Revenge. Bezlitosna siła. Tom 5 - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Revenge. Bezlitosna siła. Tom 5 ebook i audiobook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,7

76 osób interesuje się tą książką

Opis

Tego nikt się nie spodziewał! Dilerka Emocji zaskakuje bonusowym tomem kultowej serii! I nie zawodzi – ten finał zwali was z nóg.

Revenge to wyjątkowy prezent Agnieszki Lingas-Łoniewskiej dla jej czytelniczek: specjalny tom uwielbianej serii Bezlitosna siła.

Do tej pory Wiktor Brudzyński nigdy nikomu z niczego się nie tłumaczył. Jako Revenge rozdawał ciosy każdemu, z kim miał na pieńku – na ringu i poza nim. Teraz jednak musi się nauczyć cierpliwości. Opieka nad nastoletnim bratem, który właśnie przechodzi okres buntu, to nie lada wyzwanie. A do tego Wiktorowi wpada w oko nieznajoma o kasztanowych włosach.

Oboje chcą zapomnieć o przeszłości. Ale ona nie chce zapomnieć o nich.

Laura Marczyk również jest na zakręcie. Dopiero co uwolniła się od przemocowego męża i próbuje się odnaleźć w nowym mieście i w nowym życiu. Czy będzie w nim miejsce dla Wiktora i kłopotów, które podążają jego śladem?

Być może. O ile Laura naprawdę pożegnała się z przeszłością. Jej eks jest bowiem innego zdania, a Revenge będzie musiał wrócić do gry, by ochronić ukochaną.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 5 min

Lektor: Ewa Abart

Sortuj według:
wieczorkowna

Nie oderwiesz się od lektury

To było zdecydowanie za krótkie i bardzo dobre. Autorka jak zawsze nie zawiodła i sprawiła że para bohaterów skradła moje serce tak samo jak cała reszta należąca do PantaRhei. I co tu dużo mówić chce się jeszcze więcej takiego dobrego pisania,emocji i kolejnej części??!
60
sylwus_333

Nie oderwiesz się od lektury

Jak każda część bezlitosnej jest świetna! Warto sobie oczywiście przypomnieć wcześniejsze czesci, bo ta część jest z nimi ściśle związana. Polecam!
50
morfelia

Nie oderwiesz się od lektury

Dajesz :) Kolejna udana ksiazka. Pelna humoru i emocji, dobrze napisana
20
KarolkaK123

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna i długo wyczekiwana książka nadzieję że będzie kolejna część i znów będziemy mogli się przenieść w ten cudowny świat ''podziemia"" :) całą serię przeczytałam ponownie 🥰🥰🥰
20
KinMos

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna !!
20

Popularność




Dla wszystkich, którzy pokochali historię chłopaków z PantaRhei! Nigdy nie mów nigdy!

Prolog

Pułapką nienawiści jest to, że zbyt mocno wiąże nas ona z przeciwnikiem.

Milan Kundera

Walkę miałem we krwi, stanowiła nieodłączną część mojego jestestwa. Kiedyś chciałem się zemścić, ale zrozumiałem, że to był błąd.

Lecz teraz… błędem było myślenie, że przeszłość odeszła i już nie wróci.

Najpierw trzeba się z nią rozprawić, a potem spróbować na nowo ułożyć sobie życie.

A ja jestem Revenge i zawsze odbieram to, co moje!

Rozdział 1

Białas, Drift

Rozglądałem się po mieszkaniu, które niedawno kupiłem, i zdałem sobie sprawę, że muszę władować w nie jeszcze jakieś pięćdziesiąt tysi, żeby dało się w nim zamieszkać. Mieszkanie było duże, miało prawie sto metrów kwadratowych, mieściło się na wrocławskim Ołbinie w jednej z poniemieckich kamienic i składało się z przestronnej kuchni oraz czterech pokoi. Znajdowało się naprzeciwko klubu PantaRhei. Z pełną premedytacją szukałem kwadratu właśnie tutaj. Z tym miejscem wiązało się mnóstwo wspomnień. Bolesnych, ale i oczyszczających. Ponad pięć lat temu stoczyłem tu walkę z dawnym przyjacielem, Konradem Klajzerem. Saturnem. Przepełniały mnie wówczas ból, silna potrzeba zemsty i nienawiść. Konrad był moim jedynym przyjacielem, a ja obarczyłem go winą za wszystkie nieszczęścia, które spotkały mnie w życiu. I chciałem go zabić. A o mały włos on nie zabił mnie.

Może i dobrze by się stało?

Potrząsnąłem głową. Przez kilka ostatnich miesięcy pracowałem nad tym, żeby nie wracać do tego kwasu, który zniszczył moje życie i prawie mnie unicestwił. Teraz miałem inne cele. Musiałem mieć.

Od głupich myśli oderwało mnie energiczne pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyłem, zobaczyłem dwóch facetów w roboczych ciuchach. Jeden z nich trzymał metalową skrzynkę.

– Pan… – Wyższy przekrzywił głowę i odczytywał coś z kartki. – Wiktor Brudzyński?

– Tak. Panowie do elektryki?

– Taaa jest. W korytarzu już wszystko podłączone, zaraz będzie miał pan prąd.

– Okej, proszę. – Wpuściłem ich do środka.

Widziałem, że zerkają na mnie z pewnym niepokojem. Wzbudzałem takie odczucia u napotykanych ludzi. Miałem ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, szerokie bary, wytatuowaną głowę, choć teraz trochę zapuściłem włosy, więc tatuaż nie był widoczny. Za to dziary na całym ciele już jak najbardziej. Moje niebieskie oczy lustrowały każdego tak, aż robiło mu się zimno. Nie miałem tak czarnego wzroku jak Patryk Rotter, właściciel PantaRhei, a kiedyś w klatce słynny Polluks, ale dorównywałem mu cholernie zimnym spojrzeniem. Dlatego starałem się być uprzejmy i nie pogłębiać wrażenia niepokoju, które ogarniało ludzi – a zwłaszcza facetów – w moim towarzystwie. Dziewczyny, kobiety… one z reguły reagowały całkiem inaczej.

Elektrycy szybko uporali się z podłączeniem prądu. Sprawdziliśmy, czy wszędzie świeci się światło i działają gniazdka. Wszystko było w porządku.

– Jest git, proszę tu podpisać. – Niższy podał mi długopis i zlecenie.

Podpisałem się, wyjąłem z kieszeni stówę i im podałem.

– Ale nie trzeba – wymawiał się wyższy.

– Na witaminy – mruknąłem.

Facet spojrzał na kolegę, szybko schował banknot do kieszeni i podziękował. Ten drugi też. Gdy zamknęli za sobą drzwi, wyszedłem na balkon. Zaczął się marzec, ale na dworze było całkiem ciepło. Patrzyłem na brukowaną ulicę, na wysokie poniemieckie kamienice i na klub PantaRhei.

W pewnym momencie w ulicę wjechało czarne bmw ze srebrnymi felgami. Wiedziałem, kto nim jeździ. Patryk Rotter. Nie myliłem się. Z auta wysiadł właśnie on – potężny facet z dłuższymi włosami. Po chwili otworzyły się też drzwi od strony pasażera i moim oczom ukazał się Konrad Klajzer. Saturn. Mój jedyny przyjaciel. Poczułem ukłucie w sercu. Tyle lat minęło… A ja ciągle wyrzucałem sobie, że tak to spieprzyłem. Wtedy miałem inną motywację. A teraz… teraz chciałem wszystko naprawić. Odkręcić. Bo miałem dla kogo to robić.

Konrad niewiele się zmienił, miał dłuższe włosy, ale nadal był dzikim chłopakiem z poznańskich Jeżyc. Uśmiechnąłem się. Widziałem, że mówi coś do Polluksa. Ten się roześmiał i walnął Saturna w plecy. Poczułem zazdrość. Chciałem tego, co mieli ci dwaj, tego poczucia przynależności, przyjaźni i zaufania. Wziąłem głęboki wdech i zerknąłem na zegarek. Dochodziła piętnasta. Zaraz powinien się pojawić Leon. O ile wróci po szkole prosto do domu. Postanowiłem podjechać do małej pizzerii; będziemy musieli zadowolić się takim obiadem. Zbiegłem po schodach, wsiadłem do samochodu i pojechałem na sąsiednią ulicę. Nie chciałem, żeby zobaczył mnie któryś z chłopaków z PantaRhei. Jeszcze nie dzisiaj. Musiałem się przygotować i liczyłem się z tym, że to spotkanie może być dla mnie bolesne.

W lokalu nie było zbyt tłoczno, nie ta godzina, poza tym pizzeria realizowała przede wszystkim zamówienia z dowozem. Za ladą stała blada kobieta z kasztanowymi włosami, których odcień wpadał w rudy. Pracowała tutaj od dwóch tygodni. Zapamiętałem ją, bo gdy zamawiałem wtedy jedzenie, pomyliła się i wydała mi nie to, o co poprosiłem. Szef ją strasznie opieprzył, przepraszała i tłumaczyła, że jest nowa. Dałem jej wtedy napiwek, żeby jakoś zrekompensować stres pierwszego dnia.

Dzisiaj także tu była. Coś mnie w niej uderzało. Coś w jej postawie. Sposób, w jaki reagowała na głośniejszy ton, jak podskakiwała, gdy coś trzasnęło, jak zaciskała szczupłe dłonie. Nie rozumiałem tego. Wkurzało mnie to, ale nie czułem złości na nią. Tylko na to coś – lub kogoś – co doprowadziło ją do takiego stanu.

– Dzień dobry. Dwie pizze z szynką, serem i sosem barbecue – złożyłem zamówienie.

– Proszę. Poczeka pan? – spytała, patrząc na mnie zielonymi oczami.

– Jasne. Poproszę yerbę.

Zapłaciłem kartą, dziewczyna podała mi paragon, ominęła ladę i podeszła do lodówki z napojami. Szarpnęła za uchwyt, żeby otworzyć i podać mi napój, ale drzwi nie chciały ustąpić. Widziałem, że się z nimi mocuje, więc podszedłem, żeby jej pomóc. Stanąłem za nią i ponad nią sięgnąłem do uchwytu. Jej głowę miałem na wysokości ramienia. Spojrzała na mnie i dostrzegłem w jej oczach popłoch. Drgnęła i miałem wrażenie, że chce schować głowę w ramionach. Szarpnąłem za drzwi i je otworzyłem.

– Pewnie się zassały – powiedziałem obojętnie.

Mruknęła coś i wyjęła yerbę. Sięgnęła po szklankę, a ja w tym czasie usiadłem przy małym stoliku, zdając sobie sprawę, że zapewne wyglądam przy nim jak przy stoliczku dla dzieci w jakimś cholernym przedszkolu. Uśmiechnąłem się pod nosem. Rudowłosa, jak nazwałem ją w myśli, podeszła i podała mi napój i szklankę.

– Dziękuję – szepnęła.

– To ja dziękuję – odparłem cicho.

Spojrzałem na nią z bliska, była ładna, ale bardzo blada i szczuplutka, jakby nie dojadała. W pewnym momencie z zaplecza doszedł nas wkurzony krzyk:

– Laura, dlaczego nie wpisałaś, że skończył się sos barbecue?!

Dziewczyna drgnęła, przeprosiła mnie i pobiegła na zaplecze. Słyszałem, jak ten jej szefuńcio od siedmiu boleści ją opierdala. Wypiłem yerbę, odstawiłem szklankę i podszedłem do lady. Widziałem w wąskim przepierzeniu dziewczynę, która kiwała głową i coś tłumaczyła. Wkurzyłem się.

– Hej, halo! – ryknąłem.

Laura spojrzała na mnie i widziałem w jej oczach strach. Po chwili pojawił się gruby gość, który się na nią wydzierał.

– Tak? – spytał grzecznie.

– Słyszałem rozmowę z zaplecza – zacząłem spokojnie, choć to nie była żadna rozmowa, tylko opierdalanie. – Jeśli chodzi o mnie, to nie ma problemu. Może być jakikolwiek sos. A poza tym trochę za głośno pan krzyczy.

– Hm, ten… tak. Ludzi trzeba ustawiać. – Grubas mrugnął do mnie porozumiewawczo i uśmiechnął się debilnie.

Gdy jednak dostrzegł mój nieruchomy wzrok i twarz bez najmniejszego grymasu, natychmiast spoważniał.

– Nie – powiedziałem lodowato.

– Hm, tego… co? – zapytał, zaskoczony.

– Ludzi trzeba szanować. Wszystkich – wyjaśniłem. – Często tu zaglądam. I będę zaglądał. Rozumiemy się? – Mierzyłem go wzrokiem.

Facet zaczął się pocić.

– Jasne, tak. Zapraszamy – wybąkał.

– Dziękuję. Macie bardzo zdolnego kucharza – dodałem spokojnie, odwróciłem się i usiadłem przy tym pierdolonym stoliczku dla krasnoludków.

Spojrzałem na komórkę, za dziesięć minut powinien być Leon. W tym samym momencie dziewczyna wyszła z zaplecza z moim zamówieniem.

– Gotowe – powiedziała i spojrzała na mnie przestraszonym wzrokiem. – Może być sos czosnkowy? Niestety… – Na jej blade policzki wypłynął rumieniec.

– Może być – uciąłem.

W milczeniu zapakowała sosy i podała mi pudełka. Uniosła głowę i spojrzała na mnie. Na jej zawsze smutnej i zatroskanej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.

– Dziękuję – szepnęła cicho, zerkając niepewnie w stronę zaplecza.

Niewiele się zastanawiając, wyjąłem wizytówkę i jej podałem.

– W razie czego dzwoń – powiedziałem. – Albo jak będziesz potrzebowała elegancko zrobionego samochodu. Mam firmę zajmującą się autodetailingiem.

– Nie sądzę. Jeżdżę starym trupem – rzuciła.

Ale uśmiechnęła się delikatnie jeszcze raz, a ja doszedłem do wniosku, że bardzo ładnie jej z tym uśmiechem.

– Nigdy nie wiadomo. – Zerknąłem na zegarek, naprawdę musiałem już iść. – Wyślij mi swój numer SMS-em. Muszę już spadać. Napisz wiadomość. – Mrugnąłem do niej i po chwili już byłem w aucie.

W samą porę, bo gdy podjechałem pod kamienicę, w której mieszkaliśmy od tygodnia, Leon nadchodził od strony ulicy Pobożnego. Szedł w dresie Adidasa, kurtce Lionsdale i bejsbolówce. Na ramieniu niósł plecak, a na uszach miał wielkie bezprzewodowe słuchawki, w których zapewne dudnił polski rap. Miał siedemnaście lat. Nazywał się Leon Mills. I doprowadzał mnie do szału.

***

Ten dupek dzisiaj znowu się mnie czepiał. Pracowałam na zmianę z tyczkowatym studentem Rafałem, ale do niego nigdy nie miał pretensji. Cały czas szukałam czegoś nowego, ale na razie zaczepiłam się w tej pizzerii. Wynajmowałam dwa małe pokoje z kuchnią w poniemieckiej kamienicy na Ołbinie. Nie mieszkało się źle, poza tym starsi właściciele nie brali ode mnie wielkich pieniędzy, co jak na Wrocław było ewenementem. Przyjechałam tu pół roku temu, miałam trochę oszczędności i jakoś sobie radziłam. Radziliśmy. Kubuś chodził do przedszkola, miał prawie pięć lat, lubił dzieci i nową wychowawczynię. Robiłam wszystko, żeby go uchronić przed przeszłością, i miałam nadzieję, że nie pamięta poszczególnych zajść w domu w Opolu. Kiedyś tylko, gdy zasypiał w naszym malutkim wrocławskim mieszkanku, ścisnął mocno misia i powiedział do mnie:

– Tato nie znajdzie tej chatki, bo jest taka malutka, że tu nie trafi.

Na te słowa mocno ścisnęło mi się serce i z całych sił musiałam powstrzymywać płacz. Tak bardzo się starałam być dobrą żoną i matką, mimo to nigdy nie byłam w stanie zadowolić męża. Potrząsnęłam głową, jakbym w ten sposób mogła uwolnić się od tych cholernych wspomnień.

Skupiłam się na pracy, bo nie chciałam, aby szef ponownie się na mnie wydzierał. Ale do końca zmiany był już całkiem znośny. Ciekawiło mnie, czy wziął sobie do serca słowa tego wysokiego faceta o ponurym spojrzeniu. Odkąd zaczęłam pracę, ten mężczyzna był tu kilka razy, a dzisiaj stanął w mojej obronie. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Choć wyglądał przerażająco, dzisiaj pokazał się z całkiem innej strony. Wsunęłam palce do kieszeni dżinsów i wyjęłam kartonik, który mi wręczył.

Wiktor Brudzyński

Autodetailing

Clean Your Car!

Schowałam wizytówkę i postanowiłam, że po powrocie do domu wyślę mu wiadomość z podziękowaniem za pomoc. Potem złapałam się na tym, że przecież już mu podziękowałam. Jeśli więc teraz się odezwę, może zinterpretować to jako chęć nawiązania kontaktu. Westchnęłam, ponownie wyjęłam wizytówkę i wrzuciłam ją do śmietnika. Nie chciałam teraz kontaktów z jakimkolwiek mężczyzną. Teraz, jutro, nigdy. Nie dałabym rady. Tak właśnie czułam. A może sama siebie chciałam przekonać? Od rozwodu minęło dwanaście miesięcy, a ja wciąż wzdrygałam się na każdy większy hałas czy podniesiony głos. Może kiedyś…

Zadzwonił telefon, zapewne ktoś chciał zamówić pizzę. Sięgnęłam po słuchawkę i wcisnęłam zielony przycisk.

– Pizzeria „Werona”, mówi Laura, czym mogę służyć?

Rozdział 2

Halsey, Without Me

Patrzyłem na niedojedzoną pizzę i Leona, który kciukami pisał coś na komórce. Miałem wrażenie, że ten cholerny iPhone przyrósł mu do rąk i gdybym chciał mu go zabrać, oderwałbym aparat razem z kończynami. Podobnie myślałem o jego słuchawkach. Łapałem się na tym, że zachowuję się jak stary pryk. A miałem dopiero trzydzieści trzy lata! Ale mentalnie o jakieś dziesięć więcej.

– Dogadujesz się z ludźmi w klasie? – spytałem, patrząc na chłopaka.

Wzruszył ramionami.

– I tak będę chodził z nimi tylko przez rok, więc mnie to wali – burknął.

– Ale chyba lepiej mieć jakichś kumpli – kontynuowałem. – Co z tym Wojtkiem, który ostatnio u nas był?

Spojrzał na mnie niebieskimi oczami, takimi samymi jak moje, i zmrużył je, a ja już wiedziałem, że zaraz rzuci jakąś złośliwość.

– No… on jest spoko. – Zamilkł na chwilę. – A ty niby masz tak dużo kumpli!? – rzucił nagle. – Normalnie tłumy.

– Miałem przyjaciela – powiedziałem cicho. – Kiedyś, gdy jeszcze mieszkałem w Poznaniu.

– To czemu już tam nie mieszkasz? I czemu nie masz już tego kumpla? – W końcu podniósł wzrok znad ekranu i na mnie spojrzał.

– Dobrze wiesz, dlaczego się wyprowadziłem. A z przyjacielem poróżniło nas… – zatrzymałem się na chwilę – wiele spraw. Ale mam zamiar to naprawić – tłumaczyłem cierpliwie, co było dla mnie nie lada wyzwaniem.

Wcześniej nigdy nie musiałem niczego tłumaczyć. Jeśli ktoś nie kumał mojego przekazu, to albo dostawał w baniak, albo latało mi to koło dupy. Ale Leon… Odkąd zacząłem się nim opiekować, próbowałem nawiązać z nim kontakt i naprawdę chciałem, byśmy znaleźli wspólny język. Co nie było łatwe samo w sobie, a do tego on mi w tym zupełnie nie pomagał.

– Dlaczego ona to zrobiła? – Teraz patrzył na mnie z wyczekiwaniem.

– Dobrze wiesz, że nie miała wyjścia – powiedziałem spokojnie.

– Ale ty miałeś. – Zmarszczył czoło.

Był teraz tak cholernie do mnie podobny.

– Miałem. – Pokiwałem głową. – Ale podjąłem taką decyzję, do której byłem w stu procentach przekonany. – Wiedziałem, że mówię szczerze.

– Aha. – Leon zebrał swoje rzeczy i zniknął w pokoju, w którym stały już nowe łóżko, biurko z komputerem i szafa.

Resztę mebli dopiero zamierzałem kupić, zamówiłem także fachowców do zabudowy wnęki, w której miała powstać mała garderoba.

Leon nie wyszedł już tego dnia z pokoju. Kilka razy stałem pod drzwiami i chciałem zapukać, za każdym razem ostatecznie jednak rezygnowałem. Co miałem mu powiedzieć…? Nie umiałem rozmawiać na tematy związane z życiem, rodziną, wychowaniem. Mnie wychowywała ulica. Patrząc na moją przeszłość i na to, co robiłem, i tak skończyłem bardzo dobrze. A Leon? Był zagubiony, wkurzony, zbuntowany. Rozumiałem go, co nie oznaczało, że mnie nie wnerwiał. Najchętniej bym nim potrząsnął i kazał wziąć się w garść. Ale to tak nie działało. Ta sytuacja sprawiała, że znów nie wiedziałem, co przyniesie kolejny cholerny dzień!

Następnego dnia siedziałem w firmie, którą otworzyłem niedaleko placu Grunwaldzkiego. Leon był w szkole, a ja zastanawiałem się nad dwiema kwestiami. Pierwszą z nich była decyzja co do mojej wizyty w PantaRhei i rozmowy z Konradem. Druga dotyczyła rudowłosej kobiety i mojego rozczarowania tym, że jednak nie zadzwoniła. Zastanawiałem się, czy nie odezwać się do niej… W sumie i tak miałem zamiar jeszcze raz w tym tygodniu zamówić pizzę. „Jak tak dalej pójdzie, to moja wysokobiałkowa dieta pójdzie się jebać, a ja zamienię mięśnie na tłuszcz”, pomyślałem.

Pokręciłem głową i zająłem się fakturami. Wówczas mój pracownik, Paweł, zapukał do biura i powiedział:

– Szefie, przyjechał klient, chce dogadać detailing na cztery auta.

Moi ludzie wiedzieli, że takie tematy obgaduję sam, autodetailing to była sztuka sama w sobie, a obsługa czterech samochodów naraz wymagała rozmowy z klientem i ustalenia indywidualnych warunków rozliczenia. Kiedy wyszedłem do małego holu, w którym stały stolik, dystrybutor z wodą i ekspres do kawy, zobaczyłem wysokiego, potężnego faceta z dłuższymi włosami. Patrzył na mnie czarnymi oczami, w których widziałem rezerwę i coś na kształt znaków zapytania. I już wiedziałem, że wszystko, co mówili o Patryku Rotterze, jest prawdą. Rzeczywiście wyglądał jak diabeł w ludzkiej skórze, a jego wzrok potrafił usadzić w miejscu nawet największego chojraka.

– Jesteś zainteresowany naszymi usługami? – zapytałem wprost, bo przecież nie miałem zamiaru udawać, że się nie znamy.

– Jestem zainteresowany tym, co robisz w tym mieście, Revenge? – Polluks mierzył mnie swoim diabelskim spojrzeniem.

– Jak widać – rozłożyłem ramiona – prowadzę firmę, mieszkam sobie.

– Podobno już nie walczysz?

– Sprawdziłeś? – Nie opuszczałem wzroku.

– Kiedy dobrzy ludzie donieśli mi, że były przeciwnik mojego przyjaciela otworzył firmę we Wrocku, musiałem się tym zainteresować. I wszystko sprawdzić. Informacja to władza. – Rzucił mi wyzywające spojrzenie. – Zamierzasz być wrzodem na dupie? – Zmarszczył brwi.

– Nie mam takich planów – powiedziałem szczerze. – Przez te pięć lat sporo się zmieniło.

– Właśnie widzę. Włosy ci odrosły. – Uśmiechnął się kpiąco.

– Co u Konrada? – spytałem.

Nie tylko po to, żeby zmienić temat. Czułem, że naprawdę chcę się tego dowiedzieć.

– Może sam spytasz?

– Nie wiem, czy będzie chciał ze mną gadać. – Wzruszyłem ramionami.

Polluks zmierzył mnie spojrzeniem.

– Nie przekonasz się, jeśli nie sprawdzisz. Klajzer jest menedżerem mojej hali rozrywki. Prowadzi też treningi dla młodych gniewnych. Ma rodzinę.

– Wszystkim wam się powiodło… – powiedziałem cicho.

– Łatwo nie było. – Rotter pokiwał głową. – Ale…

W tym momencie zadzwoniła moja komórka. Przeprosiłem go i odebrałem.

– Leon? Co jest?

– Musisz przyjechać do szkoły. To babsko znowu się przyjebało. – Jego głos ociekał znudzoną irytacją.

– Nie wyrażaj się, bo zaraz ktoś się przyczepi – warknąłem.

– Na bank, ona tu siedzi – powiedział kpiąco.

Pokręciłem głową.

– Kto? – zapytałem z nutką nadziei, że chłopak ma choć odrobinę instynktu samozachowawczego.

– No, dyra – prychnął.

Przekląłem pod nosem. Polluks uważnie mnie obserwował.

– Milcz już, Leon – nakazałem. – Zaraz będę.

Miałem ochotę złapać gówniarza za łeb i lekko przydusić. Może wówczas zacząłby trochę myśleć. Ale zdawałem sobie sprawę, że nie przyniosłoby to nic dobrego. Wyłączyłem komórkę i wziąłem głęboki wdech.

– Kłopoty? – Rotter uniósł brew.

– Nastolatek z pretensją do całego świata. Sorry, muszę jechać do szkoły. Liceum na Poniatowskiego.

– Kto tam chodzi? – Spojrzał na mnie zaciekawiony.

Potarłem twarz i odwzajemniłem spojrzenie. Rotter wpatrywał się we mnie spokojnym wzrokiem, w którym widziałem coś na kształt akceptacji.

– Mój pieprzony młodszy brat. Przyrodni brat.

***

Odebrałam Kubę z przedszkola i postanowiłam wrócić z Nowowiejskiej piechotą. Było bardzo ciepło, wiosna rozgościła się już we Wrocławiu na dobre. Dotarliśmy do placu Bema, tam kupiłam chleb i drożdżówki z jagodami. Kiedy mijaliśmy skrzyżowanie, dostrzegłam duże czarno auto z otwartymi oknami. W środku siedział ten sam mężczyzna, który kilka razy przychodził do pizzerii, wstawił się za mną i zostawił mi wizytówkę.

Wiktor.

Mimo że wyrzuciłam karteczkę, zapamiętałam wszystkie jego dane. Miałam fotograficzną pamięć. Przydawała się, zwłaszcza gdy mieszkałam jeszcze z byłym mężem w Opolu. Nie pozwalał mi się z nikim spotykać, nie mogłam mieć koleżanek, więc gdy poznałam dwie dziewczyny w parku, do którego chodziłam z Kubą, od razu zapamiętałam ich numery telefonów, żeby nie musieć zapisywać ich w komórce. Numer do Wiktora Brudzyńskiego także zapamiętałam. Kiedy przechodziłam przez ulicę, mocno trzymając rączkę synka, mój wzrok przeciął się ze spojrzeniem intensywnie niebieskich oczu tego wysokiego mężczyzny. Wyglądał na zirytowanego. Obok niego siedział przystojny młody chłopak, który miał naburmuszoną minę i co rusz wzruszał ramionami. Auto, porsche cayenne, nagle zjechało na chodnik i włączyło światła awaryjne. Zatrzymałam się, zaskoczona, obserwując, jak kierowca wysiada i podchodzi do mnie.

– Cześć. – Wiktor spojrzał na mnie i na Kubusia, który przypatrywał mu się szeroko otwartymi oczkami.

– Hej – odparłam, czując, że coś ściska mnie za gardło.

– Podwieźć cię gdzieś?

– Nie, wracamy do domu, nie trzeba. – Starałam się brzmieć naturalnie.

– A gdzie mieszkasz? To nie problem, serio – powiedział spokojnie.

Mrugnął do Kuby, a ten uśmiechnął się nieśmiało.

– Na Jedności, to blisko…

– Zapraszam. – Wskazał auto gestem.

– Nie trze… – chciałam zaoponować, ale synek pociągnął mnie za rękę.

– Mamo, jedźmy wielkim autem! – Wiedziałam, że kocha samochody, zwłaszcza duże i czarne.

Miał całą kolekcję jeepów i SUV-ów, które kupowałam w sklepie z zabawkami w Arkadach Wrocławskich.

– Jak masz na imię? – Wiktor kucnął i spojrzał na mojego synka.

– Kuba – odparł mały bez skrępowania.

– Tam siedzi Leon. – Wskazał na chłopaka, który przypatrywał się nam z siedzenia pasażera. – On ma fajną kolekcję komiksów. Lubisz komiksy?

– Lubię.

– To zapraszam was do siebie. Oczywiście, jeśli mama się zgodzi. – Zerknął na mnie. – A mojemu bratu przyda się jakieś pożyteczne zajęcie, może przestanie myśleć o głupotach – dodał ciszej, wpatrując się we mnie wzrokiem, którym prosił o zrozumienie.

– Mamooo, mamooo. – Kuba pociągnął mnie za rękę.

Spojrzałam na zegarek.

– Okej, możemy wpaść. Jeśli masz dobrą kawę. – Uśmiechnęłam się.

– Jasne, że mam. Mówisz do kawosza. – Mrugnął do mnie. – Wsiadajcie.

Gdy otworzyłam tylne drzwi, rozejrzałam się bezradnie. Nie było fotelika. „No jasne, ty idiotko – powiedziałam do siebie w myślach. – Skąd fotelik w samochodzie takiego faceta?” Dostrzegłam poduszkę, która leżała na skórzanym siedzeniu, posadziłam na niej Kubę i zapięłam pasami. Nie powinnam była zgadzać się na taką jazdę, nie wiem, co sobie wtedy myślałam, chyba nie chciałam robić zamieszania…

Kiedy już usadowiliśmy się na siedzeniu, Wiktor dokonał szybkiej prezentacji. Siedzący obok niego nastolatek burknął coś w odpowiedzi, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Dostrzegłam wzrok kierowcy we wstecznym lusterku, mrugnął do mnie i lekko przewrócił oczami. No tak, nastolatki… Chyba mogłam to zrozumieć. Chociaż co ja tam wiedziałam o byciu nastolatką? Już wtedy byłam zakochana i uzależniona od Marka Kosiniaka, mojego byłego męża, który znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie. Wzięłam szybki wdech i przełknęłam ślinę. To nie był dobry moment, żeby przypominać sobie tego gnoja. Widziałam, że Wiktor znów spogląda na mnie w lusterku. Zmarszczył przy tym brwi, chyba dostrzegł coś w mojej twarzy. Nigdy nie umiałam ukrywać uczuć, dlatego mój eks czytał we mnie jak w otwartej książce. I karmił się moim strachem, którego nigdy nie umiałam ukryć. W przeciwieństwie do mojej siostry.

– Nie będę żadną niańką – mruknął chłopak siedzący z przodu, wyjął z plecaka bezprzewodowe słuchawki i umieścił je na uszach.

– Nie potrzebuję niańki. Mam pięć lat i sam wiążę buty – odezwał się rezolutnie Kuba.

Wiktor uśmiechnął się do mnie w lusterku, a Leon coś prychnął, obniżył się na siedzeniu, ale dostrzegłam, że drży mu policzek, jakby próbował opanować śmiech.

– Dokładnie tak. – Przyszłam w sukurs synkowi. – Opanował tę sztukę już w zeszłym roku i był z siebie bardzo dumny. – Poczochrałam jego kasztanowe włoski.

– Nie potrzebuję nianiek – powtórzył Kuba.

– Dobra, luz – odezwał się Leon i wzruszył ramionami.

Kiedy dojechaliśmy do kamienicy, w której mieszkał Wiktor, okazało się, że to tylko kilka przecznic ode mnie. Ale nie to mną wstrząsnęło. Jego mieszkanie znajdowało się dokładnie naprzeciwko tego klubu. Spojrzałam na wygaszony neon.

PantaRhei

Zadrżałam.

Wiedziałam, co to za klub. Zapewne moja siostra często tam bywała, w końcu jej mąż trenował w tym miejscu i chyba był nawet współwłaścicielem. Skąd o tym wiedziałam? Od matki. Miałam z nią sporadyczny kontakt, ograniczający się do SMS-ów na święta i telefonów kilka razy w roku. Chociaż nawet to się urwało, gdy uciekłam od niego… Równie rzadko matka kontaktowała się z Liwią. Tak, nasza rodzina była ze sobą niezwykle blisko… Ostatnie wiadomości o mojej siostrze miałam sprzed dwóch lat, ale nie sądziłam, żeby coś się od tamtej pory zmieniło. Liwia i Darek byli cudowną parą, pamiętam, jak na nią patrzył, gdy kiedyś widziałam ich razem… Jakby była mu niezbędna do życia. Przez moment bardzo jej zazdrościłam, bo chciałabym kiedyś poczuć się tak samo. Jak czyjś powód do oddychania. Byłam jednak szczęśliwa, że ułożyła sobie życie. I tak bardzo za nią tęskniłam.

Kiedy zobaczyłam ten klub, wszystko do mnie wróciło, uderzyło we mnie. Cała przeszłość, wszystkie błędy, moje popaprane życie, słabości. A jednocześnie poczułam jakieś dziwne dławienie w gardle. Tak bardzo chciałabym się z nią zobaczyć. Zupełnie nie wiedziałam jednak, jak to zrobić. Co miałabym wówczas powiedzieć? Liwio, miałaś rację? Liwio, to twój siostrzeniec? Liwio, kocham cię?

– Wszystko gra? – Wiktor przypatrywał mi się przez chwilę.

Leon podążył do bramy, a Kuba coś do niego mówił, prawdopodobnie zadawał setki pytań. Pokiwałam głową.

– Jasne. Mam nadzieję, że mój syn nie przerazi zbytnio twojego brata.

– A nawet jeśli, to bardzo dobrze. – Uśmiechnął się. – Zapraszam.

Weszliśmy do bramy, Kuba nieustannie ględził, jak to on, a ja wspinałam się na trzecie piętro, myśląc o tym, co właściwie robię. Ale zbyt wiele razy w życiu rozmyślałam o każdym kroku, zastanawiając się, czy nie dostanę za to w twarz. Dlatego teraz, kiedy wreszcie stałam się wolna, chyba nadszedł czas, aby odpuścić analizowanie każdego pieprzonego posunięcia. O tak, przeklinałam. Nie przy synu, ale w myślach często. Pewnie dlatego, że mój eks nie uznawał przekleństw, chciał mieć żonę ze Stepford, a nie „pyskatą sucz”, jak to często określał.

Mieszkanie Wiktora okazało się bardzo przestronne, w fazie remontu. Kiedy znaleźliśmy się w środku, Leon włączył jakąś grę na PlayStation, Kuba usiadł obok niego i patrzył, oczywiście zadając kolejne pytania. Chłopak sięgnął z westchnieniem pod szafkę, z której wyjął plik komiksów, i podał je małemu. Wiktor stanął w kuchni przy ekspresie i popatrzył na mnie z wyczekiwaniem.

– Czarna, espresso, latte? – zapytał.

– Czarną poproszę – powiedziałam, nieśmiało się rozglądając.

– Dobry wybór. – Wcisnął na ekranie ikonkę czarnej kawy. – Niedawno kupiłem ten kwadrat, muszę go wyremontować – wyjaśnił.

– Fajne, duże mieszkanie. Ja mam trzydziestoośmiometrową klitkę. – Wzruszyłam ramionami. – Ale i tak cieszę się, że w niej mieszkam – dodałam ciszej.

Widziałam, że na moment się zatrzymał i spojrzał na mnie, jakby chciał o coś zapytać, ale ostatecznie zrezygnował. Ja też byłam ciekawa, dlaczego sam wychowuje brata i jaka jest jego historia, bo nie wątpiłam, że jakąś ma. Ale na takie pytania było jeszcze za wcześnie. O ile kiedyś w ogóle pozwoli mi je zadać. Poza tym… po wszystkich moich przeżyciach, nie umiałam już chyba rozmawiać ot tak, na luzie. Nigdy nie miałam żadnych znajomych, przyjaciółek, a już kontakty z mężczyznami… Nie mogłam nawet zamienić dwóch słów z kurierem, który przyniósł paczkę, bo od razu byłam podejrzewana o flirtowanie i rychłą zdradę.

– Nagle posmutniałaś, wszystko okej? – Wiktor zmarszczył brwi.

Postawił przede mną kawę, tak pięknie pachnącą, że moje kubki smakowe zaczęły się już przygotowywać na tę niewątpliwą ucztę.

– Jasne. Po prostu… życie – odparłam enigmatycznie i sięgnęłam po filiżankę.

– No tak, ono nie zawsze gra fair.

Siedzieliśmy przy oknie, z którego miałam doskonały widok na klub PantaRhei. Kiedy podjechał czarny SUV, zapatrzyłam się na niego. Wiktor poszedł w tym czasie do chłopców, zaniósł im napoje i jakieś słodycze. Gdy zobaczyłam wysokiego wytatuowanego mężczyznę, który prowadził za ręce chłopca i dziewczynkę, coś złapało mnie za gardło. To był on… poznałam go. Darek Darylski. Mąż mojej siostry. A dzieci… och, Boże. To musiały być ich dzieci… Były tak podobne do nich obojga. Zacisnęłam palce na blacie drewnianego stołu tak mocno, że paznokcie zrobiły się sinobiałe.

Moi siostrzeńcy.

„Nie mam nawet pojęcia, jakie noszą imiona”, ta myśl zakłuła mnie prosto w serce.

Kiedy Darek wraz z dziećmi zniknęli w bramie klubu, odwróciłam wzrok i spojrzałam na Wiktora.

– Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. – Powiódł wzrokiem tam, gdzie wcześniej patrzyłam.

– Nie, po prostu… – Co miałam mu powiedzieć? – Tamten mężczyzna przypomniał mi kogoś z przeszłości. – O tak, to były duchy mojej popieprzonej przeszłości.

Wiktor zmarszczył brwi i przejechał dłońmi po gęstych ciemnobrązowych włosach.

– Już myślałem, że znasz Marsa – wypalił, a mnie po plecach przeszedł dreszcz.

– A ty skąd go znasz? – spytałam cicho, wpatrując się w jego błyszczące oczy.

Pokręcił głową i wzruszył ramionami.

– Nie znam. On także przypomina mi kogoś z przeszłości.

Rozdział 3

PRO8L3M, Art. 258

Minął kolejny tydzień, kiedy próbowałem poukładać wszystko w swoim życiu, które nagle przewróciło się do góry nogami. Bo odkąd pojawił się w nim Leon, miałem szansę dostrzec w końcu jakiś cel, przestać się karmić nienawiścią i żyć przeszłością. Poza tym spodziewałem się rychłej wizyty byłego najlepszego kumpla. Rotter musiał opowiedzieć mu o mojej obecności we Wrocławiu. Do tego doszła jeszcze znajomość z Laurą, która była tak skryta, że musiało ją spotkać w życiu coś mało przyjemnego. Wyczuwałem takie klimaty na odległość. Wychowałem się na Jeżycach, przemoc domowa często gościła w rodzinach moich kumpli, a choć ja jej nie zaznałem, mój dom był pełen zdrad, kłamstw i obojętności. A potem matka po prostu mnie zostawiła.

Spojrzałem na Leona, który – rozwalony na sofie – oglądał jakiś serial na Netflixie. Jak do tego doszło, że poleciałem za ocean, przywiozłem swojego osieroconego przyrodniego brata i zostałem jego opiekunem prawnym? Moja matka, zanim zginęła w wypadku, zabezpieczyła Leona, regulując wszystkie kwestie prawne. A ja? No cóż. Nie mogłem go zostawić. A poza tym… Całe życie byłem sam. Jak palec. A to bardzo popieprzone uczucie, którego miałem serdecznie dosyć.

Nagle zadzwoniła komórka mojego brata. Zerknął na wyświetlacz, potem na mnie i czym prędzej poszedł do swojego pokoju. Zmarszczyłem brwi. Był nastolatkiem, rozumiałem, że nie chce rozmawiać przy mnie, może dzwonił kumpel albo dziewczyna… Jednak ostatnio kilka razy zachowywał się w podobny sposób, a ja zbyt wiele miałem za sobą, aby takie rzeczy lekceważyć. Podszedłem powoli do drzwi, za którymi zniknął, i przystawiłem do nich ucho, nasłuchując jak osiedlowa plotkara.

– Dam radę. No serio. Dobra, będę o dwudziestej. Od Szarego, kumam. Nara!

Czym prędzej odsunąłem się od drzwi i poszedłem do salonu. Słyszałem, jak młody wychodzi i zamyka się w łazience. Po chwili wyszedł i spojrzał na mnie.

– Spadam na dwie godzinki – oznajmił.

– Dokąd? – spytałem krótko.

– Do Wojtka. Ma jakieś nowe gry.

Wojtek był chłopakiem, z którym Leon zakumplował się po przyjściu do nowej klasy. Był już u nas raz i mój brat także chodził do niego. Koleś mieszkał na Polance, w dziesięciopiętrowcu przy Żmigrodzkiej. Ale teraz… byłem pewien, że mój brat wybiera się zupełnie gdzie indziej. Wiedziałem jednak, że jeśli każę mu zostać w domu, następnym razem wyjdzie i może już nie wrócić. Kiwnąłem głową.

– Dobra. Bądź o dwudziestej drugiej.