Rezydencja - Laura McHugh - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Rezydencja ebook i audiobook

McHugh Laura

3,8

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można uwolnić się od mroku przeszłości?

Arrowood jest najwspanialszą spośród wszystkich rezydencji stojących nad brzegiem Missisipi w południowej części stanu Iowa. Kryje jednak tajemnicę, której nigdy nie rozwikłano: zaginięcie przed dwudziestu laty dwóch bliźniaczek, którymi opiekowała się wtedy ich starsza siostra, Arden? Arrowoodowie po zaginięciu córek się rozwodzą i opuszczają wielki dom, który od pokoleń był siedzibą rodu. Życie Arden także się rozpada: nie potrafi skończyć pracy magisterskiej i wplątuje się w niefortunny romans, który fatalnie się kończy. Arden wciąż ma nadzieję, że jej siostry nadal żyją… Gdy po śmierci ojca otrzymuje w spadku Arrowood, wraca do domu dzieciństwa, zdeterminowana, by odkryć, co naprawdę przydarzyło się jej siostrom tamtego tragicznego lata.

Powrót Arden do Keokuka - oraz okrytego obecnie złą sławą domu noszącego jej nazwisko - mieszkańcy witają z ciekawością. Serdecznie przyjmuje ją dawny sąsiad i jej pierwsza miłość, Ben Ferris, którego rodzina - z czego Arden zaczyna zdawać sobie sprawę - wie więcej o Arrowoodach, niż można by przypuszczać. Przy pomocy młodego detektywa amatora Arden odszukuje człowieka będącego głównym podejrzanym o porwanie. Ale dom i miasteczko dobrze kryją swoje tajemnice - a prawda, gdy Arden ją odkrywa, okazuje się bardziej druzgocząca, niż mogła sobie wyobrazić.

"Rezydencja" to mocna i ekscytująca powieść, w której nic nie jest takie, jak się pierwotnie wydawało…

Ta bogata w szczegóły powieść ma wszystko, czego czytelnik szuka: budzący strach stary dom, lokatorkę z sekretną przeszłością, a nawet kilka duchów. Osadzona na skrzyżowaniu wspomnień i historii, stawia wnikliwe pytanie, czy to my nosimy przeszłość w sobie, czy też przeszłość nosi nas.

Jodi Picoult, autorka bestsellerów

Niesłychane napięcie oraz wielce frapująca zagadka kryminalna… Myślałem, że wiem, kto jest sprawcą, ale myliłem się - i to cztery razy.

Lee Child, autor bestsellerów

Spokojna, inteligentna i przesiąknięta budzącą dreszcze melancholią. Zgadywałam, kto jest winny, i zmieniałam swoje wnioski aż do samego końca lektury.

Ruth Ware, autorka bestsellerów

Przejmująca, pełna zwrotów akcji powieść o rodzinie, pamięci i domu… Idealna dla czytelników Laury Lippman.

"Library Journal"

Absolutnie doskonały przykład powieści gotyckiej.

"The Times"

Magiczna powieść utalentowanej McHugh.

"Daily Mail"

Liryczna, zapadająca w pamięć opowieść… Jest tak nastrojowa, że wręcz słyszymy skrzypienie podłogi w tytułowej rezydencji.

"Peterborough Telegraph"

Frapująca, wywołująca dreszcze, klimatyczna powieść.

"Daily Express"

Po prostu brak mi słów pochwały dla tej książki. Laura McHugh wykonała wspaniała pracę, pokazując nam, że życie mogą kształtować nasze wspomnienia, a one nie zawsze są tak wiarygodne, jak by się mogło wydawać… To rewelacyjna opowieść o tym, jak tworzymy historie, by zrozumieć naszą przeszłość oraz ukryć tajemnice lub o nich zapomnieć.

"San Francisco Book Review"

Po części zagadka kryminalna, po części dramat - "Rezydencja" oferuje czytelnikom wszystkiego po trochu.

"St. Louis Dispatch"

"Rezydencja" to niezwykle nastrojowa lektura, proza McHugh jest pięknie opisowa, co jednak nie wpływa na spowolnienie akcji.

"BookBrowse"

Laura McHugh jest autorką książki "Weight of Blood", za którą otrzymała nagrody International Thriller Writers oraz Silver Falchion dla najlepszego debiutu literackiego. "Weight of Blood" została uznana za książkę roku przez Book-Page, Kansas City Star i Sunday Times, była też nominowana do nagród Alex Award, Barry Award i Goodreads Choice Award. Laura McHugh mieszka w Missouri z mężem i dziećmi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 29 min

Lektor: Masza Bogucka

Oceny
3,8 (229 ocen)
72
75
55
26
1
Sortuj według:
Apo76

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
20
AT_Czlonka

Dobrze spędzony czas

Polecam tę książkę, jest dreszczyk emocji, łyk tajemnic i zagadka kryminalna a przez to przeplata się serce bohaterki, które rozbite zbiera scalając siebie, dzięki trudnej czasem drodze zmierzającej ku odkryciu prawdy, choć to bolesny proces to jednak pomaga odnaleźć sens życia na nowo i miłość również.
10
monikarg88

Z braku laku…

Bez polotu
00
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

"Rezydencja" to słodko-gorzka opowieść pełna nostalgii, wspomnień i tęsknoty za utraconym dzieciństwem. Początkowo snuje się leniwie niczym rzeka, by powoli nabrać rozpędu i wciągnąć nas w swój zdradziecki wir. Po śmierci ojca Arden dziedziczy rodzinną posiadłość Arwood nad brzegiem Missisipi. Jakiś impuls każe jej wrócić i wraz z Joshem Kyle amatorem zagadek kryminalnych, spróbują odkryć prawdę na temat zaginięcia jej sióstr bliźniaczek. Bardzo przyjemny w odbiorze język, bogaty w barwne i malownicze opisy. Mimo pewnej sielskości panuje tu ledwie wyczuwalny mroczny i posępny nastrój, jak gdyby całe zło, które miało miejsce przed siedemnastoma laty, skryło się w murach rezydencji, wyczekując dogodnej chwili, by uderzyć na nowo w zupełnie niespodziewanym momencie. Arden do domu przywiodło pragnienie powrotu do przeszłości, do tych szczęśliwych lat sprzed tragicznych zdarzeń, które zmieniły jej życie na zawsze. Oczywiście taki powrót nigdy nie jest możliwy, ale być może rozwiązanie...
00
mmarywoje

Z braku laku…

Miałam wrażenie jakbym słuchała jakiegoś dokumentu. Zero emocji, długie suche opisy.
00

Popularność




 

 

Tytuł oryginału

ARROWOOD

 

Copyright © 2016 by Laura McHugh

All rights reserved

 

Projekt okładki

Mavro Design.

 

Zdjęcia na okładce

© Indigo Images

 

Redaktor inicjujący

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

 

Korekta

Maciej Korbasiński

 

ISBN 978-83-8234-784-5

 

Warszawa 2021

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Pamięci Floyda i Telki Silverów

oraz ich małego białego domu

przy South Fourteenth Street

 

Nad mym grobem nie stój i nie szlochaj.

Mnie tam nie ma, wcale nie zasnęłam.

Jestem tysiącem wiatrów, które wieją,

Brylantowymi błyskami na śniegu,

Promieniem słońca na dojrzałych ziarnach

I łagodnym jesiennym deszczem.

A kiedy się budzisz w ciszy poranka,

Jestem szybkim lotem w górę

Cichych ptaków krążących nad ziemią.

Jestem gwiazdami, które świecą nocą.

Nad mym grobem nie stój i nie szlochaj.

Mnie tam nie ma, ja nie umarłam.

Mary Elizabeth Frye

Nad mym grobem nie stój i nie szlochaj

 

ROZDZIAŁ 1

Często wyobrażałam sobie, jak porzucona w dziwnym, nieznanym miejscu muszę odnaleźć drogę do domu. Wymyślałam rozmaite scenariusze, ale zawsze byłam w nich w jakiś sposób niesprawna: związana, niema, bez kończyny. Myślałam, że poradzę sobie, nawet gdybym była ślepa, jak zbłąkany pies przemierzający tysiąc kilometrów, by wrócić do swojego pana, polegający tylko na instynkcie, który podpowiada mu właściwy kierunek.

Czasami w miastach, gdzie mieszkałam po wyjeździe z Keokuku – w sypialni, w klasie albo podczas samotnego spaceru wysypaną żwirem drogą – przystawałam i orientowałam się na Arrowood, rzekę Missisipi, dom. To tam, myślałam z przekonaniem, odwracając się jak igła kompasu.

Teraz, gdy jechałam przez płaskie rolnicze równiny Kansas i północnego Missouri, niekończące się akry pszenicy i kukurydzy rozmywające się w przytłaczającym upale, czułam, jak droga sama prowadzi mnie do stanu Iowa, jakbym miała tam wylądować niezależnie od tego, jak skręcę kierownicą. Mrużyłam oczy z powodu ostrego popołudniowego światła, bo okulary przeciwsłoneczne zaplątały się gdzieś pośród pośpiesznie spakowanych toreb i pudeł, które wepchnęłam do bagażnika starego nissana. Kończył się wrzesień, na Środkowym Zachodzie nadal było duszno, w przeciwieństwie do oświetlanego przez chłodne promienie słońca Kolorado, gdzie osiki już zaczynały zmieniać kolor.

W lutym, kiedy wciąż jeszcze byłam na dobrej drodze do zrobienia magisterium, matka, która niedawno powtórnie wyszła za mąż, zadzwoniła z informacją, że tata, Eddie, umarł przy stole do blackjacka w kasynie Mark Twain w LaGrange. Nie miałam od niego żadnych wiadomości w miesiącach poprzedzających jego śmierć, nie widziałam go od ponad roku, dlatego trudno mi było stwierdzić, jakie właściwie uczucia wywołała we mnie wiadomość o jego odejściu. W pewnym sensie utraciłam go dawno temu, po zaginięciu moich sióstr. Po tej pierwszej stracie nosiłam żałobę latami, na drugą zareagowałam dziwnym odrętwieniem.

Mimo wszystko na jego pogrzebie szlochałam jak zawodowa płaczka. Nabożeństwo odprawiano w Illinois, gdzie mieszkał, większość żałobników, członków parafii katolickiej, do której niedawno wstąpił, ledwie go znała. Nienawidzę pogrzebów, tego, jak wydobywają każdą cząstkę kiedykolwiek odczuwanego przeze mnie żalu, nie tylko z powodu czyjejś śmierci, a kolejne wersy Amazing Grace niczym nóż wycinają po maleńkim kawałku moje wnętrzności. Ksiądz miał czarny ornat i kiedy uniósł ręce do modlitwy, strój nagle się rozchylił, odsłaniając krwistoczerwoną podszewkę. Długo mówił, jak wiele nas łączy z umarłymi. Wszyscy ludzie mają marzenia, żale, osiągnięcia, wszyscy kogoś kochali i kogoś rozczarowali, i pewnego dnia dla każdego z nas ziemskie troski przestają istnieć, życie zostaje zastąpione przez ciemność albo – jeśli człowiek jest wierzący – przez światło. Czasami śmierć przychodzi zbyt szybko, czasami nie dość szybko i tylko dla niektórych grzeszników w chwili przez nich wybranej.

Wymieniając tych, którzy odeszli przed moim ojcem, nie wspomniał o Violet ani o Tabicie. Nie zaliczył ich też do grona żyjących. Moje małe siostrzyczki nie były ani martwe, ani żywe, pozostawały gdzieś w mglistym czyśćcu zaginionych. Jako ośmiolatka byłam jedynym świadkiem ich porwania i przez całe dzieciństwo zadawałam sobie pytanie, czy mężczyzna, który je zabrał, wróci po mnie. Nigdy go nie aresztowano, nie odnaleziono też ciał moich sióstr.

Tatę pochowano na katolickim cmentarzu w Keokuku (dziadek, mimo konfliktu z synem, nie posunął się do odmówienia mu prawa spoczynku w rodzinnym grobie Arrowoodów), ale nie było mnie przy tym. W opłaconym z góry nabożeństwie nie uwzględniono uroczystości na cmentarzu i ojca złożono do ziemi bez ostatniego pożegnania.

Wiele miesięcy później zadzwonił do mnie prawnik z rodzinnego funduszu powierniczego z informacją, że Arrowood, dom, który prapradziadek zbudował nad brzegiem Missisipi i który opuściliśmy niedługo po porwaniu moich sióstr, należy do mnie. Przez siedemnaście lat znajdował się pod opieką funduszu, aby mój ojciec nie mógł go sprzedać. Teraz wreszcie tam wracałam.

To nie była trudna decyzja. Jeszcze zanim na ostatnim semestrze rzuciłam studia, z Kolorado nic mnie nie wiązało. Miałam dwadzieścia pięć lat, pisałam pracę magisterską, pracowałam jako asystentka na wydziale historii i wynajmowałam mieszkanie nielegalnie urządzone w piwnicy, z rodzaju tych, które mają pod sufitem maleńkie okienka utrudniające ucieczkę w razie pożaru. Bunia i dziadek zostawili mi pieniądze na opłacenie studiów, ale niewiele z tego zostało. Wieczorami siedziałam samotnie przed laptopem i z palcami znieruchomiałymi na klawiszach wpatrywałam się w pustą stronę, czekając na słowa, które nie nadchodziły. Tytuł mojej niedokończonej pracy Wpływy nostalgii na narracje historyczne widniał jak wyrzut na jaśniejącym ekranie. W Kolorado nigdy nie czułam się jak u siebie. Początkowo myślałam, że góry staną się substytutem rzeki, czymś, co mnie zakotwiczy, ale się myliłam.

Po odejściu taty liczba osób na świecie znających moje dwa wcielenia – to sprzed porwania sióstr i to, co potem zostało – przeraźliwie się skurczyła. Martwiłam się, że dawna ja zniknę, jeśli nie będzie nikogo, kto by mnie rozpoznał. Kiedy prawnik powiedział, że Arrowood należy do mnie, moja pierwsza myśl nie miała nic wspólnego z logistyką czy skutkami powrotu do Keokuku i zamieszkania w pojedynkę w starym domu. Nie zastanawiałam się, czy człowiek, który w przeszłości straszył mnie w snach, nadal gdzieś tam jest. Przed oczyma stanęły mi siostry bawiące się w cieniu mimozy na podwórzu, a także moja sypialnia z różowymi tapetami i marszczonymi firankami. Pomyślałam też o Benie, który kiedyś znał mnie najlepiej. Odczułam naglącą potrzebę, by wrócić, po kończynach przeszedł mi prąd i zaczęłam wyrzucać na łóżko zawartość szuflad, wyjmować rzeczy z szafy – zanim jeszcze się rozłączyłam.

 

MIESZKAŃCY STANU IOWA WITAJĄ. POLA MOŻLIWOŚCI. Kiedy przejechałam przez rzekę Des Moines i zobaczyłam ten znak, nagle łatwiej mi było oddychać, jakbym zdjęła niewidzialny gorset. Urodziłam się u zbiegu dwóch rzek: Des Moines i Missisipi; astrolog wyjaśnił mi kiedyś, że jestem spod znaku Ryb i dlatego moje życie definiuje woda: jestem śliska, zmienna, nieuchwytna jak rzeka – ciągle w ruchu, nigdy i nigdzie się nie zatrzymuję.

Dziwne, że przekraczając granicę Iowa, na jednym końcu mostu czułam się inaczej niż na drugim, a jednak była to prawda. Każdy znajomy widok łagodził głęboką nostalgię: estakada kolejowa, pola bawełny tłoczące się nad brzegiem rzeki, rowy irygacyjne przecinające teren niczym metalowe kręgosłupy, sklepik z kamieniami i połyskujące na parapetach świeżo wydobyte geody. Otworzyłam okno i nabrałam w płuca powietrza Keokuku, wyraźną mieszaninę zapachów ziemistych terenów zalewowych i dymów fabrycznych. Missisipi płynęła po mojej prawej stronie i chociaż na razie jej nie widziałam, to wyczuwałam ją za polami, głęboką i odwieczną.

Autostradą dojechałam do miasteczka, w którym liczba mieszkańców, jak wynikało z informacji na tablicy powitalnej, zmniejszyła się o jedną trzecią i teraz wynosiła dziesięć tysięcy. Sto lat temu, kiedy handel rzeczny kwitł na Missisipi, Keokuk okrzyknięto drugim Chicago; szczycił się operą, akademią medyczną i znakomitą drużyną baseballu. Zaporę i elektrownię wodną zbudowano, by ujarzmić rzekę, a kiedy ukończono je w 1913 roku, były największe na świecie. Później wzdłuż drogi wyrosły fabryki, wiele z nich z czasem pozamykano, a wraz z nimi zniknęły miejsca pracy. Keokuk tracił na znaczeniu, pozostała kombinacja wspaniałości i rozpadu: niszczejąca architektura z przełomu wieków, baldachimy starych drzew gubiących konary, szerokie ulice i chodniki pilnie wymagające remontu.

Domy stawały się coraz bardziej rozległe i wyrafinowane i coraz bardziej od siebie oddalone, gdy ze skromnych przedmieść kierowałam się ku centrum. Mijałam przecznice pełne pięknych stuletnich budynków; żadne dwa nie były takie same, jedne pięknie utrzymane, inne zaniedbane, jeszcze inne porzucone i gnijące do fundamentów, choć w ruinach nadal można było dostrzec ślady dawnej elegancji.

Przejechałam przez Main Street na wschodnią stronę, gdzie nawierzchnia była brukowana i grzechotała jak drobne w kubku, czytałam znajome drogowskazy. Chociaż nigdy wcześniej sama nie jechałam tędy samochodem, nie potrzebowałam podpowiedzi. Skręciłam w lewo, w Grand Avenue, ostatnią ulicę przed rzeką. To zawsze był najbardziej pożądany adres w mieście, wspaniałe domy należały do ludzi, których stać było na ich utrzymanie: lekarzy, jak mój zmarły dziadek, prezesów banków, dyrektorów fabryk, którzy ani jednego dnia nie przepracowali przy taśmie produkcyjnej.

Zbudowano je w rozmaitych stylach: neoromańskim, królowej Anny, neogotyckim, jakobińskim, neoklasycznym, włoskim. Każdy miał dwie albo trzy kondygnacje, wieżyczki, kopuły i kolumny. Stały na rozległych, obrośniętych drzewami posesjach, te po wschodniej stronie graniczyły ze skarpą wznoszącą się sześćdziesiąt metrów nad Missisipi. Za rzeką po horyzont rozciągały się lasy i pola uprawne Illinois, bezmiar zieleni tu i tam znaczyły kościelne iglice i wieże ciśnień.

Dwie przecznice dalej skręciłam na podjazd Arrowood i zatrzymałam samochód. Przyjrzałam się domowi po raz pierwszy od prawie dziesięciu lat. Spodziewałam się, że w taki sam sposób, w jaki rzeczy z dzieciństwa z czasem się kurczą, wyda mi się mniejszy, bo ja urosłam, ale dwupiętrowy Arrowood z centralną wieżą wznoszącą się ponad dwa stare dęby, zbudowany w bogato zdobionym stylu drugiego cesarstwa, był jak zawsze imponujący. Spadzisty dach wieńczyły ornamenty z kutego żelaza, za wieżą krył się taras na dachu, z którego moi przodkowie wypatrywali nadpływających rzeką barek. Umocowana w rogu trawnika tablica informowała, że dom jest wpisany do rejestru zabytków, a także że stanowił przystanek kolei podziemnej, jak nazywano sieć domów i dróg, z której korzystali zbiegli niewolnicy uciekający na północ Stanów. Podjechałam pod portyk i zaparkowałam. Wysiadłam, żeby poczekać na dozorcę z kluczami.

Z północy nadpływał wał szarych chmur, w gęstym powietrzu czułam się, jakbym wciągnęła na siebie ubranie zaraz po kąpieli; koszulka i szorty nieprzyjemnie lepiły mi się do skóry. Ruszyłam omszałą brukowaną ścieżką wzdłuż domu, dziwiąc się, że Arrowood nie postarzał się w czasie mojej nieobecności, bo chociaż rabaty kwiatowe były puste i zniknęły hortensje otaczające frontowy ganek, to patrząc na budynek, odnosiłam wrażenie, że czas się zatrzymał. Weranda otaczająca dom była świeżo pomalowana, białe fasety i gzymsy odcinały się od szarego tynku. Mimoza nadal wyciągała nieprawdopodobnie długie gałęzie nad frontowe podwórze, mogłam sobie wyobrazić biegające po trawie bliźniaczki i odjeżdżający z wielką prędkością złoty samochód. Wzięłam wdech i oto znów go czułam: fantomowy ból po ranie zadanej dawno temu.

Matka mnie ostrzegała, że powrót jest błędem, że najlepiej pozostawić Arrowood w przeszłości; że gdybym była mądra, modliłabym się o pożar wywołany spięciem elektrycznym i szybką wypłatę odszkodowania. Od wyprowadzki tylko raz postawiłam stopę w domu i przez wszystkie te lata, gdy przebywałam daleko stąd, dręczyło mnie poczucie straty mojego miejsca na ziemi. Zawsze fascynowała mnie nostalgia, ta gorzko-słodka tęsknota za czasem i miejscem, które zostawiliśmy za sobą. Studiowałam to zjawisko do mojej pracy magisterskiej i nie byłam zaskoczona, kiedy się dowiedziałam, że niegdyś nostalgię uważano za chorobę psychiczną albo dolegliwość fizyczną – dla mnie była jednym i drugim. Kochałam ten dom do szaleństwa, jego brak odczuwałam jak ból z powodu źle złożonej kości.

Od czasu naszego wyjazdu do piętnastego roku życia wracałam do Keokuku w każde lato, by odwiedzić babcię (matkę mamy) i jej siostrę Alice w Domu Sióstr położonym kilka przecznic na południe od naszego starego adresu. Z moim przyjacielem Benem Ferrisem skradaliśmy się po ścieżce wokół Arrowood i zaglądaliśmy w mroczne okna, mając nadzieję, że nikt nas nie przyłapie. Żałowałam wtedy, że nie mogę wejść do środka. Bunia (matka ojca) podarowała mi Legendarne domy Keokuku wydane przez towarzystwo historyczne hrabstwa Lee i zanurzyłam się w historii wszystkich tych starych siedzib, a zwłaszcza Arrowood. Nie byłam już pewna, ile z tego, co pamiętam o domu, to moje wspomnienia, a ile pochodzi z książki i opowieści buni. Teraz, gdy pozwolono mi wrócić, bałam się, że rzeczywistość będzie niekorzystnie odbiegała od mojej wizji. Ten jeden raz, kiedy mnie i Benowi udało się wkraść do środka – tamtego lata mieliśmy po piętnaście lat – było zbyt ciemno i naszą uwagę rozpraszały bardziej naglące sprawy.

Spojrzałam na sąsiedni dom Ferrisów, kremowy, w stylu neogotyckim, ze stromymi szczytami, wąskimi oknami lancetowatymi i ładną powozownią obok. Może Ben tam jest, na tyle blisko, że usłyszy, jeśli go zawołam. Nie wiedziałam, co miałabym mu powiedzieć, jak wytłumaczyć lata milczenia.

Zerwał się wietrzyk, trzepocąc delikatnymi, przypominającymi paprocie liśćmi mimozy, kilka kropli poznaczyło ścieżkę. W tej samej chwili półciężarówka – czterodrzwiowy dodge – wtoczyła się na podjazd i zatrzymała tuż za moim samochodem. Wysiadł dozorca, mężczyzna mniej więcej w wieku taty. Miedziane włosy cofnęły mu się do połowy czaszki i odsłoniły szerokie, lśniące czoło. Jego rysy stłoczyły się na środku twarzy, zbyt blisko siebie, jakby nie wiedziały, że miejsca jest sporo. Był ubrany w jasnobrązowe spodnie marki Carhartt, robocze buty i granatową koszulę z rękawami podwiniętymi na grubych przedramionach.

– Panna Arrowood? – Miał schrypnięty głos i kordialny uśmiech. – Dick Heaney. Przepraszam, że kazałem pani czekać.

– Właściwie nie. Dopiero przyjechałam.

– To dla mnie wielka przyjemność, że w końcu mogę panią poznać. Nie wiem, czy mama kiedykolwiek pani opowiadała, ale dawniej się przyjaźniliśmy. Pani tatę też znałem. Był kilka klas wyżej ode mnie.

Kiwnęłam uprzejmie głową, chociaż nigdy nie słyszałam, by któreś z rodziców o nim wspominało. Do rozmowy z prawnikiem nie znałam nawet nazwiska Heaney.

– Z przykrością dowiedziałem się o Eddiem. Nie potrafię sobie wyobrazić, jakie dla pani musiało to być trudne.

Odwróciłam wzrok, jego współczucie wprawiało mnie w zakłopotanie. Nie chciałam rozmawiać z Heaneyem o tacie. O niczym nie chciałam rozmawiać. Pragnęłam tylko, żeby dał mi klucze i zostawił mnie samą z domem.

– Wydaje mi się, że wszystko przygotowałem. Media działają, Internet też. Ekipa sprzątająca była nie tak dawno, więc powinno być w porządku.

– Doceniam to.

– Proszę. – Z kieszeni wygrzebał kółko z kluczami. – Są opisane: jeden do drzwi frontowych, jeden do tylnych, koło pralni. W drzwiach na werandę są klucze, ale większość zamków jest zepsuta. – Głową wskazał mój samochód. – Przyjedzie ciężarówka z resztą rzeczy?

– Nie.

– Okej. Jeśli otworzy pani bagażnik, zacznę wnosić torby. Za minutę jak w banku będziemy przemoknięci do suchej nitki.

– To niepotrzebne – odparłam. – Niewiele jest do noszenia.

– Z przyjemnością pomogę.

– To bardzo miłe z pana strony, ale poradzę sobie sama.

Wepchnął ręce do kieszeni.

– Gdyby zmieniła pani zdanie, proszę dać mi znać. Ma pani mój numer. Za dzień, dwa wpadnę skosić trawę, ale jeśli będzie pani wcześniej czegoś potrzebowała, proszę mnie wezwać. Na razie niewiele mam pracy, więc jestem cały czas dostępny.

Miałam nadzieję, że nie obraziłam go, odrzucając ofertę pomocy. Pracował w Arrowood od dziesięciu lat, odkąd pierwszy dozorca przeszedł na emeryturę, i przez cały ten czas dom stał pusty. Zastanawiałam się, czy trudno mu będzie przywyknąć do mojej obecności. Zakres jego obowiązków znacznie się zmniejszy, bo sama zajmę się codziennymi sprawami, ale nadal pozostanie sporo do roboty. Będzie wykonywał drobne naprawy, dopóki wystarczy pieniędzy z funduszu powierniczego.

W połowie drogi do samochodu Heaney przystanął i odwrócił się w moją stronę.

– Ma pani w sobie coś z mamy – powiedział. – Witam w domu, panno Arrowood.

Nikt nigdy nie porównywał mnie do mamy. Nie przypominałam jej z wyglądu i nie znosiłam myśli, że w czymkolwiek mogłabym być do niej podobna, on jednak najwyraźniej uważał to za komplement. Może była inna w czasach, gdy ją znał, zanim urodziła dzieci i je utraciła.

Heaney wycofał dodge’a z podjazdu, a ja zbliżyłam się do szerokich frontowych schodów. Z balustrady mierzył mnie wzrokiem strzyżyk; gdy się zbliżyłam, zaćwierkał i odleciał na mimozę. Frontowe wejście było absurdalnie wielkie i bogato zdobione, jak z baśni; zastanawiałam się, gdzie można by znaleźć drugie takie, gdyby trzeba je było wymienić.

Przekręciłam klucz w zamku i pchnęłam drzwi. Nie ustąpiły łatwo, jakby mi się przeciwstawiały, ale zdołałam uchylić je na tyle szeroko, by wejść do środka. Otoczyła mnie ciemność, gdy je za sobą zamknęłam. Wszystkie zasłony były zaciągnięte, światło sączyło się tylko przez witraż nad podestem na pierwszym piętrze. Powietrze było ciężkie od zapachu starych książek, pasty do drewna i kulek na mole, miałam wrażenie, że napiera na mnie ze wszystkich stron, gdy stałam w potężnym holu i czułam się obnażona. Oddech odbijał się echem od podłóg z czarnego orzecha, staroświeckich tapet, wysokiego sufitu i słyszałam go, jakby to był szept.

Przesuwne drzwi po lewej prowadziły do jadalni z sufitem pokrytym ozdobnie tłoczonymi i pomalowanymi na biało metalowymi płytkami. Wisiał tam żyrandol z weneckiego szkła. Dalej była kuchnia. Po prawej znajdował się gabinet dziadka i pokój muzyczny, wyposażony w stereo marki Sears z lat sześćdziesiątych i kwadratowy fortepian Mathushek, choć nie słyszałam, by ktokolwiek na nim grał. Ruszyłam przez hol obok krętych orzechowych schodów do pokoju dziennego na tyłach domu, sandały stukały w podłogę. Tu było jaśniej dzięki cienkim, gazowym firankom. Meble okrywały płachty, ale dostrzegałam pod nimi znajome kształty: starą skórzaną sofę i wyślizgane przez stulecie używania fotele, intarsjowany mahoniowy stolik, który matka zniszczyła, kiedy wylała na niego jaskraworóżowy lakier do paznokci. Z potrójnych przesuwnych okien rozpościerał się widok na wyłożony kamieniami taras i rzekę w dole. Szkło było stare i niedoskonałe, poznaczone bańkami i zgrubieniami. Wydawało się nieprawdopodobne, żeby okna przez wszystkie te lata pozostały nietknięte, zastanawiałam się, czy dozorca zadał sobie trud wstawiania starych szyb w miejsce wybitych i czy fundusz powierniczy utrzymujący Arrowood posunął się tak daleko, by tego rodzaju kwestię zastrzec w umowie.

Na zewnątrz dekoracyjny płot z kutego żelaza wyznaczał koniec ogrodu i tylko on powstrzymywał od wejścia na skraj skarpy i upadku prosto w nurt płynącej poniżej rzeki. Na tarasie stały kamienny stół i ławka, a także dwie wielkie donice, w których kiedyś bujnie rosły petunie i pędy batatów. Dzika jabłoń pozostała, ale nie było pod nią piaskownicy zbudowanej przez dziadka dla mnie i moich sióstr ani słupa z wzorowanym na Arrowood domkiem dla jaskółczaka modrego. Poczułam się jak podczas zabawy dla dzieci, która polega na szukaniu różnic pomiędzy dwoma obrazkami: widok był zwodniczo podobny do wspomnienia, choć brakowało pewnych elementów.

Przeszłam przez korytarz prowadzący do pralni i portyku, po czym wróciłam na główną klatkę schodową. Żar i duchota stawały się bardziej uciążliwe, gdy wchodziłam na piętro. Odkleiłam koszulkę od ciała i zaczęłam się nią wachlować. Sypialnia rodziców znajdowała się po lewej, ale chociaż była największa i przylegał do niej salonik, nie miałam ochoty jej zajmować. Odwróciłam się w prawo, minęłam wąskie schody prowadzące na drugie piętro i taras na dachu i przełykając wzbierającą w gardle gorycz, zbliżyłam się do ostatnich trojga drzwi. Były identyczne: czteroczęściowe, z ciemnego orzecha i z gałkami z rżniętego szkła, nad nimi okienka, które się nie otwierały, ale wpuszczały do środka światło.

Drzwi były zamknięte i wyobraziłam sobie, jak wyglądały pokoje, kiedy moje siostry tu były. W ich sypialni – żółte łóżeczka ustawione do siebie nogami pod rzędem jasnych okien (matka psioczyła na te stare łóżeczka, bo rozstaw szczebelków był na tyle szeroki, że bliźniaczki bez trudu mogły wepchnąć w nie ręce czy nogi i utknąć), dwa dziecięce fotele na biegunach przy ścianie, jeden ze śladami ząbków Violet, książki o Madeline i plastikowe kółka z piramidki rozrzucone na plecionym dywaniku razem z parami przytulanek, złożona z Elmów, Barneyów i Kubusiów Puchatków arka Noego, której celem było ograniczenie łez zazdrości do minimum. Z pokojem Violet i Tabithy sąsiadowała nasza wspólna łazienka ze srebrną tapetą w paski, zimną marmurową podłogą i staroświecką wanną na łapach z pazurami. Mój pokój znajdował się naprzeciwko: białe łóżko należące do innej Arden Arrowood, która umarła na zapalenie płuc w wieku dziesięciu lat, półka z zabytkowymi lalkami, których nie wolno mi było dotykać, marszczone różowe zasłonki uszyte przez babcię na moje szóste urodziny.

Minęłam zamknięte drzwi do sypialni bliźniaczek i weszłam do swojego dawnego pokoju, po czym ze ściśniętym żołądkiem zdjęłam okrycia z mebli: z łóżka i pasującej do niego komody, z sekretarzyka, gdzie trzymałam markery, kredki i kolekcję geod, które ojciec rozbił młotkiem. Przeprowadzając się, wszystko tutaj zostawiliśmy, bo dziadek nie chciał, żebyśmy cokolwiek zabrali z Arrowood. Często myślałam o tym pokoju, o rzeczach czekających na mój powrót, i teraz wzięłam tak głęboki wdech, że aż płuca zaczęły mnie palić; wyobraziłam sobie, że to stęchłe powietrze pamięta moje dzieciństwo, że oddychanie nim zdoła jakimś cudem przenieść mnie do soboty sprzed siedemnastu lat, kiedy po raz ostatni widziałam moje siostry, kiedy zło dopiero miało się wydarzyć.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI