Respect. Życie Arethy Franklin - David Ritz - ebook

Respect. Życie Arethy Franklin ebook

David Ritz

4,0

Opis

Monumentalna, nieocenzurowana biografia Arethy Franklin stworzona przez jednego z najbardziej znanych biografów świata muzyki. David Ritz przygotowywał się do napisana tej książki niemal czterdzieści lat. Prowadził długie rozmowy z gwiazdą, jej rodzeństwem i współpracownikami. Dzięki temu powstała jedyna pełna, a przede wszystkim odbrązowiona opowieść o królowej soulu. Za maską diwy XX wieku dostrzegamy opuszczoną córkę, nastoletnią matkę, kobietę zmagającą się z uzależnieniami i zmianami nastroju oraz piosenkarkę ponad wszystko pragnącą sławy, raz za razem uparcie i mimo kłopotów odnajdującą drogę do zwycięstwa. To także obraz środowiska gospel, soulu czy R’n’B, o którym opowiadają między innymi Smokey Robinson, Ray Charles, Luther Vandross, Jerry Wexler, BB King.

Respect została uznana za jedną z najlepszych książek muzycznych 2014 roku przez magazyn „Rolling Stone”.

"Ta książka przewyższa klasyczne już dzieło Davida Ritza o Marvinie Gaye’u. "Respect" będą czytały następne pokolenia pragnące zrozumieć naszą kulturę muzyczną. Ritz zasługuje na nagrodę za całokształt swojej pracy – najpełniejszą soulową kronikę muzyki amerykańskiej." Charles Keil

"Monumentalna biografia największej soulowej wokalistki napisana przez wielkiego Davida Ritza, powiernika całego pokolenia gwiazd soulu. [...] To jest gość. A to jest TA książka." Joel Selvin

"Ritz opowiada historię geniuszu, niedostosowania i ślepej ambicji, opisuje świat triumfów i tragedii o niemal mitycznych rozmiarach. Doskonale czyta się tę naprawdę heroiczną biografię – szczerą, czułą, pozbawioną tematów tabu." Ben Sidran

""Respect" będzie uważana za jedno z największych osiągnięć Ritza." Nate Chinen, „The New York Times”

"Niezwykle złożony obraz muzyki i burzliwego życia Arethy Franklin." „Rolling Stone”

"Ritz przygotowywał się całe życie, by napisać tę książkę [...]. Poznanie szczegółów skomplikowanego i czasami bolesnego życia Arethy Franklin pomaga lepiej zrozumieć ból i namiętność wypełniające jej muzykę." Gavin Edwards, „Rolling Stone”

"Szczery i pełny szacunku portret prawdziwej diwy, stworzony przez pisarza, który czuje moc jej sztuki." „Kirkus Reviews”

"Odkrywczy i najbardziej wyczerpujący portret Królowej." Jim Farber, „New York Daily News”

"Uczciwe, nieugrzecznione spojrzenie na niewiarygodnie utalentowaną, ale wymagającą diwę." „People”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 661

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




W Serii Amerykańskiej ukaże się m.in.:

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Już w księgarniach:

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia.

Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

S.C. Gwynne Imperium księżyca w pełni.Wzlot i upadek Komanczów

DAVID RITZ

RESPECT

Życie Arethy Franklin

Przełożyła Dobromiła Jankowska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Respect. The Life of Aretha Franklin

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by Michael Ochs Archives / Getty Images

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 2014 by David Ritz

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2015

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2015

Redakcja Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta Magdalena Mrożek / d2d.pl, Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-138-0

Pamięci Jerry’ego Wexlera i Ruth Bowen, prawdziwych mentorów

SPOTKANIE Z KRÓLOWĄ

W połowie lat siedemdziesiątych, kiedy zaczynałem pisać książki, marzyłem o tym, by pracować z trzema osobami: Rayem Charlesem, Arethą Franklin i Marvinem Gaye’em. Twórczość tych trojga artystów była moją największą pasją. Musiałem ich poznać. Miałem pewność, że ich życie jest równie intrygujące co muzyka.

Najpierw był Ray. Niezmordowanie usiłowałem do niego dotrzeć. Napotykałem jednak kolejne przeszkody, a kontakt udało mi się nawiązać, dopiero kiedy w Western Union uzyskałem informację, że muzyk odbiera wiadomości napisane alfabetem Braille’a. Włożyłem w tamte telegramy całe serce. Ray zgodził się ze mną spotkać, zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy pracę. Najpierw jednak musiałem porzucić pierwotny plan napisania klasycznej jego biografii i postanowiłem, że opowiem tę historię głosem Raya. Wtedy właśnie odkryłem, jak ekscytująca i piękna jest praca ghostwritera, autora widma. Tamta książka, Brother Ray, została dobrze przyjęta i dała mi odwagę do rozpoczęcia kolejnego projektu – współpracy z Arethą. Tyle że gdy Ray przedstawił mnie artystce w jej garderobie w Dorothy Chandler Pavilion w Los Angeles, nie była zainteresowana współpracą, a przynajmniej nie wtedy.

Po napisaniu kilku powieści skontaktowałem się z Marvinem Gaye’em i w tym przypadku wydarzenia potoczyły się zupełnie inaczej niż z Rayem. W trakcie pracy nad książką Marvin został zamordowany przez swojego ojca. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko zmienić niedokończoną autobiografię w biografię. Pisanie Divided Soul. The Life of Marvin Gaye było doświadczeniem wyjątkowym i wciągającym, ale ogromnie smutnym. Opłakiwałem Marvina i bardziej niż czegokolwiek innego pragnąłem, by dane mi było napisać całą książkę z jego punktu widzenia.

Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że jeśli mam wybór, wolę pracować jako autor widmo niż niezależny biograf. Nawiązywałem osobistą relacją z artystą, ale też uwielbiałem mówić jego głosem. Czułem się aktorem grającym wybraną rolę. Przez następnych dwadzieścia lat pracowałem jako ghostwriter między innymi ze Smokeyem Robinsonem, Ettą James, B. B. Kingiem i The Neville Brothers. Po publikacji każdej kolejnej książki wysyłałem egzemplarz Arecie z liścikiem, w którym wyrażałem nadzieję, że wkrótce będę mógł nawiązać współpracę także i z nią.

Kiedy skończyłem pisać autobiografię Jerry’ego Wexlera, najważniejszego producenta nagrań Arethy, nabrałem pewności, że ten dzień jest bliski. Zbierając materiał o życiu Wexlera, chcąc nie chcąc, gromadziłem także informacje o życiu Arethy. Wexler znał niemal wszystkich najważniejszych współpracujących z nią muzyków i ze wszystkimi mnie skontaktował, między innymi z Johnem Hammondem, pierwszym producentem gwiazdy, z którym przeprowadziłem obszerny wywiad.

Od dwudziestu lat obracałem się w środowisku rhythmandbluesowym, miałem więc mnóstwo informacji o życiu i pracy Arethy. Spędziłem setki godzin na rozmowach z jej znajomymi: Lutherem Vandrossem, producentem Jump to It – hitu, dzięki któremu wróciła na szczyt; Arifem Mardinem, aranżerem pracującym z nią przez ponad czterdzieści lat, oraz Ruth Bowen, jej agentką i prawdopodobnie najbliższą współpracowniczką, która bardzo otwarcie odpowiadała na wszystkie moje pytania.

Najważniejsze jednak były moje relacje z najbliższą rodziną gwiazdy: jej braćmi Cecilem i Vaughnem oraz siostrami Ermą i Carolyn. Dzięki nim uzyskałem dostęp do najbardziej prywatnych spraw Franklinów, zanim jeszcze zacząłem pracować z samą Arethą. Wiele z tych znajomości zawdzięczam Smokeyowi Robinsonowi, który dorastał w Detroit i był najbliższym przyjacielem Cecila. Rodzeństwo Arethy popierało mnie, gdy próbowałem ją przekonać do współpracy. Przez te wszystkie lata dostarczali mi nieocenionych i szczegółowych informacji o siostrze.

Za każdym razem, kiedy jechałem do Detroit, a jeździłem tam często, wysyłałem Arecie pocztówkę przypominającą, że liczę na spotkanie. Aż w 1994 roku się udało. W pewien środowy wieczór, około dwudziestej, w moim pokoju w hotelu Atheneum zadzwonił telefon.

– Panie Ritz – odezwała się. – Mówi Aretha Franklin.

Jąkam się od zawsze i tym razem nie mogłem wydusić z siebie słowa. Na moment ogarnęła mnie panika. A co, jeśli dwudziestoletnie próby spełzną teraz na niczym, bo nie zdołam wypowiedzieć jednego zdania? Co, jeśli zszokowany jej telefonem straciłem głos? Co, jeśli właśnie spaprałem sprawę?

Pokonałem jednak te obawy i z trudem, ale udało mi się w końcu powiedzieć, że bardzo się cieszę z jej telefonu.

– Przesłuchuję ewentualnych współpracowników do napisania autobiografii – powiedziała. – I chciałam porozmawiać z panem.

– Dziękuję… panno Franklin.

Chciałem zwrócić się do niej po imieniu, ale przez formalny ton (jeszcze przez kilka tygodni zwracała się do mnie „panie Ritz”) jasno dała mi do zrozumienia, że byłoby to nie na miejscu.

– Proszę mi powiedzieć, jak chciałby pan ze mną pracować – zaczęła.

– Spotkam się z panią w dogodnym dla pani czasie – odparłem.

– Nie zamierzam odbywać spotkań. Tylko telefony.

– I nic więcej?

Moje pytanie w końcu wywołało jej śmiech.

– Tak, panie Ritz, nic więcej. Proszę mi opowiedzieć, jak pan pracuje.

Z największym zaangażowaniem, na jakie mogłem się zdobyć, wyjaśniłem pomysł na projekt: że interesuje mnie jej książka, nie moja własna, i że jestem pewny, iż jej historia należy do najwspanialszych nieopowiedzianych biografii współczesnej amerykańskiej kultury, że nikt nie kocha jej muzyki bardziej ode mnie, że nikt nie słucha nagrań bardziej obsesyjnie i nie śledzi jej kariery tak dokładnie, że nikt nie będzie pracował ciężej, by prawdziwie przemówił jej prawdziwy głos, a marzeniem mego życia jest opowiedzieć jej historię, i to opowiedzieć ją wiarygodnie.

Zakończyła rozmowę, nie mówiąc, jaką podjęła decyzję. Tamtej nocy nie mogłem zasnąć. Do czasu, gdy tydzień później zadzwoniła po raz drugi, byłem wrakiem człowieka.

Chwila, w której dowiedziałem się, że panna Franklin wybrała mnie, była jedną z najszczęśliwszych w moim życiu. Wyjąłem jej wspaniały album gospel Amazing Grace i odsłuchałem go od początku do końca.

Zadzwoniłem do mojego przyjaciela Billy’ego Prestona, którego poznałem przez Raya Charlesa wiele lat wcześniej, by przekazać mu dobre wiadomości. Billy i Aretha mieli wspólnego mentora – wielebnego Jamesa Clevelanda, wielką postać muzyki gospel i jedno z moich najlepszych źródeł dotyczących życia Arethy. Billy przeszedł tę samą co ona ścieżkę od muzyki kościelnej do świec­kiej. Znali się zresztą od dzieciństwa. Wiele razy bywali w tych samych studiach nagraniowych i występowali na tych samych scenach. Przez lata Billy bardzo dużo mi opowiedział o świecie Arethy.

Pogratulował mi wtedy i ostrzegł:

– Zachowaj nadzieję, że będzie dobrze, ale nie oczekuj zbyt wiele.

– Dlaczego tak mówisz, Billy?

– Bo ją znam, ta dziewczyna nigdy się nie otworzy. Nigdy.

Nie chciałem mu wierzyć. Nie chciałem wierzyć innym przyjaciołom i współpracownikom Arethy, którzy twierdzili, że nigdy nie przedrę się przez jej zbroję i nie odkryję prawdziwej historii. Nie chciałem też wierzyć Ermie Franklin, która mówiła:

– Bardzo kocham moją siostrę, a za ciebie się modlę. Nic bardziej by mnie nie uszczęśliwiło, niż gdyby opowiedziała o całym bólu, którego doświadczyła. Ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, że to zrobi. Zbudowała wokół siebie mur, na który jeszcze nikomu nie udało się wspiąć.

Napędzany niegasnącym entuzjazmem już widziałem w wyobraźni, jak przechodzę przez ów mur, choć inni twierdzili, że to niemożliwe. Niemal wszyscy najbliżsi współpracownicy Arethy mówili to samo co Billy Preston i Erma. Opowiadali, że z artystką pracuje się coraz trudniej, że staje się nerwowa, dominująca i szybko się irytuje. Nie obchodziła mnie ich opinia. Miałem zamiar to wszystko zmienić. Zamierzałem być tak cierpliwy, tak uległy, uroczy i łagodny, jak to tylko możliwe, żeby się tylko przełamała. Przecież po napisaniu tak wielu książek wiedziałem już, jak radzić sobie z gwiazdami. Byłem przyzwyczajony do trudnych charakterów. Ray Charles, choć genialny, potrafił być marudny. Za Marvinem Gaye’em jeździłem z Hawajów przez Anglię do Belgii, by tylko opowiedział mi swoją historię, choć zmagał się wtedy z depresją. Etta James mówiła o sobie, że jest „schizofreniczką do szpiku kości”, i w swojej autobio­grafii dziękowała mi, że „dałem radę towarzyszyć jej w klatce z lwami”. Nie dam się Arecie. Zamierzałem wykorzystać wszystkie pokłady mojej dobrej woli i znaleźć sposób na oczarowanie jej.

Trochę się udało, ale raczej poniosłem klęskę. Mimo ogromnej determinacji, by pozostać cierpliwym słuchaczem, którego subtelna nieustępliwość pozwoli bohaterce zdradzić wszystkie święte tajemnice, moja technika ostatecznie zawiodła. Nie zdołałem się przebić przez zbroję Arethy. Po zakończeniu pracy okazało się, że moje głęboko wyrozumiałe podejście nie zrobiło na niej żadnego wrażenia. W niemal wszystkich pozostałych przypadkach – Raya, Marvina, Etty, Smokeya, B. B., The Neville Brothers, Jimmy’ego Scotta, Leibera i Stollera, Tavisa Smileya, Cornela Westa, Buddy’ego Guya, Bettye LaVette i Joego Perry’ego – powstała taka książka, jakiej pragnąłem. W przypadku Arethy tak się nie stało. Za to ona dostała historię, jakiej pragnęła. I do dziś uważa tamtą biografię za swój prawdziwy portret.

– Kiedy Aretha patrzy w lustro – powiedziała mi wiele lat wcześniej jej siostra Erma – widzi zupełnie inną kobietę niż my.

Pracując jako współautor, zawsze dążę do bliskości. Jestem w końcu pośrednikiem między artystą a czytelnikiem, który oczekuje, że gwiazda będzie mówić do niego szczerze i bezpośrednio. Kiedy jechałem do domu Arethy na pierwszą rozmowę, planowałem stworzyć luźną, sprzyjającą dialogowi atmosferę, która pozwoli na bliskość.

Znałem dokładną lokalizację jej domu w Bloomfield Hills, na zalesionych przedmieściach Detroit, ponieważ poprzedniego wieczoru sprawdziłem trasę. Musiałem się upewnić, że pierwszego dnia się nie zgubię. Nie miałem planu, listy pytań czy tematów rozmowy. Uznałem, że najlepiej będzie pozwolić Arecie, by to ona poprowadziła konwersację, byśmy bez napięcia, powoli mogli się poznać. Chciałem zrobić tylko jedną rzecz – zacząć od modlitwy i podziękować Bogu, że mamy okazję spisać historię, w której odbije się Jego miłość.

Od końca lat siedemdziesiątych, kiedy poznałem Marvina Gaye’a, stawałem się coraz bardziej religijny. Marvin tak opowiadał o Bogu, że sprawił, iż chciałem uwierzyć. Zmieniałem się bardzo długo (dopiero w 2004 roku przyjąłem chrzest) – byłem intelektualistą i Żydem, zacząłem jednak dostrzegać, że moje antropologiczne podejście do kultury Afroamerykanów przekształca się w coś innego. Zrozumiałem, że w samym sercu tej kultury leży trwałe przekonanie, że Bóg miłości jest żywym duchem.

Kiedy Aretha otworzyła drzwi i zaprosiła mnie do domu, myślałem o Bogu. Przecież tylko dzięki Jego łasce mogłem się spotkać z tą wyjątkową kobietą.

Weszliśmy do salonu. Wciąż mówiliśmy sobie „panno Franklin” i „panie Ritz”. Wymieniliśmy uprzejmości i spytałem, czy mogę zmówić krótkie dziękczynienie.

Założyłem, że córka pastora w każdym momencie będzie gotowa na modlitwę, szybko jednak zrozumiałem, że dla Arethy w tym momencie była to zbyt intymna czynność. Wycofałem się, choć i tak w pewnym sensie udało mi się pomodlić:

– Chciałem tylko podziękować Bogu, że dał nam szansę współpracy.

Tamten dzień, a także kilka następnych tygodni, spędziliśmy na rozmowach tylko i wyłącznie o muzyce. A rozmawiając o muzyce, szczególnie o świecie gospel lat pięćdziesiątych, z którego wyrosła Aretha, nigdy nie przekraczaliśmy granicy intymności. Puszczałem jej jakiś współczesny kawałek gospel, którego nie znała, ona – tradycyjną pieśń gospel, której z kolei nie znałem ja. Niesamowita wymiana. Nasze rozmowy z salonu przeniosły się do kuchni, Aretha zaczęła częstować mnie obiadem, a od czasu do czasu także kolacją. Myślałem, że udało mi się pokonać trudności.

Znów się myliłem. Delikatne tematy (matka Arethy, która zostawiła rodzinę; Aretha, która jako nastolatka urodziła dwoje dzieci; Ted White – pierwszy mąż Arethy, który ją bił; ojciec Arethy, który bił swoją partnerkę Clarę Ward, gwiazdę gospel) absolutnie nie wchodziły w grę. Podobnie jakakolwiek introspekcja. Konfrontacja z samą sobą była czymś, czego Aretha nie rozumiała i na co nie miała ochoty. Idealizując swoją przeszłość, ukrywała ból.

Czasami ten ból, choć niewypowiedziany, można było dostrzec we łzach, które pojawiały się w jej oczach, gdy milczała, nie odpowiadając na moje pytanie o jakieś rozczarowanie czy stratę. Wiedziałem, że w tych łzach kryją się odpowiedzi.

Moje wyzwanie było oczywiste. Musiałem drążyć. Sądziłem, że jeśli zacytuję dziesiątki wywiadów, które przeprowadziłem z jej rodzeństwem, przyjaciółmi i wspólnikami, to ich komentarze sprowokują bardziej osobistą refleksję. To był kiepski pomysł. Aretha chciała po prostu napisać swoją książkę. Nie mogłem się sprzeczać. A argumentem na korzyść opowieści, która powstała – From These Roots – było to, że mimo ogromnych luk i przemilczeń tak właśnie postrzegała się sama Aretha. Badacze kulturoznawstwa i psychologii, którzy chcieliby zrozumieć tę tajemniczą kobietę skrywającą się za murem milczenia, nie mogą zignorować autobiografii, jaką przecież z rozmysłem stworzyła.

Wśród tych badaczy byłem i ja. Ponieważ jednak efektem mojej pracy ghostwritera była opowieść pod wieloma względami nieprawdziwa, nie zaprzestałem badań. Tę historię piszę teraz tak, jak sam ją postrzegam.

Moim zdaniem po dwóch latach pracy nad From These Roots poniosłem porażkę – nie udało mi się pokazać wielkiego potencjału historii życia Arethy. Nie zrealizowałem swoich zamierzeń. Od publikacji książki przed mniej więcej piętnastoma laty nie zaznałem spokoju. Ponad dekadę zajęło mi zmuszenie się do ponownego spisania historii Arethy; wiedziałem, że tym razem muszę pracować solo.

Kilka lat temu sama Aretha wpadła na pomysł drugiej książki, dalszego ciągu From These Roots. Choć wykluczyła mnie z ostatnich etapów redakcji swojej autobiografii, nasze relacje po publikacji pozostały serdeczne. Od czasu do czasu dzwoniła do mnie. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych spędziłem z nią i Jerrym Wexlerem kilka przyjemnych wieczorów w East Hampton. Jeździłem również na jej występy do Detroit.

Kiedy spotkaliśmy się na jednym z takich właśnie koncertów gospel, które dawała w Detroit, wzięła mnie na bok i powiedziała:

– Chyba nadszedł czas, by napisać drugą książkę.

Zdziwiłem się, ale i ucieszyłem, że znów chce ze mną pracować.

– Chciałbym wrócić do dawnych materiałów i część z nich omówić jeszcze raz – powiedziałem. – I niektóre tematy opisać głębiej.

– Ależ nie – natychmiast zareagowała Aretha. – From These Roots jest doskonała. Mówię o tym, co się wydarzyło od czasu jej wydania. Magazyn „Rolling Stone” ogłosił mnie najwspanialszą piosenkarką wszech czasów. A w ostatnich latach dostałam sporo nagród.

– Obawiam się, że w nowym wydawnictwie musiałoby się znaleźć coś więcej niż lista wyróżnień.

– Nie zgadzam się – oznajmiła. – O tych nagrodach nie napisano wystarczająco dużo.

Kiedy wspomniałem, że zamierzam napisać niezależną jej biografię, Aretha powiedziała:

– Jeśli tylko będę mogła ją zaakceptować przed drukiem.

– Wtedy nie będzie niezależna – zauważyłem.

– A dlaczego ma taka być?

– Żebym opowiedział tę historię z mojego punktu widzenia.

– Przecież to nie twoja, tylko moja historia.

– Aretho, jesteś ważną postacią. Z pewnością pojawią się inni, którzy będą chcieli opowiedzieć o twoim życiu. Takie są blaski i cienie bycia osobą publiczną.

– Bardziej cienie niż blaski – odparła.

Kiedy rozpoczynałem aktualizowanie materiałów do napisania tej książki, zrobiłem to bez błogosławieństwa Arethy, ale ze wsparciem trojga najbliższych jej członków rodziny: kuzynki Brendy Corbett (która przez dwadzieścia lat śpiewała także w chórkach gwiazdy), siostrzenicy Sabriny (córki Ermy) oraz szwagierki Earline Franklin. Zgodziły się, że historię Arethy należy opowiedzieć z perspektywy innej niż jej własna. I obiecały mi pomoc.

– Wierzymy, że napiszeszsprawiedliwą wersję tej historii – powiedziała Brenda.

Podoba mi się słowo „wersja”. Mimo ogromu materiału, jaki zgromadziłem, pierwszą moją książkę o Arecie uważam jedynie za pewną wersję. Nie sądzę też, by w ogóle istniało coś takiego jak jedyna prawdziwa historia jej życia. Powstało ich wiele. Moja nie jest obiektywna. Pracowałem z Arethą wiele lat, poznałem ją osobiście i dobrze. Kocham ją i współczuję jak siostrze w wierze. Podziwiam jej twórczość. Jednak do tego projektu podchodziłem z ogromną rezerwą, podobnie jak wcześniej ona sama do From These Roots. Wnoszę do niego specyficzną kulturową wiedzę, która we mnie siedzi. A także badania nad psychologią i mitologią, które prowadziłem przez całe życie. Bo to właśnie czarna muzyka, nie tylko gospel, ale też jazz, blues i R&B, przywiodły mnie do Kościoła, w którym Bóg jest wychwalany i wielbiony, a uwielbienie i chwała pozostają najważniejszymi pojęciami w moim podejściu do sztuki. Nie istnieje jednak, w mojej opinii, prawość bez krytycznej analizy. Boga należy czcić, ale też zadawać mu pytania; wielbić, ale również studiować.

Wnoszę do tego projektu także szacunek. Dlatego książka nosi tytuł największego hitu Arethy. Bo tak naprawdę w życiu Arethy chodzi właśnie o to, by zdobyć szacunek i go utrzymać. Nie byłoby Respect bez From These Roots. Nie napisałbym tej książki, gdybym nie został współautorem poprzedniej. I tę drugą traktuję jako uzupełnienie pierwszej.

Nie miałem wyboru, musiałem zacząć tam, gdzie rozpoczynają pracę wszyscy badacze postaci Arethy: od jej pojęcia tego, co jest prawdziwe. Respektuję to pojęcie nawet wtedy, gdy je podważam. Szanuję prawo gwiazdy do interpretowania własnej złożonej historii, nawet jeśli próbuję tę interpretację reinterpretować i poszerzać. Jednak, co ważniejsze, jestem wdzięczny Arecie, że zadzwoniła do mnie tamtego dnia, do hotelu Atheneum w Detroit. Dziękuję, że odpowiadała na moje niezliczone pytania w ciągu tych lat, kiedy razem pracowaliśmy. Dziękuję, że karmiła moją duszę i reagowała na mój entuzjazm. Dziękuję za bananowy pudding z ciasteczkami waniliowymi i lasagne à la Aretha.

Minęło trzydzieści sześć lat od brzemiennego w skutki wieczoru, kiedy Ray Charles przedstawił mnie Arecie Franklin w jej garderobie w Dorothy Chandler Pavilion. Od tamtej chwili mam specjalny przywilej: mogę dokumentować życie gwiazdy z dwóch zupełnie różnych perspektyw, jej oraz własnej, za co jestem ogromnie wdzięczny.

CZĘŚĆ 1

Święte źródła

1. OJCIEC I CÓRKA

Nat Cole, Sam Cooke i Marvin Gaye także mieli ojców pastorów, jednak żaden z tych kaznodziejów nie był sławny. Żaden nie zdobył popularności i nie zrobił kariery muzycznej. Tacie Arethy, wielebnemu C. L. Franklinowi, udało się to i dużo więcej. W historii czarnej Ameryki był postacią ogromnie ważną: ten działacz społeczny i postępowy teolog stał u boku swojego bliskiego przyjaciela Martina Luthera Kinga jako przywódca ruchu walczącego o prawa obywatelskie Afroamerykanów. Sławę zyskał jednak przede wszystkim dzięki wyjątkowemu talentowi retorycznemu łączonemu z rozemocjonowaniem pełnej pasji, rytmicznej muzyki.

Wielki bluesowy artysta Bobby „Blue” Bland opowiadał mi, jak po raz pierwszy zobaczył C. L. Franklina wygłaszającego kazanie w kościele baptystów New Salem w Memphis.

– Nie miałem więcej niż jedenaście, dwanaście lat, kiedy mama z rodziną zabrali mnie, bym posłuchał nowego kaznodziei, o którym wszyscy mówili. To był początek lat czterdziestych. Jeszcze nie przeprowadziliśmy się wtedy do Memphis, ale jeździliśmy tam na weekendy, przede wszystkim po to, by pójść do kościoła. Lubiłem nabożeństwa z powodu radosnego ducha muzyki, ale kiedy jakiś pastor zaczynał mówić, nudziłem się i kręciłem na swoim miejscu. I wtedy pojawił się ten człowiek o głosie piosenkarza. Zresztą zanim rozpoczął kazanie, śpiewał i natychmiast zwrócił moją uwagę. Nie pamiętam, które hymny śpiewał, ale jego głos miał siłę. Siedziałem prosto i uważnie słuchałem. Skupił moją uwagę i ją zatrzymał. Kiedy zaczął kazanie, wciąż słuchałem. I nie chodziło o konkretne słowa – nie pamiętam, o czym mówił tamtego dnia, nie pamiętam znaczenia zdań – aleosposób,wjaki mówił. Tak, jakby śpiewał. Mówił muzyką. Najbardziej fascynował mnie jednak wrzaskliwy dźwięk, który pojawiał się, gdy pastor chciał podkreślić jakieś słowo. Łapał je w ustach, obracał i ściskał językiem. A kiedy je wypowiadał, zdawało się wybuchać, a wszystkie kobiety zaczynały wtedy machać i krzyczeć. Podobało mi się to wszystko. Też zacząłem strzelać słowami i krzyczeć. Tydzień później zapytałem mamę, kiedy pojedziemy na nabożeństwo do Memphis. „Od kiedy tak cię interesuje kościół?”, zdziwiła się. „Lubię tego pastora”, odparłem. „Wielebnego Franklina?” „Jeśli to ten, który śpiewa w trakcie kazania, to jego lubię”. „To z pewnością ten”, potwierdziła. Czasami jechaliśmy do kościoła East Trigg Missionary, gdzie kazania wygłaszał W. Herbert Brewster. Mama mówiła, że był on nauczycielem wielebnego Franklina. W tamtym kościele śpiewali też Queen Anderson i J. Robert Bradley: dwoje najgorszych wykonawców gospel, jakich w życiu słyszałem. Ale wiem, że wielebny Franklin ich uwielbiał, bo czasami, kiedy już wygłosił swoje kazanie w New Salem, pojawiał się na wieczornym nabożeństwie w East Trigg. W trakcie kazań Brewstera siedział w pierwszym rzędzie i robił notatki. A kiedy Queen Anderson i Bradley zaczynali śpiewać, zrywał się, krzyczał i machał. Niedługo potem i ja zacząłem się bawić w śpiewanie. Uwielbiałem wszystko, co puszczali w radiu, szczególnie pierwsze utwory, które Nat Cole wykonywał ze swoim triem. Lubiłem oczywiście bluesowych artystów, jak Roy Brown, jump bluesowych, jak Louis Jordan, i balladzistów, jak Billy Eckstine, ale wiesz, przyjacielu, naprawdę ukształtował mnie właśnie wielebny Franklin. Wiele lat później, kiedy zostałem szoferem B. B. Kinga, okazało się, że B. czuł do wielebnego Franklina dokładnie to samo. Wtedy pastor przeniósł się już z Memphis do Buffalo, a potem do Detroit, więc ja i B. jeździliśmy do kościoła New Bethel, by go słuchać.

– Przez wiele lat słuchałem jego kazań – opowiadał mi B. B. King. – Chciałbym powiedzieć, że był kaznodzieją bluesmanów, bo przychodził na nasze koncerty do klubów, ale to byłaby nieprawda. Frank, jak nazywali go przyjaciele, był kaznodzieją wszystkich. Kazania, które nagrywał, sprzedawano w tych samych sklepikach co nasze bluesowe płyty, traktowaliśmy go więc jak kolegę artystę. Był jednym z nas. W przeciwieństwie do wielu duchownych nigdy nie nazywał naszej muzyki tworem diabła i za to go kochaliśmy. Ale robił dużo więcej. Pokazywał, że podziwia to, czym się zajmujemy. Nazywał nas prawdziwymi artystami i wyrażał tę opinię publicznie. Dzięki temu czuliśmy się królami.

Fakt, że ojciec Arethy był liberałem (czy nawet radykalnym liberałem) w bardzo konserwatywnym Kościele Afroamerykanów, wpłynął na jej życie na wielu poziomach. Przyjęcie takiej kultury wymagało niezwykle silnego charakteru i wiary. Wielebny miał jedno i drugie.

– Był geniuszem retoryki – mówił Jesse Jackson, który wygłosił kazanie na pogrzebie C. L. w 1984 roku. W rozmowie, którą przeprowadziłem z Jacksonem w 2008 roku, opisywał on swojego mentora jako wzór współczesnego czarnoskórego pastora. – Nie tylko wypełniał swoje kazania wielką poezją i zaskakującymi metaforami, ale również istotną treścią społeczną, przypominając, że jako dzieci Boże nie jesteśmy mniej lub bardziej umiłowani niż inni ludzie. C. L. wiele pokoleń przed Jamesem Brownem głosił dobitnie dumę z tego, że jesteśmy czarni. Razem z doktorem Kingiem wyprzedzali innych działaczy na rzecz praw obywatelskich. Był pewnym siebie intelektualistą, nie przepraszał, stał się opoką i nadzieją dla milionów przybyszy z Południa, którzy w latach czterdziestych i pięćdziesiątych poszukiwali pracy w dużych przemysłowych miastach Północy.

– Uważałem tatę Arethy za jednego z niewielu pastorów mających dość siły, by obalić stare przekonanie, że gospel i blues to śmiertelni wrogowie – twierdził James Cleveland. – Miał odwagę mówić, że te nurty splatają się ze sobą i są wspaniałymi elementami naszego dziedzictwa.

Twórcze napięcie między muzyką świecką i kościelną to jedna z najgłębszych tajemnic kultury Afroamerykanów. Wśród tych wychowanych w wierze uprzedzenie wobec łączenia ciała i ducha jest bardzo głębokie. Śpiewacy chwalący Boga w niedzielny poranek, a potem dzielący się tą samą artystyczną pasją wzbogaconą o rytm oraz riff i wzbudzający cielesne przyjemności w sobotni wieczór często spotykali się z oburzeniem współbraci.

Podobną historię – choć dotyczącą kultury żydowskiej – opowiada Śpiewak jazzbandu, pierwszy film dźwiękowy w historii kina, przełomowy obraz pokazany w 1927 roku. Al Jolson gra w nim rolę Jakiego Rabinowitza, syna kantora. Chłopak buntuje się przeciwko ultrareligijnemu wychowaniu ojca, śpiewając popularne piosenki i porzucając synagogę dla sceny rozrywkowej.

O ironio, oboje – wielebny C. L. Franklin i jego córka Aretha – lubili Ala Jolsona. Podwójnie ironiczny jest fakt, że to właśnie Frank­lin, czysty produkt czarnego Kościoła, protestował przeciwko wyraźnemu oddzielaniu gospel i jazzującego bluesa.

W XX wieku muzyczny podział między sacrum i profanum rozpoczął się od Thomasa A. Dorseya, dawnego knajpianego pianisty znanego jako Georgia Tom, który w latach trzydziestych stworzył współczesną czarną muzykę gospel, włączając blues do pieśni pochwalnych. Pierwszy hit Dorseya Precious Lord, Take My Hand śpiewała jego uczennica Mahalia Jackson na pogrzebie Martina Luthera Kinga jun. Aretha również wielokrotnie wykonywała tę pieśń. Czarna społeczność kościelna długo jednak nie akceptowała muzyki Dorseya. Uważano ją za zbyt jazzową. Nawet kiedy włączono te utwory do śpiewników, starsi wierni narzekali, że za dużo w nich „cielesnych” dźwięków.

Archetyp „śpiewaka jazzbandu”, uwięzionego między wiarą i światem materialnym, był obecny w środowisku Afroamerykanów przez całe lata czterdzieste i pięćdziesiąte. Historie „śpiewaków jazzbandu” są bardzo różne, łączy je za to podobna linia fabularna: dramatyczne napięcie między śpiewaniem dla Boga i śpiewaniem dla ciała.

Przesądy wśród czarnej społeczności były bardzo głębokie.

Wspominając śmierć Jessego Belvina w Arkansas, Ray Charles opowiadał w 1962 roku:

– Jesse mówił o tym, że prowadził chór w jakimś kościele w Los Angeles. Kongregacja ostrzegała go, by nie opuszczał zboru. Jednak tak jak większość z nas Jesse marzył o przyszłości na scenie. Kiedy zaczynał śpiewać R&B, w jego głosie słychać było Kościół. To on napisał Earth Angel. Ten utwór zawsze wydawał mi się pieśnią religijną. A kiedy Jesse i jego żona zginęli w wypadku samochodowym, ludzie zaczęli opowiadać straszne głupoty. Mówili, że zginął, bo odszedł z Kościoła. Byli przekonani, że Bóg go ukarał. Wielu kościelnych śpiewaków po prostu bało się przejść na popową stronę, choćby Mahalia. Ale ja nie. Kiedy obrzucano mnie błotem za to, że zmieniałem pieśni gospel w R&B, miałem to w nosie. Nie wierzyłem w takie przesądy. Zresztą wiedziałem, co spowodowało śmierć Jessego. Jego kierowca pracował przedtem dla mnie. Zwolniłem go, bo pił i zasypiał za kółkiem. To on zabił Jessego i jego żonę. Bóg nie miał z tym nic wspólnego.

Śmierć Sama Cooke’a, zastrzelonego w 1964 roku przez kierowniczkę motelu w Los Angeles, wywołała szok w całej społeczności gospel i bluesowej.

– Pamiętam, że gdy dowiedzieliśmy się o śmierci Sama, tata skomentował to tylko jednym słowem – wspominał Marvin Gaye. – Powiedział: „Widzisz?”.

– Co miał na myśli?

– Czy widzę, co się dzieje, gdy obrazisz Boga. I nie sprzeczałem się – ciągnął Marvin. – Z moim ojcem się nie dyskutowało. On należał do tych duchownych, którzy uważali, że jeśli śpiewasz diabelską muzykę, pójdziesz na dno razem z diabłem. Lubię myśleć, że moje poglądy są inne, że jestem wolny od tamtych starych przesądów. Jednak gdzieś bardzo głęboko w mojej duszy podobne myśli wciąż tkwią. Jestem niemal pewien, że aby przetrwać to życie, któregoś dnia będę musiał pójść za przykładem świętego Franciszka i oddać się śpiewaniu dla ptaków i Boga, który je stworzył.

– Jedną z najbardziej niesamowitych cech C. L. – twierdził James Cleveland – jest fakt, że jego liberalny stosunek do muzyki był typowy dla wykształconego człowieka z Północy, podczas gdy on był chłopcem z farmy na głębokim Południu.

Franklin urodził się 22 stycznia 1915 roku na niewielkiej farmie w rolniczej części Missisipi. Wychowała go matka Rachel, która później wychowywała również Arethę. Big Mama, jak nazywali ją bliscy, była ważną postacią w życiu przyszłej gwiazdy. Ojciec C. L. zniknął, gdy chłopiec miał cztery lata.

Młodsza siostra Arethy Carolyn opowiadała:

– Według Big Mamy tata jako zaledwie dziesięciolatek mówił już głosem dorosłego mężczyzny. Uważano go za proroka. Nim jeszcze ukończył piętnaście lat, zaczął wygłaszać kazania.

– Big Mama uwielbiała syna – twierdził brat Arethy Cecil. – Mówiła często, że na przykład w czytaniu wyprzedzał inne dzieci o lata świetlne. Wspominała, że najbliższa biblioteka znajdowała się w mieście oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów, więc by się tam dostać, C. L. jeździł wozem zaprzężonym w konia. Jako trzynastolatek znał już powieści Karola Dickensa, Nathaniela Hawthorne’a, potrafił wymienić wszystkie biblijne księgi od Księgi Rodzaju do Apokalipsy świętego Jana. Co tam, nie tylko wymienić, ale także pisać do nich komentarze. W zacofanym stanie Missisipi uważano go za fenomen, cudowne dziecko.

Czternastoletni C. L. przeszedł chrzest w rzece Sunflower, który nazywał „chrztem odrodzenia”. Nie skończył co prawda podstawówki, ale jako osiemnastolatek głosił kazania w różnych kościołach w całym stanie, od Cleveland do Clarksdale. Zanim skończył dwadzieścia jeden lat, zapisał się do Greenville Industrial College, nieoficjalnej szkoły czarnych baptystów mieszczącej się między plantacjami.

– Mieszkałem i pracowałem w Greenville – opowiadał B. B. King. – Po części dlatego Frank i ja tak dobrze się rozumieliśmy. Znaliśmy miejsce naszego dorastania. Obu nas traktowano jak psy i wyzywano od śmierdzących czarnuchów. Obaj byliśmy świadkami linczów. Jednak nasze mamy i tak nauczyły nas wiary w Bożą sprawiedliwość.

– W college’u Franka uczono także, by wierzył w każde słowo znajdujące się w Biblii. Należało czytać Pismo dosłownie. Twierdził, że gdy zakwestionował nauczanie jednego z wykładowców, wspominając o teorii Darwina, został spoliczkowany. Jednak nawet wtedy Frank rozumiał, że choć Biblia przekazuje głęboką prawdę, jest w niej również poezja, a każda poezja podlega interpretacji.

Syn C. L. Cecil mówił w wywiadzie:

– Jeśli chodziło o kwestie rasowe, w college’u taty głoszono teorie Bookera T. Washingtona o powolnym przystosowywaniu się. Washington wybierał dla czarnych szkoły zawodowe, a jego przeciwnik W. E. B. Du Bois – wykształcenie artystyczne, które miało zwiększyć naszą umiejętność głębokiego i krytycznego myślenia. Jak na ironię, mimo fundamentalistycznej indoktrynacji w Greenville Industrial tata odrzucił w końcu wszelki fundamentalizm. Jeśli chodzi o uczucia i filozofię, bliżej mu było do Du Bois niż Washingtona. Głęboka intelektualna ciekawość kazała tacie czytać nie tylko sercem, ale również głową. Płynął pod prąd kulturalnych tendencji tamtego czasu i dzięki naturalnej sile swojej inteligencji stał się postępowym człowiekiem. Tata miłował Pana z taką pasją jak każdy fundamentalista, tyle że rozumiał, iż słowo Pańskie nie zawsze jest jednoznaczne. Wymagało bowiem mądrego i pełnego miłości wyjaśnienia ze strony człowieka.

Dziewiętnastoletni C. L. był już mężem Alene Gaines. Dwa lata później zdążył się z nią rozwieść i poślubić Barbarę Siggers, która miała małego synka Vaughna z poprzedniego związku. W wieku dwudziestu trzech lat Barbara urodziła ich pierwsze dziecko, Ermę Vernice. Mieszkali wtedy w Memphis, gdzie rok później wielebny wygłosił swoje pierwsze kazanie w kościele baptystów New Salem – tam usłyszał go Bobby Bland. Był rok 1939. W 1940 roku przyszedł na świat syn pastora Cecil. W tym samym roku urodziło się również drugie dziecko Franklina, córka Carol Allan. Jej matką nie była jednak Barbara, lecz Mildred Jennings, która w momencie zajścia w ciążę miała zaledwie dwanaście lat. Ten skandal ukrywano przed pozostałymi dziećmi aż do 1958 roku, kiedy ojciec wyznał im prawdę.

25 marca 1942 roku przy Lucy Avenue 406 w Memphis wielebnemu Franklinowi i jego żonie Barbarze urodziła się kolejna córka, Aretha Louise.

C. L. po raz pierwszy pojawił się w mediach Memphis na początku lat czterdziestych. Prowadził własny program radiowy The Shadow of the Cross, którego misją (według samego pastora) było: „puszczanie inspirujących hymnów, przekazu mającego zjednoczyć Afroamerykanów Środkowego Południa, uspokajanie rasowych niepokojów i zaznajamianie białych z osiągnięciami i lojalnością Afroamerykanów”. To właśnie w Memphis zaczął pisać swoje najsłynniejsze kazanie, The Eagle Stirreth Her Nest. W ciągu następnych osiemdziesięciu lat tę przemowę o obrazowej i złożonej metaforyce opublikowano w kilkunastu antologiach literatury, omawia się ją na uniwersytetach i pozostaje ona jednym z najważniejszych tekstów w historii Afroamerykanów.

W 1944 roku rodzina przeprowadziła się do Buffalo, gdzie C. L. wygłaszał kazania w kościele baptystycznym Friendship. W tym samym roku urodziło się ostatnie z czworga dzieci rodziny Franklin / Siggers, Carolyn Ann.

C. L. czuł się w mediach coraz lepiej. W Buffalo został pierwszym czarnoskórym prezenterem radiowym. Według jego biografa Nicka Salvatorego program Franklina Voice of Friendship poruszał głównie tematy religijne (zawierał krótkie kazania prowadzącego), nadawał muzykę gospel i komentarze dotyczące aktualnych wydarzeń.

Latem 1945 roku, kiedy C. L. miał trzydzieści lat, w trakcie Narodowej Konwencji Baptystów nadeszła jego wielka chwila. „Michigan Chronicle” donosiła, że burzliwe kazanie Franklina oparte na Drugim Liście do Koryntian (5, 1–2) „niemal sparaliżowało kongregację swoją logiką, historią i myślą”. Cytat okazał się ironiczny: „Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie”[1]. Siła przekazu sprawiła, że C. L. znalazł nowy kościelny dom: ogniste wystąpienie zwróciło uwagę starszych kościoła New Bethel z Detroit, którzy po odejściu pastora Horatio Colemana poprosili C. L., by poprowadził ich zbór. Od lata 1946 roku, kiedy Aretha miała cztery lata, rodzina mieszkała w Detroit, gdzie na początku lat pięćdziesiątych wielebny C. L. Franklin został amerykańską gwiazdą.

Idealizacja to fascynujący fenomen, który zacząłem lepiej rozumieć, kiedy w trakcie pracy nad autobiografią From These Roots obejrzałem broadwayowskie przedstawienie Minellion Minelli, w którym Liza śpiewała piosenki z filmów swojego ojca, reżysera Vincenta Minellego. Wspominała, jak Vincent i jej matka Judy Garland poznali się na planie Spotkamy się w St. Louis. Każdy, kto choć pobieżnie zna historię małżeństwa Garland–Minelli, wie, że od początku było ono bardzo burzliwe i zakończyło się gorzkim rozwodem. Liza opowiedziała inną historię. Odmalowała portret idyllicznego związku rodziców, dzięki któremu ich córka mogła prowadzić własne idylliczne życie. Odtwarzając dzieciństwo rozpieszczonej córki dwojga szalenie szczęśliwych ludzi, Liza stworzyła bajkę, która zmiotła ból traumatycznej przeszłości.

We From These Roots Aretha opowiada o swoich siostrach Ermie i Carolyn oraz braciach Cecilu i Vaughnie. Nie wspomina, że Vaughn był synem matki z pierwszego małżeństwa. Nie opowiada też o Carol Allan, córce urodzonej ze związku ojca z nastoletnią Mildred Jennings. Uparcie trzyma się mrzonki, że jej rodzice tworzyli idealny związek.

W dedykacji do autobiografii Aretha pisze: „Dedykuję tę książkę moim rodzicom: wielebnemu C. L. Franklinowi i Barbarze Siggers, którzy połączyli się w miłości i małżeńskim szczęściu, a z ich związku narodziłam się ja, Aretha”.

Aretha ledwie wspomniała o pewnym momencie z 1948 roku, kiedy jej urodzona w Missisipi matka zabrała Vaughna, opuściła męża oraz czworo dzieci i wróciła do rodzinnego Buffalo.

Starsza siostra Erma, wówczas dziesięciolatka, dobrze pamięta tamte wydarzenia.

– Byliśmy zdruzgotani – wspomina. – Matka była wyjątkową kobietą, bardzo piękną i mądrą. Śpiewała anielskim głosem. Uważam, że mogła zostać sławną piosenkarką. Grała też na fortepianie. Pracowała jako salowa i choć tata dobrze zarabiał jako kaznodzieja, myślę, że i ona chciała być niezależna. Może w tym tkwił problem. Naprawdę nie wiem. Związek rodziców był burzliwy, a ojciec miał porywczy charakter. Nigdy nie widziałam, by uderzył mamę, ale wszyscy doskonale wiedzieliśmy, że nie należy go denerwować. Skłamałabym, nie przyznając, że byliśmy świadomi, iż ojciec miał reputację bawidamka. Widzieliśmy, że parafianki dosłownie rzucają mu się w ramiona. Dorastając, widziałam na własne oczy, że korzystał z wielu tych propozycji. Ale nie kochaliśmy go przez to mniej. Taki po prostu był.

– Pomysł, że matka wyprowadzi się do Buffalo, mógł wyjść od niej samej albo od ojca, nie jestem pewna. Mogła się go wtedy bać, może miała dość dzielenia się mężem z innymi kobietami. Muszę jednak przyznać, że rodzice zachowali się dojrzale. Ona zapewniła, że zawsze będzie naszą matką i możemy ją odwiedzać, kiedy tylko zapragniemy. Co zresztą robiliśmy. Buffalo jest oddalone tylko o trzysta kilometrów od Detroit, więc często jeździliśmy z wizytami.

Opowiadając o matce, Aretha opiera się myśli, że Barbara tak naprawdę porzuciła rodzinę. Nazywa te słowa plotką i złośliwym kłamstwem. W rozmowach o mamie wspomina ją jako kochającą i troskliwą. Według córki Barbara była ostatnią kobietą, która mogłaby opuścić własne potomstwo.

A jednak legenda o ucieczce Barbary Siggers żyła własnym życiem. Jeszcze w 2012 roku Anthony Heilbut, znany badacz muzyki gospel, napisał w swojej doskonałej skądinąd pracy The Fan Who Knew Too Much: „Barbara wyjechała, kiedy Aretha miała dziesięć lat, i zmarła kilka lat później, nie widząc się ze swoimi dziećmi ani razu”. Tak naprawdę Aretha miała sześć lat, gdy matka w 1948 roku wyjechała do Buffalo, i według całej czwórki rodzeństwa, z którą rozmawiałem, wszyscy odwiedzali Barbarę regularnie.

– Ojciec był zupełnie innym człowiekiem – wspominał starszy brat Arethy Cecil w rozmowie, którą odbyliśmy w połowie lat osiemdziesiątych. – Oddanym przede wszystkim Bogu, dzieciom i zborowi. Nie zamierzał wiązać się z jedną kobietą. Za to matka zdecydowanie poświęcała się wyłącznie jednemu mężczyźnie. Poślubiła ojca i nie zamierzała dzielić się nim ze światem. W trakcie naszych wizyt w Buffalo prosiła, byśmy się do niej przenieśli na stałe, ale to było niemożliwe. Nie chodziło o to, że byliśmy niesforni, mama po prostu nie miała funduszy, by wychowywać piątkę dzieci. A tata je miał. Najróżniejsze parafianki gotowe były się nami opiekować, mieliśmy też Big Mamę, która prowadziła dom silną ręką. W owych czasach było to absolutnie niezwykłe, że po rozstaniu to ojciec przejmował opiekę nad dziećmi, ale też C. L. Franklin był niezwykłym człowiekiem.

– Myśląc teraz o tamtej sytuacji – dodała Carolyn Franklin, młodsza siostra Arethy – sądzę, że wyjazd matki wpłynął na Arethę bardziej niż na pozostałych. Ja miałam wówczas niespełna cztery lata i marną świadomość tego, co się dzieje. Aretha była bardzo nieśmiałym, wycofanym dzieckiem, blisko związanym z matką. Erma, Cecil i ja okazaliśmy się odważniejsi i bardziej niezależni. Mieszkałam z Arethą w jednym pokoju i po zniknięciu matki widziałam, że siostra przez wiele dni wypłakiwała oczy. Pamiętam, że ją pocieszałam, moją starszą siostrę, opowiadając, jak fajnie będzie odwiedzać Buffalo. Na długo przed wyjazdem tam Aretha miała już spakowaną małą torbę i była gotowa. Najmilsze w trakcie tych wizyt były zabawkowe zestawy pielęgniarskie, które dawała nam matka.

Aretha zachowała konkretne wspomnienia o tym, jak udawała salową, którą była Barbara. Opowiadała, że mama uczyła ją dbać o pacjentów i zabierała do szpitala Buffalo General, gdzie córka z radością obserwowała ją przy pracy. Wspominała Barbarę jako niezwykle cierpliwą kobietę, która nigdy nikogo nie karciła i o nikim nie powiedziała złego słowa, w tym o wielebnym C. L. Frank­linie. Krótko mówiąc, była święta.

Wspomnienia Arethy są również bardzo dokładne, gdy opowiada o domu matki w Buffalo, znajdującym się przy Lythe Street, w zielonej okolicy zwanej Cold Springs. Pamięta meble: niebiesko-srebrne aksamitne krzesła, eleganckie kanapy, pianino. Śpiewały razem z Barbarą. Te chwile Aretha ceniła najbardziej. Jako że dom był niewielki, razem z Ermą spały u sąsiadów, państwa Pitmanów. Pani Pitman nauczyła Arethę szydełkowania, którego gwiazda nie zarzuciła przez całe życie.

– W trakcie wyjazdów do Buffalo – wspomina Erma – przedstawiono nam pewnego pana, nazywał się Trustee Young. Uznałam, że jest przyjacielem matki. Uwielbialiśmy jeździć jego dużym samochodem. Czasami zabierał nas nad wodospad Niagara.

– Aretha uwielbiała ojca – dodał Cecil – ale z radością zamieszkałaby z matką. Gdyby tylko nie bała się taty, na pewno by o to poprosiła. Ale takie pytanie nigdy nie padło. Ojciec jasno dał do zrozumienia, że podobne rozwiązanie nie wchodzi w grę. Za każdym więc razem, kiedy wyjeżdżaliśmy z Buffalo do Detroit, serduszko Arethy pękało na nowo. Tata robił, co mógł, by zapewnić Ree poczucie bezpieczeństwa, ale wiem, że w dzieciństwie była bardzo niepewna. I myślę, że choć tak wiele w życiu osiągnęła, tamto poczucie niepewności nigdy jej nie opuściło. Sądzę, że ono ją definiuje. Ono oraz jej ogromny talent.

Carolyn opowiadała:

– Na scenie i w studiu nikt nie przejawiał większego zdecydowania niż Aretha, jednak poza sceną to już inna historia. Bardzo się zmieniła przez lata, ale jeśli teraz zachowuje się nazbyt apodyktycznie, to zapewne po to, by ukryć niepewność. To szaleństwo myśleć, że ktoś tak utalentowany jak moja siostra może czuć taką niepewność, ale tak jest. I jest to wynik naszego pokręconego dzieciństwa.

Aretha, którą poznałem, zaczynając pracę, była ucieleśnionym przeciwieństwem słowa „niepewność”. Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem na nowo wywiady, które dekadę wcześniej przeprowadziłem z jej rodzeństwem. Erma, Cecil i Carolyn byli zgodni, nie mogłem więc wątpić w ich opowieści. Aretha była niepewną małą dziewczynką.

Pomogła mi to zrozumieć Ruth Bowen, jej agentka koncertowa.

– Znam Arethę, odkąd była dzieckiem. Poznałam ją przez jej tatę, którego nazywałam Frankiem. Frank przyjaźnił się z Dinah Washington, moją pierwszą poważną klientką. Dinah nie tylko była przez chwilę dziewczyną C. L., ale także Teda White’a, mężczyzny, który później został pierwszym mężem Arethy. Ted i ja również byliśmy blisko. Ale wyprzedzam fakty, skarbie, pilnuj mnie. Powiem ci, jakim dzieckiem była Aretha: straumatyzowanym. Kiedy twoja mama wyprowadza się z domu z powodów, których nie rozumiesz, to jedno. Ale kiedy twoja mama, młoda kobieta, umiera na atak serca, to coś innego. Aretha miała wtedy dziesięć lat. I ta śmierć nadeszła nagle, bez ostrzeżenia. Frank bał się, że Aretha się nie otrząśnie, bo przez wiele tygodni w ogóle się nie odzywała. Zamknęła się w skorupie, z której wyszła dopiero po wielu latach. Pomogła jej oczywiście muzyka. Bez muzyki Aretha nigdy nie wydostałaby się z ukrycia.

We From These Roots Aretha poświęca śmierci matki niecałą stronę. Wspomina tylko, że ojciec poprosił czworo swoich dzieci do kuchni i powiedział, że Barbara zmarła na atak serca. Zapewnia też czytelnika, że C. L. był bardzo wyrozumiały. W jej opowieści nie ma nic o tym, jak radziła sobie z cierpieniem, bo według niej cierpienie to wyłącznie osobiste przeżycie.

2. NIESTAŁOŚĆ

Franklinowie przeprowadzili się do Detroit w 1946 roku, trzy lata po zamieszkach rasowych, które podzieliły miasto. „Strajki nienawiści” – w trakcie których biali odmawiali pracy razem z czarnymi w przemyśle samochodowym – spowodowały eskalację konfliktu, a w końcu wywołały trwające dwa dni burzliwe rozruchy. Zginęło trzydzieści pięć osób. Aretha opowiadała, że rodzina sąsiada Richarda Rossa w dramatycznych szczegółach relacjonowała tamte niepokoje.

– Mój brat Vaughn opowiadał o dyskryminacji, z jaką spotkał się w Buffalo – wspominał Cecil – ale do czasu Detroit my sami nie doświadczyliśmy prawdziwej przemocy. Za to Detroit okazało się wylęgarnią politycznych, społecznych i rasowych niepokojów. Słyszeliśmy opowieści o rozruchach wywołanych wściekłością białych, którzy nienawidzili czarnych napływających z Południa w poszukiwaniu pracy – pracy, która zdaniem wielunależała się właśnie białym. Kiedy studiowałem w college’u Morehouse, napisałem esej o tamtych wydarzeniach, i dopiero wtedy zrozumiałem coś, czego jako sześciolatek nie mogłem pojąć.

– Tuż przed wybuchem zamieszek Packard postawił kilku czarnoskórych pracowników przy taśmie montażowej razem z białymi. Zaraz potem dwadzieścia pięć tysięcy białych odeszło z pracy. Pamiętaj, to był środek II wojny światowej i żaden amerykański patriota nie chciał spowalniać produkcji. Jeden z protestujących dotarł nawet do radiowęzła i zawołał: „Wolę pozwolić, żeby Hitler wygrał wojnę, niż pracować z czarnuchem!”. Pojawił się także problem z zakwaterowaniem. Oprócz dzielnicy Brewster Project (w której dorastała między innymi Diana Ross) komunalne mieszkania były przeznaczone tylko dla białych. Czarnych oszukiwano na każdym kroku, każąc im słono płacić za zaniedbane i niebezpieczne lokale. Dla całego pokolenia Afroamerykanów w takich miastach jak Chicago i Detroit Wielka Migracja stała się Wielkim Koszmarem.

– Iskrą, która wznieciła pożar, były wydarzenia na Belle Isle, piknikowej wysepce pośrodku rzeki Detroit. Miały podtekst seksualny. Pewien biały twierdził, że jakiś czarny podrywał jego dziewczynę. Doszło do bójki, rozruchy bardzo szybko się rozprzestrzeniły. Krążyły różne pogłoski. Czarni słyszeli, że jakiś biały zrzucił czarną kobietę i jej niemowlę z mostu Belle Isle. Ludzie tłukli się przez trzy dni. Tłum ścierał się z tłumem. Skończyło się dopiero, gdy prezydent Roosevelt wezwał wojsko. Zginęły trzydzieści cztery osoby, w tym dwadzieścioro pięcioro czarnych. Siedemnaścioro z nich zginęło z rąk policjantów. To była prawdziwa wojna rasowa.

– Kiedy studiowałem historię, zapytałem tatę, jak to było w latach czterdziestych przeprowadzić się do miasta, gdzie panowała tak ogromna nienawiść rasowa. „Traktowałem to jak wyzwanie”, odpowiedział. „NAACP[2] fałszywie oskarżono o wzniecanie zamieszek. A czarna społeczność posądzała białych o lekceważenie naszych potrzeb. Moim zadaniem było dbanie o życie duchowe Afroamerykanów, ale widziałem także konieczność zwiększenia ich świadomości politycznej. Jeszcze w Buffalo zaprosiłem do kościoła A. Philipa Randolpha, przewodniczącego Bractwa Pracowników Wagonów Sypialnych, by wygłosił przemówienie. Brat Randolph elokwentnie i jednoznacznie wezwał do równego traktowania obu ras w miejscach pracy. Wzbudził ekscytację w naszej kongregacji, we mnie zresztą też. Zrozumiałem wtedy, że życie prawdziwego chrześcijanina nie może się ograniczać do interpretowania Pisma. Moralna i społeczna sprawiedliwość to nie są dwie osobne sprawy”.

Anna Gordy, siostra Berry’ego Gordy’ego i pierwsza żona Marvina Gaye’a, dobrze znała C. L. W trakcie naszej rozmowy powiedziała: „Nasz związek był dużo głębszy niż zwykła przyjaźń”. Wspominała, jak poznała Franklina pod koniec lat czterdziestych, gdy miała dwadzieścia pięć lat, a on trzydzieści trzy. Pamiętała również jego kazanie o orle i wiązała je z zamieszkami rasowymi w 1943 roku.

– Uważałam, że to najenergiczniejszy człowiek w mieście – twierdziła. – Jego ogromna błyskotliwość przyciągała wielu ludzi nieregularnie chodzących do kościoła. Ten człowiek był poetą i uzdrowicielem. Gdy usłyszałam go po raz pierwszy, wciąż odczuwaliśmy skutki tamtych rozruchów. Wszyscy mieszkańcy Detroit byli niespokojni. Wielebny Franklin pomógł łagodzić ten niepokój, wyjaśniając, że Bóg wykorzystuje historię dla dobra ludzkości. Jeśli dobrze go zrozumiałam, Bóg miał być orłem, a historia gniazdem. Wielebny pokazywał, że niepokoje mogą prowadzić do postępu. Jak orzeł, co gniazdo swoje ożywia. Gdy status quo zostaje zaburzone, pojawia się szansa na zmianę, i to zmianę na lepsze. W okresie, gdy w Detroit panowały niepewność i wzajemne animozje, pastor zapewniał nas, że z chaosu może się zrodzić doskonalszy porządek. Później, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, okazał się zresztą wspaniałym obrońcą praw człowieka, ale już jako młody człowiek, naszym zdaniem, wyróżniał się mądrością.

Cecil, który niezliczoną ilość razy słyszał kazanie o orle, twierdził, że nigdy nie znudził się jego przekazem.

– Była to ulubiona metafora taty – tłumaczył. – Kiedy przywoływał obraz orła, sam zdawał się unosić w powietrze. Gdyby przyjrzeć się językowi kazania, łatwo zrozumieć, że zmierza ono do przekazania, iż bez względu na okoliczności zaburzające nasze życie Bóg sprawuje nad nim kontrolę. I wskazuje nam lepszą drogę. Jeśli pójdziemy w tym kierunku, który zaleca, wypełnimy Jego wolę, wzniesiemy się niczym orzeł. Styl taty łączył mówienie, krzyk (który my nazywaliśmy whooping) i w końcu śpiew. Na zmianę wykorzystywał te trzy sposoby emisji głosu, aż docierał do sedna przekazu, a wtedy zgromadzeni w kościele wierni wstawali i chwalili Boga.

Po stracie matki Aretha bez wątpienia bardziej potrzebowała wsparcia ojca.

– Jak my wszyscy – wspominał Cecil. – A ponieważ tata był naturalnym patriarchą zarówno kościoła New Bethel, jak i rodziny, staliśmy przy jego boku. On nas chronił. Choć różnica między Arethą a nami była wyraźna: ona dość wcześnie zaczęła pracować z ojcem. Jej występy stały się częścią jego nabożeństw i jego objazdowego duszpasterstwa. W późniejszym czasie i ja nauczyłem się głosić kazania, co robiłem w świątyni ojca. Erma śpiewała, i to pięknie, w trakcie nabożeństw i na nagraniach. Podobnie Carolyn i kuzynka Brenda. Wszyscy byliśmy obdarzeni talentem. Zostaliśmy pobłogosławieni cennymi genami naszych muzykalnych przodków. Jednak Aretha objawiła swoje zdolności w wyjątkowo młodym wieku.

Świadkiem tamtych czasów był również Smokey Robinson:

– Cecil i ja poznaliśmy się w dzieciństwie. Łączyła nas miłość do tej samej muzyki, nie tylko gospel, ale też jazzu. Pierwszą osobowością sceniczną, która miała na mnie wpływ, była Sarah Vaughan. Wydaje mi się, że nie mieliśmy jeszcze dziesięciu lat, kiedy razem z Cecilem zaczęliśmy odkrywać progressive jazz. Aretha zawsze kręciła się w pobliżu; nieśmiała dziewczynka ożywała, kiedy puszczaliśmy muzykę. Słyszałem, jak śpiewa do nagrań Sarah, przerażająco dobrze. Nikt nie wykonywał bardziej złożonych solówek od Sarah, ale Aretha powtarzała je, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

– Aretha rzucała nas na kolana także swoją grą. W salonie Frank­linów stał fortepian i wszyscy lubiliśmy na nim przygrywać. Jednym palcem wystukiwaliśmy proste melodie. Aretha zaś już jako siedmiolatka siadała i zaczynała grać akordy, naprawdę trudne akordy. Później okazało się, że to skomplikowane melodie, które towarzyszyły w kościele wystąpieniom pastora i solistki. Jednak w tamtym czasie wiedziałem tylko, że Aretha jest cudownym dziec­kiem. Pamiętaj, to było Detroit, gdzie muzyczne talenty rozwijały się nieskrępowanie. Wszyscy coś śpiewali, każdy grał na pianinie czy gitarze. Aretha wyszła z tego środowiska, ale miała też w sobie coś z innego świata, odległego i magicznego, którego nikt z nas nie rozumiał. Pochodziła z dalekiej muzycznej planety, na której dzieci rodzą się z uformowanym w pełni talentem.

Charlie Parker miał szczęście przyjść na świat w Kansas City akurat wtedy, kiedy przenikały się tam różne muzyczne prądy. Dinah Washington jako dziecko przyjechała do Chicago – do miasta, w którym buzowały gospel, jazz i blues, co ją wzbogaciło i pomogło uformować własny styl. Aretha była produktem Detroit, podobnego do Chicago, pełnego energii miejskiego ośrodka, w którym kulturę lat czterdziestych i pięćdziesiątych ukształtowała Wielka Migracja Afroamerykanów z Południa szukających na Północy lepszych zarobków i pozycji społecznej. Samo miasto raczej nie sprzyjało takim ambicjom.

Napięcie wynikające z panującej tam wrogości stawało się jednak siłą napędową artystycznej ekspresji. Bluesmanów takich jak John Lee Hooker, który podobnie jak C. L. Franklin przeprowadził się z Missisipi do Detroit, ekscytowała perspektywa zmian społecznych. Na Południu John Lee śpiewał na ulicach i z samochodów. W Detroit – w barach. W Detroit John Lee (i C. L.) zaczął też nagrywać.

– Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem w Detroit Johna Lee – wspominał B. B. King – opowiedział mi, że jakiś biały mężczyzna podniósł czynsz w barach, w których grywał John. Kiedy knajpy zamknięto, John zaczął więc szukać nocnych klubów i tak skończył na Hastings Street.

Hastings Street to ważny punkt w historii Arethy Franklin. Kościół jej ojca, New Bethel, mieścił się pod numerem 4210, kilka kroków od serca czarnej dzielnicy rozrywkowej. Tu właśnie sobotni wieczór zlewał się z niedzielnym porankiem, a grzech ze zbawieniem, tu, na skrzyżowaniu muzycznych kultur Afroamerykanów, upojeni Duchem Świętym, tańczący między ławkami New Bethel, błogosławieni wierni świętowali miłość Jezusa. Upojeni winem i upaleni marihuaną imprezowicze świętowali miłość cielesną. Czy seksualne odgłosy z klubów wdzierały się do kościoła, czy może duchowy rytm kościoła wchodził do klubów? Czy C. L. Franklin nauczył się bluesowych okrzyków od Muddy’ego Watersa, podobnie jak Bobby Bland swoich od C. L.?

Na Hastings Street taka wymiana odbywała się w obu kierunkach: święty blues nocą, bluesowe gospel rankiem.

– Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych po raz pierwszy przyjechałem z Chicago do Detroit, musiałem się spotkać z dwiema osobami – wspominał Buddy Guy. – Pierwszą był wielebny C. L. Franklin, bo B. B. twierdził, że facet potrafi głosić kazania lepiej niż Howlin’ Wolf śpiewał. B. miał rację. Potem poszedłem na Hastings Street, żeby posłuchać Johna Lee Hookera. Piosenką, która zrobiła ze mnie bluesmana, była Boogie Chillen’. W 1948 roku to był wielki hit, ale ja mieszkałem jeszcze wtedy na plantacji w Lui­zjanie. John Lee śpiewał, że „idzie wzdłuż Hastings Street, gdzie wszyscy gadają o Henry Swing Club”. Będąc w Luizjanie, wyobrażałem sobie Hastings Street jako wytworne miejsce: duże eleganckie samochody, piękne kobiety, głośna muzyka, pary przytulające się do dźwięków seksownych bluesów Johna Lee. Kiedy w końcu zobaczyłem tę ulicę na własne oczy, okazała się jeszcze wspanialsza niż w mojej wyobraźni. Kościoły i kluby stały obok siebie. Kościelni wokaliści śpiewali jazzowym stylem, a zespoły jazzowe wykorzystywały kościelnych organistów w swoich sekcjach rytmicznych. W obu przypadkach chodziło o to samo. Muzyka gospel uszczęś­liwiała ludzi. Blues sprawiał, że słuchacze zapominali o smutku. Nie widziałem specjalnej różnicy między nimi, choć kaznodzieje twierdzili, że to różnica jak między Jezusem i szatanem. B. B. King uwielbiał C. L. Franklina, bo pastor myślał inaczej. Nie stawiał tych dwóch gatunków w opozycji. Twierdził, że każda dobra muzyka pochodzi od Boga.

Aretha podkreślała, że jej ojciec dbał o godne życie i uczył, że dobroć nie ogranicza się do kościoła. Pod koniec lat czterdziestych C. L. doszedł do wniosku, że godne życie wymaga również dużego domu.

– Zanim tata przeniósł się do Detroit – wspominała Erma – zażądał, by wspólnota zbudowała nowe prezbiterium i kupiła mu plebanię. Stary New Bethel, przebudowana kręgielnia, był bardzo ładny. Nowy, wybudowany na tej samej działce przy Hastings, był nowoczesny i atrakcyjny. Nasza plebania przy East Boston Boule­vard 649 okazała się ogromną posiadłością. Znajdowała się na północnym skraju miasta, kilka kilometrów od New Bethel, ale to był inny świat. Okolica się integrowała, mieszkało tam więcej czarnych rodzin niż białych. Wśród czarnych większość stanowili ludzie o jaśniejszej skórze: intelektualiści, lekarze, prawnicy i działacze polityczni. Gdyby tata nie był dobrze się zapowiadającym pastorem dużego zboru, jego bardzo ciemna karnacja uniemożliwiłaby mu zamieszkanie przy Boston Boulevard. Ale on nie dał sobie dmuchać w kaszę. Wiedział, że jego miejsce jest wśród elity.

Opisując dom przy Boston Boulevard, Aretha twierdziła, że czuła się tam jak księżniczka z bajki mieszkająca w zamku. Budynek mieścił się na rogu Boston i Oakland, głównej ulicy dzielącej okolicę na klasy ekonomiczno-społeczne. Bostońska była najwyższa. Boston był prawdziwym bulwarem, a nie ulicą; na jego środku znajdowała się wyspa obrośnięta pięknymi roślinami i krzewami. Aretha z dumą mówiła o najbliższych sąsiadach, kongresmenie Charlesie Diggsie sen. i lekarzu Haroldzie Stittsie. Pamiętała kolor zasłon w salonie (ciemny fiolet) i aksamitnego obicia ścian (szmaragdowa zieleń). Fortepian stał przy oknie. Jako pierwsza wśród znajomych miała też telewizor – dużego Emersona, na którym razem z tatą oglądała walki bokserskie sponsorowane przez firmę Gillette.

– Odejście i potem śmierć matki to dwie ogromne traumy naszego dzieciństwa – oceniała Erma. – Trzecią była strata Loli Moore, naszej drugiej matki.

Lola Moore wprowadziła się do Franklinów na początku lat pięćdziesiątych, niedługo po śmierci Barbary Siggers. Aretha uważała Lolę za kobietę doskonale znającą się na modzie, ze wspaniałym poczuciem humoru, a także doskonałą kucharkę. Kiedy dzieci pojechały do Chicago, by poznać rodzinę Loli, Aretha była pewna, że C. L. pragnie Lolę poślubić. Ale nie dane im było się pobrać.

We From These Roots Aretha opisuje rozstanie ojca z Lolą i jej odejście z domu Franklinów. Wspomina, iż Cecil był tak zrozpaczony, że biegł za taksówką, próbując zatrzymać odjeżdżającą kobietę. Ale kiedy Erma i Cecil opowiadali tę samą historię, wspomnieli zgodnie, że to Aretha najbardziej się załamała, gdy Lola wróciła do Chicago.

– Myślałam, że Aretha rzuci się pod tę taksówkę – wspominała Erma. – Była niepocieszona. Wszystkich nas ogarnął smutek, bo pragnęliśmy, by ktoś zastąpił nam rodzoną matkę, którą straciliśmy. Ja płakałam, Carolyn płakała i Cecil płakał, ale Arethy nie dało się uspokoić. Przez wiele dni nie chciała wyjść z pokoju i zmierzyć się z faktem, że Lola odeszła.

– Najtrudniejsze było to – dodał Cecil – że wszyscy chcieliśmy poskarżyć się tacie. Chcieliśmy mu powiedzieć, że Lola była doskonała, że powinien ją poślubić, by uzupełnić naszą rodzinę. Pamiętam, jak Aretha prosiła mnie, bym w imieniu nas wszystkich coś zrobił. „Powiedz mu, że potrzebujemy mamy”, mówiła. „Że chcemy Lolę”. „Nie mogę tego zrobić, Ree”, odparłem. „Tata nie posłucha”. „Ciebie posłucha”, twierdziła. „Nie, nie posłucha, nic nie będę mówił”, uparłem się. I tego nie zrobiłem.

– Nawet po wyjeździe Loli do Chicago Aretha wciąż chciała poprosić tatę, by sprowadził ją z powrotem. Ale wiedziała, że nie powinna tego robić. Erma czasem prowokowała ojca i kwestionowała jego decyzje, bo była bardzo silną kobietą, lecz Aretha nie potrafiła zrobić nic, co by go mogło zdenerwować.

– Żadne z nas nie rozumiało, dlaczego Lola odeszła – opowiadała Carolyn. – Jednak kiedy spojrzeć wstecz i poskładać do kupy kilka dat, wychodzi na to, że gdy jeszcze z nami mieszkała, tata zaczął już związek z Clarą Ward. I jestem pewna, że Lola nie była z tego powodu zadowolona.

Pojawienie się Clary Ward w życiu C. L. wprowadziło nowe emocjonalne napięcie do gospodarstwa Franklinów. Romans ten zaczął się już w 1949 roku i z przerwami trwał aż do 1973 roku, kiedy Clara zmarła. C. L. był przy niej, gdy leżała na łożu śmierci.

Wielebny James Cleveland tak opisywał ich związek:

– Clarę i Franka traktowaliśmy trochę jak kościelną wersję Ike’a i Tiny Turnerów. Oczywiście nie mówiliśmy tego głośno, ale wszyscy wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie próbowali zresztą tego ukrywać. Bo i po co. Należeli przecież do elity: nasz najsłynniejszy kaznodzieja i najlepsza solistka, takiej pary się nie ganiło.

Aretha nigdy nie przyznała, że ojciec i Clara byli kochankami. Wolała postrzegać ich związek wyłącznie jako przyjaźń. Chwaliła sposób śpiewania Clary, „pełnogardłowy” gospel, jej ekstrawaganc­ki sposób ubierania się i wysokie pod niebo fryzury. Chwaliła jej kapelusze. Chwaliła nawet sposób, w jaki jadła kurczaka. Opisywała, jak Clara uczyła ją jeść kurze udko. Chodziło o niewielkie, dziecięce wręcz kęsy. Nazywała przyjaciółkę ojca wspaniałą damą i wspominała, że pragnęła, by Clara go poślubiła.

– Każda dziewczynka potrzebuje matki – potwierdzała Carolyn Franklin – i z nami było tak samo. Najważniejszą osobą w naszym życiu była oczywiście Big Mama. Należało się z nią liczyć. Była kochającą, rozsądną, lubiącą zażywać tabakę kobietą, która nie szczędziła kija i nie znosiła sprzeciwu. Big Mama była cudowna, jednak była mamą naszego taty. I on stanowił centrum jej wszechświata. My znajdowaliśmy się na jego obrzeżach. Wszyscy bardzo potrzebowaliśmy kobiety, matki, która przytuliłaby nas do piersi i nazwała swoimi dziećmi. Aretha cierpiała z powodu tego braku najbardziej ze względu na swoją introwertyczną naturę. Gdy matka odeszła, a wkrótce potem umarła, Ree jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Potem przeżyła odejście kolejnej kobiety, Loli. Wtedy powiedziała mi, że to Clara zostanie naszą matką. Co roku w zimie twierdziła, że tata i Clara w czerwcu się pobiorą. Fantazjowała o ślubie jak z bajki. A kiedy nic takiego nie następowało, Aretha wpadała w rozpacz.

– Tata bardzo starał się ją pocieszać, ale miał tyle zajęć i obowiązków, że nie mógł się na niej koncentrować. Kiedy Aretha zaczęła śpiewać w kościele, zwróciła na siebie jego uwagę, lecz występy tylko maskowały jej niepewność. Czy raczej grzebały ją gdzieś głęboko. Tak naprawdę jednak ta niepewność nigdy jej nie opuściła.

3. MATKI I OJCOWIE

Aretha szczerze kocha wielkie głosy i pod tym względem również jest nieodrodną córką swojego ojca. Często wyraża podziw dla różnych wokalistek, od chmurnych pieśniarek gospel, jak Jackie Verdell, po Peggy Lee („jedna z najmodniejszych piosenkarek”) i ogromnie chwali Leontyne Price. Do jej ulubionych wokalistów należał Jimmy Scott, prawdziwie jazzowa dusza, który w latach pięćdziesiątych był związany zarówno z Billy Holiday, jak i Dinah Washington, i który śpiewał przejmującą, drogą sercu Arethy piosenkę Sometimes I Feel Like a Motherless Child.

– Każda kobieta chciała matkować Arecie – opowiadała Ruth Bowen. – Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ją w kościele C. L., wyglądała jak zagubione dziecko. Jej oczy przepełniał smutek. Zdawała się przestraszona. Potem wstała, by zaśpiewać, i pojawił się ten dźwięk. Gospel pełny bluesa, smutku. Przerażająco mocnego bluesa, pięknego i dojrzałego bluesa. Wyszła, zaśpiewała i na powrót wycofała się do własnego świata. Wiem, że wszystkie parafianki, szczególnie te pragnące znaleźć się bliżej pastora, chciały jej matkować. Miałam zresztą wrażenie, że Aretha zdobyła tuziny matek, ale tak naprawdę nie miała żadnej.

W tym samym okresie życia, kiedy Aretha przeżywała utratę matki i szukała pocieszenia, zaczęła też występować publicznie. Pamięta, że jako dziesięciolatka po raz pierwszy zaśpiewała solo w kościele – był to rok śmierci Barbary.

– Miała zaśpiewać Jesus Be a Fence Around Me – wspomina Erma. – Nauczyła się tego utworu z wersji Sama Cooke’a i The Soul Stirrers. Stanęła za pianinem, spojrzała na wielki kościół, w którym tamtego dnia mogło być nawet kilka tysięcy ludzi, i odczekała chwilę, nim zaczęła. Zastanawiałam się, czy da radę. Wszyscy wiedzieliśmy, że ma piękny głos, ale wiedzieliśmy także, że ten czas był dla niej trudny emocjonalnie i że często płacze. Chwilę potrwało, zanim się pozbierała, ale kiedy się udało, wszystko wydostało się na zewnątrz. Przeszła niesamowitą przemianę. Ogromny ból przekształcił się w niezwykłe piękno. To dar mojej siostry. Miała go jako dziecko i nigdy nie straciła, nawet na chwilę.

Wtedy pojawił się pewien wzór: najbardziej dramatyczne doświadczenia życiowe Arethy inspirowały ją do tworzenia najbardziej poruszającej muzyki. Nieszczęście rodziło cudowną kreatywność. Introwertyzm przechodził w ekspresję. Nieśmiała mała dziewczynka zmieniała się w zaskakująco pewną siebie artystkę. Niepokój wypełniający serce Arethy urósł w ciągu następnych lat do ogromnych rozmiarów, podobnie jak jej upór, by tego niepokoju nie wyrażać. Niemy ból skrywał się we wszystkich jej działaniach, ale nie w jej muzyce – tam cudownie przemieniał się w głos wypowiadający wszystkie emocje. Tylko w muzyce mogła wyrazić prawdę.

– Po części to zasługa Kościoła – oceniał Billy Preston, gdy rozmawialiśmy o pierwszych latach kariery Arethy. – W Kościele czarnych najważniejsza jest szczerość. Wierni to najbardziej kochająca i dająca wsparcie publiczność na świecie. Nie można się wstydzić płaczu w świątyni. Ani tego, że cicho jęczysz i głośno krzyczysz. Jeśli masz w sobie choć odrobinę strachu, ludzie siedzący obok sprawią, że odejdzie, okrzykami wychwalając Pana. To były dla mnie pierwsze lekcje śpiewu i fortepianu, dla Arethy również. Po takim chrzcie scenicznym już żadna publiczność na świecie nie mogła mnie przestraszyć, bo bez względu na to, gdzie występowałem, zamykałem oczy i udawałem, że jestem w kościele. Całe życie tak robiłem. I wiem, że Aretha też tak robiła. Śpiewała, by zyskać aprobatę wiernych, a ta przychodziła bezwarunkowo.

Śpiewała jednak również, by zaskarbić sobie aprobatę ojca, jedynego obrońcy, oraz kobiet, które go kochały i których miłości Aretha pragnęła.

– Nie ma wątpliwości – twierdziła Erma – że gdy Aretha dowiedziała się o zainteresowaniu Clary naszym tatą, zresztą odwzajemnianym, sama zainteresowała się Clarą. Jak my wszyscy. Nic w tym dziwnego. Clara była silną i charyzmatyczną kobietą. I gwiazdą. Nawet gdyby nie została jedną z towarzyszek ojca, i tak wpłynęłaby na wszystkie trzy siostry Franklin jako wokalistka. Jej styl był zachwycający pod każdym względem.