwszej stewardesie Ewie Karan, Rawyi Ateyi, która walczyła w wojnie sueskiej w latach pięćdziesiątych. O niektórych z nich nic się nie dowiesz z Google’a. Gdzieś tam w encyklopedii udaje mi się wygrzebać zdanie lub dwa. Na początku dwudziestego wieku miałyśmy niezwykle silny ruch feministyczny. Wtedy Egipt był bardzo liberalny. Kres położył temu Gamal Abdel Naser swoim puczem z 1952 roku. Odsunął króla Faruka, wprowadził mocny nacjonalizm i konserwatywną wizję islamu, która feminizm uważa za antymuzułmański.

– Czym feminizm jest dla ciebie?

– Oznacza, że mogę wychodzić z domu, kiedy chcę, że mogę być niezależna, znaleźć pracę, jaką chcę. Do tej pory są sfery, w których kobieta nie ma szans. Nie może zostać prezydentem. Nie może, bo islam mówi, że kobieta nie może rządzić krajem. Długo kobiety nie mogły też zostać sędziami. Teraz władze to zmieniły, ale tylko pod publikę – stanowiska objęły nie te z nas, które o to walczyły, ale żony prominentów, polityków. A kobiety potrafią rządzić i potrafią walczyć. Blog nazwałam od imienia starożytnej królowej sprzed trzech i pół tysiąca lat, pierwszej faraonki, Hatszepsut. Kleopatra wsławiła się wojnami, a Hatszepsut latami pokoju i wzrostu gospodarczego.

Eman założyła chustę, kiedy miała szesnaście lat i wszystkie jej koleżanki już były zakryte. A teraz ma jej dość i nie za bardzo potrafi cokolwiek w tej sprawie zrobić.

– Jak już raz się założy chustę, to wcale nie tak łatwo ją zdjąć. Dajesz Bogu przyrzeczenie – powtórzyła to, co mówiła Fatma. – Osiemdziesiąt pięć procent Egipcjanek nosi chusty. Na Zachodzie mówicie, że chusta to opresja, a to nie jest takie proste. Ja po prostu nie chcę robić przykrości rodzinie.

Wiedziałam, że nie będę miała problemu z rozpoznaniem jej pod bramą Amerykańskiego Uniwersytetu w Kairze. Anglistka, jak Eman, nawet tak samo ma na imię, tylko zapisuje je inaczej, łacińskimi literami. Różnic jednak między nimi sporo, zaczynając od najbardziej widocznej: dr Iman Al-Zainy, lingwistka z najsłynniejszej teologicznej uczelni na świecie, Al-Azhar w Kairze, szła odrobinę przygarbiona, miała wielką czarną skórzaną torbę i nikab – całkowitą zasłonę.

Bladoniebieska chusta ściśle przylegała do głowy i, okrywając rękawy granatowej marynarki, luźno opadała poniżej pośladków. Dodatkowy bladoniebieski kawałek zasłaniał twarz, zostawiając odsłonięty pasek na oczy i okulary w metalowej oprawce. Spod długiej granatowej spódnicy wystawały czarne pantofle i czarne kryjące pończochy.

Hidżab to dla niej za mało.

Doktor Iman Al-Zainy wygrała, po sześciu latach walki w sądzie, sprawę o noszenie całkowitej zasłony na terenie Amerykańskiego Uniwersytetu. Zakaz nikabu w szkołach i na uczelniach wprowadzono w 1994 roku, ale w ciągu dziesięciu lat nikab po cichu wracał. Potem władze uniwersyteckie zakazały wstępu do kampusu kobietom w nikabach ze względów bezpieczeństwa. Zdaniem organizacji obrony praw człowieka, które wsparły lingwistkę, to słaby powód – kobieta powinna mieć prawo do noszenia tego, na co ma ochotę. Zwycięstwo Iman opisywała prasa egipska i zagraniczna.

Ledwie trzydzieści lat wcześniej na Uniwersytecie Kairskim królowały spódniczki mini, a hidżab, nie mówiąc o nikabie, kojarzony był z niepiśmiennymi ludami pustyni, z ubogą klasą niższą.

W 2007 roku Egiptem rządził jeszcze prezydent Husni Mubarak. Po trzydziestu latach u władzy, w 2011 roku, obaliła go Arabska Wiosna, która przetoczyła się przez Tunezję, Egipt, Algierię, Oman, Sudan i pozostawiła krwawe zgliszcza w Jemenie, Libii i Syrii. Ale nadal trwała zima, każda forma opozycji była na celowniku władz, a czasem i przypadkowi przechodnie, choć nieco czuć było odwilż. Ludzie zaczynali wychodzić na ulice, co dziesięć, piętnaście lat wcześniej było nie do pomyślenia. Dwudziestu sześciu tysiącom strajkujących robotników udało się wywalczyć podwyżki.

Ale trwała zima i Iman machnęła ręką, że się na tym nie zna.

– Chodź na koszeri – zaprosiła dłonią w czarnej rękawiczce. Oczy jej się uśmiechnęły. – Zjemy egipski przysmak.

Przepychałyśmy się wśród wózków z ciuchami i worków z orzeszkami na zatłoczonej po zachodzie słońca ulicy w centrum. Po raz pierwszy ludzie nie gapili się na mnie, jasnowłosą, lecz na moją towarzyszkę. Kair to nie Synaj, tu łatwiej zobaczyć kobietę w dżinsach i T-shircie niż w nikabie.

Po dwudziestej usiadłyśmy w taniej jadłodajni. Trzy godziny po iftarze, pierwszym dozwolonym po zachodzie słońca posiłku w czasie ramadanu, ale Iman nie miała jeszcze czasu zjeść.

– Rok przed atakiem samolotów na World Trade Center Amerykański Uniwersytet w Kairze zakazał wstępu kobietom w nikabach. Do tej pory, jak wchodziłam, zdejmowałam przed ochroniarzem zasłonę, żeby mógł moją twarz porównać ze zdjęciem w legitymacji. Robiłam tak przez piętnaście lat, a tu nagle mówią, że albo zdejmuję nikab, albo nie wchodzę.

Brodaty kelner podał koszeri – trzy rodzaje makaronu z ryżem, soczewicą i ciecierzycą, wszystko polane ciepłym sosem pomidorowym. Iman poprawiła chustę, wyglądało, jakby chciała ją zdjąć, ale nic podobnego. Sprawnym ruchem schowała łyżkę pod spód, rozwiewając moją nadzieję na zobaczenie jej twarzy. Opowiadała:

– Jedną dziewczynę zawiesili w prawach, bo nie chciała zdjąć nikabu. Trzy inne poszły na kompromis i na terenie kampusu go nie nosiły. Ja po potrzebne książki z biblioteki wysyłałam koleżanki. Tylko że tak długo się nie da. Jestem pracownicą naukową Uniwersytetu Al-Azhar, ale muszę korzystać z biblioteki Amerykańskiego Uniwersytetu. I mam do tego prawo.

Kątem oka zauważyłam karalucha biegnącego po ścianie. Te mniejsze albo stoją, albo biegną, większe mają czas, miarkują kroki. Niby groźne nie są, ale karaluszy sprint zawsze wprowadza dziwny niepokój.

– Dlaczego tak ci zależało na nikabie? – spytałam, próbując nie patrzeć na wąsate stworzenie.

– Bo podjęłam decyzję, że będę chodzić zasłonięta jak żony Proroka. Dużo o nich czytałam, polubiłam je, a jak się kogoś lubi, to stara się do niego upodobnić.

– Islam nie nakazuje zasłaniania twarzy.

– Nie. Koran mówi tylko o hidżabie, zasłonie włosów. Zasłona twarzy to coś ekstra. Niektórzy teolodzy mówią, że zasłona twarzy obowiązywała tylko żony Proroka, że nie dotyczyła innych kobiet.

Kiedy Iman pierwszy raz weszła zasłonięta do domu, rodzice byli w szoku. Pytali, co jej się stało. Miała dwadzieścia jeden lat, kończyła pisać pracę magisterską. Mama i siostry noszą hidżaby, ale nikab to już przesada. Potrzeba było czasu. Opatrzyła im się. Przywykli.

Tym bardziej że w domu przecież go nie nosiła. Ani na wykładach, bo na Al-Azhar są osobne budynki dla kobiet i osobne dla mężczyzn. Wśród kobiet może mieć odsłonięte włosy i twarz.

– Na Amerykańskim Uniwersytecie mężczyźni i kobiety uczą się razem, więc tam muszę być w zasłonie. Lepiej się w niej czuję. Pewniej. Bezpieczniej. Poza tym uważam, że nikab bardzo dobrze na mnie leży. Pasuje mi do twarzy.

Powiedziała, że nikab pasuje jej do twarzy.

– Ludzie nie skupiają się na tym, jak wyglądasz. Kiedy nosisz nikab, koncentrują się na tym, co mówisz, jaki masz charakter, jak się śmiejesz – tłumaczyła, ale ja od początku rozmowy zastanawiałam się, czy ma wystające kości policzkowe, czy nie, usta duże czy małe. Po tym, jak układała się chusta na twarzy, mogłam tylko domniemywać, że nos ma mały.

Męża nie szukała, swaci też się wokół niej nie kręcili. Mąż będzie, inszallah, jak Bóg da.

Koszeri, tak jak zapowiadała, było przepyszne. Zanim się zebrałyśmy do wyjścia, zapytałam ją, ile ma lat. Nie chciała powiedzieć, bo łatwo sobie policzyć z tego, co mi już powiedziała. Nie chciała też dać się sfotografować.

– Ściągnij sobie zdjęcie dziewczyny w nikabie z internetu, przecież wszystkie wyglądamy tak samo – uśmiała się. Ostatecznie zgodziła się na zdjęcie niepozowane, kiedy wsiadała do taksówki. Kierowca posłał mi przy tej okazji soczystą wiązankę, z której zrozumiałam tylko ya gazma! – ty bucie! A może to było mochak gazma? Twój mózg jest butem? Niezwykle obraźliwe.

Ahmed odebrał telefon i nie odkładając słuchawki, zakomunikował:

– Brodaty kolega nie może się z tobą spotkać, bo nie wolno mu przebywać w jednym pomieszczeniu z kobietą.

– A gdybym usiadła w innym pokoju, a ty byś usiadł z nim? – zaproponowałam.

– Nie zgadza się. To może być dla niego niebezpieczne.

Nie nalegałam. Byłam już po rozmowie z działaczką organizacji praw człowieka. Opowiedziała mi o tym, co policja robiła radykalnym muzułmanom i członkom Bractwa Muzułmańskiego po ich bezpodstawnych zatrzymaniach: bili, rzucali po pomieszczeniu, rozdzierali skórę kluczem, przypalali papierosami, podwieszali pod sufitem, traktowali elektrowstrząsami, gwałcili. Mówiła, że niekoniecznie zgadza się z przekonaniami Bractwa, ale jego członkom należy się sprawiedliwy sąd. Tylko tyle.

Wiosną 2011 roku kobiety z mężczyznami wyszły na plac Tahrir. Kobiety z rozpuszczonymi włosami, kręconymi i wyprostowanymi, w chustach i abajach na czele demonstracji, krzyczące o demokrację. Wolność. Młodość. Radość.

Wściekłość, która obaliła autokratę.

Hasła: „Chleba, wolności i solidarności”, „Idź do piekła!”, „Odejdź!”.

Ale też: „Precz z Mubarakiem. Chcę się ożenić!”.

Co wyjaśni się za chwilę.

Wybory wygrała partia Bractwa Muzułmańskiego – Wolność i Sprawiedliwość. Umiarkowani i skrajni muzułmanie. Trudno się dziwić temu sukcesowi. Bractwo, choć zdelegalizowane w latach pięćdziesiątych, w całym kraju znane było z działalności charytatywnej na szeroką skalę. W ramach ponad tysiąca organizacji działały ośrodki pomocy dla najuboższych, dla wdów, sierot, bezrobotnych, dzieci ulicy. Bracia prowadzili szkoły, szpitale i apteki. Zajęcia sportowe. Wspólnoty sąsiedzkie. Współpracowali z organizacjami studenckimi i związkami zawodowymi.

Z przedstawicielami partii rozmawiałam w kwietniu 2012 roku, przygotowując tekst do tygodnika „Newsweek”. Usuwam ich nazwiska, bo gdy to piszę, Bractwo znów jest zakazane, a organizacje międzynarodowe mają zastrzeżenia co do sprawiedliwości postępowań sądowych. Rok po wyborach wojsko odsunęło od władzy prezydenta wskazanego przez Bractwo. Został skazany na śmierć. Ponad ośmiuset demonstrujących w jego obronie zostało zabitych. Władzę przejął emerytowany generał.

Zanim jednak do tego doszło, miałam przed sobą trzy członkinie największej muzułmańskiej partii w Egipcie w mocno zawiązanych chustach, a najważniejsza sprawa, o którą chciałam zapytać, racja stanu polskiej turystyki w egipskich kurortach, była problemem, który spędzał sen z powiek właścicielom biur podróży, hoteli i centrów nurkowych nad Morzem Czerwonym: czy będzie zakaz bikini?

Najmłodsza, trzydziestojednoletnia politolożka z wykształcenia, z miejsca mnie zgasiła. Zajmują się tworzeniem instytucji państwowych i „kwestia bikini” głów im teraz nie zaprząta.

Ale czy to oznacza, że będzie zaprzątać później?

Pięcioro członków egipskiego Bractwa Muzułmańskiego – trzy kobiety i dwóch mężczyzn – przyjechało do Polski z tygodniową wizytą; wcześniej byli w Turcji, Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Chinach i Stanach Zjednoczonych. Potwierdzali kontakty dyplomatyczne po obaleniu dyktatora.

Jak tylko nadarzała się okazja, wspominałam o bikini, a politolożka nadal nie dawała jednoznacznej odpowiedzi:

– Chcę podkreślić ważną sprawę: generalnie każdy kraj ma swoją kulturę, zasady, prawa. Kiedy jedziemy do Europy, Stanów Zjednoczonych, jakiegokolwiek kraju na świecie, musimy je szanować. W Egipcie też powinny być szanowane. Myślę, że nie ze szkodą dla turystów.

Choć w Egipcie coraz więcej kobiet zakłada chusty, to przecież nadal są takie, które nigdy by tego nie zrobiły. Powinny?

– Z muzułmańskiego punktu widzenia – oczywiście. I nie mówię tego ja, ale muzułmańscy uczeni. – Szefowa Sióstr Muzułmanek, kobiecej części Bractwa, nie miała wątpliwości. Sama nosiła czerwone i zielone chusty. Ale była też przekonana, że taki nakaz nie powinien się znaleźć w konstytucji. – Egipcjanie są z natury religijni, ale różnie tę religijność wyrażają.

Za noszenie chusty wyleciała z państwowej telewizji, gdzie była reporterką. Za czasów Mubaraka prezenterka telewizyjna chusty nosić nie mogła.

Oficjalne stanowisko Bractwa i partii w stosunku do kobiet: powinny być samodzielne, angażować się w politykę, zajmować ważne stanowiska w partii i państwie.

– Moja matka była pierwszą kobietą, która dołączyła do Rady Bractwa Muzułmańskiego. Zaraz po rewolucji – powiedział inżynier, w Bractwie od dwudziestu lat. – Bo przed rewolucją kobiety mogły być co najwyżej w radach lokalnych. Dla ich własnego bezpieczeństwa – pospieszył dodać.

Członkowie Bractwa latami byli regularnie zatrzymywani przez policję. Trzydziestodwuletni szef delegacji – trzy razy: w 2000 roku za udział w demonstracji oraz w latach 2001 i 2010 za członkostwo w nielegalnej organizacji. Kobiety nie mogły same zdecydować, czy podjąć to ryzyko. Zdecydowano za nie.

Po rewolucji miało być inaczej. Szefowa Sióstr reprezentowała Bractwo – całe Bractwo, nie tylko kobiety – w Europarlamencie. Politolożka była w Zgromadzeniu Głównym partii.

– Liczby mówią same za siebie – wyjaśniła. – Połowa członków Bractwa to kobiety. Są na wszystkich poziomach władzy w partii. Mamy największą liczbę kobiet w parlamencie. Tak, zdaję sobie sprawę, że cztery to niewiele. Na czterysta dziewięćdziesiąt osiem miejsc w parlamencie kobiety w sumie zajęły dziesięć.

Politolożka winiła kulturę, nie Bractwo.

Członkowie delegacji twierdzili, że kulturę, w której kobieta ma być uzależniona od męża i zamknięta w domu, trzeba zmienić.

Te deklaracje rozmijały się jednak z wypowiedziami nowo wybranych parlamentarzystów. Egipskie Centrum Praw Kobiet notowało, że domagają się prawa, które mężowi pozwalałoby gwałcić żonę, zabraniałoby kobietom samotnych podróży, zniosłoby odpowiedzialność karną za molestowanie seksualne.

Przy czym „molestowanie seksualne” stało się wtedy, kiedy rozmawialiśmy, eufemizmem kryjącym gwałty i ataki na kobiety.

Temat nie pojawił się nagle.

W 2006 roku, w czasie święta Id al-Fitr obchodzonego na zakończenie ramadanu, tłum kobiet stojących po bilety do kina został zaatakowany przez mężczyzn, którzy zaczęli je obmacywać, łapać za piersi, zdzierać z nich ubrania. Uciekające wpuszczali do środka niektórzy sklepikarze i ryglowali drzwi, ratując je przed napastnikami, którzy rzucali się na wszystko, co tylko przypominało kobietę. Przez egipską blogosferę przetoczyła się wówczas dyskusja, czy napastników było dziesięciu, czy pięćdziesięciu, a nawet czy w ogóle byli – czy to nie legenda miejska.

Podczas Arabskiej Wiosny kobiety były atakowane na placu Tahrir.

– Zaczęło się od pięciu, którzy nas otoczyli – opowiadała młoda dziewczyna reporterce Ramicie Navai, która w 2012 roku razem z Dimitrim Collingridge’em kręciła dokument Sex Mobs and Revolution w serii Unreported World dla brytyjskiej stacji Channel 4.

Słuchała, jak tłum napastników gęstniał, któryś złapał dziewczynę za pośladki, inny ciągnął za jej hidżab, ubranie. Uciekła. Koleżance się nie udało. Zdarli z niej ciuchy i przydusili ją do ziemi. Pięćdziesięciu facetów próbowało wepchnąć palce w jej pochwę.

– My, Egipcjanie, możemy zrobić coś złego, zanim sumienie nas powstrzyma – mówili Navai dwudziestolatkowie z konserwatywnego przedmieścia Kairu, z którymi rozmawiała o napastowaniu. – Mężczyzna może dotknąć fragmentu ciała kobiety, ale nie do tego stopnia, żeby ciągnął ją za ubranie czy rozbierał.

Może dojść do dotykania, przyznawali, ale zaraz zaznaczali, że nie dla przyjemności. To bardziej sposób na ukaranie kobiety. Jej wygląd przyciąga wzrok mężczyzny i powoduje jego zachowaniem.

Na uwagę reporterki, że dziewczęta w hidżabach również są atakowane, mieli gotową odpowiedź:

– To, że dziewczyna nosi hidżab, nie oznacza, że jest pobożna.

Przy rosnącej grozie widocznej na twarzy reporterki tłumaczyli, że rozumieją bezrobotnych facetów, bez szans na małżeństwo, którzy molestują kobiety.

Wezmą, co chcą, siłą.

Nie potrafią się powstrzymać.

Nie mówią wprost, że nie stać ich na małżeństwo, nie stać na seks. Seks można uprawiać tylko w małżeństwie. Małżeństwo uprawnia do wyprowadzki z domu rodziców. Bez małżeństwa zostaje porno z internetu, trzymanie się za ręce i przytulanki z innymi mężczyznami, seks zastępczy z – jak by to powiedzieli – „kobiecymi mężczyznami”.

Navai odkryła też powód polityczny. Spotkała mężczyzn, którzy przyznali się jej, że dostawali pieniądze za to, by „poszli i molestowali dziewczęta, próbowali dotykać do momentu, kiedy te opuszczą demonstrację”. To miał być sposób Mubaraka na zniechęcenie kobiet do protestów.

Tylko że Mubarak został odsunięty, wygrały partie muzułmańskie, a ataków było jakby więcej. Nadal pojawiali się ludzie, którzy oferowali pieniądze za napastowanie kobiet. A z pieniędzmi, wiadomo, krucho. Tym razem podejrzenia padły na tych z drugiej strony barykady, skrajnych muzułmanów.

Spytałam szefową Sióstr Muzułmanek, czy jej zdaniem kobieta może zostać prezydentem.

– Oczywiście, prawem kobiety jest startowanie w wyborach i jeśli Egipcjanie wybiorą ją na prezydenta, będziemy musieli to uszanować.

– Ale nie wystawiamy kandydata kobiety – dorzuciła politolożka.

– Nie zadała takiego pytania – szybko skarciła ją szefowa Sióstr. – Nie zapytała o to.

Powszechnie znane było jednak oficjalne stanowisko Bractwa: kobieta nie może rządzić państwem.

Szef delegacji jako priorytety przyszłego rządu wskazywał gospodarkę i bezpieczeństwo. Jedną z sił napędowych egipskiej ekonomii jest turystyka – dwie trzecie przychodów z turystyki pochodzi od kilkunastu milionów obcokrajowców rocznie prażących się na egipskich piaskach. W 2010 roku do Egiptu pojechało pół miliona Polaków. W kolejnym roku, roku rewolucji, przychody z turystyki spadły o jedną czwartą.

– Ale co z bikini? – powracałam z pytaniem-bumerangiem.

– Więc przyjadą do Egiptu tylko po to, żeby... – szef delegacji zawiesił głos.

– Żeby się opalić i popływać w Morzu Czerwonym – odparłam.

– W bikini?

– Tak jak do tej pory.

Westchnął głęboko.

– Zapraszamy do Szarm el-Szejk i do Hurghady.

Zaznaczył, że partia nie szykuje zakazów i nakazów dla turystów.

Ale:

– Nastawienie turystów musi się zmienić, kiedy przyjeżdżają do Egiptu. Mamy dużo więcej do zaoferowania niż bikini. I jeśli turyści przyjeżdżają tylko po to, żeby włożyć bikini, tylko po to, żeby pokazać swoją kulturę, to budzi nasz sprzeciw. Jesteśmy za wymianą kultur, a wierzę, że wasza kultura przejawia się nie tylko w bikini.

Tylko że ja już wiedziałam, od Hassana i Ahmeda, że egipska kultura nie przejawia się w sprzeciwie wobec bikini. Na wakacjach o dziewczynę i seks nie jest trudno. Szczególnie w nadmorskich miejscowościach. To perspektywa egipskiej wyższej klasy średniej. Koledzy nie widzieli też problemu w tym, by ich przyszłe żony czy obecne dziewczyny odsłaniały dekolt, chodziły w bikini na łodzi czy plaży.

Fatma miała osiemnaście lat, kiedy zakochała się po raz pierwszy. Siadali we dwoje w kawiarni. Ona nigdy nie piła, bo jest muzułmanką. On, jeśli nawet pił piwo, to nigdy się nie upił. Razem chodzili na zakupy, spotykali się z przyjaciółmi, pływali w basenie, całowali się w zakamarkach ogrodu, godzinami potrafili przeglądać kawiarnianą księgę wpisów, bo wtedy mogli usiąść obok siebie, przekładając strony, dotknąć swoich dłoni, nogą zaczepić o nogę.

Nawet gdy Fatma spotykała się z przyjaciółkami, on przyjeżdżał, żeby ją odwieźć do domu. Nie to co te pary teraz: on czyta gazetę i co chwila gada przez zestaw słuchawkowy, ona siedzi i się nudzi, bo to rodzice ich dobrali, a tak naprawdę nie mają sobie nic do powiedzenia.

Poznali się w college’u. Fatma mieszkała w Kairze z babcią i siostrą, bo rodzice zostali w Arabii Saudyjskiej. Z Michaelem szybko znalazła wspólny język. Chcieli mieć dzieci. I to nie na zasadzie, że jak chłopak miły, to w dobrym tonie jest zajść w ciążę w noc poślubną. Naprawdę chcieli.

On pochodził z dobrej rodziny, ona też, więc tu nie było problemu. Jednak rodzicom o nim nie mówiła. Wiedzieli, że chłopak, który przez dwa lata pięć razy w tygodniu odwozi ją do domu, to jej kolega. Pewnie się domyślali, ale woleli się nie upewniać. Czasem lepiej nie wiedzieć. To jak z kuzynką Fatmy. Wszyscy byli świadomi, że ma chłopaka, że była z nim na wakacjach, ale na spotkaniach rodzinnych nikt o to nie pytał. A co gdyby powiedziała, że chodziła przy nim w bikini? Albo przyznała nieopatrznie, że go pocałowała? Nie, tego żadna ciotka nie może usłyszeć.

Tylko dozorca nie miał oporów. Oni nigdy nie mają.

– Kim jest ten chłopak? Dlaczego tak późno wracasz? – wypytywał.

Jeśli długo masz chłopaka, to w końcu musisz za niego wyjść. A dwa lata to właśnie długo. Jednak ślub z Michaelem tak naprawdę nigdy nie wchodził w rachubę. Po dwóch latach jego matka zagroziła:

– Jeśli sam nie zerwiesz z tą dziewczyną, to zadzwonię do jej rodziców i powiem, że ich córka chodzi po kryjomu z moim synem.

Matka Michaela spanikowała, kiedy jej syn zapowiedział, że chce przejść na islam. On, chłopak z chrześcijańskiej od pokoleń rodziny! Chciał się dla Fatmy poświęcić. Stanął przed wyborem: matka albo dziewczyna.

To Fatma podjęła decyzję. Nie chciała, żeby jej rodzice się dowiedzieli. Na pewno by się nie zgodzili. A przecież oni chcą dla niej jak najlepiej. Jak mogłaby się im przeciwstawić?

Neema pierwszy raz się zaręczyła, gdy miała dziewiętnaście lat, ale nie potrafi wytłumaczyć dlaczego. To był gorący temat wśród jej koleżanek. I tych w chustach, i bez chust, chodzących w bikini i długich spódnicach. Neemie zostały dwa lata do skończenia nauki, akurat na okres narzeczeństwa.

Sayeda poznała w szkole. Był cztery lata starszy. Po dwóch tygodniach zapytał, czy może z nią przejść na wyższy poziom. Powiedziała:

– Nie.

Po kolejnych dwóch tygodniach ponowił pytanie.

– Idź do mojego ojca – odparła.

Tam pielęgniarka podała słodką herbatę w niedużej szklaneczce na spodeczku. Bo ojciec Neemy jest lekarzem i ma własny gabinet.

– Od dawna przyglądam się pańskiej córce – zaczął Sayed, choć pierwszy raz rozmawiał z nią cztery tygodnie wcześniej. – Mojej rodzinie pańska córka również się podoba. Chciałbym się z nią zaręczyć.

– Bardzo mi miło. – Ojciec Neemy uśmiechał się i dolewał herbaty. – A czym się zajmujesz?

– Jestem księgowym. Jeszcze nie zarabiam za wiele, ale rodzina we wszystkim mnie wesprze.

Ojciec się zgodził, zaczęli omawiać szczegóły zaręczyn.

– Pierścionek już wybrałem – powiedział Sayed. – Diament trzy czwarte karata.

Ojciec znów uprzejmie się uśmiechnął.

– To nieważne, to przecież tylko prezent. – Machnął ręką, ale nie uśmiechałby się, gdyby chłopak zaproponował mniejszy.

Za przyjęcie zaręczynowe płacił ojciec Neemy – wyszło dwa razy tyle co za pierścionek.

Była złota suknia, skrzypce, album specjalnie nagrany przez znanego piosenkarza, kilkuset gości w InterContinentalu nad Nilem.

Powoli zaczęły się przymiarki do ślubu. Neema dostała sześćdziesiąt tysięcy funtów egipskich mahru – obowiązkowego „prezentu” od pana młodego dla panny młodej. Ojciec dobrze to wynegocjował. Jej kuzyn dał swojej żonie tylko dwadzieścia pięć tysięcy. Prawda jest taka, że im więcej rodzina wyciśnie od narzeczonego, tym większy szacunek dziewczyna będzie miała u teściów.

Teoretycznie mahr narzeczona powinna zatrzymać na własne wydatki, ale teraz panny kupują za to meble, zasłony i dywany. Sprzęt AGD kupuje on. Oczywiście ma być made in Japan, made in Germany, a nie made in China. Sztućce muszą być srebrne lub posrebrzane, a szklanki kryształowe.

W zakupach, niestety, pomagała teściowa.

– A dlaczego nie nosisz pierścionka? Dostałaś, to pokaż, że go masz. Pokazuj, jak cię doceniliśmy.

Neema w myślach pyskowała: to nie twoja sprawa, nie założyłam, bo mi się nie chce, ale do Sayeda szeptała:

– Twoja mama nie daje mi spokoju. Zrób coś.

On tylko wzdychał.

Potem to on zaczął wymagać, żeby prócz chusty nosiła obszerniejsze ubrania. Zaczął zakazywać wychodzenia z koleżankami. Mówił po prostu: La. Nie i tyle.

O, myślała Neema, tego już za wiele; możesz mi powiedzieć, co o tym myślisz, ale nie możesz mi zakazać. Po dwóch latach nie miała już najmniejszej ochoty za niego wychodzić. Ale nie chciała zmarnować pieniędzy, które ojciec wydał na zaręczyny. Poza tym dziewczyna w chuście nie zrywa, ot tak, zaręczyn. Więc dalej chodziła z teściową na zakupy i zaciskała zęby.

W końcu Sayed poszedł na skargę do jej ojca.

– Pańska córka powinna się zmienić, jeśli chce zostać moją żoną.

Ale ojciec, który od pewnego czasu coś podejrzewał, już był po rozmowie z Neemą.

– Ona się nie zmieni – zakomunikował i rzucił mu pierścionek zaręczynowy.

Ahmed i Hassan po posiłku zamówili słodką zieloną herbatę z miętą. Alkohol w ogóle nie wchodził w grę. Nigdy nie pili. Ahmed, zmuszony niegdyś przez znajomych do wypicia tequili, tak się przy tym krzywił, że szybko mu odpuścili.

Na dobre szukał żony od pięciu lat. Z dwiema dziewczynami już zerwał zaręczyny. Za pierwszym razem nie odebrał pierścionka zaręczynowego, za drugim nie zdążył jeszcze go dać.

Zapalił papierosa.

– Ojciec się boi, że znajdę dziewczynę za granicą. Za parę miesięcy wyjeżdżam na stypendium do Londynu i ojciec wolałby, żebym do tego czasu się ożenił.

– Bo tam znajdziesz lepszą dziewczynę – domyślił się Hassan.

– Pamiętasz Irakijkę? Szalenie ją kochałem. Podobało mi się, że nie jest Egipcjanką, ale też jest muzułmanką i że mieszka w Europie. Jak byłem u niej w Londynie, to o dwudziestej trzeciej musiała być w domu. Ale jak wyjechała do Szkocji, nikt jej już nie kontrolował.

– To o co chodzi: ładna, bogata, otwarta. Czego jeszcze chcieć?

– Jej ojciec mnie nienawidził tylko z tego powodu, że jestem Egipcjaninem. Ale przez to przebrnąłem. Byłem w szoku, jak często można się kłócić, jak dużo w rodzinie może być agresji. Raz zerwaliśmy, zadzwoniła do mnie. No tak, jestem wariatką, wyląduję na kozetce, ale wiesz, to jest Londyn. Psychologicznie mnie załatwiła. Wróciłem. Na dwa tygodnie przed zaręczynami, po trzech miesiącach znajomości, odkryłem coś, co ostatecznie przeważyło: kompulsywnie kolekcjonowała drogie zegarki. Nawet ich nie nosiła, ale kilka razy w miesiącu kupowała. Przecież po ślubie to już nie tatuś, ale ja musiałbym za to płacić. I halas, dość tego, zerwałem z nią. Pierścionek jej zostawiłem, co się będę wykłócał o drobiazgi.

W Cilantro zrobiło się ciasno. Stoliki na górze okupowali chłopcy z laptopami. Dwie dziewczyny w chustach siedziały na krzesłach barowych przy balustradzie, też z laptopami. Jakaś para chichotała w kącie.

Zerwanie zaręczyn to poważna sprawa.

– Pamiętasz pierwszego narzeczonego Halimy? – spytała Neema. – Też z nim zerwała.

– Ale była bardziej bystra. Nie oddała pierścionka.

– Ja też nie chciałam oddać, ale ojciec się uparł. Powiedział, że nie będzie się zniżał. Ojciec Halimy powiedział, że nie odda, bo zapłacił siedemdziesiąt tysięcy funtów za przyjęcie, a do tego Halima przez dwa lata marnowała czas. Teraz będzie to miało wpływ na to, czy znajdzie narzeczonego. Chłopak zagroził, że wystąpi na drogę prawną i odbierze, co mu się należy. Przysłał im nawet jakieś pismo sporządzone przez prawnika. Ale na tym się skończyło.

Wylotówka na Aleksandrię zaczęła się korkować. Po ramadanie Kair wracał do normy. Smrodziły łady, fiaty 126p i polonezy, które taksówkarze poważają za solidność i niezniszczalność. W klimatyzowanym aucie Ahmeda koszula nie lepiła się do siedzenia i nie czuć było gorących spalin. Po chwili nie słychać też już było kakofonii klaksonów. Nie że trąbienie ucichło, ale ucho przywykło.

– Fajny masz ten dom – zagaiłam Ahmeda.

– Byłeś z nią o u siebie w domu?! – Hassan zlustrował mnie, jakby pierwszy raz widział na oczy.

Ahmed od razu zrozumiał pytanie. Dziewczyny nie chodzą z chłopakami do domu. Nie ma takiej opcji. Chłopaki mogą z chłopakami, dziewczyny z dziewczynami. Wyłącznym, praktycznie niemożliwym, ale absolutnie jedynym powodem może być seks. Dozorca jest przyzwoitką, donosicielem, chroni twoje interesy, jeśli dostanie dobry bakszysz. Dozorca jest jednak barierą nie do pokonania, gdyby chłopak chciał zaprosić do mieszkania dziewczynę albo dziewczyna chłopaka. Jakikolwiek mężczyzna jakąkolwiek dziewczynę. Żeby razem postudiować, zjeść obiad, odebrać od niej notatki z zajęć. To nie do pomyślenia.

– Halas, tam jeszcze nic nie ma! – krzyknął Ahmed. – Tynków nie ma, gruz na podłodze, ledwie okna wstawione!

Głowa Hassana momentalnie ostygła.

Ahmed nie umeblował domu jeszcze przez lata. Do Londynu co prawda nie wyjechał, ale niedługo później poleciał do Kanady. Po dwuletnim stypendium zaczął przeprowadzać przeszczepy szpiku kostnego. Ciemna i przygnębiająca robota. Zbyt wiele śmierci, za dużo cierpienia. Dlaczego umierającym ludziom zawsze tak samo opada szczęka? Przestał szukać żony. Doszedł do wniosku, że nie chce mieć dzieci.

Nie – pracując w działce, gdzie ciągle ktoś umiera.

Nie – w kraju, z którego w razie rozwodu nie będzie mógł wyjechać, bo żona nie da mu zabrać dzieci do Egiptu.

Nie – kiedy właśnie chce zmienić pracę w szpitalu na coś innego; bezrobocie nie jest czasem do opieki nad żoną i dzieckiem.

Wreszcie nie – bo dzieci odbierają mobilność. Wszyscy jego znajomi, którzy stali się rodzicami, nagle przestali nurkować, grać na instrumentach, podróżować. Dwa razy był w związkach, które przeszły do fazy „poważny”. I wtedy tchórzył. Wycofywał się. Wolał doraźne randki singla.

Pracę w szpitalu porzucił po czterech latach. Po siedmiu latach w Kanadzie, mówi mi przez Messengera, oprowadzając po swoim ogrodzie, czuje się, jakby miał lat sześćdziesiąt, a nie trzydzieści osiem. Nie chodzi o to, że za dużo pracował, bo przez ostatnie cztery lata jeździł ze szkoleniami po całej Ameryce Północnej – trzy dni w tygodniu w trasie, śpiąc w dobrych hotelach, dwa dni pracując z domu. Przyzwoite, bardzo dobrze płatne zajęcie. Stresy z onkologii zostawił za sobą. Tylko za domem tęskni. Za przyjaciółmi. Za spotkaniami bez omówionego wcześniej celu typu tenis albo wyjście do kina. Za „emeryturą”. Nie bardzo potrafi się pogodzić z życiem, w którym chodzi tylko o kupowanie coraz większej ilości nowych, lepszych, bardziej nowoczesnych rzeczy, oglądanie telewizji i przechodzenie od jednego związku do kolejnego. Więc rzucił tę dobrą pracę i planuje: zakup katamarana w Grecji i przetransportowanie go do Egiptu (zawsze chciał mieć łódź); otwarcie sklepu ze sprzętem muzycznym w Montrealu (z kolegą – raczej w charakterze hobby niż biznesu); zakup nieruchomości w Egipcie (pod wynajem) i otwarcie, o ile się da przy lecącej na łeb na szyję gospodarce, jakiegoś interesu w Kairze. I jeszcze: znalezienie żony. Egipcjanki.

Ale w 2007 roku, gdy jechaliśmy z Hassanem, powoli mijaliśmy zielony Mohandessin, dzielnicę wybudowaną dla inżynierów, lekarzy, nauczycieli. Już szybciej pędziliśmy obok ubogiego robotniczego przedmieścia, gdzie domy powstają na dziko i jest tak ciasno, że przez okna można niemal podać sobie dłonie. W planie z 1956 roku przewidywano, że w 2000 roku w Kairze mieszkać będzie pięć i pół miliona mieszkańców. Więcej niż dziesięć milionów było już po dziesięciu latach. Beton, beton, beton, urozmaicony gdzieniegdzie cegłami. Pranie w oknach. Bez drzewek, zarośli, nie mówiąc o trawnikach. Tu panny nie mają wymagań. Sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych w posagu? To chyba żart. Wiadomo, że żyje się po kilka osób w jednym pokoju.

Ahmed śmiał się z oficjalnych liczb: piętnaście milionów osiemset tysięcy kairczyków. Pewnie było i dwadzieścia milionów. Przecież nielegalnych mieszkańców nikt nie liczy. Po dziesięciu latach oficjalne liczby mówią o niemal dwudziestu milionach. To ile jest w rzeczywistości kairczyków?

W oddali za jaskrawozielonymi i świeżo zaoranymi brązowymi polami majaczyły piramidy Cheopsa, Chefrena i mniejsza od nich – Mykerinosa, przypominając urodzajny klimat niemiejski sprzed dwudziestu sześciu wieków przed naszą erą.

Po czterdziestu minutach dotarliśmy do budującego się raju bogatszej klasy średniej – kompleksu bliźniaków i domków jednorodzinnych Miasta Szóstego Października, nazwanego tak na pamiątkę wojny Jom Kippur z Izraelem w 1973 roku.

– Oddalone przedmieścia mają świeższe powietrze niż centrum, temperatura jest o kilka stopni niższa, wieją wiatry spoza miasta, nie dociera kairski smog – zachwalał Ahmed, kiedy ochroniarz podnosił szlaban.

Rozległe trawniki, palmy, stawy z fontannami, altanki, mostki nad sztucznymi strumieniami, gdzieniegdzie klomby z różami. Ogrodnicy cały dzień podlewali, chociaż w kompleksie mieszkało może kilka osób, a większość domów nie była nawet wykończona. Osiedle wybudowano przecież na pustyni.

– Tu, na rogu, będzie mieszkał mój brat. – Ahmed wskazał dwupiętrowy bliźniak. – Ojciec kupił tu trzy domy: dla siebie, dla mnie i dla mojego brata. Miałem mieszkać obok brata, ale nie podobał mi się ten dom. Wybrałem kawałek dalej. Lepszy widok. – Ahmed zatrzymał samochód.

Brama do garażu była otwarta, brakowało drzwi, dopiero co wstawili okna, podłoga w środku nie była jeszcze wyrównana. Dom miał trzysta pięćdziesiąt metrów kwadratowych, parter i dwa piętra, czterysta pięćdziesiąt metrów kwadratowych ziemi.

– Spróbuj tylko o tym powiedzieć w pracy, nie będziesz się mógł opędzić – zachichotał Hassan. – U nas w laboratorium jest tylko czterech facetów. Muszę kłamać, że mam dziewczynę, bo co chwila któraś chce się ze mną umówić. One nie mają okazji poznać mężczyzn gdzie indziej. A z takim domem...

– Dlatego nie mówię. One kłamią, mówią, że są skromne, a potem chcą tylko więcej i więcej. O, tu miał być pokoik dla służącej – obrzydliwość, żeby służąca mieszkała w tym samym domu. Będzie dochodziła.

– Dziewczynom chodzi o to, żeby się dobrze ustawić. Niektóre nawet mówią: o nie, pieniądze nie mają znaczenia, a potem zaczyna się wyliczanka.

– Wyjadę, wrócę, może już z żoną, może nie. Zobaczymy.

Kiedy wrócił z Kanady, ożenił się. Z Egipcjanką.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki