Rozgrywka - Allie Reynolds - ebook + audiobook
BESTSELLER

Rozgrywka ebook i audiobook

Allie Reynolds

4,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Gdy grupa przyjaciół spotyka się w opuszczonym schronisku wśród górskich szczytów, rozpoczyna się mordercza gra.

Mrożący krew w żyłach thriller, w którym ośrodek w alpach staje się prawdziwym escape roomem.

Nikt się stąd nie wydostanie, dopóki nie rozwiąże zagadki. A nawet jeśli mu się uda, nie wiadomo, czy przeżyje.

Gdy Milla otrzymuje zaproszenie na spotkanie grupy dawnych przyjaciół w ośrodku narciarskim, który był świadkiem szczytu jej kariery, nie może sobie odmówić wyjazdu. Zwłaszcza że zaproszenie wysłał ktoś szczególnie dla niej ważny.

Curtis, Dale, Heather, Brent – minęła dekada, odkąd Milla ich widziała. I tyle samo czasu, od kiedy podczas elitarnych zawodów snowboardowych Saskia, jedna z nich, zniknęła bez śladu.

Cała piątka spodziewa się kameralnego weekendu wysoko w górach, ale kiedy tylko przekraczają próg schroniska, znikają ich telefony, a kolejka górska przestaje działać. Zamiast ognia w kominku czeka na nich instrukcja gry, która spowoduje, że odkryją swoje sekrety. I tajemnicę tego, co naprawdę wydarzyło się w dniu zawodów…

Nie wiadomo, kto zorganizował to spotkanie, ale odnalezienie tej osoby staje się kwestią życia i śmierci. Tym bardziej, że zbliża się zamieć, która wkrótce odetnie im drogę ucieczki.

W opuszczonym schronisku pod alpejskim lodowcem sekrety z przeszłości wyjdą wreszcie na jaw…

"Thriller, który porywa i mrozi krew w żyłach! Rewelacyjny!"
Peter James, autor "W godzinie śmierci"

"Ekscytujący thriller, trzymający w napięciu aż do końca".
C.L. Taylor, autorka "Teraz zaśniesz"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 390

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 56 min

Lektor: Laura Breszka

Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Połączyła ich pasja do snowboardu, a zgubiła rywalizacja i chore ambicje. Opuszczone schronisko poza sezonem, gdzieś wysoko w pokrytych wiecznym śniegiem Alpach, i paczka znajomych, których łączą skomplikowane relacje. Na miejscu okazuje się, że żadne z nich nie zorganizowało tego wyjazdu, a przynajmniej, nikt się do tego nie przyznaje. Kto ich tutaj sprowadził i po co? Czy któreś z nich zabiło Saskię? A może ona wciąż żyje? Dziesięć lat wcześniej doszło tu do ogromnej tragedii. Saskia zaginęła, a jej ciała nigdy nie odnaleziono. Nikt nie wie, co naprawdę się z nią stało, ale każdy czuje się w jakiś sposób winny, bowiem żadne z nich nie ma czystego sumienia. W jednym momencie atmosfera zagęszcza się, a moja ciekawość pikuje ku obłokom. Udziela mi się niepokój, który odczuwają bohaterowie. Wszystkie wydarzenia śledzimy z perspektywy Millo. Subtelnie dawkowane retrospektywy sprzed dziesięciu lat powoli odsłaniają tajemnicę tamtych, tragicznych w skutki wydarzeń. Z każdą odsłoną te...
00

Popularność




GDY GRUPA PRZYJACIÓŁ SPOTYKA SIĘ W OPUSZCZONYM SCHRONISKU WŚRÓD GÓRSKICH SZCZYTÓW, ROZPOCZYNA SIĘ MORDERCZA GRA.

Mrożący krew w żyłach thriller, w którym ośrodek w Alpach staje się prawdziwym escape roomem.

Nikt się stąd nie wydostanie, dopóki nie rozwiąże zagadki.A nawet jeśli mu się uda, nie wiadomo, czy przeżyje.

ŚNIEŻYCA

MORDERCA

SCHRONISKO

ZEMSTA

SEKRET

PRZESZŁOŚĆ

Allie Reynolds

Brytyjska snowboardzistka i pisarka. Przez pięć sezonów brała udział w zawodach we Francji, Szwajcarii, Austrii i Kanadzie. Później wymieniła snowboard na deskę surfingową i wyjechała na Gold Coast w Australii, gdzie uczyła cudzoziemców języka angielskiego. Jej opowiadania publikowane były w magazynach dla kobiet w Wielkiej Brytanii, Australii, Szwecji i RPA. Ma dwójkę dzieci oraz kota, który myśli, że jest psem. Rozgrywka jest jej debiutancką powieścią.

Tytuł oryginału:

SHIVER

Copyright © Allie Reynolds 2021

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Robert Waliś 2021

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcia na okładce:© Bildagentur-online/Universal Images Group/Getty Images (góry),Merkushev Vasiliy/Shutterstock.com (snowboardzista)

Zdjęcie na wnętrzu okładki: Michael Hacker/Unsplash.com

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Headline/Hachette Book Group

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-442-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Mojej mamie i mojemu tacie. Ludziom z gór.

Prolog

Znów nadeszła ta pora roku. Czas, gdy lodowiec oddaje ciała.

Potężna masa lodu jest jak zamarznięta rzeka, która płynie zbyt wolno, by ludzkie oko dostrzegło jej ruch. Nowe i dawne ofiary spotykają się w jej szklistych odmętach. Niektóre wypływają na górze, inne na czole lodowca i nie wiadomo, kto będzie następny.

Zanim się pojawią, mijają całe lata. Czasem nawet dziesięciolecia. Lodowiec w sąsiednich Włoszech niedawno trafił na pierwsze strony gazet, gdy wyrzucił zmumifikowane zwłoki żołnierzy z czasów pierwszej wojny światowej, razem z hełmami i karabinami.

Ale wszystko, co trafia do środka, musi w końcu wydobyć się na powierzchnię, dlatego też każdego ranka słucham lokalnych wiadomości.

Szczególnie czekam na jedno ciało.

1

– Halo?! – Moje wołanie odbija się echem w betonowej jaskini.

Znajomy czerwono-biały wagonik kolejki stoi w zatoczce, ale kabina operatora jest pusta. Słońce skryło się za Alpami, niebo poróżowiało, a w budynku nie pali się ani jedno światło. Gdzie są wszyscy?

Lodowaty wiatr chłoszcze mi twarz. Kulę się i mocniej otulam kurtką. Jest poza sezonem i ośrodek otworzą dopiero za miesiąc, więc nie spodziewałam się, że inne wyciągi narciarskie będą działały, ale ten miał być czynny. W jaki inny sposób dostaniemy się na lodowiec? Czyżbym pomyliła dni?

Rzucam torbę z deską snowboardową na peron i wyciągam telefon, żeby ponownie sprawdzić maila.

Cześć, ludzie. Kto ma ochotę na weekendowe spotkanie po latach? Schronisko Panorama, lodowiec Les Diablerets, Le Rocher. Spotkanie przy kolejce, 17.00 piątek, 10 listopada, C. x

C jak Curtis. Gdyby ktokolwiek inny mnie tutaj zaprosił, skasowałabym tę wiadomość, w ogóle nie odpowiadając.

– Hej, Milla!

A oto i Brent, wbiega ku mnie po schodach. Dwa lata młodszy ode mnie, czyli musi mieć teraz trzydzieści jeden lat, ale zachował chłopięcy urok – miękko opadające ciemne włosy, dołeczki w policzkach – chociaż wydaje się zmęczony i jakiś zmarnowany.

Podnosi mnie z ziemi i mocno obejmuje. Odwzajemniam uścisk. Tyle zimnych nocy spędziłam w jego łóżku. Jest mi wstyd, że się do niego nie odzywałam. Ale po tym, co się stało… Zresztą on też się ze mną nie kontaktował.

Za jego plecami ostre szczyty wznoszą się na tle ciemniejącego nieba. Naprawdę tego chcę? Jeszcze nie jest za późno. Mogłabym znaleźć jakąś wymówkę, wskoczyć do samochodu i odjechać.

Ktoś za nami odchrząkuje. Odrywamy się od siebie i widzimy wysokiego blondyna, Curtisa.

Z jakiegoś powodu spodziewałam się, że Curtis będzie wyglądał tak samo jak podczas naszego ostatniego spotkania. Że będzie przytłoczony żalem. Załamany. Ale oczywiście tak nie jest. Miał dziesięć lat, żeby sobie z tym poradzić. Albo schować to głęboko w sobie.

Wita mnie krótkim uściskiem.

– Dobrze cię widzieć, Millo.

– Ciebie też.

Nigdy nie potrafiłam patrzeć mu w oczy, bo był tak cholernie przystojny – nadal jest – ale teraz przychodzi mi to z jeszcze większym trudem.

Curtis i Brent ściskają sobie dłonie, blada skóra Curtisa dotyka skóry Brenta. Obaj mają przy sobie deski, co mnie wcale nie dziwi. Zawsze je tutaj zabieraliśmy. Są w dżinsach, tak jak ja, ale z rozbawieniem patrzę na kołnierzyki koszul, wystające im spod kurtek do snowboardu.

– Mam nadzieję, że nie należało się ubrać na galowo – mówię.

Curtis mierzy mnie wzrokiem.

– Może być.

Przełykam ślinę. Wciąż ma tak samo niebieskie oczy, ale przypominają mi kogoś, o kim nie chcę myśleć. Poza tym nie wyczuwam w nim dawnego ciepła.

– Kto jeszcze przyjedzie? – pyta Brent.

Dlaczego patrzy na mnie?

– Nie mam pojęcia – odpowiadam.

Curtis się śmieje.

– Nie wiesz?

Kroki. Nadchodzi Heather. A to kto? Dale? Niemożliwe – wciąż są razem?

Kiedyś nieposkromione włosy Dale’a teraz są elegancko ostrzyżone, kolczyki zniknęły, modne buty do jazdy na desce wyglądają na nieużywane. Domyślam się, że wpadł w sidła Heather na amen. Przynajmniej pozwoliła mu zabrać deskę.

Heather ma na sobie sukienkę – krótką, czarną – rajstopy i buty do kolan. Pewnie marznie jak cholera, chociaż na wierzch założyła puchową kurtkę. Kiedy mnie obejmuje, czuję woń lakieru do włosów, bijącą od jej długich ciemnych loków.

– Świetnie znów cię widzieć, Millo.

Musiała wcześniej wypić kilka drinków, bo brzmi to prawie szczerze. Jej buty mają siedmiocentymetrowe obcasy, dzięki czemu jest o dwa centymetry wyższa ode mnie i zapewne w tym celu je włożyła.

Pokazuje mi obrączkę.

– Pobraliście się? – pytam. – Gratuluję.

– Trzy lata temu. – Jej akcent z Northumberland jeszcze nigdy nie był tak wyraźny.

Brent i Curtis klepią Dale’a po plecach.

– Długo czekałeś z oświadczynami, stary! – woła Brent, a jego londyński akcent także sprawia wrażenie silniejszego.

– To ja mu się oświadczyłam – rzuca Heather.

Drzwi wagonika otwierają się z chrzęstem. Podchodzi do nas facet z obsługi, w zsuniętej na oczy czarnej służbowej czapce. Sprawdza nasze nazwiska na liście i gestem zaprasza nas do środka.

– To już wszyscy? – upewniam się.

Facet najwyraźniej tak uważa. Jest w nim coś znajomego. Próbuję przyjrzeć się jego twarzy, ale zanim udaje mi się to zrobić, zamyka drzwi i znika w swojej budce.

– A kto jeszcze miałby przyjść? – pyta Curtis.

– No tak – przyznaję.

Kilka innych osób pojawiało się i znikało, ale z tej pierwotnej paczki pozostała tylko nasza piątka.

A przynajmniej tylko nasza piątka wciąż trzyma się na nogach.

Zalewa mnie fala wyrzutów sumienia. Ona już nigdy nie będzie chodziła. Musiałam patrzeć na jej twarz, gdy jej o tym powiedzieli. Miałam świadomość, że to przeze mnie.

Ruszamy z miejsca. Wszyscy jak urzeczeni wyglądamy przez pleksiglasowe okno, gdy wagonik unosi się nad czubkami jodeł, ścigając po górskim zboczu gasnące światło. Dziwnie jest widzieć piach i trawę w dole. Zawsze leżał tutaj śnieg. Wypatruję świstaków, ale pewnie jeszcze śpią. Mijamy skraj urwiska i malutki ośrodek Le Rocher znika nam z oczu.

Kiedy tak wiszę w powietrzu, a sceneria przesuwa się za oknem, czuję się jakoś dziwnie. Wprawdzie jadę w górę, ale mam wrażenie, że cofam się w czasie. Nie wiem, czy jestem gotowa stawić czoło przeszłości.

Za późno. Kołyszący się wagonik już dociera do stacji środkowej. Wysiadamy, ciągnąc za sobą torby. Tutaj jest wyraźnie chłodniej, a tam, dokąd zmierzamy, będzie jeszcze zimniej. Płaskowyż jest opuszczony, linia śniegu sięga do połowy stoku. Zimą jest to serce strefy narciarskiej, obsługiwanej przez liczne wyciągi krzesełkowe i orczykowe, ale dziś działa tylko kolejka gondolowa.

Rynna znajdowała się tuż obok tamtej chatki. Teraz przypomina błotnisty rów, jednak okiem wyobraźni wciąż widzę jej nieskazitelnie białe ściany. Wtedy była to najlepsza rynna snowboardowa w Europie i właśnie ona sprowadziła nas tutaj tamtej zimy.

Mój Boże, tyle wspomnień. Mam gęsią skórkę. Widzę nas w młodości, jak ze śmiechem się tu przepychamy. Cała piątka.

Lodowaty podmuch wiatru targa mi włosy. Zapinam kurtkę pod szyję i śpieszę za pozostałymi.

Kolejka gondolowa wyniesie nas na wysokość niemal trzech i pół tysiąca metrów – na jeden z najwyżej położonych stoków narciarskich we Francji. Lśniące pomarańczowe wagoniki wiszą na kablu jak bożonarodzeniowe dekoracje. Curtis wsiada do najbliższego z nich.

Heather ciągnie Dale’a za rękę.

– Zajmijmy osobny wagonik.

– Nie, daj spokój – protestuje Dale. – Wszyscy się pomieścimy.

– Jest mnóstwo miejsca – rzuca Curtis.

Heather się waha, a ja ją rozumiem. Taki wagonik teoretycznie mieści sześć osób, ale z bagażem ledwo się do niego wepchniemy. Tym bardziej że zabrała cholerną walizkę.

Brent schyla się, żeby wejść do gondoli.

– Możesz mi usiąść na kolanach, Mills. Podaj swoją torbę.

– Dale może ci usiąść na kolanach – odpowiadam. – Ja siadam tutaj.

Heather ostatecznie ląduje na kolanach Dale’a, obok Curtisa, a ja i Brent zajmujemy miejsca naprzeciwko, otoczeni ciasno upchanymi torbami. Dale wygląda dziwacznie bez dredów. Dzięki swojej nordyckiej karnacji przypominał mi kiedyś wikinga. Teraz raczej przywodzi mi na myśl gospodarza teleturnieju.

Szybko przemierzamy płaskowyż. Jaka pustka w dole. Zapomniałam, jak ogromny to obszar. Latem piechurzy wspinają się krętymi szlakami. Na pewno jest tu wtedy pięknie – wszędzie rozkwitają alpejskie kwiaty – ale dzisiaj widać tylko kępy brązowej trawy i skaliste piargi. Nie ma ani śladu życia, nawet ptaków. Cała kraina sprawia wrażenie jałowej.

Martwej.

Nie. Uśpionej. Czekającej.

Tak samo jak coś innego na górze. Przełykam ślinę i odpycham od siebie tę myśl.

Kiedy wagonik z szarpnięciem mija jeden z pylonów, Curtis trąca mnie kolanem. Wydaje się dziwnie cichy, ale dobrze rozumiem dlaczego. Skoro to trudne dla mnie, dla niego musi być sto razy gorsze.

W zaproszeniu nie było o tym mowy, ale to oczywiste, po co tu przyjechaliśmy. Dzień przed otrzymaniem maila od Curtisa usłyszałam w wiadomościach:

„Brytyjska snowboardzistka, która zaginęła dziesięć lat temu, po sądowej batalii została uznana za zmarłą”.

Pozostali zapewne tak samo jak ja nie mieli ochoty przyjeżdżać, ale jak moglibyśmy odmówić? To naturalne, że chciał uczcić jej pamięć.

Pod nami pojawia się śnieg, w zmierzchu zabarwiony na liliowo. Wysoko nad nami wznoszą się urwiska, którym Le Rocher zawdzięcza swą nazwę: „skała”. Na szczycie przycupnęło schronisko Panorama, przysadzisty ciemny kształt, stawiający opór żywiołom.

– Jak ci się udało, Mills? – pyta Brent.

– Co mi się udało?

– Zdobyć vipowską przepustkę na lodowiec. Prywatna kolejka i tak dalej. Robi wrażenie.

Wbijam w niego wzrok.

– O czym ty mówisz?

– Teraz ośrodek jest zamknięty. Na pewno nie było tanio.

– Dlaczego sądzisz, że to ja zorganizowałam? Curtis to zrobił.

Curtis posyła mi zaskoczone spojrzenie.

– Słucham?

W co oni pogrywają? Wyjmujemy nasze telefony. Kiedy ostatnio wzięłam komórkę na górę, już podczas pierwszego przejazdu rozbiłam ekran, a na biodrze został mi paskudny siniak. Od tamtej pory jej nie brałam.

Pokazuję im maila, a Brent pokazuje mi wiadomość, którą on otrzymał. Treść zaproszenia jest identyczna, tyle że na końcu widnieje litera M i dopisek: Zgubiłam telefon. Odpisz na maila.

– Proszę bardzo. – Curtis wyświetla wiadomość w swoim telefonie: jest taka sama jak ta, którą dostał Brent.

Nigdy nie rozumiałam Curtisa. Czy to ma być żart?

Wagonik drży, kiedy mijamy kolejny pylon, a ja czuję ucisk w uszach. Tutaj zbocze robi się strome. Rozpoczęliśmy długą wspinaczkę na lodowiec.

Odwracam się w stronę Dale’a i Heather.

– A jakie wy dostaliście zaproszenie?

Dale się waha.

– Takie samo jak wy – odpowiada Heather.

– Od M czy od C? – dopytuje się Brent.

– Eee, od M. – Heather zerka na mnie.

Dlaczego mam wrażenie, że kłamie?

– Mogę je zobaczyć?

– Przykro mi, skasowałam – rzuca Heather. – Ale było takie samo jak u nich.

2

Nie wiem, czego się spodziewam na górze. Muzyki? Świec? Kelnerów niosących tace z szampanem?

Niczego takiego nie ma. Peron jest słabo oświetlony i opustoszały, w budce operatora też pusto. Wyje syrena i wyciąg zatrzymuje się ze zgrzytem. Pewnie obsługują go z dołu, co pozwala zaoszczędzić na kosztach. Wyjmujemy z wagonika nasze bagaże. Ale nieporozumienie w sprawie tego, kto nas zaprosił, trochę mnie niepokoi, a Heather najwyraźniej podziela moje odczucia.

Brent zerka na mnie.

– Może na razie zostawimy swoje rzeczy tutaj?

– Czemu nie. – W końcu nie ma ich kto ukraść.

Metalowe stopnie są pokryte siatką, żeby można było wejść w ośnieżonych butach. Kiedy docieram na szczyt, jestem mocno zdyszana. Powietrze jest tu rozrzedzone. Popycham dwuskrzydłowe drzwi i wchodzę do budynku Panoramy. Od razu czuję woń starego dymu z palonego drewna. Kurczę. Właśnie tak pachniały moje zimy.

Curtis naciska przełącznik i w wyłożonym boazerią korytarzu zapalają się światła. Zazwyczaj idzie tędy nieprzerwana procesja narciarzy i snowboardzistów, którzy mijają szafki i kierują się do głównego wyjścia na lodowiec, ale dzisiaj panuje tutaj niesamowita cisza.

Curtis przykłada do ust złożoną dłoń.

– Jest tu kto?

Brent patrzy na mnie; Dale także. Wracam myślami do zaproszeń. Czy któryś z nich mógł to zorganizować? Nie, nie sądzę. Brent słusznie zauważył, że ośrodek jest zamknięty. O tej porze roku weekendowy pobyt kosztuje tysiące. Dzięki internetowym przeszpiegom wiem, że Curtis finansowo nieźle sobie radzi. To na pewno on. Ale po co te tajemnice? I czy pozostali o wszystkim wiedzą, czy też może zdołał ich przekonać, że to ja ich zaprosiłam?

– Ktoś musi tutaj być – stwierdza Curtis. – Rozejrzyjmy się.

Ruszamy pośpiesznie w różnych kierunkach, jak dzieciaki puszczone samopas w wesołym miasteczku. To istny labirynt. Jedyny budynek w promieniu wielu kilometrów, rozległa konstrukcja, gdzie mieszczą się siedziba pogotowia górskiego, stacja kontrolna i wszystko, czego mogą potrzebować goście oraz pracownicy. Byłam tutaj tylko w restauracji i toalecie. Aha, kiedyś zatrzymałam się na noc w jednej z malutkich sypialni – w najwyżej położonym hostelu młodzieżowym we Francji.

Szybko przemierzam korytarze, po drodze pstrykając włącznikami światła. Wszędzie jest mnóstwo zamkniętych drzwi. Niektóre dadzą się otworzyć, inne nie. Te się otworzyły. Mój Boże – możliwe, że właśnie w tym pokoju nocowałam. Woń wilgoci i pleśni przywołuje wspomnienia. Brent, który leży pode mną na materacu, a jego duże dłonie zaciskają się na moich biodrach. Wpatruję się w wąskie pojedyncze łóżko. Potem wychodzę, zamykając za sobą drzwi.

Za kolejnymi kryje się szafa, w której na półkach leżą stosy szorstkich białych ręczników i sfatygowanej bielizny pościelowej. Wnętrze cuchnie tanim detergentem. Z dalszej części korytarza dolatuje zapach jedzenia i wkrótce trafiam do kuchni. Na olbrzymiej kuchence stoją dwa rondle. Podnoszę przykrywki. W jednym duszone mięso, w drugim tłuczone ziemniaki. Wszystko jeszcze ciepłe. Może to nasza kolacja, ale gdzie się podziała obsługa?

Zauważam toaletę i ostrożnie popycham drzwi, jednak w środku jest pusto i ciemno. Trochę dalej znajduje się równie ciemna restauracja. Dusi mnie zapach starego dymu, chociaż palenisko jest wygaszone. Spędzałam tutaj całe godziny, grzejąc palce o kubek z kawą i przeczekując burze śnieżne, ale teraz stoły są puste, więc skręcam w inny korytarz. Pozostali są zapewne na piętrze, bo już ich nie słyszę.

Kolejne schowki; kolejne zamknięte drzwi. Światło zapala się na krótko i czasami gaśnie, zanim zdążę pstryknąć następnym przełącznikiem, a wtedy otacza mnie całkowita ciemność i muszę iść po omacku wzdłuż ściany. Wokół panuje niesamowita cisza. Gdyby ktoś nagle wyskoczył zza jakichś drzwi, chyba dostałabym zawału.

W końcu znajomy widok: główne wyjście na lodowiec. Szybko idę w tamtą stronę. O tej porze na pewno nikogo tam nie ma, a drzwi są zamknięte, ale jeśli nie, koniecznie chcę poczuć to lodowate powietrze. Minęło tyle czasu.

Naciskam klamkę i drzwi się otwierają. Wiatr wpada przez szparę z piskliwym, nieustępliwym wyciem. To dziwnie ludzki odgłos. Zatrzaskuję drzwi i ciężko dyszę. Wiedziałam, że jeśli tutaj wrócę, będę miała z tym problem. Jest tyle drzwi, których wolę nie otwierać.

Weź się w garść, Millo.

W porządku. Dam radę. Tylko wypiję ze dwa drinki i wszystko będzie dobrze.

Na górze znajduje się sala okolicznościowa, w której odbywają się śluby i różne imprezy. Niezły sposób na dodatkowy zarobek dla takich malutkich ośrodków, zwłaszcza poza sezonem. Widziałam ją tylko na zdjęciach, ale pewnie wszyscy tam poszli, bo sprawdziłam już cały dół.

Oto schody. Na górze są ciężkie drzwi przeciwpożarowe, a powietrze po drugiej stronie wydaje się jeszcze chłodniejsze. Słaby zapach. Znajomy. Co to takiego? Może perfumy Heather.

Głosy dobiegające zza drzwi po prawej stronie. Widzę tabliczkę z napisem:

Stop! To dopiero początek zabawy. Zostawcie telefony w koszyku.

Wypuszczam powietrze. Gra. Może jakiś quiz dotyczący snowboardingu albo tego, jak wiele pamiętamy na swój temat. Sposób na zachęcenie nas do rozmowy o dawnych czasach.

Tylko że… Słowa rozmazują mi się przed oczami. To dopiero początek zabawy. Kiedyś wypowiedziałam te słowa do… Nie. To często używany zwrot. O niczym nie świadczy. Kładę swoją komórkę na czterech innych, które już leżą w koszyku, po czym wchodzę do środka.

Sala okolicznościowa wystaje ponad góry, gruba biała wykładzina imituje śnieg; wszystkie meble, wykonane z białego plastiku, mają ostre kształty i wyglądają na bardzo drogie. Tylna ściana to same okna. Białe aksamitne zasłony są podwiązane i za dnia widok musi zapierać dech w piersiach, ale teraz na zewnątrz jest czarno. Nigdzie ani jednego światła. Piękne miejsce na ślub.

Jeśli zapomni się o tym, ile istnień pochłonął lodowiec.

Oraz jak wiele ciał wciąż przetrzymuje.

Nie myśl o tym.

Jest tutaj tak zimno, że mój oddech paruje. Do tego wilgotno. Zapewne od miesięcy nikt nie korzystał z tego pomieszczenia. Pozostali piją już drinki. Na tacy stoi samotne piwo – Kronenbourg 1664. Szkło jest lodowate w dotyku. Kiedyś uwielbiałam to francuskie piwo w małych butelkach, słodkie i musujące. Nie piłam go od czasu, gdy byłam tutaj po raz ostatni.

Wciąż jest nas tylko pięcioro. Obsługa musi być pewnie w dalszej części korytarza. Curtis stale zerka na drzwi. Co on zaplanował?

Wypielęgnowane paznokcie Heather zaciskają się na moim przedramieniu.

– Widziałaś grę?

– Jaką grę?

Ciągnie mnie po wykładzinie do wysokiego drewnianego pudełka stojącego na niskim stoliku. Obok leżą długopisy, eleganckie kremowe koperty i kartki. A także zalaminowany arkusz papieru z wydrukowanym tekstem. Przełamanie lodów. Taką ozdobną czcionką zapisuje się zwykle porządek nabożeństwa podczas pogrzebów.

Albo ślubów, przypominam sobie pośpiesznie.

Zapiszcie jakąś swoją tajemnicę, której nie zna nikt z pozostałych. Wrzućcie kopertę z kartką do pudełka. Kolejno losujcie koperty i zgadujcie, co kto napisał.

Ponownie zerkam na Curtisa, zaskoczona, że zadał sobie tyle trudu, chociaż każdemu z nas wystarczyłoby się nawalić. Mija mnie i podchodzi do okna, ściera parę z szyby i wygląda na zewnątrz. Płynność jego ruchów zawsze kojarzyła mi się z gimnastykami i to się nie zmieniło. Wciąż ma tę niezwykłą grację i wdzięk.

Muszę wlać w siebie więcej alkoholu, zanim do niego podejdę, więc na razie ruszam w stronę Brenta.

– Jeździsz jeszcze na desce? – pytam.

– Raz do roku – odpowiada. – Tylko na tyle mogę sobie pozwolić. Ale ciągle sporo jeżdżę na deskorolce.

– Widzę po twoich butach – zauważam.

Jego obuwie DC jest tak znoszone, że na jednym czubku prześwituje skarpeta. Firma DC kiedyś go sponsorowała, ale te buty zapewne musiał kupić sam. To wzruszające, że pozostał lojalny wobec marki, ale taki już jest Brent.

Tamtej zimy miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, był szczupły i tryskał energią nastolatka. Teraz nabrał ciała. Trudno to ocenić przez luźne ubranie, ale chyba jest w niezłej formie. Nadal nosi dżinsy opuszczone do połowy tyłka.

Od czasu do czasu sprawdzam go w internecie, jednak niewiele ujawnia na swoim publicznym profilu facebookowym. Chcę go spytać, czy z kimś się spotyka – czy może nawet ma dzieci – ale mógłby źle mnie zrozumieć. Chciałabym tylko wiedzieć, czy jest szczęśliwy.

– To naprawdę nie ty mnie tutaj zaprosiłaś? – pyta.

– Nie, już mówiłam.

Curtis patrzy na mnie z drugiego końca sali. Sprawia wrażenie… zatroskanego? Pewnie zastanawia się, gdzie jest obsługa.

– A ty wciąż jeździsz? – pyta Brent.

– Już nie, odkąd stąd wyjechałam.

– Serio? Ani razu?

– Mam mnóstwo pracy.

Widzę, że jest zaskoczony. Kiedyś jazda na desce była dla mnie całym światem i zawsze wyobrażałam sobie, że będę to robiła do późnej starości.

Tak naprawdę panicznie się tego boję. Przeraża mnie, kim się przez to staję i komu jeszcze mogę zrujnować życie. Kiedy zapinam wiązania, wszystko inne przestaje się liczyć.

Brent nie wie tego co ja, nie zna całej prawdy. Żadne z nich jej nie zna.

I dołożę starań, by tak pozostało.

3

Heather klaszcze w ręce, żeby zwrócić naszą uwagę.

– Czas na przełamanie lodów.

– Ejże, umieram z głodu – rzuca Brent.

– Ja też – mówię. – W kuchni jest duszone mięso.

Heather wydyma usta.

– Będzie zabawnie. Zjeść możemy później.

Zawsze była taka irytująca czy też dopiero małżeństwo sprawiło, że zaczęła się szarogęsić? Dopija swoje wino. Może po prostu jest pijana.

Brent mruczy coś pod nosem, ale Heather już rozdaje kartki, długopisy i koperty. Spoglądam na Curtisa, jednak on mija mnie i wychodzi z sali.

– Co mamy napisać? – pyta Brent.

– Coś smakowitego, o czym nie wiemy – odpowiada Heather.

Mam sucho w gardle. Wypijam piwo, ale takiej suchości nie wypłucze żadna ilość alkoholu. Wiem, bo próbowałam to zrobić po wyjeździe stąd dziesięć lat temu.

Żuję końcówkę długopisu, usiłując wymyślić coś zabawnego, co mogłabym ujawnić. Słyszę głos Curtisa w korytarzu. Trzyma przy uchu telefon. Typowe dla niego – każe nam oddać komórki, a potem sam gada przez telefon. Może ze swoją dziewczyną? Widzi, że na niego patrzę, i zamyka drzwi.

Spoglądam na kartkę, ale jestem zbyt zmarznięta i głodna, żeby myśleć logicznie. W końcu piszę tylko: Mam kota o imieniu Zbuk.

Brent gdzieś zniknął. Wsuwam mój sekret do koperty i wrzucam ją w otwór na szczycie pudełka. Skąd Curtis je wziął? Nie licząc białego koloru, kompletnie nie pasuje do reszty pomieszczenia. Cienkie drewniane ścianki są nieudolnie sklejone i niedbale pomalowane. Coś takiego mógłby sklecić mój dziadek.

Muszę iść do łazienki. Damska toaleta to pierwsze drzwi w korytarzu. Z kranu leci tak zimna woda, że rury powinny zamarznąć.

Kiedy wracam do sali, Brent trzyma dużą paczkę chipsów. Biorę garść.

Wskazuję głową jego kurtkę do jazdy na desce.

– Burton wciąż daje ci ciuchy, czy musiałeś sam ją kupić?

Chrupie chipsy.

– Dostaję zniżki.

– Niektórzy to się ustawili. Ja musiałam sama kupić nowy sprzęt na tę wycieczkę. – Zlizuję sól z palców.

Dziesięć lat temu oddałam cały mój sprzęt do snowboardingu jakiemuś francuskiemu dzieciakowi, który mieszkał naprzeciwko. Bardziej na niego zasługiwał.

Dale przynosi kolejną tacę piw. Brent i ja chwytamy po butelce.

– Gotowi do gry? – pyta Heather.

– Jeszcze chwileczkę – rzuca Curtis i wychodzi.

Heather wygląda, jakby miała eksplodować. Powstrzymuję uśmiech. Mam wrażenie, że Curtis zrobił to tylko po to, żeby ją wkurzyć.

– Widziałeś kogoś z obsługi? – pytam Dale’a.

– Nie – odpowiada. – Chyba jesteśmy tu sami.

– Najwyraźniej – wtrąca Brent.

– Dziwię się, że na to pozwolili – mówię.

– Przygotowanie i zostawienie wszystkiego mniej kosztuje – wyjaśnia Dale. – Może rano przyślą kogoś wyciągiem na górę, żeby zrobił nam śniadanie. Takiemu malutkiemu ośrodkowi pewnie trudno jest konkurować z gigantami pokroju Trois Vallées.

– Mam czynić honory? – odzywa się Heather, gdy tylko Curtis wraca.

I nie czekając na odpowiedź, otwiera dno pudełka, wyciąga pierwszą z brzegu kopertę i ją rozrywa.

Wszyscy przysuwamy sobie krzesła. Dlaczego ona jest taka podniecona? Co według niej napisaliśmy na tych kartkach?

– Odczytam je wszystkie, a potem zgadniemy, kto co napisał, dobrze?

Jest tak zdenerwowana, że to nie może być tylko wpływ alkoholu. Chyba coś knuje. Chociaż Curtis wydaje się równie niespokojny. Siedzi, jakby kij połknął, i cały czas rozgląda się po sali.

Nie czuję palców. Wciskam je pod uda, ale plastikowe siedzenie krzesła jest tak samo zimne jak wszystko inne w tym pomieszczeniu.

Heather odczytuje pierwszą kartkę i czerwienieją jej policzki.

– „Brent i ja spaliśmy ze sobą”.

Zerka nerwowo na męża, jakby obawiała się, że potraktuje to jako przyznanie się do winy, ale on patrzy na mnie, podobnie jak Brent i Curtis.

– Ja tego nie napisałem – odzywa się Curtis.

Wszyscy się śmiejemy.

Poza Heather.

– Mieliśmy odczytać wszystkie i dopiero potem zgadywać.

Próbuje zdominować Curtisa. Powodzenia.

– Ja też tego nie napisałam – mówię.

Faceci znów wybuchają śmiechem. Heather posyła mi mordercze spojrzenie.

Dale unosi ręce.

– Nie patrzcie na mnie.

Kolejna porcja śmiechu.

Jeden z chłopaków pewnie napisał to dla żartu. Prawdopodobnie Curtis.

Heather już otwiera następną kopertę. Dziwi mnie jej pośpiech. Czy kiedykolwiek łączyło ją coś z Brentem? Nawet jeśli tak, to z pewnością by się z tym nie obnosiła. Ona i Dale dość szybko tamtej zimy zostali parą.

Odchrząkuje.

– „Brent i ja spaliśmy ze sobą”. – W jej głosie słychać napięcie.

Brent, Curtis i ja znów się śmiejemy, tym razem głośniej. Dale nawet się nie uśmiecha.

Curtis klepie Brenta w ramię.

– Nic dziwnego, że nigdy nie zakwalifikowałeś się na igrzyska. Miałeś za mało snu.

Dobrze jest zobaczyć Curtisa w lepszym nastroju. Jego zabawa na przełamanie lodów przynosi pożądany skutek. Rozgrzewa nas – śmiesząc lub zawstydzając – pomimo lodowatego powietrza. Cieszy mnie widok zbitej z tropu Heather. Po twarzy Dale’a widzę, że nigdy nie przypuszczał, by cokolwiek mogło łączyć jego żonę z Brentem.

Brent i Heather wymieniają spojrzenia. Zmarszczone brwi Brenta mówią: W co ty grasz? Podejrzewa, że Heather to napisała! Heather w odpowiedzi delikatnie kręci głową. Co to znaczy? Nie teraz? A może: To nie ja?

Mam mętlik w głowie. Jeśli Brent sądzi, że Heather napisała jedno z tych wyznań, to czy wynika z tego, że ze sobą spali?

Wyciągam szyję, żeby zobaczyć charakter pisma, chociaż i tak bym go nie rozpoznała – tamtej zimy niewiele pisaliśmy – ale na kartce, którą trzyma Heather, widnieją równe drukowane litery, jakich używamy, gdy nie chcemy, by ktoś rozpoznał nasze pismo. To żart, na pewno. Wspólnie zaplanowany przez Curtisa i Brenta, żeby wprowadzić trochę zamieszania. Curtis i Dale nigdy za sobą nie przepadali. Tylko że Brent wydaje się szczerze zaskoczony.

Mogłabym się odezwać i zapewnić, że nie napisałam żadnego z tych wyznań, ale wolę zaczekać i usłyszeć, co znajduje się na następnej kartce.

Heather otwiera trzecią kopertę. Patrzy na kartkę i wytrzeszcza oczy.

– „Saskia i ja spaliśmy ze sobą”.

Tym razem nikt się nie śmieje. Właśnie została przekroczona granica.

Pomimo dzielących nas różnic, nie rozumiem, po co ktoś miałby coś takiego napisać. Z tego, co mi wiadomo, tylko jedna z obecnych tutaj osób spała z Saskią i nie sądziłam, że pozostali o tym wiedzą. Staram się nie patrzeć w stronę Brenta – ani Curtisa.

Heather zerka na męża, wyraźnie zastanawiając się, czy to jego sprawka. Jeśli mam się trzymać założenia, że Curtis i Brent napisali dwie pierwsze kartki, to ta musi być autorstwa Dale’a. Ale po cholerę miałby to zrobić?

Heather otwiera kolejną kopertę. Pewnie myśli, że gorzej być już nie może.

Ale najwidoczniej jest, bo Heather głośno wciąga powietrze i podnosi na nas zaszokowane spojrzenie.

– „Wiem, gdzie jest Saskia”.

Curtis wyrywa jej kartkę i wpatruje się w nią z kamienną twarzą.

– Czy ktokolwiek z was naprawdę napisał którąś z tych kartek?

Wszyscy się rozglądają. Kręcą głowami.

Ogarnia mnie niepokój. Kiedy zerkam w okno i widzę nieprzeniknioną ciemność, przypominam sobie, jak bardzo jesteśmy tu osamotnieni. Jest nas tylko pięcioro. W promieniu wielu kilometrów nie ma nikogo innego. Muszę się dowiedzieć, czy to Curtis nas tutaj zaprosił. Bo jeśli nie…

Patrzę na drzwi, myśląc o ciągnących się za nimi długich, mrocznych korytarzach. Czy ktoś tam jest?

– Wysłuchajmy ostatniego wyznania – proponuje Brent.

Heather otwiera kopertę i blednie. Kartka wypada jej z dłoni na podłogę.

Podnoszę ją.

– „Saskia zginęła z mojej ręki”.

4Dziesięć lat wcześniej

Dziewczyna leci wysoko ponad rynną, falują jej jasne jak len włosy wystające spod kasku. Jest dobra. Przy ostatnim wyskoku zrobiła półtora obrotu – pięćset czterdzieści stopni – a teraz hamuje przede mną, obsypując mnie śniegiem.

Wiem, kto to jest. Saskia Sparks. W zeszłym roku pokonała mnie w mistrzostwach Wielkiej Brytanii, zajmując trzecie miejsce i spychając mnie z podium.

W tym roku ja będę lepsza.

Moje długie blond włosy, o kilka odcieni ciemniejsze od jej włosów, są dosyć charakterystyczne i jestem przekonana, że jeśli ja rozpoznaję ją, to ona mnie też, chociaż tego nie okazuje. Po prostu wypina tylną część stopy z wiązania i podjeżdża do wyciągu orczykowego. Zrzucam plecak i pośpiesznie za nią idę.

Słyszałam o niej co nieco. Nazywają ją Lodową Dziewicą.

Mam w kieszeni karnet na wyciąg. Zbliżam biodro do czytnika, czekam na sygnał dźwiękowy i przepycham się przez bramkę. Uchwyt skręca w moją stronę. Chwytam go, wsuwam między uda i już jadę w górę zbocza, obserwując okolicę.

Dzięki naturalnie niedostępnym poszarpanym urwiskom, wąskim żlebom i stokom zbyt stromym dla przeciętnego turysty Le Rocher cieszy się kultowym statusem wśród najlepszych narciarzy i snowboardzistów. A oto największa atrakcja: rynna Le Rocher. Długa na sto pięćdziesiąt metrów, o ścianach sześciometrowej wysokości, wybudowana zgodnie z olimpijskimi standardami i świetnie utrzymana.

Snowboardziści ruszają w dół pionowych lodowych ścian i robią zwariowane triki. Trudno rozpoznać ich pod kaskami i goglami, ale najpewniej kilka znakomitości przygotowuje się do jutrzejszych zawodów.

Szkoda, że nie przyjechałam wcześniej. Sezon zaczął się dwa tygodnie temu, jednak musiałam pracować. Odłożyć tyle pieniędzy, żeby wystarczyło na całą zimę, dzięki czemu będę mogła skupić się tylko na treningu. Nigdy nie zajmę miejsca na podium, jeśli będę nocami harować w jakimś gównianym barze. No nic. Pora nadrobić zaległości.

Saskia już jest na górze. Przyjechała na cały sezon czy tylko na zawody? Zjeżdża po ścianie rynny, a potem robi kolejny obrót o pięćset czterdzieści stopni. Świetnie ląduje.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam rynnę do trików, przeraziła mnie stromość pionowych ścian. To tylko złudzenie. Ona jest twoim sprzymierzeńcem. Jeśli wylądujesz poprawnie, nawet nie poczujesz uderzenia. Ale lód jest twardy jak beton, więc jeśli coś schrzanisz, będziesz w poważnych tarapatach.

Czuję ukłucia lęku, gdy zapinam wiązania. Pocą mi się dłonie w skórzanych rękawicach. Jestem bardziej zdenerwowana niż zwykle, ponieważ mam nową deskę – Magic Pipemaster 157, od mojego pierwszego sponsora.

Zazwyczaj podczas pierwszego przejazdu robię tylko proste skoki, żeby wyczuć rynnę, ale Saskia jest moją rywalką, więc przy ostatnim wybiciu zamierzam spróbować obrotu o pięćset czterdzieści stopni. Jadę wzdłuż rynny, nabierając prędkości, a potem nurkuję do środka. Trzymam deskę płasko na śniegu – nie ma sensu jechać na krawędzi, tylko bym się ślizgała. Przecinam spód rynny, a następnie wybijam się w powietrze. Odnajduję dłonią tylną krawędź deski i wypycham ją na zewnątrz. Wyskok z obrotem.

Te kilka bezcennych chwil nieważkości, gdy zatrzymuję się w powietrzu wbrew grawitacji – właśnie dla nich przez pół roku haruję w trzech różnych miejscach i wylewam siódme poty na siłowni.

Ląduję, nakręcona i gotowa na więcej. Od ściany do ściany, jak wahadło. Przy ostatnim wyskoku mocno się obracam i zaliczam pięćset czterdzieści – ledwie. Drżą mi palce, kiedy odpinam wiązania. Kocham tę deskę. Zatrzymam ją na zawsze – powieszę na ścianie i będę pokazywała wnukom.

Saskia idzie na górę pieszo, bo przed wyciągiem zgromadziła się spora kolejka, więc wspinam się za nią. Podczas kolejnego przejazdu robi dwa obroty o pięćset czterdzieści stopni, jeden za drugim. Ze strachu wywraca mi się żołądek. Zawsze sądziłam, że kiedy już znajdę sponsorów, będę mogła trochę wyluzować. Bardzo się myliłam. Presja wzrosła dziesięciokrotnie i muszę stale dbać o swój wizerunek. Nie mogę ich zawieść.

Zapinając wiązania, myślę o tym, co mam zrobić. Powinnam mocno się wybić za pierwszym razem, żeby przy drugim skoku być wystarczająco długo w powietrzu. Do dzieła.

Cholera. Właśnie runęłam jak długa na oczach wszystkich ludzi jedzących lunch tam, w dole. Plując śniegiem, wycieram gogle i pośpiesznie wracam na górę. Boli mnie kolano i nawet nie chcę myśleć o tym, czy Saskia to widziała.

Muszę to zrobić. Miejsce w pierwszej trójce to wyznacznik zawodowstwa, a tylko zawodowcy mogą trenować przez cały rok. Pragnę tego bardziej niż czegokolwiek innego w życiu, ale w odróżnieniu od Saskii nie pochodzę z bogatej rodziny.

Próbuję ponownie. Znów upadam. Prawa ręka bierze na siebie siłę uderzenia i ból przeszywa moje ramię. Kiedy wstaję, mam wrażenie, że Saskia uśmiecha się kpiąco. Próbuję jeszcze cztery razy, aż w końcu, jakimś cudem, mi się udaje. A Saskia robi obrót o siedemset dwadzieścia stopni.

Blask słońca zalewa rynnę. Za każdym razem, kiedy zaliczam jakiś trik, Saskia podnosi poprzeczkę. Daję z siebie wszystko, w granicach rozsądku. Jeśli coś sobie złamię przed jutrzejszymi zawodami, to mam przechlapane.

Po południu moja butelka na wodę jest znowu pusta. Już raz szłam do stacji, żeby ją napełnić. Tak jak poprzednio, zostawiam deskę na dole rynny, pośród barwnej zbieraniny sprzętu, i idę przez płaskowyż.

W drodze powrotnej mijam rodzinę narciarzy – mamę, tatę i malutkie dziecko – która żywo o czymś dyskutuje na skraju urwiska. Kiedy zerkam poza krawędź, widzę, w czym rzecz. W dole na śniegu leży malutka niebieska rękawiczka.

Ponownie spoglądam na rodzinę. Mężczyzna ma przypięte do siebie dziecko, całe otulone dla ochrony przed żywiołami. Widać tylko różowe policzki. A także jedną gołą rączkę. Malec musiał upuścić rękawiczkę, gdy jechali rozklekotanym wyciągiem krzesełkowym, który grzechocze w górze. Le Rocher to nie kurort dla rodzin i jest to pierwsza para z dzieckiem, jaką tutaj widziałam. Pewnie miejscowi.

Przechadzam się w obie strony wzdłuż urwiska. Wiele razy zeskakiwałam z większych wysokości. „Jeśli spadek ma mniej niż sześć metrów, nie można go nazwać urwiskiem”, twierdzi czasopismo „White Lines”. Ale stracę czas przeznaczony na trening. Oglądam się przez ramię na rynnę, gdzie Saskia będzie coraz bardziej zwiększać przewagę. Potem zerkam na dziecko i jego biedną gołą rączkę. Bez namysłu wsuwam butelkę z wodą pod bluzę i podbiegam do krawędzi. Kobieta zasłania usta dłonią, kiedy skaczę.

W powietrzu coś sobie uświadamiam. Z urwisk zawsze zeskakiwałam z przypiętą deską. Będzie bolało…

Spadam jak kamień. Widzę pod sobą biały puch i skały. Dotykam butami podłoża, przetaczam się przez ramię i nieruchomieję, oblepiona śniegiem. Podnoszę gogle i nad skrajem urwiska dostrzegam przerażone twarze rodziców dziecka. Gdzie ta rękawiczka?

Kiedy gramolę się na nogi, czuję w kolanie ostry ból. Dawna kontuzja, która czasami się odzywa. Podnoszę rękawiczkę, a rodzice klaszczą. Z całej siły podrzucam rękawiczkę, mężczyzna ją chwyta i rodzina znika mi z oczu. Teraz muszę wykombinować, jak wrócić na górę.

Po długiej wędrówce przez głęboki suchy śnieg w końcu docieram do rynny, spocona i zdyszana. A wszystko dla cholernej dziecięcej rękawiczki.

Termiczna koszulka przykleiła mi się pod pachami i wypiłam już połowę wody, ale przynajmniej deska czeka na mnie tam, gdzie ją zostawiłam. Saskia siedzi w pobliżu, z twarzą zwróconą do słońca. Wciąż nie zwraca na mnie uwagi, ale kiedy tylko biorę deskę, chwyta swój sprzęt i biegnie w stronę wyciągu. Śpieszę za nią, starając się odzyskać koncentrację.

Kiedy się wspinamy, jakaś postać w miętowozielonej kurtce wykonuje potężny skok z obrotem. O cholera – to dziewczyna! Snowboardzistki da się zazwyczaj rozpoznać po stylu jazdy – mniej energicznym, ostrożniejszym – ale ta laska jeździ jak facet, w pełni się angażuje. Jak mogę z kimś takim konkurować? Mam nadzieję, że to nie Brytyjka.

Biorę się w garść. Na razie muszę się skupić na Saskii. Kiedy zapinam wiązania, ona już wskakuje do rynny. Cholera. Właśnie zaliczyła dwa kolejne obroty o siedemset dwadzieścia stopni. Chyba nie dam rady tego zrobić.

Daj spokój! Twoi sponsorzy by się wycofali, gdyby wiedzieli, jaki z ciebie cykor!

Biorę głęboki oddech i wskakuję do rynny, ale moja deska reaguje z opóźnieniem i kompletnie się gubię. Przy ostatnim skoku udaje mi się zaliczyć tylko niepewny obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni.

Opadam do wnętrza rynny, ląduję na przedniej krawędzi deski i uderzam w jakiegoś nieszczęśnika, wywracając go na śnieg.

O Boże, właśnie skosiłam Curtisa Sparksa, trzykrotnego mistrza Wielkiej Brytanii i starszego brata Saskii.

Pomaga mi wstać.

– Tak mi przykro! – Bujam się w tym facecie od chwili, gdy obejrzałam wywiad z nim na portalu Onboard.

Ma blond włosy, ciemniejsze niż siostra i krótko przystrzyżone, oraz złocistą skórę z bladymi kręgami wokół oczu, od gogli.

– Nic się nie stało. Jesteś cała?

– Tak, a ty? Mocno cię uderzyłam.

Wydaje się rozbawiony.

– Przeżyję.

Podnoszę gogle, żeby sprawdzić, co z moją deską.

– Hej, widziałem cię na mistrzostwach w zeszłym roku.

– Ja ciebie też. – Speszona tym, jak na mnie patrzy, uważnie oglądam deskę. – Znów puściło wiązanie. Masz wkrętak?

– Rzućmy na to okiem. – Curtis kuca nad moją deską i chwyta wiązanie swoimi dużymi dłońmi. – Hej, Sass! – woła.

Oto i ona, obserwuje nas.

– Co zrobiłaś z moim wkrętakiem?

Saskia podchodzi, niosąc duży wkrętak z fioletowym plastikowym uchwytem.

Biorę go od niej.

– Dzięki.

Podnosi swoje różowe błyszczące gogle, ale nic nie mówi. Ma niesamowite oczy. Widziałam je na zdjęciach, jednak w rzeczywistości są jeszcze bardziej niebieskie. Jej brat ma podobne.

Zaciągam wiązanie, wkładając w to całą siłę, bo nie chcę, żeby znów się poluzowało. Już wcześniej musiałam pożyczać na górze wkrętak od jakiegoś gościa.

– Chcesz, żebym je mocniej zaciągnął? – pyta Curtis.

– Wyglądam, jakbym miała problem z rękami? – rzucam odruchowo.

Wiem, że to niezbyt uprzejme, ale czy byłabym tutaj, gdybym nie potrafiła zapiąć swoich cholernych wiązań?

Powstrzymując uśmiech, mierzy mnie wzrokiem.

– Nie widzę żadnych problemów.

Policzki mi płoną. Oddaję wkrętak. Nagle zauważam rozdarcie na dole jego nogawki.

– O Boże, podarłam ci spodnie.

Uśmiecha się szerzej.

– Nie przejmuj się, nie płacę za nie. Możesz na mnie wpadać, kiedy chcesz.

Co za flirciarz! I to w obecności własnej siostry.

– Dziwne, już drugi raz dzisiaj puściło mi wiązanie. – Przez niego bełkoczę bez sensu.

Uśmiech znika z jego twarzy.

– Naprawdę? – Odwraca się w stronę siostry.

Dlaczego tak na nią patrzy?

Saskia wygładza włosy na ramionach.

– Pewnie przez ten upał. Otwory w podstawie musiały się rozszerzyć albo coś.

– Mocno dzisiaj ciśniesz moją siostrę – mówi Curtis, nie spuszczając z niej wzroku. – Robi triki, jakich jeszcze u niej nie widziałem.

Saskia pochmurnieje. Może wcale nie ma nade mną takiej przewagi, jak sądziłam.

Wyciąga rękę.

– Cześć, jestem Saskia.

– Milla.

Uśmiecha się szeroko.

– Wiem. Przyjdziesz dzisiaj wieczorem? W barze Glow odbędzie się impreza przed zawodami.

– Eee, zazwyczaj nie wychodzę na miasto w przeddzień startu.

Saskia przekrzywia głowę.

– Dlaczego? Boisz się?

Klnę w duchu.

– Nie. Przyjdę.

5Obecnie

W lodowatej sali okolicznościowej podajemy sobie kartki z rzekomymi „tajemnicami”. Na wszystkich widnieje takie samo równe drukowane pismo.

– Co się dzieje? – Głos Curtisa jest niebezpiecznie cichy.

Zaskoczone twarze. Dale zaciska i rozluźnia pięści; Brent dusi szyjkę butelki. Heather rozgląda się po całej sali.

Curtis chwyta pudełko i energicznie nim potrząsa. Na pewno żałuje, że nie może z nami zrobić tego samego. Potrząsnąć nami na tyle mocno, żeby wydobyć jakieś odpowiedzi.

W pudełku coś grzechocze. Curtis wciska dłoń do otworu na spodzie. Rozlega się stukanie.

– Ma podwójne dno. – Odwraca pudełko i przykłada oko do długiej wąskiej szpary na wierzchu. – Nasze koperty wciąż tam są.

Oszołomione milczenie.

– Pokaż – prosi Brent.

Curtis rzuca do niego pudełko. Brent depcze je butem i drewno pęka.

– Po co to zrobiłeś? – pyta Curtis.

Ma rację. Założę się, że nasze tajemnice nie mogą się równać z tymi, które już odczytaliśmy.

Heather chwyta jedną z kopert i ją otwiera.

– „Mdleję na widok krwi”.

Nikt jej nie słucha.

Oczy Curtisa płoną.

– Ktoś to przygotował. Kto to był? – Patrzy na nas długo, badawczo, a my kolejno się wzdrygamy.

Nie chcę porzucić myśli, że to on mnie tutaj zaprosił. Powodem częściowo jest duma. Pochlebiało mi to – sądziłam, że coś oznacza. Miałam nadzieję, że tak jest. Ale skoro nie Curtis zaaranżował nasze spotkanie, to kto?

Brent idzie do wyjścia.

– Chrzanić to. Muszę się napić czegoś konkretnego. – Zatrzaskuje za sobą drzwi.

Policzki Heather pokrywają się różowymi plamkami. Później złapię ją na osobności i zapytam o Brenta, bo muszę wiedzieć, czy z nim spała. A jeśli tak, czy to było po tym, jak zaczęła się spotykać z Dale’em? No i po tym, jak Brent zaczął sypiać ze mną?

Dale prowadzi ją do okna i przez chwilę cicho o czymś rozprawiają. Czyżby pytał ją o Brenta? Na pewno.

Z nich wszystkich najmniej podejrzewam Heather o zorganizowanie czegoś takiego. Pierwsze trzy tajemnice wyraźnie miały ją upokorzyć. A może właśnie tak mam myśleć? Wcześniej, gdy zapytałam ją o zaproszenie, wyczułam, że kłamie.

Sączę piwo, żałując, że to nie coś mocniejszego, gdy nagle gwałtownie się wzdrygam. Curtis jest tuż za mną. Kiedy chce, potrafi poruszać się jak kot.

– Miałaś z tym coś wspólnego, Millo?

– Nie – odpowiadam. – Oczywiście, że nie.

Nie wygląda na przekonanego.

– Opowiedz mi o swoim zaproszeniu – mówię. – Kiedy je dostałeś?

– Jakieś dwa tygodnie temu.

– Ja też. – Z niewielkim wyprzedzeniem, ale rzuciłam wszystko.

Ponieważ sądziłam, że przyszło od ciebie.

– Dostałeś je na telefon czy na maila? – pytam.

– Na maila.

– Z jakiego adresu je wysłano?

Curtis spogląda na Dale’a i Heather.

– M. Anderson czy jakoś tak. Konto na Gmailu.

– Nie mam konta na Gmailu. Moje zaproszenie przyszło od C. Sparksa, również z Gmaila.

Tak długo układałam odpowiedź. Czy powinnam wspomnieć o Saskii? Złożyć kondolencje? Rozważałam, czy do niego nie zadzwonić. Na zaproszeniu nie było numeru telefonu, ale wciąż miałam go w swojej komórce, chyba że go zmienił, zresztą nawet jeśli tak, mogłam znaleźć nowy numer na jego stronie internetowej. W końcu stchórzyłam. Niezręczne rozmowy lepiej prowadzić twarzą w twarz.

Świetny pomysł! – napisałam. Przyjadę. Wspaniale, że się odezwałeś. Co porabiasz?

Po chwili nadeszła odpowiedź. Cieszę się, że będziesz. Do zobaczenia wkrótce.

Byłam rozczarowana, ale uznałam, że pewnie jest zajęty. No i jest facetem. Który mężczyzna pisze więcej, niż to konieczne?

Dopijam piwo. W odróżnieniu od Brenta, Curtisowi lata służą. Jest gładko ogolony, na brodzie wyraźnie zaznacza się dołeczek, a lekka opalenizna świadczy o tym, że pewnie niedawno był za granicą. Jego ciemne blond włosy są nieco dłuższe niż dawniej, ale mu z nimi do twarzy. Ma na sobie granatową kurtkę Sparks z białymi pasami wzdłuż rękawów.

Na zdjęciach w mediach społecznościowych widziałam, że jego firma odzieżowa ubiera całą jego rodzinę.

A raczej to, co zostało z jego rodziny.

– Kontaktowałaś się z resztą? – pyta Curtis.

– Nie.

– Nawet z Brentem?

Pyta z ciekawości, czy powoduje nim coś więcej?

– Nie.

Chcę go zapytać o tak wiele rzeczy. Jak często jeździ na desce. Gdzie mieszka. Czy z kimś się spotyka. Szukam na jego twarzy śladów dawnego ciepła albo chociaż oznak tego, że nie czuje do mnie nienawiści.

Ale Curtis jest bardzo rzeczowy.

– A może z kimś innym, kogo spotkaliśmy tamtej zimy?

– Nie. – Wtedy wskoczyłam do samochodu i odjechałam, pozostawiając za sobą całą zawieruchę. Usunęłam ich spośród znajomych na Facebooku. Skasowałam w telefonie ich numery. Wyrzuciłam ich ze swojego życia. Teraz tego żałuję, jednak chciałam zacząć od zera. – Ale łatwo mnie znaleźć w sieci. Jestem osobistą trenerką, mam bloga i stronę internetową.

Jeśli nawet je przeglądał, nie daje nic po sobie poznać.

– No tak.

– Ciebie też chyba nietrudno znaleźć?

– Tak.

Curtis najwyraźniej ma taką samą smykałkę do biznesu jak do jazdy na desce, bo Sparks Snowboarding, firma odzieżowa, którą założył siedem czy osiem lat temu, naprawdę rozwinęła skrzydła. Bardzo mi się podoba, co z nią robi. Każdego lata organizuje w Szwajcarii obozy snowboardowe, na których dzieciaki z biednych rodzin trenują freestyle u boku młodych gwiazd sportu.

Po drugiej stronie sali Dale podnosi głos, ale cichnie, gdy widzi, że na niego patrzymy. Heather kręci głową i przyjmuje postawę obronną. Nie podoba mi się to, co widzę. Jeśli tknie ją choćby palcem, podejdę do nich.

Brent wraca z butelką Jacka Danielsa i szklankami.

Biorę jedną.

– Dobry pomysł. Może to mnie rozgrzeje.

Brent nalewa mi whiskey – ręka wyraźnie mu drży. Upijam łyk i krzywię się. Boże, ale mocne. Po drugiej stronie sali Dale i Heather wciąż się kłócą.

– Napijesz się, Curtis? – pyta Brent.

– Nie, dzięki. A ty czym się obecnie zajmujesz? – pyta go Curtis.

Brent nalewa sobie solidną porcję i wychyla duszkiem.

– Murarką.

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego.

– Rodzinny interes. – Brent chyba zauważył nasze miny.

Teraz rzeczywiście dostrzegam, że ma szerokie barki i szorstkie dłonie. I lekko się garbi.

Przypominam sobie jego marzenia o udziale w igrzyskach olimpijskich i coś się we mnie skręca.

W przypadku większości sportowców sława jest ulotna, choć widać to zwłaszcza w tak niebezpiecznych dyscyplinach jak nasza. Kiedy jesteś na szczycie, wszyscy stawiają cię na piedestale i czczą jak bohatera, ale wystarczy jeden błąd. Zbyt szybkie lub zbyt późne opadnięcie na ścianę rynny; trafienie w koleinę zostawioną przez poprzedniego zawodnika. Jedna malutka pomyłka w ocenie sytuacji. Albo zwykły pech. Stawka jest tak wysoka, że gdybyśmy o tym myśleli, w ogóle byśmy nie skakali, chyba że komuś życie byłoby niemiłe.

Wszyscy w końcu upadamy, ale Brent upadł boleśniej niż większość. Był pupilkiem Burtona, twarzą Smasha. Przeglądałam rankingi, licząc na to, że znajdę jego nazwisko, jednak całkowicie zniknął ze sceny, tak samo jak ja. Podejrzewałam, że doznał poważnej kontuzji, ale teraz mam wątpliwości. Czyżby przestał startować ze względu na mnie? Jeśli tak, nie zniosłabym tego.

Curtis dochodzi do siebie szybciej niż ja.

– I jak ci się wiedzie?

– Robota jak robota. – Brent przechodzi do defensywy.

– Masz stronę internetową? – pytam.

– Tak.

Curtis i ja wymieniamy spojrzenia. Zatem każdy mógł znaleźć adres mailowy Brenta.

Heather, ze spuszczoną głową, pośpiesznie wychodzi z sali. Powinnam pójść za nią?

Nie. Wyglądała na zdenerwowaną, a ja w tej chwili nie mam siły patrzeć, jak ryczy w damskiej toalecie. Nigdy nie wiem, co powiedzieć w takiej sytuacji. Kiedy sama jestem zdenerwowana, tłumię to w sobie. To mi się podobało w Saskii. Nigdy się przy mnie nie rozkleiła.

Widziałam kiedyś, jak Odette płacze, ale gdybym usłyszała takie wieści jak ona, też bym się poryczała.

Płakałabym bez końca.

„Już nigdy nie będzie pani chodziła”.

Dopijam whiskey. Nie będę o tym myśleć. Znajdę Heather, kiedy trochę się uspokoi.

Dale stoi przy oknie z butelką w dłoni. Zerka na Brenta, a potem odwraca się plecami. Co powiedziała Heather?

– Jak tutaj dotarliście? – pyta Curtis.

– Samolotem, dziś rano – odpowiada Brent.

– Z Grenoble?

– Z Lyonu.

– To dlatego cię nie spotkałem. – Curtis kiwa głową. – Poleciałem do Grenoble.

Widziałam lotniskowe przywieszki na ich torbach z deskami.

– Ja przyjechałam samochodem – mówię.

Curtis unosi brwi.

– Taki kawał drogi?

– Ze względu na dawne czasy. Miałam okazję trochę porozmyślać. – Między innymi o tobie.

Heather wpada do sali. Jest zdyszana.

– Słuchajcie, zniknęły nasze telefony.

6Dziesięć lat wcześniej

Saskia obejmuje mnie ramieniem, jakbym była jej nową najlepszą przyjaciółką. Pachnie oszałamiającymi egzotycznymi perfumami, ale jest bez makijażu, nie licząc fioletowej kreski na powiekach, dzięki której jej oczy wydają się jeszcze bardziej niebieskie.

Siedzimy w barze Glow, jest nas sześć, same dziewczyny. Nie miałam pojęcia, w co się ubrać. W takich miejscach kobiety zazwyczaj starają się mieć na sobie jak najmniej ciuchów. Chrzanić to. Na zewnątrz jest minus dziesięć. Włożyłam cienkie dżinsy i sweter, przygotowana, że wyjdę na nudziarę, ale dziewczyny siedzące przy naszym stoliku, głównie Francuzki, także ubrały się w dżinsy i swetry, a do tego wszystkie wciąż mamy na sobie kurtki snowboardowe. Jestem wśród swoich.

Na scenie jakiś zespół gra hałaśliwego punk rocka.

Saskia przekrzykuje muzykę.