Rozalia - Magdalena Wala - ebook + książka

Rozalia ebook

Magdalena Wala

4,3

Opis

Zakazane lektury, niebezpieczne tajemnice i grupy konspiratorów to niemalże codzienność dla młodziutkiej Rozalii, która w tajemnicy przed ojcem wyjeżdża do majątku w Czarnowcu. We dworze dzieją się rzeczy dziwne. Dziewczyna widzi niepokojące światła, kogoś chodzącego po ogrodzie, a do położonych nieopodal ruin po zmroku podjeżdżają powozy.

Pewnej nocy, gdy postanawia wyjść z dworu i zaspokoić ciekawość, wpada na tajemniczego mężczyznę. Tymczasem służba plotkuje, że właściciel Czarnowca zginął w powstaniu listopadowym, a po śmierci stał się Wąpierzem.

Jednak legendy pozostawić należy tym, którzy pragną w nie wierzyć. To co czeka Rozalię jest dużo bardziej przerażające, choć prawdziwe.

 

XIX wiek jeszcze nigdy nie był tak pociągający! Zanurz się w dworskie intrygi, powstańcze rebelie i miłosne manipulacje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 361

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (75 ocen)
43
17
13
2
0

Popularność




Copyright © Magdalena Wala, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Fotografie na okładce:

© Elisabeth Ansley/arcangel.com

© Chekmareva Irina/shutterstock.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

eISBN 978-83-7976-791-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Żyjącym książkami

Prolog

Zmierzchało.

Jasiek Nowaków szedł przez gęsty śnieg, w który zapadał się aż po kolana. Śnieg padał bez przerwy od dwóch tygodni, wiatr sypał nim w oczy, dlatego Jasiek powoli brnął przez białe pustkowie. Skręcił z głównej alei, aby udać się na przełaj do wsi. Droga z dworu do sioła, w którym mieszkał wraz z matką i gromadą rodzeństwa, w tę zimę nie została odśnieżona, więc doszedł do wniosku, że skoro i tak się będzie zapadać, to lepiej pójść na skróty. Oj, źle się działo, pokręcił niezadowolony głową. W Królestwie trwała wojna, pan leżał złożony ciężką chorobą, a panicz, nie bacząc na chorobę ojca, ruszył wojować przeciwko Moskalom, zabierając ze sobą kilku dorodnych parobków. Cały dwór na głowie starszej pani, nie dziwota, że zazwyczaj wykonywane prace leżały odłogiem. Nagle z gałęzi jednej z lip rosnących wzdłuż głównej alei prowadzącej do dworu spadła połać śniegu i dosłownie zasypała Jaśka.

Zaklął cicho pod nosem i zaczął otrzepywać kożuch ze śniegu. Pomyślał z zadowoleniem o wełnianych rękawicach i portkach, które jesienią zrobiła mu matka. Na taką ostrą zimę wełna najlepsza. Jeszcze raz rzucił okiem w kierunku białego dwupiętrowego dworu. Okna parteru, gdzie znajdowały się pokoje państwa, były rzęsiście oświetlone. Panom dobrze się żyje, na zbytki monety wydają, a lampy i świece powodują, że w paradnych pokojach po zmierzchu jasno jak za dnia, dumał. Jasiek wraz z rodziną musiał się zadowalać jedną łojową świeczką w izbie. I blaskiem ognia w palenisku w kuchni. Już miał się odwrócić od dworu i prowadzącej doń alei, gdy na jej końcu spomiędzy drzew zamigotało światło.

– Ki czort? – zaklął, po czym szybko się przeżegnał, rozglądając w obawie, czy aby nie wywołał rogatego.

Czyżby wojna z Królestwa dotarła i do ich spokojnej wsi? Zatrwożony przykucnął za krzakiem i zza niego spozierał na przybliżające się ognie. Albo, nie daj Bóg, jakieś opyry[1] nadchodzą, spokojny lud nieszczęściem nawiedzać. Znów wykonał znak krzyża i obiecał sobie, że nie opuści niedzielnych modłów w kościele.

Ale nie. Jasiek zauważył sylwetkę konia ciągnącego trzęsący się drabiniasty wóz. Do dworu śpieszą, pomyślał. I nie żadne opyry, tylko swoi. Zza krzaka dojrzał opatulonych w baranie kożuchy parobków. Tych samych, których panicz wziął na wojaczkę. Już koniec wojny? Jasiek dostrzegł Antka Zduna i Fedora Hryniuka. Pochód zamykał jadący konno ordynans panicza, Filip. Już miał się podnieść, by powitać wracających, gdy zauważył coś jeszcze. Na skrzypiącym wozie trzęsła się prosta trumna. Który zginął? Szybki rzut oka uspokoił go w pierwszej chwili. Dziesięciu parobków poszło i dziesięciu wróciło. I nagle zauważył, że wśród mężczyzn nie było tego jednego, najważniejszego. Panicza.

Powoli wykonał kolejny znak krzyża. Spojrzał znowu w oświetlone okna dworu, który za chwilę miał okryć się żałobą. Jasiek wytarł jedną łzę z oka.

Gdy ustało skrzypienie wozu, ruszył powoli w stronę wsi, dumając nad okrutnym losem. Śmierć nie wybiera, równo traktuje bogaczy i nędzarzy.

Panicz z powstania powrócił martwy.

[1] Wiedźmy męskie.

Rozdział

pierwszy

Drzwi zaskrzypiały lekko. Rozalia zamarła w progu i ostrożnie rozejrzała się po gabinecie ojca. Nie zauważyła nikogo. Odetchnęła z ulgą, po czym szybko wślizgnęła się do pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Jej nozdrza natychmiast wypełnił zapach tytoniu i prochu strzelniczego. Skrzywiła się z niesmakiem. Broń wisząca na ścianach wyraźnie mówiła o ulubionej wiejskiej rozrywce pana domu – polowaniu. Stąpając cicho, ruszyła do znajdujących się naprzeciwko drzwi do biblioteki, czyli pomieszczenia, do którego jedyna droga wiodła przez gabinet ojca. I zarazem tego, do którego Henryk Pawłowski absolutnie zabronił jej wchodzić.

Według ojca oczytana niewiasta dla swojego męża była tylko kłopotem, ponieważ kobietę Bóg stworzył dla uprzyjemnienia męskiego świata. W tym celu miała ładnie wyglądać, milczeć i potakiwać. A wcześniej wnieść mężowi spory posag, by ów mógł za te pieniądze hulać w mieście. Oczywiście ojciec podczas swoich tyrad dotyczących jej starszej siostry Marianny o tym ostatnim szczególe nie wspominał. Ponieważ Henryk Pawłowski uważał, że to przez książki Marianna ściągnęła hańbę na rodzinę, której nie zmyło nawet jej świetne małżeństwo, Rozalia miała absolutny zakaz czytania czegokolwiek poza Biblią i podręcznikami etykiety. I ewentualnie kazaniami, przy lekturze których ogarniała ją natychmiastowa senność. Nie byłoby z doborem lektur tak źle, ponieważ ojciec z rzadka bywał w domu, a matka na temat książek miała zgoła odmienne zdanie, gdyby nie Natasza Iwanowna. Natasza Iwanowna, która z guwernantki awansowała na towarzyszkę Rozalii. A tak naprawdę nadal pozostawała jej więzienną strażniczką. I donosicielką ojca.

Rozalia miała nadzieję, że gdy skończy siedemnaście lat, znienawidzona przez nią Rosjanka zostanie odprawiona, ale oczywiście ojciec postanowił inaczej. Natasza pilnowała, by dziewczyna cały dzień miała wypełniony kobiecymi zajęciami zaaprobowanymi przez pana domu, a w chwilach, gdy panna haftowała kościelne ornaty albo tkała tapiserie, opowiadała, jak będzie jej cudownie, jeśli poślubi jednego z Rosjan. Bo przecież takiej urody szkoda dla Polaka, który lada chwila mógł zaangażować się w działalność wywrotową i uczynić żonę nędzarką. Albo co gorsze więźniarką na odległej, zimnej Syberii. Rozalia jednym uchem słuchała powtarzających się latami tyrad, uprzejmie się uśmiechała, kiwała potakująco głową, a w duchu obiecywała sobie małżeństwo z takim właśnie wywrotowcem. I nawet jednego, przyjaciela brata, miała już na myśli. Gdy dotarła do drzwi biblioteki, przypomniała sobie twarz Artura. Może pan Bóg nie obdarzył go klasyczną urodą, ale dla niej był najwspanialszy. Przyjaciel brata, prawnik, powstaniec. Słyszała, że nawet na emigracji nie przestał działać w organizacjach, których jedynym celem była niepodległość. I pozbycie się osób podobnych do Nataszy Iwanownej z polskiej ziemi i polskich domów.

Rozalia na chwilę przestała bujać w obłokach i skupiła się na drzwiach wiodących do biblioteki. Te na szczęście pozostały uchylone, co dało jej możliwość szybkiego zerknięcia do środka i upewnienia się, że ten pokój też był pusty. Ojciec aktualnie przebywał w Wilnie, więc służba nie zbliżała się do jego apartamentów. Zmitrężyła kilka cennych chwil, uważnie nasłuchując, po czym spojrzała przez szparę w lustro zawieszone na ścianie między oknami, w którym odbijała się pozostała część biblioteki. Pusto!

Biblioteka za rządów Pawłowskiego została zdegradowana do pokoju bilardowego, a bezcenne książki Krasińskich nieczytane kurzyły się na półkach. Lub służyły za podstawki pod szklanki z alkoholem pitym przez ojca i jego znajomych. Buntując się przeciwko ograniczeniom stawianym jej przez rodzica, postanowiła przywrócić pokojowi jego pierwotną funkcję i czytać w sekrecie. Czuła, jak z podekscytowania łomocze jej serce. Powoli popychała nienaoliwione i skrzypiące odrzwia ziarno po ziarnu[2], żeby te nie wydały z siebie żadnego dźwięku. Oceniła, że szerokość dwóch łokci[3] wystarczy, aby wsunęła się do środka, jeśli zbierze i przyciśnie do siebie szeroką suknię. Dwa kroki i znalazła się wewnątrz. Wykonała odwrotną procedurę, nie domykając drzwi. Ominęła stojący na środku stół bilardowy i szybkim krokiem ruszyła w kierunku swojego ulubionego fotela – uszaka. Był to mebel na tyle obszerny, że obrócony w stronę okna, tak jak teraz, całkowicie skrywał przed ciekawskimi siedzącą na nim osobę. Nawet jeśli któraś ze służących wejdzie do środka, nie powinna jej dostrzec, a skrzypienie drzwi ostrzeże ją wystarczająco wcześnie, aby siedziała w bezruchu.

Uklękła przy fotelu, po czym włożyła rękę w szparę pomiędzy podłokietnikiem a poduszką siedziska i z całej siły pociągnęła. Aksamit, którym obity był fotel, nie poddawał się, ślizgając między palcami, ale ostatecznie z lekkim szmerem siedzisko podjechało do góry. Rozalia szybko postawiła je na sztorc i prując fastrygę, delikatnie odsunęła materiał, który pokrywał od spodu poduszkę. I był tam. Jej skarb ukryty przed całą rodziną i ciekawską służbą. Dziady część III Adama Mickiewicza.

Książka, którą w wielkim sekrecie przywiozła na przechowanie do swojego domu od przyjaciółki Jadzi Bagińskiej. Matka Jadzi obawiała się, że Moskale w najbliższym czasie przeszukają ich dwór, po tym jak jedna z nowych służących pewnego wieczoru podsłuchała rodzinę czytającą zakazane wersety. A za samo posiadanie tej części Dziadów groziła konfiskata majątku i wywózka całej rodziny na ciężkie roboty na Syberię. I faktycznie, ledwie dzień po wizycie Rozalii w dworku Bagińskich pojawiło się wojsko i przetrząsnęło go od piwnic po strychy. Zakazanej literatury nie znaleźli, więc obecnie we dworze trwały porządki i usuwanie zniszczeń spowodowanych przez żołdaków. Tymczasem dziewczyna ukryła przemyconą książkę w bibliotece, obawiając się, że w jej sypialni może odnaleźć Dziady Natasza Iwanowna, która od czasu do czasu przeszukiwała pokój Rozalii.

Wyciągnęła książkę z luki pomiędzy sprężynami a gąbką, na nowo włożyła siedzisko w ramę i usiadła wygodnie w fotelu. Dzięki zakładce szybko znalazła ostatnio czytany fragment i beztrosko pogrążyła się w lekturze.

Nagle coś ją zaniepokoiło. Zamarła w bezruchu, nasłuchując. Przez gęste muślinowe firanki rzuciła okiem na podjazd przed domem. Spojrzała i zmartwiała. Dostrzegła powóz ojca, z którego wysiadł pan dworu. Zaraz za nim podjechał elegancki karykiel, a z niego wyłonił się sam Dymitr Wroński. Rozalia zerknęła na trzymaną w dłoniach książkę i jednym ruchem znalazła się na kolanach przed fotelem. Nerwowo szarpała poduszkę siedziska. Owa jak na złość nie chciała współpracować i ustąpiła dopiero po dłuższej chwili. Rozalia czuła, jak serce coraz szybciej zaczyna jej walić, a czoło robi się mokre od potu. Jednym ruchem odwróciła poduszkę siedziska, wcisnęła tomik na swoje miejsce, nasunęła materiał i przygotowaną zawczasu, wpiętą w suknię igłą z nawleczoną nitką, błyskawicznie zaczęła przyszywać gruby, płócienny materiał do aksamitu. Niekończące się godziny szycia, do których zmuszała ją guwernantka, na coś się przydały, pomyślała ponuro, kończąc swoje dzieło. Szybko oceniła równiutki rządek szwów i uśmiechnęła się zadowolona. Pomimo że szyła trzęsącymi się rękami, te nowe niczym nie różniły się od starych. Wsunęła siedzisko na miejsce i usiadła na nim, dociskając je do ramy. Wstała z fotela i przez parę sekund przypatrywała się uważnie meblowi, w końcu dochodząc do wniosku, że wyglądał niewinnie. Czyli tak jak zawsze.

Teraz musiała postanowić, w jaki sposób wydostanie się z biblioteki. Mogła zaryzykować przejście przez gabinet aż do sieni i stamtąd na górę do siebie. Niestety ta opcja miała szansę powodzenia jedynie wtedy, gdy ojciec zaprowadzi gościa do zimowego salonu i w nim pozostanie. Bardziej prawdopodobne jednak było, że pan domu zaprosi Wrońskiego do gabinetu, gdzie mężczyźni mogli się w spokoju raczyć stojącym w karafce na komodzie koniakiem. W takim wypadku jedyną drogę odwrotu miała zamkniętą.

Jednakże… Spojrzała z namysłem na okno wychodzące na bok dworu. Mogła je otworzyć i spróbować się przez nie prześlizgnąć, następnie wejść do budynku od strony ogrodu, udając, że wróciła ze spaceru. Służba będzie zajęta w suterenie albo w salonie, poza tym za godzinę zacznie zmierzchać. Nie było na co czekać. Podbiegła do okna, odsunęła skobel zamykający okno i już miała je otworzyć, gdy usłyszała skrzypienie drzwi w pomieszczeniu obok.

Za późno!

Nie zdąży wyjść z pokoju i zostanie przyłapana przez ojca i, co gorsza, przez Wrońskiego. Starając się stąpać bezszelestnie, wróciła na uszaka i cała się w nim skuliła. Podciągnęła do góry nogi, a szeroką spódnicę i halki upchnęła wokół siebie tak, by żaden skrawek jej odzienia nie wystawał poza fotel.

Wkrótce z gabinetu zaczęły dobiegać dźwięki prowadzonej po rosyjsku rozmowy, skrzypienie krzeseł i delikatne dźwięczenie szkła. Najprawdopodobniej ojciec częstował gościa koniakiem. Rozalia, skupiona na spokojnym, bezdźwięcznym oddechu, nie śledziła rozmowy mężczyzn. Z koncentracji na tej czynności wytrąciło ją pojawienie się w konwersacji imienia brata. Wroński pytał o miejsce pobytu Szymona.

– We Lwowie – usłyszała głos ojca. – Dwa lata temu ukończył studia i teraz aplikuje w Forum Nobilium[4].

– Nie byłoby mu lepiej w domu? Pod ojcowskim nadzorem? – rozległ się pełen namysłu głos Wrońskiego.

Usłyszała skrzypienie fotela ojca. Chwila ciszy, kiedy Rozalia wstrzymała oddech. Co właściwie sugerował Moskal?

– Młodość musi się wyszumieć – odparł po chwili pan domu.

– Hmm. Wyszumieć… – Cichy dźwięk przesuwanego po drewnie szkła. – Czasami takie młodzieńcze wybryki mogą prowadzić w dalekie i raczej chłodne okolice. Albo wprost na szafot.

Trzask szklanki postawionej z siłą na stole. Rozalia w jednym momencie zlodowaciała, tak jakby już dotarła na Syberię. Czy Wroński właśnie groził Szymonowi?

– Co waść imputujesz? – rozległ się podniesiony głos ojca.

– Ależ nic… – padło niewinne zaprzeczenie. I nagle ton głosu Rosjanina stwardniał. – Nic poza tym, że Szymon Pawłowski podczas swojego pobytu w Paryżu spotkał pewne niebezpieczne indywidua. Nie wspominając, że był blisko z tym buntownikiem Arturem Zawiszą.

Ale przecież brat przebywał w Paryżu dwa lata temu, zaraz po ukończeniu w Wiedniu studiów prawniczych. Mąż Marianny sfinansował jego podróż. Spotkał tam Artura i tych ze swoich przyjaciół, którzy po klęsce powstania musieli się udać na emigrację. Poza tym wszyscy wiedzą, że Szymon przyjaźni się z Arturem. Studiowali razem w Warszawie przed wybuchem powstania. I Artur bywał u nich w Różankach.

Jej myśli powędrowały w stronę postawnego przyjaciela brata. Z uśmiechem rozmarzenia przypomniała sobie ich ostatnie spotkanie. Była jeszcze wtedy dwunastoletnim dzieckiem, więc traktował ją jak młodszą, trochę naprzykrzającą się siostrę. I rozweseliła go, kiedy mu wyznała, że gdy dorośnie, to właśnie jego pokocha i poślubi. Wtedy uśmiechnął się tak czule, wsuwając jeden z jej niepokornych loków za ucho. Marianna, która siedziała na huśtawce z nosem w książce, nie zwracała na nich uwagi. A on podarował jej stokrotkę znalezioną nieopodal w trawie. Tak ją właśnie nazywał. Stokrotką. Uważał, że nie jest w niczym podobna do dumnej róży, której imię nosiła. Choć nie podobało jej się porównanie do skromnego kwiatka, zasuszyła go i przechowywała jako najczulszą pamiątkę.

Teraz jest już dorosła. Może właśnie nadszedł czas, aby spotkali się ponownie. Artur, jako były powstaniec, nie mógł wrócić do domu, a warunki ogłoszonej amnestii skazywały go na przymusowe wcielenie do carskiej armii i służbę Bóg wie gdzie. Natomiast podczas zbliżającej się wizyty u siostry może namówić Szymona na wspólny wyjazd do Paryża. Bez Nataszy Iwanowny. Ach, Paryż i Artur. Coś cudownego, westchnęła rozmarzona.

– Co? – rozległ się nagły ryk ojca, który przerwał chwilową zadumę Rozalii. Aż podskoczyła na fotelu ze strachu. Czy w jakiś sposób zdradziła swoją obecność? Nasłuchując, położyła rękę na piersi, by uspokoić walące w niej serce. Jednak następne słowa ojca uczyniły to zadanie niemożliwym. – Jaki spisek? Jakie listy?

Nie, jej obecność nie została odkryta, ale odpowiedź Wrońskiego tylko pogłębiła narastający w duszy Rozalii niepokój.

– Ostatnio wpadł nam w ręce list jednego z członków Zemsty Ludu, tego patetycznego związku chcącego siać ferment i szerzyć rewolucję. Gdy w końcu władze francuskie okazały się na tyle mądre, by wysłuchać prośby naszego rządu i rozwiązać Komitet[5], buntownicy wymyślili sobie kolejny program. Wszechwładztwo ludu, przez wolę ludu i dla dobra ludu… Wszechwładztwo ludu, wyobraź sobie! Motłochu raczej – parsknął. – Poza Zaliwskim, Lelewelem i paroma innymi w kontekście przygotowywania następnego powstania padło także nazwisko Szymona Pawłowskiego – prawnika. Ja znam tylko jednego prawnika, który tak się nazywa, drogi Henryku – rozległ się zadowolony głos Wrońskiego.

– Ale do buntu doszło dwa lata temu! Zaliwski, z tego co wiem, nadal przebywa uwięziony we Lwowie, gdzie czeka na wyrok, ujęty Drzewicki otruł się, a Wołłowicza powieszono. Wszystkich powstańców wyłapano.

– Jak się okazuje nie wszystkich. Niektórzy uniknęli sprawiedliwości. – Wroński mlasnął niezadowolony. – Taki na przykład Zaliwski też powinien zadyndać. I dlatego bardzo chcielibyśmy w Warszawie porozmawiać z Szymonem. Może uda mu się uzupełnić kolejne puste miejsca na liście polskich buntowników, a niektórzy z nich mogą przebywać obecnie na terenie Galicji. I spiskować przeciwko naszym austriackim przyjaciołom. W tym wypadku zamierzamy wystąpić do rządu wiedeńskiego o wydanie naszego obywatela w celu przesłuchania. Wiesz, jak cię lubię, Henryku, i dlatego chciałbym, żebyś przekonał syna, żeby sam jak najszybciej się do nas zgłosił. Jeśli będzie współpracował, dostanie rok twierdzy, no, może dwa. A i rodzina nie poniesie konsekwencji. Przemyśl to.

– To niemożliwe. Nie tak go wychowałem… – Głos ojca brzmiał dziwnie chrapliwie. Tak jakby uszły z niego wszystkie siły.

Rozalia starała się oddychać spokojnie, choć miała ochotę zerwać się z fotela i krzyczeć. Krzyczeć z radości i dumy z brata, że naraził się dla ojczyzny. I przerażenia, że może go stracić. Nie, na pewno nie pozwoli bratu współpracować z wrogiem, nawet jeśli ojciec mu rozkaże. Wyjadą do Paryża, gdzie będzie bezpieczny, a ona go wspomoże we wszystkich działaniach. Potem wyjdzie za Artura, którego też będzie wspierać w walce o wyzwolenie Polski. Przygotują kolejne powstanie i tym razem owa insurekcja się powiedzie. Musi! Wyrzucą z kraju Wrońskiego, Nataszę i im podobnych. Tak będzie!

– Mój syn jest lojalnym poddanym cesarza. Jego nazwisko w listach to tylko zbieg okoliczności. Nigdy nie brał udziału w żadnym buncie… – upierał się pan Pawłowski.

– Nigdy nie został złapany – sprostował od niechcenia Wroński. Rozalia usłyszała kolejne mlaśnięcie i poczuła dreszcz obrzydzenia. – Nie raz słyszałem to od rodziców. Był młody, popełnił błąd. Wy, Polacy, nigdy nie jesteście za młodzi, żeby wichrzyć. Powiem ci to samo, co matce Zawiszy. Trzeba było lepiej wychować syna.

Matce Zawiszy? Chyba nie… Artura? Co ma wspólnego Artur z listem? Czyżby w zastępstwie syna Moskale aresztowali jego matkę? Tak, to było do nich podobne, prześladować nieszczęsne niewiasty. Nie dość, że cierpi z daleka od nieobecnego dziecka, to jeszcze ją uwięziono.

– Była u was?

– Przed egzekucją błagała, żeby wziąć pod uwagę młody wiek Artura i zamienić mu karę śmierci przykładowo na zsyłkę. Oczywiście nic to nie dało i buntownik zawisł. Wiesz, jak brzmiały jego ostatnie słowa? „Gdybym miał sto żyć, wszystkie bym ofiarował mojej Ojczyźnie”.Niebezpieczny fanatyk. Dobrze, że żyje się tylko raz – prychnął.

Zmartwiała nagle dłoń Rozalii opadła z jej piersi.

Egzekucja? Artur?

Zawisnął?

Miała ochotę zerwać się z krzykiem, wbiec do pokoju obok i zażądać wyjaśnień. Ale tknięta nagłym paraliżem, który ogarnął całe jej ciało, nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Krzyk również zamarł w jej piersi i dopiero po chwili zdołała odrobinę nabrać powietrza. Oddychaj, pomyślała. To nie jest prawda… To nie może być prawda!, mówiła sobie. To koszmarna pomyłka. Przecież wiedziałaby. O partyzantce Zaliwskiego słyszała półtora roku wcześniej u Marianny. Wiedziała, że polscy patrioci ponieśli klęskę, ale nie padło wtedy nazwisko Artura Zawiszy. Nikt, na Boga, nikt o nim nie wspominał.

A jednak. Rosjanin wspominał Szymona w kontekście Zawiszy. Więc powstańcem, którego zamordowali Moskale, mógł być Artur. Jej Artur mógł nie żyć! Ona marzyła o ich szczęśliwym życiu, podczas gdy on oddał życie za wolność ich wszystkich.

Zacisnęła pięści i starała się uspokoić. Gdzieś głęboko w piersiach rodził się gwałtowny szloch, więc Rozalia zasłoniła dłonią usta, aby go powstrzymać. Jej wapory na pewno nie pomogą żywemu czy martwemu Arturowi. Ani Szymonowi, jeśli zostanie tu przyłapana. Artur Zawisza. To mogła być tylko zbieżność nazwisk. Dopóki nie będzie miała pewności, dopóki istniała choć iskra nadziei, nie pozwoli sobie nosić po nim żałoby. Musiała być silna. I wierzyć.

Skupiła się na rozmowie mężczyzn, ale poza tym, że Wroński chełpił się kolejnymi wyrokami śmierci, które spadały na nieszczęsnych konspiratorów, nie padło słowo na temat Artura.

Po chwili rozmowa mężczyzn znów wróciła do Szymona. W całym huraganie posępnych emocji pojawiła się ta jedna pozytywna. Ulga, że brat jest bezpieczny na terenie Austrii i nie groził mu los powstańców. Nie wiedziała dokładnie, w jakim kontekście pojawiło się w liście nazwisko Szymona, ale była pewna, że w razie kłopotów szwagier mu pomoże. Jej brat nie mógł już bezpiecznie przebywać na terytorium Rosji ani tym bardziej Królestwa Polskiego. Dopóki nie zmieni się sytuacja polityczna, nie wróci do domu. Usłyszała cichą prośbę ojca o wstawiennictwo. I westchnienie Moskala.

– Niestety nie jestem w stanie pomóc, pomimo tego, że cię szanuję, Henryku. Oczywiście sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyśmy byli spowinowaceni… – ubolewał.

– Marianna trzy lata temu wyszła za mąż…

– To prawda – zgodził się Rosjanin. – Nie możemy jednak zapominać o ślicznej Rozalii. Z dziewczęcia wyrosła prawdziwa piękność.

Dziewczyna zesztywniała. On chyba nie miał na myśli… W napięciu czekała na ciąg dalszy. Ojciec kilka razy nabrał głęboko powietrza, po czym się odezwał:

– Czy chciałbyś ją dla Wasyla?

Wroński zarechotał.

– Dla Wasyla? Ależ skąd. Stara się o rękę księżniczki Dołgorukowej. Myślałem bardziej o podporze własnej starości. Młodziutka dziewczyna do rozpieszczania byłaby cudownym prezentem dla dojrzałego mężczyzny. Mógłbym doczekać się z nią kolejnych synów – mlasnął.

Znowu zabrzmiał jego śmiech, a zbolała Rozalia zlodowaciała z przerażenia. Zostać żoną tego oprawcy? Prześladowcy Polaków? Możliwego mordercy Artura? Przypomniała sobie nalaną sylwetkę starego Rosjanina i aż nią wstrząsnęło z obrzydzenia. Przy ich ostatnim spotkaniu pocałował ją w rękę i tylko obecność innych oraz dobre maniery powstrzymały ją przed natychmiastowym ściągnięciem jedwabnej rękawiczki. Pomimo że potem były prane, nie chciała ich ponownie włożyć, ponieważ dla niej pozostawały splamione samym jego dotykiem. Myśl o tym, że miałaby zostać żoną jakiegokolwiek Moskala, a zwłaszcza Wrońskiego, była nie do przyjęcia. Szczególnie po tym, co stało się z Arturem, po groźbach Wrońskiego w stosunku do Szymona… Nigdy, póki żywa, za niego nie pójdzie. W napięciu czekała na odmowę ojca.

– Nie będę też oczekiwał dużego posagu. Ot, sto tysięcy rubli jako dodatek do panny. W zamian pewne listy mogłyby tajemniczo zniknąć – kusił.

– Sto tysięcy! Toż to majątek! – wykrzyknął ojciec. – Nie mam takiego.

– Możesz zawsze pożyczyć od bogatego zięcia. Albo zastawić dwór – beztrosko zaproponował Wroński. – Chyba syn i dziedzic jest tego wart… Zauważ, że nie rozmawiamy o miłośnicy, ale o żonie. Piękna i powolna[6] panna młoda dla mnie. Wolność dla Szymona. To dobry interes – namawiał.

Ojciec odchrząknął.

– Dwadzieścia tysięcy może byłbym w stanie wypłacić – padła propozycja.

Rozalia zastanawiała się, kiedy nastąpi kres tych koszmarnych wiadomości. Ojciec nie protestował przeciwko oddaniu jej w łapy przebrzydłego Moskala. Protestował przeciwko wygórowanej sumie posagu! Kwota faktycznie była ogromna, bo pieniądze od Sierawskich poszły na spłatę karcianych długów ojca, z części matce udało się podratować upadający majątek, a resztę pan Pawłowski beztrosko przehulał w mieście. Ostatnio coraz częściej wspominał o kolejnym bogatym zięciu. Rozalia miała nadzieję, że uda jej się wyjść za Artura za granicą, gdzie zgody w zastępstwie ojca udzieliłby brat. Dzisiejsze wiadomości mogły jednak wszystko zmienić. Jeśli jej Artur nie żył, ona musiała ratować się przed wpadnięciem w łapy Wrońskiego.

– Żarty się ciebie trzymają, drogi Henryku. Mógłbym ją zabrać bez posagu choćby dzisiaj, ale nie nadawałaby się potem do ołtarza, chyba że z jakimś kupczykiem… I na to jestem w stanie wyrazić zgodę. – W uszach zmartwiałej ze strachu Rozalii zabrzmiała kolejna, jeszcze gorsza propozycja, a ona ze ściśniętym sercem czekała na odpowiedź ojca.

– Nie wychowałem córki na kokotę – wycedził.

– I dlatego proponowałem ślub. To jak będzie?

Pan Pawłowski chwilę rozważał propozycję.

– Za kilka dni wyjeżdżamy do Podgórek na kolejne chrzciny, po powrocie dam na zapowiedzi. Do tego czasu lepiej nasze plany trzymać w tajemnicy przed paniami.

Wroński zastanawiał się przez chwilę.

– Tak faktycznie będzie lepiej. Podczas wyjazdu zbierzesz pieniądze. No i nie chciałbym pozbawiać mojej narzeczonej miłej niespodzianki – znów zarechotał.

Dwie szklanki stuknęły się w toaście, a Rozalia, która przestała panować nad łzami, obiecała sobie, że nigdy, przenigdy nie wyda się za żadnego Moskala.

[2] Najmniejsza jednostka miary długości ok. 3,1 mm.

[3] Łokieć – ok. 595 mm.

[4] Sąd szlachecki w Galicji.

[5] Komitet Narodowy Polski zawiązany w Paryżu w grudniu 1831 pod przewodnictwem Joachima Lelewela dążył do powstania trójzaborowego, odrodzenia państwa polskiego jako republiki. Został rozwiązany z inicjatywy rosyjskiej przez francuską policję rok później.

[6] Posłuszna.

Rozdział

drugi

Panowie nie dyskutowali długo, ponieważ Wroński uznał, że wypadałoby złożyć wyrazy uszanowania gospodyni. Pawłowski zadzwonił na służącego, któremu rozkazał odnaleźć panią. Kamerdyner ojca poinformował, że pani oczekuje w salonie, w związku z tym panowie pospiesznie opuścili gabinet.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, Rozalia wyprostowała się. Poczuła nagły ból w zesztywniałych z powodu długiego przebywania w jednej pozycji mięśniach. To nic. Najważniejsze, by nie została przyłapana w bibliotece. Ojciec i Wroński nie mogli się domyślić, że podsłuchała ich rozmowę. I związane z nią plany. Rozejrzała się po pokoju. Najprawdopodobniej nie będzie w stanie wrócić do domu. Nie w sytuacji, w której powrót oznaczał, że ojciec zmusi ją do zawarcia niechcianego związku. Dla niej, podobnie jak dla Szymona, bezpieczniej było pozostać w Austrii.

Podeszła do okna i rozejrzała się uważnie. W ogrodzie nie widziała żywej duszy, zresztą nadeszła już szara godzina i za niedługo zrobi się ciemno. Musiała się pospieszyć, bo zaczną jej szukać i wtedy dopiero wpadnie w tarapaty. Starając się nie myśleć o tym, jaki nieobyczajny widok przedstawia, rozwarła okno i podskoczywszy, usiadła w wykuszu. Następnie przerzuciła przez okienną ramę jedną, a potem drugą nogę, i nie namyślając się, zeskoczyła.

Zabolało! Prawa noga ugięła się pod nią i zaczęła pulsować. Rozalia szła, kulejąc, i w duchu pomstowała na swojego pecha. Nagle stanęła tknięta nową myślą. Stan kończyny może stać się świetną wymówką dla późnego powrotu. I może uda jej się zjeść wieczerzę u siebie w pokoju, bo przeczuwała, że ojciec zaprosi gościa na posiłek, a ów jak zwykle się zgodzi. Nadal kuśtykając, okrążyła budynek i weszła do środka od strony podjazdu. Natychmiast podbiegła do niej jedna ze służących, załamując ręce.

– Panienko, gdzie to panienka była? Pani szaleje z niepokoju, bo nigdzie nie można było panienki znaleźć. Pan przyjechał i przywiózł ze sobą… gościa.

– Gościa? Kto zacz?

Siliła się na obojętność, chociaż w środku aż w niej wrzało. Oddała służącej grubą chustę, którą zabrała do nieogrzewanej biblioteki. Dzięki temu uczyniła swój spacer bardziej prawdopodobnym.

– Pan Wroński – wyszeptała Wiśka.

Rozalia nie odpowiedziała, za to wolnym krokiem ruszyła w stronę schodów wiodących na pierwsze piętro. Wiśka podniosła kolejny lament, gdy zauważyła chód panny. Szybko otworzyły się drzwi salonu, w których ukazała się zaniepokojona matka Rozalii. Na widok córki szybko zatrzasnęła za sobą wierzeje i ruszyła w jej kierunku. Dostrzegłszy zaczerwienione od płaczu oczy Rozalii, uniosła lekko brwi, żądając wyjaśnień.

– Panienka raniona – odezwała się nieproszona pokojówka.

– Rozalko?

– Byłam na spacerze i musiałam źle stąpnąć. Boli mnie noga, więc mój powrót z lasu trochę się wydłużył. Przepraszam, że cię zmartwiłam, mamo – wyjaśniła szybko, widząc coraz większy niepokój na twarzy matki.

– Zawołaj Stanisława – zaczęła wydawać dyspozycje pani domu. – Trzeba cię wnieść na górę. Przekaż Janowej, żeby przygotowała napar z pietruszki, a Hani, aby wyjęła maść z arniki z apteczki.

– Mogę sama wejść po schodach – zaczęła protestować i za chwilę ugryzła się w język.

Pani Pawłowska tylko pokręciła głową i objęła córkę, aby ta mogła się o nią oprzeć. Za chwilę w sieni pojawił się kamerdyner, który na rozkaz pani podniósł Rozalię i zaniósłszy do jej sypialni na piętrze, delikatnie położył na łóżku. Eliza z pomocą służącej ściągnęła jej z nogi pantofelek i syknęła lekko na widok opuchlizny, która pojawiła się na kostce córki. Rozalia szybko została wyswobodzona z powalanej błotem sukni, rozluźniono jej gorset i przebrano w miękki bawełniany kaftanik. Ledwie zdążyła znowu się położyć, kiedy weszła Wiśka z tacą, na której leżały białe pasy płótna, maść w słoiczku i parująca filiżanka. Matka szybko posmarowała jej nogę maścią, owinęła pasami płótna, po czym podała Rozalii filiżankę z herbatą z pietruszki.

– Pij – poleciła. – To wyciągnie z organizmu wodę i zmniejszy opuchliznę. Twoja noga nie wygląda źle i raczej nie trzeba będzie wzywać felczera – zawyrokowała. –Po wieczerzy wymoczysz stopę w zimnej wodzie. Jutro, jeśli będzie cię boleć, dodamy do maści dwie krople olejku z chloroformem.

Rozalia małymi łykami piła ciągle gorący napój, gdy pojawił się kamerdyner z wiadomością, że wieczerza została podana i pan życzy sobie obecności pani i panienki.

– Przekaż panu, że panienka miała wypadek i nie może uczestniczyć w posiłku. Niech jej przyniosą tacę na górę.

– Przekazałem wiadomość, że panienka nie może chodzić, ale pan zaordynował, aby córkę znieść – odpowiedział szybko.

Eliza Pawłowska uznała, że dyskusja z upartym mężem jest bezcelowa, więc rozpoczęła poszukiwania odpowiedniego stroju.

– Na nogi załóż szare prunelowe pantofelki[7]. Są na tyle cienkie, że nie będą uciskać kostki – zaleciła.

Stanisław ukłonił się i wyszedł, zaś pani Pawłowska zaczęła przeglądać suknie córki w poszukiwaniu czegoś skromnego i nierzucającego się za bardzo w oczy.

– Wizytową z czarnej bawełny – padła prośba Rozalii.

Zaskoczona pani domu odwróciła się od szafy i spojrzała ostro na córkę.

– Czarna? Nie pora na drażnienie Rosjanina. – Zmartwiona zmarszczyła brwi.

Rozalia nie odezwała się, nie chcąc zalać się łzami na wspomnienie Artura. Ledwo się trzymała, a wiedziała, że nie może dać po sobie poznać lęku, który ją przepełniał.

– Ciemnopopielatą z czarnymi koronkami – pozornie ustąpiła. Nie była w stanie włożyć niczego kolorowego. Nie dziś i nie za tydzień. Może nigdy.

Matka z namysłem przyglądała się Rozalii.

– Coś się wydarzyło?

Przez moment zastanawiała się, czy zapytać o los Artura. Wolała się upewnić, bo nawet najgorsza prawda jest lepsza niż ta dławiąca niepewność.

Ale jeszcze nie teraz. Nie czas był na taką rozmowę. Lada chwila wróci Stanisław, mogła też pojawić się Natasza. Wieczorem, kiedy nie będzie musiała już patrzeć w oczy zaborcy, zapyta. Na razie musi wytrzymać, bo jeśli potwierdzą się jej najgorsze obawy, nie będzie w stanie niczego przełknąć. Już teraz czuła, jak jej wnętrzności z napięcia zaciskają się w bolesne węzły.

Pani Pawłowska w odpowiedzi na milczenie córki wyciągnęła wełnianą suknię. Z pomocą Wisi zacisnęła znów gorset Rozalii, po czym pomogła jej się przebrać. Spojrzała krytycznie na córkę. Jej cera przybrała prawie biały odcień, który tylko podkreślił czerwień i lekką opuchliznę powiek.

– Popielaty to zdecydowanie nie twój kolor, ale też nie przyjmujemy adoratora – zawyrokowała, po czym zadzwoniła na kamerdynera.

Stanisław zaniósł ją wprost do pokoju stołowego. Z kredensów wyciągnięto już porcelanowe talerze, a na stole lśnił używany od święta biały obrus z holenderskiego płótna pochodzący z wyprawy Elizy Pawłowskiej. Przy talerzach stały karbowane w kształt konchy serwety. Na bokach służba ustawiła dwa srebrne świeczniki z zapalonymi woskowymi świecami. Pomiędzy świecznikami pyszniła się piramida z lukru formowanego i farbowanego na kształt owoców. Obok stał kucharz i uważnie podgrzewał pieczyste na specjalnych fajerkach. Stanisław po usadzeniu Rozalii na krześle z zapleckiem wyplatanym z trzciny zaczął dyrygować trzema lokajami, którzy mieli podawać do stołu.

Otworzyły się drzwi i do środka jadalni wszedł zadowolony Wroński, prowadząc pod rękę Elizę Pawłowską. Za nimi stąpał Henryk z Nataszą Iwanowną. Wroński zaprowadził panią domu do jej miejsca, po czym okrążywszy stół, zajął krzesło obok Rozalii. Z uśmieszkiem pełnym zadowolenia ujął jej dłoń, po czym złożył na niej wilgotny pocałunek. Dziewczyna wzdrygnęła się z obrzydzeniem. Na dodatek do posiłku nie włożyła rękawiczek, lekkomyślnie nie przewidziawszy bliższego kontaktu z Wrońskim i jego grubymi wargami. Chyba będzie musiała wyszorować dłoń ługiem z popiołu, którego służba używała do czyszczenia stołów. W milczeniu obserwowała, jak kamerdyner podaje kolejno zimne szynki, pieczonego indyka z sałatą, szparagi w sosie i galaretkę pomarańczową. Poskubała indyka, zjadła odrobinę galaretki i poczuła, że nie jest w stanie przełknąć ani kęsa więcej. Wciąż w uszach dźwięczało jej zadowolone mlaskanie Wrońskiego. Łysy grubas, zajęty pochłanianiem kolejnych porcji mięsa, rzadko zabierał głos w toczącej się przy stole dyskusji na temat tegorocznych plonów, a Rozalia postanowiła trzymać się zasady, że młodą pannę powinno się widzieć, a nie słyszeć. Na szczęście rozmowa, tak jak w każdym eleganckim towarzystwie, toczyła się po francusku. Eliza Pawłowska nigdy by się nie zgodziła na używanie w jadalni lub salonie rosyjskiego.

W końcu Wroński otarł serwetą lśniące od tłuszczu wargi i zadowolony rozparł się na krześle. Gdy ojciec zaproponował wino, z ulgą przyjęła zakończenie wieczerzy. Jako osoba chora miała prawo pójść do siebie, a Wroński mógł się zapić na śmierć najlepszym węgrzynem ojca. Skinęła na stojącego pod ścianą Stanisława, gdy usłyszała zapytanie ojca:

– Białe czy czerwone?

Wroński znowu zarechotał, aż zatrzeszczało pod nim krzesło. Jego nalana twarz promieniała ukontentowaniem, a małe świńskie oczka błyszczały, gdy spoglądał na Rozalię. Dziewczyna wzdrygnęła się ponownie. Moskal był po prostu odrażający.

– Czerwone oczywiście. Innego trunku nie piję. Niektórzy twierdzą nawet, że nie w winie, a w krwi polskich buntowników tak zasmakowałem. I ją czerwoną jako wino pijam – mlasnął zadowolony.

Eliza zesztywniała. Natasza Iwanowa zaśmiała się lekko, przez twarz Henryka przemknął ledwie zauważalny grymas, a dobre chęci Rozalii nagle wyparowały.

– Takie słowa w polskim domu są, delikatnie mówiąc, niestosowne – wycedziła, straciwszy nad sobą panowanie.

Ojciec otworzył usta, by przemówić, ale to Wroński odezwał się pierwszy:

– Faktycznie, słowa te mogły zabrzmieć niepokojąco w uszach niewinnej panny, więc przepraszam.

Na twarz Rosjanina wystąpiły czerwone plamy, których nie mogła zatuszować nawet gruba warstwa pudru, a na czole zalśniły mu krople potu.

Rozalia zmusiła się, żeby skinieniem głowy przyjąć przeprosiny. Następnie nie czekając, aż podejdzie do niej Stanisław, kulejąc, ruszyła w stronę drzwi. Na wspomnienie ledwie hamowanej wściekłości malującej się w wyblakłych oczach Rosjanina czuła ciarki na plecach. Gdyby miał nad nią jakąkolwiek władzę, pewnie by ją pobił. Zadrżała. Wiedziała, że wypowiedziane przed chwilą słowa zabrzmiały prawie jak wyzwanie, ale po dzisiejszych wiadomościach było jej już wszystko jedno. Nie miała ochoty przejmować się humorami Wrońskiego, nie kiedy najbardziej interesowały ją losy Artura. I jego krew, której przelaniem tak chełpił się Moskal.

Dotarła na górę, a chwilę potem dołączyła do niej matka.

– Rozalio?

Wiedziała, o co pyta jej rodzicielka, więc postanowiła od razu przejść do sedna.

– Czy to prawda, że Artur został zamordowany? –wyszeptała.

Z walącym w piersiach sercem czekała na odpowiedź. Nawet w świetle świecy można było zauważyć emocje, które kolejno pojawiały się na twarzy starszej kobiety. Zaskoczenie pomieszane z szokiem, rozwagę i w końcu głęboki smutek.

A więc to prawda. Lekkie skinienie głową tylko potwierdziło jej najgorsze przypuszczenia. Nie żył.

– Kiedy?

– W listopadzie trzydziestego trzeciego.

Ponad rok temu. A ona nie wiedziała. Cały czas marnowała na wyszywanie, przy okazji snując niewinne marzenia. Marzenia, które nie miały szansy się ziścić. Matka zbliżyła się do niej, żeby ją objąć, a Rozalia zdawała sobie sprawę, że gdy kobieta ją dotknie, nie zdoła pohamować dłużej żalu.

Z jej oczu zaczęły płynąć pojedyncze łzy, które szybko przerodziły się w wartki strumień. Trząsała się gwałtownie. Nie panując nad odruchami swojego ciała, przyciskała do twarzy dłonie i delikatnie się kołysała w objęciach matki, coraz głośniej szlochając. Ból duszy i poczucie straty były większe niż wszystkie kary cielesne, które mógł wymierzyć jej ojciec. Cierpienie spowodowane roztrzaskaniem w pył jej snów o szczęściu i boleść po stracie ukochanego zupełnie ją opanowały. Wstrząsana kolejnymi dreszczami była w stanie wspominać tylko tego jedynego, którego miejsce ostatniego spoczynku znajdowało się w niewiadomym miejscu. Gdy pomyślała o samotnej mogile, na nowo zaczęły jej z oczu płynąć kolejne łzy.

Nie wiedziała, jak długo trwało, nim przestała spazmatycznie się trząść. Gdy była w stanie myśleć, od razu przyszedł jej do głowy cytat z Mickiewicza, fragment Dziadów, który tego dnia przeczytała.

Wskrzesiciel narodu,

Z matki obcej; krew jego dawne bohatery[8],

A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

[7] Prunela – jedwabno-wełniany materiał o splocie atłasowym, z którego wykonywano trzewiki, pantofle i obicia.

[8] Według legendy Artur Zawisza był potomkiem najsłynniejszego polskiego rycerza – Zawiszy Czarnego.

Rozdział

trzeci