Ścieżka bosych stóp. Trzy drogi do naturalnych placów zabaw - Anna Komorowska - ebook

Ścieżka bosych stóp. Trzy drogi do naturalnych placów zabaw ebook

Anna Komorowska

5,0

Opis

Liczne badania potwierdzają zbawienny wpływ przyrody na dzieci z nadpobudliwością ruchową i problemami z koncentracją. Jednocześnie coraz więcej rodzi­ców zabrania swoim dzieciom wypadów do lasu czy samodzielnej zabawy na skraju wąwozu. Richard Louv w swojej książce „Ostatnie dziecko lasu“ podkreśla, że rzadkie kontakty z natu­rą powodują, że staje się dla nas coraz bardziej nieznana, co wywołuje w nas lęk.

 

Naturalny plac zabaw to rodzaj bezpiecznego kompromisu. Miejsce ogrodzone, sprawdzone, z regulaminem – to dla rodziców. Miejsce na wpół dzikie, z krzewami do zabawy w chowanego, kłodami i głazami do ćwiczenia równowagi, patykami i szyszkami do wykorzystania na milion sposobów, motyle na kwiatach i robale pod kamieniami – to dla dzieci. Tak wykreowana przestrzeń może pozwolić przełamać strach przed nieznanym. Być może będzie to pierwszy krok do wycieczki do lasu, do wąwozu, do parku narodowego.

 

MOJA ŚCIEŻKA | Dlaczego tu jestem?

W pierwszej części książki opisuję dlaczego to, o czym piszę jest dla mnie tak ważne. Wyjaśniam, czym jest zespół deficytu natury i naturalny plac zabaw. Opisuję akcje organizowane przez pracownię k.. Zdradzę też dlaczego, tak naprawdę, chodzę z moimi dziećmi „na pole”.

ŚCIEŻKA PIERWSZA | Idź na pole (lub na dwór, jak wolisz)

Jestem przekonana, że w każdym, absolutnie każdym mieście znajdzie się choć skrawek dzikiej przyrody, który warto odwiedzić. W drugiej części opowiadam o naszych mniejszych i większych wyprawach w ramach akcji „Idziemy na pole” i podaję sporą garść pomysłów na to jak twórczo spędzić czas z dziećmi na zewnątrz.

ŚCIEŻKA DRUGA | Zbuduj własny naturalny plac zabaw (w ogrodzie, na balkonie)

Nie można stworzyć dobrej przestrzeni dla dzieci bez przemyślenia całego ogrodu. Dlatego w tej części tłumaczę jak urządzić ogród w taki sposób, aby był przyjazny dla wszystkich członków rodziny. Zamieszczam też opisy elementów wyposażenia, które można samodzielnie wykonać dla i ze swoimi dziećmi.

ŚCIEŻKA TRZECIA | Zbuduj publiczny plac zabaw (tak, masz na to wpływ)

W ostatniej części książki piszę jak stworzyć naturalny plac zabaw przy domu kultury, bibliotece, szkole czy przedszkolu, w obrębie ogrodu społecznego, w lesie czy w innych publicznych miejscach. Jak wygląda proces projektowy? Kiedy potrzebny jest architekt? I co z tymi strasznymi certyfikatami i atestami? Gdzie szukać funduszy? Piszę również o placach zabaw dostępnych dla wszystkich dzieci i playworkerach.

POSŁOWIE | Idealny plac zabaw według pracowni k.

Na koniec przedstawiam moją wizję idealnego placu zabaw, do której dążę w swoich projektach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 172

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Anna Komorowska

Ścieżka Bosych Stóp

Trzy drogi do naturalnych placów zabaw

pracownia k. | Kraków 2020

Ścieżka bosych stóp. Trzy drogi do naturalnych placów zabaw

Copyright © by Anna Komorowska 2017, 2020Copyright © for this edition by pracownia k. 2020

ILUSTRACJE: Małgorzata Zając, Big Dot IllustrationsOKŁADKA I ŁAMANIE: Michał Rokita, pracownia k.REDAKCJA I KOREKTA: Korekto.pl

ISBN: 978-83-953572-3-7 wersja drukowanaISBN: 978-83-953572-4-4 wersja elektronicznaWYDANIE: drugie, poprawione i uzupełnioneWYDAWCA: pracownia k., ul. Kalwaryjska 64/10, 30-504 Kraków

ZŁOŻONO KROJAMI PISM: Adobe® Garamond Pro oraz Bebas Neue

Wszystkie książki możesz zakupić w naszym sklepie: www.pracowniak.pl/sklep

Publikacja, ani żadna jej część nie może być powielana oraz w żaden dostępny sposób upowszechniana publicznie bez pisemnej zgody wydawcy.

WSPIERAM EDUKACJĘ EKOLOGICZNĄ NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE

Wielokrotnie w swoich działaniach korzystałam z materiałów Ośrodka Działań Ekologicznych „Źródła“. Jestem pełna podziwu dla działalności stowarzyszenia, które od ponad dwudziestu lat pomaga nauczycielom, rodzicom i bezpośrednio dzieciom w zrozumieniu, a przez to pokochaniu świata przyrody. Dlatego chcę je wesprzeć przekazując jedną złotówkę z każdej sprzedanej książki.

Wprowadzenie

Całe życie mieszkałam w mieście. Całe dzieciństwo spędziłam w lesie. Obecnie jestem mamą dwóch chłopców. Codziennie odwożę jednego z nich do przedszkola tramwajem, a potem autobusem. Wiele osób pyta mnie, dlaczego wybrałam tak odległe miejsce. Odpowiedź jest prosta – przy przedszkolu jest dziki ogród, a dzieci codziennie wychodzą na zewnątrz, niezależnie od pogody. Moi synowie nie mają lasu za oknem, ale chcę im dać jak najwięcej z tego, czego sama doświadczyłam w dzieciństwie. I wiem, że nie jestem w tym osamotniona. Spotykam wielu rodziców, którzy również chcą podarować swoim dzieciom ten niezwykły skarb – kontakt z naturą. Mimo że jest to coraz trudniejsze. A może właśnie dlatego.

Jeśli, podobnie jak ja, czerpiesz energię z przyrody, zachwyca Cię jej siła, tęsknisz do niej i pragniesz zachować ją dla przyszłych pokoleń – ta książka jest właśnie dla Ciebie. Nie jestem przyrodnikiem ani ekologiem. Jestem architektem krajobrazu i robię to, w czym jestem najlepsza – projektuję place zabaw. I dokładam wszelkich starań, aby były one jak najbliższe naturze i dostarczały dzieciom jak najwięcej możliwości kontaktu z nią. Projektuję zazwyczaj publiczne obiekty, ale widzę ogromne zapotrzebowanie na podobne miejsca w różnych skalach – począwszy od ogrodów przydomowych, poprzez zieleńce przy bibliotekach, domach kultury, na osiedlowych placach zabaw kończąc. Dlatego chcę Cię zachęcić do działania. Warto zacząć od swojego podwórka i działać metodą małych kroków. Ale nie warto na tym poprzestawać.

W pierwszej części książki opisuję dlaczego to, o czym pisałam powyżej jest dla mnie tak ważne. Wyjaśniam, czym jest zespół deficytu natury i naturalny plac zabaw. Opisuję akcje organizowane przez pracownię k. Zdradzę Ci też dlaczego tak naprawdę chodzę z moimi dziećmi „na pole”.

Jestem przekonana, że w każdym, absolutnie każdym mieście znajdzie się choć skrawek dzikiej przyrody, który warto odwiedzić. W drugiej części opowiem o naszych mniejszych i większych wyprawach w ramach akcji „Idziemy na pole” i podam sporą garść pomysłów na to, jak twórczo spędzić czas z dziećmi na zewnątrz.

W ramach mojego workboxa (Nie)plac zabaw. Design it yourself tłumaczę, jak urządzić ogród w taki sposób, aby był przyjazny dla wszystkich członków rodziny. Chciałam skupić się na urządzeniu naturalnego kącika do zabawy, ale nie można stworzyć dobrej przestrzeni bez przemyślenia całości. Dlatego w tej części zawarłam wiele porad z kursu. Zamieszczam też opisy elementów wyposażenia, które możesz samodzielnie wykonać dla i ze swoimi dziećmi. Bardziej szczegółowe informacje znajdziesz w książce Kuchnia błotna. 20 przepisów na naturalne place zabaw, ale jeśli masz smykałkę do majsterkowania, porady zawarte tutaj powinny Ci wystarczyć.

Idź krok dalej. Zbuduj publiczny plac zabaw. Tak, masz na to wpływ. W ostatniej części książki piszę, jak stworzyć naturalny plac zabaw przy domu kultury, bibliotece, szkole czy przedszkolu, w obrębie ogrodu społecznego, w lesie czy w innym publicznym miejscu. Jak wygląda proces projektowy? Kiedy potrzebny jest architekt? I co z tym strasznym certyfikatem i z tymi atestami? Gdzie szukać funduszy? Piszę również o placach zabaw dostępnych dla wszystkich dzieci i playworkerach.

Na koniec przedstawiam Ci moją wizję idealnego placu zabaw, do której dążę w swoich projektach.

Podsumowując – książka składa się z czterech części. Każda z nich opisuje inną drogę, ale wszystkie prowadzą w jedno miejsce. Do świata, gdzie nasze dzieci mogą dotknąć natury i zakochać się w niej tak, jak my.

Moja ścieżka — Dlaczego tu jestem?

Ścieżka pierwsza — Idź na pole (lub na dwór, jak wolisz)

Ścieżka druga — Zbuduj własny naturalny plac zabaw (w ogrodzie, na balkonie)

Ścieżka trzecia — Zbuduj publiczny plac zabaw (tak, masz na to wpływ)

Rozdział pierwszy

Moja ścieżka — Dlaczego tu jestem?

Bloki w lesie

Pięć bloków w środku lasu. Tak to przynajmniej wyglądało z zewnątrz. W oknach nie miałam firanek, bo podglądać mogły mnie co najwyżej wiewiórki. Po kilku minutach spaceru byłam na łące, na której pasły się konie popijające wodę ze stawów niewiele większych od kałuży. Po powierzchni wody sunęły nartniki. Na jednym z drzew ktoś wyrył serce z moimi inicjałami. I powiesił na nim huśtawkę. W lesie był cmentarz. Idąc w jego stronę można było spotkać sarnę, bażanta i zająca. W pobliżu pętli tramwajowej spotkałam stado dzików. W lesie były też „drzewa-domki”, „drzewa-konie” i drzewo butelkowe, ulubione miejsce spotkań miejscowych pijaczków. Było nawet jedno drzewo, co do którego mam podejrzenie, że kiedyś było chłopcem, jak w Balladzie o Kasi i drzewie. Za cmentarzem był potok, który w jednym miejscu rozlewał się na pobliskie pole, każdej wiosny żółte od kaczeńców. Las był poszatkowany ziemnymi ścieżkami, betonowymi chodnikami i asfaltowymi drogami. Wyznaczały one granice, które stopniowo przekraczałam. Było też ogrodzenie, za które dzieci pod żadnym pozorem nie mogły wchodzić. Ten zakaz był oczywiście nagminnie łamany. My też byliśmy „za siatką”. Nie mogliśmy też chodzić do szkoły przez zarośnięty kawałek lasku, który kilka lat później został przerobiony na park. Nie mogliśmy, a jednak chodziliśmy, bo gdy moja przyjaciółka z pierwszego bloku zakochała się w chłopaku z ósmej klasy, rano czekałyśmy na niego i szłyśmy za nim. A on był już duży i chodził przez las. Z przyzwyczajenia chodziłam też tamtędy po szkole. Kiedyś po deszczu naliczyłam trzydzieści sześć ślimaków.

Tak wyglądało moje dzieciństwo – bloki, asfalt, tramwaje. Trzydzieści minut jazdy tramwajem od Rynku Głównego. A jednocześnie las, stawy, konie, kaczeńce. To wszystko jest wciąż żywe we mnie i choć drzewo z sercem ustąpiło miejsca zamkniętym osiedlom, a za „siatką” wybudowano centrum konferencyjne, wiem, że w każdym mieście są miejsca, gdzie możemy przeżyć niezwykłe spotkanie z przyrodą. Gdzie można wziąć dzieci i pokazać im inny świat. Wspaniały, bo prawdziwy. Rzeczywisty, a nie wirtualny. Kiedyś, idąc z Frankiem do przedszkola, stanęliśmy wpół drogi nasłuchując różnych odgłosów. Wymienialiśmy wszystko, co usłyszeliśmy. Chwilę później przekroczył próg budynku. Parę godzin później wyszedł z innymi dziećmi na spacer do lasu. Mojego lasu.

Gdy człowiek dorasta, jego świat się rozszerza. Mój w pierwszej kolejności powiększył się o południowe obszary województwa – góry. Jak je kochać i szanować nauczyła mnie Mama. Wspólnie ze swoimi siostrami, ich mężami, dziećmi i wnukami należała do Klubu Miłośników Babiej Góry. Tak przynajmniej twierdzili. Aby do niego należeć trzeba było spełnić jeden warunek – być na Babiej Górze przynajmniej raz w roku. Nie mam pojęcia, czy taki klub naprawdę istnieje. Nigdy nie miałam potrzeby, żeby to sprawdzić. Wystarczały mi te coroczne, rodzinne wypady w odwiedziny do Królowej Beskidów. Nie pamiętam, ile razy tam byłam. Po dziesiątym przestałam liczyć. To była pierwsza góra, na którą zabrałam Franka, dwa miesiące po tym, jak go adoptowaliśmy. Mojego małżeństwa też nie byłoby, gdyby nie góry. A tym samym – pracowni k., którą wspólnie z Michałem prowadzimy. W górach czuję, myślę, oddycham. I nawet jeśli nie mogę być tam tak często jak bym chciała, sama świadomość, że są blisko, bardzo mi pomaga.

Architektura krajobrazu nie była moim planem numer jeden. Chciałam studiować teologię. Rok przed maturą, siedząc z przyjaciółmi w lodziarni „U Jacka i Moniki” postanowiłam zdawać również na architekturę krajobrazu, co oznaczało przyspieszony kurs rysunku i tak wiele pracy, że ostatecznie zrezygnowałam z teologii. Skłoniła mnie do tego fascynacja ogrodami, którą podzielałam z moją Mamą. Podczas pięciu lat studiów zmieniało się moje wyobrażenie na temat tego, czym będę się zajmować jako architekt krajobrazu. Ostatecznie założyłam pracownię k. i wyspecjalizowałam się w projektowaniu placów zabaw. Projektuję głównie przestrzenie publiczne, ale w swoich podkastach, książkach i zeszytach, kursach on/off, podczas konsultacji i, mam nadzieję, poprzez tę książkę wspieram właścicieli prywatnych ogrodów, którzy marzą o miejscu przyjaznym dla wszystkich członków rodziny.

Zespół deficytu natury

Aby zdefiniować zespół deficytu natury Richard Louv potrzebował czterystu trzydziestu czterech stron. Tak powstała książka-legenda Ostatnie dziecko lasu. Oczywiste jest więc, że nie zdołam w kilku zdaniach opowiedzieć o całej złożoności problemu. Wydaje mi się jednak, że konieczne jest chociażby krótkie wprowadzenie.

Książkę Louva można podsumować tak: Dzieci potrzebują kontaktu z naturą, aby prawidłowo się rozwijać. Autor podaje przykłady dziesiątek badań, które udowodniły, że dzieci bawiące się codziennie, niezależnie od pogody, w ogrodzie, lesie, sadzie lub na łące mają lepszą koordynację ruchową i zdolność koncentracji, są bardziej aktywne fizycznie, empatyczne w stosunku do innych dzieci i twórcze. Jednocześnie podaje przykłady kolejnych kilkudziesięciu badań, które pokazują, że dzieci tego pozbawione mają problemy z nadwagą, koncentracją i przyswajaniem wiedzy. Celowo pominięte są tu parki miejskie. Na całym świecie można zaobserwować bardzo niepokojące zjawisko, jakim jest „komercjalizacja zabawy”. To określenie, wprowadzone przez Robina Moore’a oznacza, że coraz częściej w parkach buduje się gotowe boiska, a likwiduje przestrzenie do swobodnej zabawy. Otacza nas idealnie przystrzyżona i utrzymana zieleń, która cieszy oko, ale nie pozwala dzieciom na różnorodną zabawę. Z moich obserwacji wynika, że w Polsce również ten proces się zaczął, ale nie jest jeszcze tak zaawansowany. Na obrzeżach wielu parków, szczególnie w dzielnicach peryferyjnych, są jeszcze niezagospodarowane obszary lub fragmenty lasów, gdzie można uciec. Tak na co dzień. Wiadomo, że istnieją parki narodowe, góry i jeziora, że można pojechać nad morze. I na pewno warto to robić. Albo warto również poszukać w swojej okolicy miejsc dzikich. Jak pisze Louv, to może być „schronienie wśród chwastów i liści pod domową wierzbą, koryto sezonowego strumienia, a nawet rów między podjazdem a jezdnią – one wszystkie to dla dziecka osobne światy (...). Powracając do tych prostych, lecz zaklętych miejsc, obserwujemy wspólnie z dzieckiem zmianę pór roku, obroty kuli ziemskiej oraz wzrost i upadek zwierzęcych królestw”. Jestem przekonana, że każdy, nawet mieszkaniec dużego miasta, znajdzie takie miejsca. Jedną z cenniejszych rad, jakie wzięłam sobie do serca po przeczytaniu książek Louva to zachęta, żeby wybrać jedno specjalne miejsce i często do niego wracać. Dzięki temu można obserwować zachodzące w przyrodzie zmiany. Doskonałym pomysłem będzie prowadzenie dziennika.Playful Learning – amerykańska platforma dla rodziców i nauczycieli proponuje mnóstwo świetnych materiałów na ten temat. Jeśli mamy możliwość możemy pójść dalej i stworzyć „ogród zabaw odkrywczych”, jak proponują Randy White i Vicki Stoecklin, czyli miejsca nie do końca zaprojektowane. Podobne przestrzenie chce tworzyć David Sobel, który namawia deweloperów, aby pozostawili część terenu niezabudowaną (tę, której i tak nie można w inny sposób wykorzystać) i wypełnili ją krzaczkami borówek, pagórkami do jeżdżenia na sankach czy miejscami do kopania dołów. Nazywa takie miejsca „rezerwatami zabawy”. Dla mnie to idealne „nieplace zabaw”.

Wszystkie te działania są ważne nie tylko ze względu na rozwój naszych dzieci. Tu chodzi o coś więcej. Najlepiej zilustruje to jedna z historii opisanych w książce. Autor rozmawiał z bardzo zaangażowanym ekologiem, który przyczynił się do powstania nowego parku narodowego w Kalifornii. Zapytał go, jak dzieci będą mogły skorzystać z nowego miejsca. Czy będą mogły zbudować domek na drzewie? Rozmówca odparł, że nie. Raczej będą spacerować z rodzicami. Louv zapytał więc, w jaki sposób ekolog po raz pierwszy doświadczył kontaktu z naturą, a ten odparł zakłopotany, że... budując szałasy i domki na drzewie. Oczywiście w tej opowieści należy uwzględnić, że park narodowy w usa to coś innego niż park narodowy u nas, ale przekaz jest dość czytelny – dzieci, które nie mają możliwości swobodnej zabawy na łonie natury, nie będą potrafiły się w niej zakochać na tyle, aby o nią zawalczyć w przyszłości. „Pasja jest osadzona w osobistym doświadczeniu. Pasja bierze się z samej ziemi, wydobyta ubłoconymi rączkami dziecka. Podróżuje w górę upaćkanych trawą rękawów prosto do serca. Jeśli mamy uratować ochronę środowiska i samo środowisko, musimy uchronić nasz gatunek wskaźnikowy zagrożony wyginięciem: dziecko na łonie natury”. Amen. A, i jeszcze postscriptum – w swojej kolejnej książce Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo Louv cytuje Conora O’Gormana: „Najlepszym krokiem, jaki mogą wykonać rodzice, jest pierwszy krok przez drzwi. To nie dzieci potrzebują zachęty, tylko rodzice”.

Naturalny plac zabaw

Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z tym określeniem, ale doskonale pamiętam pierwszy naturalny plac zabaw, który widziałam. Spacerowaliśmy ulicami Berlina szukając jednego z nowych parków, które mieliśmy na liście do zwiedzenia. Dość zwarta zabudowa, a w niej luka. Pusta, z architektonicznego punktu widzenia, narożna działka. A na niej jakiś dziwny twór. Kupa zieleni otoczona niskim, betonowym murkiem malowanym w geometryczne wzory. Furtka otwarta, w pobliżu regulamin placu zabaw. Wydaje się, że można wejść. Wśród zieleni niewielki plac zabaw. Niby wszystko jest po staremu – zjeżdżalnia, domki do zabawy, coś do kręcenia i coś do huśtania. A jednocześnie wszystko inne. Do zjeżdżalni na pagórku byłam przyzwyczajona. W Niemczech, gdzie spędziłam dwa lata studiów, to powszechne rozwiązanie. Hamaki też spotykałam. Domki do zabawy indywidualnie zaprojektowane również nie były dla mnie nowością. Zaskoczeniem była gigantyczna rzeźba makówki, która kręciła się wydając charakterystyczny dźwięk. Ale to nie o nią chodzi. Po pierwsze cały teren dosłownie tonął w zieleni. Trudno powiedzieć, że była ona jakoś specjalnie zaprojektowana. Po prostu była, wszędzie. Wzdłuż ogrodzenia, między zabawkami. Bujna i kwitnąca. Po drugie, ukształtowanie terenu. Pagórki i układ urządzeń były ściśle powiązane. Można było odnieść wrażenie, że nagle przenieśliśmy się na jakąś tajemniczą wyspę. Drewniana kładka przerzucona nad piaskową „rzeką”, a na niej drewniana łódź. Domki na palach do zabawy, przed nimi piaskownica. Gdzieniegdzie rzeźby małp, drewniany tunel. A do tego hamaki i wieloryb. Obfotografowaliśmy to cudowne miejsce z wszystkich stron i poszliśmy dalej. Brakowało wówczas w naszym zespole najmłodszych testerów. Z nimi zapewne zostalibyśmy dłużej. Od tego czasu wspominałam o owym placu zabaw dziesiątki razy – w artykułach, prezentacjach, na konferencjach, warsztatach. Ale to był dopiero początek. Uruchomił lawinę zdarzeń, która sprawiła, że jestem tu, gdzie jestem. Zaczęłam szukać publikacji na ten temat, czytać i oglądać zdjęcia, analizować inne projekty. I stopniowo, krok po kroku, włączać naturalne elementy do swoich projektów. To nie tak, że gdyby nie ten plac zabaw nigdy nie projektowałabym naturalnych placów zabaw. Wiklina i kłody pojawiają się od pierwszego projektu zrobionego pod marką pracownia k. Podczas studiów w Kaiserslautern natknęłam się na publikacje o naturalnych placach zabaw. To był raczej rodzaj potwierdzenia. Że się da. Że warto.

Wspomniany we wcześniejszym rozdziale Louv pisze w swoich książkach, że jedną z przyczyn, dla której dzieci zamykane są w domach jest strach przed dziką przyrodą. Coraz mniejszy kontakt z nią powoduje, że wydaje się nam coraz bardziej obca, a tym samym straszna. Swoje dzieciństwo spędziłam włócząc się po lesie. Nie było w tym nic niezwykłego. Dzisiaj coraz mniej rodziców pozwoliłoby na to swoim dzieciom. Naturalny plac zabaw to rodzaj bezpiecznego kompromisu. Miejsce ogrodzone, sprawdzone, z regulaminem – to dla rodziców. Miejsce na wpół dzikie, z krzewami do zabawy w chowanego, kłodami i głazami do ćwiczenia równowagi, patykami i szyszkami do wykorzystania na milion sposobów, motyle na kwiatach i robale pod kamieniami – to dla dzieci. Być może tak wykreowana przestrzeń pozwoli przełamać strach przed przyrodą. Być może będzie to pierwszy krok do wycieczki do lasu, do wąwozu, do parku narodowego.

Czym są więc naturalne place zabaw? To prywatne lub publiczne place zabaw zbudowane z naturalnych materiałów oraz z projektowaną roślinnością. Pisząc o naturalnych materiałach nie mam na myśli tylko tego, że urządzenia są z drewna. Takie spotyka się na większości obecnie budowanych placów zabaw. Chodzi również o naturalną nawierzchnię i takie elementy jak kłody, głazy, wiklinowe tunele i szałasy, zabawki wodne i miejsca do zabawy w błocie. W przeciwieństwie do standardowych karuzeli i zjeżdżalni, tu możliwe jest wielorakie wykorzystanie tych samych elementów. Niedopowiedzenia rozwijają wyobraźnię – krzywy patyk raz może być wędką, innym razem różdżką lub rogiem dzikiego zwierza. Place zabaw oferują głównie zabawki ruchowe. Na naturalnym placu zabaw dzieci mogą również spróbować zabaw konstrukcyjnych (budowa szałasu z patyków), społecznych (zabawa w chowanego, w sklep), mogą rozwijać motorykę mniejszą (zabawy manipulacyjne szyszkami, kamykami). Odpowiednio dobrana roślinność przyciąga ptaki i owady, które można godzinami obserwować. Największą zaletą naturalnych placów zabaw jest to, że ciągle się zmieniają. Wiosną wszystko kwitnie, latem pojawiają się owoce, jesienią kolorowe liście. Rośliny rosną, rozrastają się, z roku na rok plac zabaw coraz bardziej przypomina ogród.

Nie ma jednego ustalonego wzorca. Naturalne place zabaw mogą przybrać bardzo różne formy. Począwszy od „miejskich” obiektów, które niewiele różnią się od standardowych placów zabaw, ale uzupełnione są o kilka naturalnych elementów i roślinność, a na dzikich ogrodach, tworzonych samodzielnie przez dzieci i rodziców kończąc. Nie wszystkie projekty pracowni k. to naturalne place zabaw, ale mamy ich na koncie sporo.

Las czysty i bezpieczny

Ktoś mógłby uznać, że projektowanie naturalnych placów zabaw jest bez sensu. Że lepiej puścić dzieci po prostu w las. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu, a nawet dwustu procentach. Gdy tylko mogę, apeluję do rodziców i nauczycieli – idźcie do lasu! Co prawda, gdyby wszyscy tak robili, straciłabym pracę. Ale to nic, wymyślę coś innego. O mnie się nie martwcie. Po prostu idźcie do lasu... Tutaj pojawia się jednak kilka problemów. Po pierwsze strach, o którym pisałam w poprzednim rozdziale. Po drugie, tempo życia i chroniczny brak czasu, który dotyka również dzieci. Do lasu jest po prostu za daleko. Nawet jeśli jest pod blokiem. Potrzebna jest powszechna edukacja, która przekona opiekunów, że wycieczka na łąkę jest tak samo rozwijająca i potrzebna jak zajęcia pozalekcyjne. Po trzecie, nie bójmy się tego słowa, lenistwo! Rodzicom po prostu się nie chce. Wiem, zaraz pojawią się głosy, że to nie tak, że my po prostu jesteśmy zmęczeni, że dużo obowiązków, że drugie, trzecie dziecko i tak dalej. Ale przyznajcie – czasem po prostu nam się nie chce, prawda? Sama jestem z natury leniem, więc doskonale to rozumiem. Powodów, dla których rodzice nie wychodzą z dziećmi i nie pozwalają dzieciom wychodzić samodzielnie jest zapewne o wiele więcej. Rozważając chociażby trzy wymienione powyżej, można zauważyć, że istnieje duża potrzeba edukowania i uświadamiania. Staram się robić to na różne sposoby. Poprzez wykłady, artykuły, teraz poprzez tę książkę, ale przede wszystkim przez akcje, takie jak „Idziemy na pole” czy „Naturalne place zabaw w Krakowie”. O pierwszej napiszę więcej w kolejnym rozdziale. Teraz kilka słów o trzech konkursach, w których wspólnie z Michałem braliśmy udział właśnie po to, żeby zwrócić uwagę na ten problem.

Pierwszy projekt dotyczył właśnie naturalnych placów zabaw, ale w zupełnie innym ujęciu niż to, które opisałam w poprzednim rozdziale. Tym razem chodziło o miejsca, które dzieci NATURALNIE anektują do zabawy – pagórki, drzewa, wszelkie źródła wody, trawniki. Wybraliśmy kilka takich miejsc i w każdym z nich postawiliśmy tablicę z „regulaminem” – takim, jakie widujemy na placach zabaw, z listą zakazów i nakazów oraz z numerem alarmowym itd. Przy fontannie w centrum Krakowa stanęła tablica „Zestaw wodny”, przy drzewie – „Zestaw wspinaczkowy”, na plaży utworzonej pod Wawelem przez powódź – „Piaskownica”. Celem akcji było pokazanie, że dzieciom nie zawsze potrzebny jest zaprojektowany, drogi plac zabaw. Czasami po prostu wystarczy... przyzwolenie. Na brudne łapki, na wejście na trawnik w parku, na zabawę w fontannie, na wdrapanie się na drzewo. To nie znaczy, że powinniśmy teraz zarzucić budowanie kolejnych placów zabaw, bo przecież dzieci mają drzewa i kałuże. Nie. Chodzi jednak o to, żeby nie dopuścić do tego, że dzieci bawią się tylko i wyłącznie na ogrodzonym, certyfikowanym, wygumowanym i ustandaryzowanym placu zabaw. Zachęcaliśmy więc rodziców do spojrzenia na otaczającą przestrzeń oczami dziecka. Tymczasem zostaliśmy posądzeni o „zachęcanie dzieci do wchodzenia do brudnej wody”. Taki właśnie zarzut otrzymaliśmy od pewnej urzędniczki, która zadzwoniła zaniepokojona naszą tablicą. Pomijam fakt, że powinna być poinformowana przez organizatorów konkursu o naszej akcji. Zwróciłam jednak uwagę na inną rzecz. Fakt, woda w fontannie jest brudna. Z prostej przyczyny – większość fontann w Krakowie ma obieg zamknięty. Czyli rano przychodzi bezdomny, żeby się umyć, a po południu, w tej samej wodzie, kąpią się dzieci. Niefajne. Ale... Po pierwsze – przy fontannie powinna być informacja na ten temat, chociażby ze względu na licznych w Krakowie obcokrajowców, którzy mogliby mieć ochotę na ochłodzenie się w fontannie w upalne dni, jak to robią w swoich miastach. W ostatnim czasie pojawiły się tabliczki, ale wówczas ich nie było. Po drugie – nasze tablice stawialiśmy w miejscach, w których zaobserwowaliśmy bawiące się dzieci. Dzieci były więc pierwsze i nie musieliśmy ich do niczego namawiać. Po trzecie – są dzieci, jest centrum miasta, są wakacje... Może warto poszukać jakiegoś rozwiązania? Otwarty obieg przynajmniej w jednej z fontann? Wodny plac zabaw? Jakikolwiek plac zabaw? Nie, dla owej urzędniczki rozwiązaniem było umieszczenie na naszej tablicy dużego znaku informującego, że to tylko instalacja artystyczna, a następnie usunięcie tablicy zaraz po zakończeniu festiwalu. Na marginesie – moje dzieci do dziś kąpią się w tej i innych fontannach. I to mimo otwarcia dwóch placów zabaw w okolicy.

Przy tej okazji przypomniała mi się jeszcze inna historia związana z fontannami. Lato. Upalny dzień. Przychodzę z synkiem na plac Szczepański. Miejsce koszmarne (z perspektywy architekta krajobrazu), ale z dużą fontanną, którą Franek uwielbia. Na posadzce rozłożone ręczniki i grupki mam z prowiantem, przyglądające się pluskającym się dzieciom. Szok. To jednak w Polsce się da. I ludzie tak bezpardonowo z ręcznikami i jedzeniem. Super! Bardzo szybko przekonałam się, że owe mamy mówią w różnych językach, ale nie po polsku. Podobnie było zresztą z grupką młodych mężczyzn grających w piłkę na trawniku na Plantach. Hiszpanie! Dlaczego Polaków tam nie ma? Bo to nasze prl-owskie „nie deptaj zieleni” mamy tak mocno zakodowane, że do głowy nam nie przyjdzie sprawdzić, czy faktycznie zakaz wchodzenia na trawnik na Plantach nadal obowiązuje. Otóż, nie obowiązuje. Ale nadal na wszelki wypadek nie chodzimy po trawie, nie wchodzimy do fontann i nie zjadamy niczego, co rośnie w mieście.

Teraz będzie trochę nie na temat. To znaczy na temat przyrody, ale już niekoniecznie w kontekście dziecięcym. Bo będzie właśnie o jedzeniu. Kolejny konkurs wygraliśmy pracą „Chwastung Krakau”. Tematem przewodnim były forty krakowskie (czyli Festung Krakau), więc przyjrzeliśmy się im uważnie. I znaleźliśmy... mnóstwo chwastów. Tak, ja wiem, że to bardzo ciekawa architektura i w ogóle, ale wybaczcie – ja widziałam rośliny i to niekoniecznie te starannie projektowane nasadzenia maskujące, tylko właśnie chwasty. A wśród nich kilka takich, które można zjeść. Zrobiliśmy więc trzy poletka, w każdym wyplewiliśmy wszystko poza jedną wybraną rośliną. Obok postawiliśmy tablicę z informacją na jej temat oraz z przepisami na pyszne danie. Małgosia i Asia Zając, które wówczas prowadziły Mufinka Cafe, przygotowały przepisy na specjalne, chwastowe mufinki! Co więcej, zrobiły je na piknik, który z tej okazji zorganizowaliśmy. Uprzedzę pytania – nie, nie boję się jeść roślin znalezionych w mieście. Zjadam mirabelki, rzeczone chwasty i rajskie jabłuszka. A jak jest tylko okazja to i derenia. Wychodzę z założenia, że nie są bardziej zanieczyszczone niż jabłka rosnące w Łącku czy Tymbarku koło szosy. Ale mam za to stuprocentową pewność, że nie były pryskane. Przy okazji – wiesz, że miody miejskie (np. miody Mokotowskie z Warszawy) są często czystsze od tych wiejskich? Potwierdzone naukowo. Pszczoła nie siądzie na roślinie skażonej metalami ciężkimi. Wybiera te oddalone od dróg, schowane między blokami, w ogrodach szkolnych i przydomowych, na balkonach. A przeważnie są to rośliny niepryskane.

Skoro namawiam do zabawy na drzewach i w fontannach oraz do jedzenia miejskich chwastów, to tym bardziej namawiam do zabawy w lesie. Tylko że z lasem nie jest tak łatwo. Tam jest... niebezpiecznie. Mieszkają tam groźne stworzenia, np. kleszcze. I jest dużo dziur i wystających konarów. I jeszcze wiele innych zagrożeń. A gdyby tak trochę tam „posprzątać”? Nie za bardzo oczywiście, ale jednak trochę... Zakopać największe doły, usunąć najbardziej sterczące konary, całość ogrodzić i raz do roku spryskać preparatem na kleszcze, tak jak spryskuje się ogrody przedszkolne. Wybrać odpowiednio duży teren, ale też na tyle mały, aby rodzice mogli mieć poczucie, że ogarniają swoje dzieci, nawet jeśli schowają się za drzewem czy w zbudowanej przez siebie bazie. Jak Wam się podoba taka wizja lasu dla dzieci? Mnie trochę przeraża. Ale też kusi. Z jednej strony wymyśliłam ją i pokazałam w konkursie jako pracę konceptualną mającą na celu zwrócenie uwagi na problem izolowania dzieci od przyrody. Z drugiej strony zastanawiam się, czy nie jest to jedyna metoda, żeby przekonać niektórych rodziców i jedyna szansa na swobodną zabawę dzieci w lesie. Chodził mi po głowie pomysł, żeby zgłosić taki projekt do budżetu obywatelskiego. Tylko cały czas zastanawiałam się czy traktować to poważnie, czy jednak z ironią. I wtedy odkryłam NERy, czyli niemieckie Naturerfahrungsräume – Przestrzenie Doświadczania Natury. Uporządkowane kawałki lasu, z pagórkami, kłodami, błotem i drzewami do wspinania. Wokół ogrodzenie i regulamin. Zupełnie na serio.

Idziemy na pole

Pierwszy raz poszliśmy „na pole” latem 2014 roku. Franek miał niecałe dwa lata, a mi brakowało pomysłów co z nim robić. Zajmowałam się nim co drugi dzień, a co drugi pracowałam, wymieniając się obowiązkami z Michałem. I te moje „frankowe” dni zaczęliśmy spędzać na zewnątrz. Zawsze dużo spacerowaliśmy, po mieście często poruszamy się pieszo. Mamy szczęście żyć w takim mieście i w takiej dzielnicy, że jest to możliwe. Franek od małego podróżuje też dużo tramwajami i autobusami i, w przeciwieństwie do swojego młodszego brata, zawsze to lubił. Wychodziliśmy więc rano, zabieraliśmy prowiant, podstawowe rzeczy i szliśmy. Włóczyliśmy się po parkach i lasach, ale odkrywaliśmy coraz więcej dzikich miejsc. Spacerowaliśmy też po centrum, bo dużo się tam dzieje. W międzyczasie coraz bardziej udoskonalaliśmy nasze wyposażenie – z czasem doszedł lekki płaszcz przeciwdeszczowy, kocyk z wodoodporną warstwą czy wygodne pudełka na jedzenie. Relacje z naszych wypraw zamieszczałam na profilu facebookowym „Idziemy na pole”. Michał śmiał się ze mnie, że do wszystkiego potrzebuję „projektu”. Może coś w tym jest. I faktycznie z czasem ten „projekt” zaczął się rozrastać. Gdy zaczynasz się czymś interesować, nagle okazuje się, że pokrewne informacje same do Ciebie spływają. Tak było i tym razem. Napływały do mnie ciekawe artykuły o podobnych akcjach na całym świecie, newsy o wydarzeniach w Krakowie, na które możemy się wybrać, książki i zabawki warte polecenia. A co najciekawsze – powiększała się liczba fanów. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem, bo wydawało mi się, że to, co robię to zwykłe spacery z dzieckiem i kogo to może interesować. Ten „projekt” robiłam dla nas, choć faktycznie, jak zauważył Michał, miałam potrzebę jakiegoś strukturyzowania i upowszechniania jego przebiegu. Okazało się jednak, że wiele osób myśli i czuje podobnie. To grono stale się powiększało, mimo że profil aktywny był tylko latem. W zasadzie mogę powiedzieć, że właśnie ten fakt umocnił mnie w przekonaniu, że warto napisać tę książkę. Tak, czytelniku profilu „Idziemy na pole” – piszę tę książkę dzięki Tobie i dla Ciebie. Dziękuję. Pod koniec wakacji zebrałam wszystkie inspiracje, informacje i pomysły (a zebrało się ich sto) i wydałam w formie e-booka. Nie jest on już dostępny, ponieważ wiele informacji się zdezaktualizowało. Jakiś czas później uruchomiłam facebookową grupę Nieplac zabaw™, gdzie ponad 7500 uczestników dzieli się swoimi zdjęciami, pomysłami, linkami.

W 2014 zostałam zaproszona na konferencję „W dziką stronę”, gdzie opowiadałam o mojej akcji osobom zajmującym się edukacją terenową. I przyznaję, że z całego mojego doświadczenia jako prelegenta – to wystąpienie było najprzyjemniejsze. Znalazłam się na samym końcu programu, mówiłam późnym wieczorem, po całym dniu wykładów, a i tak spotkałam się z ciepłym przyjęciem i szczerym zainteresowaniem. Tam poznałam prawdziwych nauczycieli. Wiesz, takich z powołania. Rzadko się takich spotyka.

Tak było w pierwszym roku. Rosnące grono fanów facebookowej strony stało się dla mnie inspiracją do wykonania kolejnego kroku. W 2015 roku przygotowałam „Wakacyjne Wyzwanie”. Każda osoba, która zamówiła od nas newsletter otrzymywała przez całe wakacje dwa e-maile tygodniowo. Na początku tygodnia pojawiało się zadanie możliwe do wykonania w godzinach popołudniowych, po pracy. W weekendy zadania były bardziej wymagające. Wyzwanie było też publikowane na stronie, gdzie uczestnicy mogli opowiedzieć jak im poszło. Jesienią zapytałam czytelników, czy chcą coś podobnego zimą. Dostałam odpowiedź: „Jesienią, zimą i wiosną”. Na jesień nie zdążyłam, ale było „Wyzwanie Zimowe”. Tym razem wszystkie ćwiczenia zostały wymyślone przez Franka, który miał wówczas trzy lata. O tym, jak zmienić zwykły spacer w Wielką Wyprawę opowiada cała druga część tej książki, więc na tym poprzestanę.

W kolejnym roku pojawił się Antek i nasze życie nabrało kosmicznego tempa. Przyznam, że początki mojego podwójnego macierzyństwa były dość trudne i latem nadal nie ogarniałam wielu spraw. Szkoda mi jednak było porzucać „Idziemy na pole”, dlatego wprowadziłam wersję minimalistyczną. Założyłam tymczasowego bloga, na którym pisałam regularne artykuły o „Dzikim Polu”, czyli leśnym, eksperymentalnym placu zabaw założonym przez moich rodziców dla swoich wnuków. To miejsce z kolei jest bardzo dokładnie opisane w części trzeciej książki. Widzisz, mówiłam, że ta książka nie powstałaby, gdyby nie akcja „Idziemy na pole”.

Pewnie się zastanawiasz, co ja tak z tym polem. Może Cię to nawet irytuje, bo przecież wiadomo, że na polu są ziemniaki, a wychodzi się na dwór.

Idziemy „na pole”, bo jesteśmy z Krakowa i choć większość Polski się z nas śmieje, lubimy to nasze „pole”. Jest zdecydowanie bliższe naturze niż dwór czy podwórko.

Idziemy „na pole”, choć mieszkamy w mieście. Można to rozumieć dwojako. Z jednej strony jest to świadomy wybór miasta jako miejsca do życia. Owszem, też czasem nas ciągnie na wieś, też rozważamy przeprowadzkę, szczególnie siedząc na poddaszu w upalne dni, ale wiemy, że tutaj jest nasze miejsce. Z drugiej strony idziemy na pole zupełnie dosłownie, bo i takich miejsc w mieście nie brakuje. Szukamy dzikich łąk i kawałków lasów, gdzie nie dotarły jeszcze koparki. Zwiedzamy parki Krakowa, ale zapuszczamy się w ich najdalsze fragmenty i ku naszemu zaskoczeniu wciąż znajdujemy miejsca, w których nie widać bloków, a zamiast samochodów słychać świerszcze.

Idziemy „na pole”, bo na spacerze chodzi się za rączkę, a na placu zabaw można się bawić tylko w określone zabawy. Idziemy poszaleć, pobiegać, wykopać dół i ubabrać się błotem. Przeważnie nie mamy planu, wymyślamy go na bieżąco. Widzimy łąkę – zbieramy kwiaty i słuchamy świerszczy, jesteśmy głodni – wybieramy miejsce do rozłożenia koca, jest gorąco – szukamy fontanny. A przede wszystkim spędzamy czas wspólnie i staramy się go zorganizować tak, żeby był frajdą dla wszystkich członków rodziny.

A ostatnio dowiedziałam się, że fraza „pole-pole” w języku swahili oznacza „spokojnie, wolno”. No właśnie! Nic dodać, nic ująć.

ladnebebe.pl:

Każde dziecko ma prawo do patyka.

Definicja brudnych rąk może być względna.

Smak truskawek z krzaczka to obowiązkowy element dzieciństwa.

Zgubienie własnego dziecka nie jest niczym złym, o ile potem je znajdujemy.

Wieczór to nie koniec dnia, lizaki to nie słodycze.

Poparzenia pokrzywami i pogryzienia komarów wzmacniają odporność i są jak blizny – tylko dodają uroku.

Kiedy brakuje wody, możemy zastąpić ją błotem. A nawet suchą ziemią.

Rozmowy o życiu i śmierci to tematy nie tylko dla dorosłych, i nie tylko na poważne chwile.

Życie mrówek, nartników i ślimaków można obserwować dłużej niż kilka chwil, i nogi od tego wcale nie bolą.

U końca każdego spaceru musi czekać cel: piękny widok, drzewo, na które można się wspiąć lub chociaż łyk domowej lemoniady.

Leniwe rodzicielstwo

No dobra, a teraz powiem Ci dlaczego tak naprawdę chodzę z dziećmi na pole. Bo jestem leniwa. W domu dzieci ciągle czegoś ode mnie chcą. Jak tylko usiądę na sofie, zaraz słyszę – poproszę soczek, poczytaj mi, podaj mi, zagrajmy w piłkę, mamo, bo on... I tak dalej. Kiedyś spędzaliśmy ferie zimowe w Barcelonie. Pewnego dnia poszliśmy na plażę. Było ciepło i słonecznie. A ja mam wrażenie, że moje dzieci ktoś zaczarował. Antek, który domaga się uwagi przez dziewięćdziesiąt pięć procent czasu, tym razem sam był tak pochłonięty podziwianiem piasku, muszli, fal, że zapomniał o mnie i całym bożym świecie. Franek skakał przez fale, zbierał muszelki (dla mamusi), no i oczywiście kopał kanały, doły i szukał skarbów. Wciągał nas do tych zabaw i nie mieliśmy nic przeciwko, bo jak się jest w ciepły, słoneczny (lutowy!) dzień na plaży, to jakoś się bardziej chce. I nie ma tych wszystkich rozpraszaczy. Pralka nie woła – zrób pranie, zmywarka nie domaga się wyładowania, nieprzeczytane książki na półce nie frustrują, komputer z bajkami nie kusi. Na łonie natury dzieci się uspokajają, rodzeństwa zaczynają się dogadywać, a rodzice dołączają do zabawy. Po prostu magia! Zauważył to również Tom Hodgkinson w jednej ze swoich książek. Z tą książką mam pewien problem. Oryginalny tytuł brzmi Idle parent, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Rodzic na luzie”. Tymczasem polskie wydanie zostało opatrzone koszmarnym tytułem Być rodzicem i nie skonać. Przed odrzuceniem tej książki ochroniło mnie chyba tylko to, że znałam inne pozycje tego autora, takie jak Jak być wolnym i Jak być leniwym. W polskim wydaniu mierzi mnie również okładka, ale ściągnęłam obwolutę i mam piękną, minimalistyczną okładkę w kolorze moich wizytówek. Tom Hodgkinson ma wiele ciekawych pomysłów, niektóre kontrowersyjne, inne tylko zabawne, ale wszystkie dające do myślenia. W skrócie można powiedzieć, że przesłanie książki brzmi – Daj dzieciom więcej swobody, a Ty sobie odpocznij! Wdrażam je namiętnie w swojej rodzinie, choć, jak wspomniałam powyżej, najlepiej wychodzi mi to, gdy jesteśmy na dworze. Hodgkinson napisał też parę słów o placach zabaw, nie sposób więc tu o tym nie wspomnieć:

„Nie ma smutniejszego widoku niż samotny rodzic przeganiający dziecko przez plac zabaw i udający sam przed sobą, że też się dobrze bawi. Dla mnie idealnym miejscem opieki nad dziećmi byłoby wielkie pole: z jednej strony stałby namiot, w którym podawano by lokalne piwo – to byłoby miejsce spotkań rodziców; po drugiej stronie, trochę dalej, bawiłyby się dzieci. Jedni nie przeszkadzaliby drugim. Trzeba zostawić dzieciom tyle swobody, ile tylko się da”.

Należymy do rodziców, którzy biegają po placu zabaw, bo lubią się bawić. Szczególnie dotyczy to Michała. Kto go widział w akcji ten wie, co mam na myśli. Sama chętnie włączam się w niektóre zabawy, ale często siedzę z boku i obserwuję innych rodziców. Prawda jest taka, że tych, co udają, że się dobrze bawią nie widuję. Spotykam raczej takich, którzy fruwają nad dzieckiem pilnując każdego jego kroku, ostrzegając, zabraniając i na milion innych sposobów chroniąc przed czyhającymi na placu zabaw niebezpieczeństwami. Drugi typ to tzw. narrator. Na pewno takiego spotkaliście. To najczęściej rodzice najmłodszych dzieci, takich, co dopiero uczą się chodzić. Poznać ich po nieustającym monologu: „Marysia zrobiła kroczek, brawo, brawo. Tak, to jest zjeżdżalnia. Na zjeżdżalni się zjeżdża. Marysia chce zjechać. Tak, siedzisz na zjeżdżalni. I teraz, uwaga, ziuuu. Brawo, Marysia zjechała ze zjeżdżalni. Fajnie było? Prawda, że fajnie. Moja dzielna dziewczynka” itd. Trzeci typ to „zegarek”. Trzeba iść, bo zaraz zrobi się ciemno (to nic, że latarnia stoi tuż nad piaskownicą), zaraz zacznie padać (pojawiła się jedna chmura na niebie), zaraz będzie zimno itp. Słyszałam kiedyś nawet taką rozmowę kilkuletniego dziecka z jego mamą: „Chodź, musimy już iść, bo nam autobus ucieknie”. „Ale mamo, my nie przyjechaliśmy autobusem”. „Nie autobusem, to czym?” „No, autem”. „Yyyyy, to musimy sprawdzić, czy jeszcze stoi, chodź”. Nie, ja oczywiście rozumiem. Sama jestem mamą, też nieraz mam już dość i chcę iść. Ale dlaczego trzeba oszukiwać dzieci? Dlaczego nie można po prostu powiedzieć: „Chodźmy już, nudzi mi się tu. Chcę do domu”? Przecież efekt i tak będzie identyczny. Piszę Ci o tym, bo kiedyś wpadłam na taki pomysł, żeby na placach zabaw tworzyć „strefy dowodzenia”, czyli miejsca dla rodziców. W centralnej części placu zabaw byłaby altana, z której widać cały teren. Rodzice więc mogą mieć poczucie, że „panują nad sytuacją”. Pod zadaszeniem byłyby ławy i duże stoły. A przy nich... gniazdka elektryczne i Wi-Fi. Rodzice mogliby sobie takie miejsce zająć, rozejrzeć się, wyjąć laptopa, pomachać dzieciom, a potem zająć się swoimi sprawami i dać dzieciom święty spokój. A wracając do cytatu – pomysł postawienia budki z piwem jest w Polsce dość niebezpieczny, ale kawiarnie rowerowe (i wszelkie inne) byłyby jak najbardziej wskazane.

Hodgkinson ceni dziecięcą kreatywność i umiejętność zabawy zwykłymi przedmiotami. Twierdzi wręcz, że dzieci zdecydowanie wolą kartonowe pudło niż sterowane roboty. Jako inspirację wymienia listę średniowiecznych zabawek odszukanych przez archeologów. Zasada „mniej, znaczy więcej” sprawdza się więc również w przypadku zabawek. A jeśli chodzi o pudło, koniecznie zobacz film The Adventures of a Cardboard Box, który pokazuje jak wiele wcieleń może ono przybrać.

Nie piszę tutaj o wnętrzach, ale chciałabym przytoczyć uwagi autora dotyczące pokoi dziecięcych. W pewien sposób są one uniwersalne i dotyczą projektowania przestrzeni w ogóle. Hodgkinson pisze na przykład, że dzieci unikają pięknie wykończonych pokoi. Wolą schody, salon, korytarz. Namiętnie przestawiają meble i tworzą własne schowki, bazy. Gdy zaprojektowaliśmy pokój dla Franka, dostaliśmy bardzo wiele pozytywnych komentarzy. Dwukrotnie został opisany w prasie branżowej. Posty na Facebooku dotyczące tego pokoju biły rekordy popularności. Ale prawda jest taka, że dzieci w zasadzie nie korzystają ze swoich pokoi. Traktują je jak magazyn zabawek. Wchodzą, zabierają co chcą i idą się bawić do wspólnej przestrzeni. Zdecydowanie wolą być tam, gdzie wszyscy.

Na stronie czterdziestej siódmej znajdziesz jeszcze jeden cytat z książki Hodgkinsona, idealnie pokrywający się z tym, co chcę Ci przekazać.