Sanato - Marcin Szczygielski - ebook + książka

Sanato ebook

Marcin Szczygielski

3,5

Opis

Jesień 1931 roku. Do luksusowego sanatorium w Zakopanem przyjeżdża młody niemiecki lekarz Matys Dresler ze swoją narzeczoną, a zarazem pacjentką Irą, która ma być dowodem na skuteczność jego rewolucyjnej metody leczenia gruźlicy zastrzykami z płynnego złota. Ośmioro pensjonariuszy wyraża zgodę na udział w eksperymentalnej kuracji - wśród nich jest także młoda mężatka Nina. Ryzykowna chryzoterapia przynosi dobre wyniki... Przynajmniej do chwili, gdy w umysłach pacjentów nie zaczynają się ujawniać przerażające efekty uboczne, które wywołuje.

Autentyczne zapiski Niny Ostromęckiej, które prowadziła podczas tragicznego w skutkach medycznego eksperymentu, stały się podstawą powieści Marcina Szczygielskiego odsłaniającej mroczną tajemnicę krwawych wydarzeń nazwanych przez polskie gazety w 1932 roku "złotą gorączką Sanato".

Marcin Szczygielski stworzył horror, którego lektura wywołuje lodowaty dreszcz i przerażenie, niczym nie ustępujące tym, których możemy doświadczać, czytając książki mistrzów tego gatunku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 521

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (22 oceny)
5
6
8
2
1

Popularność




MAR­CIN SZCZY­GIEL­SKI

De­biu­to­wał w 2003 r. be­st­sel­le­rową po­wieścią PL-BOY, po­tem uka­zały się: Wio­sna PL-BOYa, Na­stur­cje i ćwoki, Far­foc­le namiętności.

W 2007 r. do księgarń tra­fił Be­rek, hi­sto­ria geja i przed­sta­wi­ciel­ki mo­he­ro­wych be­retów, których po­zor­nie nie łączy nic poza wza­jemną nie­na­wiścią. Książka na­tych­miast stała się be­st­sel­le­rem, a au­tor­ska ad­ap­ta­cja te­atral­na wyreżyse­ro­wa­na przez An­drze­ja Roz­hi­na z Ewą Ka­sprzyk i Pawłem Małaszyńskim w ro­lach głównych od kil­ku lat przy­ciąga tłumy widzów do war­szaw­skie­go te­atru Kwa­drat. Wiosną 2010 r. uka­zały się Bier­ki, dru­ga część cy­klu Kro­ni­ki nierówności za­początko­wa­ne­go przezBer­ka. Siódmą skie­ro­waną do do­rosłych czy­tel­ników po­wieścią Szczy­giel­skie­go jest opu­bli­ko­wa­ny w 2011 r. Po­czet Królo­wych pol­skich. Książka, której fabułę au­tor oparł na wątkach z życio­ry­su pol­skiej gwiaz­dy przed­wo­jen­ne­go kina Iny Be­ni­ty, w 2012 r. otrzy­mała no­mi­nację do na­gro­dy li­te­rac­kiej Srebr­ny Kałamarz.

Odrębnym roz­działem li­te­rac­kiej twórczości Szczy­giel­skie­go są po­wieści dla dzie­ci i młodzieży. Ko­lej­no uka­zy­wały się: Ome­ga, Za nie­bie­ski­mi drzwia­mi, Czar­ny Młyn oraz wy­da­ne w 2013 r. Cza­row­ni­ca piętro niżej i Arka Cza­su. Każda z nich do­cze­kała się licz­nych nagród i wyróżnień w kon­kur­sach li­te­rac­kich, przy­nosząc au­to­ro­wi między in­ny­mi dwu­krot­nie Grand Prix w kon­kur­sie im. Astrid Lind­gren or­ga­ni­zo­wa­nym w ra­mach ak­cji społecz­nej „Cała Pol­ska czy­ta dzie­ciom”, a także na­grodę Don­ga (wcześniej Dzie­cięcy Be­st­sel­ler Roku), tytuł Książki Roku 2010 przy­zna­ny przez polską sekcję IBBY oraz na­grodę Zie­lo­na Gąska 2013 Fun­da­cji im. Kon­stan­te­go Il­de­fon­sa Gałczyńskie­go.

Mar­cin Szczy­giel­ski jest także au­to­rem po­pu­lar­nych sztuk te­atral­nych, które z po­wo­dze­niem wy­sta­wia­ne są na sce­nach te­atrów miej­skich i ko­mer­cyj­nych w całym kra­ju.

W 2013 r. uka­zała się roz­bu­do­wa­na, bo­ga­to ilu­stro­wa­na mo­no­gra­fia żeńskie­go ze­społu wo­kal­ne­go Fi­li­pin­ki. Książka Fi­li­pin­ki – to my! Hi­sto­ria pierw­sze­go pol­skie­go girls­ban­du sta­no­wi w do­rob­ku au­to­ra wyjątkową po­zycję i jest mu szczególnie bli­ska, bo­wiem jedną z wo­ka­li­stek gru­py była mat­ka pi­sa­rza Iwo­na Racz-Szczy­giel­ska.

Książki au­to­ra:

dla do­rosłych:

• PL-BOY (2003)

• Wio­sna PL-BOYa (2004)

• Kuch­nia na ciężkie cza­sy (2004)

• Na­stur­cje i ćwoki (2005)

• Far­foc­le namiętności (2006)

• Be­rek (2007)

• Bier­ki (2010)

• Fu­rie i inne gro­te­ski (2011)

• Po­czet Królo­wych pol­skich (2011)

• Kal­las (2012)

• Fi­li­pin­ki – to my! (2013)

• Sa­na­to (2014)

dla młodzieży:

• Ome­ga (2009)

• Za nie­bie­ski­mi drzwia­mi (2010)

• Czar­ny Młyn (2011)

• Cza­row­ni­ca piętro niżej (2013)

• Arka Cza­su (2013)

• Tu­czar­nia mo­ty­li (2014)

sztu­ki te­atral­ne:

• Be­rek, czy­li upiór w mo­he­rze (2008)

• Wy­dmusz­ka (2009)

• Fu­rie (2010)

• Kal­las (2011)

• Sin­gle i re­mik­sy (2012)

• Ko­cha­nie na kre­dyt (2013)

Pro­jekt okładki i stron tytułowych

Mar­cin Szczy­giel­ski

Re­dak­cja

Anna Na­stu­lan­ka

Do­ro­ta Ko­man

© Co­py­ri­ght by Mar­cin Szczy­giel­ski, 2014

© Co­py­ri­ght by Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza AS, 2014

© Co­py­ri­ght by In­sty­tut Wy­daw­ni­czy La­tar­nik, 2014

Zdjęcie au­to­ra © Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza AS

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i skład kom­pu­te­ro­wy

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza AS

ISBN 978-83-63841-24-9

IN­STY­TUT WY­DAW­NI­CZY LA­TAR­NIK

IM. ZYG­MUN­TA KAŁUŻYŃSKIE­GO

War­sza­wa, ul. Cy­pryj­ska 89

zamówie­nia te­le­fo­nicz­ne: 22 614 28 34

zamówie­nia in­ter­ne­to­we: sklep@la­tar­nik.com.pl

e-mail:la­tar­nik@la­tar­nik.com.pl

Za­pra­sza­my do księgar­ni in­ter­ne­to­wej

www.la­tar­nik.com.pl

oraz na nasz pro­fil na por­ta­lu Fa­ce­bo­ok

www.fa­ce­bo­ok.com/iw­la­tar­nik

Za­pisz się doKlu­bu Czy­tel­ni­ka La­tar­ni­ka DROPS

gwa­ran­tującego stałe zniżki na wszyst­kie na­sze książki, a na­wet pra­wo otrzy­my­wa­nia ich za dar­mo.

Więcej szczegółów: www.la­tar­nik.com.pl/drops

albo na­pisz do nas: drops@la­tar­nik.com.pl

War­sza­wa 2014Wy­da­nie I

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

(Duszę się)

– Duszę się! – chry­pię półgłosem.

Mój głos brzmi jak skrzek. Biegnę ko­ry­ta­rzem, uty­kam. Nie byłam jesz­cze w tym skrzy­dle, je­stem tego pew­na. W od­da­li (zbyt bli­sko) za mo­imi ple­ca­mi słyszę mia­ro­wy odgłos kroków Iry i dwóch in­nych nu­merów. Oni idą, my bie­gnie­my. A jed­nak nas do­ga­niają. Ko­ry­tarz przede mną się zwęża, ma­to­we kule szkla­nych lamp zwi­sają co­raz niżej. Rozbłyskują cho­ro­bli­wie pełgającym, mdłym światłem w ko­lo­rze ury­ny. Czub­kiem głowy do­ty­kam już pierw­szej z nich. Schy­lam się i biegnę, ku­leję. Jed­no płuco nie ra­dzi so­bie z gęstym, zatęchłym po­wie­trzem.

– Nu­siu… – Ira woła za mną śpiew­nie.

Jej głos roz­le­ga się tuż za moim uchem. Zachłystując się z prze­rażenia, spoglądam przez ramię, lecz za­ra­zem – zdaję so­bie sprawę, że to re­ak­cja hi­ste­rycz­na – chce mi się śmiać. Wręcz nie mogę po­wstrzy­mać chi­cho­tu, który od­bie­ra mi reszt­ki po­wie­trza… Ja­sna, połyskli­wa po­stać Iry ma­ja­czy w głębi ko­ry­ta­rza za nami. Gdzie są inne nu­me­ry? Dy­wan po­kry­wający podłogę w tym ob­cym, nie­zna­nym mi skrzy­dle bu­dyn­ku sta­je się co­raz bar­dziej miękki, grzęzną w nim moje ob­ca­sy. Na­gle po­ty­kam się i upa­dam na ko­la­na. Dłonie zagłębiają mi się w musz­tar­do­wym chod­ni­ku, który ugi­na się i rozstępuje pod mo­imi pal­ca­mi z obrzy­dli­wym mo­krym cmok­nięciem. Jest zim­ny i wil­got­ny, bije od nie­go fe­tor spleśniałych grzybów. Prze­szy­wa mnie dreszcz wstrętu, próbuję krzyknąć i oczy­wiście za­noszę się kasz­lem. Za wszelką cenę sta­ram się nad nim za­pa­no­wać i złapać od­dech. Łapa­nie od­dechu to moja spe­cjal­ność. Po­praw­ka: na­sza spe­cjal­ność.

– Wsta­waj! Wsta­waj! – hi­ste­rycz­nym pi­skiem po­na­gla mnie Do­rcia.

Do­pa­da do mnie, chwy­ta moją su­kienkę na kar­ku i ciągnie w górę. Jak to możliwe, że taka chu­dzi­na ma tyle siły? Su­kien­ka wpi­ja się pod pa­cha­mi, na­gle zapięcie pęka z trza­skiem. Gu­zi­ki strze­lają na boki, a ja czuję, że moje ubra­nie sta­je się luźniej­sze – chwi­lo­wa ulga. Adam spra­wił mi tę su­kienkę w Kra­ko­wie. Zakład na­zy­wał się Ewe­li­na.

– Wsta­waj! Kur­wać! Wsta­waj! – jęczy Do­rcia.

Umie­ram ze stra­chu, ale nadal nie mogę za­pa­no­wać nad śmie­chem, a to strasz­ne, wul­gar­ne słowo, które pada z jej ust, jesz­cze go potęguje. Kto by pomyślał, że grzecz­na, nie­win­na Do­rcia zna ta­kie słowo? Do­rcia, do której raz w mie­siącu wiśniową tatrą ze składa­nym, beżowym da­chem przy­jeżdża ele­ganc­ki papa, nie­odmien­nie przy­wożąc w po­da­run­ku dla córki równie ele­ganc­kie pudełko po­ma­dek Lindt z pierw­szorzędnej kra­kow­skiej cu­kier­ni. Papa Do­rci jest ogrom­nie postępowy – sam wpadł na po­mysł, by jego je­dy­na córka przyjęła eks­pe­ry­men­talną szcze­pionkę BCG (praw­dzi­wy przewrót w me­dy­cy­nie!). Postępowy, a jed­nak nie na tyle, aby to­le­ro­wał po­dob­ne słowa w ustach własne­go dziec­ka. Skąd też Do­rcia może je znać?

– Nu­siu…

Wresz­cie uda­je mi się wy­rwać ręce z oślizgłego chod­ni­ka – pusz­cza je z niechętnym mlaśnięciem. Pod­noszę dłonie do oczu, prze­ko­na­na, że będą uwa­la­ne brązo­wym, śmierdzącym szla­mem, w jaki zmie­nił się dy­wan wyściełający podłogę ko­ry­ta­rza. Ale nie. Moje ręce są czy­ste i różowe – jak śro­dek musz­li. Przyglądam im się w chwi­lo­wym zdu­mie­niu. W zagłębie­niach li­nii prze­ci­nających wnętrza dłoni lśnią drob­niut­kie kro­pel­ki potu. Są złote. Mówił, że je wy­da­li­my, ale nie sądziłam, że przez skórę. Pocę się złotem. Gdy­by mnie wy­de­sty­lo­wać, star­czyłoby może na kol­czyk. Albo na ko­ronkę zęba. Je­stem nie­znacz­nie cen­na.

– Na rany pana Boga je­dy­ne­go, wsta­waj! – Do­rcia szar­pie mnie za włosy.

Na­gle za­no­si się zna­jo­mym mo­krym kasz­lem, który brzmi tak, jak­by ktoś potrząsał ter­mo­fo­rem pełnym ki­sie­lu. Wresz­cie uda­je jej się od­krztu­sić śluz i splu­wa pa­cyną krwi na podłogę tuż obok mo­je­go ko­la­na. Z ulgą bie­rze od­dech – zbyt pośpiesz­nie jed­nak. Atak wra­ca.

– Nu­siu…

Głos Iry na­prawdę roz­le­ga się tuż za nami. Tem­pe­ra­tu­ra w ko­ry­ta­rzu wzra­sta szyb­ko, już pieką mnie po­licz­ki. Na­gle podłoga kołysze się pod mo­imi ko­la­na­mi, ścia­ny wokół trzeszczą, tynk pęka pod pożółkłymi, wy­brzu­szo­ny­mi nie­ocze­ki­wa­nie ta­pe­ta­mi. Zry­wam się na równe nogi, Do­rcia wciąż kasz­le zgięta wpół, opie­ra dłonie na udach. Chcę biec da­lej, ale ko­ry­tarz przede mną jest już tak wąski, że nie zmieściłabym się w nim na­wet bo­kiem.

– Nu­siu…

Do­go­ni­li nas – choć oni szli, a my biegłyśmy. Od­wra­cam się po­wo­li. Ira stoi tuż za moją to­wa­rzyszką, jest zupełnie naga, go­lu­sieńka. Złoto sączy się z porów jej skóry, spływa kro­pla­mi po odsłoniętych pier­siach, oka­la cienką strużką za­ska­kująco bla­de, małe, naprężone sut­ki i su­nie w dół po brzu­chu, zbie­rając się w zagłębie­niu pępka. Jest cała złota, ni­czym sta­ran­nie oczysz­czo­na z pa­ty­ny mosiężna sta­tu­et­ka. A może to tyl­ko pot, który w żółta­wym, nie­wy­raźnym świe­tle przy­brał ko­lor krusz­cu? Nie, prze­cież widzę wyraźnie. Za Irą stoją dwa po­zo­stałe nu­me­ry, od­dy­chają z wysiłkiem, gapią się na mnie pu­stym wzro­kiem. Obaj także są pra­wie nadzy. Ira le­ni­wym ge­stem od­gar­nia włosy z czoła i uśmie­cha się łagod­nie – nie­mal tkli­wie. Z ust wy­ry­wa mi się skrzek prze­rażenia.

Do­rcia jesz­cze jej nie wi­dzi. Wciąż za­no­si się mo­krym kasz­lem, krew płynie jej po bro­dzie. Długie war­ko­cze skaczą na boki; ma bar­dzo piękne włosy, choć sama nie jest ładna. Do­rcia skończyła do­pie­ro czter­naście lat, mogłaby jesz­cze kie­dyś wyład­nieć, szko­da, że nie zdąży. Lecz być może nie zdążyłaby tak czy siak, bez względu na to, jak postąpi za chwilę na­sza ko­cha­na, złota Ira.

Do­rcia przy­je­chała do nas pro­sto z Lu­be­ki, w ostat­nich cza­sach to pe­cho­we mia­sto – przy­najm­niej dla niej i dla in­nych dwu­stu pięćdzie­sięcior­ga dwoj­ga dzie­ci, które tak jak i ją za­szcze­pio­no eks­pe­ry­men­talną szcze­pionką prze­ciw gruźlicy (Cud No­wo­cze­snej Far­ma­ceu­ty­ki!). Wszyst­kie za­cho­ro­wały. Z tego, co mi wia­do­mo, do dziś zmarło sie­dem­dzie­siąt dwo­je, ale już za chwilę – mam prze­czu­cie gra­niczące z pew­nością i na­wet fisz­ka z mo­je­go fu­tu­ro­sko­pu jest tu zbędna – sta­ty­sty­ka będzie wy­ma­gała uak­tu­al­nie­nia. „Tra­ge­dia lu­bec­ka za­ta­cza kręgi”, a do tego trzy wy­krzyk­ni­ki. Do­bry tytuł, może nie na pierwszą stronę, ale na drugą już tak. Co­fam się bez­wied­nie o krok, tu chod­nik jest bar­dziej grząski. Moja pra­wa sto­pa za­pa­da się w nim aż po kostkę.

Na­gle Ira błyska­wicz­nym ru­chem chwy­ta Do­rcię za włosy (piękne). Widzę roz­sze­rzo­ne prze­rażeniem oczy dziew­czy­ny, bla­de tęczówki w sza­rym ni­ja­kim ko­lo­rze. Do­rcia nie jest ładna, co za­wsze było dla niej wiel­kim utra­pie­niem. Ale już nie będzie. Jej usta układają się w za­sko­czo­ne „o”. Okrągłe plac­ki ru­mieńców na po­licz­kach, okrągłe oczy, okrągłe usta. Wygląda ko­micz­nie, ni­czym po­stać z car­to­on sto­ry w do­dat­ku ki­no­wym wyświe­tla­nym przed właści­wym se­an­sem fil­mo­wym. Bez­sen­sow­nie trze­po­cze ra­mio­na­mi jak ptak z połama­ny­mi skrzydłami.

– Nu­siu – roz­ba­wio­nym, choć nie­co karcącym to­nem mówi do mnie Ira. – Nieład­nie. Na­prawdę.

Jej dłoń śmiga w górę, mdławe światło lamp od­bi­ja się w wąskim, podłużnym ostrzu, które trzy­ma w złotych pal­cach. Wzdy­cham głośno – znam ten przed­miot. Brzy­twa Ada­ma zagłębia się w gar­dle Do­rci i prze­ni­ka je z lep­kim świ­stem, zupełnie jak­by cięła masło, a nie ludzką tkankę. Nie­zwy­kle ostra brzy­twa, Adam ostrzył ją każdego dnia ran­kiem – przed­wczo­raj też. Nie­na­widzę tego przed­miotu, choć sam w so­bie jest wca­le ładny, kosz­tow­ny, ma rękojeść wykładaną kością z kła mor­sa. W do­dat­ku sama ją wy­brałam i kupiłam, oczy­wiście za pie­niądze Ada­ma. To była na­sza pierw­sza rocz­ni­ca, po­nie­wcza­sie zo­rien­to­wałam się, że ten ro­dzaj pre­zen­tu był złowróżbny i niewłaściwy, ale nikt mnie nie uprze­dził. Zresztą wte­dy jesz­cze i tak nie wie­rzyłam w przesądy, nie posłuchałabym. Nig­dy ni­ko­go nie słuchałam.

Przez se­kundę nic się nie dzie­je. Cięcie jest do­sko­na­le równe, wygląda jak cie­niut­ka, czer­wo­na nit­ka ople­cio­na wokół szyi, nie­dro­ga ozdo­ba. Ira pusz­cza dziew­czynę, od­su­wa się od niej miękkim ru­chem. Wte­dy Do­rcia od­rzu­ca głowę w tył i szcze­li­na się roz­sze­rza, otwie­ra ni­czym gro­te­sko­wy żabi pysk. Pod ni­ski su­fit ko­ry­ta­rza try­ska ma­low­ni­cza fon­tan­na ja­snej krwi – robi to wrażenie ta­niej sztucz­ki. Do­rcia bul­go­cze, jak­by ktoś wle­wał do słoja go­tujący się kroch­mal. Ten odgłos nie wy­do­by­wa się jed­nak z jej ust, ale pro­sto z rozpłata­nej szyi.

– No! – mówi Ira, przy­su­wa się zno­wu i po­now­nie wbi­ja brzytwę w krtań dziew­czy­ny.

Sa­na­to kur­czy się i roz­sze­rza w gwałtow­nym spa­zmie. Kołysze się nad nami, pod nami, wokół nas. Trzesz­czy, skrzy­pi, dud­ni, hu­czy. Nowe, zatęchłe ko­ry­ta­rze otwie­rają się tam, gdzie przed chwilą widać było tyl­ko so­lid­ne ścia­ny; zdep­ta­ne stop­nie schodów pro­wadzących do nie­ist­niejących wcześniej kon­dy­gna­cji bu­dyn­ku wyłaniają się na na­szych oczach wprost z podłogi, okna za­ra­stają tyn­kiem, bo­aze­rie pękają, a aor­ty rur ka­na­li­za­cyj­nych prze­ni­kają su­fi­ty.

Wy­trzesz­czam oczy, moje czyn­ne płuco usiłuje od­fil­tro­wać porcję tle­nu z ole­iste­go, zgniłego po­wie­trza. Co­fam się zno­wu o krok, ba­gni­sty chod­nik pusz­cza mój bu­cik z niechętnym, pełnym dez­apro­ba­ty cmok­nięciem. Do­rcia gubi równo­wagę, a jej głowa, nie­mal od­dzie­lo­na od kor­pu­su, od­chy­la się gro­te­sko­wo na ple­cy i odsłania otwar­ty, try­skający krwią przełyk. Ja­kież to myśli prze­bie­gają te­raz przez jej po­zba­wio­ny pod­par­cia mózg? Czy wzniosłe, udu­cho­wio­ne i istot­ne? Wątpię. Praw­do­po­dob­nie po­prze­sta­je na kon­tem­plo­wa­niu nie­co­dzien­nej sen­sa­cji, której właśnie doświad­cza. Gdy człowiek umie­ra, tyl­ko to zaprząta jego umysł, a eks­pre­so­wy fo­to­pla­sti­kon życio­wych wspo­mnień to je­dy­nie mit. Dziew­czyn­ka stoi jesz­cze kil­ka chwil, prze­chy­la się na bok, pro­stu­je, prze­chy­la w drugą stronę i na­gle upa­da na podłogę jak wo­rek wypełnio­ny zgniłą, roz­miękłą ce­bulą. Roz­le­ga się ci­che, nie­przy­zwo­ite bek­nięcie, gdy pod wpływem upad­ku z jej ciała ucho­dzi zbędne już po­wie­trze. Ira, naga i pozłoco­na, z za­in­te­re­so­wa­niem przygląda się za­krwa­wio­ne­mu ostrzu trzy­ma­nej w dłoni brzy­twy. Uda­je mi się wresz­cie za­czerpnąć tchu, napełniam płuco do gra­nic, wstrzy­muję od­dech na ułamek se­kun­dy i wrzeszczę z całej siły.

Jest 25 grud­nia 1931 roku, właśnie mamy Boże Na­ro­dze­nie.

Ale oczy­wiście wszyst­ko zaczęło się jakiś czas wcześniej.

ROZ­DZIAŁ INEL

Wto­rek, 13 paździer­ni­ka 1931 roku

Wcze­sne go­dzi­ny ran­ne przy­niosą pew­ne napięcie i nie na­dają się zupełnie do sto­sunków z oso­ba­mi wyżej stojącemi i wy­bit­ne­mi.

W miarę wzno­sze­nia się słońca nad ho­ry­zont sy­tu­acja za­cznie się po­pra­wiać. Południe dzi­siej­sze może przy­nieść po­wo­dze­nie w spra­wach do­tyczących sztu­ki i miłości, a także w in­te­re­sach, w zakłada­niu no­wych przed­siębiorstw, w załatwia­niu spraw urzędo­wych oraz w na­by­wa­niu ozdób.

Należy jed­nak za­cho­wać pewną ostrożność, gdyż go­dzi­na 16-ta nie­sie obiet­nicę roz­cza­ro­wań i podstępów, a po go­dzi­nie 18-tej również nie­ocze­ki­wa­nych nie­po­kojów. Do­pie­ro koło go­dzi­ny 21-ej za­zna­czy się zmia­na na lep­sze połączo­na z do­brym hu­mo­rem i wzro­stem za­in­te­re­so­wań ar­ty­stycz­nych.

Dnia dzi­siej­sze­go szczególnie strzec się należy: bar­wy fiołko­wej, agatów, kwiatów pur­pu­ro­wych, kruszców fałszy­wych jak tom­bak, osób o ru­dych brwiach i rzęsach oraz dużych ma­szyn.

Ob­ra­cam w pal­cach fiszkę, którą podała mi Nel, i nie bar­dzo wiem, co po­wie­dzieć.

– I co uważasz? – pyta pod­eks­cy­to­wa­na. – Przed­nie, nie sądzisz?

Fisz­ka ma roz­miar kar­ty wi­zy­to­wej, wy­dru­ko­wa­na jest na sztyw­nym kre­mo­wym kar­to­nie, na ja­kim lep­sze skle­py dru­kują zdaw­ko­we po­zdro­wie­nia i ślą je wraz z ra­chun­ka­mi opie­szałym, ale sza­no­wa­nym klien­tom. Odkładam kartkę na blat sto­li­ka obok spodka, na którym stoi moja filiżanka.

– Ory­gi­nal­ne – stwier­dzam po krótkim namyśle.

– Och, do­praw­dy! Prze­cież to tyl­ko za­ba­wa, nie róbże ta­kiej cierp­kiej miny – par­ska śmie­chem Nel. – Fu­tu­ro­sko­py to te­raz praw­dzi­wy szał w War­sza­wie, sama znam co naj­mniej trzy oso­by, które re­gu­lar­nie z nich ko­rzy­stają. Sądziłam, że cię to nie­co ro­ze­rwie.

– Dziękuję. Roz­ry­wa mnie ostat­nio coś in­ne­go – od­po­wia­dam z wy­szu­kaną uprzej­mością.

– Do­praw­dy? – ożywia się Nel­ka. – A cóż ta­kie­go? Czyżby może… Czy masz na myśli… Och!

Milk­nie i wyraźnie zmie­sza­na spogląda w las wi­docz­ny za ba­rierą we­ran­dy. Sądziłam, że wywołam złość, a naj­wy­raźniej spra­wiłam jej przy­krość. Na­tych­miast od­zy­wają się we mnie wy­rzu­ty su­mie­nia. Dla­cze­go je­stem wo­bec niej złośliwa? W końcu przy­je­chała tu, a nie mu­siała, bo prze­cież nig­dy nie byłyśmy so­bie zbyt bli­skie. Nie mogę po­wie­dzieć, żebym Nel nie lubiła, ale też nie da­rzyłam jej jakąś wyjątkową sym­pa­tią. Wy­da­wała mi się trochę płytka. Może się jed­nak myliłam?

– Wy­bacz mi – mówię i uśmie­cham się do niej. – Nie je­stem zła na cie­bie, tyl­ko na to… Wiesz.

– Chy­ba wiem. Wy­obrażam so­bie, że musi być ci… Wam trud­no. Po­tra­fię to zro­zu­mieć le­piej, niż mogłabyś przy­pusz­czać.

Przez krótką chwilę przygląda mi się z po­wagą, ale jej twarz szyb­ko roz­jaśnia się w uśmie­chu.

– I co myślisz? – pyta, wska­zując pal­cem pre­zent, który mi przy­wiozła.

Fu­tu­ro­skop ma roz­mia­ry śred­nie­go hu­mi­do­ra. Zro­bio­no go z drew­na pa­li­san­dro­we­go, choć z pew­nością to je­dy­nie for­nir. Skrzy­necz­ka wspie­ra się na czte­rech ku­li­stych nóżkach i w prze­ci­wieństwie do szka­tuły na cy­ga­ra nie ma wie­ka, lecz wąską szcze­linę we fron­to­wej ścian­ce oto­czoną wpusz­czoną w drew­no złotą nitką. To je­dy­na ozdo­ba, przed­miot jest za­ska­kująco no­wo­cze­sny – szczególnie jak na rzecz „ma­giczną”. Ru­cho­mym ele­men­tem obu­do­wy jest tyl­ko okrągły, wy­pukły przy­cisk obok szcze­liny, wy­ko­na­ny z białego ba­ke­li­tu imi­tującego kość słoniową i przy­po­mi­nający włącznik w pod­sta­wie lam­py elek­trycz­nej.

– Jak się go otwie­ra? – py­tam, przy­su­wając skrzynkę do sie­bie.

– Wca­le! – wyjaśnia Nel­ka sztucz­nie ożywio­nym to­nem. – Na tym po­le­ga sztucz­ka. Działa tyl­ko rok, a po­tem jest już do ni­cze­go.

– Rok?

– Są też ponoć fu­tu­ro­sko­py pięcio­let­nie, ale nie wi­działam ta­kie­go na własne oczy. Za­pew­ne muszą być nie­co większe. Ta­kie jak ten za­wie­rają trzy­sta sześćdzie­siąt pięć kart z wróżbami, po jed­nej na każdy dzień.

– Wy­star­czy więc na­cisnąć kla­wisz trzy­sta sześćdzie­siąt pięć razy, aby opróżnić fu­tu­ro­skop. – Wzru­szam ra­mio­na­mi. – Przy odro­bi­nie do­brej woli zajęłoby to go­dzinę, a nie cały rok.

– Kie­dy właśnie tak postąpić nie można i w tym sed­no tri­ku! Ten przy­cisk wca­le nie po­wo­du­je wy­su­nięcia się kar­ty, nie wiem właści­wie, po co go za­mon­to­wa­no. Apa­rat działa zupełnie in­a­czej. Zo­bacz.

Nela pod­no­si skrzynkę i ob­ra­ca ją do góry dnem. Pośrod­ku pod­sta­wy ster­czy małe mosiężne skrzy­dełko, ta­kie samo, ja­kim nakręca się sprężynę po­zy­tyw­ki.

– Wi­dzisz? Gdy otrzy­masz wróżbę na dany dzień, nakręcasz fu­tu­ro­skop. Dzięki temu do­sta­niesz ko­lejną, ale do­pie­ro po dwu­dzie­stu czte­rech go­dzi­nach. To me­cha­nizm ze­ga­ro­wy. Czy to nie za­baw­ne?

– Za­baw­ne.

Obok klu­czy­ka na­kle­jo­ny jest pro­stokątny bi­let:

Wie­deńskie To­wa­rzy­stwo Astro­lo­gicz­ne w Wied­niu

oraz

Sto­wa­rzy­sze­nie Ma­gicz­ne­go Pierście­nia w Ham­bur­gu

przed­sta­wiają naj­now­szy wy­na­la­zek

Pana Ed­mun­da Hert­za

Maga w stop­niu Trze­cie­go Pierście­nia

FU­TU­RO­SKOP

Przyczółek Ka­san­dry!

Nie­za­wod­na i je­dy­na me­to­da na to, by okpić nie­przy­chyl­ny Los

i wyjść cało z naj­bar­dziej podstępnych za­sa­dzek Opatrz­ności.

Gwa­rant Po­wo­dze­nia!

Sko­rzy­staj z doświad­czeń Naj­większe­go Ma­gi­ka na­szych czasów!

Prze­stań być śle­pym nie­wol­ni­kiem For­tu­ny!

Od­mień swe Prze­zna­cze­nie!

Poniżej mniej­szym li­te­ra­mi do­pi­sa­no:

Skarg, zażaleń, a tem bar­dziej zwrotów nie przyj­mu­je się.

Od­po­wie­dzial­ności nie po­no­si się.

Gwa­ran­cji nie udzie­la się.

We wszel­kich in­nych kwe­stiach pisać pod ad­res:

Ob­ser­wa­to­rium Astro­lo­gicz­ne

Ura­nia­stras­se 1, Wie­deń, Au­stria

Od­po­wie­dzi tyl­ko za za­li­cze­niem.

Przed­sta­wi­ciel­stwo han­dlo­we na Polskę:

Astral i S-ka, ul. Sze­ro­ki Zjazd 9, War­sza­wa

– Bar­dzo dużo wiel­kich li­ter i wy­krzyk­ników – oświad­czam. – A jesz­cze więcej za­strzeżeń.

– No prze­cież to tyl­ko za­baw­ka! – Nela tra­ci cier­pli­wość. – Nie chcesz, wy­rzuć.

– Ty też masz taki?

Nela po­chy­la się szyb­ko nad stołem i upi­ja łyk z filiżanki, mrucząc coś nie­zro­zu­mia­le.

– Słucham?

– Miałam – od­po­wia­da niechętnie. – Ale już nie mam.

– Sama nie wiem, czy bar­dziej nie­po­koi mnie ko­niecz­ność od­czy­ty­wa­nia tych nie­do­rzecz­ności, czy groźba, że mogłabym zacząć w nie wie­rzyć.

– To tyl­ko roz­ryw­ka! Spróbuj. Cóż ci to szko­dzi właści­wie? Co ty masz tu­taj do ro­bo­ty?

Tra­fiła w dzie­siątkę. Nie mam tu nic do ro­bo­ty. Nic a nic – poza przeżyciem, a ten cel w mo­jej sy­tu­acji jest nie­co, że tak to ujmę, wątpli­wy do osiągnięcia. Uśmie­cham się do niej zno­wu i opa­dam wy­god­nie na miękką po­duszkę fo­te­la. „Cóż ci to szko­dzi właści­wie?”. Życio­we mot­to Nel­ki, za­po­mniałam o tym jej fir­mo­wym wyrażeniu. Ro­mans, jaz­da na ka­ru­ze­li, wy­da­tek, skok do je­zio­ra – cóż mi szko­dzi właści­wie? Słyszałam to dzie­siątki razy i nie­mal za­wsze ko­men­to­wa­ne tymi słowa­mi sy­tu­acje kończyły się dla Neli nie­for­tun­nie. Ale cóż jej to szko­dzi? W końcu należy do jed­nej z naj­bo­gat­szych ro­dzin, ja­kie znam. Jeśli tyl­ko nie skręci kar­ku, to z każdej in­nej opre­sji wy­ku­pi się bez tru­du.

– Dziękuję – mówię.

Nel­ka wzru­sza ra­mio­na­mi, rzu­cając mi krótkie, ba­daw­cze i nie­co nie­spo­koj­ne spoj­rze­nie spod długich rzęs. Trwa ułamek se­kun­dy, pra­wie go nie za­uważam. Pra­wie.

– Ład­nie tu – stwier­dza Nela, od­wra­cając oczy.

– Bar­dzo.

Popołudnio­we słońce oświe­tla główną we­randę Sa­na­to i długi po­most do leżako­wa­nia, je­den z trzech, które wci­nają się głęboko w gęsty las za głównym bu­dyn­kiem. Ten jest najdłuższy, mówimy o nim „molo”. Sze­ro­ka drew­nia­na kładka wiodąca do­nikąd, a na niej rząd pro­stych, za­ska­kująco wy­god­nych leżaków wy­mosz­czo­nych płócien­ny­mi po­dusz­ka­mi w bla­doróżowe bądź sza­ro-tur­ku­so­we pasy. Dwa po­zo­stałe po­mosty – molo za­chod­nie i molo wschod­nie – są znacz­nie węższe i krótsze, służą ra­czej prze­chadz­kom lub uciecz­ce przed słońcem, gdy południo­we światło na­zbyt moc­no ogrze­wa środ­kową kładkę. Ma­low­ni­cze miej­sce, ta­kie, jak je opi­sa­no w barw­nym fol­de­rze re­kla­mo­wym. „Piękne wi­do­ki kojące duszę”. Do­staję już od nich wy­syp­ki, a je­stem tu za­le­d­wie czte­ry mie­siące. Niektórzy miesz­kają w Sa­na­to całymi la­ta­mi.

MY je­steśmy tu czte­ry mie­siące – po­pra­wiam się w myślach po krótkiej chwi­li.

– I cóż WY tu po­ra­bia­cie? – pyta Nela, kładąc, jak mi się wy­da­je, spe­cjal­ny na­cisk na to „wy”, zupełnie jak­by zaj­rzała mi do głowy.

– To, co widać – od­po­wia­dam. – Spa­ce­ru­je­my, jemy, leżymy i od­dy­cha­my. Od­dy­cha­my przede wszyst­kim.

– No tak. Ale są tu chy­ba roz­ryw­ki? W końcu to Za­ko­pa­ne. Muszą ja­kieś być!

– O, zdzi­wiłabyś się.

– A jak… – Nela sku­bie ner­wo­wo krawędź ser­we­ty leżącej na sto­li­ku. – Wiesz, jak się czu­jesz? To zna­czy, jak się czu­je­cie? Jak Adam?

– Bez zmian.

– Ale chy­ba jest jakaś po­pra­wa? Musi być!

– Zdzi­wiłabyś się – po­wta­rzam zgryźli­wie.

– Prze­cież was tu leczą!

– Nel­ciu, zmieńmy te­mat, proszę.

– A Adam?

– Żyje, jest. Cho­dzi, mówi, je i pije. I oczy­wiście od­dy­cha.

– Całe szczęście, że możecie być tu ra­zem…

– Nie możemy, ale mu­si­my. Gdy­by nie on, nig­dy by mnie tu nie było!

– Prze­cież jest two­im mężem. Na­wet gdy­byś ty nie miała… Gdy­byś nie za­cho­ro­wała, prze­cież chciałabyś być tu przy nim? Praw­da? Ja bym chciała z pew­nością! Gdy­bym miała męża.

– Moja dro­ga, małżeństwo dużo ład­niej się pre­zen­tu­je oglądane zza stołu pod­czas przyjęcia, niż wte­dy, gdy pa­trzysz na nie od środ­ka. Ale zde­cy­do­wa­nie wolałabym mówić o czymś in­nym. Co w War­sza­wie?

– Och. Nic no­we­go. Ale tyle się dzie­je! – wy­krzyknęła z ulgą Nela, roz­pro­mie­nio­na w jed­nej se­kun­dzie, bo i ją wyraźnie zmęczył nie­wy­god­ny te­mat. – Wy­obraź so­bie, Sab­niew­scy wpro­wa­dzi­li do to­wa­rzy­stwa śred­nią córkę. Pamiętasz ją może? Taka bla­da.

– Sab­niew­scy? – Na­zwi­sko brzmi zna­jo­mo, ale trud­no mi połączyć je ze wspo­mnie­niem twa­rzy.

– Ich syn zaręczył się z Dro­ho­biczówną, mu­sisz pamiętać! To był taki ślicz­ny skan­dal! Dro­ho­bicz – upew­nia się Nela. – Taki płaski, wy­mu­ska­ny i gładki jak ob­ra­ny mig­dał. Ak­sa­mit­ny szczur? Pamiętasz te­raz?

Sab­niew­scy, Dro­ho­bi­cze… Choć minęło za­le­d­wie kil­ka­naście ty­go­dni, mam wrażenie, jak­by mówiła o miesz­kańcach Atlan­ty­dy. Bo dla mnie to prze­cież była Atlan­ty­da, a ja sama byłam jej częścią. Całe wie­ki temu.

Nela pa­ple da­lej, śmieję się szcze­rze, bo jest za­baw­na. Złośliwa oczy­wiście, ale nie bar­dziej, niż ja bywałam. Nie bar­dziej, niż by­wają wszy­scy Atlan­ty­dzi.

Słońce stoi wy­so­ko po­nad linią drzew, lecz po­wie­trze jest rześkie, wyraźnie już je­sien­ne. Nie­ba­wem na­sta­nie zima, tu, w górach, przy­cho­dzi wcześnie. Ponoć to naj­lep­szy czas dla miesz­kańców Sa­na­to, choć ja nie­spe­cjal­nie cieszę się na krótkie dni i mro­zy. Lecz jeśli spad­nie na­prawdę duży śnieg, molo zo­sta­nie za­mknięte; to je­dy­na po­cie­cha.

Po piątej, krótko przed ko­lacją, Nela po­sta­na­wia wra­cać do Kra­ko­wa. Od­pro­wa­dzam ją do klombów za pod­jaz­dem, za­bie­ram fu­tu­ro skop ze sobą. Nie jest ciężki.

– Dziękuję, że przy­je­chałaś – mówię, gdy sta­je­my obok czar­ne­go auta, cze­kając na szo­fe­ra, który gna już w naszą stronę od bocz­ne­go wejścia.

Sadząc długi­mi su­sa­mi przez wy­sy­paną żwi­rem alejkę, do­pi­na w bie­gu gu­zi­ki. Przyglądam mu się obojętnie i na­gle czuję piekącą nie­na­wiść. Kie­dy ja mogłam tak pędzić? Śmiesz­ne, prze­cież to tyl­ko jakiś mar­ny szo­fe­rak, porównuję się z kimś ta­kim. Gdy pod­bie­ga bliżej, widzę, że ma za­ska­kująco har­mo­nij­ne rysy twa­rzy i jest wyjątko­wo przy­stoj­ny.

– Ślicz­ny, praw­da? – rzu­ca półgłosem Nela, a ja po­now­nie mam wrażenie, że czy­ta w mo­ich myślach. – Ma ta­kie moc­ne ra­mio­na…

Zda­wało mi się, że już nic mnie nie może za­szo­ko­wać, a jed­nak byłam w błędzie. Po­mi­jając majątek, ro­dzi­na Nel­ki po­sia­da herb, w do­dat­ku po­kry­ty od­po­wied­nią pa­tyną. Dziew­czy­na robi bez­czel­ne per­skie oko na wi­dok mo­jej miny, uno­si lek­ko ru­da­we brwi i wzru­sza ra­mio­na­mi.

– A cóż mi to szko­dzi właści­wie? Nie za­po­mnij go nakręcać, to bar­dzo ważne – lek­ko do­ty­ka fu­tu­ro­sko­pu dłonią obciągniętą w miękką koźlęcą skórkę bar­wioną na ko­lor fiołków.

Szyb­ko cofa rękę, a ja przy­po­mi­nam so­bie o drew­nia­nej skrzy­necz­ce, którą ści­skam pod pachą.

– Ach, tak… – Nie mogę ode­rwać oczu od szo­fe­ra, który pod­bie­ga do nas i z nie­co bez­czel­nym, łobu­zer­skim uśmie­chem otwie­ra drzwi auta przed Nelką. – Mówiłaś, że ty już nie masz swo­je­go fu­tu­ro­sko­pu?

– Nie, nie mam. – Nela zgrab­nym ge­stem zdej­mu­je ka­pe­lusz, z non­sza­lancją wrzu­ca go do wnętrza auta, wsia­da i mości się na skórza­nej ka­na­pie.

W srebr­nym uchwy­cie tuż obok okna tkwi szkla­ny fla­kon ze wspa­niałym pur­pu­ro­wym nar­cy­zem. Kwiat wygląda na sztucz­ny, ale do­strze­gam wodę, którą do połowy wypełnio­na jest fiol­ka. Nie wsta­wio­no by prze­cież je­dwab­ne­go czy pa­pie­ro­we­go kwia­tu do wody.

– Ze­psuł się? Czy prze­po­wied­nie się wy­czer­pały? – py­tam.

– Och, nie. Wiesz, nie miałam głowy do tego, tyl­ko się u mnie mar­no­wał – mówi szyb­ko Nela. – Oddałam go.

Do­pie­ro po pew­nym cza­sie domyślę się komu.

Auto odjeżdża. Spod sze­ro­kich opon strze­la żwir, je­den z ka­myków boleśnie ude­rza mnie w ko­la­no.

Nela od­wra­ca się i pa­trzy na mnie przez owal­ne tyl­ne okno. Widzę jej jasną twarz oto­czoną mie­dzia­ny­mi fa­lującymi włosa­mi – na tle ciem­ne­go wnętrza auta wygląda jak od­dzie­lo­na od ciała. Ma­ria An­to­ni­na. Unoszę rękę i ma­cham na pożegna­nie, ale nie od­wza­jem­nia ge­stu. Przygląda mi się tyl­ko poważnym wzro­kiem, ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi i usta­mi zaciśniętymi w wąską kreskę. Po chwi­li sa­mochód skręca i zni­ka między drze­wa­mi. Opacz­nie biorę to spoj­rze­nie za wy­raz tro­ski o mnie i do­chodzę do wnio­sku, że Nel nie jest wca­le płytka, a może je­dy­nie trochę lek­ko­myślna. Da­le­ki war­kot mo­to­ru cich­nie co­raz bar­dziej i wresz­cie milk­nie. Ci­sza spa­da na mnie jak ka­mień i robi mi się chłodno.

Wol­nym kro­kiem ru­szam w stronę główne­go wejścia. Sa­na­to wzno­si się przede mną ciemną bryłą – o tej po­rze słońce oświe­tla po­mo­sty do leżako­wa­nia, front jest ocie­nio­ny. Choć sa­na­to­rium zo­stało zbu­do­wa­ne za­le­d­wie dwa­dzieścia lat temu, zde­cy­do­wa­nie nie jest – jak by to ujęła Nel – mo­dern. Fa­sa­da nie trzy­ma na­wet cha­rak­te­ru mi­nio­ne­go fin de siècle’u ani które­go­kol­wiek z mod­nych daw­niej stylów „neo”. Sze­ro­ki, pro­stokątny bu­dy­nek spra­wia wrażenie kloc­ka ozdo­bio­ne­go na siłę do­kle­jo­ny­mi bal­ko­na­mi, pi­la­stra­mi fałszy­wych ko­lumn i nie­pro­por­cjo­nal­nie wy­so­kim, łama­nym da­chem piątej kon­dy­gna­cji z dwie­ma przy­sa­dzi­sty­mi man­sar­da­mi po le­wej i pra­wej stro­nie. Ele­wa­cja otyn­ko­wa­na jest tyl­ko do wy­so­kości pierw­sze­go piętra, a powyżej, aż do krawędzi da­chu, czer­wie­nią się cegły – roz­pacz­li­wa próba ra­to­wa­nia pro­por­cji gma­chu, która o tej po­rze dnia, gdy fron­ton to­nie w mro­ku, tra­ci na­wet po­zo­ry ce­lo­wości.

Przy­staję na krawędzi cie­nia rzu­ca­ne­go przez Sa­na­to, przekładam fu­tu­ro­skop pod dru­gie ramię i szczel­niej owi­jam się sza­lem. Gdy­by sfo­to­gra­fo­wać ten kom­pleks z po­wie­trza, ob­ja­wiłby swój praw­dzi­wy kształt to­por­ne­go trójzębu, którego pod­stawę sta­no­wi główny bu­dy­nek, ostrza – skie­ro­wa­ne na południe drew­nia­ne po­mo­sty wbi­te w lasy po­ra­stające gęsto górskie zbo­cze, na­to­miast rękojeść – długi, pro­sty żwi­ro­wa­ny dzie­dzi­niec pro­wadzący do wejścia. Jak mogę ocze­ki­wać, że po­czuję się tu le­piej, sko­ro to miej­sce działa na mnie tak przytłaczająco?

Na­bie­ram tchu – na tyle, na ile po­zwa­lają mi płuca – i wkra­czam w cień Sa­na­to. Nie­mal w tym sa­mym mo­men­cie roz­le­ga się słaby gong in­for­mujący o tym, że obiad zo­sta­nie po­da­ny za kwa­drans. Piętnaście mi­nut to czas dla nas, byśmy zdążyli się prze­brać i przy­go­to­wać do posiłku – jed­ne­go z pięciu, które nam tu ser­wują każdego dnia. To też mnie przygnębia, ten przy­mus bez­u­stan­ne­go je­dze­nia, zupełnie jak­byśmy byli tu­cze­ni, a nie kar­mie­ni. Taka die­ta nie przy­no­si żad­nej po­pra­wy, tyl­ko ociężałość. Przy­brałam na wa­dze, nie­ba­wem będę mu­siała pro­sić o sprowa­dzenie kraw­co­wej. Sami so­bie przy­spa­rzają pra­cy, bo obsługa ma większy kłopot z wy­pro­wa­dza­niem zwłok. W Sa­na­to nie za­in­sta­lo­wa­no wind, nie­bosz­czyków trze­ba wy­no­sić po scho­dach.

*

Okna na­sze­go po­ko­ju i należący do nie­go frag­ment długie­go bal­ko­nu wy­chodzą na południe. Przez pierw­sze dni po­by­tu w Sa­na­to od­ru­cho­wo zaciągałam wie­czo­ra­mi sto­ry, ale prze­cież to zby­tecz­ne. Bal­ko­ny są po­dzie­lo­ne pa­ra­wa­na­mi i tyl­ko akro­ba­ta mógłby się przez nie prze­do­stać, by zaj­rzeć do po­miesz­cze­nia; a któż mógłby nas podglądać z dwo­ru? Sar­ny i wie­wiórki? Je­dy­ne, co widać z okien, to wznoszące się stro­mo za­le­sio­ne zbo­cza – za­trzy­maną w bie­gu czar­no­zie­loną falę. Gdy wiatr kołysze ko­ro­na­mi świerków, oglądane z od­da­li lasy na­prawdę wyglądają jak za­stygłe mo­rze, a Sa­na­to sta­je się okrętem, którego wąski drew­nia­ny dziób, oświe­tlo­ny bla­dy­mi lam­pa­mi elek­trycz­ny­mi, z bez­sen­sowną, otwartą ro­tundą na krańcu, nie­ustan­nie próbuje się wspiąć na nie­bo­tycz­ny grzbiet czar­nej fali. Z każdym dniem od­da­la­my się od na­szej Atlan­ty­dy. A co sta­no­wi cel tej podróży? Nie ma po­wro­tu, przed nami króle­stwo Ha­de­su. Może Styks jed­nak nie jest rzeką, lecz mo­rzem? W na­szych cza­sach wszyst­ko sta­je się co­raz większe, nic za­tem dziw­ne­go, że Cha­ron za­mie­nił łódź na li­nio­wiec, a dru­gi brzeg Styk­su gi­nie za ho­ry­zon­tem… Boże święty, czy te pre­ten­sjo­nal­ne roz­ważania na­prawdę uro­dziły się mo­jej głowie? Naj­wy­raźniej co­fam się w roz­wo­ju umysłowym. Osza­leję tu. A wte­dy per­spek­ty­wa ozdro­wie­nia (cuda się zda­rzają) na­gle sta­nie się prze­rażająca.

Sia­dam na łóżku, które ma zbyt twar­dy ma­te­rac i którego sztyw­ne przeście­radła – choć do­bre­go ga­tun­ku – ko­jarzą mi się ze szpi­talną pościelą. Ob­ra­cam fu­tu­ro­skop i nakręcam sprężynę me­cha­ni­zmu ze­ga­ro­we­go, bo „cóż mi to szko­dzi”. Przy­kry me­ta­licz­ny trzask ob­ra­cających się we wnętrzu pudełka kółek zęba­tych brzmi jak se­ria strzałów. Po­win­niśmy spra­wić so­bie ra­dio, by jakoś zmącić tę mar­twotę, ale po pierw­sze, od dzie­siątej obo­wiązuje tu ci­sza noc­na, a po dru­gie – i ważniej­sze – do Sa­na­to z rzad­ka tyl­ko do­cie­ra sy­gnał rozgłośni. Pa­te­fon mógłby być roz­wiąza­niem, ale trze­ba by wydać majątek na płyty.

Adam wciąga piżamę za płócienną zasłoną, która wy­dzie­la kąt umy­wal­ni – ten szorst­ki sze­lest ko­ja­rzy mi się z odgłosem pełza­nia. Zupełnie jak­by po leśnym po­szy­ciu czołgał się po­kry­ty ostrą sierścią wąż – dla­cze­go nie? Jeśli teo­ria Dar­wi­na jest prawdą (w co wierzę, bo tra­fia do mnie jej lo­gi­ka), to dro­ga roz­wo­ju ga­tunków mu­siała zakręcać mi­liar­dy razy, a większość od­bie­gających od niej bocz­nych ścieżek wiodła na ma­now­ce. Kre­acjo­nizm tego nie do­pusz­cza, według nie­go kon­cep­cja porośniętego sierścią węża byłaby he­rezją – ta myśl spodo­bałaby się Jan­ko­wi. Zasłona roz­su­wa się gwałtow­nie przy wtórze głośnego hur­go­tu mosiężnych kółek, a ja mi­mo­wol­nie pod­ska­kuję z prze­stra­chu. Naciągnięta sprężyna fu­tu­ro­sko­pu jęczy ostrze­gaw­czo. Adam w gra­fi­to­wej je­dwab­nej piżamie idzie pro­sto w stronę swo­je­go łóżka.

– Nie chodź boso – mówię. – Tyle razy cię pro­siłam.

Bez słowa od­gar­nia pled rozście­lo­ny na ma­te­ra­cu, sta­ran­nie składa go w kostkę. Przy­my­kam na ułamek se­kun­dy po­wie­ki i no­sem wciągam po­wie­trze. Otwie­ram oczy i wy­pusz­czam po­wie­trze usta­mi. Adam od­gar­nia kołdrę, pro­stu­je się, rzu­ca złożony pled na podłogę i sia­da na przeście­ra­dle. Mało zo­stało z tam­te­go mężczy­zny, który upo­rczy­wie przy­syłał mi… Co to było? Ciast­ka? Kwia­ty? Marszczę czoło i próbuję so­bie przy­po­mnieć. Nasz ślub odbył się dwa lata temu, Adam sta­rał się o mnie po­nad rok. Wszyst­ko działo się tak nie­daw­no, ale mam wrażenie, że usiłuję przy­wołać z pamięci opo­wieść zasłyszaną w dzie­ciństwie, a nie własne wspo­mnie­nia.

Mój mąż spla­ta dłonie między roz­su­niętymi ko­la­na­mi, wbi­ja wzrok w „per­ski” dy­wan, którego fałszy­we po­cho­dze­nie zdra­dzają zbyt wy­ra­zi­ste de­se­nie i krzy­kli­we bar­wy. Od­dy­cha przez usta, co na­da­je jego pociągłej, za­pad­niętej twa­rzy nie­co ga­pio­wa­ty, dzie­cin­ny wy­raz. Na­gle odchrząkuje raz i dru­gi, a po­tem za­no­si się mo­krym, szla­mia­stym kasz­lem. Wciąż kaszląc, otwie­ra szu­fladę noc­ne­go sto­li­ka i wyj­mu­je z niej fla­kon splu­wacz­ki. Spraw­nym ru­chem odkręca ko­rek i uno­si płaską bu­telkę do ust. Od­wra­cam głowę. Iden­tycz­nym ge­stem sięgał kie­dyś po pier­siówkę, z którą nig­dy się nie roz­sta­wał. Do­pie­ro po ślu­bie zo­rien­to­wałam się, że od początku na­szej zna­jo­mości wciąż był na lżej­szym bądź solidniej­szym rau­szu, a ja nig­dy nie miałam oka­zji się prze­ko­nać, ja­kim jest człowie­kiem, gdy nie pije. Wy­trzeźwiał pod­czas mie­siąca mio­do­we­go, co przy­niosło mi nie­ocze­ki­wa­ne, a znaczące roz­cza­ro­wa­nie jego osobą. Nie, nie mam na myśli tego, że pod wpływem al­ko­ho­lu Adam sta­je się bar­dziej ru­basz­ny, błysko­tli­wy i skłonny do śmie­chu (choć taki wówczas jest). Pi­cie do­da­je mu siły, bez tego wspo­ma­ga­nia słab­nie. Mężczy­zna po­wi­nien – na­wet w na­szych sza­lo­nych cza­sach – sta­no­wić opokę małżeństwa, a nie być bier­nym pasażerem, który bez sprze­ci­wu od­da­je ster w ręce ko­bie­ty. Szczególnie tak młodej jak ja, choć aku­rat sa­mo­dziel­nej, bo zaj­mo­wałam się in­te­re­sa­mi ro­dzi­ny od śmier­ci ojca tuż po mo­ich szes­na­stych uro­dzi­nach. Może to go do mnie przy­ciągnęło? Moja nie­za­leżność? Tyle że mnie samą męczyła. Wy­chodząc za mąż, li­czyłam na ulgę, ale nic się nie zmie­niło. Stra­ciłam je­dy­nie dzie­wic­two, co oka­zało się znacz­nie mniej istot­ne, niż sądziłam wcześniej, i ra­czej mniej zaj­mujące, niż su­ge­ro­wały moje bar­dziej doświad­czo­ne koleżanki.

Adam zakręca splu­waczkę i odkłada ją na blat noc­nej szaf­ki. Kładzie się, owi­ja szczel­nie kołdrą (w po­ko­ju jest zim­no). Od­wra­ca się ple­ca­mi do mnie, twarzą do ścia­ny.

– Do­bra­noc – mówię.

Mil­czy, a po dłuższej chwi­li mru­czy coś nie­zro­zu­mia­le pod no­sem i wzdy­cha. Od­sta­wiam fu­tu­ro­skop na ko­modę i staję przed oknem. Przez rzadką siatkę fi­ra­ny widzę swo­je nie­wy­raźne od­bi­cie w szy­bie, za którą pa­nu­je nie­prze­nik­nio­na ciem­ność, bo lam­py oświe­tlające molo są stąd nie­wi­docz­ne. W złotej japońskiej piżamie ozdo­bio­nej czer­wo­ny­mi ma­ka­mi wyglądam nie­co jak cyr­ko­wy błazen, lep­sza byłaby sta­roświec­ka ko­szu­la noc­na, choćby i z obrębio­ny­mi ko­ronką fal­ba­na­mi… Ale po co właści­wie? Nikt poza Ada­mem nie ogląda mnie w stro­ju do spa­nia, a on prze­cież mnie już nie do­strze­ga. Poza tym piżamy są znacz­nie wy­god­niej­sze i cie­plej­sze. Oczy­wiście jest mi przy­kro. Czuję do nie­go za­ra­zem tkli­wość i niechęć; bu­dzi moją złość, ale i troskę. Trująca mie­szan­ka, tym gor­sza, że bar­dzo się pil­nuję, aby nie po­znał tych uczuć. Boję się, że mogłoby to go po­pchnąć do ja­kie­goś osta­tecz­ne­go kro­ku. Wiem, że już go roz­ważał i być może wciąż bawi się myślą o tym, by skończyć ze sobą. Gdy­by pił, byłoby le­piej, ale – choć w określo­nych daw­kach al­ko­hol jest wręcz za­le­ca­ny przez le­ka­rzy pa­cjen­tom ta­kim jak my – Adam już po nie­go nie sięga. Po­dej­rze­wam, że w ten sposób sam sie­bie ka­rze, od­ma­wiając so­bie cze­goś, co tak lubi – to on za­cho­ro­wał pierw­szy. Gdy­by zde­cy­do­wał się zasięgnąć mo­jej opi­nii, miałabym co naj­mniej setkę po­mysłów na cie­kaw­sze ro­dza­je po­ku­ty dla nie­go, ale nie­ste­ty nie umie o tym ze mną mówić. Wiem, zadręcza się po­czu­ciem winy, że przez nie­go za­cho­ro­wałam, ale nie zda­je so­bie spra­wy, że to jego po­czu­cie winy wy­czer­pu­je mnie moc­niej i szyb­ciej niż cho­ro­ba, która zja­da moje płuca. Można by od­nieść wrażenie, jak­bym to ja była wszyst­kie­mu win­na – on za­cho­wu­je się jak ofia­ra. Wolałabym nie być tak wy­ro­zu­miała, wolałabym nie poj­mo­wać, co na­prawdę kry­je się za jego po­stawą – mogłabym so­bie, do diabła, na to po­zwo­lić, do­pie­ro co skończyłam dwa­dzieścia je­den lat! Wciąż je­stem młoda, mam pra­wo nie wie­dzieć i po­zwa­lać so­bie na skraj­ne oce­ny, wi­dzieć tyl­ko białe i czar­ne, bo ta­kie są przy­wi­le­je młodości! Mogłabym wte­dy go znie­na­wi­dzić i od­rzu­cić współczu­cie, co z pew­nością byłoby dla mnie ko­rzyst­niej­sze. Zdążyłam się już prze­ko­nać, że nie­na­wiść daje więcej siły niż miłość, a na złości można da­lej za­je­chać niż na do­bro­ci. Tyle tyl­ko, że ja, nie­ste­ty, ro­zu­miem, dlacze­go Adam jest taki, jaki jest. A co gor­sza, nadal go ko­cham, choć może w moim uczu­ciu więcej jest dziś po­piołu niż ognia.

– Śpij do­brze – mówię więc jak­by nig­dy nic, a po­tem sama się kładę i okry­wam kołdrą, choć wca­le nie czuję sen­ności.

ROZ­DZIAŁ IICHA­RON

Środa, 14 paździer­ni­ka 1931 roku

Już po go­dzi­nie 9-tej możemy być narażeni na ja­kieś za­wo­dy, złudze­nia roz­wia­ne lub też ze­tknięcie się z ludźmi nie­zasługującymi na za­ufa­nie, którzy za­pragną wy­ko­rzy­stać naszą łatwo­wier­ność.

Wpraw­dzie gor­szy nastrój, który może się za­zna­czyć koło go­dzi­ny 11-tej, później ustąpi, ale na ogół dzień nie na­da­je się do załatwia­nia spraw ważnych. Wkrótce przed go­dziną 13-tą będzie się ma­ni­fe­sto­wać nowa dys­har­mo­nij­na pas­sa życio­wa, która może nas na­ra­zić na nie­ocze­ki­wa­ne nie­po­ko­je, za­wo­dy, nie­po­ro­zu­mie­nia z ob­cy­mi.

Wie­czo­rem ujem­ne działania wpływów ko­smicz­nych nie­co osłabną, jed­nak zły nastrój to­wa­rzy­szyć nam będzie do późnych go­dzin.

W dniu dzi­siej­szym wy­strze­gać się należy: bar­wy sza­rej i błękit­nej, pereł, po­miesz­czeń wie­lokątnych, pod­da­szy i fa­cjat, ścieżek leśnych, osób nad­mier­nie ożywio­nych oraz ptaków, ze szczególnym uwzględnie­niem tych drob­niej­szych.

Wyj­muję ter­mo­metr z ust i odkładam go na tackę zo­sta­wioną przez pielęgniarkę na sto­li­ku. Leży już na niej ter­mo­metr Ada­ma – wiem, że ma wy­soką gorączkę, ale i tak nie do­wiem się jaką, bo na­sze ter­mo­metry to śle­pa­ki – nie mają po­działki, niezbędny do od­czy­ta­nia wska­zań urządze­nia sza­blon znaj­du­je się w po­ko­ju pielęgnia­rek. Nie do końca ro­zu­miem ten oby­czaj, praw­do­po­dob­nie ktoś kie­dyś ma­ni­pu­lo­wał swo­im mier­ni­kiem, obniżając bądź sztucz­nie pod­nosząc słupek rtęci. Ale cze­mu miałoby to służyć? Być może ten ktoś chciał, aby wszy­scy sądzi­li, że zdro­wie­je, a być może prze­ciw­nie – zdro­wiejąc, chciał stwo­rzyć po­zo­ry postępującej cho­ro­by. Cóż mnie to zresztą ob­cho­dzi? Właści­wie to na­wet ko­rzyst­ne, gdy­bym gorączko­wała sil­niej niż za­zwy­czaj, cóż dałaby mi taka in­for­ma­cja poza prze­stra­chem? A co by mi dało, gdy­bym wie­działa, że sil­niej gorączku­je Adam? Nic z tym nie mogę zro­bić. Jeśli będzie na­prawdę źle, do ak­cji wkroczą pielęgniar­ki i dok­to­rzy. Albo ksiądz. Być może o to właśnie cho­dzi, dla­te­go ter­mo­metry są ślepe – nie­wie­dza bywa błogosławieństwem.

Z gry­ma­sem niechęci na twa­rzy po­now­nie od­czy­tuję drob­ny druk wróżby. Nie dzi­wi mnie, że Nel roz­stała się ze swo­im fu­tu­ro­sko­pem – co to za przy­jem­ność czy­tać ta­kie prze­po­wied­nie? Czy nie po­win­ny ra­czej do­pin­go­wać człowie­ka do opusz­cze­nia łóżka, niż go do tego zniechęcać? Jed­no, co słuszne w tej wróżbie, to za­po­wiedź za­wo­du późnym ran­kiem. Mija właśnie dzie­wiąta i rze­czy­wiście od­czu­wam roz­cza­ro­wa­nie – za­po­wiedzią, którą wy­pluł z sie­bie fu­tu­ro­skop. Poza tym me­cha­nizm urządze­nia jest naj­wy­raźniej ze­psu­ty. Nel twier­dziła, że po nakręce­niu sprężyny ko­lej­na kar­ta wy­su­nie się z fu­tu­ro­skopu po dwu­dzie­stu czte­rech go­dzi­nach, a tym­cza­sem dziś fisz­ka po­ja­wiła się w chwi­li, gdy wróciłam ze śnia­da­nia i dokończyłam po­ranną to­a­letę. Kar­ta zo­stała więc uwol­nio­na po za­le­d­wie sied­miu go­dzi­nach. Drę fiszkę na kawałki i po krótkim namyśle nakręcam urządze­nie po­now­nie – jeśli rze­czy­wiście jest uszko­dzo­ne, następna wróżba po­ja­wi się przed wie­czo­rem, a ja z czy­stym su­mie­niem będę mogła wy­rzu­cić to pudło.

Zmie­niam brązowe wełnia­ne pończo­chy na je­dwab­ne, za­rzu­cam żakiet, wy­chodzę na ko­ry­tarz i po pięciu mi­nu­tach je­stem w za­chod­niej części Sa­na­to, piętro niżej. Adam cze­ka już pod ga­bi­ne­tem Che­ro­na, czy­li na­sze­go główne­go dok­to­ra Ho­ra­ce­go Kli­to­wi­cza. Kli­tuś Baj­duś, jak ma­wia o nim Ja­nek, lo­ka­tor po­ko­ju nu­mer 48 na dru­gim piętrze. Na ogół to prze­zwi­sko bu­dzi moją wesołość, ale nie te­raz. Adam jest bla­dy jak wosk, a pla­my cho­ro­bli­wych ru­mieńców tyl­ko pod­kreślają sza­ry od­cień jego skóry. Tuż pod linią sta­ran­nie za­cze­sa­nych na pra­wy bok ciem­nych, gęstych włosów, tuż pod kreską ide­al­nie pro­ste­go prze­działka do­strze­gam kro­pel­ki potu. To ob­jaw wyższej niż za­zwy­czaj gorączki albo zde­ner­wo­wa­nia. Chy­ba jed­nak zde­ner­wo­wa­nia – Adam cia­sno zawiązał kra­wat pod kołnie­rzem śnieżno­białej ko­szu­li, tu na ogół re­zy­gnu­je z tego ele­men­tu gar­de­ro­by, którego szcze­rze nie cier­pi. Być może boi się roz­mo­wy z Kli­to­wi­czem lub też wiąże z nią wielką na­dzieję. Jed­no i dru­gie jest po­zba­wio­ne sen­su. Adam nie ma szans na wy­zdro­wie­nie. Je­stem tego świa­do­ma, ale i tak się łudzę, że jest in­a­czej, i gdy tyl­ko mogę, kar­mię na­dzieją także jego. Poza szczęściem i wro­dzoną siłą or­ga­ni­zmu do wy­zdro­wie­nia po­trzeb­ne są wola i pra­gnie­nie, a tych Ada­mo­wi brak. Bar­dzo chciałabym się mylić, wiem jed­nak, że ra­czej prędzej niż później zo­stanę wdową. To nie­ocze­ki­wa­ne prze­myśle­nie, po raz pierw­szy tak ja­sno spre­cy­zo­wa­ne, wywołuje we mnie nie­mal szok. Uśmie­cham się więc do Ada­ma po­spiesz­nie i sztucz­nie wesołym, rozświer­go­ta­nym głosem pra­wie wy­krzy­kuję:

– Go­to­wy? Wyglądasz do­sko­na­le! Niesłycha­nie ci, mój dro­gi, do twa­rzy w tym kra­wa­cie, no, do­praw­dy!

Pu­kam w ma­tową szybę prze­szklo­nych drzwi. W ga­bi­ne­cie roz­le­gają się szyb­kie kro­ki, trzask za­my­ka­nej szu­fla­dy, sze­le­sty, a po kil­ku­na­stu se­kun­dach dok­tor pro­si nas do środ­ka. Na­ci­skam wy­tartą mosiężną klamkę.

*

Kli­tuś sie­dzi za sze­ro­kim biur­kiem, którego narożniki są za­okrąglo­ne – ae­ro­dy­na­micz­ne, choć ra­czej trud­no się spo­dzie­wać, aby me­bel kie­dy­kol­wiek mu­siał w przy­spie­szo­nym tem­pie po­ko­ny­wać opór po­wie­trza i szy­bo­wać w prze­stwo­rzach. Od paru lat wszyst­ko musi być ae­ro­dy­na­micz­ne, wy­oblo­ne i gład­kie ni­czym na­poczęta kost­ka mydła. To tyl­ko moda wywołana od­kry­cia­mi ae­ro­nau­tycz­ny­mi i mo­to­ry­za­cyj­ny­mi, zdaję so­bie z tego sprawę. Jed­nak sto­so­wa­nie roz­wiązań istot­nych pod­czas kon­struk­cji po­jazdów przy pro­jek­to­wa­niu me­bli czy sprzętów do­mo­wych po­zba­wio­ne jest sen­su. Sta­no­wi je­dy­nie pustą de­ko­rację – drażni mnie ta ab­sur­dal­ność, a także to, że sama nie po­tra­fię oprzeć się tej mo­dzie. Wiosną wy­mie­ni­liśmy od­bior­nik ra­dio­wy na ebo­ni­to­wy, przy­po­mi­nający kształtem maskę sa­mo­cho­dową, choć po­przed­ni phi­lips spi­sy­wał się zna­ko­mi­cie. Zda­wałam so­bie sprawę, że to prze­jaw próżności, ale i tak byłam za­chwy­co­na.

Na orze­cho­wym lśniącym bla­cie biur­ka stoi lam­pa przy­po­mi­nająca od­la­ny ze sta­li grzyb, obok leżą równiut­ko ułożone zie­lo­ne i kre­mo­we tecz­ki z hi­sto­ria­mi chorób pen­sjo­na­riu­szy (zie­lo­ne należą do mężczyzn, kre­mo­we – do ko­biet, tych ostat­nich jest nie­co mniej). Perłowe pióro wiecz­ne wbi­te w okrągłą pod­stawkę, obok susz­ka i kałamarz za­ka­mu­flo­wa­ny w dru­giej kuli. Przed biur­kiem dwa krzesła. Czy to je właśnie usta­wiał Kli­tuś z ta­kim pośpie­chem? Za biur­kiem nasz Che­ron. Do­bro­dusz­ny, nie­co ru­basz­ny, ru­mia­ny, z twarzą oko­loną miękki­mi, białymi bo­ko­bro­da­mi, z gładko za­cze­saną do tyłu po­si­wiałą, prze­rze­dzoną czu­pryną. Ileż on może mieć lat? Pięćdzie­siąt? Sześćdzie­siąt? Kli­tuś należy do mężczyzn, którzy osiągają osta­tecz­ny wygląd w wie­ku lat dwu­dzie­stu i cieszą się nim do późnej sta­rości, nie prze­chodząc istot­niej­szych zmian fi­zycz­nych. Z punk­tu wi­dze­nia człowie­ka młode­go sy­tu­acja oczy­wiście mało for­tun­na, za to z punk­tu wi­dze­nia doj­rzałych – god­na za­zdrości.

Kli­to­wicz za­pla­ta ser­del­ko­wa­te pal­ce rąk tuż nad wy­stającym, pokaźnym brzu­chem, prze­chy­la lek­ko głowę z do­bro­tli­wym krzy­wym uśmiesz­kiem i mru­ga zza złączo­nych dru­tem szkieł, które tkwią na jego no­sie. Ja­nek twier­dzi, że w tych oku­la­rach na­wet sy­pia, a ja je­stem pew­na, że gdy­bym kie­dyś zo­ba­czyła na­sze­go dok­to­ra bez nich, nie po­znałabym go.

Ga­bi­net jest prze­stron­ny, ja­sny. Ścia­ny, wy­ma­lo­wa­ne białą farbą w le­ciut­kim gołębio­nie­bie­skim od­cie­niu, ozda­biają beżowe, pro­ste, geo­me­trycz­ne de­se­nie oraz licz­ne barw­ne kar­to­no­we ta­bli­ce. Na­gie ko­bie­ty ze sta­ran­nie ułożony­mi włosa­mi i mężczyźni z ele­ganc­ko przy­strzyżony­mi bro­da­mi i wąsami wpa­trują się w prze­strzeń z me­lan­cho­lij­nym, a w kil­ku przy­pad­kach fi­glar­nym uśmie­chem. Ich ciała są rozpłata­ne, wewnętrzne or­ga­ny odsłonięte. Rozłożone ręce i dłonie zwrócone wewnętrzny­mi stro­na­mi do widzów na­su­wają nie­przy­zwo­ite sko­ja­rze­nie z ge­sta­mi żydow­skich han­dla­rzy nakłaniających klien­ta do ku­po­wa­nia wyłożonych na stra­ga­nie to­warów. Ser­ce, wątro­ba, ner­ki. Pod­kreślona cha­brową farbą del­ta żył i na­czyń krwio­nośnych. I oczy­wiście płuca – przeżarte, ziejące otchłania­mi ro­piejących jam gruźli­czych, se­ro­wa­te, po­kry­te pla­ma­mi, bli­zna­mi i ob­sy­pa­ne mro­wiem sza­rych gru­zełków (wiel­kości zia­ren pro­sa), a także – dla porówna­nia – zdro­we, różowe, jędrne i zachęcająco so­czy­ste ni­czym sma­ko­wi­te kawałki mięsa wyłożone na wy­sta­wie u rzeźnika. Nie widać ge­ni­ta­liów mężczyzn, ko­bie­ty poniżej pępka bu­dową przy­po­mi­nają dzie­ci. Włosy rosną im tyl­ko powyżej szyi. Za­sta­na­wia mnie, kim byli lu­dzie, którzy użyczy­li twa­rzy tym mar­twym ciałom. Czy ich rysy po­wstały je­dy­nie w wy­obraźni ma­la­rza? A może w przypływie wi­siel­cze­go hu­mo­ru lub z bra­ku twórczej weny spor­tre­to­wał swo­ich bli­skich – ko­chan­ki, żony, bra­ci, przy­ja­ciół?

Sze­ro­kie, także prze­szklo­ne drzwi, osa­dzo­ne w jed­nej ze ścian, pro­wadzą do sali ope­ra­cyj­nej. Nie za­mknął ich dziś, sta­ram się omi­jać wzro­kiem tam­to po­miesz­cze­nie. Po obu stro­nach przejścia stoją me­ta­lo­we białe szaf­ki z fiol­ka­mi i słoika­mi ap­tecz­ny­mi. Pod drugą ścianą – dębowa kar­to­te­ka, a przy niej sze­ro­ka, oczy­wiście za­okrąglo­na na kan­tach, po­kry­ta orze­chem bi­blio­te­ka. Pen­dant do biur­ka. Gdy­by wy­rzu­cić ją z naj­wyższe­go ta­ra­su dra­pa­cza chmur, po­mknęłaby ku zie­mi ni­czym po­cisk. Pod okna­mi stoją dwa so­lid­ne fo­te­le kry­te jasną skórą i ozdo­bio­ne je­dy­nie pro­sty­mi, za­okrąglo­ny­mi podłokiet­ni­ka­mi w iden­tycz­nym od­cie­niu drew­na jak po­zo­stałe ele­men­ty ga­bi­ne­to­we­go gar­ni­tu­ru. Między nimi sto­lik z ka­raf­ka­mi i kie­lisz­ka­mi, po­piel­ni­ca, hu­mi­dor z cy­ga­ra­mi i pa­pie­ro­sa­mi. Trés mo­der­ne.

Sia­da­my na krzesłach – ja jak zwy­kle zaj­muję pra­we, Adam lewe. Po uprzej­mej wy­mia­nie po­zdro­wień za­pa­da ci­sza. Kli­tuś sięga po pierwszą teczkę – leży na sa­mej górze ster­ty, przy­go­to­wał się. To kar­ta Ada­ma, za­wsze za­czy­na­my od Ada­ma. Otwie­ra ją, a następnie mrucząc i po­chrum­kując bez­wied­nie, wczy­tu­je się w za­war­tość do­ku­men­tu. Zer­kam kątem oka na mo­je­go męża – poci się moc­no, kro­ple płyną mu po czo­le, za­trzy­mują się na sze­ro­kich brwiach. Ma ładne brwi. Przygląda się swo­im dłoniom opar­tym na udach. Od­wra­cam wzrok.

– Hm, chrum, hm… Tak, tak – mru­czy Kli­tuś.

Po­chy­la się, otwie­ra szu­fladę biur­ka i wyj­mu­je zdjęcie rent­ge­now­skie. Uno­si je pod światło, ob­ra­cając się w fo­te­lu na tyle, na ile po­zwa­la mu jego krępa syl­wet­ka. Po­chy­la głowę i znad szkieł wpa­tru­je się w uwięzio­ny na kli­szy złowróżbny te­atr cie­ni. To ciało Ada­ma – moje, jak sądziłam po ślu­bie, a oka­zało się, że jed­nak nie całkiem, bo aku­rat te uwiecz­nio­ne na zdjęciu par­tie są i po­zo­staną dla mnie nie­dostępne.

Ro­zu­miem, na czym po­le­ga wy­na­la­zek Roe­ntge­na, choć możliwość po­ka­za­nia na zdjęciu tego, cze­go nie widać, nadal wy­da­je mi się ma­gicz­na. Wiem i widzę, ale nie wierzę. Nie po­tra­fię się utożsamić z ogląda­nym na zdjęciach prze­zro­czy­stym ciałem – tak po­win­ny wyglądać astra­le, a nie żyjący lu­dzie. Nie po­tra­fię też oprzeć się porówna­niom – za­to­pio­ne w sza­rej ga­la­re­cie kości, żebra i kręgosłup przy­po­mi­nają mi po­zo­stałości za­le­gające na półmi­skach po su­tym obie­dzie.

– Chrum, chrum, hympf… – chrząka Kli­tuś, a ja nie wiem, czy odgłosy te po­wo­du­je wysiłek wkłada­ny w zmianę po­zy­cji spa­sio­ne­go ciała, czy może wie­dza, którą nie­sie mu mgli­ste prześwie­tle­nie.

Co ukry­wał, gdy za­pu­kałam? Coś nie­przy­zwo­ite­go – zdjęcia na­gich ko­biet, zwykłe czy rent­ge­now­skie? A może bu­telkę? Nie, ka­raf­ki stoją na wi­do­ku. Może więc robił coś ab­sur­dal­ne­go i nie­li­cującego z god­nością sza­cow­ne­go dok­to­ra – na przykład ubie­rał (roz­bie­rał) lalkę lub ob­ser­wo­wał przez lor­netę leżakujące na molo pen­sjo­na­riusz­ki?

Adam po­ru­sza się nie­spo­koj­nie, wzdy­cha ci­cho. Już mam wyciągnąć dłoń i położyć ją w uspo­ka­jającym geście na jego ra­mie­niu, ale re­zy­gnuję. Strzepnąłby ją jak do­kucz­liwą muchę.

– Tak, tak – stwier­dza Kli­tuś, odkłada kliszę na biur­ko i zno­wu spla­ta dłonie nad brzu­chem.

Adam mil­czy, więc od­zy­wam się ja:

– Czy widać po­prawę, pa­nie dok­to­rze?

– Po­pra­wa jest… – Kli­to­wicz na­bie­ra tchu, kręci młynka kciu­ka­mi – bar­dzo nie­znacz­na.

To zna­czy, że po­pra­wy nie ma.

– A czy jest po­gor­sze­nie?

– Po­gor­sze­nie jest – stwier­dza Kli­to­wicz.

Cze­kam na ciąg dal­szy, ale mil­czy. My też. Wresz­cie mówi:

– Ale proszę nie tra­cić na­dziei. Cuda się zda­rzają.

Te słowa, szczególnie w ustach le­ka­rza, ra­czej nie na­pa­wają otuchą.

– Przed nami ważkie de­cy­zje – stwier­dza Kli­tuś, a mnie przed ocza­mi sta­je kan­ce­la­ria no­ta­rial­na, pod­pi­sy świadków pod ostat­nią wolą i po­stać księdza.

– Ja­kie de­cy­zje, pa­nie dok­to­rze? – py­tam.

– Die­ta i wy­po­czy­nek nie spełniają swo­jej roli. Ko­niecz­ny będzie ucisk płuca.

Ucisk. To było dla mnie ogrom­ne za­sko­cze­nie, gdy tu przy­je­chałam. W le­cze­niu ważniej­sze jest ściśnięcie płuca niż uwol­nie­nie go, a wy­da­wać by się mogło, że gdy cho­ry ma kłopot ze złapa­niem każdego od­de­chu, należałoby mu to umożliwić, a nie utrud­nić.

– Jamy są ob­szer­ne – ciągnie Kli­tuś. – Ich ścia­ny zbyt są od sie­bie od­da­lo­ne, by ogni­sko mogło za­le­czyć się samo.

– Co za­tem można zro­bić?

– W pierw­szej ko­lej­ności należy je za­mknąć. Być może sztucz­na odma roz­wiąże pro­blem.

Tego się nie boję, wiem, co to jest sztucz­na odma, i mniej więcej wiem, jak się ją zakłada.

– A jeśli odma nie przy­nie­sie spo­dzie­wa­nych re­zul­tatów? – py­tam.

– Och – Kli­tuś lek­ce­ważąco ma­cha ręką – żyje­my w epo­ce me­dy­cy­ny, dro­ga pani. Do dys­po­zy­cji mamy cały sze­reg naj­no­wo­cześniej­szych tech­nik.

Oczy­wiście, jak mogłam sama na to nie wpaść? Kli­tuś sie­dzi przed nami z bar­dzo za­do­wo­loną miną, a ja wpa­truję się w nie­go bez­rad­nym wzro­kiem. Nie mogę po­zwo­lić so­bie na znie­cier­pli­wie­nie czy złość, to męczące. Cze­kam.

– Ja­kich? – py­tam wresz­cie, gdy mil­cze­nie się prze­ciąga.

– Przy bra­ku sku­tecz­ności odmy za­le­ciłbym porażenie prze­po­ny – oświad­cza Kli­to­wicz, po czym wsta­je całkiem rączo i ru­sza w stronę jed­nej z barw­nych ta­blic. – O tu­taj. Jeśli prze­rwie­my połącze­nie ner­wo­we pro­wadzące do prze­po­ny, unie­sie się ona w górę, zmniej­szając prze­strzeń klat­ki pier­sio­wej i unie­ru­cha­miając płuco. Wy­mia­na ga­zo­wa usta­nie wte­dy i tkan­ki będą mogły się re­ge­ne­ro­wać.

– Czy­li ope­ra­cja – stwier­dzam, rzu­cając mimo woli szyb­kie spoj­rze­nie na salę wi­doczną przez otwar­te drzwi.

– Och, dro­biazg, to na­prawdę drob­ny za­bieg! – Kli­tuś uśmie­cha się jo­wial­nie. – Znie­czu­le­nie miej­sco­we no­wo­ka­iną. Ten za­bieg nie przy­spa­rza przy­krych sen­sa­cji pa­cjen­to­wi. Pra­wie żad­nych sen­sa­cji. Po odsłonięciu wiązki ner­wo­wej należy od­szu­kać właściwy splot, a następnie go prze­rwać.

Kli­to­wicz zno­wu ude­rza pal­cem w planszę przed­sta­wiającą me­lan­cho­lij­ne­go, przy­stoj­ne­go mężczyznę z otwartą klatką pier­siową. Adam po­ru­sza głową.

– Naj­sku­tecz­niej­sze jest wy­rwa­nie ner­wu. Splot wraz z gałązka­mi zo­sta­je wy­szarp­nięty z ciała na od­cin­ku około piętna­stu cen­ty­metrów i usu­nięty, co pro­wa­dzi do trwałego porażenia prze­po­ny.

– Trwałego porażenia prze­po­ny – po­wta­rzam i ob­li­zuję usta. – Czy to nie jest groźne?

Dla­cze­go w tym po­ko­ju jest tak mało po­wie­trza? Czuję, że i na moim czo­le per­li się pot. Ocie­ram go wierz­chem dłoni.

– Uch… – Kli­tuś lek­ce­ważąco ma­cha ręką. – Nie­znacz­nie. Cho­ry nie­mal nie od­czu­wa bólu. W dal­szej per­spek­ty­wie może nastąpić nie­wiel­kie prze­miesz­cze­nie się żołądka, ale nie ma to ab­so­lut­nie żad­ne­go wpływu na jego funk­cjo­no­wa­nie. Oczy­wiście istot­ne jest, aby za­bieg zo­stał prze­pro­wa­dzo­ny przez doświad­czo­ne­go ope­ra­to­ra, bo­wiem wy­odrębnie­nie ner­wu prze­po­no­we­go wy­ma­ga spo­rej prak­ty­ki, jed­nak w tym przy­pad­ku nie ma po­wo­du do zmar­twie­nia.

Spoglądam na krótkie, otłuszczo­ne pal­ce le­ka­rza.

– Prze­pro­wa­dze­nie tej ope­ra­cji gwa­ran­tu­je wy­le­cze­nie? – upew­niam się.

– Cóż… – Kli­tuś wra­ca i sia­da za biur­kiem. – Jeśli i ten za­bieg nie da za­do­wa­lającego re­zul­ta­tu, war­to spróbować to­ra­ko­pla­sty­ki. Jest bar­dziej pra­cochłonna, lecz pro­sta. Po­le­ga na jed­no­stron­nym rozłupa­niu żeber przy kręgosłupie, co pro­wa­dzi do bocz­ne­go za­pad­nięcia się klat­ki pier­sio­wej i ogra­ni­cze­nia jej objętości, a tym sa­mym do uciśnięcia płuca.

– To… – kręci mi się nie­co w głowie, uświa­da­miam so­bie, że w ga­bi­ne­cie Kli­to­wi­cza pa­nu­je znacz­nie wyższa tem­pe­ra­tu­ra niż w po­zo­stałych po­miesz­cze­niach Sa­na­to. – Wy­da­je mi się, że to bar­dzo poważna ope­ra­cja.

– Pani zbladła – stwier­dza Kli­tuś.

Na­le­wa mi kie­li­szek ko­nia­ku. Unoszę go szyb­ko do ust i upi­jam łyk. For­ma­li­na. Prze­cho­dzi mnie dreszcz i od­sta­wiam kie­li­szek.

– Nie będę ukry­wał – oświad­cza Kli­to­wicz – że do­cho­dze­nie do sie­bie po to­ra­ko­pla­sty­ce jest długo­tr­wałe. W pierw­szych dniach niezbędna jest po­moc pielęgniar­ska przy od­kasływa­niu i od­plu­wa­niu, po­da­wa­na jest też sta­le mor­fi­na. Zaciśnięcie płuca po­wo­du­je za­la­nie jamy ciała ja­da­mi rop­ny­mi, co może pro­wa­dzić do stanów psy­cho­tycz­nych, które jed­nak także ustępują po kil­ku dniach. Or­ga­nizm czu­je się całkiem nieźle, jego stan szyb­ko się po­pra­wia. Cho­ry do­brze zno­si ciemną kawę ziar­nistą dzień po ope­ra­cji, a w mo­men­tach zapaści zba­wien­nie działają wino i ko­niak. Wypróżnia­nie…

Dok­tor rzu­ca mi nie­co nie­spo­koj­ne spoj­rze­nie, ale nie spusz­czam oczu.

– W pierw­szych dniach wy­ma­ga, cóż, znacz­nych wysiłków, jed­nak już dru­gie­go dnia wpro­wa­dza­my rurę je­li­tową. Jeśli nie wystąpią po­wikłania, pa­cjent może wstać już po nie­całych dwóch ty­go­dniach.

– A czy… – znów kręci mi się w głowie – czy to nie pro­wa­dzi do zmian, to zna­czy do de­for­ma­cji ciała? Bo sko­ro żebra się za­pa­dają…

Kli­to­wicz spogląda na mnie naj­pierw ze zdzi­wie­niem, a później z wyraźną na­ganą i znie­cier­pli­wie­niem. Naj­wy­raźniej tra­ci do­bre zda­nie na mój te­mat.

– To na­prawdę nie jest istot­ne. Na­wet jeśli pro­por­cje i har­mo­nia pew­nych par­tii ciała zmie­niają się nie­znacz­nie, chy­ba łatwiej się po­go­dzić ze zmia­na­mi fi­zycz­ny­mi niż ze zgo­nem?

Pa­cjen­to­wi być może tak, lecz czy naj­bliższym też? Na przykład młodej żonie… Okrop­na myśl. Adam wpa­tru­je się w okno. Pot zniknął z jego czoła, ma wręcz po­god­ny wy­raz twa­rzy.

– Ale to gwa­ran­tu­je wy­le­cze­nie, praw­da? – py­tam. – Płuca się oczyszczą?

– Cóż, wszyst­ko zależy od jed­nost­ki – Kli­to­wicz wzru­sza ra­mio­na­mi. – W me­dy­cy­nie, po­dob­nie jak w na­tu­rze, nie zda­rzają się dwa iden­tycz­ne przy­pad­ki. Jeśli płuca zo­staną od­po­wied­nio uciśnięte i ogni­ska się za­mkną, szan­se znacząco wzra­stają. Oczy­wiście jamy w szczy­tach płuc są pro­ble­mem, bo tu ucisk jest znacz­nie słab­szy. W skraj­nych przy­pad­kach za­le­cam wte­dy pla­stykę i za­czo­po­wa­nie jam plom­ba­mi zewnątrzpłucny­mi.

– Plom­ba­mi? – Sięgam jed­nak po kie­li­szek i wy­chy­lam go do dna jed­nym hau­stem.

– To znacz­nie prost­szy za­bieg od to­ra­ko­pla­sty­ki, znacz­nie mniej też osłabia cho­re­go. Pod­czas ope­ra­cji odsłania się płuca, a następnie w szczególnie roz­ległych ja­mach umiesz­cza się plom­by. Ucisk jest za­tem miej­sco­wy i w znacz­nie mniej­szym stop­niu wyłącza zdrową tkankę. Ope­ra­tor ugnia­ta miękką pa­ra­finę w pal­cach, tworząc małe kawałki o kształcie kiełba­sek, a następnie upy­cha je…

Adam zry­wa się na­gle z krzesła, które z głośnym hur­go­tem prze­su­wa się po podłodze. Mój mąż kiwa lek­ko głową – na­miast­ka ukłonu – i zde­cy­do­wa­nym, szyb­kim kro­kiem zmie­rza do wyjścia.

– Adam! – wołam za nim, pod­nosząc się szyb­ko. – Adam, za­cze­kaj, proszę!

Skrzydło prze­szklo­nych drzwi ude­rza zbyt głośno we fra­mugę, szkiełka brzęczą. Kli­to­wicz z pełną dez­apro­ba­ty miną, ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi spogląda na nie przez krótką chwilę, a po­tem prze­no­si wzrok na mnie.

– Proszę usiąść.

– Prze­pra­szam, pa­nie dok­to­rze, za męża, on, wie pan…

– Wiem. Mamy poważne zmar­twie­nie. – Kli­to­wicz pod­cho­dzi do mnie i sia­da na krześle Ada­ma.

Sięga i za­my­ka moją dłoń w swo­ich rękach – przy­kre do­zna­nie. Są gorące i wil­got­ne. Nie co­fam jed­nak palców, choć nie od­wza­jem­niam też uści­sku.

– Brak woli wal­ki może być de­cy­dującym czyn­ni­kiem ne­ga­tyw­nym pod­czas le­cze­nia. – Kli­to­wicz po­chy­la się w moją stronę, ale uda­je mi się opa­no­wać chęć uciecz­ki. – Oba­wiam się, że jeśli ja­kieś wstrząśnie­nie nie przywróci pa­cjen­to­wi ener­gii, to wszel­kie za­bie­gi stracą sens. Czy pani to ro­zu­mie?

Ki­wam głową. Chciałabym, aby usiadł za swo­im biur­kiem, i z całej siły walczę ze sobą, aby się nie rozpłakać, bo wte­dy mógłby uznać za ko­niecz­ne, by objąć mnie i po­cie­szyć, a tego bym nie zniosła.

– To, co tu mówiłem, choć zgod­ne z prawdą, za­pew­ne nie po­win­no zo­stać wy­po­wie­dzia­ne w obec­ności pa­cjen­ta, a z pew­nością nie w tak ob­ce­so­wy sposób, i za to ser­decz­nie prze­pra­szam. Jed­nak uznałem, że być może ten shoc­king po­działa otrzeźwiająco. I mam cień na­dziei, że jed­nak się nie myliłem, bo re­ak­cja, jak widać, oka­zała się bar­dzo sil­na. Czy pani to ro­zu­mie?

Po­now­nie ki­wam głową.

– Jeśli pa­cjent sam nie po­dej­mie wal­ki, nikt za nie­go nie wy­gra ba­ta­lii z cho­robą.

– Wiem.

– To do­brze. Jeśli mogę coś su­ge­ro­wać, pro­po­nuję, by za­prze­stała pani w sto­sun­ku do Ada­ma od­ruchów ser­ca, za­pa­no­wała nad współczu­ciem i zdo­była się na zde­cy­do­wa­nie. Ro­zu­mie pani? Mąż pani naj­wy­raźniej jest mężczyzną nie­co roz­piesz­czo­nym, mam wrażenie, na­wykłym do opie­ki i ście­le­nia mu pier­natów. Od­ru­chy ser­ca nie po­bu­dzają go do działania, spra­wiają je­dy­nie, że sil­nie roz­tkli­wia się nad sobą. Moje doświad­cze­nia do­wodzą, że nie­kie­dy pew­na szorst­kość, na­wet oka­za­na wbrew so­bie, więcej może zdziałać do­bre­go niż głaska­nie. I jesz­cze raz prze­pra­szam, że na­ra­ziłem panią na wstrząs, jed­nak nig­dy bym się na to nie poważył, gdy­bym nie wie­dział, z jak silną i rozsądną osóbką mam do czy­nie­nia.

Kli­to­wicz milk­nie i przygląda mi się wy­cze­kująco. Gapię się na nie­go przez kil­ka chwil, wresz­cie do­cie­ra do mnie, że ocze­ku­je wy­razów wdzięczności.

– Dziękuję – mówię więc, a po­nie­waż mój głos brzmi ra­czej py­tająco niż grzecz­nie, po­pra­wiam się: – Bar­dzo dziękuję, pa­nie dok­to­rze.