Rodzicielstwo przez zabawę - Lawrence J. Cohen - ebook

Rodzicielstwo przez zabawę ebook

Lawrence J. Cohen

4,6

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Dziecko marudzi przy ubieraniu, nie chce iść do przedszkola, obraziło się na cały świat? Zamień to w zabawę!

Rodzicielstwo przez zabawę” to nie tylko tytuł książki, ale przede wszystkim zupełnie nowa koncepcja budowania relacji w rodzinie. To odkrywcze spojrzenie na rolę zabawy w życiu dziecka – nie tylko jako sposobu spędzania czasu, ale przede wszystkim jako środka do wzmocnienia pewności siebie, poznawania świata, komunikowania się, radzenia sobie z codziennymi stresami. Uznany amerykański psychoterapeuta Lawrence J. Cohen pokazuje, jak poprzez zabawę możemy włączyć się w świat dzieci, pomóc im w wyrażaniu emocji, nauczyć współpracy bez walki o władzę – i oczywiście świetnie się przy tym bawić!

Po „Rodzicielstwo przez zabawę” powinni sięgnąć zarówno ci rodzice, którzy kochają dziecięce zabawy, jak i ci, którzy mają ochotę zatkać uszy, kolejny raz słysząc „pobaw się ze mną” – wszyscy, którzy potrzebują skutecznego narzędzia do radzenia sobie z codziennymi trudami wychowawczymi. To także znakomita pozycja dla nauczycieli i opiekunów – wspaniale pokazuje, jak zabawa może pomóc kształtować relacje w grupie.

Z książki dowiesz się, w jaki sposób dzięki zabawie można:

–                    nauczyć dziecko rozumienia i wyrażania emocji

–                    przełamać jego nieśmiałość

–                    rozwiązać problemy z zachowaniem

–                    wzmocnić dziecięcą pewność siebie

–                    pomóc rodzeństwu żyć w zgodzie

Lawrence J. Cohen jest doktorem psychologii specjalizującym się w terapii dzieci i rodzin poprzez zabawę, współautorem książek The Art of Roughhousing, Best Friends, Worst Enemies oraz Mom, They’re Teasing Me, stałym felietonistą The Boston Globe. Prowadzi warsztaty z rodzicielstwa przez zabawę dla rodziców, nauczycieli i osób zawodowo stykających się z dziećmi.

O książce:

Cudowna książka dla wszystkich dorosłych, którzy z troską i miłością chcą pomagać dzieciom w radzeniu sobie z trudnościami przez głębokie relacje i zabawę. Z przyjemnością polecam ją wszystkim rodzicom i osobom pracującym z dziećmi. Bardzo się cieszę, że „Rodzicielstwo przez zabawę" jest już dostępne w polskim wydaniu.

Agnieszka Stein, psycholog dziecięca

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Rodzicielstwo przez zabawę

Tytuł oryginalny:

Playful Parenting

Copyright © 2001 by Lawrence J. Cohen, PhD

All right reserved

This translation published by arrangement with Ballantine Books, an imprint of Random House Ballantine Publishing Group, a division of Random House, Inc.

Tłumaczenie:

Anna Rogozińska

Redakcja:

Kamila Wrzesińska

Projekt okładki:

Jagoda Zdrojewska

Zdjęcie na I stronie okładki:

Sebastian Pająk / www.otoportret.pl

ISBN: 978-83-65087-31-7

Grupa Wydawnicza Relacja,

ul. Słowicza 27a,

02-170 Warszawa

© Copyright for the Polish edition by Mamania, 2012

© Copyright for the Polish translation by Mamania, 2012

Szczegóły dotyczące zdarzeń i osób opisanych w książce zostały zmienione w celu ochrony prywatności.

Wszelkie podobieństwa są niezamierzone i przypadkowe.

Skład wersji elektronicznej:

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

ROZDZIAŁ PIERWSZYPOŁĄCZ RODZICIELSTWOZ ZABAWĄ

Zabawa to istota życia1

Przypomnijmy sobie pełne uczucia spojrzenie niemowlęcia, uścisk niepewnie trzymającego się na nogach, stawiającego pierwsze kroki dziecka (wszystkie chwyty dozwolone!), intymny świat przy opowiadaniu bajki na dobranoc albo spacer w ciszy, kiedy trzymamy dziecko za rękę. Te chwile, kiedy odczuwamy prawdziwą bliskość z naszymi dziećmi, są jedną z największych nagród za ciężką pracę towarzyszącą rodzicielstwu. A jednak nierzadko zdarza się, że nie jest nam dane tego zaznać. Toczymy boje, zamiast budować partnerskie relacje. Wiadomo, do czego to prowadzi: niepocieszone niemowlę, dziecko w napadzie złości, trzecioklasista obrażony na cały świat, bo kazano mu wcześnie iść do łóżka, dwunastolatka zamykająca się w pokoju.

Naturalna u dzieci żywiołowość i ciekawość świata często ustępują czemuś, co nazywam „kłótniami i odgryzaniem się”. Ich miejsce zajmuje zamykanie się w pokoju lub gra na Gameboyu. W międzyczasie nasza głęboka rodzicielska miłość zmienia się w uczucie przykrości i urazę, a nawet wściekłość. Zrzędzimy i wymyślamy kary albo mówimy: „Jak tak, to siedź w swoim pokoju”. Zaczynamy krzyczeć, kiedy nie mamy już siły albo po prostu dlatego, że tylko tak umiemy sobie poradzić z podobną sytuacją. Wszystko to dlatego, że czujemy się bezradni, odrzuceni i odcięci. Tak samo, jak nasze dzieci, chcemy odnaleźć zagubioną bliskość, ale często nie wiemy, jak tego dokonać. Kochamy je, ale z czasem coraz trudniej jest nam sobie przypomnieć te dziecinne spojrzenia, które sprawiały, że wręcz rozpływaliśmy się pod nawałem uczucia. Jeśli już, to jest to słodko-gorzkie wspomnienie, tak jakby ta bliskość została utracona na zawsze.

Zabawa – oraz rodzicielstwo przez zabawę – może pomóc odbudować ten utracony most, który umożliwi powrót do głębokiej więzi emocjonalnej łączącej rodzica i dziecko. Zabawa, z całą jej żywiołowością i pełnym radości byciem razem, pomoże złagodzić stres towarzyszący rodzicielstwu. Rodzicielstwo przez zabawę pozwoli wejść do świata dziecka na jego własnych warunkach i odbudować bliskość, pewność siebie i relację z dzieckiem. Jeśli tylko wszystko jest w porządku, zabawa pozwala dotrzeć do świata, gdzie dzieci są radosne, zaangażowane, twórcze i chętne do współpracy. Zabawa jest też dziecięcym sposobem na oswajanie świata; przez nią odkrywają go, nadają sens swoim nowym doświadczeniom i dochodzą do siebie po życiowych porażkach. A jednak rodzicom nie zawsze jest łatwo oddać się zabawie, gdyż tak wiele już zapomnieli. Czasem wydaje się wręcz, że rodzice i dzieci żyją w zupełnie różnych światach, mimo że mieszkają przecież w tym samym domu. Ulubione zajęcia wydają nam się nawzajem nudne lub osobliwe: jak ona może przez całe popołudnie ubierać lalki Barbie? Jak oni mogą przez cały wieczór tylko siedzieć w jednym miejscu i rozmawiać?

Rodzicielstwo i zabawa na pierwszy rzut oka wydają się nie iść ze sobą w parze, ale czasami potrzebujemy jedynie pierwszego bodźca, by odnaleźć się nawzajem i zacząć się świetnie bawić. Byłem kiedyś na koncercie plenerowym i tańczyłem właśnie z boku widowni wraz z moją dziewięcioletnią córką, kiedy niedaleko nas stanęła pewna kobieta z synem. Zaczęła tańczyć, ale on po prostu stał obok niej ze skrzyżowanymi rękoma i trochę się wstydził do niej dołączyć teraz, kiedy już znalazł się na miejscu. Miał jakieś sześć czy siedem lat. Jego matka zapytała, zaczynając się już denerwować: „Zaciągnąłeś mnie tutaj, a teraz nie chcesz tańczyć?”. Jeszcze mocniej skrzyżował ramiona i dosłownie zaparł się nogami. Wiadomo, dokąd to zmierzało. Powiedziałem: „O nie, on wymyślił zupełnie nowy taniec!” – i skrzyżowałem ręce zupełnie jak on, uśmiechając się do niego szeroko. Odpowiedział uśmiechem i zmienił położenie rąk, a ja zrobiłem tak samo. Jego mama od razu załapała, o co chodzi i też zaczęła go naśladować. Po chwili wszyscy tańczyliśmy jego taniec, włączając w to moją córkę, która cierpliwie czekała, aż skończę swoje „rodzicielstwo przez zabawę” i znowu poświęcę jej całą swoją uwagę. Odrobina zabawy całkowicie zmieniła sytuację.

Ten krótki epizod ilustruje, w jaki sposób rodzicielstwo przez zabawę można wprowadzać w życie w każdym miejscu i czasie, a nie tylko w momencie przeznaczonym na zabawę. Rodzicielstwo przez zabawę zaczyna się od zabawy, ale mieści w sobie znacznie więcej – od pocieszania płaczącego niemowlęcia po wspólne wałęsanie się po galerii handlowej; od walki na poduszki po demontowanie dodatkowych kółek od roweru; od ustalania zasad po radzenie sobie z emocjonalnymi konsekwencjami wypadku na placu zabaw; od szykowania się do szkoły po słuchanie o lękach i marzeniach dziecka przed pójściem spać. Niestety wiele z tych prostych interakcji czasami wydaje się być poza naszym zasięgiem, ustępując miejsca różnym komplikacjom i urazom.

Nie ulega wątpliwości, że my, dorośli, nie mamy zbyt wiele czasu na szaleństwo i zabawę. Nasze życie jest pełne stresu, obowiązków i ciężkiej pracy. Często zabieramy się za zabawę z dziećmi wtedy, kiedy czujemy się zesztywniali, zmęczeni i łatwo ulegamy nudzie – zwłaszcza wtedy, kiedy musimy się przestawić po dniu pełnym stresującej pracy albo obowiązków domowych. Czasami mamy nawet ochotę robić to, czego chcą od nas dzieci – jak mama na koncercie – ale zaczynamy się denerwować, kiedy zabawa nie toczy się zgodnie z naszymi oczekiwaniami albo kiedy wymagają od nas zbyt wiele.

Niektórzy z nas nie potrafią odstawić na bok swojej chęci współzawodnictwa lub potrzeby sprawowania kontroli. Zaczynamy się nudzić, zrzędzimy i ulegamy frustracji. Nie umiemy przegrywać. Upieramy się, by uczyć, jak rzucać piłkę we właściwy sposób, choć nasze dziecko po prostu chce sobie tylko porzucać. Narzekamy na to, że dzieci nie potrafią się skoncentrować, a ile czasu sami możemy siedzieć i grać w kulki, Monopol, odgrywać role czy bawić się lalkami, zanim się znudzimy, coś odwróci naszą uwagę lub stwierdzimy, że praca albo obiad są ważniejsze?

Kiedy moja córka była w przedszkolu, wymyśliła świetną grę, która sprawiła, że otworzyłem się na zabawę, zamiast krzyczeć, by się pospieszyła z szykowaniem do wyjścia. Pewnego poranka zeszła na dół, schowała za drzwiami i szepnęła do mnie: „Udawaj, że ciągle jestem na górze i że zaraz się spóźnimy, i jesteś na mnie straszliwie zły”. Krzyknąłem więc w kierunku schodów: „Zaraz się spóźnimy i jestem straszliwie zły!” i zacząłem biegać dookoła, i tupać nogą. Ona ciągle chowała się za drzwiami i chichotała, zakrywając ręką buzię. Powiedziałem: „Lepiej zejdź na dół, bo pójdę bez ciebie. Pójdę do przedszkola zupełnie sam!”. Zaczęła się śmiać na głos, więc udawałem, że jej nie słyszę. Pozwoliłem jej wyślizgnąć się przede mną, a sam odegrałem scenę wychodzenia z domu bez niej, udając, że jej nie dostrzegam. Wsiadła do samochodu, a ja głośno mówiłem sam do siebie: „Jestem wściekły. Nauczycielki będą się pytały, gdzie jest Emma, a ja odpowiem ›nie była gotowa do wyjścia, więc poszedłem bez niej‹”. Nie mogła przestać się śmiać i chichotała, starając się podtrzymywać iluzję, że jej tam nie ma. Wychodzenie do przedszkola niespodziewanie okazało się świetną zabawą także dla mnie! Udawanie złości pozwoliło mi się nie zdenerwować, a Emmie zabawa zamiast krzyku pomogła szybciej przygotować się do wyjścia!

DLACZEGO DZIECI SIĘ BAWIĄ

Niektóre dzieci są naturalnymi przywódcami, a pozostałe wolą podążać za innymi; niektóre wolą się przebierać i odgrywać historie, a inne uwielbiają grę w piłkę. Jednak właściwie każde dziecko posiada instynkt zabawy, który budzi się do życia zaraz po urodzeniu, a w wieku dwóch czy trzech lat jest już w pełnym rozkwicie. Bawić się można zawsze i wszędzie: to alternatywny świat wyobraźni i fantazji, który jest przed dziećmi zawsze otwarty. Dla dorosłych zabawa oznacza rozrywkę, ale u dzieci bardziej przypomina pracę. W przeciwieństwie do wielu dorosłych, dzieci na ogół kochają swoją pracę i rzadko domagają się urlopu. Zabawa jest też u dzieci jednym z podstawowych sposobów komunikacji, doświadczania świata i uczenia się.

Widać od razu, że dziecko, które nie chce lub nie potrafi się bawić, znajduje się w stanie poważnego napięcia emocjonalnego, podobnie jak dorosły, który nie potrafi pracować albo traci mowę. Ciężko skrzywdzone i zaniedbane dzieci często trzeba najpierw nauczyć zabawy, zanim rozpocznie się terapię przez zabawę. Dlaczego praca dzieci uważana jest dzisiaj za zbrodnię? Bo sprawia, że dzieci dorastają bez dzieciństwa, bez możliwości zabawy. Jeszcze gorzej, kiedy celem ich pracy jest zapewnienie dorosłym czasu na rozrywkę, tak jak opowiada o tym ten dziewiętnastowieczny wiersz autorstwa Sarah Norcliffe Cleghorn:

Pola golfowe tak blisko młyna

Pola golfowe tak blisko młyna są,

że prawie każdego dnia

pracujące dzieci patrzą i widzą

jak towarzystwo gra.

Wielu ekspertów opisuje zabawę jako miejsce – miejsce ze sfery magii i wyobraźni, miejsce, gdzie dziecko może być w pełni sobą. Psycholog Virginia Axline opowiedziała taką historię o grupie dzieci w przedszkolu: „Usypują sobie górę, wspinają się na nią i wykrzykują tak głośno, by usłyszał je cały świat: ›Umiem usypać sobie górę albo mogę ją zburzyć. Tutaj na szczycie jestem duży!‹”2. O istocie zabawy przypomniałem sobie podczas przyjęcia z okazji trzecich urodzin mojej córki. Zaplanowałem różne gry i zabawy dla dzieci w parku po przeciwnej stronie ulicy i oczywiście, jak na prawdziwego psychologa przystało, wyjaśniłem zasady wszystkich tych skomplikowanych gier dzieciom, które stały dookoła i patrzyły na mnie tak, jakbym był jakimś ufoludkiem. Nie wiedziałem, co robić. Dzieciaki były zbyt podekscytowane, by wracać do domu, ale nie miały ochoty na moje gry. Wtedy włączyła się moja żona i powiedziała: „Dobra, a teraz wszyscy biegniecie na drugi koniec parku i z powrotem!”. I wszyscy pobiegli przez park, wznosząc radosne okrzyki, i co i rusz wybuchając śmiechem, a potem przybiegli do nas z powrotem i padli na ziemię, chichocząc i z trudem łapiąc oddech. Popatrzyli na mnie, a jeden z chłopców powiedział: „Fajna zabawa, zrobimy to jeszcze raz?”. To starczyło mi za wszelkie wyjaśnienia.

Niemniej jednak nie mogę do końca porzucić tematu poważnej strony zabawy. Zabawa jest fajna, ale jest też pełna ukrytych znaczeń i bardzo złożona. Im inteligentniejsze zwierzę, tym więcej czasu poświęca na zabawę. W przeciwieństwie do ślimaków czy drzew. Człowiek zdobywa wiedzę o świecie i sobie samym dzięki odkrywaniu ich przez praktykę. Część procesu uczenia się po prostu dzieje się sama, towarzysząc naszemu życiu, lecz inna część zachodzi właśnie przez zabawę. Ludzkie dzieciństwo staje się coraz dłuższe i dłuższe, co oznacza też coraz więcej czasu na zabawę. Zabawa jest ważna nie dlatego, że dzieci poświęcają na nią tak wiele czasu, ale dlatego, że nawet najzwyklejsza składa się z wielu warstw znaczeń.

Weźmy na przykład tak prostą grę jak łapanie piłki – dziecko i rodzic rzucają sobie piłkę do baseballa. Tak jak wtedy, kiedy obserwujemy wodę ze stawu pod mikroskopem, tak i tu uważna obserwacja odkrywa przed wprawnym okiem złożoność zabawy w łapanie. Dziecko zdobywa umiejętności motoryczne i poprawia koordynację ręka – oko. Dwoje ludzi mile spędza czas, który jest zarezerwowany specjalnie dla nich. Dziecko ćwiczy się w nowej umiejętności, dopóki nie udaje się mu jej opanować, po czym nadchodzi pora radosnego popisywania się. Rytm piłki kursującej tam i z powrotem stanowi pomost, umożliwiający odnowę więzi między dorosłym a dzieckiem. Takie uwagi, jak „niezły chwyt” i „tylko tak dalej”, pomagają zbudować pewność siebie i zaufanie.

Taka pozornie zwykła gra może być też podszyta bardzo silnymi emocjami. Pewien ojciec, który chodził do mnie na terapię, opisał sytuację gry w piłkę, kiedy jego syn rzuca mu jedną daleką piłkę za drugą. Odległość i siła, z jaką chłopak ciskał piłkę, świadczyły o jego gniewie i frustracji. Obaj doszliśmy do wniosku, że jego syn tak naprawdę próbował zdobyć odpowiedzi na pytania: „Czy potrafisz złapać wszystko to, czym w ciebie rzucę? Czy poradzisz sobie z moimi uczuciami? Czy obronisz mnie przed moimi własnymi impulsami i całym tym gniewem?”. Syn innego znanego mi ojca uwielbiał grę w piłkę, ale po każdej puszczonej piłce dostawał ataku histerii, krzycząc: „Mówiłem ci, żebyś rzucał niżej – nigdy mnie nie słuchasz!”. W tym konkretnym przypadku dziecko zdawało się traktować grę jako okazję do wyładowania pełnych bólu emocji, które nie miały nic wspólnego z baseballem.

Nie każda gra w piłkę, ani inna zabawa z dzieckiem, zawiera wszystkie te poziomy znaczeń. Jednak każda zabawa jest znacznie głębsza, niż nam się zwykle wydaje i pełna ukrytych sensów. Po pierwsze zabawa umożliwia dzieciom przymierzyć się do dorosłych ról i umiejętności, tak jak czynią to lwiątka, kiedy idą ze sobą w zapasy. Ludzkie dzieci też wdają się w bijatyki, ale również bawią się w dom. W miarę tego, jak odkrywają świat i to, czego mogą w nim dokonać, rozwija się ich pewność siebie i stają się coraz bieglejsze w tym, co robią.

Zabawa to także sposób na podtrzymanie bliskości i, co jeszcze ważniejsze, odbudowanie więzi po tym, jak została ona zerwana. Szympansy lubią się łaskotać po dłoniach, zwłaszcza po kłótni. Drugi cel zabawy pozwala więc spełnić naszą niewiarygodną – niemal pozbawioną dna – potrzebę przywiązania, czułości i bliskości.

Trzecim celem zabawy u dzieci – być może także tym, który jest najbardziej specyficznie ludzki – jest wyjście ze stanu napięcia emocjonalnego. Wyobraźmy sobie dziecko, które miało ciężki dzień w szkole. Przychodzi do domu i w jakiś sposób okazuje ci, że jest mu źle. Rozmawia o tym albo jest podirytowane i niegrzeczne. Zamyka się w pokoju lub domaga całej naszej uwagi. Najczęściej jednak spontanicznie zaczyna się bawić, aby poczuć się lepiej. Być może będzie się bawić w szkołę, ale tym razem to ono odegra rolę nauczyciela. Może usiądzie przy konsoli i zabierze się za rozwalanie wrogich bohaterom obcych. Albo zadzwoni do przyjaciela i o tym porozmawia, czyli zrobi to, czym dorośli i starsze dzieci zastępują zabawę. Udawanie i ponowne opowiadanie historii pozwala na całkowitą reorganizację układu sił. Tym razem to dziecko jest u władzy. Odegranie sytuacji rozpoczyna proces emocjonalnego zdrowienia. Ucieczka w książkę albo ostra partia tenisa też pomagają nam dojść do siebie po szczególnie ciężkim dniu.

Pewna znana mi dziewczynka, która miała duże problemy z czytaniem, zawsze po powrocie ze szkoły oddawała się temu, w czym była naprawdę dobra, czyli rysowaniu. Przed obiadem pokazywała rodzicom, co udało jej się narysować. W tej jednej chwili odbudowywała swoją relację z nimi, zdobywała utraconą pewność siebie i dochodziła do siebie po frustracji i uczuciu upokorzenia, które towarzyszyły porażkom w szkole.

Zanim poświęcę więcej uwagi głębokiemu znaczeniu zabawy, chciałbym jeszcze raz podkreślić, że ma być ona przede wszystkim przyjemna. Spędzanie czasu z dziećmi powinno być dla nas źródłem radości. Nauczycielka w przedszkolu mojej córki powiedziała mi, że przedszkolaki śmieją się przeciętnie trzysta razy na dzień. A gdybyśmy tak wszyscy to robili? Zabawmy się: śpiewajmy głupie piosenki, przewracajmy się, podchodźmy do wszystkiego z przesadą, zacznijmy wojnę na poduszki, opowiadajmy dowcipy. Jeśli frustrujesz się, przypominając dziecku po raz enty, że ma zapakować kanapki albo wynieść śmieci, następnym razem spróbuj wyśpiewać polecenie operowym głosem, zamiast zaczynać od standardowego marudzenia. Przynajmniej będziesz mieć pewność, że cię zauważy.

Rodzicielstwo przez zabawę to jednak coś więcej niż sama zabawa. Możemy wchodzić w beztroskie interakcje lub realizować je na głębokim poziomie emocjonalnym, niezależnie od tego, co robimy: wypełniając obowiązki domowe, uprawiając sport, odrabiając lekcje, wychodząc na miasto, oglądając telewizję, przytulając się, a nawet wprowadzając dyscyplinę.

ZBUDOWAĆ BLISKOŚĆ ZAMIAST DYSTANSU

Od pierwszej chwili, gdy rodzice i niemowlęta zaczynają patrzeć na siebie z miłością, sięgają po zabawę jako sposób na zbudowanie więzi. Może tego dokonać każda gra, której oddajemy się wspólnie, ale niektóre z nich wydają się stworzone specjalnie do tego celu. Gry takie, jak zabawa w „a kuku”, w chowanego, czy w berka, poruszają kwestię bliskości i dystansu. Rozmawiałem z pewną rodziną, w której syn wymyślił świetną grę na budowanie relacji. Rodzice siadali na kanapie, a on biegł w ich kierunku, lądując dokładnie między nimi. Potem walczyli o to, kto pierwszy może go złapać, a wszystko zmieniało się w jedno wielkie radosne przeciąganie, w którym liną był chłopiec. Zabawa jest jednym z najlepszych sposobów budowania bliskości. Pewnie dlatego dzieciaki w wieku szkolnym, zapytane o definicję zabawy, skupiają się na tym właśnie aspekcie: „Zabawa to coś, co robisz z przyjaciółmi”3.

W wieku około pięciu lat moja córka uwielbiała bawić się w „co by było, gdyby” i kiedy czasami miałem jej dość, mówiła: „Udawajmy, że ty jesteś tatą, a ja córeczką, i że jesteś na mnie strasznie zły”. Pomyślałem, że to nie powinno być zbyt trudne, ale szybko przestawaliśmy się kłócić, a zaczynaliśmy pokładać się ze śmiechu. Wydawało mi się bardzo sprytne, że wiedziała, jak wykorzystać zabawę w celu przywrócenia więzi. Potem przeczytałem o tym, w jaki sposób szympansy wykorzystują „co by było, gdyby” i wywarło to na mnie jeszcze większe wrażenie4.

Szympansy, a zwłaszcza dorosłe samce, często ze soba walczą. Są też ekspertami w łagodzeniu konfliktów. Wręcz uwielbiają się godzić. Kiedy dwa szympansy mają trudności z pogodzeniem się po kłótni, jeden z nich udaje nagle, że dostrzegł coś interesującego w trawie. Zaczyna pohukiwać i wrzeszczeć, a reszta stada podchodzi, żeby sprawdzić, co też udało mu się znaleźć. Tak naprawdę nic tam nie ma, więc szympansy powoli wracają do swoich zajęć. Wszystkie poza tym jednym, który wcześniej wdał się w bójkę. Dwaj dawni rywale będą teraz w ekscytacji podskakiwać wokół wyobrażonego przedmiotu. Kiedy się uspokoją, zaczną się iskać na znak zgody i przywróconej przyjaźni.

Skoro robią to szympansy i pięciolatki, możemy się chyba zgodzić, że sięganie po zabawę celem odbudowania więzi jest konceptem dość pierwotnej natury. Zdarza się jednak, że dzieci nie chcą tak łatwo wejść w relację ani odnowić więzi. Czasami czują tak wielki dystans, że chowają się w kącie albo agresywnie wymachują obiema rękami. Bywają irytujące, niegrzeczne, a niekiedy wręcz doprowadzają nas do szału, sygnalizując desperacko, że potrzebują większej bliskości. Takie sytuacje wymagają stworzenia więcej miejsca na zabawę, a nie karania czy zostawiania i tak już samotnego dziecka samemu sobie.

Kiedy dzieci czują się samotne, czasami sprawiają wrażenie wycofanych i zdołowanych. Czasami stają się hiperaktywne: nagle nie potrafią się skupić, usiedzieć w jednym miejscu ani się uspokoić. W każdym razie wydaje im się, że świat przestał należeć do nich. To sytuacja przeciwna do tej, która ma miejsce w przypadku dzieci niemających trudności w odbudowaniu więzi.

Dziecko, które

czuje

się samotne, mówi: „Nudzi mi się”.

Dwunastolatek

zanosi się płaczem, bo „nikt go nie lubi”.

Rodzic

mówi: „Nie wiem, co się dzieje z moją trzyletnią córką. Czasami wydaje się smutna, ale nie chce mi powiedzieć, o co chodzi”.

Próbujesz namówić córkę,

by

zadzwoniła do przyjaciółki, a ona krzyczy: „Nie mogę do niej zadzwonić; co jeśli nie ma jej w domu?”.

Ośmiolatek

zawsze

trzyma się skraju boiska, mimo że dobrze zna pozostałe dzieci. Mówi, że po prostu nie lubi grać w piłkę.

W odpowiedzi na izolację dziecka, rodzice denerwują się lub martwią. Czasami skupiamy się na irytującym nas zachowaniu, nie dostrzegając, że spod niego wygląda cierpienie. Dostrzegamy ból dziecka, ale nie wiemy, jak sobie z nim poradzić. Taka sytuacja zawsze jest trudna. Potrzebujemy kluczy do zamkniętej twierdzy izolacji, żeby pomóc dziecku wrócić z niej do świata zabawy. Dostarcza nam ich rodzicielstwo przez zabawę.

Kiedy pisałem ten rozdział, zadzwoniła do mnie jedna z matek, z którymi kiedyś pracowałem. Opowiedziała mi, jak użyła metody rodzicielstwa przez zabawę, by odbudować relację z dzieckiem. Jej trzyletni syn, David, był nie w sosie, odkąd jego mama i tata wrócili z wyjazdu we dwoje.

„David był strasznie płaczliwy i cały czas się mnie czepiał” – powiedziała. „Za każdym razem, kiedy próbowałam wyjść z domu, a nawet z pokoju, wieszał się na mnie i za nic nie chciał puścić. Wczoraj umówiłam się na cotygodniową grę w tenisa z przyjaciółką. To moja jedyna okazja do ćwiczeń i jedyny moment, kiedy mam czas tylko dla siebie. Jak tylko David zobaczył, że idę do drzwi z rakietą tenisową w ręku, uwiesił mi się na nodze i zaczął płakać, żebym nie szła. Próbowałam mu wyjaśnić, że ›mama ma swój czas na zabawę‹, ale tylko jeszcze mocniej mnie złapał. Wiedziałam, że zaraz zmieni się to w prawdziwą próbę sił, a nie miałam serca odczepić go od siebie i oddać w ręce opiekunki.

Wtedy przypomniałam sobie naszą rozmowę. Zamiast mu się wyrywać, podniosłam go i zaniosłam na kanapę. ›W porządku‹ – powiedziałam z uśmiechem – ›nie będę grała w tenisa. Zostanę z tobą i się zdrzemnę. Jestem taaaka zmęczona. Co za wygodna poduszka‹. Ziewnęłam i położyłam się na nim, udając, że głośno chrapię. Zaczął się śmiać i zatykać mi usta ręką, żeby mnie uciszyć. Udałam, że się budzę i rozejrzałam wokół: ›Gdzie jest David? Cóż to za nierówna i wijąca się poduszka!‹. Potem udawałam, że znowu idę spać, kładąc się na nim jak na poduszce i chrapiąc.

Po kilku minutach wypełnionych chichotami David zepchnął mnie z siebie i powiedział ›Idź, idź – bo się spóźnisz na swoją zabawę‹. Przy drzwiach uściskaliśmy się na do widzenia, a on świetnie bawił się beze mnie. Kiedy wróciłam do domu, narysował obrazek, na którym gram w tenisa gigantyczną rakietą”.

ZBUDOWAĆ PEWNOŚĆ SIEBIE ZAMIAST BEZRADNOŚCI

Co przychodzi wam na myśl, kiedy słyszycie zwrot „zabawa w doktora”? Większość ludzi kojarzy go z sekretnym odkrywaniem przez dzieci swojej seksualności: „Pokażę ci, jeśli ty mi pokażesz”. Ten rodzaj zabawy w doktora pokazuje, w jaki sposób dzieci używają zabawy do odkrywania swojego ciała. I choć dorośli często nie wiedzą, jak sobie radzić z zabawą w doktora oraz innymi przypadkami seksualnych poszukiwań dzieci, to mamy tu do czynienia po prostu z innym rodzajem „zabawy w dom”. W końcu jest w nim wiele pokoi, a większość dzieci bardzo chce wiedzieć, co dzieje się w każdym z nich. Dzięki zabawie ćwiczą się w gotowaniu, sprzątaniu, chodzeniu do pracy, kłóceniu się, opiekowaniu się dzieckiem – każdą dorosłą czynnością, którą zaobserwują wokół siebie. Ten rodzaj bezustannego uczenia się przez zabawę sprawia, że stają się bardziej pewne siebie.

Małe dzieci też używają zabawy jako sposobu na poznawanie świata. Dlaczego nie śmiejemy się, kiedy nasz berbeć po raz setny zrzuca jedzenie z krzesełka? Bo słyszeliśmy o grawitacji (i musimy posprzątać cały ten bałagan). Jednak dziecko świetnie się bawi, bo wszystko na tym świecie wydaje mu się nowe, ciekawe i zapraszające do odkryć i zabawy. Włączając w to śmieszne miny i dźwięki, które wydajemy, próbując je powstrzymać.

Wspomniałem wcześniej, że starsze dzieci definiują zabawę jako coś, co się robi z przyjaciółmi. Małe dzieci i przedszkolaki mają o niej trochę inne pojęcie: zabawa to robienie tego, na co masz ochotę5. Samodzielne podejmowanie decyzji to jeden z tych momentów, gdy władza spotyka się z zabawą. Moja siostrzenica Bailey miała w dzieciństwie grzechotkę w kształcie kiści winogron. Uwielbiała nią potrząsać. Rodzice nazywali ją szefową winogron. Jeżeli możesz samodzielnie decydować o tym, co robisz, jest bardziej prawdopodobne, że będziesz chciał się w to zaangażować.

Kiedy moja córka była w zerówce, przechodziliśmy okres, gdy nie chciała się sama ubierać. Myślała, że jej nie kocham, bo nie chciałem już jej ubierać ani dotrzymywać jej towarzystwa, tak jak robiłem to, kiedy była jeszcze w przedszkolu. Tymczasem ja myślałem o tym, że zrobiła się trudna i nie chce ze mną współpracować, bo wiedziałem przecież, że jest w stanie ubrać się sama. Zamiast przyznać, że czuje się samotna, twierdziła, że nie potrafi się sama ubrać. Byłem sfrustrowany tym całym okazywaniem bezradności i niemocy. Irytowałem się, bo było tyle innych rzeczy, które mogłem zrobić ze swoim porankiem.

Zdecydowanie za dużo czasu zajęło mi zorientowanie się, że marudzenie i karcenie nic tu nie pomoże. W końcu, raczej z desperacji niż nagłego przypływu mądrości, wziąłem dwie lalki i zacząłem odgrywać scenkę. Jedna z nich powiedziała (bardzo niemiłym głosem) „Och, ona nie potrafi się ubrać sama. Ona nie wie, jak się ubrać sama”. A druga odpowiedziała (głosem radosnym i zachęcającym do działania): „A właśnie, że potrafi. Ona naprawdę daje sobie z tym radę”. Na co pierwsza odparła: „Ależ nie, to niemożliwe, ona ma dopiero pięć lat, jeszcze nie potrafi ubrać się sama”. Jakimś trafem niemiła lalka zawsze obracała głowę w drugą stronę, kiedy Emma ubierała się sama. Mówiła więc: „Widzisz, wcale się sama nie ubrała”, a ta druga krzyczała: „A właśnie, że tak! Trzeba było się nie skupiać na czymś innym!”. W międzyczasie dziecko nie tylko ubierało się samo, ale też śmiało się, zamiast marudzić. Ja też śmiałem się, zamiast robić awanturę i niecierpliwie tupać nogą.

Potrzeba było tylko kilku sesji tej zabawy, żeby samodzielne ubieranie zamieniło się w nawyk. Ja nie musiałem już odgrywać scenki. Od czasu do czasu, zamiast zamykać się w sobie i doprowadzać mnie do szału, Emma prosiła: „Chodź, udawaj, że jesteś tymi ludźmi, którzy mówią, że nie potrafię się sama ubrać”. Zabawa zamieniła sytuację będącą źródłem obopólnej frustracji w coś fajnego, przyjemnego i budującego pewność siebie. Emma poradziła sobie ze swoim poczuciem osamotnienia i niechęcią oraz przyzwyczaiła się do nowego scenariusza działań. Oczywiście wymagało to ode mnie pewnego nakładu pracy. Każdy rodzic wie, że czasem ciężko znaleźć na to wszystko czas, ale okazuje się, że szybko się on zwraca. Gdyby policzyć wszystkie chwile, które spędzałem na poganianiu, awanturowaniu się i nadzorowaniu, inwestycja zwróciła mi się z nawiązką.

Dzieci, które są zbyt sfrustrowane lub nie potrafią używać zabawy jako narzędzia do opanowania swojego świata, szukają schronienia w czymś, co nazywam wieżą bezradności. Łąki i pola zapraszają do zabawy, ale wyjście z wieży wymaga pewności siebie. Dzieci zamknięte w środku i niezdolne do swobodnej zabawy mogą się wydawać słabe i bezbronne. Czasami jest jednak wręcz przeciwnie: odbijają się od murów wieży, są dzikie i nieposkromione, a nawet agresywne, choć tak naprawdę czują się całkowicie bezradne. Dzieci uciekają w głąb siebie, jeśli boją się zranienia, odrzucenia albo nie wierzą, że świat należy do nich. Przejawia się to w zwrotach takich, jak „Nie chcę…”, „Nie potrafię…”, „Nie jestem w tym dobry…”, „Timmy mnie bije!”.

Bezradność wyraża się też niekiedy w sposób, który nie pozwala na jednoznaczną interpretację. Jak ujęła to pewna zmartwiona matka: „Mówi pan, że moje dziecko czuje się bezradne, ale jak to możliwe, skoro odsyłają je do domu, bo biło w szkole kolegów? Jak to możliwe, skoro nauczyciele się go boją?”. Bezradność można porównać do dobrze bronionej twierdzy, doskonałej kryjówki, która pozwala też wypuścić się z niespodziewanym atakiem: „Nienawidzę cię. A masz! (tu następuje kopnięcie, popchnięcie lub ugryzienie)”. „Jesteś głupia”. „Będę się bawić pod warunkiem, że to ja będę kapitanem”.

Tak jak rodzicielstwo przez zabawę dostarcza klucza pomagającego dziecku otworzyć bramę wieży izolacji, tak wspólna zabawa z innymi dziećmi pomaga mu odnaleźć pewność siebie, niezbędną do opuszczenia wieży bezradności.

JAK POMÓC DZIECKU DOJŚĆ DO SIEBIE ZAMIASTPOGRĄŻYĆ SIĘ W EMOCJONALNYM NAPIĘCIU

Zabawa w doktora nie jest jedynie przykrywką, która ma sprawić, że seksualne poszukiwania dzieci staną się bardziej akceptowalne. Czasami towarzyszy jej udawanie, że ktoś jest chory lub uległ wypadkowi. Ten typ zabawy jest przykładem, w jaki sposób dzieci używają zabawy, by dojść do siebie po traumatycznym zdarzeniu, niezależnie od tego, jak bardzo było poważne6. Trzylatka dostaje zastrzyk w gabinecie lekarskim. I w co chce się bawić, jak tylko wróci do domu? Oczywiście w doktora. A kim chce być? Lekarzem lub pielęgniarką, czyli tym, kto robi zastrzyk – w żadnym wypadku nie pacjentem. A komu chce zrobić zastrzyk? Cóż, w pierwszej kolejności wybór pada na rodzica lub inną osobę dorosłą. Jeśli nie ma ich pod ręką, obiektem może stać się maskotka albo lalka. A jak ma według niej przebiegać zabawa? Oczekuje od ciebie udawanego krzyku i „Nie, nie, nie, proszę, tylko nie zastrzyk! Nie cierpię zastrzyków! Nie, nie, nie, wszystko, tylko nie to” oraz udawania, że strasznie cierpisz i że ogarnął cię paniczny lęk.

Taka reakcja umożliwia dziecku zajęcie silniejszej pozycji. To zwykła zabawa polegająca na odwróceniu ról (ten, kto dostał zastrzyk, jest teraz tym, kto go robi), ale dostarcza bardzo wiele satysfakcji. Zastrzyk sprawił, że dziewczynka poczuła się bezsilna i przypomniał jej o wszystkich małych frustracjach, gdy nie pozwalano jej samodzielnie podjąć decyzji o tym, co zrobić, co zjeść czy co na siebie włożyć – wszystkich tych rzeczy, o których dziecko nie może samo decydować. No i to nie ona wpadła na pomysł pójścia na zastrzyk. Zabawa w doktora pozwala jej dojść do siebie, bo może zobaczyć ciebie w roli bezbronnej, bezsilnej i pozbawionej godności ofiary, a ona sama zajmuje miejsce tego, kto posiada władzę.

Zastrzyk może i jest na niby, ale potrzeba emocjonalnego wyleczenia jest jak najbardziej prawdziwa. Dziecko decyduje się na tę zabawę w odgrywanie ról, bo chce mieć możliwość wyrażenia swoich prawdziwych uczuć na temat zastrzyku. Tu nie chodzi o zabawę dla samej zabawy (choć dziecko może się przy niej świetnie bawić). To zabawa, która posiada określony cel: dziecko ma ponownie znaleźć się w traumatycznej sytuacji, która zostaje pozbawiona swojej grozy – przede wszystkim przez śmiech. To dlatego dzieci mogą bawić się w nią w nieskończoność.

Wszyscy znamy typową historyjkę rodem z komiksu: szef wrzeszczy na ojca, ojciec drze się na matkę, matka wrzeszczy na dziecko, dziecko leje swojego młodszego brata, młodszy brat kopie psa, pies sika na dywan (nazywam ją grą w emocjonalnego gorącego ziemniaka). To błędne koło można przełamać, jeśli dorośli aktywnie pomogą dzieciom dojść do siebie po traumatycznym zdarzeniu. W przeciwieństwie do naszych młodszych pociech, my nie będziemy mieli trudności ze zniesieniem ukłucia fikcyjną igłą. Nie będziemy narzekać „Dlaczego to ty zawsze jesteś doktorem?” ani krzyczeć „Mamo, Ronnie mnie kłuje!”. Niestety my, bardzo poważni dorośli, częściej mówimy „Idź sobie, jestem zajęty” albo „Uciekaj stąd, nie cierpię igieł”, zamiast pobawić się z dzieckiem. Oczywiście zdarza się też, że dziecko wcale nie potrzebuje zabawy; wystarczą mu kolana, na które może się wspiąć i wypłakać, opowiadając o tym, jak bardzo je bolało.

Kiedy zniechęca się i karze dzieci za próby emocjonalnego dojścia do siebie przez zabawę, zamykają się w sobie. Czasami sięgają wówczas po mniej zabawowe sposoby, na przykład po prawdziwą igłę, którą kłują młodszego brata albo kota. Innym razem wydają się zapominać o całej sprawie aż do kolejnej wizyty u lekarza, kiedy dostają prawdziwego ataku histerii. Kiedy widzimy, że dziecko się boi, jest agresywne i wymyka się spod kontroli, rzadko przystajemy, żeby pomóc mu dojść do siebie. Nie zastanawiamy się, czy miało okazję do przepracowania problemu przez zabawę lub rozmowę. Najczęściej dostrzegamy tylko same problematyczne zachowanie, które tak bardzo nas martwi lub denerwuje, że nie mamy już głowy, żeby pomyśleć o sięgnięciu po remedium zabawy.

Moja przyjaciółka Lori siedziała kiedyś na placu zabaw, gawędząc z nowo poznaną matką i bawiąc się z jej dwojgiem dzieci, trzyletnią dziewczynką i jej małym braciszkiem. Lori jest odporna na przepychanie się i żywiołową zabawę, więc nie minęła chwila, a dzieci zaczęły się na nią wspinać. Matka uważała, że powinno się je uspokoić. Zanim Lori zdążyła zareagować, matka mocno przyłożyła starszemu dziecku. Moja przyjaciółka nie wiedziała, co robić – jest zdecydowanie przeciwna biciu dzieci i chciała powiedzieć kobiecie, że nie powinna była tego robić – ale widziała też, że w tej sytuacji i tak by do niej nie dotarła. Wszyscy byli nieszczęśliwi i zdenerwowani, Lori postanowiła więc skupić się na dziecku, które przed chwilą dostało lanie. Dziewczynka prawie natychmiast złapała za patyk i pobiegła za swoim młodszym bratem. Na szczęście Lori w łagodny sposób ją zatrzymała, wzięła na stronę, zabrała patyk i powiedziała zabawnym głosem „Oooooo nie, nie ma mowy!”. Dziewczynka zaczęła się śmiać i chciała powtarzać tę zabawę w nieskończoność. Zupełnie zapomniała o biciu brata w prawdziwym świecie (przynajmniej na razie), odgrywając całą sytuację w świecie fikcyjnym. Matka, dostrzegając, jak moja przyjaciółka rozbroiła potencjalnie niebezpieczną sytuację i to bez uciekania się do krzyku i bicia, z ogromnym zainteresowaniem przyglądała się zabawie.

Nietrudno wyobrazić sobie karę, jaka czekała dziewczynkę, gdyby udało jej się stłuc młodszego brata. Matka czułaby wówczas, że surowa kara była w pełni uzasadniona, zapominając, że cała przepełniona agresją sytuacja w ogóle nie miałaby miejsca, gdyby ona sama niepotrzebnie nie uderzyła córki. A jednak dzięki zabawie udało się załagodzić konflikt. Nieudana próba poradzenia sobie z karą cielesną przez przeniesienie agresji na kogoś mniejszego zmieniła się w udane wyleczenie, które nie wymagało żadnych ofiar w ludziach. Moja przyjaciółka wcale się przy tym nie napracowała: po prostu była przy dziecku, powstrzymała wszelkie zapędy do wyładowywania agresji i przemawiała do niego w sposób spokojny i zachęcający do zabawy. Reszta należała do dziewczynki, która postanowiła pobawić się w „bicie braciszka” zamiastnaprawdę mu przyłożyć.

Zastrzyk w gabinecie lekarskim i lanie od rodziców to tylko dwa przykłady niezliczonych bolączek i urazów z dzieciństwa, które wymagają wyleczenia emocjonalnego. Nigdy nie uda się spełnić wszystkich naszych potrzeb. Dzieciństwo zawsze będzie niosło ze sobą jakieś bolesne wspomnienia. Ale to jeszcze nie wszystko. Poza poważnymi traumami i codziennymi urazami, dzieci muszą sobie poradzić ze wszystkimi nowymi informacjami, które zalewają je każdego dnia. Spróbujcie sobie wyobrazić te miliardy bitów danych. Tyle rzeczy jest dla dzieci nowych, a przez wszystko trzeba się przedrzeć i to uporządkować. Ich ulubionym sposobem radzenia sobie z tym jest zabawa. Na szczęście jest też ona jedną z najlepszych metod leczenia ran i przetwarzania nowych informacji.

Pewien ojciec zadzwonił kiedyś do mnie z prośbą o pomoc, mówiąc, że w klasie jego córki kilkoro dzieci właśnie zaczynało się uczyć angielskiego. Była tym zafascynowana i przez całe tygodnie, dzień w dzień, w drodze z domu do szkoły chciała się bawić w mówienie w obcym języku. Bełkotali do siebie z ojcem, udając, że mówią w języku jakiegoś dalekiego kraju. Ojciec martwił się, że ktoś ich usłyszy i że wykazywali się brakiem taktu, naśmiewając się z dzieci z Rosji czy Japonii. Zapewniłem go, że było wręcz przeciwnie: jego córka ćwiczyła się w empatii. Starała się poradzić sobie z czymś zupełnie nowym w jedyny znany jej sposób: przez zabawę.

Radosna zabawa może spontanicznie wyleczyć drobne urazy, ale dzieci pogrążone w napięciu emocjonalnym mają z nią spore trudności. Są zamknięte w swoich wieżach izolacji i bezradności. Czasami ciężko stwierdzić, w której z nich zabarykadowało się dziecko. Twoja córka mówi „Nie chcę grać w piłkę, jestem w tym beznadziejna”, a ty zastanawiasz się, czy chodzi o to, że wstydzi się, bo inne dziewczynki grają lepiej od niej, czy też nie układa jej się z koleżankami z drużyny. Łobuz pierwszoklasista bije kogoś, kiedy tylko nauczyciel odwraca się plecami. Czy czuje się obco wśród swoich rówieśników i nie zdaje sobie sprawy, że takie zachowanie przyczynia się tylko do jeszcze większej izolacji? A może sprawdza swoje możliwości, testując, na ile może sobie pozwolić i jak zareagują na to inni?

Niektóre dzieci – te, które zostały naprawdę mocno skrzywdzone – przez większość czasu czują się odizolowane i bezsilne, i bardzo rzadko same z siebie zaczynają się bawić. Ale nawet najzdrowsze, najbardziej kochane dziecko będzie szukać schronienia w jednej z tych dwóch twierdz, kiedy poczuje się przytłoczone, przerażone lub porzucone. Przypomnij sobie jakiś szczególnie trudny dla niego dzień. Czy nie jest w stanie się bawić i zamiast tego chowa się, atakuje albo próbuje cię zdenerwować? Czy nie poddaje się po prostu biegowi zdarzeń, bez prawdziwej radości ani entuzjazmu? Może zatrzymuje się na jednej czynności, powtarzając wciąż te same słowa i zabawy, bez nowych pomysłów ani wyraźnej przyjemności. A może jego zabawa jest dziksza niż zwykle albo bardziej niebezpieczna. To wszystko oznaki izolacji i bezsilności.

Kiedy zabawa nie pomaga dziecku dojść do siebie, często poddaje się ono zalewowi emocji. Wyładowuje się na wtedy na innych, miota albo wybucha płaczem przy najmniejszej okazji. Niekiedy wycofuje się do swojego pokoju i blokuje wszystkie swoje uczucia (gapiąc się ślepo w telewizor, kompulsywnie zmieniając kanały). Wydaje się apatyczne i bez życia. Dorośli często nie dostrzegają tego drugiego zestawu objawów. Jest cicho, więc emocjonalne wycofanie się bywa mylone z grzecznym, a więc „dobrym” zachowaniem. Jednak dziecko wcale nie czuje się dobrze.

Kiedy dziecko zamyka się w jednej z wież i podnosi za sobą most zwodzony, rodzice szukają sposobów, żeby mu pomóc. Często sami czujemy się wtedy bezsilni i odrzuceni. Do tego stopnia, że my też uciekamy do naszych własnych fortec bezradności i izolacji, co jeszcze bardziej utrudnia przyjście maluchowi z pomocą.

„Rozpuszczony bachor”.

„Nie cierpię

siebie, kiedy

na nie krzyczę, ale później robię dokładnie to samo”.

„Sam już

nie

wiem, jak sobie z nią poradzić”.

„Ni stąd,

ni

zowąd, nagle zaczęła bać się wody, ale wydałam fortunę na całoroczne lekcje pływania, więc będzie pływać i już”.

„Idź

sobie, jestem

zajęty”.

Zabawa jest jednym z najlepszych sposobów na utrzymywanie dobrych relacji z dzieckiem. Pomaga wyciągnąć je z emocjonalnego zamknięcia się w sobie i zabrać tam, gdzie więzi są bliskie, a dziecko może odnaleźć swoje utracone ja.

JAK ZOSTAĆ RODZICEM,KTÓRY NIE BOI SIĘ ZABAWY

W moich rozmowach z rodzicami na temat zabawy zawsze pada argument: „Tak naprawdę nie bawię się z dziećmi zbyt często, bo to zadanie mojego męża”. Często zdarza się też, że ktoś mówi: „Moje dzieci świetnie bawią się same. Wcale mnie do tego nie potrzebują”. Cieszę się z podobnych uwag, bo stanowią dla mnie wyzwanie: muszę wtedy wyjaśniać, dlaczego zabawa jest tak istotna dla dzieci, dlaczego udział w niej jest ważny także dla dorosłych oraz jak każdy rodzic może się w nią zaangażować, jeśli się tylko na to zdobędzie.

Mam nadzieję, że w następnych czternastu rozdziałach znajdziecie jasne wskazówki, jak przebić się przez ściany oddzielające świat dzieci od świata dorosłych i jak znaleźć sposoby na stworzenie prawdziwej bliskości. Rodzicielstwo przez zabawę pomoże poradzić sobie z najtrudniejszymi aspektami bycia rodzicem: maluchami pogrążonymi w ataku histerii, gryzącymi przedszkolakami, niepewnymi siebie trzecioklasistami, gimnazjalistami wymykającymi się spod kontroli. Zabawa pozwala rozstrzygnąć nasze bitwy o poranne szykowanie się do wyjścia z domu, uspokaja nasze nerwy zszargane po długim dniu pracy i przywraca harmonię w rodzinie. Rodzicielstwo przez zabawę pomaga nawet wtedy, kiedy wydaje się, że zabawa nie tylko jest poza naszym zasięgiem, ale też sama myśl o niej jest nieprzyzwoita. Kiedy jesteśmy wykończeni albo na skraju załamania, uważamy ją często za kolejny ciężki i wyczerpujący obowiązek. Zaczynamy bawić się z dziećmi i nagle odkrywamy, że jednak mamy wystarczająco wiele energii, by czerpać z tego przyjemność i szukać w zabawie twórczych rozwiązań trudnych problemów.

Wielu rodziców mówi mi: „Nie potrafię się wygłupiać tak, jak ty”. Nie jestem pewien, czy powinienem to uznać za komplement czy obrazę, ale w każdym razie ćwiczenie czyni mistrza. Niezależnie od tego, co opowiada moja córka, musiałem włożyć sporo pracy, żeby potrafić się wygłupiać tak, jak teraz. Musiałem pokonać własną nieśmiałość i wstyd, by wspinać się z nią na drabinki, kiedy tylko mnie o to poprosiła, zamiast siedzieć na ławce z pozostałymi rodzicami. Tak naprawdę musimy zapewnić dziecku bezpieczeństwo i postawić obiad na stole – poza tym ono chce i potrzebuje tylko tego, żebyśmy się rozluźnili. Nie ma sensu zostawiać zabawy innym, którzy podobno „są w tym lepsi”. Dlaczego mielibyśmy pozbawiać się całej tej przyjemności?

Odmawiając udziału w zabawie, tracimy znacznie więcej niż ją samą. To podczas niej dzieci dzielą się z nami swoimi najskrytszymi uczuciami i doświadczeniami, o których normalnie nie potrafiłyby lub nie chciałyby rozmawiać. Musimy wysłuchać tego, co mają nam do powiedzenia, a one potrzebują okazji, żeby się tym z nami podzielić. To dlatego musimy wejść za nimi do ich własnego świata, na ich własnych warunkach. Żadne dziecko nie powie: „Miałem dzisiaj ciężki dzień w szkole, czy możemy o tym porozmawiać?”. Zamiast tego zapyta, czy pójdziemy się z nim pobawić. Jeśli się zgodzimy, odegra to, co mu się przytrafiło, tak jak potrafi najlepiej. Albo nie powie nic, czekając, aż przejmiemy inicjatywę. Być może w przeciągu tej jednej zabawy pomożemy mu odnaleźć pewność siebie i sprawimy, że na nowo poczuje się kochane – a tego właśnie potrzebuje, by następnego dnia w szkole samo rozwiązać problem, z którym nie mogło sobie wcześniej poradzić. Jeśli uzna jednak, że na pewno nie będziemy chcieli się z nim bawić, czasami nawet o to nie zapyta. Będzie się zajmowało swoimi sprawami, tak jak my swoimi, i wszyscy stracimy szansę na odbudowanie więzi.

W mojej pracy wiele czasu spędzam, pomagając zwyczajnym, zgoła przeciętnym rodzinom odnaleźć zapał i radość z życia, które zgubiły gdzieś po drodze. Robię to, przypominając im o tym, jak istotna jest zabawa. Kiedyś na przykład zapukałem do drzwi mojej przyjaciółki Connie, odrobinę już spóźniony. Miałem się pobawić z nią i jej synkiem Brianem. Pojawiły się jakieś drobne problemy – nic specjalnego, typowe starcia dziewięciolatka i jego mamy. Kłócili się o to, że ona nie powinna już przytulać go i całować jak małe dziecko; o bycie złośliwym; o odszczekiwanie; o interesowanie się tylko sportem; o lekceważenie mamy i wszystkiego, co związane z kobiecością. Kiedyś zdarzyło mi się już bawić z Brianem. Connie i ja zamieniliśmy się wtedy dziećmi – ja poprzewalałem się z nim po podłodze, a ona bawiła się z moją córką lalkami. Było wiele radości i wszyscy przyjęliśmy tę sytuację z ulgą: wreszcie jakiś dorosły, który naprawdę potrafi się bawić; wreszcie jakieś dziecko, które chce się bawić w to, w czym jestem naprawdę dobry.

Tym razem sam nie wiedziałem, czego się spodziewać. Zapukałem do drzwi, Connie krzyknęła: „Otwarte!”, a Brian wrzasnął: „Spóźniłeś się, ty głupku!”. No i się zaczęło. Wszedłem i z udawaną złością zapytałem „Jak mnie nazwałeś?”, po czym zacząłem go gonić po mieszkaniu, aż opadł na kanapę w drugim pokoju. Zagrzebałem go w poduszkach. Udało mu się wydostać i zaczęliśmy bitwę na poduszki. Connie siedziała obok mnie i chichotała. Bardzo jej się podobało, że jej syn wyładowuje się na kimś innym. On był zachwycony, że nikt nie zmywa mu za to głowy, nie karze i nie przerywa zabawy. Ja miałem powód do radości, bo Brian okazywał nam swoje uczucia. Nie robił tego bezpośrednio, ale nazywając mnie głupkiem i waląc z całej siły poduszką, przywoływał to, z czym miał największe trudności: sytuacje, kiedy sam czuł się głupi lub otwarty na ciosy.

Uderzyłem Connie poduszką, żeby i ją włączyć do zabawy. W końcu to o ich stosunki chodziło, a nie o moją relację z Brianem. „Ach tak!” – powiedziała Connie – „Więc ja też mam się z wami bawić?”. „Tak!” – odpowiedział Brian i stoczyliśmy wspaniałą bitwę na poduszki. Kilka tygodni później zapytałem Connie, jak odebrała naszą zabawę. Powiedziała, że bardzo poprawiła jej relację z synem, bo pozwoliła jej dostrzec, że Brian naprawdę chciał się z nią bawić i spędzać razem czas, nawet wówczas, kiedy wydawało się, że ją odpycha. Uświadomiła sobie też, że czuła się wyczerpana wszystkimi swoimi obowiązkami – gotowaniem, wożeniem do szkoły, pomaganiem w odrabianiu lekcji, zabieraniem na zajęcia sportowe – i że nie miała już siły na zabawę. Radość towarzysząca tej jednej sesji pokazała jej, że syn chce i potrzebuje się z nią bawić oraz to, jak bardzo ożywcza jest zabawa. Od tamtej pory przeznaczają na nią znacznie więcej czasu, a Connie mówi nawet, że ciężko stwierdzić, komu podoba się to bardziej.

ROZDZIAŁ DRUGIWEJDŹ DO ŚWIATA DZIECKA

Kiedy zajmujesz się dzieckiem, zachowaj zimną krew i usiądź na podłodze.Austin O’Malley, 1915

Mój ośmioletni sąsiad Jimmy nauczył mnie wspaniałej zabawy. Kiedy z wizytą przyjeżdżała jego mała kuzynka, chłopiec zabierał ją na huśtawki znajdujące się po drugiej stronie ulicy. Stawał wtedy przed nią i wprawiał w ruch huśtawkę. Ustawiał się dokładnie w takiej odległości, by stopy zbliżającej się dziewczynki lekko dotykały jego torsu. Wtedy odgrywał wielką scenę, padając na ziemię i udając, że się na nią wścieka. Potem wstawał i mówił „Żeby mi to był ostatni raz!”, ona śmiała się zachwycona, a on cierpliwie bawił się dalej.

Co w niej aż tak świetnego? Zawiera w sobie wszystkie głębokie cele zabawy, a przy tym po prostu daje wiele radości. Dotknięcie, a może raczej niemal jego brak, jest świetnym sposobem na zabawę w budowanie relacji. Możliwość kierowania zabawą jest dla młodszego dziecka bardzo ważnym doświadczeniem, zwiększającym jego pewność siebie. Poza tym małe dzieci, dopiero uczące się chodzić, charakteryzuje to, że często upadają. Sytuacja, w której upada ktoś inny – na dodatek w bardzo zabawny sposób – pozwala dziecku uwolnić się od frustracji, która towarzyszy nauce chodzenia. To o niebo lepsze niż popychanie innego dziecka czy domaganie się wzięcia na ręce, bo chodzenie jest takie ciężkie.

Często przywołuję ten przykład, kiedy szukam sposobów na wyciągnięcie dzieci z ich bliźniaczych wież izolacji i bezradności oraz otwarcie im drogi do świata radosnej, szalonej zabawy. Pierwszą i najbardziej podstawową rzeczą, którą zrobił Jimmy, było wejście do świata dziewczynki. Dostosował się do jej poziomu i bawił się z nią w sposób, który najbardziej jej odpowiadał. Rodzicielstwo przez zabawę wychodzi od chęci nawiązania relacji z dzieckiem w sposób zbliżony do tego, który wybrał Jimmy. Opiera się też na gotowości do bycia dla dziecka niewyczerpanym źródłem uczucia, zachęty i entuzjazmu. Warto się przy tym – dosłownie i w przenośni – rozluźnić, bo wielu dorosłych usztywnia się, kiedy ma zejść na podłogę i zacząć bawić się z dzieckiem. A że radość i śmiech są podstawową walutą obowiązującą w dziecięcym świecie, trzeba też popracować nad rozchmurzeniem się. Kiedy oddalamy się od swojego dziecka – a zdarza nam się to bez przerwy – zabawa jest najlepszym mostem, który połączy nas z nim na nowo. Musimy być tylko na to gotowi.

POWRÓT DO ŚWIATA,KTÓRY BYŁ NAM KIEDYŚ BLISKI

Wielu rodziców czuje się obco w dziecięcym świecie; świecie, który kiedyś był im bliski, ale od tamtej pory został niemal zupełnie zapomniany. Czasem patrzymy na niego z tęsknotą, marząc o tym, by znowu bawić się tak, jak niegdyś. Albo cieszymy się, że wreszcie jesteśmy dorośli, a dzieci bawią się same w sąsiednim pokoju albo na dworze. Mój znajomy półżartem mówi dzieciom: „Zawołajcie mnie, kiedy poleje się krew”. Wielu dorosłych, zwłaszcza bardzo zajętych rodziców, opiera się przed wejściem do świata swoich dzieci. Mówią: „Dzieci lubią siedzieć na podłodze; ja tego nie lubię. Gdyby podłoga była miejscem dla dorosłych, nie bolałyby mnie kolana i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby się pobrudzić. Czy dzieci nie mogą po prostu bawić się same albo z przyjaciółmi, albo na dworze z kolegami z sąsiedztwa?”. Nie ulega wątpliwości, że mogą i powinny bawić się same i z przyjaciółmi. Pozostawienie dzieci samym sobie pozwala im nauczyć się niezależności i jest nie do przecenienia jako cenna przerwa dla rodziców, którzy mogą wtedy odpocząć, skończyć pracę czy ugotować obiad. W swoim własnym towarzystwie mają okazję do przepracowania wielu rzeczy, używając do tego zabawy i nie martwiąc się o reakcję rodziców. Bardzo potrzebują takiego czasu z dala od rodziców. Nikt nie każe nam przeprowadzać się do ich świata.

Jednak by wypełnić obietnicę zabawy, dzieci oczekują od rodziców, że będą się z nimi bawić, poświęcając im część swojego czasu. Na początku może wydawać się to trudne, ale każdy może się tego nauczyć przy odrobinie cierpliwości i odpowiedniej liczbie ćwiczeń. Poza tym to świetna zabawa. W ciągu ostatnich dziesięciu czy dwudziestu lat wiele napisano na temat tego, że rodzice i inni dorośli posiadają moc krzywdzenia dzieci. Jednak posiadają także moc pomagania im. Nie tylko schodzenia im z drogi, czy chronienia przed niebezpieczeństwem, ale też aktywnego pomagania im w rozwoju, w dochodzeniu do siebie po nieprzyjemnym doświadczeniu, w utrzymywaniu bliskich więzi międzyludzkich. A skoro dzieci i tak używają zabawy, by budować relacje, przepracowywać problemy i budować pewność siebie, więc logiczne jest, że dorośli też powinni po nią sięgnąć w celu zapewnienia dzieciom potrzebnego im wsparcia.

ZAPEWNIJ DZIECKU WSPARCIE

Zabawa to główne medium dziecięcej komunikacji. Zabronić dziecku zabawy to tak, jakby pozbawić dorosłego mowy i zdolności myślenia. Kontrolować każdą chwilę zabawy to tak, jakby cenzurować każde słowo. Jeśli jednak dzieci mają się bawić same, będzie to tak, jakby spędzać dzień z innymi ludźmi, nie zamieniając z nimi ani słowa.

Udział osoby dorosłej w zabawie może być minimalny – czasem wystarczy upewnić się, że zostaną zachowane podstawy bezpieczeństwa i na wszelki wypadek znajdować się w pobliżu. Czasami nasze rodzicielstwo spełnia się wtedy, kiedy jesteśmy w drugim pokoju, a dzieci bawią się, wiedząc, że wystarczy tylko zawołać, a będą nas miały przy sobie. Czasem zrobią to tylko dlatego, że potrzebują widowni dla swoich scenek i magicznych sztuczek albo ktoś musi im napuścić wody do wanny, albo zawieźć do domu kolegi. Niekiedy czujemy się bardziej jak służący niż rodzice. W końcu każdy mógłby to zrobić, dlaczego ja? Jest jednak bardzo ważne, żebyś był/a to właśnie ty – dzieci potrzebują bliskości swoich dorosłych nawet wtedy, kiedy nie wymagają od nas niczego szczególnego.

Brian i Shirley Sutton-Smith w latach siedemdziesiątych napisali wspaniałą książkę o bawieniu się z dzieckiem. Przywołują pewien świetny przykład czegoś, co ja nazywam „muśnięciem” zabawy. Oni używają określenia: przerwa na zabawę.

W samym środku odkurzania twoje maleństwo pojawia się nagle z walizką i, kierując się w stronę drzwi, macha na do widzenia. „Idę do szpitala. Pa-pa, pa-pa”. Czasami powtarza to nawet dwadzieścia razy. Twoim zadaniem jest stopniowe, lecz nie natychmiastowe dołączanie do zabawy. Pomachaj mu, ale nie przerywaj odkurzania. Pomachaj i wykrzyw twarz jak do płaczu, ale odkurzaj dalej. Wreszcie podejdź do niego i zapytaj „Czy już wróciłeś do domu?”. „Tak”, odpowie. A potem wyściskaj je mocno, wykrzykując, jak bardzo się cieszysz7.

Oczywiście taka przerwa na zabawę nie zawsze wystarcza. Głęboko znaczące aspekty gry dzieją się czasem same, tak że nikt – z wyjątkiem wścibskich psychologów (na przykład mnie) – nawet ich nie zauważa. Rodzice i dzieci bezustannie używają zabawy do tych ważnych emocjonalnie celów i przez większość czasu nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Nie musimy się nad tym w ogóle zastanawiać, tak samo, jak z oddychaniem i chodzeniem, a mimo to w sposób naturalny sięgamy po zabawę, by wzmocnić relację, zwiększyć pewność siebie i wyleczyć się ze stanu napięcia emocjonalnego. Prawdziwie głęboka zabawa wymaga jednak więcej wysiłku i świadomego udziału ze strony dorosłych. Dzieci odczuwają szczególną potrzebę większego zaangażowania ze strony dorosłych wtedy, kiedy:

mają problemy z kontaktami z rówieśnikami lub dorosłymi;

wydaje się, że nie radzą sobie ze spontaniczną i swobodną zabawą;

w ich życiu następują jakieś duże zmiany (pójście do przedszkola, narodziny braciszka lub siostrzyczki, śmierć lub rozwód w rodzinie);

znajdują się w niebezpieczeństwie.

Zobaczmy, jak zabawa może zaspokoić każdą z tych potrzeb.

KIEDY DZIECI MAJĄ PROBLEMY Z KONTAKTAMIZ RÓWIEŚNIKAMI LUB DOROSŁYMI

Austin był dziesięcioletnim chłopcem, który nie potrafił się zaangażować w radosną i swobodną zabawę. Miał trudności z nawiązywaniem przyjaźni i nic dziwnego, bo jedyną grą, na jaką miał ochotę, była szczególnie brutalna wersja piłki nożnej, pełna bloków i fauli. Niemal nikt nie chciał się już z nim bawić, a on sam obrażał się, kiedy koledzy chcieli zagrać w coś innego. Po konsultacji z rodzicami zdecydowaliśmy, że należy zarezerwować czas specjalnie na zabawę z każdym z rodziców, podczas której zaistniałaby okazja do beztroskiego kontaktu fizycznego. Siłowali się, walczyli na poduszki, biegali wokół domu z dzieckiem na barana, ale też po prostu przytulali. Kiedy Austin robił się agresywny – przerywali, a potem wracali do zabawy. Te drobne czynności fundamentalnie zmieniły jego zdolność do zabawy z rówieśnikami.

Samotne siedzenie w kącie jest jeszcze jedną oznaką problemów z kontaktami z innymi. Zachowujące się tak dzieci potrzebują szczególnego zaangażowania ze strony dorosłych, którzy muszą postarać się być naprawdę zabawni, by wyciągnąć je z ich jaskini i skłonić do nawiązania kontaktu. Czasami będą musiały nauczyć się bawić, by lepiej radzić sobie z rówieśnikami. Taki zastrzyk miłości, uczucia i uwagi pomoże im wrócić do świata zabaw rówieśniczych z radością i pewnością siebie. Innym razem potrzebują jedynie uwagi rodzica, który poczeka cierpliwie, aż same wyjdą ze swojej nudnej, pozbawionej radości jamy i znajdą sobie coś ciekawszego do roboty. Jednak dzieci często są karane lub ignorowane wówczas, gdy i tak czują się już odepchnięte i samotne. Siedzenie we własnym pokoju nie jest najlepszym sposobem na nauczenie się zabawy z przyjaciółmi.

KIEDY WYDAJE SIĘ, ŻE NIE RADZĄ SOBIEZE SPONTANICZNĄ I SWOBODNĄ ZABAWĄ

Mój kolega Sam Roth i ja prowadziliśmy kiedyś zajęcia dla nauczycieli pracujących w świetlicach szkolnych. Próbowaliśmy pokazać im różnicę między dwoma typami zabawy, wymagającymi różnych poziomów zaangażowania osób dorosłych. Poprosiliśmy nauczycieli, by opisali nam „dobrą zabawę”, a oni określili ją w następujący sposób: płynna, twórcza, pełna wyobraźni, radosna, dostosowująca się do sytuacji, włączająca innych, oparta na współpracy. Następnie zapytaliśmy ich, czego dzieci potrzebują od dorosłych, by móc bawić się w taki sposób. Wymienili bezpieczeństwo, środowisko opiekuńcze, dom, do którego zawsze można wrócić, akcesoria do gier i zabaw oraz interwencję w sytuacji kryzysowej. Na koniec chcieliśmy wiedzieć, jaka zabawa stanowi dla nich problem, a oni opisali ją jako pełną powtórzeń, utykającą w martwym punkcie, agresywną, destruktywną, nudną i wykluczającą inne dzieci. Kiedy taka się zdarza, dzieci potrzebują od dorosłych wprowadzenia struktury organizującej, informacji, zmiany kierunku, entuzjazmu, nowych pomysłów, uspokojenia, dodatkowej opieki, wskazówek, wprowadzenia zakazów oraz pomocy w werbalizacji zachowań i uczuć („powiedz to słowami”).

Można to też ująć w inny sposób: niektóre dzieci zdają się wiedzieć wszystko o zabawie, podczas gdy inne muszą nauczyć się zasad, umiejętności i sportowej postawy. To kolejne zadanie, do którego stworzeni są dorośli. Nigdy nie mogę wyjść ze zdziwienia, że tak wiele dzieci chce się bawić, choć nie zna zasad, nigdy nie nabyło niezbędnych umiejętności i nie potrafi przegrywać. Trudno wtedy o swobodną i spontaniczną zabawę. Dziecko, które przy grze w baseball nie może się ruszyć z lewego pola, bo nie radzi sobie tak dobrze, jak inni, potrzebuje niewielkiej pomocy ze strony osoby dorosłej, która poćwiczy z nim łapanie. Dziecko bojkotujące każdą decyzję sędziego i zawsze wchodzące w konflikt z pozostałymi graczami, może potrzebować dodatkowej sesji, podczas której nauczy się zasad fair play.

KIEDY W ICH ŻYCIU NASTĘPUJĄ DUŻE ZMIANY

Moja przyjaciółka Linda jest wspaniałym przykładem rodzicielskiej potrzeby mocniejszego zaangażowania się w zabawę dzieci, kiedy w domu następują zmiany. Właśnie urodziła trzecie dziecko: starsze stały się bardzo przylepne i żądają jej uwagi, bo wydaje im się, że niemowlę odbiera im mamę. Linda wymyśliła zabawę, którą nazwali „zabawa w wypełnię”. Brała każde dziecko na kolana i mówiła, że teraz wypełni je miłością mamy. Zaczynała od paluszków u stóp i szła w górę, kończąc całusem w czubek głowy. Potem uzupełniła zabawę o jeszcze jeden element: jajko miłości. Znacie tę sztuczkę, kiedy udajecie, że rozbijacie jajko na czyjejś głowie, lekko stukając go w czaszkę i rozpościerając na niej palce? Ona nazwała to jajkiem miłości i rozbijała je, otaczając dziecko jeszcze większą miłością. Oboje starszych dzieci uwielbiało tę zabawę i chciało się w nią bawić każdego dnia. Pięciominutowa akcja pomagała im w powrocie do samodzielnej zabawy, pozwalając mamie zająć się niemowlęciem. Dała im także możliwość okazania miłości i ciepła (zamiast niechęci i agresji) nowemu członkowi rodziny.

KIEDY ZNAJDUJĄ SIĘ W NIEBEZPIECZEŃSTWIE

Kiedy dzieci znajdują się w niebezpieczeństwie, zwłaszcza tym spowodowanym przez nie same, łatwo dostrzec potrzebę interwencji dorosłych. Czasami nie powinno się pozwalać dzieciom samym przepracować problemu. Wiele pracowałem z dorosłymi, którzy doświadczyli molestowania w dzieciństwie. Historia Jacka jest dość typowa. Kiedy miał pięć lat, został zaatakowany przez dwóch starszych chłopców z sąsiedztwa. Wymyślili sobie „zabawę”, o której myśleli pewnie jako o fajnym sposobie spędzania czasu. Oszczędzę wam szczegółów. Z punktu widzenia Jacka zabawa była traumatyczna i krzywdząca. Już będąc dorosłym, Jack uświadomił sobie, że jego prześladowcy sami próbowali sobie poradzić z własnym cierpieniem, przenosząc je na niego. Może ktoś inny był wobec nich brutalny albo zignorował ich, kiedy potrzebowali pomocy. Musieli być pełni negatywnych emocji, którymi nie mogli się z nikim podzielić – dlatego wyładowywali je na kimś młodszym i słabszym.

Jednak Jack nie był w stanie pomóc im poradzić sobie z całym tym gniewem i agresją. Miał tylko pięć lat. Ich rodzice też nie chcieli mieć nic wspólnego z agresywnym zachowaniem swoich dzieci. Kazali im wyjść na dwór. No to „wyszły”. Zaszły tak daleko, aż zagubiły się w swoich pełnych bólu uczuciach – dopóki nie spotkały Jacka, który stał się kozłem ofiarnym, na którym mogły się wyładować. Dorośli, którzy nie mogli lub nie chcieli zareagować na zachowanie chłopców, nie powstrzymali ich też podczas wymyślonej przez nich „zabawy”.

Chłopcy potrzebowali zabawy, która pozwoliłaby im powstrzymać i przekierować ich agresywne skłonności. Także i Jack potrzebował pomocy z zabawą, ale pomocy innego rodzaju, bo przemoc chłopców sprawiła, że stał się cichy i strachliwy. Potrzebował zabawy, która pozwoliłaby mu być bardziej asertywnym i zaufać światu na tyle, by opuścić swoje wieże izolacji i bezradności. Jack musiał poczekać na wyzdrowienie aż do dorosłości, a i wtedy pomogła mu w tym terapia, a nie zabawa.

Na całe szczęście większość przykładów pomocy, jakiej dorośli mogą udzielać dzieciom przez zabawę, nie jest aż tak dramatyczna, ale wszystkie zwracają uwagę na jedną podstawową zasadę: problemy dzieci nie zawsze rozwiązują się same i dziecko może potrzebować interwencji osoby dorosłej – nawet jeśli zajęci swoimi sprawami rodzice i nauczyciele bardzo by chcieli tego uniknąć.

DLACZEGO TRZEBA ZEJŚĆ NA PODŁOGĘ

W metodzie rodzicielstwa przez zabawę „zejście na podłogę” może być rozumiane całkiem dosłownie – trzeba usiąść z dziećmi na ziemi, bo to ich ulubione miejsce zabawy. Innym razem chodzi o znaczenie metaforyczne – o zejście do poziomu dzieci i spotkanie z nimi tam, gdzie czują się jak u siebie w domu, na ich własnych warunkach. Dla młodszych dzieci oznacza to, że jesteśmy na ich poziomie i że wreszcie mogą nam spojrzeć prosto w oczy. Dla starszych to zabawa na ich własnym terytorium, niezależnie od tego, czy jesteśmy w centrum handlowym, na boisku, czy przed ekranem telewizora lub komputera.

Zejście na podłogę oznacza także dołączenie do zabawy, którą najchętniej zignorowalibyśmy lub chcielibyśmy, by w ogóle nie miała miejsca. Pewnego dnia przyszedłem do jednego z przedszkoli, by opowiedzieć o kwestii agresji w zabawie. Jedna z matek była zszokowana i przerażona, kiedy odpowiedziałem na jej prośbę o radę dotyczącą zachowania jej syna. Zamiast przedstawić jej listę sposobów radzenia sobie z jego straszliwym testosteronowym szałem (jego ulubioną zabawą było odcinanie głów Action Manom i zrzucanie ich ze schodów) zasugerowałem, że powinna dołączyć do zabawy. Z entuzjazmem. Zabawa, która stała się zwyczajem, nie ulegnie zmianie, jeśli będzie dalej odbywała się w samotności. Dezaprobata mamy jeszcze zwiększała poczucie osamotnienia u chłopca. By zacząć schodzić z utartych ścieżek, dzieci potrzebują przede wszystkim naszej akceptacji i entuzjazmu. Nawet jeśli celem jest zatrzymanie pełnej przemocy zabawy, najbardziej skutecznym sposobem jest włączenie się w nią. Pozwoli to dziecku znaleźć miejsce na wypróbowanie nowych pomysłów i sposobów na poradzenie sobie z agresywnymi odruchami.

A.S. Neill, dyrektor eksperymentalnej angielskiej szkoły Summerhill, tak reagował na sytuację, kiedy jakiś uczeń wymykał się nocą z sali sypialnej, by oddawać się psotom: budził go w środku nocy ubrany w jakiś absurdalny, nieregulaminowy kostium i pytał, czy następnym razem może pójść razem z nim. Dziecko zawsze odmawiało i udzielało dyrektorowi pouczeń na temat właściwego zachowania, a samo przerywało nocne wyprawy.

Sądzę, że Neill dostarczał uczniom balansującym na krawędzi między odpowiedzialnym zachowaniem a wpakowaniem się w kłopoty specjalnego rodzaju zabawy. Występując w śmiesznym kostiumie, pozwalał dziecku przemyśleć całą sytuację. Kiedy bezustannie przypominamy, że to wolno, a tego nie wolno, nie dajemy dziecku przestrzeni na samodzielne myślenie i zmuszamy je do wyboru między pełnym niechęci posłuszeństwem a buntem. Zabawa pomaga mu myśleć samodzielnie nawet tam, gdzie chodzi o sprawy poważne.

Schodząc na podłogę, dorośli wnoszą wiele do zabawy. Czasami są to rzeczy materialne, jak zabawki, wygodny pokój, zdrowe przekąski. Innych, jak na przykład wzbogacania zabawy o nowe pomysły, nie da się dotknąć. Jednym z moich ulubionych sposobów na interwencję w bójkę jest okrzyk: „Wybierz kogoś swojej wielkości!”, złożenie dłoni w pięści i pozorowanie ataku z bardzo zabawnym wyrazem twarzy. Uwaga dzieci skupia się wtedy na mnie, a ja uciekam, udając, że bardzo się ich boję. Jedno małe przesunięcie akcentów, które zmienia całą zabawę.

Jeden z moich ulubionych sposobów myślenia o dołączaniu do dzieci w zabawie pochodzi z prac Lestona Havensa, psychiatry z Cambridge Hospital w stanie Massachusetts. Havens pisze o terapii dorosłych, a jeden z jego najbardziej użytecznych i związanych z zabawą pomysłów dotyczy sposobu rozmieszczenia krzeseł i ukształtowania przestrzeni podczas sesji terapeutycznej8. Przywołuje różne typy ustawienia mebli jako punkt wyjścia do przyjrzenia się różnym rodzajom terapii. Pierwszych psychiatrów oddzielało od ich pacjentów biurko, dzięki któremu znajdowali się z nimi w dystansie formalnym. Zygmunt Freud wymyślił siedzenie na krześle poza zasięgiem wzroku pacjenta, tak by musiał on sobie wyobrażać, co czuje i myśli terapeuta. Carl Rogers siadał z pacjentem twarzą w twarz, kolanem w kolano, co miało pozwolić mu nawiązać relację pełną ciepła i autentyczności. Harry Sack Sullivan często siadał obok, ramię w ramię z pacjentem, by wspólnie z nim stawić czoła straszliwemu światu.

W swojej pracy Leston Havens idzie krok dalej niż przywoływane przez niego modele: zastanawia się nad każdym pacjentem z osobna i to do niego dopasowuje sposób ukształtowania przestrzeni. Z jednymi woli znajdować się poza zasięgiem kopnięcia, z innymi chce być na tyle blisko, by móc dotknąć ich ramienia lub kolana. Często o tym myślę, kiedy zastanawiam się, jak najlepiej wejść do świata dziecka przez zabawę. Metoda rodzicielstwa przez zabawę oznacza czasami bardzo bliski kontakt fizyczny, jak przytulanie się lub siłowanie. Niekiedy stopień bliskości zmienia się w obrębie jednej zabawy, na przykład przy zabawie w chowanego lub grze w berka. Innym razem dorosły i dziecko znajdują się na odległość planszy do gry. Najlepszym przykładem pozycji ramię w ramię Sullivana jest siedzenie obok siebie w samochodzie, kiedy nawet małomówni chłopcy otwierają się na rozmowę, a mama lub tata prowadzi samochód, patrzy przed siebie i słucha.

Rzucanie piłki wymaga utrzymywania znacznego dystansu, ale sama piłka służy jako pomost pomiędzy dwoma graczami. Zdarza się też, jak w przypadku historii chłopca za zamkniętymi drzwiami, którą poznacie w następnym rozdziale, że potrzeba zgoła nietypowego ukształtowania przestrzeni. Najważniejsze to znaleźć podejście, które pozwoli nam dotrzeć do dziecka. Można tego dokonać tylko znajdując się na jego poziomie.

Dzieci zawsze znajdą czas na samodzielną zabawę lub szaleństwa z rówieśnikami. Skuteczne zaangażowanie dorosłych w zabawę zwiększa wręcz zdolność młodych ludzi do czerpania przyjemności z samodzielnej zabawy. Ze względu na sytuacje, kiedy będą od nas wymagali więcej, niż tylko ciepłego ciała podającego szklankę soku albo dopilnowania, by nie spalili chałupy, musimy poznać przyczyny, dla których tak często trudno jest nam włączyć się do zabawy.

DLACZEGO DOROSŁYM TRUDNO JEST WŁĄCZYĆ SIĘDO ZABAWY

Kiedy sami byliśmy dziećmi, nasze pokolenie nie miało zbyt wiele okazji, by bawić się z dorosłymi. Spędzaliśmy wczesne dzieciństwo w kojcu, szkołę podstawową przed ekranem telewizora, a okres nastoletni z przyjaciółmi. Nie znaczy to, że byliśmy w tym odosobnieni, bo poprzednie pokolenia też nie spędzały zbyt wiele czasu na zabawie z dorosłymi, zakładając, że w ogóle się bawiły. Czas na zabawę jest stosunkowo niedawnym wynalazkiem. Specjaliści od wczesnego dzieciństwa są zgodni, że jego przedłużenie wywarło dobroczynny wpływ na rozwój dziecka. Jednak w pewnym wieku – jako nastolatkowie lub świeżo upieczeni dorośli – w zasadzie przestajemy się bawić, czasami zapominając nawet, jak to się robi. Zamieniamy zabawę na sport albo rozrywkę, które nie są jednak równie otwarte, spontaniczne i twórcze, jak dziecięca zabawa. Prawie całkowicie zatraciliśmy umiejętność zabawy, czy to z powodu braku ćwiczeń, czy zmartwień i stresów dorosłego życia. Bardzo utrudnia to nasze kontakty z dziećmi.