Schronienie - Harlan Coben - ebook + audiobook + książka

Schronienie ebook i audiobook

Harlan Coben

4,3

Opis

Mickey Bolitar, piętnastoletni bratanek Myrona, ma mnóstwo problemów. Jego ojciec niedawno zginął w wypadku samochodowym, a matka po tej tragedii załamała się i zaczęła zażywać narkotyki. Chłopiec musiał zamieszkać z nielubianym wujem i zmienić szkołę. W nowej szkole zyskuje sobie przyjaciół i wrogów, tych ostatnich zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli. Wydaje się jednak, że jego życie zmieni się na lepsze, kiedy zdobywa śliczną dziewczynę, Ashley. Gdy ta nieoczekiwanie znika bez śladu, Mickey nie chce się z tym pogodzić. Szukając Ashley odkrywa szereg dziwnych faktów, z których wynika, iż ta pozornie skromna i nieśmiała dziewczyna może być kimś zupełnie innym niż się wydawało. Ponadto mieszkająca w sąsiedztwie zdziwaczała staruszka wygłasza zagadkową uwagę, że ojciec Mickeya wcale nie umarł... Wstrząśnięty Mickey razem z nowymi przyjaciółmi, Łyżką i Emą, próbuje rozwikłać i tę tajemnicę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 273

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 46 min

Lektor: Marcin Kwaśny

Oceny
4,3 (620 ocen)
338
178
75
26
3
Sortuj według:
Borusik

Całkiem niezła

Lekka, wciągająca, przyjemna opowieść o losach paczki przyjaciół. Wątki II WŚ dotyczące szlachetności sprawnie wplecione w fabułę.
10
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam wszystkim słuchającym dobrej książki.
00
MariaZiolkowska123

Nie oderwiesz się od lektury

jak ja nie lubię takich zakończeń!
00
orikasia1
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Swietna ksiazka. I jest wątek polski. Polecam
00
krzeszol

Dobrze spędzony czas

super ksiazka, warto
00

Popularność




Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY (współ­au­tor)

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE

2011 ROKU (współ­au­tor)

My­ron Bo­li­tar

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

Mic­key Bo­li­tar

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

www.har­lan­co­ben.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

SHEL­TER

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2012

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: ethy­lal­ko­hol/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-019-9

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Char­lot­te, Bena, Wil­la i Eve

1

Sze­dłem do szko­ły, uża­la­jąc się nad sobą – mój oj­ciec nie żył, mat­ka była na od­wy­ku, a dziew­czy­na za­gi­nę­ła – kie­dy po raz pierw­szy uj­rza­łem Nie­to­pe­rzy­cę.

Oczy­wi­ście sły­sza­łem plot­ki. Po­dob­no Nie­to­pe­rzy­ca miesz­ka­ła sa­mot­nie w za­nie­dba­nym domu na rogu Ho­bart Gap Road i Pine. Zna­cie go. Te­raz przed nim sta­łem. Wy­bla­kła żół­ta far­ba ob­ła­zi­ła z nie­go jak sierść ze sta­re­go psa. Nie­gdyś so­lid­ny ce­men­to­wy chod­nik po­pę­kał na ka­wał­ki wiel­ko­ści ćwierć­do­la­ró­wek. Na nie­ko­szo­nym traw­ni­ku ro­sły mle­cze tak duże, że bez py­ta­nia wpusz­czo­no by je do sek­sklu­bu.

Mó­wio­no, że Nie­to­pe­rzy­ca ma sto lat i wy­cho­dzi tyl­ko w nocy, a je­śli ja­kiś bied­ny dzie­ciak nie zdą­żył wró­cić do domu z rand­ki albo tre­nin­gu Ma­łej Ligi i za­ry­zy­ko­wał spa­cer, za­miast we­zwać tak­sów­kę, albo był tak sza­lo­ny, że pró­bo­wał skró­tu przez jej po­dwór­ko, do­pa­da­ła go.

Nie wia­do­mo, co mia­ła­by ro­bić swo­im ofia­rom. Od lat w mia­stecz­ku nie za­gi­nął ża­den dzie­ciak. Na­sto­lat­ki, ta­kie jak moja dziew­czy­na Ash­ley, jed­ne­go dnia były tu, trzy­ma­ły cię za rękę, spo­glą­da­ły głę­bo­ko w oczy, spra­wia­ły, że ser­ce za­czy­na­ło ci wa­lić w pier­si, a na­stęp­ne­go dnia już ich nie było. Ale małe dzie­ci? Nie. One były bez­piecz­ne, nie za­gra­ża­ła im na­wet Nie­to­pe­rzy­ca.

Tak więc już mia­łem przejść na dru­gą stro­nę uli­cy – bo na­wet ja, doj­rza­ły na­sto­la­tek roz­po­czy­na­ją­cy dru­gą kla­sę w no­wej szko­le, wo­la­łem omi­jać ten upior­ny dom – gdy za­skrzy­pia­ły otwie­ra­ne drzwi.

Za­mar­łem.

Przez mo­ment nic się nie dzia­ło. Drzwi były otwar­te na oścież, ale nikt w nich nie stał. Za­trzy­ma­łem się i cze­ka­łem. Może za­mru­ga­łem. Nie je­stem pew­ny.

Jed­nak kie­dy znów po­pa­trzy­łem, Nie­to­pe­rzy­ca tam była.

Mo­gła mieć sto lat. A może dwie­ście. Nie mia­łem po­ję­cia, dla­cze­go na­zy­wa­no ją Nie­to­pe­rzy­cą. Nie przy­po­mi­na­ła nie­to­pe­rza. Wło­sy mia­ła siwe i dłu­gie jak hi­pi­ska, roz­pusz­czo­ne do pasa. Po­wie­wa­ły na wie­trze, za­sła­nia­jąc jej twarz. Ubra­na była w po­dar­tą bia­łą suk­nię przy­po­mi­na­ją­cą suk­nię ślub­ną ze sta­re­go hor­ro­ru lub he­avy­me­ta­lo­we­go wi­de­okli­pu. Jej ple­cy były wy­gię­te jak znak za­py­ta­nia.

Po­wo­li pod­nio­sła rękę tak bla­dą, że bar­dziej nie­bie­ska­wą od prze­świ­tu­ją­cych żył niż bia­łą, po czym wy­ce­lo­wa­ła we mnie drżą­cy ko­ści­sty pa­lec. Nic nie po­wie­dzia­łem. Ce­lo­wa­ła we mnie pal­cem, aż upew­ni­ła się, że na nią pa­trzę. Kie­dy stwier­dzi­ła, że ją wi­dzę, na jej po­marsz­czo­nej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech, od któ­re­go prze­szły mnie ciar­ki.

– Mic­key?

Nie mia­łem po­ję­cia, skąd zna moje imię.

– Twój oj­ciec nie umarł – po­wie­dzia­ła Nie­to­pe­rzy­ca.

Te sło­wa wy­wo­ła­ły wstrząs, pod któ­re­go wpły­wem cof­ną­łem się o krok.

– Jest jak naj­bar­dziej żywy – do­da­ła.

Jed­nak sto­jąc tam i pa­trząc, jak zni­ka w swo­jej za­pusz­czo­nej no­rze, wie­dzia­łem, że to, co mi po­wie­dzia­ła, nie jest praw­dą.

Po­nie­waż wi­dzia­łem, jak mój oj­ciec umarł.

■ ■ ■

No do­brze, to było upior­ne.

Sta­łem przed do­mem Nie­to­pe­rzy­cy i cze­ka­łem, aż znów wyj­dzie. Nie do­cze­ka­łem się. Pod­sze­dłem do drzwi i po­szu­ka­łem dzwon­ka. Nie było go, więc za­czą­łem w nie wa­lić. Trzę­sły się od ude­rzeń. Drze­wo było szorst­kie jak pa­pier ścier­ny i po­dra­pa­ło mi knyk­cie. Ka­wał­ki far­by osy­py­wa­ły się, jak­by drzwi mia­ły łu­pież.

Jed­nak Nie­to­pe­rzy­ca się nie po­ja­wi­ła.

I co te­raz? Wy­wa­żyć drzwi kop­nia­kiem… a po­tem? Zna­leźć tę sta­rusz­kę w dzi­wacz­nej bia­łej suk­ni i za­żą­dać, żeby wy­ja­śni­ła swo­ją głu­pią ga­da­ni­nę? Może we­szła na pię­tro? Może Nie­to­pe­rzy­ca szy­ku­je się na ko­lej­ny zwa­rio­wa­ny dzień, zdję­ła bia­łą suk­nię i bie­rze prysz­nic…

Fuj!

Czas iść. Prze­cież nie chcia­łem spóź­nić się na pierw­szą lek­cję. Mój wy­cho­waw­ca, pan Hill, to ma­niak punk­tu­al­no­ści. Po­nad­to wciąż mia­łem na­dzie­ję, że Ash­ley dziś się po­ja­wi. Zni­kła bez śla­du. Może te­raz wró­ci rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie.

Po­zna­łem ją trzy ty­go­dnie temu na spo­tka­niu in­te­gra­cyj­nym dla no­wych uczniów (ta­kich jak Ash­ley i ja) oraz roz­po­czy­na­ją­cych na­ukę, któ­rzy i tak już się zna­li, po­nie­waż cho­dzi­li ra­zem do szko­ły pod­sta­wo­wej i gim­na­zjum. Z tego mia­sta chy­ba nikt nie wy­jeż­dża.

Spo­tka­nie po­win­no ogra­ni­czać się do wi­zy­ty w kla­sie, zwie­dze­nia szko­ły i ewen­tu­al­nie po­zna­nia kil­ku ko­le­gów. Jed­nak nie, to nie wy­star­czy­ło. Mu­sie­li­śmy wziąć udział w tych idio­tycz­nych, od­czło­wie­cza­ją­cych i kom­plet­nie szur­nię­tych ćwi­cze­niach „two­rze­nia ze­spo­łu”.

W pierw­szym cho­dzi­ło o „bu­do­wa­nie za­ufa­nia”. Pani Owens, na­uczy­ciel­ka wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, z uśmie­chem wy­glą­da­ją­cym jak wy­ma­lo­wa­ny przez pi­ja­ne­go klau­na, roz­po­czę­ła je, pró­bu­jąc nas roz­ru­szać.

– Dzień do­bry wszyst­kim!

Kil­ka sła­bych ję­ków.

Wte­dy – i nie­na­wi­dzę, kie­dy do­ro­śli to ro­bią – za­czę­ła po­krzy­ki­wać.

– Wiem, że stać was na wię­cej, więc spró­buj­my jesz­cze raz! Dzień do­bry wszyst­kim!

Tym ra­zem ucznio­wie krzyk­nę­li „dzień do­bry!” gło­śniej po pro­stu dla­te­go, że chcie­li, żeby prze­sta­ła.

Zo­sta­li­śmy po­dzie­le­ni na sze­ścio­oso­bo­we gru­py. Moja skła­da­ła się z trzech roz­po­czy­na­ją­cych na­ukę i trzech uczniów star­szych klas, któ­rzy wła­śnie prze­pro­wa­dzi­li się do mia­sta.

– Je­den z was sta­nie te­raz na po­dium z opa­ską na oczach! – wy­krzyk­nę­ła pani Owens. Wszyst­ko, co mó­wi­ła, koń­czy­ła wy­krzyk­ni­kiem. – Resz­ta skrzy­żu­je ręce na pier­si i bę­dzie uda­wa­ła, że po­dium sta­nę­ło w ogniu! Och nie! – Pani Owens przy­ci­snę­ła dło­nie do po­licz­ków jak ten dzie­ciak z fil­mu Ke­vin sam w domu. – Jest tak go­rą­co, że mu­si­cie się cof­nąć!

Ktoś pod­niósł rękę.

– Dla­cze­go mamy stać ze skrzy­żo­wa­ny­mi rę­ka­mi, je­śli po­dium się pali?

Po­twier­dza­ją­ce po­mru­ki.

Na­ma­lo­wa­ny uśmiech pani Owens nie zmie­nił się, ale mia­łem wra­że­nie, że za­uwa­ży­łem ner­wo­wy tik jej pra­we­go oka.

– Ma­cie zwią­za­ne ręce!

– Co ta­kie­go? Nie, skąd­że.

– Uda­waj­cie, że tak jest!

– Je­śli mamy to uda­wać, to po co opa­ska na oczach? Nie moż­na uda­wać, że się nie wi­dzi?

– Albo za­mknąć oczy?

Pani Owens po­wstrzy­my­wa­ła iry­ta­cję.

– Po­dium jest tak go­rą­ce, że pa­da­cie na ple­cy.

– Pa­da­my?

– Czy nie po­win­ni­śmy ra­czej ze­sko­czyć, pani Owens?

– Na­praw­dę, dla­cze­go mamy pa­dać? No wie pani, je­śli jest ta­kie go­rą­ce.

Pani Owens mia­ła dość.

– Po­nie­waż ja tak mó­wię! Ma­cie pa­dać! A resz­ta gru­py ma was ła­pać! Po­tem bę­dzie­cie za­mie­nia­li się miej­sca­mi, aż wszy­scy po ko­lei upad­ną.

Zro­bi­li­śmy to, cho­ciaż nie­któ­rzy z wa­ha­niem. Mam metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i ważę dzie­więć­dzie­siąt kilo. Moi ko­le­dzy skrzy­wi­li się, pa­trząc na mnie. Jed­na z dziew­cząt w mo­jej gru­pie, pierw­szo­rocz­na cała ubra­na na czar­no, była gru­ba. Wiem, że nie po­wi­nie­nem na­zy­wać jej gru­bą, tyl­ko zna­leźć ja­kieś inne, bar­dziej po­praw­ne po­li­tycz­nie sło­wo, ale nie wiem, ja­kie nie brzmia­ło­by zbyt pro­tek­cjo­nal­nie. Spo­rej tu­szy? Pulch­na? Oty­ła? Uży­wam tych słów, nie oce­nia­jąc, tak samo jak po­wie­dział­bym „mała”, „ko­ści­sta” lub „chu­da”.

Ta duża dziew­czy­na za­wa­ha­ła się, za­nim we­szła na po­dium. Ktoś z gru­py się za­śmiał. Po­tem jesz­cze ktoś.

Nie mam po­ję­cia, w czym to ćwi­cze­nie mia­ło ko­mu­kol­wiek po­móc, poza udo­wod­nie­niem tej dziew­czy­nie, że na­igry­wa­nia się nie skoń­czą, kie­dy za­cznie na­ukę w szko­le śred­niej.

– Da­lej, Emo, zła­pie­my cię – po­wie­dział z drwią­cym uśmie­chem je­den z pierw­szo­rocz­nia­ków, kie­dy dziew­czy­na nie upa­dła od razu.

Ten głos nie do­dał jej otu­chy. Zsu­nę­ła opa­skę z oczu i po­pa­trzy­ła na nas. Na­po­tka­łem jej spoj­rze­nie i ski­ną­łem gło­wą. W koń­cu rzu­ci­ła się z po­dium. Zła­pa­li­śmy ją – nie­któ­rzy dra­ma­tycz­nie po­stę­ku­jąc – ale Ema wca­le nie wy­glą­da­ła na bar­dziej ufną.

Po­tem była głu­pa­wa sy­mu­la­cja roz­gryw­ki pa­int­bal­lu, w któ­rej dwie oso­by zo­sta­ją ran­ne, a na­stęp­nie ćwi­cze­nie pod na­zwą – i chciał­bym, żeby to był żart – „za­tru­te ma­sło orze­cho­we”. W jego ra­mach na­le­ża­ło przejść pię­cio­me­tro­wy pas za­tru­te­go ma­sła orze­cho­we­go, jed­nak, jak wy­ja­śni­ła pani Owens: „Tyl­ko dwo­je z was może no­sić od­por­ne na tru­ci­znę buty!”.

Krót­ko mó­wiąc, trze­ba było prze­nieść po­zo­sta­łych człon­ków dru­ży­ny na ple­cach. Dziew­czy­ny chi­cho­ta­ły, kie­dy je prze­no­szo­no. Był tam fo­to­graf z ga­ze­ty „Star Led­ger” i ro­bił zdję­cia. Re­por­ter za­da­wał roz­pro­mie­nio­nej pani Owens py­ta­nia, a jej od­po­wie­dzi ro­iły się od ta­kich słów, jak „więź”, „po­wi­ta­nie” i „za­ufa­nie”. Trud­no mi było so­bie wy­obra­zić, jaki ar­ty­kuł moż­na na­pi­sać o czymś ta­kim, ale może roz­pacz­li­wie szu­ka­li ja­kie­goś ma­te­ria­łu o dra­ma­tycz­nym wy­dźwię­ku.

Sta­łem z Emą w ko­lej­ce do prze­pra­wy przez za­tru­te ma­sło orze­cho­we. Czar­ny tusz spły­wał jej po twa­rzy wraz z czymś, co mo­gło być łza­mi. Za­sta­na­wia­łem się, czy fo­to­graf to uwiecz­ni.

Gdy na­de­szła jej ko­lej do prze­nie­sie­nia przez za­tru­te ma­sło orze­cho­we, do­słow­nie czu­łem, jak trzę­sie się ze stra­chu.

Po­myśl tyl­ko.

To twój pierw­szy dzień w no­wej szko­le i je­steś dziew­czy­ną, któ­ra waży oko­ło stu ki­lo­gra­mów, a tu zmu­sza­ją cię do wło­że­nia szor­tów i w ra­mach bez­sen­sow­nych ćwi­czeń twoi nowi i mniej­si ko­le­dzy mają cię tasz­czyć jak becz­kę piwa, pod­czas gdy ty masz ocho­tę zwi­nąć się w kłę­bek i umrzeć.

Czy ktoś uwa­ża, że to do­bry po­mysł?

Pani Owens po­de­szła do na­szej gru­py.

– Go­to­wa, Emmo?!

Za­tem Ema albo Emma. Te­raz już nie wie­dzia­łem, jak ma na imię.

Emma/Ema nic nie po­wie­dzia­ła.

– Da­lej, dziew­czy­no! Przez pas za­tru­te­go ma­sła orze­cho­we­go! Mo­żesz to zro­bić!

– Pani Owens? – ode­zwa­łem się.

Prze­nio­sła wzrok na mnie. Nie prze­sta­ła się uśmie­chać, ale lek­ko zmru­ży­ła oczy.

– A ty je­steś…

– Na­zy­wam się Mic­key Bo­li­tar. Je­stem nowo przy­ję­tym dru­go­kla­si­stą. I za­mie­rzam da­ro­wać so­bie to ćwi­cze­nie, je­śli moż­na.

Znów zo­ba­czy­łem ten lek­ki tik jej pra­we­go oka.

– Prze­pra­szam?

– Tak, na­praw­dę nie są­dzę, że­bym chciał być no­szo­ny.

Po­zo­sta­łe dzie­cia­ki po­pa­trzy­ły na mnie, jak­bym miał trze­cią rękę wy­ra­sta­ją­cą z czo­ła.

– Pa­nie Bo­li­tar, jest pan tu nowy. – Pani Owens po raz pierw­szy po­wie­dzia­ła coś bez wy­krzyk­ni­ka. – Są­dzę, że chce pan uczest­ni­czyć.

– Czy to obo­wiąz­ko­we? – za­py­ta­łem.

– Prze­pra­szam?

– Czy udział w tym szcze­gól­nym ćwi­cze­niu jest obo­wiąz­ko­wy?

– Cóż, nie, nie jest obo…

– Za­tem da­ru­ję je so­bie. – Po­pa­trzy­łem na Emę/Emmę. – Ze­chcia­ła­byś do­trzy­mać mi to­wa­rzy­stwa?

I ode­szli­śmy. Za ple­ca­mi sły­sza­łem głu­chą ci­szę. Po­tem pani Owens dmuch­nę­ła w gwiz­dek, koń­cząc ćwi­cze­nia i ogła­sza­jąc prze­rwę na lunch.

– Oo – ode­zwa­ła się Ema/Emma, kie­dy ode­szli­śmy kil­ka kro­ków.

– Co?

Spoj­rza­ła mi w oczy.

– Ura­to­wa­łeś gru­ba­skę. Za­ło­żę się, że je­steś z sie­bie dum­ny.

Po­tem po­krę­ci­ła gło­wą i ode­szła.

Obej­rza­łem się. Pani Owens nas ob­ser­wo­wa­ła. Wciąż się uśmie­cha­ła, lecz gniew­ny błysk w jej oczach do­wo­dził, że już pierw­sze­go dnia uda­ło mi się zro­bić so­bie wro­ga.

Słoń­ce pra­ży­ło. Sta­łem w jego bla­sku. Na mo­ment za­mkną­łem oczy i my­śla­łem o mat­ce, któ­ra wkrót­ce wró­ci z od­wy­ku. I o ojcu, mar­twym i po­grze­ba­nym.

Czu­łem się bar­dzo sa­mot­ny.

Szkol­ny bu­fet był za­mknię­ty, bo do roz­po­czę­cia roku szkol­ne­go było jesz­cze kil­ka ty­go­dni, więc mu­sie­li­śmy przy­no­sić swo­je je­dze­nie. Ku­pi­łem za­pie­kan­kę z kur­cza­kiem w Wil­kes Deli i usia­dłem na tra­wia­stym pa­gór­ku obok bo­iska. Już mia­łem za­cząć jeść, kie­dy ją za­uwa­ży­łem.

Nie była w moim ty­pie, cho­ciaż wła­ści­wie nie mam ulu­bio­ne­go typu. Przez całe ży­cie po­dró­żo­wa­łem. Moi ro­dzi­ce pra­co­wa­li dla or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej w ta­kich miej­scach, jak Laos, Peru czy Sier­ra Le­one. Nie mam ro­dzeń­stwa. Wszyst­ko to było eks­cy­tu­ją­ce i faj­ne, kie­dy by­łem mały, ale z cza­sem sta­ło się mę­czą­ce i trud­ne do znie­sie­nia. Chcia­łem osiąść w jed­nym miej­scu. Chcia­łem mieć przy­ja­ciół i grać w dru­ży­nie ko­szy­ków­ki, spo­ty­kać się z dziew­czy­na­mi i ro­bić to, co ro­bią na­sto­lat­ki. A ra­czej trud­no to ro­bić, kie­dy wę­dru­je się z ple­ca­kiem po Ne­pa­lu.

Ta dziew­czy­na była bar­dzo ład­na, na pew­no, ale tak­że schlud­na, sztyw­na i ubra­na z dys­kret­ną ele­gan­cją. Coś su­ge­ro­wa­ło, że jest wy­nio­sła, cho­ciaż nie po­tra­fił­bym po­wie­dzieć co. Mia­ła ja­sno­blond wło­sy por­ce­la­no­wej lal­ki. No­si­ła praw­dzi­wą spód­nicz­kę, nie ja­kąś tam su­per­mi­ni, oraz wy­wi­nię­te skar­pet­ki do ko­stek, i wy­glą­da­ła, jak­by ze­szła z kar­tek ka­ta­lo­gu Bro­oks Bro­thers mo­ich dziad­ków.

Ugry­złem za­pie­kan­kę, a po­tem za­uwa­ży­łem, że ona nie ma śnia­da­nia. Może była na die­cie, ale z ja­kie­goś po­wo­du wy­da­wa­ło mi się, że nie.

Nie wiem dla­cze­go, ale po­sta­no­wi­łem do niej po­dejść. Nie mia­łem ocho­ty roz­ma­wiać ani po­zna­wać ko­goś. Jesz­cze nie oswo­iłem się z tymi wszyst­ki­mi oso­ba­mi, któ­re po­ja­wi­ły się w moim ży­ciu, i na­praw­dę nie chcia­łem do­da­wać no­wych.

Może po pro­stu dla­te­go, że była taka ład­na. Może je­stem płyt­ki jak każ­dy fa­cet. A może dla­te­go, że sa­mot­ny za­wsze wy­czu­je sa­mot­ne­go. Może po­cią­ga­ło mnie w niej to, że tak jak ja wy­da­wa­ła się trzy­mać z boku.

Pod­sze­dłem ostroż­nie. Kie­dy zna­la­złem się bli­sko, unio­słem rękę.

– Cześć – po­wie­dzia­łem.

Za­wsze rzu­cam ta­kie su­per­tek­sty.

Po­pa­trzy­ła na mnie, osła­nia­jąc dło­nią szma­rag­do­wo­zie­lo­ne oczy.

– Cześć.

Tak, była bar­dzo ład­na.

Sta­łem tam, czu­jąc się jak ofer­ma. Za­czer­wie­ni­łem się. Na­gle mia­łem wra­że­nie, że moje ręce są za duże w sto­sun­ku do resz­ty cia­ła. Po­tem zno­wu się ode­zwa­łem:

– Mam na imię Mic­key.

Lu­dzie, ale je­stem wy­ga­da­ny, no nie? Co zda­nie, to greps.

– Je­stem Ash­ley Kent.

– Faj­nie.

– Taa…

Gdzieś na świe­cie – może w Chi­nach, In­diach lub ja­kiejś od­lud­nej czę­ści Afry­ki – za­pew­ne żyje więk­szy głu­pek ode mnie. Jed­nak nie po­sta­wił­bym na to na­wet cen­ta.

Wska­za­łem jej pu­ste ręce.

– Przy­nio­słaś dru­gie śnia­da­nie?

– Nie, za­po­mnia­łam.

– Ta za­pie­kan­ka jest ogrom­na. Chcesz pół? – spy­ta­łem.

– Och, nie mo­gła­bym…

Jed­nak na­le­ga­łem, a ona za­pro­si­ła mnie, że­bym koło niej usiadł. Ash­ley też była dru­go­kla­sist­ką i rów­nież nie­daw­no spro­wa­dzi­ła się do mia­stecz­ka. Po­wie­dzia­ła, że jej oj­ciec jest sław­nym chi­rur­giem, a mat­ka praw­nicz­ką.

Gdy­by to był film, w tym mo­men­cie pu­ści­li­by mu­zy­kę, ja­kąś ckli­wą me­lo­dię, po­ka­zu­jąc, jak jemy z Ash­ley dru­gie śnia­da­nie, roz­ma­wia­my, śmie­je­my się, nie­śmia­ło flir­tu­je­my, trzy­ma­my się za ręce – koń­cząc to nie­win­nym pierw­szym po­ca­łun­kiem.

To było trzy ty­go­dnie temu.

Do­tar­łem do kla­sy pana Hil­la tuż przed dzwon­kiem. Za­czął od­czy­ty­wać li­stę obec­no­ści. Po­tem znów za­dzwo­nił dzwo­nek na prze­rwę. Kla­sa Ash­ley znaj­do­wa­ła się po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza. Cze­ka­łem tam i zo­ba­czy­łem, że Ash­ley zno­wu nie ma.

Wcze­śniej opi­sa­łem ją jako moją dziew­czy­nę. Może prze­sa­dzi­łem. Na­sza zna­jo­mość roz­wi­ja się po­wo­li. Po­ca­ło­wa­li­śmy się dwa razy, nic wię­cej. Tak na­praw­dę nie lu­bi­łem ni­ko­go w tej no­wej szko­le. A ją lu­bi­łem. To nie była mi­łość. Na to jesz­cze za wcze­śnie. Z dru­giej stro­ny ta­kie uczu­cia zwy­kle wy­ga­sa­ją. Taka jest praw­da. Lu­bi­my uda­wać, że wzmac­nia­ją się, w mia­rę jak zbli­ża­my się do sie­bie, jed­nak prze­waż­nie jest wprost prze­ciw­nie. Chło­pak wi­dzi taką cu­dow­ną dziew­czy­nę i tra­ci dla niej gło­wę, za­pie­ra mu dech w pier­si i robi się nie­cier­pli­wy, pra­gnąc jej tak bar­dzo, że w koń­cu wszyst­ko psu­je.

Je­śli uda mu się z nią prze­spać, nie­mal na­tych­miast tra­ci za­in­te­re­so­wa­nie. W moim przy­pad­ku uczu­cie do Ash­ley na­praw­dę się roz­wi­ja­ło. To było tro­chę prze­ra­ża­ją­ce, ale w po­zy­tyw­ny spo­sób.

A po­tem pew­ne­go dnia przy­sze­dłem do szko­ły, a Ash­ley nie było. Pró­bo­wa­łem dzwo­nić na jej ko­mór­kę, ale nie od­bie­ra­ła. Na­stęp­ne­go dnia też nie przy­szła. I na­stęp­ne­go. Nie wie­dzia­łem, co ro­bić. Nie zna­łem jej ad­re­su. Spraw­dzi­łem w in­ter­ne­cie na­zwi­sko Kent, ale wi­docz­nie mie­li za­strze­żo­ny nu­mer. W rze­czy sa­mej, w sie­ci nie zna­la­złem o niej żad­nych in­for­ma­cji.

Ash­ley po pro­stu znik­nę­ła bez śla­du.

2

Na trze­ciej prze­rwie wpa­dłem na pe­wien po­mysł.

Ash­ley i ja mie­li­śmy tyl­ko jed­ne wspól­ne za­ję­cia – z hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, z pa­nią Fried­man, któ­rą do­tych­czas lu­bi­łem naj­bar­dziej ze wszyst­kich na­uczy­cie­li. Była eg­zal­to­wa­na i peł­na en­tu­zja­zmu. Dzi­siaj mó­wi­ła o tym, jak wszech­stron­ne były nie­któ­re po­sta­cie hi­sto­rycz­ne, na­ma­wia­jąc nas, że­by­śmy sta­li się „ludź­mi re­ne­san­su”.

Jesz­cze z nią nie roz­ma­wia­łem. Nie roz­ma­wia­łem z żad­nym z mo­ich na­uczy­cie­li poza kla­są. Trzy­ma­łem się z boku. Taki już by­łem. Wiem, że przy­glą­da­no mi się jako „temu no­we­mu”. Pew­ne­go dnia grup­ka dziew­czyn chi­cho­ta­ła, pa­trząc na mnie, a jed­na po­de­szła i za­py­ta­ła:

– Może… no… mo­gła­bym do­stać twój nu­mer te­le­fo­nu?

Za­sko­czo­ny po­da­łem go jej.

Pięć mi­nut póź­niej usły­sza­łem chi­chot i mój te­le­fon za­czął wi­bro­wać. Do­sta­łem wia­do­mość tek­sto­wą: Moja przy­ja­ciół­ka uwa­ża, że je­steś przy­stoj­ny. Nie od­po­wie­dzia­łem.

Po lek­cji pod­sze­dłem do pani Fried­man.

– Ach, pan Bo­li­tar – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem, któ­ry roz­pro­mie­nił jej twarz. – Cie­szę się, że cho­dzi pan na moje za­ję­cia.

Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć, więc ogra­ni­czy­łem się do chrząk­nię­cia i „dzię­ku­ję”.

– Nie uczy­łam pań­skie­go ojca – cią­gnę­ła – ale pana wu­jek był jed­nym z mo­ich ulu­bio­nych uczniów. Jest pan do nie­go po­dob­ny.

Mój wu­jek. Wiel­ki My­ron Bo­li­tar. Nie lu­bi­łem go i mę­czy­ło mnie wy­słu­chi­wa­nie, jaki to jest wspa­nia­ły. Mój oj­ciec i wu­jek byli so­bie bar­dzo bli­scy, kie­dy do­ra­sta­li, ale po­tem ich dro­gi się ro­ze­szły. Przez ostat­nie pięt­na­ście lat – czy­li w za­sa­dzie od chwi­li mo­je­go po­czę­cia do śmier­ci ojca – bra­cia ze sobą nie roz­ma­wia­li. Pew­nie po­wi­nie­nem wy­ba­czyć wuj­ko­wi My­ro­no­wi, ale ja­koś nie mia­łem ocho­ty.

– Co mogę dla pana zro­bić, pa­nie Bo­li­tar?

Gdy nie­któ­rzy na­uczy­cie­le zwra­ca­ją się do cie­bie per pan lub pani, brzmi to pro­tek­cjo­nal­nie lub zbyt ofi­cjal­nie.

Pani Fried­man jed­nak mó­wi­ła to we wła­ści­wy spo­sób.

– Jak pani za­pew­ne wie – za­czą­łem po­wo­li – Ash­ley Kent jest nie­obec­na.

– Owszem. – Pani Fried­man była ni­ska, więc z pew­nym tru­dem spo­glą­da­ła mi w oczy. – Wy dwo­je je­ste­ście so­bie bli­scy?

– Je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi.

– Niech pan da spo­kój, pa­nie Bo­li­tar. Może je­stem sta­ra, ale wi­dzę, jak pan na nią pa­trzy. Na­wet pan­na Cald­well jest zła, że nie zwra­ca pan na nią uwa­gi.

Po­czer­wie­nia­łem, kie­dy to po­wie­dzia­ła. Ra­chel Cald­well była za­pew­ne naj­go­ręt­szą la­ską w szko­le.

– W każ­dym ra­zie – kon­ty­nu­owa­łem, prze­cią­ga­jąc sło­wa – po­my­śla­łem, że może mógł­bym jej po­móc uzu­peł­nić za­le­gło­ści.

– W jaki spo­sób?

– My­śla­łem, że za­pi­sał­bym te­mat jej pra­cy do­mo­wej i… no cóż… za­niósł jej.

Pani Fried­man ście­ra­ła ta­bli­cę. Więk­szość na­uczy­cie­li uży­wa ta­blic in­te­rak­tyw­nych, ale pani Fried­man lu­bi­ła żar­to­wać, że „ona na­le­ży do sta­rej szko­ły – do­słow­nie”. Prze­sta­ła wy­cie­rać i spoj­rza­ła na mnie.

– Czy Ash­ley pro­si­ła pana o przy­nie­sie­nie jej te­ma­tu pra­cy do­mo­wej?

– No, nie.

– Za­tem sam pan się tego pod­jął?

To był głu­pi po­mysł. Na­wet gdy­by po­da­ła mi ten te­mat, do­kąd miał­bym z nim pójść? Nie wie­dzia­łem, gdzie Ash­ley miesz­ka.

– Nie­waż­ne – po­wie­dzia­łem. – Mimo to dzię­ku­ję. Odło­ży­ła gąb­kę.

– Pa­nie Bo­li­tar?

Od­wró­ci­łem się do niej.

– Czy pan wie, dla­cze­go Ash­ley Kent jest nie­obec­na? Moje ser­ce za­czę­ło bić moc­niej.

– Nie, pro­szę pani.

– Jed­nak się pan nie­po­koi.

Nie wie­dzia­łem, po co miał­bym ją okła­my­wać.

– Tak, pro­szę pani.

– Nie dzwo­ni­ła do pana?

– Nie dzwo­ni­ła.

– Dziw­ne. – Pani Fried­man ścią­gnę­ła brwi. – Mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że do­sta­łam wia­do­mość, iż nie po­win­nam ocze­ki­wać po­wro­tu Ash­ley.

– Nie je­stem pew­ny, czy ro­zu­miem.

– To wszyst­ko, co wiem – od­rze­kła pani Fried­man. – Są­dzę, że się prze­pro­wa­dzi­ła. Jed­nak…

Umil­kła.

– Jed­nak co?

– Nie­waż­ne, pa­nie Bo­li­tar. – Znów za­czę­ła wy­cie­rać ta­bli­cę. – Po pro­stu… niech pan bę­dzie ostroż­ny.

■ ■ ■

Pod­czas prze­rwy śnia­da­nio­wej sta­ną­łem w ko­lej­ce do bu­fe­tu.

Za­wsze są­dzi­łem, że bu­fet w szko­le śred­niej bę­dzie bar­dziej tęt­nił ży­ciem. Owszem, były tu róż­ne pacz­ki. Tu­tej­szych spor­tow­ców na­zy­wa­no Lax Bros (od bra­ci la­cros­se). Wszy­scy mie­li dłu­gie wło­sy, wiel­kie mu­sku­ły i za­czy­na­li każ­de zda­nie od sło­wa „taa”. Był sto­lik mi­ło­śni­ków ani­me – bia­łych dzie­cia­ków uwa­ża­ją­cych się za Azja­tów. Ci uwiel­bia­li ko­mik­sy i gry wi­deo w sty­lu man­gi. Ich dziew­czy­ny były nie tyle ład­ne, ile chu­de, i no­si­ły zbyt wy­so­kie szpil­ki oraz dro­gie ciu­chy. Prze­sia­dy­wa­li tam rów­nież hip­ster­si, skej­ci, ćpu­ny, ma­nia­cy kom­pu­te­ro­wi i ki­no­ma­ni.

Nie było żad­nych ostrych tarć. Te dzie­cia­ki zna­ły się tak dłu­go, że nie zwra­ca­ły uwa­gi na róż­ni­ce. Tak zwa­ni out­si­de­rzy, któ­rzy sie­dzie­li sami, byli sami od tylu lat, że nie było to okru­cień­stwo, ale przy­zwy­cza­je­nie. Nie mia­łem pew­no­ści, czy tak jest le­piej, czy go­rzej.

Ja­kiś dzie­ciak zde­cy­do­wa­nie wy­glą­da­ją­cy na kom­pu­te­row­ca pod­szedł do mnie z tacą w ręku. No­gaw­ki spodni miał ob­cię­te, jak­by w jego piw­ni­cy sta­ła woda. No­sił ide­al­nie bia­łe spor­to­we buty bez żad­ne­go zna­ku fir­mo­we­go.

Po­pra­wił oku­lar­ki Har­ry’ego Pot­te­ra i po­ka­zał mi swo­ją tacę.

– Hej, chcesz moją ły­żecz­kę? – za­py­tał. – Pra­wie jej nie uży­wa­łem.

Spoj­rza­łem na tacę.

– Pra­wie?

– Tak.

Pod­niósł tacę nie­co wy­żej, że­bym mógł zo­ba­czyć. Ły­żecz­ka tkwi­ła w kub­ku z owo­ca­mi w sy­ro­pie.

– Nie – od­par­łem. – Nic mi nie trze­ba.

– Na pew­no?

– Za­bra­kło im ły­że­czek czy co?

– Niee, mają ich mnó­stwo.

No do­brze.

– Więc nie, dzię­ku­ję, nie po­trze­bu­ję jej.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jak chcesz.

Kie­dy ku­pi­łem lunch, Łyż­ka – bo tak na­zwa­łem go w my­ślach – cze­kał na mnie.

– Gdzie za­mie­rzasz usiąść? – za­py­tał.

Od kie­dy Ash­ley zni­kła, ja­da­łem sam, na dwo­rze.

– Jesz­cze nie wiem.

Łyż­ka po­szedł za mną.

– Je­steś duży i trzy­masz się z boku. Jak Shrek.

Co na to moż­na po­wie­dzieć?

– Mógł­bym być two­im Osłem, wiesz?

No, do­brze. Gdy­bym wy­szedł na dwór, ru­szył­by za mną, więc ro­zej­rza­łem się za ja­kimś bez­piecz­nym miej­scem w środ­ku.

– Albo two­im Ro­bi­nem. Jak Bat­man i Ro­bin. Albo San­cho Pan­są. Czy­ta­łeś Don Ki­cho­ta? Ja też nie, ale wi­dzia­łem mu­si­cal Czło­wiek z La Man­chy. Uwiel­biam mu­si­ca­le. Mój oj­ciec też, ale mama nie bar­dzo. Ona lubi wal­ki w klat­kach w sty­lu mie­sza­nym. Po­łą­cze­nie róż­nych sztuk wal­ki. My z oj­cem raz w mie­sią­cu cho­dzi­my na mu­si­ca­le. A ty lu­bisz mu­si­ca­le?

– Pew­nie – mruk­ną­łem, roz­glą­da­jąc się po bu­fe­cie za ja­kimś bez­piecz­nym schro­nie­niem.

– Mój oj­ciec jest su­per. Za­bie­ra mnie na mu­si­ca­le i inne spek­ta­kle. Trzy razy by­li­śmy na Mam­ma mia. Jest nie­sa­mo­wi­ty. Film już nie jest taki do­bry. No wiesz, Pier­ce Bro­snan śpie­wa, jak­by ktoś prze­szył mu gar­dło strza­łą z łuku. Oj­ciec do­sta­je ulgo­we bi­le­ty, po­nie­waż pra­cu­je w szko­le. Jest tu woź­nym. Jed­nak nie proś go, żeby wpu­ścił cię do dam­skiej szat­ni, do­brze? Po­nie­waż ja pro­si­łem, a on po­wie­dział, że nie ma mowy. Oj­ciec po­tra­fi być sta­now­czy, wiesz?

– Taak… Wiem.

W tak zwa­nym ką­ci­ku out­si­de­rów zo­ba­czy­łem pra­wie pu­sty sto­lik. Je­dy­ną sie­dzą­cą przy nim oso­bą była moja nie­wdzięcz­na dama w opa­łach, Ema lub Emma. Nadal nie po­zna­łem jej imie­nia.

– I co ty na to, że­bym był two­im Osłem?

– Wró­cę do cie­bie – po­wie­dzia­łem do Łyż­ki. Po­spie­szy­łem w kąt i po­sta­wi­łem moją tacę obok tacy Emy. Znów mia­ła gru­by czar­ny ma­ki­jaż, wło­sy czar­ne jak pa­sta do bu­tów, czar­ne ubra­nie i buty, bla­dą skó­rę. Była go­tem, emo, czy jak tam te­raz na­zy­wa się taki styl. Mia­ła ta­tu­aże na przed­ra­mio­nach, a je­den wy­ła­niał się z ko­szu­li i wił po kar­ku. Spoj­rza­ła na mnie z miną, któ­ra nie by­ła­by bar­dziej po­nu­ra, gdy­bym ją ude­rzył.

– Och, świet­nie – wy­mam­ro­ta­ła. – Siad ła­ski.

– Siad ła­ski?

– Po­myśl.

Zro­bi­łem to. Nig­dy nie sły­sza­łem tego wy­ra­że­nia.

– Och, ro­zu­miem. Niby że li­tu­ję się, bo sie­dzisz sama, więc sia­dam koło cie­bie?

Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– A ja mia­łam cię za głu­pie­go mię­śnia­ka.

– Sta­ram się być czło­wie­kiem re­ne­san­su.

– Wi­dzę, że też masz za­ję­cia z pa­nią Fried­man. – Zer­k­nę­ła na pra­wo i na lewo. – Gdzie two­ja wy­ele­gan­to­wa­na dziew­czy­na?

– Nie wiem.

– Od prze­sia­dy­wa­nia ze ślicz­not­ką do sie­dze­nia ze mną. – Ema/Emma po­krę­ci­ła gło­wą. – Co za upa­dek.

Mę­czy­ło mnie my­śle­nie o niej jako o Emie/Em­mie.

– Jak masz na imię?

– A dla­cze­go chcesz to wie­dzieć?

– Sły­sza­łem, jak ktoś na­zwał cię Emą. Po­tem pani Owens na­zwa­ła cię Emmą.

Pod­nio­sła wi­de­lec i za­czę­ła grze­bać w je­dze­niu. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łem, że ma prze­kłu­te brwi. O rany.

– Na imię mam Emma. Jed­nak wszy­scy na­zy­wa­ją mnie Ema.

– Dla­cze­go? Chciał­bym po pro­stu wie­dzieć, jak mam cię na­zy­wać.

– Ema – po­wie­dzia­ła nie­chęt­nie.

– Do­brze. Ema.

Znów za­czę­ła grze­bać w je­dze­niu.

– Więc czym się zaj­mu­jesz? No wiesz, kie­dy nie ra­tu­jesz gru­bych dziew­czyn.

– Tro­chę prze­sa­dzasz z tym uda­wa­niem zgorzk­nia­łej.

– Tak uwa­żasz?

– Po­win­naś wy­lu­zo­wać.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Może masz ra­cję. Je­steś tu nowy, zga­dza się?

– Zga­dza.

– Skąd je­steś?

– Dużo po­dró­żo­wa­li­śmy – od­par­łem. – A ty? Skrzy­wi­ła się.

– Ja przez całe ży­cie miesz­kam w tym mia­stecz­ku.

– To chy­ba nie ta­kie złe.

– Nie wi­dzę, że­byś ty się do­pa­so­wał.

– Nie chcę się do­pa­so­wać.

Ta od­po­wiedź spodo­ba­ła się Emie. Po­pa­trzy­łem na moją tacę. Wzią­łem ły­żecz­kę i po­my­śla­łem, no cóż, o Łyż­ce. Po­krę­ci­łem gło­wą i się uśmiech­ną­łem.

– Co? – spy­ta­ła Ema.

– Nic.

Dziw­nie było o tym my­śleć, ale kie­dy mój oj­ciec był w tym sa­mym wie­ku, co ja te­raz, sia­dy­wał tu i jadł lunch. Był mło­dy i miał przed sobą całe ży­cie. Roz­glą­da­łem się i za­sta­na­wia­łem, gdzie sia­dał, z kim roz­ma­wiał i czy śmiał się rów­nie chęt­nie jak wte­dy, gdy go zna­łem.

Te my­śli były jak gi­gan­tycz­na dłoń ści­ska­ją­ca moją pierś. Za­mru­ga­łem i odło­ży­łem ły­żecz­kę.

– Hej, wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­ta­ła Ema.

– Tak.

My­śla­łem o Nie­to­pe­rzy­cy i o tym, co mi po­wie­dzia­ła. Wy­le­cia­ła z domu jak osza­la­ły nie­to­perz. Może od tego wzię­ło się to prze­zwi­sko? Nie do­sta­je się ta­kiej ksy­wy bez po­wo­du, tyl­ko za sza­lo­ne czy­ny. Ta­kie jak mó­wie­nie chłop­cu, któ­ry wi­dział, jak jego oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, że ten czło­wiek, któ­re­go tak mu bra­ku­je, wciąż żyje.

Wró­ci­łem my­śla­mi do dnia sprzed ośmiu mie­się­cy, kie­dy wy­lą­do­wa­li­śmy w Los An­ge­les – mój oj­ciec, mat­ka i ja. Ro­dzi­ce chcie­li zna­leźć miej­sce, gdzie mógł­bym cho­dzić do szko­ły, grać w praw­dzi­wej dru­ży­nie ko­szy­kar­skiej i może pójść na stu­dia.

Pięk­ne pla­ny, praw­da?

Te­raz oj­ciec nie żyje, a mat­ka się za­ła­ma­ła.

– Emo? – ode­zwa­łem się.

Spoj­rza­ła na mnie czuj­nie.

– Czy wiesz coś o Nie­to­pe­rzy­cy?

Ścią­gnę­ła brwi. Kie­dy to zro­bi­ła, tusz na jej po­wie­kach się po­fał­do­wał, a po­tem roz­chy­lił jak wa­chlarz.

– Te­raz ja­rzę.

– Co?

– Dla­cze­go tu usia­dłeś. Po­my­śla­łeś so­bie, że zwa­rio­wa­na dzie­wu­cha wie pew­nie wszyst­ko o zwa­rio­wa­nej sta­rej ba­bie.

– Co ta­kie­go? Nie.

Ema wsta­ła, za­bie­ra­jąc tacę.

– Zo­staw mnie w spo­ko­ju, do­brze?

– Nie, za­cze­kaj, nie ro­zu­miesz…

– Wszyst­ko ro­zu­miem. Już speł­ni­łeś do­bry uczy­nek.

– Prze­sta­niesz wresz­cie? Emo?

Po­spiesz­nie ode­szła. Ru­szy­łem za nią i za­trzy­ma­łem się. Dwaj mię­śnia­cy w spor­to­wych kurt­kach z em­ble­ma­tem dru­ży­ny fut­bo­lo­wej uśmie­cha­li się szy­der­czo. Je­den stał po mo­jej pra­wej, a dru­gi po le­wej. Ten po pra­wej – z wy­tło­czo­nym na pier­si na­pi­sem BUCK – zbyt moc­no klep­nął mnie w ra­mię.

– Wy­glą­da na to, że cię ola­ła, co?

Dru­gi mię­śniak – z wy­tło­czo­nym imie­niem TROY – ro­ze­śmiał się.

– Tak – po­wie­dział. – Ola­ny. Przez gru­bą la­skę. Zno­wu Buck:

– Gru­bą i brzyd­ką.

Troy:

– I mimo to cię ola­ła.

Buck i Troy przy­bi­li piąt­kę. Po­tem od­wró­ci­li się i pod­nie­śli ręce, że­bym i ja to zro­bił.

– Przy­bij – po­wie­dział Buck.

Ścią­gną­łem brwi.

– Nie mu­si­cie cza­sem spraw­dzić, czy nie za­pcha­ły się wam strzy­kaw­ki ze ste­ry­da­mi?

Obaj otwo­rzy­li usta ze zdzi­wie­nia. Prze­pchną­łem się mię­dzy nimi.

– Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, tru­pie! – krzyk­nął Buck.

– Tak! – do­dał Troy. – Tru­pie!

– Zim­ny jak głaz.

– Tru­pie!

Lu­dzie, mia­łem na­dzie­ję, że ta ksy­wa do mnie nie przy­lgnie. Kie­dy ru­szy­łem za Emą, pani Owens, któ­ra mia­ła dy­żur w bu­fe­cie, szyb­ko za­stą­pi­ła mi dro­gę. Mia­ła błysk w oku. Nie wy­ba­czy­ła mi fia­ska, ja­kim oka­za­ły się ćwi­cze­nia two­rzą­ce więź. Wciąż ze zbo­la­łym uśmie­chem, tuż przed moim no­sem dmuch­nę­ła w gwiz­dek.

– Nie bie­ga­my w bu­fe­cie – po­wie­dzia­ła – albo do­sta­je­my ty­dzień sie­dze­nia w ko­zie. Czy wy­ra­żam się ja­sno?

Ro­zej­rza­łem się. Buck wy­ce­lo­wał we mnie pa­lec jak lufę i udał, że od­cią­ga kciu­kiem ku­rek. Ema zo­sta­wi­ła tacę i wy­szła z bu­fe­tu. Pani Owens uśmiech­nę­ła się, pro­wo­ku­jąc mnie, że­bym za nią po­biegł. Nie zro­bi­łem tego.

Tak, szyb­ko zdo­by­wa­łem przy­ja­ciół.

3

Moja kłód­ka na za­mek szy­fro­wy nig­dy nie otwie­ra się za pierw­szym ra­zem. Nie wiem dla­cze­go.

Wła­śnie wpro­wa­dzi­łem licz­by: 14, po­wrót do 7, po­tem 28… Nic, nie otwo­rzy­ła się. Już mia­łem spró­bo­wać jesz­cze raz, gdy usły­sza­łem zna­jo­my głos:

– Zbie­ram fi­gur­ki ru­sza­ją­ce gło­wa­mi.

Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem Łyż­kę.

– Do­brze wie­dzieć – mruk­ną­łem.

Łyż­ka dał mi znak, że­bym się od­su­nął. Wy­jął pęk klu­czy, wy­brał je­den z nich i we­tknął go w za­mek, a ten na­tych­miast się otwo­rzył.

– Jaki jest twój szyfr? – spy­tał.

– Hm, a po­wi­nie­nem ci po­wie­dzieć?

– Hej. – Łyż­ka po­ma­chał mi klu­cza­mi przed no­sem. – My­ślisz, że po­trzeb­ny mi twój szyfr, żeby się wła­mać?

– Słusz­na uwa­ga. – Po­da­łem mu licz­by. Po­gme­rał przy kłód­ce i mi ją od­dał. – Te­raz po­win­na dzia­łać bez pro­ble­mów.

Za­mie­rzał odejść.

– Za­cze­kaj, Łyż­ka.

Od­wró­cił się do mnie.

– Jak mnie na­zwa­łeś?

– Prze­pra­szam, nie wiem, jak masz na imię.

– Łyż­ka – po­wie­dział, pod­no­sząc gło­wę i uśmie­cha­jąc się, jak­by po raz pierw­szy sły­szał to sło­wo. – Po­do­ba mi się. Łyż­ka. Taak. Na­zy­waj mnie Łyż­ka, do­brze?

– Ja­sne…

Po­pa­trzył na mnie wy­cze­ku­ją­co.

– Hm, Łyż­ka. – Roz­pro­mie­nił się. Nie wie­dzia­łem, jak o to po­pro­sić, ale po­my­śla­łem, a co tam, do li­cha. – Masz tu mnó­stwo klu­czy.

– Tyl­ko nie na­zy­waj mnie Klucz, do­brze? Wolę być Łyż­ką.

– Tak, oczy­wi­ście, je­steś Łyż­ka. Mó­wi­łeś wcze­śniej, że twój oj­ciec jest tu­taj woź­nym, praw­da?

– Praw­da. A przy oka­zji, ta Bia­ła Cza­row­ni­ca w Na­rni… uwa­żam, że jest su­per­sek­sow­na.

– Owszem, ja też tak my­ślę – po­wie­dzia­łem, usi­łu­jąc na­pro­wa­dzić go z po­wro­tem na in­te­re­su­ją­cy mnie te­mat. – Czy twój oj­ciec na­praw­dę może wpu­ścić cię do róż­nych za­mknię­tych po­miesz­czeń szko­ły?

Łyż­ka się uśmiech­nął.

– Pew­nie, ale tak na­praw­dę nie mu­szę pro­sić ojca. Mam tu klu­cze. – Po­trzą­snął nimi na wy­pa­dek, gdy­bym nie wie­dział, co to są klu­cze. – Jed­nak nie mo­że­my wejść do dam­skiej szat­ni. Pro­si­łem go…

– Do­brze, nie, nie do dam­skiej szat­ni. Jed­nak mo­żesz się do­stać do in­nych po­miesz­czeń?

Łyż­ka po­pra­wił oku­lar­ki.

– Dla­cze­go py­tasz? Co ci cho­dzi po gło­wie?

– Cóż, za­sta­na­wia­łem się, czy mo­gli­by­śmy do­stać się do se­kre­ta­ria­tu i spraw­dzić akta jed­nej uczen­ni­cy.

– Ja­kiej uczen­ni­cy? – za­py­tał.

– Na­zy­wa się Ash­ley Kent.

■ ■ ■

Za­ję­cia w szko­le koń­czą się o pięt­na­stej, ale Łyż­ka po­wie­dział mi, że ho­ry­zont bę­dzie czy­sty do­pie­ro po dzie­więt­na­stej. Tak więc mia­łem czte­ry go­dzi­ny do za­bi­cia. Było za wcze­śnie na od­wie­dzi­ny u mamy – po­zwa­la­no mi tyl­ko na noc­ne wi­zy­ty, po­nie­waż w cią­gu dnia mama po­win­na mieć za­bie­gi re­ha­bi­li­ta­cyj­ne – więc skie­ro­wa­łem się zno­wu do domu Nie­to­pe­rzy­cy. Kie­dy wy­sze­dłem ze szko­ły, za­uwa­ży­łem, że mam wia­do­mość gło­so­wą. Do­my­śla­łem się, że jest od do­ro­słej oso­by. Dzie­cia­ki przy­sy­ła­ją SMS-y, a do­ro­śli zo­sta­wia­ją wia­do­mo­ści gło­so­we, co jest mę­czą­ce, po­nie­waż trze­ba za­dzwo­nić, przejść przez sys­tem menu, od­słu­chać wia­do­mość, a po­tem ją ska­so­wać.

Tak, mia­łem ra­cję. Wia­do­mość była od wuj­ka My­ro­na.

– Za­re­zer­wo­wa­łem bi­le­ty na sa­mo­lot do Los An­ge­les z sa­me­go rana w so­bo­tę – po­wie­dział swo­im naj­bar­dziej po­nu­rym to­nem. – Po­le­ci­my i wró­ci­my na­stęp­ne­go dnia.

Los An­ge­les. Mie­li­śmy tam po­le­cieć, żeby zo­ba­czyć grób mo­je­go ojca. My­ron nig­dy nie wi­dział miej­sca ostat­nie­go spo­czyn­ku bra­ta, a moi dziad­ko­wie, któ­rzy mie­li się tam z nami spo­tkać, nig­dy nie wi­dzie­li miej­sca po­chów­ku swo­je­go syna.

– Oczy­wi­ście mam bi­let dla two­jej mat­ki – cią­gnął wu­jek My­ron. – Nie moż­na zo­sta­wiać jej sa­mej. Wiem, że wy dwo­je chce­cie ju­tro być sami, ale może po­wi­nie­nem być przy tym, no wiesz, na wszel­ki wy­pa­dek.

Ścią­gną­łem brwi. Nie ma mowy.

– W każ­dym ra­zie mam na­dzie­ję, że u cie­bie wszyst­ko w po­rząd­ku. Będę wie­czo­rem w domu, je­śli masz ocho­tę na piz­zę albo coś.

Nie mia­łem ocho­ty dzwo­nić, więc wy­sła­łem SMS: Nie będę w domu na ko­la­cji. My­ślę, że dla mamy bę­dzie mniej stre­su­ją­ce, je­śli nie bę­dzie cię w po­bli­żu.

My­ro­no­wi to się nie spodo­ba, ale co tam. Nie jest moim praw­nym opie­ku­nem. To część na­szej umo­wy. Kie­dy od­krył, że mój oj­ciec nie żyje, a mat­ka ma pro­ble­my, za­gro­ził, że zło­ży wnio­sek o przy­zna­nie opie­ki. Ja od­pa­ro­wa­łem, że je­śli to zro­bi, uciek­nę – nadal mam kon­tak­ty za oce­anem – albo wnio­sę po­zew o przy­zna­nie sa­mo­dziel­no­ści.

Moja mat­ka ma pro­ble­my, ale nadal jest moją mat­ką.

To nie był przy­jem­ny spór, ale w koń­cu wy­pra­co­wa­li­śmy je­śli nie ugo­dę, to przy­najm­niej za­wie­sze­nie bro­ni. Ja zgo­dzi­łem się za­miesz­kać w jego domu w Kas­sel­ton w New Jer­sey. To był ten sam dom, w któ­rym do­ra­sta­li My­ron i mój tata. Tak, to nie­sa­mo­wi­te. Za­ją­łem po­kój w piw­ni­cy, któ­ry kie­dyś na­le­żał do My­ro­na, i ro­bi­łem, co mo­głem, żeby nie wcho­dzić do po­ko­ju na gó­rze, w któ­rym spę­dził dzie­ciń­stwo mój oj­ciec. Mimo to było to tro­chę dzi­wacz­ne.

W każ­dym ra­zie w za­mian za to, że zgo­dzi­łem się miesz­kać w tym domu, My­ron zgo­dził się, by mat­ka po­zo­sta­ła moim je­dy­nym opie­ku­nem i, no cóż, zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju. Do­trzy­ma­nie tej ostat­niej czę­ści umo­wy przy­cho­dzi­ło mu z tru­dem.

Kie­dy te­raz po­pa­trzy­łem na dom Nie­to­pe­rzy­cy, za­drża­łem. Wiatr się wzmógł, gnąc na­gie drze­wa na po­dwór­ku. Wi­dy­wa­łem róż­ne ro­dza­je prze­są­dów we wszyst­kich czte­rech stro­nach świa­ta. Więk­szość wy­da­wa­ła się bez­den­nie głu­pia, cho­ciaż ro­dzi­ce za­wsze mó­wi­li mi, że po­wi­nie­nem mieć otwar­ty umysł. Nie wie­rzę w na­wie­dzo­ne domy. Nie wie­rzę w zja­wy, du­chy ani stwo­ry stra­szą­ce po nocy.

Jed­nak gdy­bym wie­rzył, lu­dzie, w tym domu było ich mnó­stwo.

Był tak za­nie­dba­ny, że wy­da­wa­ło się, iż się prze­chy­la, jak­by moc­ne pchnię­cie mo­gło go prze­wró­cić. Nie­któ­re de­ski były ob­lu­zo­wa­ne. W kil­ku oknach bra­ko­wa­ło szyb i za­stą­pio­no je de­ska­mi. Po­zo­sta­łe były tak zmęt­nia­łe, jak­by dom wła­śnie wziął go­rą­cy prysz­nic, co – są­dząc po gru­bej war­stwie bru­du – było nie­moż­li­we.

Gdy­bym nie wi­dział tej sta­rej na wła­sne oczy, przy­siągł­bym, że dom jest nie­za­miesz­ka­ny od lat.

Znów pod­sze­dłem i za­pu­ka­łem do drzwi. Żad­nej re­ak­cji. Przy­su­ną­łem ucho do de­sek – nie­zbyt bli­sko, po­nie­waż nie chcia­łem wbić so­bie drza­zgi – i na­słu­chi­wa­łem. Nic. Żad­ne­go dźwię­ku. Jesz­cze raz za­stu­ka­łem. Wciąż żad­nej od­po­wie­dzi.

I co te­raz?

A co wła­ści­wie mo­głem zro­bić? Coś. Co­kol­wiek. Po­sta­no­wi­łem spró­bo­wać tyl­nych drzwi. Prze­sze­dłem po le­wej, po­nie­waż, jak już mó­wi­łem, dom był prze­chy­lo­ny i nie chcia­łem, żeby mnie przy­gniótł, gdy­by na­gle ru­nął. Spoj­rza­łem w górę. Na pię­trze był bal­ko­nik i przez mo­ment wy­obra­zi­łem so­bie, że Nie­to­pe­rzy­ca sie­dzi tam na bu­ja­ku, wciąż ubra­na na bia­ło, i na mnie pa­trzy.

Przy­spie­szy­łem kro­ku, za­sta­na­wia­jąc się, co znaj­dę na ty­łach.

Nic.

Tuż za do­mem był las. To dziw­ne. Jak­by dom zbu­do­wa­no w po­ło­wie na otwar­tej prze­strze­ni, a w po­ło­wie w le­sie, żeby wy­ła­niał się spo­mię­dzy drzew. Z uli­cy wy­glą­da­ło to tak, jak­by drze­wa ro­sły na po­dwó­rzu za do­mem. Jed­nak tam były tyl­ko drze­wa. Wy­da­wa­ło się, że ich ko­rze­nie są zro­śnię­te z fun­da­men­ta­mi. Gru­be pa­skud­ne pędy pię­ły się po tyl­nych ścia­nach. Nie wiem, czy dom zo­stał zbu­do­wa­ny w le­sie, a po­tem wy­cię­to drze­wa od fron­tu, czy do­pie­ro póź­niej las za­czął się pod­kra­dać do domu i go po­chła­niać. Ten dom pa­so­wał do Nie­to­pe­rzy­cy.

– Co ty ro­bisz?


wolałem omijać ten upiorny dom – gdy zaskrzypiały otwierane drzwi. Zamarłem. Przez moment nic się nie działo. Drzwi były otwarte na oścież, ale nikt w nich nie stał. Zatrzymałem się i czekałem. Może zamrugałem.

jesteś dziewczyną, która waży około stu kilogramów, a tu zmuszają cię do włożenia szortów i w ramach bezsensownych ćwiczeń twoi nowi i mniejsi koledzy mają cię taszczyć jak beczkę piwa, podczas gdy ty masz ochotę zwinąć się w kłębek i umrzeć. Czy

Odrabiam lekcje! – krzyknąłem. To doskonałe zaklęcie odpędzające niechcianych opiekunów. Gdy krzykniesz „odrabiam lekcje”, rodzice zawsze zostawiają cię w spokoju. To działa lepiej niż krzyż na wampiry.