Rodzina prezydencka - Michael Palmer, Daniel Palmer - ebook

Rodzina prezydencka ebook

Michael Palmer, Daniel Palmer

4,3

Opis

Trzymający w napięciu thriller medyczny, doskonale oddający intensywną atmosferę panującą w Białym Domu!

Prezydent Geoffrey Hilliard i jego rodzina żyją w ciągłym blasku politycznego świata. Biały Dom nie jest łatwym miejscem do dorastania, kiedy więc syn prezydenta, Cam, szesnastoletni mistrz szachowy, doświadcza nagłego przypływu zmęczenia i diametralnej zmiany nastroju, lekarze stwierdzają, że to typowe dla nastolatków. Jednak agentka Secret Service, Karen Ray, której zadaniem jest strzec rodzinę prezydencką, ma pewność, że problemy Cama są poważne i prosi swojego byłego męża – lekarza – o drugą opinię.

Doktor Lee Blackwood ma jednak zakaz wstępu do Białego Domu. Diagnozę musi postawić na podstawie zasłyszanych informacji. Jego jedyną wskazówką jest pewna młoda pacjentka o podobnych objawach. A także stan Cama, który nagle ulega zdecydowanemu pogorszeniu…

Czy ktoś próbuje zamordować syna prezydenta?

Kiedy doktor Blackwood i agentka Ray usiłują wyjaśnić, co się dzieje, odrywają szereg mrocznych tajemnic związanych ze zdradami, naruszającymi poziom bezpieczeństwa narodowego.

Inteligentny thriller medyczny, na naprawdę wysokim poziomie! – Robert Dugoni, autor bestsellerów New York Timesa.

Powieść Palmera przeniesie cię w złożony świat etyki medyczno-prawno-społecznej. Rodzina prezydencka nie zawodzi, stawiając w kontrze dwa pytania – „co możemy zrobić?” i „co powinniśmy zrobić?”. Do tego cały czas trzyma w napięciu! – Kathy Reichs, autorka słynnego cyklu Kości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (94 oceny)
47
28
15
4
0

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału

THE FIRST FAMILY

 

Copyright © 2018 by Daniel Palmer

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Dagmara Ślęk-Paw

 

Korekta

Lidia Ryś

 

Skład i łamanie

Sławomir Kukurenda

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2020

 

eISBN 978-83-66481-82-4

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Doktorowi Richardowi P. Dugasowi,

lojalnemu i niezawodnemu przyjacielowi rodziny Palmerów. Dziękujemy.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

Lęk nigdy nie odchodził. Do tej pory powinna już o tym zapomnieć. Po całym tym czasie nie powinna się aż tak bać. Długie nogi drżały jej pod jedwabistym materiałem czerwonej sukni. Oddychała głęboko, żeby się uspokoić, ale i tak dłonie miała wilgotne od potu. To może być problem. Wychwytywała każdy dźwięk, rozlegający się w przestronnym pomieszczeniu, każde drgnięcie, chrobot i oddech. Obserwowali każdy jej ruch. Jej delikatna twarz nie wyrażała żadnych emocji, gdy ukrywając rosnące zdenerwowanie, odwzajemniała ich spojrzenia.

Sala koncertowa była pełna. Grzmiące oklaski właśnie ucichły i trwało krótkie interludium przed rozpoczęciem występu. Serce waliło jej tak głośno, że bała się, że mikrofon wyłapie ten dźwięk. Stała sama na środku wielkiej sceny, oświetlona reflektorem jak na więziennym spacerniaku. W prawej ręce ściskała skrzypce o jasnobursztynowej barwie i oszałamiającym, ognistoczerwonym żyłkowaniu, fachowo postarzone.

Rozglądając się po sali, wypatrywała smukłego mężczyzny o mocnych ramionach i szczupłej kobiety, której była młodszą wersją. Wreszcie ich dostrzegła, tam gdzie zawsze, w trzecim rzędzie: Doug i Allison Banksowie, jej rodzice. Ona nazywała się Suzie Banks i była ich jedynym dzieckiem, ich dumą i radością. Gdyby nie ich wsparcie, Suzie nie stałaby na scenie w Kennedy Center, wybrana z setek obiecujących muzyków, by solowym występem otworzyć wieczorny koncert Narodowej Orkiestry Symfonicznej.

Do tego momentu wydawało się zmierzać całe życie Suzie, od samego początku. Miała dwa lata, gdy zagrała na pianinie pierwszą melodię – dźwięk dzwonka komórki swojej matki, który powtórzyła ze słuchu. Wkrótce zaczęła brzdąkać melodie zasłyszane w radiu. Zanim skończyła pięć lat, potrafiła zagrać Menuet G–dur Bacha, choć nigdy się go nie uczyła. Mówiono o niej „cudowne dziecko”, „niezwykła”, ale Suzie nie rozumiała, co to znaczy i właściwie jej to nie obchodziło. Odkryła niesamowite zjawisko zwane muzyką, a muzyka dawała jej szczęście.

W dniu, gdy matka wsunęła jej w ręce skrzypce, cały świat Suzie skoncentrował się jeszcze bardziej. Poczuła więź z tym instrumentem, głęboko go zrozumiała. Po zaledwie roku nauki podczas recitalu uczniów bezbłędnie odegrała V koncert skrzypcowy Mozarta. Dla Suzie nuty były czymś więcej niż znaczkami na pięciolinii. Gdy grała, widziała je, jak tańczą jej przed oczami, wirując i śmigając jak szpaki w locie. Ćwiczyła każdego dnia, godziny mijały jak minuty, jej radość była nieskrępowana. Dorastając, nie miała wielu przyjaciół, bo zawsze musiała ćwiczyć albo iść na próbę, albo miała występ. Jednakże nigdy nie czuła się opuszczona czy samotna. Muzyka stale jej towarzyszyła, była jej pierwszą, prawdziwą miłością.

Teraz, mając dziewiętnaście lat, Suzie była gotowa, aby rozpocząć karierę zawodową. Zrobiła sobie rok przerwy między szkołą średnią a colleg’em, żeby szlifować swój talent. Mając na koncie setki koncertów, żywiła nadzieję, że trema odejdzie bez śladu. Ale czuła ją jak zawsze, aż do chwili, gdy rozlegał się pierwszy dźwięk.

To był ogromnie ważny występ. Dyrygent Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej był na widowni specjalnie po to, by posłuchać jej gry. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, czeka ją przeprowadzka do Chicago.

Suzie oparła brodę na gładkim, hebanowym podbródku i przestała myśleć o dyrygencie. Sala zamilkła. Nie miała przed sobą nut. Solo skrzypcowe Chaconne z Suity nr 2 Bacha już od dawna znała na pamięć.

Wzięła głęboki oddech, oparła smyczek na strunach i podwójną pauzę otwierającą utwór pokonała brawurowo jak zawodowiec. Publiczność, cała sala, wydawała się znikać, a ona przeniosła się do tego innego miejsca, z którego pochodziła muzyka. Jej ciało kołysało się do rytmu i płynęło wraz z nutami Bacha wprost z instrumentu.

Smyczek i jej palce były rozmazaną smugą. Suzie grając, nie zamykała oczu. Nie widziała jednak nic, choć czuła wszystko. Ze skrzypiec unosił się olśniewający trel, melodia migotliwa i czysta w szybkich dźwiękach, za którymi następował surowy ciąg mroczniejszych, bardziej stłumionych dźwięków. Lata oddania, wszystko, co poświęciła, było warte choćby tylko tego uczucia, tej nieopisanej wolności.

Dotarła do taktu osiemdziesiątego ósmego, prawie do połowy. Przyciągnąwszy do siebie smyczek, Suzie przygotowywała się na kolejną wariację, gdzie bas stawał się melodyczny, a forma diatoniczna się kończyła. Aż do tej chwili jej gra była doskonała, ale znienacka rozległ się niewytłumaczalny i koszmarny zgrzyt. Ramiona Suzie szarpnęły gwałtownie, smyczek przejechał po strunach. Skrzypce wyskoczyły jej spod podbródka.

Nad publicznością uniosło się zbiorowe westchnienie. Zaszokowana, nie będąc w stanie pojąć, co się jej przydarzyło, Suzie poprawiła skrzypce. Jej profesjonalizm przejął kontrolę. To był tylko skurcz, nic więcej. Ponownie oparła smyczek na strunach, ale udało jej się wydobyć z nich tylko jakieś ćwierkanie. W następnej chwili jej ręce znowu trzęsły się w kolejnym mocnym skurczu, jakby jej kończyny były oddzielone od ciała, jakby miały własny umysł. Próbowała odzyskać kontrolę nad rękami, starała się z całych sił, ale nie udało się. Te dzikie ruchy były poza jej świadomością, jak te drgnienia ciała tuż przed zaśnięciem: najpierw uczucie spadania, a potem nieprzyjemny powrót do świadomości. Tyle że tym razem zdecydowanie nie spała. Nieważne jak bardzo Suzie walczyła, nie mogła powstrzymać tych konwulsyjnych ruchów. To była najbardziej przerażająca rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczyła.

W następnym spazmie palce Suzie się otworzyły. Skrzypce wyślizgnęły jej się z rąk i z koszmarnym trzaskiem upadły na ziemię. Publiczność znowu westchnęła, tym razem głośniej. Suzie była bezradna, stała na scenie, a jej ramiona szalały jak dwa przewody pod napięciem. Aż nagle atak minął, jej kończyny się uspokoiły, jakby ktoś pstryknął wyłącznikiem. Powoli uniosła ręce, przyglądając się im ze zdumieniem. Potem spojrzała na skrzypce u swoich stóp. Przez chwilę nie mogła złapać tchu. W uszach huczały jej pomruki z widowni.

Pochyliła się i ostrożnie podniosła zniszczony instrument, w każdej chwili spodziewając się kolejnego ataku. Wyprostowała się. Skrzypce kołysały się u jej boku. W drewnianym pudle ziała dziura jak po wyrwanym zębie. Poszukała wzrokiem rodziców, ale nie widziała ich przez mgłę ze świateł reflektorów i własnych łez.

Stojąc nieruchomo w oślepiającym świetle, z czerwonymi, piekącymi policzkami, mrugając szybko, Suzie chlipnęła i cofnęła się. W jej głowie rozlegało się wycie: Co się ze mną stało?.Wepchnęła się w kurtynę, szukając drogi ucieczki, szarpiąc materiał, rozpaczliwie chcąc się wydostać. Uświadomiła sobie swój błąd, odwróciła się w prawo i wypadła do kulis.

W cichej sali koncertowej rozlegało się tylko echo obcasów Suzie, wystukujących szybki, nieregularny rytm.

 

RZĄD ÓSMY, ŚRODEK

 

Nazywał się Mark Mueller, ale ci, którzy dobrze go znali, mówili do niego Mauser – nawiązując do jego ulubionej broni, niemieckiego pistoletu półautomatycznego Mauser C96, którą przestano produkować w 1937 roku. Swoje gęste, jasne włosy Mauser zaczesywał do tyłu, by podkreślić szerokie i płaskie czoło. Zielona koszula, którą wybrał na ten koncert, zakrywała jego tatuaże i opinała ciasno ciało, umięśnione po latach dźwigania żelastwa na podwórzu.

Mauser spokojnie obserwował, jak Suzie się rozkleja. W jego szarych oczach pojawił się błysk. Ściągnął wargi, tworząc łuk z gęstych, jasnych wąsów. Gdy ludzie na widowni zaczęli podnosić się z miejsc, Mauser zrobił to samo. Wyszedł do foyer i wyciągnął telefon.

– Stało się – powiedział i opisał rozmówcy, czego był świadkiem.

Tylko tyle Rainmaker potrzebował, by skazać Suzie Banks na śmierć.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

PONIEDZIAŁEK, 10 KWIETNIA

WASZYNGTON, D.C.

 

Gdyby opisać obowiązki Karen Ray w możliwie najkrótszy sposób, byłoby to: chronić rodzinę prezydenta za wszelką cenę. Rodzina ta składała się z Ellen Hilliard, nazywaną FLOTUS, pierwszej damy Stanów Zjednoczonych, oraz Camerona Hilliarda, szesnastoletniego jedynaka pary prezydenckiej. Gdy Karen zaczynała tę pracę, sześć i pół roku temu, była wyższa od Cama, ale obecnie, mając tylko pięć stóp i cztery cale, i to na obcasach, była wyraźnie niższa od wszystkich, których ochraniała.

Ellen uważała, że z tymi kasztanowymi włosami do ramion Karen wygląda jak Sandra Bullock. Sama Karen jakoś nie widziała tego podobieństwa, ale jako kobieta dobiegająca pięćdziesiątki uznała to porównanie za komplement.

Była agentką specjalną, nie „garniturowcem”, jak powszechnie mówiono o członkach Oddziału Umundurowanego. Różnice między oddziałami Secret Service nie były subtelne. Strażnicy w mundurach, którzy pracowali wśród ludzi, nosili głównie białe koszule i czarne spodnie i specjalnie nie stapiali się z tłumem. Karen codziennie wkładała dopasowane garnitury od Ralpha Laurena, a jej miejsce pracy było tam, gdzie akurat przebywali członkowie pierwszej rodziny.

W tej chwili Cam Hilliard nadal był w swojej sypialni na drugim piętrze Białego Domu. Jeśli posiedzi tam jeszcze trochę, to spóźni się do szkoły. Znowu. Pierwsza Dama, zajęta wywiadem telewizyjnym, poleciła Karen, by to się nie powtórzyło.

Karen skorzystała z tej samej windy, której używał prezydent Geoffrey Hilliard, gdy z powodu bólu pośladka miał trudności z pokonaniem schodów. Winda mogła zrobić osiem przystanków, od niższej piwnicy do trzeciego piętra. Karen wysiadła na drugim.

Przemaszerowała głównym holem, przestronnym, szerokim na siedemnaście stóp korytarzem ozdobionym pejzażami i wygodnymi fotelami wybranymi przez pierwszą damę. W porównaniu z bogatymi dekoracjami z czasów poprzedniej administracji styl Ellen Hilliard był bardziej powściągliwy, pasujący do jej pochodzenia z klasy średniej.

Prezydent z całego serca popierał decyzje Ellen. Miał umiarkowany stosunek w zasadzie do wszystkiego i bardziej dbał o opinię publiczną niż estetykę wnętrz. W pełni zgadzał się ze wszystkim, co nie wywoływało kontrowersji (czytaj: kosztownego przemeblowania). Nic dziwnego, że poziom sympatii społecznej do Ellen Hilliard rzadko spadał poniżej osiemdziesięciu punktów procentowych.

Na dwóch piętrach zajmowanych przez prezydenta i jego rodzinę było trzydzieści sześć pokoi i piętnaście łazienek, ale Cam ostatnio przesiadywał wyłącznie w swojej sypialni. Wydawało się, jakby to było wczoraj, gdy szalał po pokoju zabaw na trzecim piętrze czy składał klocki Lego na oszałamiającej oszklonej werandzie zbudowanej przez Clintonów. Ale wtedy Cam był niewinnym dziewięciolatkiem o słodkiej buzi, nieświadomym nowej pozycji i przywilejów swojej rodziny. Teraz wchodził w nową fazę, niesiony rwącą rzeką nastoletnich hormonów. Być może wraz z zakończeniem drugiej kadencji ojca Cam wyłoni się ze swojej jaskini jak niedźwiedź budzący się z hibernacji.

Małe dzieci, mały problem, duże dzieci… Tak właśnie Ellen podsumowywała swoje ostatnie przeboje z Camem – powiedzeniem, z którym zgadzało się większość rodziców, niezależnie od pozycji. Karen dobrze ją rozumiała. Jej dwudziestopięcioletni syn Josh doskonale umiał posługiwać się telefonem, ale dzwonił rzadko.

Karen już z daleka słyszała mocny rytm muzyki elektronicznej dobiegający z pokoju Cama, znajdującego się dokładnie naprzeciwko Żółtego Pokoju Owalnego, gdzie Ellen często przyjmowała gości. Pomijając pulsującą muzykę, na piętrze było cicho jak w bibliotece. Agenci Secret Service rzadko patrolowali wyższe piętra, a pracownicy Białego Domu byli zajęci gdzie indziej. Karen i Cam byli sami.

Zapukała do jego drzwi – początkowo delikatnie, potem nieco bardziej stanowczo – ale nie doczekała się odpowiedzi. Karen wiedziała dlaczego.

Szachy.

Zajrzała do środka i zobaczyła Cama siedzącego przed komputerem, tyłem do niej, wpatrującego się intensywnie w cyfrową szachownicę. Wiedziała, że wygrywa, bo zawsze wygrywał.

Cam poważnie traktował szachy, miał do nich ogromny talent. Brał udział w turniejach, z których każdy stanowił kolejny krok, by dostać się do bardzo niewielkiego grona młodych graczy posiadających tytuł Arcymistrza, najwyższy poziom mistrzostwa szachowego. Karen nie wiedziała, ile Camowi brakowało do tego wzniosłego celu, ale gdyby miała pieniądze, to postawiłaby wszystko na jego sukces.

– Cam, to ja, Karen – odezwała się od drzwi.

Nie musiała się przedstawiać. Była cieniem Cama; znał jej głos doskonale.

– Twoja mama mnie po ciebie przysłała.

Cam uniósł palec – gest „daj mi minutkę”.

Karen spojrzała na zegarek. Mieli najwyżej jedną.

– Jeśli nie wyjdziemy teraz, spóźnisz się do szkoły.

Na pierwszy rzut oka nikt by nie powiedział, że w tym uporządkowanym pokoju mieszka nastolatek. Jedyną wskazówką była górka gier na PlayStation na podłodze przed telewizorem, o który Cam stoczył ciężkie boje. Gdy chodziło o walkę o swoje, w wytrwałości i uporze mógł się mierzyć z najtwardszymi przeciwnikami prezydenta. Ale to był ten wcześniejszy Cam – dzieciak z ikrą i werwą, a nie ten zamknięty w sobie chłopak. Dzieciak przyzwyczajony do świateł reflektorów, zawsze uśmiechnięty, ostatnio ledwie nawiązywał kontakt wzrokowy.

– Skoczek na c3 – wymamrotał do siebie. – Dlaczego tego nie zauważyłem?

Na wyczucie Karen Cam był wzburzony. Przebrał się już z piżamy w mundurek szkolny – dobry znak. Nadal miała szansę dowieźć go na czas.

– Cam, musimy iść. Spóźnisz się.

– Karen, proszę, daj mi jeszcze sekundę – powiedział Cam. – To superważne.

Jego błagalny ton wygrał.

– Moja królowa jest na mocnej pozycji –powiedział Cam bez tchu. – Zrób roszadę, Taylor, no dalej, spróbuj.

Taylor.

Teraz Karen rozumiała przejęcie Cama. Taylor Gleason, kolega Cama ze szkoły, był synem głównego lekarza Białego Domu, doktora Fredericka Gleasona, i drugim najlepszym graczem szachowym w kategorii juniorów w D.C. O ile Karen było wiadomo, Cam nigdy nie przegrał z Taylorem, i prawdopodobnie nie miał zamiaru teraz tego zmieniać.

Cam pogłośnił dźwięk w komputerze i przez dudnienie muzyki przebił się mechaniczny głos.

„Wieża na e5”.

Cam mocno walnął dłonią w biurko, a Karen mimowolnie pomyślała: strzał. Całe jej ciało się napięło.

Komputerowy głos mówił, gdy rozpoczęła się szybka sekwencja ruchów.

„Królowa na e5. Królowa na e7. Wieża z a8 na d8. Królowa na b7. Królowa na e3, szach”.

– Mam cię, Taylor.

Karen była zadowolona. Cam wydawał się przejęty, a ostatnio rozmowy o szachach wydawały się go przygnębiać.

Mecz ciągnął się jeszcze przez chwilę, aż komputer oznajmił ostatni ruch Taylora.

„Skoczek na b6, szach-mat”.

Cam ścisnął głowę rękami, jakby dopadła go ciężka migrena. Opuścił je po chwili i napił się wody ze szklanki na biurku. Przełknął, obrócił się na krześle, podniósł ramię i cisnął szklanką o ścianę przy łóżku. Szkło się roztrzaskało.

Karen podeszła do niego pospiesznie.

– Cam! Co się dzieje? Nic ci nie jest?

Cam wstał i zaczął chodzić po pokoju. Był wysokim chłopakiem, smukłym po matce, z krótkimi włosami w piaskowym kolorze. Oczy, osłonięte okularami w drucianej oprawce, były niebieskie jak chabry, też po mamie, a linia żuchwy zaczynała się utwardzać, w miarę jak słodki chłopiec zmieniał się w przystojnego mężczyznę.

– Cam, powiedz coś. Co się stało?

Cam tylko coś mamrotał, wciąż krążąc po pokoju.

– Dzwonię do doktora Gleasona – oświadczyła Karen.

– Nie! – warknął Cam.

Karen nie spodziewała się takiego protestu, ale ostatecznie oznaczało to spotkanie z ojcem jego rywala zaraz po bolesnej porażce.

– Tylko nie on. Nie dzwoń do niego.

Z obwisłymi ramionami padł na łóżko i naciągnął sobie kołdrę na głowę. Karen przysiadła na skraju. Była jego obrończynią, a przez lata utworzyła się między nimi więź znacznie wykraczająca poza umowę o pracę.

– Porozmawiaj ze mną. Powiedz, o co chodzi.

Cam wystawił głowę spod kołdry. Oczy miał zaczerwienione, jakby powstrzymywał się od płaczu.

– Nie wiem, co się dzieje – powiedział. – Nie łapię tego. Pokonał mnie. Nigdy mu się nie udało, a teraz z nim przegrałem.

Karen ucieszyła się, słysząc, że przyznał, że coś jednak jest nie tak.

– Cam, chodzi o presję? – spytała. – Czasami robi się naprawdę ciężko. Nie ma nic wstydliwego w tym, że się potrzebuje pomocy… cóż, ze zdrowiem psychicznym.

Cam się zjeżył.

– Mówisz jak doktor Gleason. On uważa, że wszystko jest w mojej głowie. Przeprowadza całą masę testów i innych takich, ale nic nie rozumie, i teraz przez niego moi rodzice uważają, że potrzebuję psychiatry.

Karen i Ellen były sobie bliskie, były niemal powierniczkami, ale z jakiegoś powodu tę rewelację Ellen zachowała dla siebie.

– A to nieprawda. Z moją głową jest wszystko w porządku. Po prostu… mam dość.

– Próbowałeś porozmawiać o tym z rodzicami?

– Taa. Parę razy, ale sama wiesz, jaki wpływ na tatę ma doktor Gleason.

Odpowiedź brzmiała: „bardzo duży”. Doktor Gleason, lekarz marynarki, przykuł uwagę prezydenta dzięki True Potential Institute, wyjątkowemu centrum edukacyjnemu, które pomagało najbardziej utalentowanym dzieciom z Dystryktu Columbia osiągać mistrzostwo w rozmaitych dyscyplinach. Właśnie tam Cam i Taylor zgłębiali szachy. Przyjaźń pomiędzy doktorem Gleasonem a prezydentem rozkwitła, gdy odkryli, że obaj pasjonują się sportem, zwłaszcza golfem i tenisem, chociaż z nich dwóch Gleason miał znacznie wyraźniejszą żyłkę do rywalizacji. Ich koleżeństwo doprowadziło do objęcia przez Gleasona stanowiska kierownika medycznego oddziału medycznego Białego Domu.

– Mnie nie posłuchają – powiedział Cam. – Słuchają tylko jego. Może gdyby te głupie testy coś wykazały, to zmieniliby zdanie.

Karen się zastanawiała. Wierzyła Camowi. To, jak się zachowywał, mogło przemawiać na korzyść teorii Gleasona, ale może coś zostało przeoczone, coś niewykryte. Gdy chodziło o zdrowie własnej rodziny, prezydent mógł niechętnie podchodzić do zewnętrznych konsultacji, ale pierwsza dama to co innego.

– Jedziemy do szkoły – powiedziała Karen – a ja nad tym popracuję. Może uda mi się przekonać twoich rodziców, żeby wzięli pod uwagę opinię kogoś jeszcze poza doktorem Gleasonem. Ufasz mi?

Możliwe, że Cam dostrzegł szelmowski błysk w oczach Karen. Uśmiechnął się do niej lekko i wygrzebał z łóżka. Niebieska bluza od jego szkolnego mundurka była teraz trochę pognieciona.

– Bezgranicznie – powiedział, puszczając oko.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

 

PONIEDZIAŁEK, 17 KWIETNIA

 

Pół tuzina rezydentów medycznych, wszyscy z programu szkolenia lekarzy rodzinnych, miało na sobie takie same, sięgające bioder, fartuchy laboratoryjne. To byli młodzi lekarze, którzy ukończyli studia medyczne, ale musieli jeszcze zaliczyć specjalizację. Aż do czasu ukończenia specjalizacji wszyscy obowiązkowo nosili krótsze fartuchy, dopiero później mieli dostać dłuższe. Pacjenci szpitala nie mieli pojęcia, że długość fartucha odzwierciedla status lekarza, ale rezydenci mieli tego pełną świadomość.

Jak stadko gąsiątek podążali za swoim dzisiejszym opiekunem, doktorem Lee Blackwoodem, lekarzem rodzinnym mającym pewne przywileje w MediHealth of D.C. – w skrócie MDC – renomowanym kompleksem szpitalnym na dziewięćset łóżek w centrum Waszyngtonu. Jako ich zwierzchnik Lee nosił biały fartuch sięgający poniżej kolan.

Zgodnie z przepisami wszyscy rezydenci musieli być objęci opieką osoby, której podczas obchodów mogliby zadawać pytania. Dzięki wieloletnim kontaktom ze szpitalem on i jego partner, Paul Tresell, byli jedynymi lekarzami rodzinnymi z praktyką niezależną od MDC, którzy mogli pracować jako opiekunowie rezydentów. W trakcie rozmów nad odnowieniem kontraktu Lee zaznaczył, jak bardzo cieszy go rola mentora młodych lekarzy, podczas gdy prawda była znacznie bardziej przyziemna: potrzebował pieniędzy, by załatać straty, które przynosił mu prywatny gabinet.

Większość opiekunów była ledwie o kilka lat starsza od rezydentów, których nadzorowała, ale pięćdziesięciosześcioletni Lee mógłby być dziadkiem tych ledwie opierzonych lekarzy. Czuł się także jak staruszek, a prawe kolano bolało go podczas chodzenia. Przyrzekł sobie, że ten przewlekły dyskomfort nie wpłynie na jego wieczorną przebieżkę. Niekorzystny poziom cholesterolu wykryty przy okazji ostatnich badań skłonił go, by na stare lata zacząć uprawiać jogging, i nauczył się, jak biegać pomimo bólu.

Starzenie się nie jest dla ludzi słabej woli.

Medycyna rodzinna też nie.

Trzeba było zostać dermatologiem, pomyślał Lee, idąc w dół długiego korytarza, żeby skonsultować pacjenta innego lekarza rodzinnego. Dziesięć różnych gabinetów regularnie przysyłało do MDC pacjentów wymagających hospitalizacji. Pięć lat wcześniej było ich raczej bliżej dwudziestu, ale kolejne praktyki zaczynały rezygnować z przeprowadzania operacji. Lee znał wszystkich miejscowych lekarzy rodzinnych. Wszyscy byli beznadziejni, ale trzymali się tradycji sprawowania opieki nad pacjentem od początku do końca. I właśnie dlatego Lee cieszył się, mogąc się zająć pacjentem kolegi lekarza, który to pacjent miał paskudne złamanie kostki wymagające operacji. Jeśli lekarze rodzinni nie będą się trzymać razem, to ten wielki biznesowy pęd do cięcia wszystkich możliwych kosztów ostatecznie zmieni ich profesję w anachronizm.

Lee zastanawiał się, ilu z tych lekarzy, pijąc poranną kawę, rozmyśla o dziennych limitach pacjentów, albo do jakich specjalistów powinni ich skierować. Bóle głowy do neurologa. Astma do pulmonologa. Wszystko rozbijało się o pieniądze, a ostatnio Lee na swoim koncie widział ich znacznie mniej.

Rezydenci, których nadzorował, mieli przed sobą naprawdę trudne zadanie. Ludzie chcieli nawiązać relację ze swoim lekarzem – chcieli kogoś, komu mogliby się zwierzyć, kogoś, kto wychwyci, gdy naprawdę zachorują. Mimo to specjaliści zawsze będą patrzeć na nich z góry, a tańsi lekarze prowadzący, zajmujący się ogólną opieką nad hospitalizowanymi pacjentami, w ośrodkach takich jak MDC, wciąż będą zastępować lekarzy rodzinnych. Jeśli ci rezydenci zdołają przywiązać się do pacjentów, dowieść swojej wartości, to może uda im się wyżyć z uprawiania ginącego zawodu.

Lee zerknął na swojego Timexa, który ledwie zipał, zobaczył, że są odrobinę spóźnieni w stosunku do planu, i zaczął lamentować nad faktem, że większość dermatologów stać na Rolexa.

 

* * *

 

Czterdziestosiedmioletni mężczyzna o mocnej szczęce i porażającej opaleniźnie siedział w szpitalnym łóżku, podczas gdy chirurg ortopeda pochylał się nad jego posiniałą, paskudnie spuchniętą kostką. Chirurg podniósł głowę, a widząc procesję lekarzy, którzy wcisnęli się za Lee do małej sali, zmrużył oczy.

– O co chodzi?

Lee poznał już tego chirurga, ale nie był zaskoczony tym, że ten go nie poznaje. Ekipa w MDC szybko się zmieniała, a uczenie się nazwisk było stratą czasu.

– Jestem doktor Lee Blackwood – przedstawił się Lee. – Mam skonsultować pacjenta doktora Anthony’ego Gavina.

Pacjent, zgodnie z kartą Wendell Prichard, rozjaśnił się na dźwięk tego nazwiska.

– Hej! Co tam u pana doktora? Myślałem, że to on do mnie przyjdzie.

Doktor Gavin, jak my wszyscy, tonie w robocie papierkowej, próbując utrzymać swój biznes na powierzchni, pomyślał ponuro Lee.

– Coś go zatrzymało i nie dał rady dojechać dziś do szpitala. Wiedział, że będę towarzyszył tym państwu podczas porannego obchodu i poprosił, żebym do pana zajrzał. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu?

Lee wydało się, że chirurg przewrócił oczami, bardzo lekko, gdy z powrotem zakładał pacjentowi usztywnienie. Domyślił się, co ten sobie pomyślał: konsultacja lekarza rodzinnego w przypadku Wendella Pricharda ma tyle sensu, co posłanie go na bieżnię.

– Proszę badać – powiedział Wendell. – Ale niech pan przekaże doktorowi Gavinowi, że ucierpiało wyłącznie moje ego.

Lee spojrzał w kartę pacjenta i zobaczył, że nieszczęsny Wendell złamał kostkę, spadając ze schodów, stąd to obolałe ego.

– Zawsze może pan powiedzieć, że to był wypadek podczas akrobacji spadochronowych – podsunął Lee.

Wendell ryknął szczerym śmiechem, podczas gdy chirurg tylko się krzywo uśmiechnął.

– Operujemy jutro rano – powiedział krótko ortopeda. – Niech się pan tylko upewni, że jego stan jest stabilny, zabierze jego kartę, cokolwiek pan potrzebuje. W razie potrzeby może pan mnie wywołać na pager.

Ale nie wywołasz, mówiły oczy mężczyzny. Bo przez cały dzień pobierasz wymazy z gardła i uspokajasz zmartwione mamuśki.

– Dzięki – powiedział Lee do pleców wychodzącego lekarza. Rezydenci odsunęli się, żeby go przepuścić i stłoczyli u stóp łóżka pacjenta.

– Nie ma pan nic przeciwko publiczności podczas badania? – spytał Lee. – Mamy tutaj przyszłość medycyny rodzinnej i jestem pewien, że docenią możliwość zdobycia wiedzy.

– Nie ma sprawy – odparł Wendell z uśmiechem zaskakująco serdecznym jak na kogoś, kogo musiało nieźle boleć.

Lee przejrzał jego kartę medyczną, w której zapisana była mała dawka Ancefu, żeby zwalczyć infekcję, i wyniki badań. Nic niepokojącego. Wątpił, by rezydenci wiele wynieśli z tej wizyty, ale dziś należeli do niego, a wiedzę mogła przynieść każda chwila.

Wendell ogólnie przedstawił Lee swoją historię medyczną, łącznie z kilkoma zaleceniami żywieniowymi, ale nic z tego nie mogło spowodować problemów podczas jutrzejszej operacji. Zasadniczo, pomijając tę paskudnie uszkodzoną kostkę, był okazem zdrowia.

– Czy na coś się pan uskarża? – zapytał Lee, przez oftalmoskop zaglądając Wendellowi do oczu. – Nawet na coś, co nie ma związku z wypadkiem?

– Nie, nieszczególnie. Może poza lekką zadyszką.

Lee cofnął się i popatrzył na niego z namysłem.

– Proszę powiedzieć coś więcej – poprosił, czując, jak rezydenci zacieśniają krąg, jakby wyczuwając, że coś może się dziać.

– Czy ja wiem – wzruszył ramionami Wendell. – Przez cały czas jestem bardzo zmęczony. Przed tym wypadkiem miałem zadyszkę, wychodząc z psem.

Lee chwycił jego nadgarstek i palcami zmierzył puls. Był bardzo kiepski, szybki – walił jak młotem. Następnie sprawdził ciśnienie pacjenta. Wynik sto pięćdziesiąt na pięćdziesiąt wskazywał puls sto.

– Pozwoli pan, że przekażę moje spostrzeżenia rezydentom, żeby mogli się czegoś dowiedzieć?

Wendell udzielił zgody.

– Ciśnienie krwi pacjenta wynosi sto pięćdziesiąt na pięćdziesiąt – oznajmił Lee – a puls jest gwałtowny i szybki. Jakie wnioski powinniśmy z tego wyciągnąć?

Doktor Cindy Lerner, elegancka młoda kobieta na drugim roku rezydentury, opuściła na czubek nosa okulary w szylkretowej oprawce.

– To szeroka amplituda tętna – powiedziała. Lee przyjął jej stwierdzenie skinieniem głowy. – Różnica między ciśnieniem skurczowym a rozkurczowym powinna wynosić około czterdzieści, najlepiej sto dwadzieścia na osiemdziesiąt. Taka szeroka amplituda wskazuje na krążenie hiperdynamiczne.

– A to każe myśleć o czym? – zapytał Lee, unosząc brew.

– Cóż, obstawiałabym niewydolność zastawki – odparła, ignorując bądź nie zauważając nieco spanikowanej miny, która pojawiła się na twarzy Wendella.

Lee znowu skinął głową.

– Serce pompuje krew, która jednak się cofa ze względu na uszkodzoną zastawkę – powiedział. – Zatem, jeśli mamy do czynienia z niewydolnością zastawki aortalnej, powinniśmy usłyszeć rozkurczowe szmery serca. Osłuchajmy klatkę piersiową pacjenta.

Lee przez stetoskop osłuchał wszystkich pięć punktów przedsercowych.

– By oszczędzić nam czasu, powiem od razu, że nie ma szmerów w sercu, nic, co wskazywałoby na niewydolność zastawki. Co jeszcze?

– Może anemia? – Cindy Lerner nie zamierzała poddać się tak łatwo.

Lee doceniał jej upór.

– Ale morfologia jest w normie – powiedział.

– A nadczynność tarczycy? – nowy głos należał do Koreańczyka z szopą ciemnych włosów.

– Najważniejsza jest obserwacja – przypomniał mu Lee. – W wyglądzie pacjenta nie ma nic, co mogłoby na to wskazywać. Ale jest coś wskazującego na potrzebę zajęcia się układem krwionośnym. Patrząc na pana Wendella, można to zauważyć, coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę. Ktoś ma pomysł?

Nikt się nie odezwał.

– Spójrzcie na jego głowę – powiedział Lee. – Delikatnie się kiwa. Ciśnienie krwi odbija się na jego głowie. Czy zwrócił pan uwagę, że pańska głowa się kołysze?

Wendell wyglądał na zakłopotanego. Nie miał o tym pojęcia.

W tej chwili Lee czuł się nieco bezradny. Wendell miał rację. Ktoś w jego formie fizycznej nie powinien się tak łatwo męczyć i mieć ciągłej zadyszki. Lee w głowie przerzucał różne diagnozy, z prędkością superkomputera punktując objawy i rozmaite diagnozy, aż wpadł na osobliwą myśl.

– Mogę zapytać pana o coś z przeszłości? – zwrócił się do pacjenta. – Może się to wydawać trochę dziwne, ale mnie nurtuje.

– Niech pan strzela – odpowiedział Wendell.

– W sumie to właśnie jest moje pytanie – powiedział Lee. – Czy kiedykolwiek został pan postrzelony?

Wendell zaczerwienił się z nagłego zakłopotania.

– Moja żona mówi, nie bez racji, że jestem chodzącym wypadkiem – odparł zmieszany. – W zeszłym roku dostałem postrzał w nogę. Wypadek podczas polowania. Tak przynajmniej nazwał to mój brat. To właśnie on mnie postrzelił. Ale żarty na bok, to był wypadek. Nie wniosłem żadnych zarzutów.

– Mógłbym rzucić okiem na bliznę?

Wendell skrzywił się z bólu, gdy Lee uniósł jego nogę, tę ze złamaną kostką. Odsuwając szpitalną koszulę, Lee obnażył bliznę w kształcie ćwiartki koła z tyłu uda pacjenta. Położył stetoskop dokładnie na bliźnie, posłuchał, i usłyszał charakterystyczne łuszzz łuszzz, co wskazywało dokładnie na to, co podejrzewał.

– Jakieś pomysły? – zapytał Lee, gdy wszyscy rezydenci po kolei posłuchali tego dźwięku przez stetoskop.

 

Cindy Lerner chyba chciała się odezwać, ale się wycofała. Lee był nieco zawiedziony. Uważał ją za zdecydowanie najbystrzejszą i liczył, że podejmie próbę, udowadniając, że myśli.

– Wszystko bierze się właśnie stąd – powiedział Lee po chwili ciszy. – Szybki, młotkowaty puls, kołysanie głowy, zadyszka, zmęczenie, rana postrzałowa oraz wyraźny szmer krwi przepływającej między główną arterią a żyłą. Dałem wam to na tacy. Wy musicie to tylko nazwać.

W sali nadal panowała cisza, więc Lee popatrzył na Cindy, próbując ją zachęcić.

– Czy to może być… przetoka tętniczo–żylna w jego nodze? – powiedziała wyraźnie niepewnie.

Tak jak bystrzy byli ci lekarze, tak nienawidzili się mylić na oczach kolegów. Zadaniem Lee było wypchnięcie ich ze strefy komfortu.

– Nie, to nie może być to – odparł, utrzymując ponurą minę i widząc, jak twarz Cindy się zapada. – Ponieważ to jest to, bez dwóch zdań. Krew płynie z arterii prosto do żyły pana Wendella, ponieważ został postrzelony, i w taki właśnie sposób ten postrzał się zagoił. Dobra robota, doktor Lerner.

Cindy się rozpromieniła.

– Ale jest jedna sprawa – ciągnął Lee, unosząc palec. – Jeśli chirurg ma jutro poskładać kostkę pana Wendella, ta przetoka spowoduje sporo poważnych komplikacji. Uraz nie tylko nie będzie się goił jak należy, ale stracą masę czasu, próbując opanować krwawienie.

Przestraszony Wendell szeroko otworzył oczy.

– Serio?

– Obawiam się, że tak – powiedział Lee. – Zanim zabierzemy się za kostkę, będziemy musieli zamknąć tę przetokę.

Lee przeniósł uwagę na rezydentów, z oczami lśniącymi zadowoleniem.

– I to właśnie uwielbiam w medycynie. – Dla podkreślenia swoich słów uniósł pięść w powietrze. – Zbierając porządny wywiad i przeprowadzając porządne badanie, poniekąd uratowaliśmy temu człowiekowi życie. Mam nadzieję, że dzięki temu czujecie się dzisiaj równie wspaniale, jak ja.

Zanim ktokolwiek odpowiedział, w drzwiach pojawił się jakiś człowiek. Był wysoki i gładko ogolony, z krótkimi, ciemnymi włosami, odrobinę tylko dłuższymi niż te, na które mogą sobie pozwolić żołnierze, ubrany w smoliście czarny garnitur, białą koszulę i szeroki, czerwony krawat.

– Szukam doktora Lee Blackwooda – powiedział stalowym głosem.

– To ja – odparł Lee, robiąc krok naprzód.

Z wewnętrznej kieszeni płaszcza mężczyzna wyciągnął odznakę i błysnął nią Lee przed oczami. Z Białym Domem wygrawerowanym na miedzi poniżej niebieskiego kręgu otaczającego prezydencką pieczęć była boleśnie znajoma.

– Agent specjalny Stephen Duffy z Secret Service. Panie doktorze, będę musiał pana ze sobą zabrać. To bardzo pilne.

W głowie Lee pojawiły się słowa „robi wrażenie” oraz „twardy”, gdy szybko oceniał tego agenta specjalnego. Stephen Duffy nie był kimś, kto przyjąłby do wiadomości odmowę.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

 

 

Lee i Duffy porozmawiali sobie w holu. Lekarz martwił się o rezydentów, których miał doglądać. Duffy stał sztywno wyprostowany, a Lee zastanawiał się, czy ramiona agenta kiedykolwiek się rozluźniają.

– Dyrektor szpitala zorganizował innego lekarza na pańskie miejsce – powiedział. – Dzisiaj jest pan nasz.

– To ona to nagrała, prawda? – spytał Lee.

– Kto?

– Karen, moja była. To jej sprawka?

– Ja wiem tylko tyle, że mam pana przywieźć do Białego Domu. Niewielu ludzi odrzuciłoby takie zaproszenie.

Lee, zanim zgodził się wyjść, wywołał na pager ortopedę. Przez telefon przekazał mu odkrycie w postaci przetoki Wendella. Większą satysfakcję miałby, widząc niedowierzanie na twarzy chirurga, patrząc na to, jak wije się z zażenowania, że jakiś tam lekarz rodzinny uratował operację, ale nie było czasu na pompowanie ego. Następnie Lee skontaktował się z dyrektorem szpitala, doktorem Chipem Kaplanem, i potwierdził, że ktoś przejmie dziś nadzór nad rezydentami.

– A właściwie to czego od ciebie chce Secret Service? – spytał Kaplan. – W wolnym czasie groziłeś prezydentowi?

– Bardzo zabawne, Chip – odparł Lee. – Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czego ode mnie chcą. Ale jeśli będę mógł, to dam ci znać.

Lee wyszedł za Duffym przez frontowe drzwi, samochód zostawiając na parkingu dla pracowników na tyłach. Na wschodzie jasno świeciło słońce, a na migotliwie niebieskim niebie puszyły się drobne obłoczki. Przy krawężniku czekał potężny czarny van, z szybami tak ciemnymi, że nie było widać nic w środku.

Duffy otworzył drzwi z tyłu, a Lee wspiął się do środka. Zanurkował w miękkie, skórzane wnętrze, wciągnął zapach nowego samochodu, a na nieskazitelnej, szarej wykładzinie wyczuł ślad perfum. W samochodzie było mnóstwo przekąsek i wody w butelkach, oraz pełno serwetek i szklanek, na których widniała pieczęć prezydencka.

E Pluribus Unum. Z wielu, jeden.

Duffy przedstawił kierowcę, wysokiego, smukłego gentlemana, przystojnego jak kowboj z filmów. Nazywał się Woody Lapham. Sądząc po garniturze i okularach, także służył w Secret Service. Obaj mężczyźni przypominali Lee chłopaków, z którymi grywał w koszykówkę i futbol – atletycznych, silnych. Choć wiedział, że to małostkowe, poczuł ukłucie zazdrości wobec ich młodości i wigoru.

Lee zdołał utrzymać swoje ciało w relatywnie nie najgorszej formie, chociaż teraz, będąc w wieku mocno średnim, zaczynał czuć, że zaczyna się starzeć. Obecnie każdy kawałek pizzy wydawał się metabolicznym ekwiwalentem połowy cholernego ciasta. Jednak nadal przy wzroście sześciu stóp i dwóch cali utrzymywał zdrowe dwieście piętnaście funtów wagi. Jego mocna szczęka była lekko wysunięta i pasowała do naturalnego uśmiechu, oflankowanego dołeczkami. Szeroki, płaski nos jak raz pasował do twarzy. Uderzająco orzechowe oczy były jego najbardziej wyrazistą cechą fizyczną, może obok falujących, rudawych włosów, zawsze dobrze ostrzyżonych i niesięgających dalej niż do uszu.

Gdy ruszyli z krawężnika, Lee wyciągnął telefon i znowu spróbował dodzwonić się do Karen.

– Z Karen na pewno wszystko w porządku? – zapytał z tylnej kanapy. – Nie odbiera.

Lapham jechał z przepisową prędkością, wyjaśniając Lee, że ta ważna, narodowa sprawa w zasadzie nie była problemem medycznym.

– K–Ray? Wszystko z nią dobrze – powiedział Duffy. Lee wiedział, że „K–Ray” to alias Karen używany w zespole. Zanim zmieniła nazwisko na Blackwood, nazywała się Ray, a Lee skłamałby, mówiąc, że jej powrót do nazwiska panieńskiego nie sprawił mu przykrości. – Niedługo się zobaczycie – dodał Duffy.

Duffy cały czas stukał palcami o deskę rozdzielczą. Obejrzał się na Lee, ale raczej nie po to, żeby spojrzeć mu w oczy. Zsunął okulary, żeby przyjrzeć się czemuś na zewnątrz, może kwiatom wiśni w parku Dumbarton Oaks, które dzięki wyjątkowo zimnemu i mokremu kwietniowi nadal były w pełni rozkwitu. Lee zauważył, że oczy Duffy’ego są rozbiegane jak u Jasona Bourne’a, szukającego wszystkich dróg wyjścia, i jakby lekko wytrzeszczone.

Interesujące…

Duffy znowu spojrzał przed siebie, ale nie poprawił okularów. Lee chciał raz jeszcze popatrzeć mu w oczy.

– Po co właściwie jestem potrzebny w Białym Domu?

Lee miał nadzieję, że skłoni Duffy’ego, żeby na niego spojrzał, i ten faktycznie zerknął do tyłu z dziwnie tajemniczą miną, wciąż stukając palcami o deskę.

– Obawiam się, że tego rodzaju informacje są dla nas zastrzeżone – odpowiedział.

Lee zwrócił uwagę, że powieki Duffy’ego jakby nieco się wahają, obnażając białkówkę oka, zamiast trzymać się na szczycie tęczówki, jak to się dzieje normalnie przy spojrzeniu w dół.

Lee uznał, że zajmie się swoim ulubionym sposobem zabijania czasu – diagnozowaniem.

– Agencie Duffy, czy mógłbym prosić, by wyciągnął pan ręce i zamknął oczy?

Duffy się skrzywił.

– Co takiego? Po co?

– Hej, niech ma – powiedział Lapham, szturchając Duffy’ego łokciem.

– Dobra. Dobra.

Z niejakim oporem agent wyciągnął ramiona jak bramkarz na widok piłki, a Lee zauważył wyraźne, szybkie drżenie w obu wyciągniętych rękach. Lee znowu przyjrzał się wytrzeszczonym oczom agenta.

– Czy mógłbym zadać panu osobiste pytanie?

Lapham i Duffy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, coś, co Lee uznał za cokolwiek osobliwe.

– Jasne – odparł Duffy.

– Czy pański lekarz wspomniał kiedykolwiek o nadczynności tarczycy, konkretnie o chorobie Gravesa? To problem autoimmunologiczny z tarczycą.

Lapham na siedzeniu kierowcy wyrzucił pięść w powietrze. Duffy, z konsternacją kręcąc głową, wyciągnął portfel, wyjął pognieciony banknot studolarowy i podał go koledze.

– Dostałem diagnozę w zeszłym miesiącu – powiedział Duffy. – Zaczęło się od drżenia rąk, ale szybko pojawiły się inne symptomy. – Lee był pewien, że w toku badania wykryłby je wszystkie. – Nie jest tak źle, żebym musiał iść na zwolnienie, ale to upierdliwe.

– Dlaczego właśnie dał pan agentowi Laphamowi sto dolarów? – spytał Lee z zakłopotaniem.

Lapham uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Bo Duffy wiecznie się o coś zakłada – wyjaśnił. – K–Ray powiedziała, że rozpozna pan chorobę Gravesa, jak tylko pan na niego spojrzy. Mówiła, że jest pan dobry. Duffy założył się, że pan nie rozpozna, no i wygrałem. – Lapham pomachał banknotem.

– Teraz paskudnie się czuję – zwrócił się Lee do Duffy’ego.

– I słusznie – odparł agent. – Strasznie kiepsko płacą w tej robocie, a ja mam duże wydatki. Nic zabawnego.

W ciężkim spojrzeniu Duffy’ego trudno było się doszukać jakiegokolwiek rozbawienia, ale Lee założył, że tam było.

Piętnaście minut od wyjazdu spod szpitala dotarli do wyraźnie oznaczonego i zastrzeżonego punktu kontrolnego na rogu Piętnastej i E Street Northwest. Umundurowany strażnik sprawdził przepustki Laphama i Duffy’ego. Tylna szyba opadła i ten sam strażnik zajrzał do środka.

– A więc to jest Szaman?

– Aha – mruknął Duffy.

Strażnik sprawdził dokumenty Lee, a potem wrócił do murowanej budki, skąd podniósł szlaban ze znakiem STOP.

Lapham podjechał kilka stóp i zatrzymał się na miejscu oznaczonym białą farbą. Okazały pies z jednostki K–9, trzymany przez równie okazałego strażnika, obwąchał samochód w poszukiwaniu materiałów wybuchowych. Inni strażnicy wsunęli pod podwozie lusterko na wysięgniku. Wyglądało na to, że wszyscy podlegają rygorystycznym przepisom bezpieczeństwa, nawet ludzie, których zadaniem była ochrona pierwszej rodziny.

– Dlaczego ten strażnik nazwał mnie Szaman? – spytał Lee.

– To pański kryptonim – wyjaśnił Duffy. – Agencja Komunikacji Białego Domu nadaje ważnym ludziom kryptonimy, ale pański wymyśliliśmy sami z Laphanem.

– Szaman to medyk Rdzennych Amerykanów – powiedział Lapham – a biorąc pod uwagę, jak o panu wypowiada się Karen, uznaliśmy, że to pasuje.

Lee skinął głową.

– A możecie mi powiedzieć, jaki kryptonim ma prezydent?

– Może mi pan wierzyć albo nie, ale przeczyta pan o tym w Wikipedii – odparł Lapham. – POTUS, prezydent Stanów Zjednoczonych, to Brave Heart, a FLOTUS, pierwsza dama, to Black Bear.

– Dlaczego akurat tak?

– Wie pan, jak niedźwiedzica broni swojego młodego.

– A co z Camem Hilliardem? – zainteresował się Lee.

– Tutaj w ogóle jest tradycja aliteracji, więc on to Bishop. Skoczek – powiedział Duffy.

Lee pokiwał głową. Wyjątkowy talent Cama do szachów był ogólnie znany. Bishop był dobrym przydomkiem, a Lee uznał, że Szaman też nieźle pasuje.

Gdy minęli posterunek K-9, van ruszył wijącym się podjazdem w stronę Białego Domu. Lee już tutaj był, na wycieczce zorganizowanej przez Karen. Tak samo jak wtedy poczuł oddech historii i majestatu.

Wreszcie dotarli do charakterystycznego owalu wejścia South Portico. Wszyscy wysiedli z wozu, a samotny strażnik przytrzymał drzwi prowadzące do głównego budynku. Lee po chwili stał na środku olśniewającego Diplomatic Reception Room. Poświęcił chwilę na podziwianie sielanki wymalowanej na ścianach okrągłego pomieszczenia, mebli z czasów kolonialnych obitych złotymi tkaninami i wielkiego, okazałego, turkusowo-złotego kilimu z orłem w centrum. Nad ozdobnym, marmurowym kominkiem wisiał portret George’a Washingtona. Gdyby Lee, pomny na polecenie Laphama, nie zostawił komórki w samochodzie, to kusiłoby go, żeby zrobić sobie selfie.

Duffy i Lapham poprowadzili Lee w dół długiego korytarza wyłożonego czarno–białymi marmurowymi płytkami układającymi się we wzór szachownicy. Lee przeszedł za nimi, przez drzwi i znalazł się w ciepło oświetlonym pokoju ze spokojnym, brązowym dywanem i ścianami w słomkowym kolorze obwieszonymi oryginalnymi obrazami olejnymi. Obicia, mebli były z materiałów najwyższej jakości, lampy stały na wypolerowanych na błysk, drewnianych, zabytkowych stolikach, a w stojaku na gazety, ozdobionym pieczęcią prezydencką, znajdował się wybór magazynów o tematyce militarnej.

W pokoju była Karen w towarzystwie osoby, której Lee się nie spodziewał: Ellen Hilliard, pierwszej damy Stanów Zjednoczonych, która podeszła prosto do niego i wyciągnęła dłoń. Karen trzymała się z tyłu, dając pani prezydentowej pierwszeństwo.

– Dzień dobry, doktorze Blackwood. Karen dużo mi o panu opowiadała. Miło poznać pana osobiście.

Uścisk dłoni pierwszej damy był wyćwiczony i pewny.

– To zaszczyt panią poznać – wydusił z siebie Lee, któremu nagle zupełnie zaschło w gardle.

– Dziękuję panu za przybycie, choć okoliczności były… cóż, niezwykłe.

Głos Ellen był ciepły i serdeczny, bez śladu pretensjonalności. Mogłaby być przyjaciółką, pacjentką, nikim ważnym. Jej miłe oczy, w elektryzującym odcieniu błękitu, były zapraszające, a szczery uśmiech sprawiał, że łatwo byłoby zapomnieć, że była jedną z najpotężniejszych kobiet w tym kraju.

Sylwetka pierwszej damy była tematem, który często pojawiał się w dyskusjach telewizyjnych specjalistów od mody, ale Lee dopiero teraz uświadomił sobie, że była niemal jego wzrostu, bez obcasów. Włosy miała ciemnoblond, do ramion, a różowa sukienka bez rękawów, w kolorze kwiatów wiśni, ukazywała ciało zgrabne i wyrzeźbione rygorystycznymi ćwiczeniami. Jej treningi i dieta również były ogólnie znane i często dyskutowane w mediach. Na smukłej szyi miała subtelny sznur białych pereł. Lśniąca, niemal nieskazitelna cera sprawiała, że Ellen wyglądała na znacznie mniej niż swoje pięćdziesiąt lat.

Lee uznał ją za tak ciepłą i czarującą, że zapomniał o onieśmieleniu. Życie w akwarium Białego Domu nie mogło być łatwe, a jednak Ellen Hilliard zdołała zachować wdzięk i pewność siebie. Karen zawsze wypowiadała się o FLOTUS z najwyższym uznaniem, a teraz, gdy poznał Ellen osobiście, zrozumiał dlaczego.

Wielu ekspertów politycznych uważało, że bez bystrego umysłu Ellen, doskonałego przygotowania i talentowi do finansów (była skarbniczką organizacji Boys and Girls Clubs of America), Geoffrey Hilliard, wówczas senator ze stanu Maryland, nigdy nie wygrałby wyborów.

Lee uważał, że Hilliard zwyciężył w drugiej turze wyłącznie dzięki korzystnej koniunkturze. Świat wciąż zmierzał w przepaść, a on na niego nie głosował. Miał nadzieję, że Karen nie podzieliła się z pierwszą damą jego poglądami politycznymi.

– Cieszę się, że tu jestem – powiedział Lee. – Jakkolwiek nie bardzo rozumiem, z jakiego powodu.

Karen, ubrana w eleganckie, ciemnoniebieskie spodnium, podeszła do niego. Uściskali się krótko, ale serdecznie.

– Dobrze wyglądasz, Karen.

Irytacja Lee w związku z tym, że Karen ignorowała jego telefony, minęła. Rozwód nauczył go, żeby nie przejmować się drobiazgami. Obecnie większość korespondencji na temat Josha prowadzili za pośrednictwem e-maili i SMS-ów. Lee nie widział Karen od… miesięcy? Nie potrafił sobie przypomnieć. Gdy Josh był mały, dni były długie, a lata krótkie. Teraz czas pędził na złamanie karku.

– Ty też – odwzajemniła się Karen. – Przepraszam, że cię w to wciągam.

– Nie musiałaś przysyłać po mnie eskorty – powiedział Lee. – Sam bym przyjechał na wezwanie.

– To w zasadzie nie była decyzja Karen. Obawiam się, że mój mąż nie lubi zdawać się na przypadek – odezwała się Ellen.

– To znaczy, że… – Lee zakaszlał. – Prezydent.

Łagodny śmiech Ellen był ujmujący.

– Cóż, to właśnie mój mąż.

Lee pokręcił głową, trochę zawstydzony. Miał nadzieję, że się nie zaczerwienił.

– No tak, oczywiście. Czy wezwano mnie tutaj do pacjenta?

Ellen skinęła głową.

– Tak. Chodzi o mojego syna, Cama.

– Rozumiem. – Lee zamilkł na chwilę, zbierając myśli. – Choć chyba wciąż nie do końca. Wydawało mi się, że pierwsza rodzina ma lekarza i przypuszczam, że bardzo dobrego.

– Faktycznie tak jest – potwierdziła Karen. – W zasadzie mamy to nawet kilku lekarzy. Znajdujemy się właśnie w skrzydle szpitalnym Białego Domu. Trzy gabinety zabiegowe i całodobowa obsada dwudziestu pięciu ludzi, którzy mają dbać o wszystkich, od dygnitarzy po gości Białego Domu.

– Brzmi jak małe centrum intensywnej opieki medycznej. No to do czego jestem potrzebny wam ja?

– Doktorze Blackwood, mój syn jest całym moim światem.

– Proszę mi mówić Lee – pomyślał o jej przydomku: Black Bear.

– W porządku, Lee. Mam pełne zaufanie do naszej ekipy medycznej. Doktor Frederick Gleason bardzo starannie przebadał Cama, ale Karen, która spędza z moim synem dużo czasu, przekonała mnie, by zasięgnąć dodatkowej opinii, opinii z zewnątrz. Powiedziałam Karen, że jeśli faktycznie ściągniemy kogoś na konsultację, to musi to być ktoś nadzwyczajnie utalentowany, i właśnie dlatego się tutaj znalazłeś.

Lee spojrzał na Karen z wdzięcznością. Może nie byli idealnym małżeństwem, ale nadal darzyli się ogromnym szacunkiem.

– Ufam opiniom Karen bez zastrzeżeń – ciągnęła Ellen. – Niemniej jednak nie wszyscy są zgodni, że dodatkowe badania są konieczne. Dlatego też chciałam się najpierw z tobą spotkać, żeby cię uczciwie ostrzec.

O–o, pomyślał Lee. Nie było nic gorszego od kłótni z innym lekarzem o diagnozę, a tym gorzej, jeśli pacjentem przypadkiem był syn najpotężniejszej pary świata.

– Pochlebia mi twoje zaufanie i mam nadzieję, że na nie zasługuję – powiedział Lee. – Ale kim jest doktor Gleason? – To nazwisko wydało mu się znajome i pomyślał, że może słyszał je od Karen.

– To kapitan marynarki i lekarz prezydenta – wyjaśniła Ellen. – Jest również naszym lekarzem rodzinnym.

To nie wszystko, pomyślał Lee. Dwudziesta piąta poprawka dawała doktorowi Gleasonowi prawo decydowania, czy Geoffrey Hilliard jest w stanie rządzić krajem. Władza Lee nie rozciągała się poza wypisywanie recept.

– Czy doktor Gleason postawił już oficjalną diagnozę? Jakie objawy ma Cam?

– Sam możesz go zapytać – powiedziała Karen, ruszając do zamkniętych drzwi po prawej stronie pomieszczenia, na których znajdowała się kolejna pieczęć prezydencka, tym razem w towarzystwie kaduceusza. – Wszyscy, łącznie z prezydentem, czekają na ciebie w gabinecie.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej