Relacja (poza)służbowa - Małgorzata Smolec - ebook
BESTSELLER

Relacja (poza)służbowa ebook

Małgorzata Smolec

4,2

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Zakazany romans z szefem na gorącej Majorce!

Dwudziestosześcioletnia warszawianka, Oliwia Werner, pewnego dnia postanawia rzucić wszystko i wylecieć na Majorkę. Na miejscu czeka na nią praca, którą załatwił dla niej dobry przyjaciel Igor. Oliwia ma objąć stanowisko managera baru Chilla, którego właścicielem jest Michael – Niemiec polskiego pochodzenia.

Przez jakiś czas szef się nie pojawia, więc kobieta korzysta z okazji i zadomawia się w wynajętym mieszkaniu. Poznaje personel knajpy i zwiedza okolicę.

Pewnego popołudnia w barze dziewczyna zauważa, że ktoś intensywnie jej się przygląda. Wzrok nieznajomego jest uporczywy i władczy. Oliwia czuje, że z wrażenia uginają się pod nią nogi. Szybko jednak trzeźwieje i uświadamia sobie, że ten gorący facet to… jej nowy szef. Co gorsza, kiedy już wie, kim jest mężczyzna, jej reakcja na niego w ogóle się nie zmienia. Za każdym razem, gdy są blisko siebie, w powietrzu czuć pożądanie.

Czy tych dwoje powstrzyma fakt, że powinna ich łączyć tylko relacja służbowa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (1235 ocen)
641
295
185
88
26
Sortuj według:
dontxxtouch

Z braku laku…

Nie polecam👎 książka może i miała pewien potencjał ale główna bohaterka denerwowala mnie okropnie uhhh.. te ciągle wstawki (hehehe) proszę mi wybaczyć ale nie czytam smsów od pijanej psiapsi tylko sięgnęłam po książkę z(niby)wysokimi ocenami. Jedną sceną sexu utknela mi w pamięci bo poplakalam się że śmiechu (hehehe)🙄 on do niej: czujesz to, haha, czujesz to jak jest fajnie? Nooo wybaczcie 🤦‍♀️
30
JustSabina

Z braku laku…

Po prostu nie... Czuję się jakbym czytała jedną ze słabszych wattpadówek, które miały potencjał ale coś poszło nie tak. Zaczynając od dialogów, które sprawiają, że główni bohaterzy wypadają na lat 16 w nie 26, zachowanie głównej bohaterki przemilczę, a kończąc na tym, że człowiek okropnie się wynudził mimo, że opisy nie były jakieś długie, a język jest łatwy do zrozumienia.
20
Marza84

Z braku laku…

Efektu wow nie było. Napisana dość prosto i nawet ładnie, bez przeciąganych opisów, lekko się czytalo. Nie trzyma w napięciu, nie ma niewiadomych. Nie zniechecilam się mimo to i przeczytałam. Ma nastąpić C.d. ,ale nie wiem czy sięgnę. Troszke się nudziłam podczas czytania...
10
ania83sosnowiec

Nie oderwiesz się od lektury

Kochani jeśli znudziła wam się zima tej wiosny, to gorąco polecam wam debiutancka książkę Gosi. Przeniesie Was na majorkańskie plaże pełne słońca i gorącego seksu. Poznacie historię, która rozgrzeje Was do czerwoności. Historię niby miła lekką i przyjemną, ale jakże urokliwa. Pewnie, każda z Was chciałaby, choć na chwilę zamienić się z główną bohaterką i spędzić jeden dzień na hiszpańskiej wyspie. Oliwia rzuca wszystko w przysłowiową cholerę i jedzie do pracy na Majorkę. Ucieka przed samą sobą, poukładanym życiem, kariera. Zamienia stabilną sytuację życiową na pracę jako manager w knajpie na Majorce. Oczywiście, jak to w takich historiach bywa jej szefem, zostaje nieziemski przystojniak. Michael, bo o nim mowa, po nieciekawym związku bawi się kobietami, skacząc z kwiatka na kwiatek. Bogaty przystojny mający w sobie to przysłowiowe coś. Inteligenty, bogaty, przystojny czegóż chcieć więcej? Jak potoczy się ich znajomość? Czy Czarna Mamba zasieje ziarnko niepewności i jak potoczą się lo...
11
Violetka580

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciągająca i warta przeczytania książka. Polecam. 😍
00

Popularność




Copyright © 2021

Małgorzata Smolec

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Justyna Nowak

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-591-4

Dla M.

PROLOG

Samolot wystartował. Poczuła cudowną ulgę i ekscytację, a jednocześnie niepokój. Właśnie zaczynał się nowy rozdział w jej życiu. Zostawiła przyjaciół, Warszawę i stabilną pracę w branży reklamowej, żeby w zasadzie wyruszyć w nieznane.

Chyba jestem nienormalna, rozmyślała. Bo kto normalny porzuciłby spokojne, bezpieczne życie na rzecz czegoś zupełnie nieznanego, w obcym kraju, na wyspie? Chociaż to akurat był atut. Niby z polecenia dobrego znajomego, ale tak naprawdę nie wiedziała, czego może się spodziewać na miejscu. Tym bardziej, że nowy pracodawca miał się pojawić dopiero za kilka dni.

Perspektywa czekających ją trzech godzin lotu dawała nadzieję na długą drzemkę. Po kilku szalonych weekendach z przyjaciółmi spędzonych głównie w warszawskich klubach, przydałby się reset. Chcieli ją dobrze pożegnać, szczególnie Kaśka – bratnia dusza, prawdziwa przyjaciółka na dobre i na złe. Już za nią tęskniła. Ale wiedziała, że jeśli zostanie w stolicy, nic nie zmieni, nie ruszy z miejsca, to oszaleje! A jej życie będzie bardziej szare niż warszawska ulica w listopadowy dzień.

Oliwia miała dwadzieścia sześć lat. Przez swoje sięgające za łopatki, proste słomkowoblond włosy oraz wysportowaną sylwetkę o niebotycznie długich i szczupłych nogach, na brak zainteresowania wśród facetów nie mogła narzekać. Ale nie była typową Barbie. Miała oryginalną urodę i z reguły przyciągała mężczyzn o bardzo silnym charakterze. Jej dotychczasowe związki nie należały do udanych, w tym jeden okazał się, delikatnie mówiąc, toksyczny. Przez co świadomie wciąż była sama. Unikała facetów jak ognia. No, może nie całkowicie, ale w grę wchodziły tylko przelotne, jak to nazywała „sportowe”, znajomości.

A teraz potrzebowała naprawdę dużej zmiany. „Jak nie teraz, to kiedy?” – to było jej nowe motto. Okazja przyszła w samą porę, Igor, stary znajomy, zadzwonił do niej z propozycją nie do odrzucenia. Jego przyjaciel na gwałt szukał obrotnej osoby, najlepiej polskiego pochodzenia, do prowadzenia jego lounge baru o nazwie Chilla, znajdującego się na Majorce. Wieloletni manager knajpy odszedł, a właściciel, polsko-niemieckiego pochodzenia, szukał zaufanej osoby na jego miejsce. Michael Daimler prowadził inne biznesy, Chilla była chyba bardziej kaprysem, tam też miał główne biuro, na tyłach knajpy. Położony po wschodniej stronie wyspy lokal miał już swoją renomę. Istniał od ponad dziesięciu lat i był jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc zarówno przez żądnych zabawy turystów, jak i tubylców. Oferta wydawała się być idealna. Oli zdobyła doświadczenie w pracy w knajpach jeszcze za czasów studenckich, a tajniki zarządzania i marketingu zdążyła już poznać w korporacji. Świetnie znała angielski i, co prawda parę lat temu, ukończyła podstawowy kurs hiszpańskiego. Była przekonana, że sobie poradzi, a języka nauczy się w mig. Miała do tego talent. Właścicielowi wyraźnie odpowiadały jej kwalifikacje, skoro tak szybko się zgodził. A może bardziej w tej kwestii zaufał Igorowi? Okaże się na miejscu, pomyślała z niepewną miną.

Z zadumy wyrwał ją głos nieznajomego, który wyrósł przed nią nie wiadomo kiedy, i zapytał, czy może zająć wolne miejsce obok. Tłumaczył się tym, że musi chwilę odpocząć od bardzo głośnych kolegów, których było zresztą słychać z drugiego końca samolotu. Niechętnie się zgodziła, obracając szybko głowę do okna. Nie miała ochoty na pogawędki, poza tym, to była niezła ściema z tym odpoczynkiem. Zaraz pewnie zacznie cisnąć tanią bajerę, wywróciła oczami w myślach. Jednak nowy sąsiad, ku jej miłemu zaskoczeniu, zamknął po prostu oczy i odpłynął. Powinna zrobić to samo już pół godziny temu, ale tysiące myśli przelatywały przez jej głowę.

ROZDZIAŁ 1

Nagłe szarpnięcie wyrwało ją z głębokiego snu. Samolot wylądował.

– Mocno spałaś, dzięki za miejscówkę, odpocząłem. – Nieznajomy puścił do niej oko, pokazując szereg białych jak śnieg zębów.

Przystojny. Typ opalonego surfera z jasną od słońca grzywką. Niezły… na jedną noc… Opanuj się! zbeształa się w myślach, odwzajemniając tylko jego uśmiech.

– Samotne wakacje na Majorce? – Nieznajomy się rozkręcał.

– Niestety tylko praca – odpowiedziała, wpadając w kolejną zadumę. Czy aby na pewno dobrze robiła? Co ją czeka na wyspie? A jeśli nowy szef okaże się jakimś debilem, a praca totalną porażką?

– Do miłego zobaczenia! – Surfer kolejny raz wyszczerzył zęby i zniknął w tłumie turystów wychodzących z samolotu.

***

Kiedy wyszła na zewnątrz, pierwszym, co ją miło przywitało, było ciepłe, świeże, majorkańskie powietrze. Był początek marca, temperatury bardziej zimowe niż wiosenne, co w praktyce oznaczało od kilkunastu do dwudziestu paru stopni na plusie – czyli niczym pełnia lata w Polsce. Wzięła głęboki wdech i uśmiechnęła się do siebie. Nie, jednak zdecydowanie to była dobra decyzja! Jedna z lepszych w moim życiu, pomyślała i ruszyła śmiało przed siebie.

Po przejściu sporego dystansu – lotnisko w Palmie było zaskakująco duże – odebrała bagaż, po czym udała się w kierunku postoju taksówek. Podała kierowcy adres i usadowiła się wygodnie w aucie, żeby podziwiać widoki. Zrezygnowanie z publicznego transportu w tym przypadku było co najmniej głupim pomysłem, do celu podróży jechało się ponad godzinę, ale cóż, żyje się tylko raz! Taksówkarz nieco zdziwiony, ale również zadowolony z opłacalnego kursu, powoli ruszył z miejsca.

Zanim wjechali na drogę numer Ma-15 w kierunku wschodnim, zdążyła zobaczyć kawałek stolicy i bardzo ją ten widok ukoił. Przypomniały się jej wakacje z przyjaciółmi na Majorce kilka lat wcześniej oraz zwiedzanie Palmy. To był fajny czas. Wyspa zachwyciła ją absolutnie. Szczególnie jej typowo śródziemnomorski klimat i konsekwencja architektoniczna, co było z kolei rzadkością na kontynencie. Cudowne butelkowozielone okiennice zdobiące niemal każdy budynek, ciepły piaskowy lub biały kolor kamienic, bogata roślinność, różnorodność, piękne piaszczyste plaże na południu, cudownie kręte drogi wśród łańcucha górskiego Sierra de Tramuntana i romantyczne zatoki na zachodzie i północy. I porty… To uwielbiała najbardziej, gdzie nie pojechali, odkrywali piękny port – d’Andratx… Sóller… Sa Calobra… Cristo… Mogłaby wymieniać bez końca zalety Majorki, którą udało im się prawie całą zwiedzić. Stąd mniej więcej orientowała się, dokąd teraz podążała taksówka.

Na szczęście kierowca był mało rozmowny, więc mogła spokojnie podziwiać krajobraz za oknem. To będzie zajebisty majorkański rok! Znów uśmiechnęła się do siebie, a w środku poczuła miły ucisk podniecenia.

Zbliżali się do celu, czyli jej nowego lokum znalezionego przez internet, gdy była jeszcze w Warszawie. Oczywiście szukała czegoś taniego, niedaleko Chilla i blisko morza, a najlepiej z widokiem na morze. Zadanie raczej niewykonalne, a jednak udało jej się znaleźć prawdziwą perełkę. Być może sprzyjał temu środek zimy. Właściciel niewielkiego mieszkanka na poddaszu, znajdującego się w pierwszej linii brzegowej, oferował wynajem za zaskakująco niską cenę. Jednak zależało mu na czasie i na wynajmie długoterminowym, najlepiej singlowi, który podejmie się odmalowania ścian. Sam musiał pilnie opuścić wyspę. Oliwia była idealną kandydatką.

Kierowca oznajmił, że zaraz będą na miejscu. Taksówka wjechała do miejscowości Cala Ratjada, następnie kierowała się do samego portu. Oli nigdy wcześniej tu nie dotarła. Okolica była przepiękna, a przystań całkiem spora w porównaniu do tych odwiedzanych wcześniej na wyspie. Zacumowane łodzie skąpane w popołudniowym słońcu spokojnie kołysały się na wodzie, a lazur morza bił po oczach swoją intensywnością. Przybyli pod budynek, który był położony bardzo blisko portu, ale nieco na uboczu. Widać było, że stare budownictwo zostało niedawno odświeżone, ściany pokryto świeżą białą farbą, no i te zielone okiennice… Zapłaciła majątek za podróż, podziękowała kierowcy po hiszpańsku i obładowana bagażami ruszyła na górę. Winda miała akurat awarię. Oliwia przeklinała się w duchu, że odmówiła, kiedy taksówkarz chciał wnieść jej torby. Właściciel mieszkania miał czekać na nią w środku. Kiedy zdyszana dotarła na ostatnie piętro, drzwi od razu się otworzyły i wyskoczył z nich nieduży, wesoły Hiszpan. Natychmiast zaczął odbierać od Oliwii bagaże.

– Guapa, let me help you!1 – powiedział, po czym wyściskał i obcałował ją na powitanie w typowo hiszpańskim stylu. Pepe był bardzo uprzejmy i gadał jak najęty, odkąd weszli do domu. Obstawiała, że to stuprocentowy gej. I nie myliła się – oznajmił jej, że zaraz przyjedzie po niego narzeczony Marco, więc muszą wszystko szybko obgadać. Umowę zdążyli zawrzeć wcześniej mailowo.

Mieszkanko, a raczej studio, było przepiękne. Jasne, przestronne, z widokiem na port oraz zazielenione o tej porze roku wzgórza. To był widok wart miliona dolarów. Wszystko było w bieli, bardzo w stylu Oli. Niewielki salon z wygodną kanapą, półkami na książki, małą ilością mebli oraz awangardową lampą stojącą w kącie. A także z białym kominkiem typu „koza” na samym środku, co totalnie ją zachwyciło. Do tego aneks kuchenny w jasnym kolorze z czarnym marmurowym blatem i barkiem, podwójne łóżko po drugiej stronie mieszkania, niewielka garderoba we wnęce na bocznej ścianie oraz łazienka. Studio położone było w rogu budynku i miało piękne drewniane okna na obu prostopadłych ścianach, co dawało spektakularny efekt. Wisienką na torcie był mały przytulnie urządzony taras, z którego szczególnie dumny był pan domu.

Oliwia była zachwycona! Biegała po mieszkaniu, zaglądając w każdy kąt i wydając przy tym okrzyki zachwytu. – Tu jest po prostu zajebiście! – wołała po polsku, na co Pepe tylko się uśmiechał, dolewając jej co i rusz wina. Po uzgodnieniu wszelkich szczegółów dotyczących wynajmu, wypiciu co najmniej trzech lampek Rioja2oraz wyściskaniu po raz kolejny właściciela, wreszcie została sama. Usiadła na podłodze na środku mieszkania i zamknęła oczy. Poczuła ciepło promieni słonecznych wdzierających się do wnętrza i delikatny szum fal. No nieźle sobie to wymyśliłaś, stara…

Kiedy zbliżał się wieczór, a Oliwia zdążyła już rozpakować większość walizek i nieco zadomowić się w nowym miejscu, postanowiła wybrać się na spacer. Przy okazji chciała obejrzeć swoje nowe miejsce pracy, a także odwiedzić jakiś sklep spożywczy. Na zewnątrz panowała niesamowita aura, było już trochę chłodno, ale nadal przyjemnie, a słońce powoli chowało się gdzieś za wzgórzami. Chilla znajdowała się bardzo blisko, z drugiej strony portu. Gdy dotarła na miejsce, jej oczom ukazał się piękny przeszklony budynek, położony nieco na wzniesieniu, oddzielony od wody jedynie promenadą. Było jeszcze zamknięte, więc Chilla nie ukazała jej się w pełnej odsłonie. Jednak i tak to miejsce od razu zrobiło na niej wrażenie. Białe loże, krzesła, stoły, meble, do tego ciemna kontrastująca drewniana podłoga w środku i na długim zewnętrznym tarasie oraz długi szylkretowy, onyksowy bar. Nad blatem wisiała złota lampa z ogromnym metalowym kapeluszem. Widać, że ktoś tu ma wyszukany gust, ciekawe, czy sam właściciel, czy zdolny projektant,zastanawiała się. Pięknie, jutro przyjdę po więcej. Obróciła się jeszcze raz, żeby spojrzeć na lokal, po czym udała się w kierunku swojego nowego, przytulnego gniazdka. Padała z nóg, a już nazajutrz miała spotkanie z załogą knajpy. Jeszcze bez właściciela, ale i tak musiała wypaść przed nimi świetnie. Potrzebowała do tego odrobiny snu po tym długim, ale bardzo pozytywnym dniu.

ROZDZIAŁ 2

Stała przed lustrem i przyglądała się swojemu odbiciu. Jest nieźle. Nie chciała się wystroić ani wypaść zbyt oficjalnie. Biała koszula, granatowe dżinsy rurki i zamszowe mokasyny w tym samym kolorze wydawały się być w sam raz na dzisiejsze spotkanie. Postanowiła też nie spinać włosów, więc jeszcze tylko kropla ulubionych perfum Addict Diora i była gotowa. Złapała klucze i wybiegła z domu.

Drzwi lokalu były otwarte, a w środku czekało na nią dwóch mężczyzn. Starszy, Hugo – barman od razu do niej podszedł, żeby się przedstawić. Pracował tu najdłużej, niemal od początku istnienia Chilla. Był Hiszpanem urodzonym na wyspie i tutaj spędził całe swoje życie. Tyle zdążyła zrozumieć. Mówił dużo i oczywiście głównie po hiszpańsku, ale po angielsku na jej szczęście również potrafił, tak jak zresztą cała obsługa knajpy.

Dawała Hugo na oko pięćdziesiąt lat. Drugi z nich, kelner, nic nie mówiąc, cały czas jej się przyglądał. Wreszcie sama podeszła do niego, wyciągając rękę.

– Oliwia, miło mi. Ty pewnie jesteś Tim?

– Zgadza się, a ty pewnie jesteś moją nową szefową? Masz wysoko postawioną poprzeczkę, twój poprzednik nie miał sobie równych. Ciekawe, ile tu wytrzymasz? – zwrócił się do niej po angielsku.

– Hej, Tim, bądź miły! – zrugał go Hugo. – Nie zwracaj na niego uwagi, ma problem z kobietami w ogólnym tego słowa znaczeniu. – Puścił do niej oko.

– Okej, rozumiem. – Popatrzyła na młodego chłopaka, który po prostu wydawał jej się być zagubiony. – Tim, mam jednak zamiar tu trochę popracować i robić to najlepiej, jak potrafię. – Kelner nic jej nie odpowiedział, tylko oddalił się na zaplecze.

– Właśnie rzuciła go kolejna dziewczyna.

– Hmm… Skąd przyjechał?

– Z Irlandii. Mamy tu prawdziwy mix kulturowy. Jeszcze brakuje rodzeństwa Ingi i Maxa. Teraz są w Niemczech, swoim rodzinnym kraju, przylecą jutro. Szef, Michael, to twój rodak, to znaczy w połowie Polak, w połowie Niemiec, ale to już pewnie wiesz, prawda?

– Tak. A jaki on jest? To znaczy, jaki z niego szef?

– Bardzo wymagający. Ale powiedziałbym, że to twardziel o gołębim sercu. Tak w ogóle, uważaj, bo jesteś dokładnie w jego typie, guapa. – Hugo uśmiechnął się szelmowsko. – Chociaż z tego, co wiem po tylu latach znajomości, raczej nie łączyłby pracy z przyjemnością, ma zasady.

Oliwia zamyśliła się na chwilę. Ona też miała, ale jedną: trzymać się z daleka od facetów! Miło się rozmawiało, czuła, że z Hugo będzie mogła się zaprzyjaźnić. Nie próbował jej podrywać, jak większość nowopoznanych mężczyzn, nieważne, w jakich okolicznościach. Może to, że sięga mi do brody, trochę go powstrzymuje, zaśmiała się w duchu. A tak serio, wydawał się równym gościem, na którym można polegać. Czas przejść do konkretów, czyli do pracy. Musiała dowiedzieć się od Hugo jak najwięcej, miała mnóstwo pytań.

Chyba czytał jej w myślach, bo zaraz oznajmił, że trochę poopowiada jej o knajpie, pracy, a później będzie mogła go o wszystko zapytać. Zresztą, robił to na prośbę Michaela, którego tu dziś właściwie zastępował. Przegadali tak do wieczora, w międzyczasie zamówili pizzę, a drugi „sympatyczny” kolega gdzieś się ulotnił. Oli – bez wrogiego wzroku na sobie, poczuła się swobodniej. Nie wiedziała, kiedy zleciał jej czas, dawno tak miło go nie spędziła. Hugo był błyskotliwym, miłym barmanem, który po prostu uwielbiał swoją pracę i kontakt z ludźmi, dzięki czemu dowiedziała się wielu ciekawych rzeczy. Za kilka dni Chilla miała zostać otwarta na nowy sezon. Już nie mogła się doczekać.

– Okej, czas na nas, i tak zająłem ci całe popołudnie. Konkrety poznasz w praktyce. – Hugo kolejny raz puścił do niej oko. – No i w zasadzie Michael nauczy cię najwięcej. Jeszcze jedno, jutro będzie tutaj nasz kucharz Sami, żeby przygotować kuchnię. Możesz wpaść, jak masz ochotę, żeby bardziej się tutaj zadomowić. Już go uprzedziłem.

– Jasne! Hugo, jesteś fajnym gościem, bardzo ci dziękuję za dzisiaj.

– Nie ma sprawy, guapa. Powodzenia. Ach! Oliwia, zapomniałem o najważniejszej rzeczy – pojutrze urządzam u siebie małą imprezę, przyjdzie kilka osób, między innymi pozostała część ekipy. To dobra okazja, żeby lepiej się poznać, wpadniesz?

– Yyy, nie wiem…

– Nie ma mowy, żebyś nie przyszła, później wyślę ci adres. Do zobaczenia!

***

Następnego ranka znów pojawiła się w Chilla. Tym razem była prawie bez makijażu, miała jeszcze wilgotne włosy i ubrała się w swój ulubiony dres w kolorze nude, który idealnie współgrał z jej już delikatnie opaloną skórą. Po lokalu krzątał się szef kuchni, przygotowując wszystko na otwarcie. Sami wyglądał jak model u Jean-Paul Gaultiera. Był bardzo dobrze zbudowany, postawny, opalony i miał uroczą bródkę. Brakowało mu tylko koszulki w paski i beretu. W tej chwili pomyślała, że spodobałby się Kaśce. Kiedy Sami zobaczył Oliwię, zmierzył ją z góry na dół i zagwizdał.

– Ten to się nie pierdzieli w tańcu – stwierdziła pod nosem i podeszła bliżej z szerokim uśmiechem. Też go sobie obejrzała, przywitała się i natychmiast ostrzegła, żeby sobie darował, bo nie jest w jej typie. To tylko go jeszcze bardziej podkręciło, aż oblizał dolną wargę. Sytuacja wydawała jej się bardzo zabawna, aż się głośno zaśmiała. On również. Od razu wyczuła, że to niegroźny typ – bardziej „erotoman gawędziarz”.

– To ty jesteś tym słynnym kucharzem, który przyrządza tutaj te wszystkie pyszności? – Karta, którą zdążyła przejrzeć poprzedniego dnia, imponowała nie tyle ilością, co jakością potraw. Dominowała w niej kuchnia fusion, hiszpańskie tapasy w nowej odsłonie, smaki śródziemnomorskie, trochę też orientalne. Prawdziwa uczta dla podniebienia, z dużą fantazją autora.

– Podobają ci się moje pomysły? Poczekaj, aż spróbujesz. W tym roku wprowadzę kilka nowych dań. Ludzie przychodzą tutaj dla moich przystawek.

– Sam to wszystko wymyślasz?

– Oczywiście. To znaczy, sam pomysł takiej oryginalnej karty wyszedł kiedyś od szefa…

– Który pozwolił ci puścić wodze fantazji?

– Dokładnie. – Sami uśmiechnął się z dumą.

– Świetnie, nie mogę się doczekać, aż sama ocenię. Nie masz nic przeciwko, żebym się tu trochę pokręciła?

– Nie krępuj się, piękna, ja wracam do mojego królestwa. – Sami zniknął w kuchni, wymachując tasakiem i nucąc Fear Of The Dark Iron Maiden.

Ta melodia pasuje do niego idealnie. – Oli uśmiechnęła się do siebie. – Okej, Chilla, zostałyśmy same. Trochę sobie tu u ciebie dziś posiedzę, poczuję twój klimat, poszperam w muzyce. No właśnie, gdzie jest jakiś sprzęt? Rozglądała się za barem, gdzie odkryła pokaźną kolekcje płyt cd, część z nich była wydana pod marką knajpy.

Wyciągnęła swój tablet, żeby poszukać jakiejś muzyki. Składanki Cafe del Mar, Buddha Bar, muzyka klubowa, chillout, ambient to były jej ulubione klimaty. W ogóle bez muzyki nie mogła żyć. Dlatego może ta praca nie była tak ambitna, jak w Warszawie – na stanowisku z możliwością awansu, wspinania się po szczeblach kariery. Jednak miała dać jej oddech, przyjemność obcowania z ludźmi, muzyką, językami z różnych stron świata i w dodatku jeszcze pod palmami. Kiedy miała poznawać życie i świat, jak nie teraz? Potrzebowała tego jak gorzkiej czekolady.

Kiedy podeszła do sofy, żeby wygodnie usiąść i poszukać kolejnych, najnowszych hitów w internecie, zobaczyła na stoliku świeżo wyciśnięty sok oraz półmisek daktyli i orzechów.

– To dla mnie? Dzięki, Sami, nie musiałeś – krzyknęła w stronę kuchni.

– Liczę po prostu na randkę z tobą.

– Haha, nigdy!

Włączyła jakiś totalny chillout i przeniosła go na głośniki. Muzyka zaczęła rozchodzić się po lokalu. Sięgając co rusz po jedzenie, zamknęła oczy i dała jej się ponieść. Szukała swoich dźwięków. Przez melodię co jakiś czas przebijały się odgłosy fal uderzających o brzeg po drugiej stronie promenady. Czuła się cudownie, to klimatyczne miejsce coraz bardziej jej się podobało. Jej ciało delikatnie poruszało się w rytm muzyki. Trwało to dłuższą chwilę, nagle jednak coś wydało jej się bardzo dziwne, coś nie pasowało. Poczuła się obserwowana, jakby ktoś jeszcze był obecny w lokalu. Kiedy zdezorientowana niepewnie otworzyła oczy, zobaczyła mężczyznę siedzącego ze skrzyżowanymi rękami na sofie po drugiej stronie sali, intensywnie wpatrującego się w jej twarz. Jak gdyby nigdy nic, siedział i bezczelnie się na nią gapił. Wyglądał na trzydzieści kilka lat, miał czarne jak węgiel oczy i ciemne, krótkie, zmierzwione włosy. Był ubrany w czarny przylegający sweter podkreślający jego szerokie barki i umięśnione ręce oraz dopasowane wełniane spodnie w tym samym kolorze. Spod rękawów swetra i przy dekolcie wystawały tatuaże. Miał oryginalną urodę, jakby mix przystojnego Hiszpana, z dzikim Tatarem, ale ze słowiańskim akcentem. Jej rozmyślania sprawiły, że poczuła nagły ucisk w brzuchu, fala dreszczy przeszła jej po plecach. Jego wzrok był władczy i przeszywający na wylot, że, cytując Kaśkę, „majtki same leciały w dół”. Dawno nikt tak na nią nie spojrzał. Ba, chyba nigdy nikt aż tak jej nie rozbierał wzrokiem! Nie z taką intensywnością, że w jednej sekundzie odjęło jej mowę i zrobiło jej się tak gorąco, że poczuła przyspieszone bicie serca. Ale zaraz szare komórki zaczęły na nowo trybić i zaskoczona uświadomiła sobie, że to jej nowy szef tak jej się przyglądał.

ROZDZIAŁ 3

Jak on się tu znalazł?! Oli miała w głowie gonitwę myśli. Michael niespiesznie wstał z kanapy, podszedł do niej i wyciągnął rękę, ani na chwilę nie odrywając od niej władczego wzroku.

– Witaj na pokładzie, Oliwio. – Podała mu swoją dłoń, nie mogąc wydukać z siebie nic oprócz jego imienia, a ten dotyk sprawił, że ponownie przeszła ją fala ciepła. Miała wrażenie, że speszenie ma wypisane na czole i chyba to go trochę rozbawiło. Co ty, do cholery, wyprawiasz, weź się w garść! – beształa siebie w myślach.

– Widzę, że już się tutaj zadomowiłaś. To dobrze. Fajna muzyka, ale za spokojna jak na to miejsce, więc zapomnij, to nie Buddha Bar – powiedział z pełną powagą, a ona popatrzyła na niego zaskoczona. Pierwsze, co pomyślała: co za dupek! I prawie wywróciła oczami. Przecież jeszcze nic nie zdążyła zaproponować, ale nie zmieniało to faktu, że właśnie czytał w jej myślach. Chciałaby, żeby takie kawałki leciały tutaj zaraz po otwarciu lokalu na rozgrzewkę i tuż przed zamknięciem. Ten pomysł przyszedł jej do głowy, kiedy tak siedziała rozmarzona z zamkniętymi oczami. No, ale właśnie został błyskawicznie zmieciony z powierzchni ziemi. Dupek…

– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że przyszłam wcześniej. Chciałam trochę bliżej poznać to miejsce. Nie wiedziałam, że już wróciłeś. – Zignorowała to, co przed chwilą mówił, nie chciała na wstępie wdawać się w dyskusje z nowym szefem.

– Tak, udało mi się wcześniej wylecieć, miałem być dopiero jutro. Nie przeszkadza mi twoja obecność tutaj. Zawsze doceniam zaangażowanie. Jakbyś mnie potrzebowała, będę w swoim biurze, a od piątku bierzemy się ostro do roboty. – Spojrzał na nią, a raczej zmierzył z góry na dół, po czym najspokojniej w świecie się oddalił.

Poczuła, że jej płoną policzki. Zastanawiała się, co też, do cholery, właśnie się z nią działo. Zachowywała się jak napalona kotka, a raczej jej ciało tak reagowało, a umysł chciał zachować pełną powagę i obojętność. W końcu to był jej szef, a nie kolejny obiekt do zaliczenia, w dodatku jeszcze nie zdążyła zacząć pracy. Owszem, był wysoki i kurewsko przystojny! Ale nie, nie – żaden tam słodko-ładny typ! Tylko surowo-męski… I to władcze spojrzenie czarnych oczu. Dokładnie w jej typie. Jednak wiedziała, że trzeba wziąć się w garść i wybić sobie z głowy wszelkie senne marzenia o tym panu. Ale sposób, w jaki na nią patrzył, jak lew na swoją zdobycz, wcale nie pomagał. A może jej się po prostu wydawało, może chciałaby, żeby tak właśnie było…

Oliwia wzięła trzy głębokie wdechy i ruszyła do kuchni. Chciała skoncentrować swoje myśli na czymś innym, właściwym, czyli na robocie. Postanowiła podejrzeć Samiego w pracy. Przysiadła na wysokim stołku i zaczęła podpytywać go, jak działa kuchnia, czego nie lubi u kelnerów, kiedy i gdzie robi zamówienia towaru. Zadawała mu mnóstwo pytań, takim była typem. Jak już wchodziła w dany temat, chciała wiedzieć wszystko i być najlepsza w tym, co robi. Na szczęście kucharz cierpliwie odpowiadał, ogarniając jednocześnie swoje zadania. Widać było, że dobrze się czuł w roli mentora. Przy okazji taksował ją wzrokiem z góry na dół co jakiś czas, ale były to bardziej wygłupy niż podrywanie. Obydwoje często wybuchali przy tym śmiechem. Bawili się w najlepsze, kiedy do kuchni wkroczył Michael. Najpierw zgromił spojrzeniem Samiego, który i tak nic sobie z tego nie robił, tylko zwyczajnie oddalił się do swoich zajęć. A następnie, jak gdyby nigdy nic, zwrócił się do Oliwii:

– Głodna?

Rany, nie nadążam za zmiennością jego nastroju!

– Głodna – odpowiedziała tylko, a raczej jej żołądek odpowiedział za nią.

– To zapraszam, będziemy mieli okazję bliżej się poznać – zaproponował z pełną powagą, po czym wyszli razem z knajpy.

Przeszli obok jego biura, by znaleźć się na przytulnym kamiennym podwórku na tyłach lokalu, gdzie na środku rósł piękny, ogromny, dyskretnie oświetlony figowiec. Z drugiej strony stał nowoczesny dom Michaela z wielkim przeszklonym tarasem z boku, wychodzącym wprost na morze, gdzie zatoka zatoczyła kolejne półkole przy brzegu. Na tarasie dostrzegła sprzęt do ćwiczeń. To tutaj rzeźbi ten przemądrzały tyłek.

Michael kazał jej zaczekać, po czym z garażu wyprowadził samochód, najnowszego range rovera Autobiography. Potężna maszyna w ciemnym kolorze, na wielkich czarnych kołach idealnie pasowała do jej właściciela. Wyszedł z samochodu, żeby otworzyć Oliwii drzwi. W środku auto miało skórę dokładnie w kolorze jej dresu, więc kiedy usiadła na siedzeniu, prawie zniknęła. Odznaczały się tylko jej paznokcie pomalowane na kolor czerwonego wina. Bardzo ją to rozbawiło. Michael też to zauważył.

– Perfekcyjnie dobrani! – zażartował i szeroko się uśmiechnął. Zastanawiała się, czy wcześniej tylko udawał bycie takim serio przy niej, a tak naprawdę to równy gość?

Było już późne popołudnie, ulubiona pora dnia Oliwii, słońce leniwie szykowało się do zachodu, a czas jakby zwalniał – szczególnie w takim miejscu jak Majorka. Obiecała sobie, że w wolnej chwili porobi parę zdjęć. Uwielbiała to, ale ostatnio nie mogła znaleźć czasu na swoją pasję i jej Nikon tylko zbierał kurz na półce.

– To dokąd jedziemy?

– Daleko. Zobaczysz. – Uśmiechnął się pod nosem.

Kierowali się na północ wyspy. W radiu leciała piosenka Earned It The Weeknd. Słońce powoli zachodziło, barwiąc niebo na różowo. Droga stawała się coraz bardziej kręta, gdy jechali wyżej w góry. Podróż zajęła im około godziny, prawie nie zamienili słowa, co nie było w stylu Oliwii. Jednak było jej z tym dziwnie dobrze, kiedy tak milczeli. Przyjemnie i trochę sennie. Michael tylko co jakiś czas na nią zerkał. Ona na niego również, ale starała się robić to dyskretnie. Jednak nie mogła się powstrzymać, szczególnie, jak manewrował kierownicą swoimi potężnymi ramionami. I te tatuaże… Intrygowało ją, jak wyglądają w całości. Nie spodziewała się, że jej nowy boss będzie tak wyglądał, pachniał… W całym samochodzie unosił się zapach jego perfum. Chyba oszalałam! Po raz setny spoliczkowała się w myślach.

Kiedy zobaczyła, gdzie dotarli, zaparło jej dech w piersiach. Niewielka restauracja leżała nad urwiskiem. Po jednej stronie przyklejona była do ściany skalnej porośniętej bugenwillą. Taras był częściowo zadaszony, z kolejnymi kwiecistymi pnączami wijącymi się u góry, w różnych odcieniach fuksji i czerwieni, ze spektakularnym widokiem na morze. Na stolikach tliły się świeczki. To miejsce było magiczne.

– Odebrało mi mowę. Tu jest cudownie! – Oliwia stała jak zaczarowana.

– To restauracja mojego włoskiego przyjaciela. Myślę, że mają tu najlepszy makaron carbonara i owoce morza na całej wyspie.

Usiedli przy stoliku. Było ciepło od rozpalonych ogrzewaczy tarasowych. Oli zdjęła bluzę. Pod spodem miała białą prostą koszulkę z zalotnie rozciętym dekoltem, do którego dyskretnie wpadał cienki, złoty łańcuszek. Jej opalona skóra od razu przykuła uwagę Michaela.

– Podoba ci się mój łańcuszek? – zapytała z sarkazmem w głosie.

– Tak, zastanawiam się co jest na końcu.

– Wisiorek.

– Domyślam się, ale jaki?

– Tajemnica. – Uśmiechnęła się do niego, biorąc kolejny wdech. – Chyba jestem nieodpowiednio ubrana do takiego miejsca – próbowała zmienić temat.

– Mam inne zdanie. – Mówiąc to, zmierzył ją powoli z góry na dół, nie omijając po raz kolejny jej dekoltu.

Ich niewinny flirt został nagle przerwany przez bardzo głośnego człowieka, który już z daleka witał Michaela i wykrzykiwał coś na jego widok. Uściskali się wylewnie. Michael przedstawił Oliwii Sergio, a ten od razu złapał ją w objęcia i okręcił wokół.

– Bella, bella, bellezza!3 – wykrzykiwał. Oli nieco speszona popatrzyła na bezradnie rozkładającego ręce Michaela.

– Sergio, Oliwia to nowy manager Chilla.

– Jak to, to nie jest twoja narzeczona? Idiota! – Sergio zawołał po włosku i złapał Michaela za policzki, poklepując po przyjacielsku, po czym wszyscy troje wybuchnęli śmiechem.

Przez resztę wieczoru rozmawiali o sobie, mniej o pracy, i jedli faktycznie najlepsze owoce morza, jakich Oli miała okazję ostatnio spróbować. Do tego pili pyszne domowe wino. Michael mieszkał na Majorce od lat, znał tę wyspę jak własną kieszeń. Przyjeżdżał tu z rodzicami od dziecka. W okresie zimowym, kiedy Chilla była zamknięta, częściej przebywał w Monachium, swoim rodzinnym mieście. Tyle Oliwia zdążyła się dowiedzieć, niewiele mówiąc o sobie. Nie powrócili już do tematu wisiorka, ale napięcie, które z każdą minutą między nimi rosło, mogłoby oświetlić małe miasto. Oli była tym skrępowana, a z drugiej strony miała jakąś irracjonalną chęć na więcej. Nie spodziewała się, że jej nowy szef sprawi, że będzie czuła się tak dziwnie. Sergio podchodził do nich co jakiś czas, żeby sprawdzić, czy niczego im nie brakuje lub żeby rozpływać się nad urodą Oliwii.

– Jest uroczy. – Nachyliła się do Michaela, żeby mógł ją lepiej usłyszeć w gwarze panującym w restauracji, która zapełniła się w międzyczasie po brzegi.

– To prawda. Znamy się od wielu lat, jest dla mnie jak starszy brat.

– Dlaczego zabrałeś swojego pracownika do miejsca, gdzie zwykle zabiera się narzeczone? – zażartowała, upijając kolejny łyk białego wina.

– Bo nie mam narzeczonej – odparł z uśmiechem od ucha do ucha. – A tak serio, chcę cię bliżej poznać.

Nie flirtuj, kretynko! powiedziała do siebie w myślach i odwzajemniła jego uśmiech. Ten wieczór był naprawdę udany. Nie mogła jeszcze rozgryźć motywacji Michaela i zmienności, z jaką ją traktował, ale była w tak świetnym humorze, że postanowiła nie zawracać sobie tym głowy. I tak nie pozwoli sobie na nic więcej z własnym szefem.

Wkrótce zrobiło się naprawdę późno i odwiózł ją do domu. Podziękowała mu za kolację i nie żegnając się po hiszpańsku, wyszła z samochodu. Czekał, aż wejdzie do budynku. Majorkański dżentelmen,pomyślała,uśmiechając się do siebie.

Oliwia długo nie mogła zasnąć. Ten wieczór wyglądał raczej jak randka, a nie służbowe wyjście z szefem. Miała w głowie gonitwę myśli. Wiedziała, że nie powinna się tak czuć, romanse w pracy nigdy nie kończyły się dobrze, szczególnie dla kogoś, kto dopiero ją zaczynał. Jednak zastanawiało ją, czy tylko jej się zdaje, czy Michael patrzył na nią jakoś inaczej. Westchnęła ciężko. Wiedziała, że musi wziąć się w garść, skoncentrować na tym, po co tu przyleciała i ujarzmić wszelkie grzeszne myśli. Nawet jeśli jej wyposzczone ciało chciało czegoś innego. Jutro odpocznie, może to przywróci jej spokój. W tym momencie przypomniała sobie o imprezie. O rany. Nie wiedziała, czy chce tam pójść. Nie znała nikogo, będzie się czuła nieswojo wśród paczki wieloletnich przyjaciół. A z drugiej strony, właśnie z uwagi na pracę powinna tam iść i spróbować bliżej ich poznać, przełamać lody. Zasypiała z gotowym planem na następny dzień – dużo odpoczynku, nicnierobienia, a wieczorem wpadnie na godzinę do Hugo.

ROZDZIAŁ 4

Barman mieszkał w ciekawym miejscu – to było osiedle typowych surfingowych domków na plaży. Wynajmował jeden z nich. Oliwia postanowiła ubrać się na zupełnym luzie. Wskoczyła w gładki, bawełniany dres w kolorze khaki, pod spodem miała mocno wycięty na plecach czarny, jednoczęściowy strój kąpielowy, który wyglądał jak body. Wieczorami o tej porze roku było jeszcze chłodno, więc wygodny dres pasował idealnie, a strój… sama nie wiedziała, po co go włożyła. Może, żeby wykąpać się w chłodnym morzu o północy.

Kiedy dotarła na miejsce, przez chwilę się rozglądała, szukając właściwego numeru, jednak dudniąca muzyka szybko doprowadziła ją do odpowiedniego domku. Obeszła budynek, żeby wejść przez taras od strony plaży. Hugo zauważył ją z daleka i podszedł, żeby się przywitać oraz przejąć od niej dwie zgrzewki Desperadosa, które ze sobą przytachała. Od razu zaczął przedstawiać ją reszcie ekipy. „Sympatycznego” Tima już znała. Dziś niestety nie wyglądał na bardziej dostępnego, ale w sumie miała to gdzieś.

– Oli, poznaj Ingę i Maxa. – Hugo podszedł do niej z dwójką ludzi o jasnych, niemalże białych włosach. Byli do siebie bardzo podobni.

– Tak, jesteśmy bliźniętami, uprzedzając twoje pytanie. Miło cię poznać, szefowo. – Inga mocno ją przytuliła i pocałowała w oba policzki. To samo zrobił Max. Oliwia od razu poczuła się jak w domu. Za chwilę ktoś wręczył jej zimne piwo, ktoś inny podkręcił muzę. Zrobiło się naprawdę milutko.

Gości przybywało, Oli co chwilę witała się z kimś nowym, oczywiście za cholerę nie zapamiętując imion. Słyszała dużo hiszpańskiego, jednak ludzie rozmawiali z nią również po angielsku, żeby więcej rozumiała. Niektórzy wchodzili na imprezę wprost z morza, jeszcze w swoich mokrych piankach, z deskami surfingowymi. Oliwia rozglądała się wokół, czując się jak studentka na zajebistym beachparty.

Po chwili znalazła się na zewnątrz z Ingą i innymi dziewczynami, gdzie rozmawiały i śmiały się przechylone przez barierkę na tarasie. Nagle, kiedy spojrzała przed siebie, przeszedł ją znajomy dreszcz, a jej wzrok spotkał się z czarnymi jak węgiel oczami. Michael szedł z Samim od strony plaży. Wyglądał jak młody, pieprzony bóg! Miał luźne lniane spodnie z podwiniętymi nogawkami, białą bawełnianą koszulkę z szerokim dekoltem i czarne japonki. T-shirt niedbale opinał się na jego szerokiej klacie. Oli zauważyła tęskne spojrzenie kilku dziewczyn i już wiedziała wszystko. Ktoś tu będzie miał dziś branie, pomyślała tylko i zajęła się sączeniem piwa, żeby tylko skupić myśli na czymkolwiek, byle nie na tych czarnych oczach i całej reszcie tego idealnego mężczyzny.

Michael skinął głową paru osobom i podszedł prosto do niej. Miała przy tym wrażenie, że zignorował sporą grupę fajnych lasek po drodze. Ale jak zwykle mogło jej się tylko wydawać.

– Oliwio – przywitał się jak zawsze, z pełną powagą, całując ją w oba policzki. – Cieszę się, że przyszłaś. – Jego wzrok od razu powędrował na jej dekolt, gdzie wisiał znajomy łańcuszek ze sprytnie ukrytym tajemniczym wisiorkiem. – Znów kalambury? – zapytał rozbawiony, wskazując na łańcuszek trzymaną w dłoni butelką piwa.

– Słucham? – Z uśmiechem uniosła brwi i udała, że nie wie, o co chodzi. Po czym zatopiła usta w Desperadosie, posyłając mu niewinne spojrzenie.

– Hugo przedstawił ci ludzi? – Zdążył ją jeszcze zapytać, zanim zostali rozdzieleni przez napierający, rozbawiony tłum. Wtedy pojawiła się Inga, która chwyciła Oliwię za rękę i pociągnęła za sobą. Oli skinęła tylko Michaelowi głową i pobiegła za zwariowaną Niemką.

Impreza przeniosła się na plażę przed domek. Rozpalono ogromne ognisko, a kilku wysportowanych facetów zaczęło popisywać się, robiąc różne akrobacje. Oliwia siedziała na piasku, leniwie przesuwając po nim gołymi stopami. Wpatrywała się w ogień, słuchała muzyki, sączyła alkohol i gawędziła z nowymi znajomymi. Czuła się cudownie, nie trzeba było jej nic więcej. Była pod wrażeniem, na jakim luzie żyją tutaj ludzie, co od razu przekładało się na ich usposobienie, pogodę ducha, podejście do drugiego człowieka. To było mocno zaraźliwe i miało się nijak do tego, co znała z własnego podwórka. Diagnoza była prosta, tam gdzie słońce, tam peace and love.

Rozglądając się, zauważyła Michaela, który stał nieco na uboczu i rozmawiał przez telefon. Również powoli wodził wzrokiem po ludziach, aż ich oczy ponownie się spotkały. Patrzyli tak na siebie dłuższą chwilę – on zajęty rozmową, ona popijająca którąś już butelkę piwa. Żadne z nich nie miało zamiaru przestać się gapić. Chociaż cała aż drżała w środku, na zewnątrz grała twardą. Na twarzy Michaela pojawił się delikatny uśmiech, miała wrażenie, że czytają sobie w myślach, a z drugiej strony wiedziała doskonale, że nie powinna z nim tak pogrywać. Co ona wyprawiała?! Nie poznawała samej siebie… I nie mogła przestać. Jeszcze długo mogłaby się tak w niego niby niewinnie wpatrywać, gdyby nie jeden z surferów, który nagle wskazał na nią, wołając po imieniu. Pomachał ręką, żeby do niego podeszła, a w tym czasie ktoś przyciszył muzykę.

– Uwaga, mamy tu dziś świeżą krew prosto z Polski. Proszę państwa, oto Oliwia, nowa szefowa Hugo. Oliwio, podejdź tu, proszę, mamy dla ciebie zadanie – krzyknął, na co wszyscy zaczęli bić brawo i gwizdać.

– Sorry, nie ma mowy. – Oli prawie zakryła twarz bluzą. Myślała, że zapadnie się pod ziemię. Co ten koleś wyprawiał?!

– Nie, nie! Nie wstydź się, zapraszamy na środek. Każdy nowy przybysz na wyspie musi się z czymś zaprezentować – nalegał. – Możesz nam zaśpiewać, zatańczyć, co chcesz.

– On sobie jaja robi?! – Zaskoczona spojrzała błagalnym wzrokiem na Ingę. Ta jednak potwierdziła tylko, że jej kolega ma rację i zaczęła delikatnie wypychać ją na środek.

– A co ja mam wam niby pokazać? – Zrozpaczona Oli desperacko szukała ratunku wśród gapiących się na nią twarzy. Co to, do cholery, jakiś chrzest? Węszyła tu spisek. Spojrzała na Hugo, który z głupią miną tylko rozłożył bezradnie ręce. Wreszcie wzięła dwa wdechy i niewiele się zastanawiając, zrzuciła z pleców bluzę i wyszła na środek. Poszukała wzrokiem grupki popisujących się skoczków, z których jeden tak gorąco ją wywoływał i krzyknęła w ich kierunku: – Niezłe fikołki! – jednocześnie unosząc kciuk. Cofnęła się kilka kroków, robiąc sobie miejsce, po czym, jak gdyby nigdy nic, wykonała dwie gwiazdy i na koniec coś w rodzaju salta, podpierając się jedną ręką o piasek. Zaskoczeni ludzie zaczęli ponownie gwizdać i bić brawo, tym razem nieco głośniej.

Tego się nie spodziewaliście, ha, ha, pomyślała w duchu, po czym natychmiast poczuła wirowanie w głowie. Kilka wypitych piw dało o sobie znać. Oli dla zabawy ukłoniła się niczym po udanym występie w cyrku, chwyciła swoją bluzę, zakryła nią twarz i schowała się w tłumie. Inga uściskała ją, głośno się śmiejąc i wychwalając jej umiejętności.

– Nauczysz mnie tak fikać?

– Jasne! Słuchaj, Inga, na mnie już czas, pożegnam się tylko z Hugo i spadam. Do zobaczenia w pracy!

– No coś ty, zostań jeszcze. – Nowa znajoma była zawiedziona.

– Nie mogę. Kręci mi się w głowie, na dzisiaj mam już dość wrażeń. Ale cieszę się, że tu przyszłam! Buziaki, do zobaczenia! – Wyściskała kelnerkę na odchodne, szybko pożegnała się z Hugo, po czym udała się do wyjścia. Ukradkiem spojrzała jeszcze na miejsce, gdzie wcześniej stał Michael, ale nikogo już tam nie było.

Niezły cyrk, uśmiechnęła się do siebie. W jej głowie coraz bardziej wirowało, nie mogła się doczekać, kiedy dotrze do domu. Nie miała daleko, ale było ciemno, zimno i poczuła się nieswojo. Jeszcze żeby było weselej, usłyszała za sobą dźwięk powoli zbliżającego się samochodu. Kiedy podjechał naprawdę blisko, rozpoznała range rovera Michaela i zobaczyła jego czarne oczy, kiedy otworzył szybę.

– Ufff… wystraszyłeś mnie – zaśmiała się niepewnie.

– Wsiadaj – znów usłyszała ten stanowczy ton.

– Poradzę sobie, dziękuję.

– Oliwio…

– Okej, okej! Już wsiadam. – Zrezygnowana uniosła ręce. Jego nieznoszący sprzeciwu głos zaczynał działać na nią jak płachta na byka. Jednak postanowiła, że dziś nie będzie testować jego cierpliwości.

– Jest środek nocy, podwiozę cię – stwierdził już łagodniejszym tonem. Kiedy wsiadła i zaczęła wkładać bluzę, zmierzył ją z góry na dół. – Ładne fikołki.

Nic nie odpowiedziała, tylko posłała mu niewinny uśmiech. Pewnie zaskoczyła go swoimi umiejętnościami tak, jak i resztę ludzi na imprezie. Całe szczęście, że była typem sportowym i spróbowała wielu dyscyplin w dzieciństwie.

– A ty piłeś i prowadzisz? – postanowiła jednak trochę go sprowokować.

– Mało piję, mogę prowadzić. Poza tym w Hiszpanii dopuszczalny limit to pół promila.

– Aha. Zawsze masz wszystko pod kontrolą? Pieprzony pan „samokontrola” – parsknęła, po czym szybko się zamknęła. Chyba jednak wypiła o jedną butelkę za dużo.

Piwo z tequilą jest zdradliwe.

Michael milczał, uśmiechając się irytująco pod nosem. Zrobiło jej się głupio, ale nie miała zamiaru przepraszać. Kiedy podjechali pod jej budynek, odetchnęła z ulgą. Czuła między nimi rosnące napięcie, alkohol buzował w jej żyłach, ledwie mogła wytrzymać jego wzrok w czasie jazdy. Wydawał się być na nią o coś zły. Milczał, a jednocześnie miał to swoje spojrzenie wygłodniałego wilka. Szybko pożegnała się, dziękując mu za podwiezienie, po czym z ulgą czmychnęła do klatki budynku. Chciała jak najszybciej przytulić głowę do poduszki, jej serce biło jak szalone.

***

Obudziły ją pierwsze promienie słońca wdzierające się do mieszkania. Kiedy przypomniała sobie, gdzie jest, od razu chętniej wstała. W doskonałym humorze poszła wziąć prysznic, a następnie włożyła swój ulubiony popielaty komplet: legginsy i koszulkę z długim rękawem z miękkiej dzianiny. Włączyła ukochaną płytę koncertowąSade Lovers Live, której przy okazji mogli posłuchać sąsiedzi co najmniej z tego samego piętra. Rozłożyła matę, żeby chwilę porozciągać się na tarasie. Nie ćwiczyła jogi od przylotu. Pomyślała, że będzie musiała rozejrzeć się za jakimiś zajęciami, nie mogła bez tego funkcjonować. Kiedy siedziała tak przez chwilę ze skrzyżowanymi nogami i oddawała się medytacji, gdzieś pomiędzy dźwiękami kolejnej piosenki usłyszała dzwonek do drzwi. Kto to może być? Zdziwiła się, niechętnie podnosząc tyłek. Przecież nikt nie wiedział, że tu mieszka. Może faktycznie muzyka leciała za głośno. Kiedy otworzyła drzwi, dosłownie ją zatkało – zobaczyła Michaela opierającego się o framugę z dwoma kubkami kawy na wynos. Wyglądał inaczej, bardziej na luzie, miał na sobie popielaty, gładki dres. Tym razem to oni zgrali się kolorystycznie. Zawsze zwracała uwagę na kolory i liczby. Były jak zaczarowane symbole.

– Już myślałem, że będę musiał wyważyć drzwi. – Rozbawiony popatrzył na nią tymi czarnymi oczami, przez które miała kłopoty z zaśnięciem tej nocy.

– Cześć…yy… Co ty tutaj robisz? Skąd…

– Skąd wiem dokładnie, gdzie mieszkasz? – wszedł jej w słowo. – Znamy się z Pepe jak łyse konie. Nietrudno się było domyślić, kiedy powiedział mi, że wynajął mieszkanie młodej Polce.

– Wejdź, proszę. Jak łyse konie powiadasz? – Spojrzała na niego znacząco.

– Ha, ha, nie no chyba nie podejrzewasz mnie o…? Masz wątpliwości co do mojej orientacji seksualnej? – zapytał coraz bardziej rozbawiony.

– Nie mam! – odpowiedziała trochę za szybko, karcąc się w myślach.

– Byłem rano w Palmie, by pozałatwiać kilka spraw i przy okazji chciałem podrzucić ci to. – Wręczył jej pudełko.

– Co to jest? – zapytała zdziwiona.

– Twój telefon służbowy.

– Okej, dziękuję. Ale mogłeś równie dobrze przekazać mi go jutro. – Chciała dodać jeszcze coś sarkastycznego, ale tym razem ugryzła się w język.

– Mogłem – odpowiedział, po czym zaczął przechadzać się po mieszkaniu. – Przytulnie tu – sprytnie zmienił temat.

– Bardzo. Pokochałam to miejsce od pierwszej sekundy. Ten pyszny starbucks to prosto z Palmy? – zapytała, upijając łyk kawy.

– Ehe – zamruczał pod nosem, idąc na taras, by wygodnie usadowić się na kanapie.

Totalnie zdezorientowana Oli poszła za nim. Kiedy podchodziła, siedział ze skrzyżowanymi rękami i mierzył ją dokładnie z dołu do góry. Zatrzymał wzrok na jej spojrzeniu. Pomimo tego, że natychmiast zrobiło się jej gorąco, a jej sterczące sutki zaczęły przebijać przez cienką bluzkę, nie chciała dać tego po sobie poznać i stanęła przed nim z pewną siebie miną. Nie miała grama makijażu, jej wilgotne włosy były zaczesane gładko do tyłu i nie włożyła dziś stanika. Ale trudno, pomyślała. Niech sobie popatrzy, tyle jego. Położyła ręce na biodrach, jednak zdradzała ją bosa stopa, którą niepewnie zaczęła wodzić po podłodze.

– Jak się czujesz? – zapytał, dalej się w nią wpatrując, a raczej centralnie w jej cycki.

– Jeśli pytasz, czy mam kaca, to nie, nie mam… Moralniaka również nie – dodała hardo po chwili. – Jesteś na mnie zły?

– Zły? – Michael był wyraźnie zdziwiony. – Nie jestem na ciebie zły, Oliwio.

– Takie sprawiałeś wczoraj wrażenie w samochodzie.

– Nie, to o wiele bardziej skomplikowane – odparł, ponownie przybierając skupiony wyraz twarzy.

– Jesteś głodny? Właśnie miałam zrobić sobie śniadanie – zmieniła temat.

– Zawsze – odpowiedział z szelmowskim uśmieszkiem. Miała wrażenie, że poczuł ulgę, że nie chciała dalej drążyć.

– Zaraz wracam, czuj się jak u siebie. – Ulotniła się szybko do kuchni, musiała złapać oddech. Wszystkie jej nocne postanowienia właśnie brały w łeb. Sama nie wierzyła w to, co się z nią działo. Nie poznawała siebie! Nie pamiętała, żeby ktoś tak silnie na nią działał. Czuła się jak na haju. Pokręciła głową i zaśmiała się do siebie nerwowo. Zaczęła przygotowywać śniadanie, zastanawiając się, po co tak naprawdę Michael pojawił się u niej z samego rana, bo chyba nie tylko po to, żeby sobie na nią popatrzeć.

Nie usłyszała, kiedy podszedł.

– Często mówisz do siebie? – Usiadł na hokerze, głośno się śmiejąc. Miała wrażenie, że powoli stawała się dla niego niezłą rozrywką.

– Tylko czasami – odparła zmieszana.

– Twój telefon jest gotowy, proszę. – Położył nowego iPhone’a na blacie. – Wpisałem w książkę twój numer, swój również. Możesz do mnie dzwonić, kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować, a mnie akurat nie będzie w pobliżu.

– Okej, dziękuję… Śniadanie gotowe. Czy możemy wrócić na taras? Ty pewnie nie, ale ja zdecydowanie mam deficyt słońca. Mam nadzieję, że lubisz ryż w mleczku kokosowym z mango i orzechami? – zapytała.

– Jasne. Widzę, że zdrowo się odżywiasz.

– Staram się, czasami. Dlatego menu w Chilla zrobiło na mnie duże wrażenie. Nieźle, proszę pana.

– Dziękuję, proszę pani.

Rozsiedli się wygodnie na tarasie. Celowo nie usiadła obok niego, to było zbyt ryzykowne, nie ufała sobie. Podkuliła nogi i zabrała się do jedzenia. Zamknęła oczy, wystawiając twarz do słońca. Michael również spokojnie jadł, jednak cały czas ją obserwował. Kiedy to zauważyła, po raz setny się zmieszała.

– Zawstydzasz mnie. I widzę, że sprawia ci to frajdę, ale mi nie bardzo, z uwagi na moje cele zawodowe, rzecz jasna. – Wstała z kanapy, założyła bezradnie ręce za głowę i popatrzyła na niego, starając się zachować powagę, choć było to cholernie trudne. Michael przez chwilę milczał, przeszywając ją tylko swoim władczym, ciemnym spojrzeniem. Czuła, jakby wypalało w niej dziury. Mężczyzna odstawił swój pusty talerz na stolik, wstał i powoli do niej podszedł. Oddychał ciężko przez nos. Widziała, jak zaciska szczęki, a mięśnie na jego doskonałej twarzy pracują. Sięgała mu teraz dokładnie do obojczyka.

– Mówiłem, że to skomplikowane – wyszeptał, dotykając ustami jej czoła. Nagle wziął jej twarz w dłonie i delikatnie musnął jej wargi swoimi. Znieruchomiał, czekając na jej reakcję. Jego zapach odurzał ją już zbyt długo.

– Pieprzyć to! – zdążyła tylko wyszeptać i przyssała się do niego jak pijawka. Zaczęli całować się jak w amoku, dziko, namiętnie, prawie boleśnie. Oliwia dała się ponieść, a świat wokół niej zawirował. Michael smakował nieziemsko i całował dokładnie tak, jak lubiła. Czyli nie usiłował wepchnąć jej języka do samego gardła ani też lizać wszystkiego wokół tylko nie ust. Całował namiętnie, jego usta ssały jej wargi i język. To było idealne. Pierwszy raz przeżywała coś tak intensywnego i prawdziwego. Kiedy wreszcie się od siebie oderwali, przytulił swoje czoło do jej, głośno dysząc.

– Jezu, masz tak słodkie usta, Oliwio. Będzie lepiej, jak już sobie pójdę. Jesteś jak narkotyk! – zaśmiał się z żalem, po czym pocałował ją w czoło. – Dziękuję za pyszne śniadanie. Do zobaczenia jutro, kocie.

– Pa – zdążyła tylko z siebie wydusić, zanim Michael wyszedł.

Opadła ciężko na sofę. Niech to szlag, co to, kurwa, było?! Była jednocześnie oszołomiona, podniecona i wkurzona, że tak ją zostawił. Milion myśli przebiegało przez jej głowę. Z drugiej strony dziękowała Bogu, że wyszedł, bo nie wiedziała, co by było, gdyby został. Jej majtki były kompletnie wilgotne. To wszystko zdecydowanie nie powinno się wydarzyć. Kiedy podeszła do telefonu, który zostawił jej Michael, na ekranie czekała na nią jedna wiadomość:

Michael: Słodkie…

ROZDZIAŁ 5

Spojrzała w lustro. Może wystroiła się trochę za bardzo, ale dobrze wiedziała, dla czyich czarnych oczu to zrobiła. Wbrew zdrowemu rozsądkowi oczywiście, ale musiała się na nim odegrać za wczoraj. Poza tym dziś miała zamiar być grzeczna. Włożyła białą, gładką koszulę, karmelowe, skórzane bermudy i zamszowe szpilki w tym samym kolorze. Obcas był nie za wysoki, żeby mogła wytrzymać cały dzień, a jednocześnie sprawiał, że łydki miała ładnie napięte. Jej nogi zdążyły się już opalić, szczególnie gdy wczoraj, po odwiedzinach Michaela, praktycznie do późnego popołudnia nie schodziła z tarasu. Na samą myśl o wczorajszym pocałunku znów zrobiło jej się gorąco. Szybko wyszła z domu, mając nadzieję, że poranny chłód nieco postawi ją do pionu.

Kiedy weszła do Chilla, w środku rozbrzmiewały dźwięki muzyki, której słuchała tu ostatnio. Zaraz, przecież na wstępie skrytykował tę melodię!

– Witaj, Oliwio, stęskniłem się, ty moja akrobatko. – Hugo wyściskał ją na powitanie.

– Hugo! Jak dobrze cię widzieć. Ale poczekaj, jeszcze się wam odegram za te fikołki! – Pogroziła mu palcem, ale naprawdę ucieszyła się na jego widok. Potrzebowała dziś jego towarzystwa, a raczej tarczy obronnej, chyba głównie przed własnymi żądzami.

– Hugo, kto włączył tę muzykę?