Rozdroża. Z klas(yk)ą w łóżku - Augusta Docher - ebook

Rozdroża. Z klas(yk)ą w łóżku ebook

Docher Augusta

4,6

Opis

Z klas(yk)ą w łóżku. Rozdroża

Pierwsza polska seria fanfiction oparta na klasyce romansu!

Jane Eye po stracie przyjaciółki pragnie rozpocząć nowe życie. Opuszcza Nowy Jork, by przenieść się do angielskiego majątku Thornfield Hall, miejsca, w którym czas się zatrzymał. Ma tam sprawować opiekę nad córką sir Edwarda Fairfaxa Rochestera, właściciela dworu. Dzięki swojemu oddaniu zyskuje sympatię małej Adelki, a bezkompromisowym podejściem do obowiązków budzi jednocześnie irytację i szczery podziw Rochestera. Mimo trudnych początków - wbrew woli Edwarda i rozsądkowi Jane -między bohaterami rodzi się coś więcej...

Ponadczasowa opowieść w nowej odsłonie - o tym, jak samotność łączy pozornie różnych od siebie ludzi, a szaleństwo zmieszane z pożądaniem prowadzi do tragedii. Czy ta historia ma szansę na szczęśliwe zakończenie?

Pierwsza część cyklu Z klas(yk)ą w łóżku to fanfic na motywach najbardziej znanej powieści jednej z sióstr Brontë. Czy można tu mówić o profanacji? Oczywiście! Herezji? Bez wątpienia! Bezczelności? Jak najbardziej! Pozwól sobie na odrobinę szaleństwa i daj się porwać niepoprawnej guilty pleasure. Wraz z Jane Eye poznaj tajemnice skrywane za grubymi murami Thornfield Hall.

#profanacja #herezja #bezczelność

Czytałam już wiele książek Augusty, ale ta jest zupełnie inna. Naprawdę klasyczna, jak zapowiada tytuł, ale ma w sobie to coś, co powinien mieć dobry romans. Według mnie ta pozycja, udowadnia, że Docher doskonale radzi sobie z każdym tematem. Polecam gorąco!

Małgorzata Falkowska, autorka książki "Ilias"

Coraz mniej osób sięga po klasykę. A szkoda, bo na kartach tych powieści ukryte są niesamowite historie. Augusta Docher postawiła przed sobą trudne zadanie - postanowiła ją odczarować. I udało się jej to bardzo dobrze! "Rozdroża. Z klas(yk)ą w łóżku" to pierwszy tom cyklu, który pokochają czytelniczki ceniące połączenie współczesnego pióra z niepowtarzalnym klimatem tamtej epoki. Polecam!

Joanna Wolf

Augusta Docher odważyła się "sprofanować" powieść legendę i "bezczelnie" napisała ją w swoim stylu -- a przy tym pokazała ogromną klasę. To hołd autorki dla klasyków gatunku. Serdecznie polecam!

K.N. Haner, autorka powieści, . serii o MorfeuszuSponsor i Drwal

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 448

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (5 ocen)
3
2
0
0
0
Sortuj według:
EdytaCiach33

Nie oderwiesz się od lektury

Podobała mi się i to bardzo .
00

Popularność




Augusta Docher

Rozdroża

Z klas(yk)ą w łóżku

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz Wydawnictwo HELION dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Wydawnictwo HELION nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Redaktor prowadzący: Barbara Lepionka

Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.

Wydawnictwo HELION

ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE

tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63

e-mail: editio@editio.pl

WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

http://editio.pl/user/opinie/zklasy_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

ISBN: 978-83-283-6310-6

Copyright © Augusta Docher 2019

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Tytułem wstępu

Wiecie, co oznacza wyrażenie guilty pleasure? To skrywana przyjemność, coś wstydliwego, grzesznego, ale kuszącego tak bardzo, że w końcu poddajemy się temu pragnieniu. Pisanie tej książki było moim guilty pleasure. Dlaczego? Bo pozwoliłam sobie na prawdziwą profanację, herezję i bezczelność. Napisać fanfic jednej z najpiękniejszych historii o miłości, jakie powstały? Trzeba mieć tupet.

Ale ja naprawdę o tym marzyłam.

Często pytacie mnie, czy mam ulubionego autora, którego dzieła biorę w ciemno, albo prosicie o podanie tytułu mojej najukochańszej książki, tej przeczytanej dziesięć razy, znanej prawie na pamięć. O ile na pierwsze pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, o tyle na drugie tak: Dziwne losy Jane Eyre autorstwa Charlotte Brontë skradła moje serce na zawsze. To wspaniała powieść, napisana z nieosiągalnym dla mnie talentem.

Dlatego: #profanacja #herezja #bezczelność…

Przygodę czas zacząć!

Prolog

Moja żona nie żyje. To, że jest martwa, nie ulega wątpliwości. Pogruchotane o kamienny dziedziniec kończyny leżą nienaturalnie powykrzywiane, układem przypominają swastykę. Odcinają się czernią od bieli śniegu, który zjawił się nie wiedzieć kiedy i jak. Przecież nie padało, jest wyż, mroźno, pełnia księżyca.

I pomyśleć, że kochałem ją nad życie.

Była dla mnie objawieniem.

Kimś nieosiągalnym.

Nie pojawiła się w moim życiu przypadkowo. Można by rzec, że nasze małżeństwo zostało zaaranżowane — ale kto powiedział, że taki związek jest z góry skazany na porażkę? Od pierwszych chwil czułem, że to ta kobieta. Najlepsza z wszystkich kobiet, najlepsza dla mnie: piękna, inteligentna, jaśniała jak gwiazda. Ja mogłem jedynie lśnić światłem od niej odbitym.

Kiedy sprawy przyjęły zły obrót? Nie potrafię tego stwierdzić. Ten moment nastąpił niepostrzeżenie. Równia pochyła, było coraz gorzej, lecz ja tego nie dostrzegałem. Ciągle w nią zapatrzony, zaślepiony jej nieziemskim blaskiem. Ale zmiany postępują — na tym właśnie polega ich stałość, na zmienności, z dnia na dzień wszystko się zmienia, powoli, konsekwentnie, dyskretnie, prawie niezauważalnie.

Podobnie jak krew, która sączy się z roztrzaskanej czaszki i tworzy wokół głowy ognistoczerwoną aureolę.

Rozdział 1

Jak wrzosu gałązka, którą w pustym polu Wiatr dziki wirem unosi…1

Jane

Rekruterka to zadbana babka pod pięćdziesiątkę. Czuję suchość w ustach, gdy na nią patrzę, taka jest chuda, matowa i naciągnięta. Ubrana w ciuchy, na które nigdy nie będzie mnie stać, pachnąca czymś, co musiało kosztować milion monet. Ale to nie problem, zauważalny brak kompetencji też nie, w końcu to tylko człowiek, który przyjmuje innego człowieka do pracy. Rzecz w słodyczy, wprost nią ocieka. Drażni mnie to.

Kolejny raz zagląda w moje papiery, przelatuje je wzrokiem, pociera nerwowo koniuszek noska, pieczołowicie i precyzyjnie ukształtowanego przez chirurga, i podnosi na mnie sztuczne błękitne spojrzenie.

— Wie pani, panno…

— Eye.

— …że ta praca wiąże się z wyjazdem, a kontrakt opiewa na rok?

— Tak.

— Nie będzie pani miała możliwości przyjazdu do Stanów przez czas trwania kontraktu.

— Wiem, poznałam dokładnie treść oferty.

— A co z rodziną? Ze znajomymi?

— Nie mam rodziny. Znajomych też nie.

Jej zaskoczenie mnie bawi. Kilka razy mruga, chrząka, znowu pociera nos, w końcu ciekawość zwycięża.

— Nie ma pani nikogo bliskiego w Nowym Jorku?

Czemu mnie dręczysz, kobieto? Nie, nie mam nikogo. Minęło dziesięć dni od śmierci Helen, wczoraj był pogrzeb. Nie pojechałam do Sandusky, gdzie mieszkają jej rodzice. To oni załatwili pochówek. Zgodnie z wolą córki państwo Burnsowie rozsypali jej prochy nad brzegiem jeziora Erie, a po cichej ceremonii, szczęśliwi, że już po wszystkim, wrócili do domu i stadka kotów rasy maine coon. Nie było żadnego nabożeństwa ani zwyczajowego przyjęcia po pogrzebie, sąsiadek przynoszących zapiekanki z makaronu dla pogrążonej w rozpaczy rodziny. W każdym razie ja nie dostałam żadnej, bo i od kogo?

— Mówiłam. Moi rodzice nie żyją, wychowałam się w rodzinie zastępczej. Jestem jedynaczką, a przyjaciółka, z którą mieszkałam, zmarła niedawno na białaczkę.

— Och. — Jest szczerze stropiona.

Tak, proszę pani. Ani pół osoby, ani ćwierć się nie ostała — dopowiadam w myślach. Kiedyś spytałam ciotkę Sarę, czy mam jakichś krewnych ze strony ojca. Stwierdziła, że nic o tym nie wie, a potem mnie przegoniła. No, może Bessie Lee, pomoc domowa w majątku Reedów, jest dla mnie kimś ważnym, ale ona się nie liczy; wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i zaborczego męża, który nie znosi, gdy Bessie poświęca swój czas i uwagę komukolwiek poza nim i ich potomstwem. Jestem sama jak palec, samotność to moje drugie imię, nawet pierwsze, bo definiuje mnie bardziej niż Jane, ale tego nie powiem, ponieważ to rekrutacja do pracy, nie sesja u psychoanalityka.

— Od dziecka marzyłam o wyjeździe do Europy. Chciałam zwiedzić Stary Kontynent — mówię ze zbędną egzaltacją w głosie. — Marzę o tym, by zobaczyć te wszystkie miejsca, o których czytałam.

To dobra wypowiedź. Rekruterka może przestać myśleć, jak niezręcznie wypadło jej pytanie. Skoro ja bagatelizuję wszystkie nieszczęścia, które mnie spotkały, tym bardziej ona nie musi się rozczulać i okazywać współczucia. Nawiasem mówiąc, kolejny raz stwierdzam, że ten nabór przeprowadziłby lepiej nawet Scott, nasz dozorca, chociaż jest alkoholikiem i jedyne, na czym się zna, to skład drużyny Jetsów i jej poczynania.

— Proszę wybaczyć, ale wolę o tym wspomnieć, o rocznej nieobecności. Nie każdy łatwo znosi tęsknotę wywołaną długą rozłąką. — Nachyla się nad biurkiem.

— Żeby jakkolwiek znosić tęsknotę, trzeba najpierw ją poczuć.

Jeszcze chwila, wstanę, zaraz za drzwiami potargam na strzępki formularz zgłoszenia i poślę w diabły tę ckliwą babę. Masz mnie przyjąć do pracy! Nie stękać nad moim losem!

— A dlaczego zrezygnowała pani z pracy w… — Spogląda w moje CV.

— Bo chciałam coś zmienić. — Nie czekam, aż znajdzie nazwę prywatnego przedszkola na Manhattanie. — Pracowałam tam ponad dwa lata, a teraz chciałabym zdobyć nowe doświadczenia. Nie miałam na razie okazji sprawdzić się w wychowaniu indywidualnym, ale czuję się na siłach, by podjąć to wyzwanie.

— Jestem pewna, że tak będzie. — Jej uśmiech można butelkować i sprzedawać jako dietetyczny zamiennik syropu klonowego. — Dobrze, panno…

— Eye — podsuwam.

Zamiast rozpływać się w czułościach, zapamiętałabyś moje nazwisko! — jestem spocona z irytacji. I pomyśleć, że niepokoiłam się tą rozmową. Jak wypadnę? Czy moje kompetencje są odpowiednie i tak dalej, a tu w miejsce rzeczowego headhuntera mam żonę ze Stepford.

— Panno Eye, powiadomimy panią o wynikach rekrutacji.

Alleluja! Wreszcie jakiś konkret.

— Będę czekać.

— Trzymam za panią kciuki.

Litości!

***

Nie spytałam, kiedy i w jaki sposób dowiem się, czy moja kandydatura została przyjęta. Bardzo możliwe, że z góry założyłam porażkę. Z pewnością byłam najmniej sympatyczną kandydatką na opiekunkę do dziecka, jaka się zgłosiła, ale nie powstrzymuje mnie to przed pakowaniem skromnego dobytku. Tak czy owak, cel jest jasny: wyjechać. Wyjechać jak najdalej, zostawić za sobą całą przeszłość, odciąć się od niej grubą krechą, nawet od tych nielicznych miejsc, rzeczy i osób, z którymi łączyło mnie jakiekolwiek przywiązanie.

Nie warto.

Nie warto się przywiązywać.

Mija trzeci dzień od rozmowy kwalifikacyjnej. Mieszkanie moje i Helen, bo jej rzeczy też musiałam uprzątnąć, jest już puste. Oddałam to, co nadawało się do użytku, przygotowałam na wyjazd najpierw trzy walizki, potem dwie, na końcu jedną. Wystarczy. Im mniej balastu, tym lżej żyć. Garstka ubrań, nie to, co ulubione, tylko to, co niezbędne, dwie pary butów, kilka książek. Jedyna słabostka? Mały jasiek, z którym zawsze spała Burns. Ciągle pachnie jej włosami. Dlaczego życie jest takie… Nie wiem. Trudne? A jednocześnie wciąż czuję w sobie zupełnie niepojętą chęć i siłę, żeby się z nim zmagać, żeby pokazać, że trwam. Trwam ponad wszystko.

Szukam kolejnych ofert, sprawdzam codziennie ogłoszenia, niestety, równie dobra okazja się nie powtarza. Zapada wieczór, kładę się spać bez wielkiego żalu czy rozczarowania. Czyżbym była już tak zgorzkniała i smutna, że porażkę uznaję za coś oczywistego, naturalnego bardziej niż oddychanie? Jakże jestem zaskoczona, kiedy rankiem dostaję wiadomość: „Panno Eye, dzień dobry. Z przyjemnością informuję, że Pani kandydatura została przyjęta. Proszę się zgłosić do mojego biura w czwartek, o godzinie szesnastej. Pozdrowienia”.

Pozwalam sobie na chwilę radości. Trzeba uczcić zwycięstwo, idę do kuchni, wyjmuję z szafki metalową puszkę po solonych orzeszkach. Burns trzymała w niej ciasteczka. To była jej słabostka: cynamonowe ciasteczka, twarde i brzydkie. Zjadam ostatnie ciastko, a puszkę wkładam z powrotem do szafki. Zero waste — nie śmiecić. Tak zawsze mówiła Helen. Nie, wtedy zmieniała się w Burns. Gdy miała do powiedzenia coś ważnego, oświadczała: „Ja, Burns, ci to mówię”. Dobrze więc, nie będę śmiecić, zamierzam kontynuować jej bezsensowne dzieło ochrony natury przed odpadkami. Boże, jakież to jest głupie! Co jak co, ale Amerykanie to najgorsze świntuchy, jakich nosi na grzbiecie matka ziemia. A kimże ja jestem? Jednostką w oceanie świntuchów.

Dobrze, że jako ludzie mamy niezbywalne prawo do popełniania głupstw.

Edward

Gdyby Celina Varens nie była dziwką, mógłbym ją uznać za ideał kobiety — inteligentna, rzeczowa, konkretna, błyskotliwa i z poczuciem humoru, a przy tym wyjątkowo piękna, niekierująca się ślepo modą, niezbyt chuda, raczej kształtna, z wyczuwalną warstewką tłuszczu pod gładką skórą. O tak, Celina spełnia wszelkie moje osobiste kryteria, bym mógł uważać ją za skończoną piękność i chodzący ideał. Mówię jej to, a ona wybucha śmiechem, szczerym, prawdziwym jak jej naturalne blond włosy i biust (nie mam pojęcia, jaki rozmiar mają piersi Celiny, ale są perfekcyjne i mieszczą się idealnie w moich dłoniach).

— Masz pomysły, ja idealna? — Zsuwa się z mojej klatki piersiowej i siada po turecku. Widzę jej słodką jasnoróżową cipkę i czuję, że za chwilę znowu się w niej znajdę. — Daleko mi do ideału, drogi hrabio. — Chichocze.

Uwielbia żartować z mojego pochodzenia, nadużywa tytułów i posługuje się nimi zupełnie bez sensu. Nigdy nie miałem hrabiowskiego tytułu, moi przodkowie też.

— W mojej ocenie jesteś perfekcyjna. Byłabyś doskonałą żoną — droczę się z nią.

— Jestem dziwką, nie żoną.

— Dziwki też mogą wychodzić za mąż — zauważam.

— Nie umiem gotować.

— Ale lubisz.

— Nie wychodzi mi! Pamiętasz brownie bez mąki? — Potrząsa głową.

Jak mógłbym zapomnieć tę bulgoczącą papkę, którą kiedyś wyjęła z piekarnika. Chciała upiec domowe ciasto, sprawić mi przyjemność — i zasadniczo ją sprawiła, bo ostatecznie czekoladowa masa wylądowała na jej brzuchu i cipce, a ja zlizywałem słodkości przez godzinę.

— Lubię twoje brownie. — Kilka razy mlaszczę ze smakiem. — Mogłabyś znów je przyrządzić.

— Nienawidzę sprzątać i dekorować domu — wymienia kolejny argument.

— Można wynająć służbę, to błahostka. Zapłacisz komu trzeba, będzie pucował chałupę i dmuchał na domowe ognisko za ciebie.

— Nie lubię dzieci. To przeszkoda nie do pokonania.

— A kto powiedział, że ja lubię dzieci? — Wybucham śmiechem.

— Przestań! — Wymierza mi kuksańca w brzuch. — Masz dziecko i nie mów więcej takich rzeczy.

— Masz rację, nie mówmy o tym — zamykam temat.

Co jak co, ale sypialnia w prywatnym apartamencie dziwki, nawet tak luksusowej, jaką jest Celina, to nie miejsce na dyskusje o dzieciach, mimo to gospodyni drąży temat i wypytuje o Kate, opiekunkę mojej córki. Niepotrzebnie zwierzyłem się ostatnio Celinie z problemów z młodą, urodziwą studentką medycyny, która wzięła roczny urlop i zatrudniła się u mnie. Nie ma nic złego w studentkach medycyny, przeciwnie, są inteligentne i kompetentne, szkoda, że akurat Kate cechował nadmierny romantyzm. Bardzo szybko uznała, że kilka szybkich numerków, które zaliczyliśmy w ogrodzie, w mojej garderobie, w moim gabinecie, w samochodzie i w paru innych miejscach, uprawnia ją do snucia planów długiego i wspólnego życia. Zakochała się na śmierć albo we mnie, albo (co raczej bardziej prawdopodobne) w moim majątku. A gdy jeszcze pomyślę o starciu w mojej sypialni pomiędzy nią a Blanką Ingram… Cóż, było ostro, ale nie tak, jak bym tego oczekiwał. Dlatego właśnie musiałem ją odprawić.

— Katherine? — Podkładam rękę pod głowę. — Nie mam pojęcia, co u niej. Już nie pracuje w Thornfield.

— Zwolniłeś ją?! — W głosie Celiny wybrzmiewa udawane oburzenie. — Jesteś okropny, baronie, podły i bez serca. Szowinistyczna świnia. Najpierw uwiodłeś dziewczynę, a jak się zakochała, zwolniłeś.

— Wypraszam sobie. Tego barona. — Puszczam jej oko. — I nie zwolniłem, sama wypowiedziała umowę.

— Uważaj, bo ci uwierzę. — Celina wydyma słodkie usta.

— Czy to ważne? Odeszła i już, problem z głowy.

— Wstręciuch bez serca. A Adelka? Na pewno tęskni.

— Moja córka od początku nie przepadała za Kate, zresztą już zatrudniłem nową nianię. Żeby mnie nie kusiło, wybrałem brzydulę. Urodą nie grzeszy, ale jest kompetentna i ma świetne referencje.

— Jesteś okropny.

— Raczej szczery. Ty też, dlatego cię lubię. Chodź tu. — Kiwam na nią palcem. Dość gadania. Mam ochotę na seks z ideałem. — No już, pogalopuj na koniu barona. — Popędzam ją, bo się ociąga i zamiast wskoczyć na mnie, siedzi, uśmiecha się przekornie i nawija kosmyk włosów na palec. Dobrze wie, że nieziemsko mnie kręci, gdy stroi minki niegrzecznej uczennicy. — Celino Varens, jeśli natychmiast nie wskoczysz na mojego fiuta, dostaniesz lanie, zobaczysz! — Siadam, żeby ją schwytać za rękę, ale nie daję rady.

Celina z piskiem umyka z sypialni, gonię ją po wielkim apartamencie, biegamy wokół kuchennej wyspy i dopiero drobny wypadek — Celinie odjeżdża noga przy kolejnym okrążeniu — sprawia, że udaje mi się ją dorwać. Przerzucam kochanicę przez ramię i niosę do sypialni, po drodze wymierzam kilka soczystych klapsów.

Lubi to, ja też. Mówiłem już, że ta kobieta to ideał?

Jane

Lot okazał się koszmarem. Spędziłam całą podróż w słuchawkach, do tej pory bolą mnie uszy. Ledwie je zdejmowałam, a zażywny grubasek, którego los usadził po mojej prawej stronie, zaczynał ankietę. Gdzie pani leci? Na długo? W jakim celu? Smaczny ten lunch, prawda? Lubi pani Steinbecka? Wolę załogę w czerwonych uniformach, te ciemnozielone są zbyt smutne, jak pani myśli?

Przypuszczam, że mój towarzysz boi się latać i słowotokiem knebluje swój strach. Niestety, panie Gadatliwy, to nie działa. Nie da się zagadać strachu, podobnie jak smutku, bólu i innych nieprzyjemnych uczuć. Nie da się zawrzeszczeć cierpienia. Ono zawsze ma pierwszy głos i cichnie dopiero wtedy, kiedy samo zechce.

Nocuję w miejscowości Lowton. Mają tu całkiem przyzwoity hotel o nazwie Pod Królem Jerzym; pokój wygodny, a śniadanie za bogate — zostawiam połowę, zwłaszcza fasolę traktuję jak najgorsze zło. Jest paskudna. Godzinę później przyjeżdża po mnie samochód. Puszczam w eter modły do wszystkich bóstw, żeby kierowca nie okazał się równie uciążliwą gadułą jak koleś z samolotu. Na szczęście ten mężczyzna, na oko pod pięćdziesiątkę, zachowuje się normalnie. Każde zdanie jest wyważone i potrzebne, zbędnych pytań brak. John, bo tak się przedstawił, nosi służbowy mundur, całkiem przyjemny dla oka, chociaż jak dla mnie białe lampasy na nogawkach jego spodni są zbyt ostentacyjne. Czuję się jak ktoś z rodziny królewskiej, gdy John otwiera przede mną drzwi czarnej, lśniącej limuzyny dłonią w białej rękawiczce.

Ho, ho! Awansowałaś, Jane!

— Pierwszy raz na Wyspach? — zagaduje po kwadransie mój kierowca.

Na marginesie: chyba ktoś narzucił mu ten oficjalny strój, bo bardzo szybko pozbywa się rękawiczek, wciska je do schowka w drzwiach i z ulgą kładzie nieosłonięte dłonie na kierownicy.

— Tak.

Zapada cisza. Jedziemy. Rozglądam się, ale widok za oknem nie porywa. Głównie pustki, jakieś pola, skrawki lasu, czasami mignie mały dom otoczony równie niewielkim ogródkiem. Nudna ta Anglia. Podoba mi się. Czuję, że ten rok będzie dla mnie dobry, wtopię się w tło jak mijane co rusz łagodne pagórki.

— Lubi pani dzieci?

A to mnie zastrzelił. Zaskoczenie tym większe, że oczekiwałam tego pytania, ale nie od kierowcy. Nie on powinien mnie o to spytać, a szanowna rekruterka, gdy rozpatrywała moją kandydaturę na opiekunkę do dziecka. Co teraz? Co mam odpowiedzieć temu miłemu człowiekowi? Bo jest miły. Takie rzeczy czuje się od razu. Widać, że nie lubi wściubiać nosa w cudze sprawy, natomiast gdy coś mu się powie, jest ostatni, by oceniać. Skąd to wiem? Intuicja.

— Szczerze? Nie wiem, czy lubię dzieci. Nie mam własnych.

— Alicja wspominała.

Też mi komentarz! Czyżby w ogóle nie obchodziła go właściwa treść odpowiedzi? Po co pytał? Żeby cokolwiek powiedzieć? Zresztą jakie to ma znaczenie?

— Kto to Alicja?

— Nasza ochmistrzyni, szefowa personelu, prywatnie dalsza krewna sir Edwarda. Jej mąż był pastorem w Hay, małej wiosce niedaleko Thornfield, niestety zmarł. On i matka sir Edwarda, z domu Fairfax, byli kuzynami — wprowadza mnie w zawiłości rodzinnych koligacji, ale nie to mnie interesuje, a coś innego.

— Sir Edward?

— Tak. Nasz pan należy do arystokracji.

Szok. Arystokracja? Jak to dziwnie brzmi. Nie sądziłam, że będzie mi dane poznać kogoś z tej sfery, chociaż doskonale wiem, że w Anglii jest arystokracja. Jest królowa, są książęta, trzy razy oglądałam relację ze ślubu Kate i Williama, bo Helen mnie męczyła. Uwielbiała rodzinę królewską, często stękała, że powinna była urodzić się w takiej, a potem dodawała naprędce, że to ja bardziej nadawałabym się na królową, bo jestem dumna, wyniosła i opanowana. Ja wyniosła? Prędzej nudna i drętwa. Nie mam natury słodkiej idiotki, nie szczebioczę, rzadko odzywam się niepytana, wolę milczeć niż paplać bez potrzeby i ktoś, kto mnie nie zna, faktycznie może to odebrać jako wyniosłość, ale to nieprawda.

Swoją drogą Kate jest dla mnie wzorem absolutnego piękna. To najpiękniejsza kobieta, jaką widziałam. Idealna na co dzień, idealna zawsze, nawet w czasie rozlicznych ciąż i zaraz po urodzeniu idealnych królewskich potomków. Zdaję sobie sprawę, że gdzieś, kilkaset mil stąd, stoi królewski pałac, ale w najśmielszych snach nie myślałam, że mój pracodawca należy do tych kręgów. Kupię podręcznik do etykiety dworskiej i będę zakuwać. Nie mogę zawieść mojej Helen, pewnie często spogląda na mnie z nieba.

— Czyli nie lubi pani dzieci — odzywa się po chwili John.

A jednak! Dotarło.

— Tego nie powiedziałam.

— Panienka Adele jest dziwnym dzieckiem.

— Ja też jestem dziwna. — Nie wiem, czemu to mówię. Niestety, już za późno, by cofnąć słowa. Oby John nie poczuł się sprowokowany do pytań.

— Będziecie do siebie pasować. — Słyszę ciche parsknięcie pod nosem. — Już prawie jesteśmy na miejscu — oświadcza, gdy skręcamy z głównej w nieco węższą drogę. — To teren przynależny do rezydencji. Proszę zwrócić uwagę na kunszt, z jakim wykonano bramę. Jest bardzo stara, liczy sobie tyle lat co majątek.

Na tym koniec wykładu historycznego. Jeśli będę zainteresowana, Alicja z chęcią opowie mi więcej o rezydencji. Nie wykluczam takiej pogadanki, bo dwór robi na mnie imponujące wrażenie. Wysiadam z samochodu, zadzieram głowę i tracę dech w piersiach, bo nigdy nie widziałam na żywo równie wspaniałego budynku. Bez wątpienia to stara budowla, szarobura elewacja wygląda na dosyć brudną, tu i ówdzie odpadł tynk, odsłaniając cegłę, ale to tylko dodaje uroku budowli. A okna? Są niesamowite, wielkie, wysokie, z gęstą siatką szprosów.

— Obłęd — mamroczę do siebie.

To niewyobrażalne, że będę tu mieszkać przez następne dwanaście miesięcy. Ciekawe, gdzie wyznaczono mi miejsce. Które z okien będzie oknem mojej sypialni? W którym skrzydle zamieszkam? W lewym czy prawym? A może od frontu? Ten dom ma z pewnością absurdalnie wielką powierzchnię i pomieściłby dwadzieścia amerykańskich rodzin. A schody? Po co takie szerokie schody? Rozpościerają się niemalże na całej szerokości frontu budynku. Och, urządzić na nich pokaz mody to byłoby coś!

Krew szybciej krąży w żyłach, gdy stoję tu i podziwiam majestat budowli, geniusz kogoś, kto zaprojektował każdy detal: ozdobne fryzy nad oknami, kamienne donice, płaskorzeźby na trójkątnym tympanonie. To naprawdę przepiękny budynek. Aż brakuje tchu, kiedy się na niego patrzy.

— Zaniosę bagaże. — John sprowadza mnie na ziemię.

Wchodzimy do środka. Nie mam okazji się rozejrzeć, bo od razu podchodzi do nas jakaś dziewczyna (chcielibyście widzieć jej strój, wygląda jak żywcem przeniesiona z planu filmowego) i prowadzi do pani Alicji Fairfax, która już na mnie czeka w końcu korytarza. Podaje mi rękę i przedstawia się, ja robię to samo, zastanawiając się, czy wypada mi mówić do niej po imieniu. Nie powiedziała, ile ma lat, ale na oko dałabym jej ciut więcej niż Johnowi. Moje wątpliwości zostają błyskawicznie rozwiane.

— Mów mi Alicja, kochanie.

Ochmistrzyni Thornfield urzęduje w zacisznym, małym pokoju. Siada w staroświeckim fotelu, obitym zielonym pluszem, ja zajmuję miejsce po przeciwnej stronie. Naprawdę jestem urzeczona tym miejscem, umeblowaniem, wyposażeniem, niewielkim okrągłym stolikiem kawowym z przepiękną inkrustacją, wszystkim, co nas otacza.

— Nie mogliśmy się doczekać — mówi. — Może herbaty? — Wskazuje brodą na imbryk.

— Za chwilę.

— Dziękuję, Leo — zwraca się do dziewczyny, która mnie tutaj przywiodła.

Lea — zapamiętać! Odprowadzam ją wzrokiem. To chyba pokojówka. Ale szał. Serio, czuję się jak w filmie kostiumowym: angielski dwór, a w nim pokojówki, ochmistrzyni, filiżanki z porcelany i popołudniowa herbatka. Czemu nie mogę zadzwonić do Helen i opowiedzieć jej, co mnie spotkało? Straszna szkoda.

— Pięknie tutaj — komplementuję wnętrze.

— O tak, to wyjątkowo uroczy pokoik. Ulubiony pokój lady Rochester — odpowiada na to Alicja. — Matki sir Edwarda — dodaje wyjaśniająco. — Niestety, rodzice Edwarda już dawno odeszli z tego świata, podobnie jak jego starszy brat Rowland, który zmarł dziewięć lat temu. Mój pan został sam jak palec.

— A dziecko? — pytam bez namysłu.

Jak można pominąć jego własne dziecko? Przecież Edward Rochester ma córkę.

— No tak, dziecko. — Alicja okrasza swoją twarz uprzejmym uśmiechem. — Adelka jest tutaj dosyć krótko. Kilka lat.

Przez kilka lat nie zdążyła zapamiętać, że mieszka tu dzieciak? Że sir Edward ma kogoś najbliższego na świecie? Własne dziecko? — dziwię się w myślach. Jestem pewna, że jeszcze nieraz poczuję niesmak i brak zrozumienia, jakie dotykają mnie w tej chwili.

— Kiedy ją poznam?

— Adelkę? Jutro. Dzisiaj powinnaś odpocząć, droga Jane. Chciałam powiedzieć, że bardzo się cieszę twoją obecnością. Mam nadzieję, że się polubicie z Adelką. Sama też jestem szczęśliwa, bo przybyłaś do nas z innego świata i z pewnością przybliżysz nam, jak to jest żyć i mieszkać w Ameryce. Kiedyś, jako młoda dziewczyna, pragnęłam zwiedzić Stany. — Na jej twarzy nadal tkwi uśmiech. Jest jak przyklejony. — Niestety, już za późno.

— Dlaczego? — Już mam dopowiedzieć, że w obecnych czasach podróżowanie jest łatwe, szybkie i stosunkowo tanie, ale Alicja szybko odpowiada.

— Odkąd owdowiałam, mam ciągłe problemy z sercem i ciśnieniem.

— Ach, to faktycznie problem. Zwłaszcza w samolotach.

Na czczej pogawędce spędzamy prawie godzinę. Nie dowiaduję się niczego o mojej podopiecznej, o obowiązkach i oczekiwaniach tym bardziej. Jedyny konkret to pytanie, czy przeczytałam dokładnie umowę o współpracę. Pewnie, że tak. Przeczytałam, i to trzy razy, wielgaśny elaborat przygotowany w jakiejś londyńskiej kancelarii prawnej. To chyba najdłuższy kontrakt o pracę, jaki można wymyślić, pełen zakazów i nakazów, naszpikowany klauzulami, a jedna durniejsza od drugiej.

— Zaprowadzę cię do twojej sypialni — mówi Alicja.

Oddycham z ulgą. Ileż można bajdurzyć o bzdurach? Nie powiem, miła ta kobieta, sympatyczna, pogodna i uprzejma, ale o przyjaźni z nią raczej nie myślę. Nie moja bajka. Jest zbyt powierzchowna i sztuczna. Nie przestaje mówić, gdy prowadzi mnie przez główny hol.

— Kazałam przygotować dla ciebie pokój w pobliżu apartamentów Adelki. Wprawdzie nie jest tak duży i reprezentacyjny jak niektóre gościnne sypialnie, ale jego okna wychodzą na główny podjazd, a co za tym idzie — na reprezentacyjny frontowy ogród. Jest bardzo słoneczny i przytulny, sama zobaczysz.

Zanim do niego dotrzemy, przekonuję się o czymś zupełnie innym. Wnętrza domu przypominają mi raczej kościół niż miejsce do życia. Dębowe schody i poręcze przerażają masywnością, podobnie wielkie wysokie okna z gotyckimi kratami. A gdy zadrzeć głowę, zamiast normalnego sufitu można zobaczyć sklepienie jak w bazylice. Aż się zimno robi, gdy człowiek przemierza długą i szeroką galerię, na którą wychodzą niezliczone drzwi sypialń i apartamentów.

— Rzeczywiście, miły pokój — oznajmiam zaraz po wejściu.

— Jak wspomniałam, jest niewielki, ale wygodny i urządzony dosyć nowocześnie.

Niewielki? Kobieto, nie widziałaś niewielkiego pokoju. Gdy przypomnę sobie nasze klitki w nowojorskim mieszkanku, szacuję, że to pomieszczenie pomieściłoby ich pięć.

— Jak na moje standardy jest gigantyczny — mówię, przechadzając się po swoim nowym miejscu do życia.

— Jest klimatyzacja z nawiewem ciepłym i zimnym. Niestety, kominek nie działa, pełni funkcję dekoracyjną. Tu drzwi do łazienki, natomiast te są do garderoby. Takiej młodej pannie przyda się garderoba.

— Nie mam pojęcia, czy się przyda. Nigdy nie miałam garderoby. Zresztą po co mi tyle miejsca? — Pokazuję Alicji moją walizkę. Zmieściłaby się cała do jednej szuflady wielkiej komody stojącej między oknami.

— Może to się wkrótce zmieni. Twoja poprzedniczka… — Nagle milknie, jakby pojęła, że zapędziła się za daleko. — Osoba, która pracowała tu przed tobą, miała sporo ubrań.

Z trudem powstrzymuję śmiech. Stwierdzam, że Alicja jest sztywna jak nie przymierzając mrożone burgery w barze Sedricka. Ale niech jej będzie, może ma taki styl. Bez obaw, szanowna pani, nie należę do szczególnie wścibskich osób, nie będę dopytywać o moją poprzedniczkę i jej miłość do ciuchów. O inne sprawy też. Pilnuję własnych, wystarczy — myślę z rozbawieniem.

Zostawia mnie samą, żebym mogła się odświeżyć. Przychodzi po godzinie (za szybko, bo uwierzcie, ale łazienkę mam totalnie bajeczną, chętnie spędziłabym w niej całe popołudnie) i wręcza kilkustronicową broszurkę z planem dworu i otoczenia. Czegóż tu nie ma. Jest palmiarnia, wozownia, stajnie (kilka!), garaże, w ogrodzie wszelkie typy podogrodów, różany, francuski, magnoliowy, japoński i jeszcze kilka innych, faktycznie można się zgubić.

— Oprowadzę cię kiedyś po całym domu, ale dzisiaj nie ma na to czasu. Pokażę ci, gdzie jest kuchnia, pralnia i inne pomieszczenia, z których będziesz korzystać.

Mogła ostrzec, że przydadzą się wygodne buty. Łazimy prawie godzinę, zatrzymujemy się co chwilę, bo Alicja przedstawia mnie służbie. Fu… Okropne słowo, a ona namiętnie go używa — lub raczej nadużywa. Mamy więc służbę w postaci Johna, kierowcy, zaopatrzeniowca, konserwatora i człowieka od męskich spraw, jest jego żona Fae, kucharka, jest Lea, pokojówka, Sophie, pomocnica Alicji, pełniąca również dorywczo funkcję niani Adelki, William, czyli ogrodnik, Gracja Poole, archiwistka, oraz Bertha, jej asystentka, ale tych dwóch pań nie muszę poznawać, za to wiem, gdzie urzędują, bo tam nie wolno mi wchodzić.

— Chciałabym cię uczulić, że prawe skrzydło Thornfield Hall jest w remoncie — mówi Alicja, gdy podchodzimy pod wielkie dwuskrzydłowe wrota na końcu głównego holu na parterze. — Bardzo proszę, żebyś tu nigdy nie wchodziła, a już pod żadnym pozorem nie zbliżaj się tutaj z Adelką. Chodzi o wasze bezpieczeństwo. W tym skrzydle mieliśmy poważną awarię sieci elektrycznej i obecnie wszystkie piętra są nieczynne, a każde drzwi, prócz tych, zamknięte na stałe.

— Nie korzystacie z tych pokoi? — Zaglądam jej przez ramię, ale nic nie widzę, bo drzwi ozdobiono skomplikowanym witrażem z drobnych kolorowych szybek, które są całkowicie nieprzezroczyste.

— Korzystamy tylko z tych na parterze oraz na przedostatnim piętrze. Jest tutaj kilka magazynów, ale przede wszystkim część archiwum i prywatne pomieszczenia mieszkalne archiwistki. Gracja nie zawsze tutaj przebywa, czasami pracuje razem z Berthą w Ferndean Manor, w drugim dworku sir Edwarda, bo tam jest archiwum główne. Przechowujemy w nim dokumenty rodowe i majątkowe. Pan Rochester dwa lata temu rozpoczął generalną archiwizację wszelkich ksiąg, bo uznał, że…

Gada i gada. Odeszłyśmy stamtąd, a ona nadal mówi o archiwach, o temperaturze i wilgotności powietrza, specjalnych oszklonych szafach na papiery i innych bzdetach. Po co mi ta wiedza? Co mnie to obchodzi? Nie rozumiem, dlaczego Alicja nie ogranicza swojej wypowiedzi do tego, co najważniejsze. Nie wolno tam włazić? Okej, włazić nie będę. Czy jest tam Archiwum X, czy tajne więzienia CIA, dla mnie to bez różnicy. Wolałabym spędzić ten czas na poznawaniu się z Adelką, ale jak widać, na to jestem zbyt zmęczona podróżą.

Kończy wykład o archiwizacji dopiero wówczas, gdy podchodzimy pod drzwi prywatnych apartamentów sir Edwarda. Jak łatwo przewidzieć, tutaj też nie wolno mi wejść bez zaproszenia. To osobista przestrzeń pana domu, Alicja nie ma zamiaru mi jej pokazywać. Czuję się jak podczas wycieczki po laboratoriach NASA, kiedy stoję razem z nią pod drzwiami i słucham ostrzeżeń. Upadła na głowę? Myśli, że każda młoda Amerykanka pierwsze, co robi w nowym miejscu, to włazi ludziom do ich prywatnych pomieszczeń? W nosie mam sypialnię i gabinet sir Edwarda. Dla mojej przyjemności mogę w ogóle nie widywać tego człowieka, zresztą nawet gdybym chciała, nieprędko go zobaczę, bo jest w podróży służbowej.

— Alicjo, możesz czuć się spokojna. Nigdy nie naruszę prywatności sir Edwarda, obiecuję — wygłaszam z powagą, ale w duszy chichram się jak głupia.

— To ważne. Chciałabym, żebyś od początku zyskała przychylność sir Edwarda.

— Postaram się ją uzyskać.

Zaraz oszaleję! Serio. Uzyskać przychylność? Co to ma być? Skąd ona się wzięła?

— Będziesz tutaj mieszkać, podobnie jak ja, Sophie i Gracja, mam nadzieję, że nigdy nie nadużyjesz zaufania sir Edwarda.

— Obiecuję, że tak będzie.

Help.

1 Ch. Brontë, Dziwne losy Jane Eyre, przeł. T. Świderska, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 142.

Rozdział 2

Poznałam jego wydatny nos, raczej charakterystyczny niż piękny, pełne nozdrza świadczące o gwałtownym usposobieniu, jego surowe usta, brodę, szczękę — tak, to wszystko było strasznie surowe i groźne.2

Jane

— Adelko, przywitaj się z Jane. To twoja nowa niania. — Alicja lekko popycha małą w moją stronę.

Jestem zła, bo nie tak chciałam rozegrać nasze powitanie. Wolałabym, żeby pierwszy kontakt miał miejsce w bezpiecznym otoczeniu, gdzie Adelka czuje się dobrze, komfortowo, w jej pokoju, od biedy w ogrodzie, ale nie w ponurej, ciemnej bibliotece dworu. To pomieszczenie potrafi przytłoczyć dorosłą osobę, co dopiero dziecko.

Podchodzę do dziewczynki i przykucam, bo to skraca dystans. Nie zapominam o uśmiechu, on zawsze pomaga, ale uwierzcie, nie jest mi łatwo, kiedy widzę, jak wygląda i zachowuje się moja podopieczna. Wiedziałam, że jest drobna i szczupła, że wagą i wzrostem nie mieści się w siatce centylowej, ale to nie problem, ja też nie mieściłam się w normie, to nasz wspólny mianownik. Nie chodzi mi o jej bladość, zawstydzenie czy lekką obawę widoczną w oczach, a o spory łysy placuszek na czubku głowy i słabo wyczuwalny, lecz wystarczająco wyraźny zapach moczu bijący od małej przy każdym ruchu.

— Dzień dobry, mam na imię Jane. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. — Podaję jej rękę.

— Dzień dobry. Jestem Adelka.

— Bardzo mi miło, Adelko.

Ku mojemu zaskoczeniu dziewczynka obejmuje mnie i niewprawnie składa całusa na policzku. Och, jakież to sztuczne. Zupełnie, jakby przytulała mnie drewniana kukiełka. Chcę odwzajemnić uścisk, lecz mała już się odsunęła. Zadziera głowę i patrzy na Alicję, szukając u niej potwierdzenia, że zachowała się właściwie, ta od razu odpowiada skinięciem.

Co to ma być? Jakaś pieprzona audiencja?

— Mam pomysł. Pokażesz mi swój pokój? — pytam, nadal kucając przed Adelką.

— Mogę?

No tak, to jasne, że musi uzyskać zgodę. Idziemy w trójkę do apartamentów Adelki, a ja ostro kombinuję, jak pozbyć się Alicji. Z reguły dla dziecka lepiej, gdy przy poznaniu nowej osoby, zwłaszcza dorosłej, asystuje ktoś bliski, ale w tym przypadku to raczej przeszkoda niż wsparcie. Na szczęście problem sam się rozwiązuje. Alicja musi wracać do swoich obowiązków, ale zanim nas zostawi, pyta, czego się napiję. Chwilę później Lea przynosi nam tacę wyłożoną kanapkami, półmisek ciastek oraz dzbanek z lemoniadą.

Uff, co za ulga. Nareszcie same. Dopiero teraz mogę spokojnie porozmawiać z Adelką, poobserwować ją i posłuchać, co ma do powiedzenia. Na początku się krępuje, ale szybko jej przechodzi. Cieszy mnie to, bo moje doświadczenia z dziećmi jej pokroju nie napawają optymizmem. Niewątpliwie dziewczynka jest bardzo inteligentna, pięknie się wysławia, operuje dużym zasobem słów, również zbyt trudnych i nietypowych dla jej wieku, ale to zrozumiałe, skoro w jej otoczeniu w ogóle nie ma dzieci.

Co dziwne, w pokoju nie wyczuwam zapachu moczu, za to jego lekka nuta unosi się przy każdym ruchu Adelki. Wiem, że dziewczynka się moczy, czytałam o tym w obszernym raporcie o jej zdrowiu, więc to nie stanowi zaskoczenia, wyrywanie włosów również, ale skąd ten zapach? Ma na sobie posikaną bieliznę? Muszę to jak najszybciej wyjaśnić.

— To twoje zabawki? — zadaję z pozoru głupie pytanie, ale dzieci inaczej odbierają rzeczywistość. To, co nam wydaje się głupie, jest dla nich logiczne i sensowne.

— Tak. To moja ulubiona lalka. Dostałam ją od tatusia. — Patrzy na łóżeczko.

Jak wszystko, co jest w tym pokoju, również zabawki wyglądają na bardzo kosztowne i są starannie wykonane. To nie zwykłe zabawki kupione w jakiejś sieciówce, o nie. Są warte fortunę, jestem pewna. Koszmar, bo wszystkie są nowe, idealnie czyste, poukładane jak na świątecznej wystawie najdroższego butiku z zabawkami na Piątej Alei. Zaraz temu zaradzimy!

— Nie sądzisz, że tej lalce jest smutno? Sama w takim wielkim łóżeczku? — Siadam po turecku, po chwili namysłu Adelka dołącza do mnie.

— Ona lubi samotność.

— Aha.

— Lubi sama spać.

— Pytałaś ją o to?

— Nie.

— A jak ona ma na imię?

— Nie wiem.

Super. Nic, tylko walić głową w ścianę. Co za ludzie się tobą zajmowali? — zerkam ze współczuciem na Adelkę.

— A czemu położyłaś ją w łóżeczku? Inne lalki są tam, tylko ta jedna śpi w łóżeczku? Dlaczego?

— Musi spać. — Adelka poprawia jej kołderkę, podsuwa pod samą szyję i mocno ugniata. — Teraz jest dobrze. Ma ciepło. No już, śpij! — Marszczy groźnie czoło. — I nie marudź.

Ściska mi serce, bo jestem prawie pewna, że z równą czułością ktoś układa do snu Adelkę. Nie wystarczy duże, wygodne łóżko, żeby czuć się w nim dobrze i bezpiecznie. Nie zamierzam zbyt forsownie wprowadzać swoich metod wychowawczych, tym bardziej że moja wiedza bazuje głównie na teorii, poza tym ograniczają mnie przeklęte klauzule i zdrowy rozsądek (nie mogę sobie pozwolić na zbytnią poufałość, nadmiernie wyrażane emocje, na bliskość właściwą między dzieckiem a rodzicem), ale dam tej małej tyle serca, ile mogę.

Czemu się wzruszyłam? Dlaczego wstrząsnęło mną jej zachowanie? Też miałam łóżeczko dla lalek, dostałam je od Georgiany, wzgardziła starą, zniszczoną zabawką; popłakałam się ze szczęścia, kiedy pozwoliła mi ją zabrać. Nie dostałam żadnej lalki do kompletu, tylko starego miśka, miał podobny przebieg jak łóżeczko, sterany życiem, prezentował się równie licho, lecz dla mnie te dwie zabawki były ogromną pociechą. To straszne, że na misia przelałam swoje uczucia, układałam go z czułością w łóżeczku, okrywałam i szeptałam jakieś bzdurne wymyślone historyjki na dobranoc. Nie potrafiłam zasnąć bez pewności, że mój miś Eric (takie nosił imię) śpi bezpiecznie w swoim ciepłym łóżeczku, a ja w każdej chwili mogę przybiec na jego zawołanie.

Oczywiście Eric nigdy nie wezwał mnie na pomoc, nie zawołał swojej przybranej mamy, nie płakał, że jest mu źle i smutno. Był tylko zabawką, martwym przedmiotem, a ja ludzką istotą, która chciała kogoś kochać. To niedorzeczne wyobrażać sobie, że kawałek sztucznego futerka wypchany kulkami z anilany żyje, czuje, cierpi albo jest szczęśliwy; teraz to wiem, jestem dorosła, lecz nawet dzisiaj, gdybym mogła przytulić do piersi misia Erica, zrobiłabym to bez wahania. Niestety, straciłam go bezpowrotnie. Nie zapomnę nigdy tej chwili: błagałam mojego kuzyna Johna, żeby pozwolił mi go ocalić, zabrać z wielkiej hałdy płonących liści, lecz on był nieugięty, trzymał mnie w kleszczach swoich rąk, puścił dopiero wtedy, gdy z Erica została garstka popiołu. To on go tam wrzucił i podłożył ogień. Dlaczego? Bo mógł.

Czas się ogarnąć, Jane. Dosyć tych wzruszeń.

— Coś ci pokażę, Adelko. Daj mi kilka starych skarpetek — proszę ochrypłym głosem.

— Stare skarpetki? Nie mam starych skarpetek.

No tak, czemu nie jestem zdziwiona.

— Nie masz takich pogubionych, bez pary?

— Nie.

— Ojej, jesteś szczęściarą. Moje skarpetki zawsze się gubią. Uwielbiają się gubić. — Robię głupią minę. Mała chichocze, kiedy opowiadam, jak skarpetki bawią się w chowanego, zostają w pralni, a potem, w nocy, wychodzą z pralek i bawią się w berka. — Wobec tego daj mi parę skarpetek, będzie dwójka.

— Dwójka?

— Bliźniaki skarpetkowce. Potrzebuję jeszcze kawałka sznurka albo starego sznurowadła bez pary, ale pewnie nie masz takiego. Tylko ja mam niegrzeczne skarpetki i sznurówki.

— Nie. — Adelka znowu się chichra. Już załapała, że to żart.

Dostaję parę skarpet, szkoda, że są zbyt małe, żeby zrobić z nich maskotki. Idziemy razem do mojego pokoju, stamtąd zabieram parę frotowych skarpet i wracamy szybko, bo Adelka aż się pali, by zobaczyć, co też wymyśliłam. Pierwszą maskotkę robię ja, drugą ona. Chwalę, że świetnie jej to wyszło. Ozdabiamy skarpetkowce, robimy im oczy z guzików (urwałam je z własnej koszuli), a uśmiechy ze sznurowadła.

— Obawiam się, że nie są takie ładne jak twoja lalka. — Patrzę krytycznie na nasze potworki.

— Są ładne. Bardzo ładne, Jane. — Adelka podnosi na mnie wzrok.

— Twoja lalka jest ładniejsza. Myślałam, że będą mogły z nią spać, ale chyba są za brzydkie. Nie pasują do takiej elegantki.

— A ja myślę, że pasują. I wcale nie są brzydkie — oświadcza z mocą.

Brawo! Udało się. Chciałam sprawdzić, czy mała okaże empatię.

— Co powiesz na to: wymyślimy imię dla lalki, a potem imiona dla potworków. A gdy wszyscy będą mieć imiona, poznają się i będą mogli razem spać w łóżeczku.

Adelce aż świecą się oczy, kiedy przedstawiam jej ten plan. Oczywiście wyraża zgodę, bierze udział w wyborze i wymyślaniu nazw dla moich skarpetek, jest wesoła, aktywna, jak nie to dziecko, które poznałam zaledwie kilka godzin wcześniej. Trochę warzy jej się humor, bo Alicja odwiedza nas w porze lunchu i każe przerwać zabawę, ale nasz pierwszy dzień okazuje się całkiem dobry.

Kamień z serca.

Edward

Powrót do Thornfield jest jak odwlekana w czasie wizyta u dentysty. Muszę tam wrócić, do tego domu, do ludzi, do mojego dziecka i do problemów. Do licha! (Lubię to stare, archaiczne przekleństwo). Oczywiście, że doceniam wszystko, co robią dla mnie pracownicy. Mógłbym śmiało powiedzieć, że to moi jedyni prawdziwi przyjaciele, jakich mam. Czuję ich szczere przywiązanie, które wyrażają na każdym kroku, a nawet coś na kształt rodzinnej miłości, choćby ze strony Alicji, lecz to niewiele zmienia. Czy kiedykolwiek zwalczę w sobie niechęć do Thornfield Hall? Wątpię.

Tak długo wzbraniałem się przed powrotem, że decyzja, by przyjechać dzień wcześniej przed zapowiedzianym terminem, wydaje mi się skrajnie głupia i pozbawiona sensu. Może chcę mieć za sobą powitanie? A może nie chcę go wcale? Czemu nie mogę wejść do domu niezauważenie? Dlaczego oczekuje się ode mnie tej całej zbędnej ceremonii? Po cholerę ten cyrk? Bo tak trzeba? Bo nie godzi się postępować wbrew tradycji i zwyczajom narzuconym przez kogoś, kto mieszkał, żył w Thornfield przed laty?

Mógłbym to zmienić. Olać zasady, tradycję, zwyczaje. Nie sądzę, by ktokolwiek zwrócił mi uwagę, że odważyłem się zaniechać pewnych rytuałów. Gdybym postanowił: od jutra jem śniadanie w łóżku, zwalniam kucharkę i podpisuję umowę z firmą cateringową, a przede wszystkim sprzedaję w cholerę to okropne stare domiszcze! — czy ktoś miałby śmiałość skrytykować moje pomysły? Na pewno nie. Nikt z żyjących, a martwi głosu nie mają. To kusząca perspektywa, dlaczego więc nie zrobię pierwszego kroku? Już dawno powinienem zerwać z przeszłością, odciąć się od niej grubą kreską. Wystarczy zostawić to wszystko za sobą, otworzyć nowy rozdział, przewrócić pierwszą czystą kartkę i zapisać ją po swojemu. Dlaczego więc tkwię w miejscu? Do diabła! (To przekleństwo też lubię, jest takie soczyste).

Mijam Millcote tonące w strugach ulewnego deszczu. Prawie całą drogę pokonałem z odkrytym dachem, ale ostatnie sto mil to koszmar. Wycieraczki nie nadążają zbierać wody. Zwalniam, bo drogą płynie prawdziwa rzeka, ale za późno wdeptuję pedał hamulca, by dostrzec pieszego, który idzie zbyt blisko pasa jezdni. Na dodatek jest zakapturzony i porusza się po niewłaściwej stronie, a ja sekundę wcześniej ściąłem zakręt. Hamuję ostro, lecz mój sportowy wóz nie słucha. Zaciskam wszystkie mięśnie, gdy razem z porsche wpadam do przydrożnego rowu. Niech to jasna cholera!

Bezsilnie uderzam pięściami w kierownicę, ale prawie natychmiast przypominam sobie o pieszym, przez którego znalazłem się w tym idiotycznym położeniu. Z trudem dostrzegam postać we wstecznym lusterku. Ten ktoś stoi i zakrywa dłonią usta. Pewnie czeka na mój ruch. I dobrze, że nie próbuje podejść; nie jestem w dobrym nastroju. Odpinam pasy i próbuję wydostać się z samochodu. Podeszwy butów ślizgają się po trawie porastającej rów, klnę w duchu na wszystko i wszystkich, ale udaje mi się wyjść. Szybko oceniam sytuację. Nie jest źle, rów jest dosyć płytki i ma łagodne zbocze. Z pomocą tej kobiety, bo już zdołałem stwierdzić, że to przez kobietę wylądowałem w zaroślach, powinienem wykaraskać się z kłopotów.

— Nic panu nie jest? — dopada do mnie.

Idiotko, teraz się troszczysz?! Zamiast od razu podbiec, pomóc mi, gdy wychodziłem z samochodu? Tkwiłaś w bezruchu jak figura woskowa!

— Nic ponad to — odwarkuję, spoglądając najpierw na wystający z rowu kuper porsche, a potem na nogawki spodni i buty uwalane błotem i trawą.

— Przepraszam.

— Nikt pani nie powiedział, że chodzi się prawą stroną?

— Ja… — milknie.

Przyglądam się jej i nagle dociera do mnie, że znam tę twarz. To moja nowa pracownica! Młoda Amerykanka, którą nająłem miesiąc wcześniej. Kolejny raz przekonuję się o tym, że zdjęcia kłamią. Jest jeszcze mniej atrakcyjna niż na fotce dołączonej do CV. Niewiele widać spod daszku kaptura, ale łatwo dostrzec chudy, garbaty nos, śmiesznie wydęte drobne wargi i opadające kąciki oczu, które nadają fizjonomii panny Eye tragikomiczny wyraz. Miała prawo do pomyłki. W jej rodzinnym kraju obowiązuje ruch prawostronny.

— Nic się nie stało — mówię, bo jeszcze chwila i przemoknięta brzydula zemdleje ze strachu. Na marginesie: wreszcie przestało lać, trochę kropi, ale największa ulewa już sobie poszła. Będzie nam łatwiej wydostać samochód. — Ma pani prawo jazdy? — pytam, bo akurat tego nie zapamiętałem z jej podania o pracę.

— Tak.

— Siądzie pani za kierownicą, a ja spróbuję wypchnąć auto z rowu.

— Może lepiej wezwać pomoc? — Przenosi wzrok na mój samochód. — Mieszkam niedaleko, w Thornfield, jestem opiekunką do dziecka. Mogę zadzwonić po naszego kierowcę, przyjedzie jeepem i pomoże.

Po prostu świetnie! Czy ta kompletna idiotka właśnie wypaplała, gdzie pracuje i w jakim charakterze? Co za bezmyślne stworzenie. Najchętniej zrugałbym ją i wypowiedział umowę ze skutkiem natychmiastowym, choćby tu i teraz, na środku drogi, ale już nieraz zapłaciłem za swoją gorącą głowę. Co, jeśli Adele ją zaakceptowała? Zresztą nie mam ochoty ponownie przechodzić przez męki rekrutacji, czytać tych wszystkich durnych listów motywacyjnych i sprawdzać, jaką przeszłość ma potencjalna kandydatka.

— Wątpi pani, czy mam siły?

— Nie — zaprzecza natychmiast. — Wątpię raczej w swoje umiejętności.

— Spokojnie, poinstruuję panią, co trzeba zrobić.

— Myślę, że nasz kierowca poradziłby sobie lepiej. Oj! — Nagle otwiera szerzej oczy. — Zapomniałam na śmierć. Johna nie ma, pojechał do Sheffield po obrusy, bo jutro nasz szef…

— Czyli musimy poradzić sobie sami — przerywam jej bezceremonialnie. Wkurzyła mnie niemożebnie. Gdzie dyskrecja, gdzie poszanowanie zapisów umowy? Jeszcze nie spotkałem równie bezmyślnej dziewczyny. Nie umie czytać? Nie wie, co podpisała? Aż mnie nosi, żeby ją opieprzyć z góry na dół. — A tak w ogóle dokąd się pani wybiera w taką paskudną pogodę?

— Idę do Millcote, zamówiłam parę rzeczy ze sklepu internetowego i chciałam jedną zwrócić. — Pokazuje wypchaną torebkę.

— Rozumiem. Dobrze, wobec tego proszę mi pomóc, a potem pójdzie pani do Millcote załatwić swoje sprawy.

Dziewczyna niezgrabnie gramoli się do auta, muszę zamknąć drzwi, bo nie jest w stanie sięgnąć do klamki, a potem kilka razy powtórzyć, co i jak ma zrobić. Początki są trudne, pannica nie ma żadnego pojęcia o właściwym postępowaniu w takiej sytuacji, najwyraźniej dostała prawo jazdy bez choćby minimum umiejętności, ale po kwadransie zmagań, pokrzykiwań i moich uwag odnosimy sukces. Z głośnym rykiem silnika porsche na wstecznym biegu wydostaje się z rowu, panna Eye gwałtownie hamuje i ledwie unika kolejnej kolizji.

Tym razem to ja dopadam do samochodu, otwieram drzwi i pytam, czy nic się nie stało. Nie zapięła pasów, pewnie grzmotnęła żebrami o kierownicę. Same problemy z tą niegramotną dziewuchą!

— W porządku. Nic mi nie dolega. — Wysiada z auta. — Jeszcze raz bardzo przepraszam za kłopot. Mam nadzieję, że auto się nie uszkodziło.

— Ubezpieczone, bez obaw. Podwiozę panią — proponuję. — Proszę wsiadać. To kawał drogi, a pani jest poobijana i mokra jak szczur.

— Nie trzeba.

— Nie mam czasu na pogaduszki. Niech pani wsiada.

— Naprawdę nie trzeba. Mam nawigację w telefonie, to zaledwie dwie mile, niedaleko.

To idź w cholerę, idiotko! Zadzieram głowę, bo nagle pociemniało. Znowu zbierają się chmury, a uparta Amerykanka ma sporą szansę na powtórkę kąpieli. Może lubi moknąć?

— Wobec tego się pożegnam. Proszę na siebie uważać.

— Pan też niech uważa. Szerokiej drogi, bez takich gap jak ja. — Uśmiecha się głupio.

Rzecz w tym, gąsko, że trafię na ciebie jeszcze dzisiaj… chyba że ktoś rozjedzie cię po drodze do Millcote.

Jane

A mogłam posłuchać Alicji. Mówiła, że John zabierze mnie do Millcote, ale najwcześniej pojutrze. Że też mój upór zwyciężył! Jakby dwa dni robiły jakąś różnicę. Żałuję. Nie dość, że zmokłam jak pies, to jeszcze wypadek. Odkąd tu mieszkam, nie przeżyłam równie stresującej sytuacji. Nie wiem, kim był bogaty bubek w porszaku, ale to najbardziej chamski Brytyjczyk, jakiego widziałam. Chamski, niemiły, obcesowy. Miał prawo być wkurzony, też bym się zdenerwowała, gdybym wpadła autem do rowu, ale to jego wina. Ściął zakręt. Pojawił się jak anioł śmierci, dobrze, że miał refleks. Niewiele brakowało, żebym to ja, zamiast trawy i błota, oblepiła zderzak jego samochodu.

Błyskawicznie docieram do miasteczka, niesiona złością i frustracją, załatwiam moje sprawy i szybko wracam do domu. Jestem przemoczona do majtek, wszystko się lepi, a w butach przelewa woda. Mimo to mój gniew wcale nie przeszedł. Ten idiota mógł mnie zabić. Nie usłyszałam nawet jednego nędznego „przepraszam”, nie wykazał ani grama skruchy, a to on jechał za szybko. Kto widział, żeby w taką ulewę pędzić jak wariat! To nie trasa wyścigowa, tylko wiejska droga. Oburzona wchodzę do domu. Muszę spytać Alicję, może wie, kim był przysadzisty brunet z czarnego porsche.

Gdzie się wszyscy podziali? Myślałam, że znajdę Alicję w kuchni, głównie tam przebywa od kilku dni, rozdając dyspozycje i polecenia przed powrotem pana Rochestera, ale kuchnia jest pusta. Niewiele myśląc, idę do pralni, tam też nikogo, za to gdy wychodzę na korytarz, prawie wpadam na Johna. O! Już wrócił? Szybko się uwinął.

— Boże, dziewczyno, jak ty wyglądasz? — Potrząsa głową. — Co za dzień! Ta pogoda wpędzi wszystkich do grobu. Pływałaś w stawie czy jak? — Śmieje się.

— Blisko. Niewiele brakowało, a jeden idiota zabiłby mnie autem. Szłam do miasteczka, lało jak z cebra, i nagle zza zakrętu wyskoczył jakiś kretyn, ściął zakręt, prawie mnie staranował. Dobrze, że zachował odrobinę przytomności w tej pustej makówce. Zauważył mnie w ostatnim momencie, zahamował i wpadł porszakiem do rowu.

— Do rowu? — John robi głupią minę.

— Przy ulicy biegnie rów, facet zahamował gwałtownie, wpadł w poślizg i zjechał na pobocze — tłumaczę.

— E… — Oczy Johna z trudnością tkwią na swoim miejscu.

— Spokojnie. Jak widzisz, przeżyłam. — Wzruszam ramionami, zaskoczona jego reakcją. Czemu się tak przejął? — W sumie to nic się nie stało. Pomogłam mu wypchnąć auto, to znaczy on sam je wypchnął, ja tylko kierowałam, i pojechał. Czarne porsche, wypasione, na pewno drogie, a facet na oko pod czterdziestkę, brunet, niezbyt przystojny, niski i krępy, posturą przypominał mi byka albo goryla. Goryl wypisz wymaluj, barczysty, długie ręce. Z zachowania też jak małpa, przykry i chamowaty. Ani słowem nie przeprosił, a mógł mnie zabić. Skąd on się urwał, z Top Gear? — prycham ze wzgardą.

— Jane, to był… — John wygląda, jakby się zakrztusił cukierkiem. — To jest…

Już mam spytać, co jest grane, gdy słyszę szmer za plecami, a potem kilka głośnych klaśnięć. Podskakuję jak dziabnięta nożem w tyłek.

— Brawo. Dziękuję za charakterystykę. Jak żyję, jeszcze nikt nie porównał mnie do goryla.

Natychmiast się odwracam. O matko! Zaraz przetopię posadzkę. No właśnie, czy marmur się topi? Jeśli tak, zapewne w bardzo wysokiej temperaturze, ale biorąc pod uwagę, że cała płonę ze wstydu, mam sporą szansę przeniknąć przez kamień i dotrzeć do najgłębszych piwnic dworu Thornfield.

— Przepraszam, ale mechanik właśnie przyjechał i muszę… — John nie kończy, znika jak kamfora.

Zostaję sama. Ja i pan Rochester.

Edward

Trzeba przyznać, że rozbawiła mnie ta mała, brzydka Amerykanka. Goryl? Nieźle. Z drugiej strony jak często mam okazję usłyszeć coś równie szczerego na swój temat? Prawie nigdy. Tylko matka miała odwagę, by mówić mi całą prawdę. Do dzisiaj bolą mnie wspomnienia jej słów.

Co do goryla, nie czuję się urażony. Wystarczy obiektywnie na siebie spojrzeć. Panna Eye ma dobre oko, rzeczywiście mojej sylwetce daleko do ideału, a twarzy do kanonu męskiej urody, ale to nie stanowi dla mnie problemu. Może jestem pozbawiony tej części próżności, która dotyczy wyglądu? Zapewne tak.

— Przepraszam, że panią zdenerwowałem i wystraszyłem. — Podchodzę bliżej. — To przez stres paplała pani jak najęta?

— Ja… — Głos biedaczki przypomina skrzek wrony. — Paplałam?

— W czasie naszego krótkiego spotkania zdążyłem się dowiedzieć, że mieszka pani i pracuje w Thornfield jako nauczycielka, że mamy tu kierowcę Johna, że właściciel majątku wraca jutro. Ciekawe, ile jeszcze szczegółów i nowinek zdołałaby pani zdradzić obcemu człowiekowi, napotkanemu przypadkiem na drodze do Millcote. Zakładam, że to na skutek nerwów. Że nie ma pani w zwyczaju zdradzać poufnych informacji, zwłaszcza że deklarowała pani na piśmie, że zobowiązuje się do ich zachowania dla siebie.

— Panie Rochester…

No, wyduś coś z siebie! Nie mogę patrzeć, jak to dziewczę, jeszcze przed chwilą rozgadane i odważne, tak strasznie się męczy. A taka była rezolutna! Niestety, chyba nie porozmawiamy sobie dzisiaj. Inna rzecz, że pocieszna z niej osóbka. Chociaż jeden zabawny akcent na powitanie — panna Eye. Stoi, gapi się jak sroka w gnat, i co z nią począć? Zwolnić to cielątko? Zostawić? Ech, podpytam Alicję, może podpowie, jaką powinienem podjąć decyzję.

— Powinna pani się przebrać. — Sugeruję, bo dziewczę nie przestaje dygotać, chyba że to nie wskutek pogody.

— Taaak, dobrze.

— Jeszcze raz przepraszam. Dobrej nocy, panno Jane.

— Dobranoc.

Odprowadzam ją wzrokiem. Zanim dotrze do szczytu schodów, zdąży się raz potknąć (muszę przypomnieć Johnowi, by nareszcie wymienił tę przeklętą płytę, bo ktoś wybije sobie zęby) i raz zaczepić paskiem torebki o gałkę szuflady. Obyś dożyła jutra, ciamajdo.

2 Tamże, s. 147.

Rozdział 3

Jane

Wszystko poszło nie tak. Zaszyta w swoim pokoju, od kilku długich godzin przeżywam sromotną klęskę, dopiero Alicja, zaniepokojona moją nieobecnością na kolacji, kończy ten żałosny seans wypominek.

— Powinnaś coś zjeść. — Kładzie na biurku obficie zastawioną tacę. — W dzbanku jest gorąca herbata, są też racuchy, pan Edward je lubi.

— Nie mam apetytu — bąkam.

— Też bym nie miała. — Uśmiecha się do mnie.

— John ci powiedział? — Domyślam się, że zdążyła już poznać szczegóły dzisiejszej katastrofy.

— Tak. Rozbawiłaś go. I nie tylko jego.

— Aha — mruczę.

— Pan Edward też ma poczucie humoru, chociaż mógłby je częściej okazywać. — Wzdycha.

— Skąd miałam wiedzieć, że to on? Miał przyjechać jutro.

— Rzadko, ale czasami nas zaskakuje, wpada wcześniej albo spóźnia się dzień lub dwa. Mimo to uważaj, bo nie znosi niepunktualności.

— Hipokryta.

— Słucham?

— Sam się spóźnia, innym nie pozwala.

Alicja wygląda, jakby zamierzała go wytłumaczyć, ale w końcu macha ręką.

— Nieważne. Zjedz coś, bardzo cię proszę, wzmocnij się. John mówił, że wróciłaś mokra jak kura, jeszcze się przeziębisz, złapiesz zapalenie płuc i nieszczęście gotowe.

— A gdzie Adelka?

— Już śpi. Prawie dziesiąta. — Zerka na zegarek.

Skręca mnie z ciekawości, co na to wszystko ten bubek, ten bezczelny człowiek, który prawie mnie rozjechał, ale prędzej zjem własny język, niż zadam choćby jedno pytanie o Rochestera. Gramolę się z łóżka, zabieram talerz z racuchami i wracam.

— Przepyszne.

— O tak, to popisowy deser Fae. Skosztuj marmolady, własnej roboty, bez konserwantów i dodatków smakowych. Same owoce i trochę cukru.

— Naprawdę mnie wystraszył — odzywam się po dłuższej chwili. — Nie widziałam świata, tak lało. Szłam, przede mną ściana wody i nagle światła. Uwierz, stanęłam jak wryta, gdyby Rochester nie odbił w prawo i nie wrąbał się w pobocze, zostałaby ze mnie mokra plama.

— Sir Edward nic nam nie zdradził. Przyjechał, powiedział, że miał po drodze drobną kolizję. John poszedł pooglądać samochód, stwierdził, że zderzak do wymiany, jakaś błahostka. Tylko tyle.

— Och, jaki wspaniałomyślny! — fukam. — I dyskretny. Opieprzył mnie, bo zaproponowałam, że wezwę Johna na pomoc. Bardzo możliwe, że z nerwów wygadałam, gdzie mieszkam i czym się tutaj zajmuję, ale co to za głupie sekrety? Co w tym złego, że powiedziałam o Thornfield? Nie zdradziłam żadnej tajemnicy, wszyscy wiedzą o majątku. Takiego wielkiego domu raczej nie da się ukryć, prawda?

— Wszyscy, a przynajmniej okoliczni mieszkańcy, wiedzą o Thornfield, ale nie wszyscy wiedzą o Adelce. Nie każdy wie, że sir Edward ma córkę, która z nim mieszka.

— Adelka mieszka ze mną, z tobą i Sophie. A z ojcem co najwyżej pomieszkuje.

— Nie twoja rzecz to oceniać — odpiera twardo Alicja.

Zaskoczyła mnie surowość jej tonu. Czy oni wszyscy poupadali na głowę? Co złego zrobiłam? Nie mam prawa powiedzieć, co myślę? Że takie rzadkie i sporadyczne kontakty z dzieckiem strasznie ryją jego psychikę? Że dziewczynka, która straciła matkę, podwójnie potrzebuje uwagi ojca, a ten wrócił do domu po ponadmiesięcznej nieobecności i wkrótce znów stąd wyjedzie, bo doszły mnie takie słuchy?

— Dobrze więc, skoro mam trzymać buzię na kłódkę, niech tak będzie, ale nie radzę Rochesterowi pytać o moje zdanie.

— W jakiej materii?

— Och, nieistotne. Zresztą jestem tutaj, by się zajmować Adelką.

— Otóż to. Zajmuj się małą, wystarczy.

Alicja wychodzi z miną urażonej księżniczki. Śmieszne, że taka dojrzała osoba zachowuje się jak dziecko. To Adelka jest dzieckiem, nie ona.

— Żebyś wiedziała, że się zajmę Adelką. Już się nią zajmuję, a zajmę się jeszcze bardziej. Zobaczysz. — Rzucam niedojedzonym kawałkiem racucha na talerz. — To dziecko będzie normalne, moja w tym głowa.

I gdzie rzekoma wyniosłość, spokój i opanowanie, o które podejrzewała mnie Helen? Wystarczył byle incydent na drodze, a ja straciłam rozum. Nazwałam pracodawcę gorylem! Też mi wysoka kultura osobista, dobre sobie. Ciekawe, czy kiedykolwiek zostanie mi to zapomniane? Nie sądzę. Cholera, cały mój wizerunek rzeczowej osoby, nad którym ciężko pracowałam, runął. Już na zawsze będę postrzegana jako bezmyślna furiatka. Okropnie się skompromitowałam, co gorsza, nie tylko przed Rochesterem. Akurat jego mam w nosie, za chwilę znowu zabierze swoje arystokratyczne cztery litery i wyjedzie, ale inni zostaną.