Ring - Wolf Anna - ebook + książka
BESTSELLER

Ring ebook

Wolf Anna

4,3

76 osób interesuje się tą książką

Opis

Carter Daring jest zawodowym bokserem. Przygotowuje się do walki, która może okazać się przepustką do pojedynku o tytuł mistrza świata w wadze półciężkiej.

Któregoś dnia, wracając z treningu natyka się na przewrócony samochód. Wzywa pogotowie i jedzie do domu, ale widok, który ujrzał na miejscu wypadku, nie daje mu spokoju; zielone oczy i ciemne włoscy śnią mu się po nocach… Nie wie jeszcze, że przeznaczenie właśnie nierozerwalnie splotło jego los z losem Alice Morset i że walka, jaką niebawem stoczy na ringu, będzie zaledwie wstępem do rozgrywki, w której stawką jest coś znacznie cenniejszego od mistrzowskiego pasa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (2452 oceny)
1386
560
350
132
24
Sortuj według:
EwelaKar

Z braku laku…

Słaba pozycja: oklepany schemat, powtarzające się dialogi, infantylni bohaterowie. Całość niespójna i taka pogubiona, jakby książka była pisana w pośpiechu, na kolanie. Niestety takich pozycji jest ostatnio wysyp. Czy ktoś je w ogóle czyta przed wydaniem? Strata czasu.
80
KarolinaZM

Z braku laku…

Szczerze, czytałam lepsze książki tej autorki. Zmęczyłam do końca, ale jestem trochę rozczarowana , spodziewałam się czegoś lepszego.
70
Justynkka2000

Z braku laku…

Niestety, jedna z gorszych książek jakie czytałam w tym roku.
40
muckers

Z braku laku…

bardzo niedojrzała ,słaba proza ,spodziewałam się czegoś lepszego .
30
karolka1609

Z braku laku…

Do przeczytania jednak napisana jakoś tak infantylnie, styl wypracowania klasowego w liceum...
10

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Beata Kostrzewska

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Piekarska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Zdjęcie na okładce

© Nestor Rizhniak/Shutterstock.com

Elementy graficzny w tekście

© Nikmatul Hidayah/Dreamstime.com

© Waranon Jankerd/123RF

© Anna Wolf

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1702-2

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2021

fragment

Mojemu M.

Alice czuła się niczym wymięta chusteczka. Nie spodziewała się, że ten dzień będzie taki zły. Był jednym z gorszych w ostatnich latach. Jednak gdzieś na dnie, w zakamarkach jej pamięci, kryło się coś jeszcze, coś o wiele straszniejszego. Dzień, w którym zmieniło się naprawdę wszystko i stała się kimś innym. Nie było już Al Trippot, istniała tylko Alice Morset. A do tego dzisiaj poczuła się upokorzona. Kolejny raz okazała się naiwna, jeżeli chodziło o Jasona. Liczyła na odpowiednie zachowanie z jego strony, a otrzymała coś całkiem odmiennego – tak właśnie wyglądała jego zapłata.

Ścierając dłonią łzy upokorzenia, wraz z którymi spływało poczucie zdrady, jechała do miejsca, w którym nikt jej nie znał. Gdzie miała zamiar zacząć od nowa. Przyłożyła dłoń do brzucha i mimo łez uśmiechnęła się sama do siebie. Ta kruszynka była niespodzianką od życia, które potrafiło naprawdę nieźle namieszać. Teraz ta istota stała się całym jej światem. To dla niej będzie żyć i codziennie stawiać czoło wszelkim przeciwnościom losu. Losu, który nigdy nie był nazbyt łaskawy.

Jej oczy spoczęły na szybie, o którą zaczął dudnić deszcz. Krople, jedna po drugiej, spadały coraz szybciej. Wycieraczki nie nadążały zbierać wody, a widoczność była na tyle kiepska, że Alice dostrzegała cokolwiek jedynie na odległość kilku metrów, i nawet to z każdą chwilą się zmieniało. Zwolniła, mając nadzieję, że wszystko będzie dobrze, ale kolejny raz tego dnia miała pecha. Na zakręcie straciła panowanie nad autem i już nic nie mog­ła zrobić, gdy jej samochód zatańczył na drodze. Modliła się w duchu, by wyjść z tego cało.

Jedna minuta, a może to były dwie lub trzy? Nie wiedziała dokładnie, ile minęło czasu, bo gdy otworzyła oczy, czuła jedynie potworny ból głowy oraz lewego ramienia. Wzrok lekko się zamazywał, do tego ogarnęła ją panika powodująca, że czuła się uwięziona niczym w klatce. Nie mogła się wydostać, gdy strugi deszczu wdzierały się do środka przez rozbitą szybę. Zaczęła się szamotać, ale na nic się to zdało. W końcu poddała się, czując ogarniającą ją niemoc. Wołania o pomoc cicho spływały z jej ust i miała nadzieję, że ten na górze wysłucha jej modlitw i sprawi, że w końcu ktoś ich uratuje. Spojrzała przed siebie, a wtedy przed jej oczami zatańczyły czarne plamy i już nie do końca była świadoma tego, co się wokół niej działo. Wystarczyła chwila i znalazła się po drugiej stronie ciemności.

Alice wciąż była oszołomiona wiadomościami, jakie usłyszała jakąś godzinę temu. Czuła się tak zaskoczona, że potrzebowała czasu, żeby ochłonąć. Wydawać by się mogło, że nie powinna być zdziwiona, ale jednak. Każdy by był. I gdyby ktoś rano powiedział jej, że dzisiaj wszystko zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni, wyśmiałaby go i uznała za wariata.

Od zawsze starała się panować nad tym, co działo się w jej życiu, i nie dopuszczać do zbytniego chaosu. Kontrola… To ona przede wszystkim dawała jej stabilizację, bo gdy ją miała, czuła się w jakiś sposób bezpieczna. Tak, to było dobre określenie, ale właśnie nadciągnęła burza, która zaczęła się szybko rozprzestrzeniać, i Alice jeszcze nie wiedziała, jak daleko będzie sięgać.

Poza tym miała powody do obaw, bo jej życie nie wyglądało jak egzystencja przeciętnego obywatela, jednak nie zmieniałaby tego. Chociaż miała nadzieję, że huragan, który zapanował, powoli ucichnie.

Oddychając powoli, szła z wydrukiem w ręku ulicami Madison, a łzy szczęścia, a może nieszczęścia – wielkie jak grochy – spływały jej po policzkach. Nie do końca potrafiła nazwać to, co czuła. Ale była pewna, że to, co dzisiaj usłyszała, właśnie wywróciło jej życie do góry nogami. Niecodziennie przecież kobieta dowiaduje się, że zostanie matką, którą miała nigdy nie być. Wypadek z dzieciństwa miał przekreślić jej szanse na zostanie rodzicem i, jak widać, to nigdy nie powinno się wydarzyć, a stało się. Wiadomość o ciąży, świadomość tego, że jednak mogła mieć dzieci, wytrąciła ją z równowagi do tego stopnia, że musiała ochłonąć, zanim wróci do domu i powie o wszystkim Jasonowi. Dziecka nie było w planach. Zresztą potomstwa miało nie być. Miała po prostu żyć, starać się przeżyć każdego kolejnego dnia, ponieważ gdzieś na dnie jej duszy wciąż czaiło się niebezpieczeństwo.

Tak czy inaczej, była zdecydowana. Skoro los dał jej coś tak pięknego, miała zamiar być za to wdzięczna i urodzić to dziecko. Jednak było małe „ale”. Nie była do końca pewna, jak zareaguje Jason, gdy się o tym dowie, ponieważ dwa lata temu, gdy się z nią związał, był pewien, że nie będą mieć dzieci. I był z tego powodu bardzo zadowolony, a ona czuła się szczęśliwa, że jej facetowi nie przeszkadzał brak potomstwa. Ale teraz… Teraz zmieniło się wszystko.

Udręczona tymi myślami, ale jednocześnie szczęśliwa ponad miarę, weszła do domu i zamknęła za sobą cicho drzwi. Kierując się do kuchni, musiała minąć salon, ale gdy przechodziła, w oczy rzuciły jej się porozrzucane ubrania Jasona. Cofnęła się i przystanęła. Zaskoczona patrzyła na bałagan wokół. Wyglądało, jakby rozbierał się w pośpiechu. Jednak nie to przykuło jej uwagę, a para damskich majtek. Zrobiła kilka kroków do przodu, żeby przyjrzeć się znalezisku. Tak, różowa plama z koronki leżała na podłodze i Alice była pewna jak diabli, że nie ona była właścicielką tych majteczek. Nie to, że nie nosiła seksownej bielizny, bo była posiadaczką takowej, ale nie miała niczego podobnego do tego, co teraz zdobiło jej podłogę z ciemnego drewna. Zacisnęła ze złości szczękę, a drobinki furii zaczęły powoli krążyć w jej ciele.

Ruszyła śladem ubrań, które wyznaczały ścieżkę prosto do sypialni. Jednak nawet nie dane było jej tam wejść, bo została uprzedzona przez kobiece krzyki, które zmroziły ją do szpiku kości. Zacisnęła dłonie w pięści i z żołądkiem zawiązanym w supeł przekroczyła próg sypialni, wiedząc, co może tam zastać. Jednak widok, który ukazał się jej oczom, sprawił, że zamarła. Stała i patrzyła, jak nagi Jason porusza się rytmicznie między damskimi nogami, jęcząc coraz głośniej, tak samo jak kobieta pod nim. Alice zrobiło się niedobrze na widok tego zdradzieckiego drania i jakiejś dziwki, którą śmiał przywlec do ich domu i do wspólnego łóżka, a później pieprzyć, jakby świat miał się skończyć. Tego było dla niej za dużo. Nie dzisiaj i nigdy. Nie wytrzymała.

– Macie minutę, żeby wynieść się z mojego domu! – wrzasnęła na całe gardło. Krzyk był tak głośny, że aż ją samą uszy zabolały.

Jason zamarł i spojrzał z przestrachem na Alice, której się nie spodziewał, a która w tym momencie wyglądała jak bogini zemsty.

– Ko-kochanie, to…

– Nawet się, do cholery, nie waż mówić, że to nie tak. Że to pomyłka! – krzyknęła, dając upust złości.

– Kochanie. – Zupełnie nagi mężczyzna odsunął się od swojej kochanki i wstał, spoglądając wprost na Alice, która teraz miała doskonały widok na blond lalunię w ich łóżku, w którym ta nigdy nie powinna się znaleźć. – To wszystko…

– Kochanie? – zakpiła. – Dla mnie gówno znaczą twoje słowa. Liczę do trzech i tej twojej dziwki wraz z tobą ma tutaj nie być – wycedziła przez zęby i mordowała parę wzrokiem. Żołądek podchodził jej powoli do gardła.

– To także mój dom – zaprotestował, na co Alice zaczęła się śmiać jak opętana.

– Twój dom? A czyje nazwisko widnieje na umowie, bo zdaje się, że moje?

– Alice… – wybełkotał.

Płonęła ze złości niczym pochodnia. Jak ten dupek w ogóle mógł stać tutaj i gadać do niej, zupełnie jakby nic się nie stało, podczas gdy kobieta w łóżku nawet nie zaczęła się ubierać, tylko okryła się kocem. Alice miała ochotę wytargać ją za te jej blond kudły i wyrzucić na dwór w tym, w czym była, czyli nago. Sąsiedzi na pewno mieliby niezłe przedstawienie, ale w tej chwili mało ją to interesowało, nie chciała widzieć Jasona na oczy. Podstępna, oślizgła gadzina… tym właśnie teraz dla niej był. Zakłamanym kutasiarzem, który miał czelność przyprowadzić tutaj jakieś babsko i pieprzyć je w ich łóżku. Tego było dla niej za dużo. Ten dzień nie okazał się tym, czego się spodziewała. Spojrzała na nich jeszcze raz i dała upust wściekłości, która się w niej gotowała.

– Przyprowadzając ją tutaj – kiwnęła na blondynkę – zapomniałeś, czyj jest ten dom! A teraz wypieprzać oboje! – Ruszyła w stronę łóżka, gdzie leżał powód jej złości. Pochyliła się gwałtownie, aż blond cizia się cofnęła. – Masz cholerną minutę, żeby się wynosić, inaczej pożałujesz – wycedziła do kobiety, która dopiero jakby w tej chwili zdała sobie sprawę z tego, co się działo.

– Ja… ja – zaczęła się jąkać.

– Wynocha! – ryknęła Alice. – Oboje – spojrzała po nich – macie się stąd zbierać!

Kobieta wyskoczyła ze skotłowanej pościeli i w tempie błyskawicy pozbierała swoje ubrania, świecąc przy okazji gołym tyłkiem. Szybko uciekała przed rozjuszonym wzrokiem Alice. Po domu rozległ się trzask zamykających się drzwi. Dopiero wtedy Alice obróciła się w kierunku blondyna. W jej żyłach płonęła furia i nie miała zamiaru dać się ugłaskać.

– Dlaczego? – zażądała odpowiedzi.

– Co dlaczego? – zapytał, jakby nie rozumiał.

– Jesteś tępy czy głupi?

– Uważaj – syknął i ruszył do drugiego pokoju, by włożyć bokserki.

Alice powędrowała za nim, bacznie go obserwując. Chciała poznać odpowiedź. Nie mogła uwierzyć, że Jason ją zdradził. A może to nie był pierwszy raz? Ta myśl spowodowała, że ponownie stanęła w płomieniach i aż czuła swąd palonej skóry.

– Dlaczego, do jasnej cholery, zastałam cię w łóżku z inną kobietą?

– Bo między nami się nie układało?

– Niby od kiedy? Bo jeszcze rano to ja byłam na jej miejscu i to mnie pieprzyłeś. Wiesz co? Kutas z ciebie! Masz dosłownie godzinę na spakowanie się i wyniesienie się z mojego życia oraz domu raz na zawsze!

– I tak miałem zamiar cię zostawić – rzucił, wkładając resztę ubrań. Jego słowa ugodziły Alice do żywego. Były niczym sztylet przekręcany w świeżej ranie.

– To na co czekałeś? Nie miałeś się gdzie podziać, dlatego ciągle ze mną byłeś? – zakpiła. W tej sytuacji tylko to jej pozostało.

– Miałem i mam, i z miłą chęcią się wyprowadzę.

– To to zrób, im szybciej, tym lepiej – rzuciła wściek­ła, po czym wyszła z salonu do kuchni.

Musiała się uspokoić, bo jej żołądek dawał o sobie znać, aż w końcu nie wytrzymała i ruszyła biegiem do łazienki, pochyliła się nad muszlą i zwymiotowała. Czuła się tak, jakby ktoś wypruł z niej życie i wnętrzności, ale nie miała zamiaru płakać. Nie chciała dać temu draniowi satysfakcji i nigdy przenigdy nie będzie go błagać, żeby został, nawet dla dziecka. Nie był tego wart, nie był wart jej. Umyła zęby, ochlapała twarz zimną wodą, po czym poszła sprawdzić, czy się już pakował.

Stanęła w progu sypialni i przez chwilę obserwowała, jak niedbale wrzucał swoje rzeczy do wielkiej walizki oraz torby. Tyle jej wystarczyło, nie musiała tutaj stać niczym kat nad swoją ofiarą, nie chciała tego oglądać, więc wyszła do kuchni zrobić sobie coś do picia, co ukoiłoby jej rozstrojone nerwy i żołądek. Ciężko usiadła na krześle z kubkiem herbaty w dłoni. Biła się z myślami, czy powiedzieć mu o dziecku. Nie byłoby dobrze, gdyby to przed nim zataiła. Postanowiła powiedzieć mu o ciąży i miała w sobie jakąś małą iskrę nadziei, że on mimo wszystko będzie chciał tego dziecka.

– Na mnie już pora. – Blondyn stanął w korytarzu.

– Muszę ci coś wyznać. – Alice wstała i popatrzyła na niego. Nie lubiła kłamać, jeśli nie musiała, chociaż jej życie i tak składało się w dużej mierze z kłamstw, jednak teraz chciała mu ofiarować prawdę.

– Raczej nie chcę tego słuchać i nie mamy o czym gadać. – Szarpnął za rączkę od walizki i z torbą przerzuconą przez ramię ruszył do wyjścia.

– Zaczekaj! – krzyknęła i poszła za nim. – Jestem w ciąży – wypaliła w tej samej chwili, w której Jason chwycił za klamkę drzwi wejściowych.

– Coś ty powiedziała? – Obrócił się w jej stronę i przeszył ją wzrokiem. – Jaja sobie robisz?! – wydarł się. – Nie było mowy o żadnej ciąży! Nie będę niczyim, kurwa, ojcem!

– Czyli mam rozumieć, że nie chcesz tego dziecka? – wypowiedziała to pytanie z zaciśniętym gardłem.

– Nie! – huknął. – Nie będę niańczył bachora. Ponoć nie mogłaś mieć dzieci, czyżbyś mnie oszukała?

– To taka sama niespodzianka dla mnie, jak i dla ciebie, przecież nie sądziłam…

– W dupie mam, co sądziłaś, a czego nie. Nie biorę za to odpowiedzialności. Rób, co chcesz. Jak dla mnie możesz nawet usunąć – warknął i wyszedł, trzaskając drzwiami. Zostawił Alice samą sobie.

Cisza, która nastała, aż zadudniła w uszach, tak samo jak ostatnie słowa mężczyzny. No tak, mogła się przecież tego spodziewać, ale gdzieś w środku tliła się jeszcze iskierka nadziei, że będzie pragnął zostać tatą. Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że dopiero co ją zdradził, lepiej chyba dla niej, by nie chciał dziecka. Wiedziała, że da sobie radę. Zawsze dawała. Miała pracę, a to w tej sytuacji było błogosławieństwem.

Jednak kilka dni później poczuła wściekłość. Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. To powiedzenie stanowiło idealne odzwierciedlenie jej obecnej sytuacji. Kiedy wyrzucała Jasona za drzwi, nigdy w życiu nie spodziewała się, że wywinie jej taki numer. A jednak zrobił to. Wyglądało to na osobistą zemstę z jego strony. Ten dupek udowodnił, że nie był wart nawet złamanego centa. A co zrobił? Zadzwonił wczoraj do właściciela wynajmowanego domu, po czym mężczyzna wypowiedział Alice umowę w trybie natychmiastowym. Okazało się, że dostał lepszą ofertę wynajmu i przyjął ją, tym samym pozbawiając Alice dachu nad głową. Dzisiaj miała się wyprowadzić.

Nienawidziła Jasona. Jak to łatwo było przejść od miłości do nienawiści. Tylko że problem był taki, że już sama nie wiedziała, czy go wcześniej kochała, czy po prostu była z nim, bo była. Jednak zdrada i tak ją zabolała, bo przecież żadna kobieta nie chciałaby zastać drugiej we własnym łóżku z własnym facetem. Więc stała w sypialni i pakowała ostatnie ubrania. Upychała je do dwóch kartonów, bo walizki były już wypełnione po brzegi. Trochę się tego uzbierało, chociaż ze względu na swoją sytuację nie powinna mieć aż tak dużo rzeczy. Musiała zawsze pamiętać, żeby posiadać tylko tyle, żeby w razie czego móc się spakować w pięć minut i uciec. Zapomniała, że powinna być czujna. Stabilizacja spowodowała, że świadomość tego, iż zawsze należało oglądać się za siebie, uleciała z wiatrem.

Ostatni raz spojrzała na miejsce, w którym żyła dwa lata, i trochę z żalem, a trochę z wdzięcznością ruszyła z rzeczami do samochodu. Próbowała zapakować wszystko do bagażnika, a i tak się nie pomieściło, więc przerzuciła część bagaży na tylne siedzenie. Odjeżdżała stąd bez żadnego planu. W sumie chyba bez różnicy, gdzie pojedzie. Co prawda jedno miejsce chodziło jej po głowie, ale bała się, że to mogłoby być nierozsądne. Chociaż z drugiej strony minęło już tyle lat, że nie powinna się chyba aż tak przejmować. Byli bezpieczni, tak się przynajmniej jej wydawało, więc w sekundę postanowiła, że pojedzie do Green Bay, do jedynej osoby, na którą mogła liczyć. Zamknęła samochód, ruszyła do domu i usiadła na schodach werandy, po czym wyciągnęła telefon. Co wbiła numer, który zawsze trzymała w głowie, to go kasowała. Wahała się, ale naprawdę były ku temu powody. Tylko że teraz miała dosyć ukrywania się przed niebezpieczeństwem, ponoć i tak już niewielkim – ale zawsze zostawał jakiś procent niewiadomej. W końcu zebrała się w sobie, wstukała ciąg cyfr i nacisnęła słuchawkę. Po trzech sygnałach osoba po drugiej stronie odebrała.

– Alice – usłyszała znajomy głos.

– Cześć, Bruno – przywitała się, ciesząc się, że jednak się odezwał.

– Co tam, skarbie?

– Um, mam problem.

– Jason?

– Tak. – Westchnęła.

– Co zrobił ten skurwiel?

– Nigdy go nie lubiłeś, prawda?

– Nigdy. A teraz mów.

– Przyłapałam go na pieprzeniu jakiejś laski w naszym łóżku.

– Fiut – warknął Bruno. – Całe szczęście dla niego, że mam do was kawałek, inaczej zbierałby zęby z podłogi.

– I tak jakby nie mam gdzie mieszkać – powiedziała na jednym wydechu.

– Ależ masz. Zbierasz graty i przyjeżdżasz do mnie.

– Ale…

– Alice – zaakcentował jej imię – nie chcę słyszeć protestu.

– Ale na pewno mogę? Nie będę ci przeszkadzać?

– Jezu. Wciąż jesteś tak samo uparta. Musimy się trzymać razem. Nieważne, co było, ważne jest to, co tu i teraz.

– Wiem.

– Więc zbieraj tyłek i przyjeżdżaj.

– Jeszcze dzisiaj wyjadę.

– I to rozumiem. Muszę kończyć, mała, więc do później.

Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i podniosła ze stopnia, po czym przecięła trawnik i przystanęła przy aucie, nie zauważając podjeżdżającego samochodu. Zupełnie nieświadoma nadciągającego huraganu, obróciła się i po raz ostatni spojrzała na budynek.

– Jeszcze tutaj jesteś? – dobiegł ją złośliwy głos Jasona.

– Jak widać – odpowiedziała z taką nonszalancją, na jaką było ją w tym momencie stać.

– Chyba pora na ciebie. Już tutaj nie mieszkasz, więc…

– Pieprz się, złamasie – rzuciła, po czym szybko wsiadła do auta i odpaliła silnik. Spojrzała ostatni raz na mężczyznę, pokazała mu środkowy palec i bez żalu odjechała.

Po chwili zerknęła w boczne lusterko i aż zaklęła, gdy dojrzała w nim wysiadającą z samochodu blondynkę, której wcześniej nie zauważyła. Aha, to tak się sprawy miały. Z kolejnym przekleństwem na ustach dodała gazu. Nic jej już tutaj nie trzymało. Nie miała żadnych spraw do załatwienia, a ponieważ i tak pracowała w domu, więc wszystko stało się jeszcze prostsze. Zanim się obejrzała, minęła tablicę informującą, że właśnie opuszcza granice Madison. Obliczyła w głowie, że dotarcie na miejsce zajmie jej koło ośmiu godzin. Cóż, to i tak było lepsze niż podróż gdzieś na Zachodnie Wybrzeże.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz