Rabih znaczy wiosna - Weronika Tomala - ebook + audiobook + książka

Rabih znaczy wiosna ebook i audiobook

Weronika Tomala

4,4

Opis

Martę i Rabiha połączyła prawdziwa przyjaźń od dziecka. Są jak brat i siostra, jak papużki-nierozłączki, jak dwie połówki tego samego kamienia. Różni ich tylko jedno - w żyłach Rabiha płynie arabska krew. Choć wychował się w Polsce i czuje się prawdziwym Polakiem, nie jest akceptowany przez otoczenie ze względu na kolor skóry i egzotyczną urodę, którą odziedziczył po ojcu. Nieszczęśliwy splot wydarzeń sprawia, że ich wyjątkowa relacja urywa się, blednie, majaczy we wspomnieniach dorosłych już ludzi. Los bywa jednak przewrotny - Marta i Rabih spotykają się ponownie i to w okolicznościach, o których oboje chcieliby zapomnieć. Ona wiedzie poukładane, szczęśliwe życie, on za moment staje na ślubnym kobiercu. I świat staje na głowie. Czy w obliczu tłumionego przez lata gniewu i żalu potrafią odnaleźć dawnych siebie? Czy targani sprzecznymi emocjami wreszcie ujrzą to, przed czym tak zaciekle się bronią?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 3 min

Lektor: Marta Wągrocka

Popularność




WYDAWNICTWO DLACZEMU

ul. Efraima Schroegera 90/B

01-845 Warszawa

www.dlaczemu.pl

Dyrektor wydawniczy: Anna Nowicka-Bala

Redakcja Tyle słów – agencja myśli i pióra

Korekta: Joanna Kłak, Marta Burzyńska

Projekt graficzny okładki: Anna Jackowicz

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA 2019

Wydanie I

ISBN: 978 – 83 -954068-7-4

Zapraszamy księgarnie i biblioteki

do składania zamówień hurtowych

z atrakcyjnymi rabatami.

Dodatkowe informacje dostępne pod adresem:

kontakt@dlaczemu.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Nie kochasz kogoś ze względu na jego wygląd, ubranie czy samochód, ale dlatego, że śpiewa piosenkę, którą tylko ty słyszysz.

(Oscar Wilde)

Mojej cudownej Martynce,

jako lekcję na przyszłość, by pamiętała,

że wartość człowieka nie jest wyznaczana przez to, kim jest, ale jakim jest.

Prolog

MARTA

Mówią, że na czyjeś zaufanie pracujemy całe życie, lecz starannie pielęgnowane relacje można zburzyć w ciągu jednej sekundy. No cóż, życie bywa niesprawiedliwe. Mówią też, że czas leczy rany. Ja jednak w tym miejscu zdecydowanie zaprzeczę. Upływający czas skleja je, owszem, wypełnia martwą tkanką, a potem brzydkim strupem, który z czasem odpada. Po nim pozostaje tylko mniejsza lub większa blizna. Ładnie powiedziane? Być może. Czasem odpowiednio dobrane słowa kamuflują realny ból. A ból zdecydowanie nie jest czymś pięknym.

Będąc małą dziewczynką doświadczyłam cudu przyjaźni, za to dopiero będąc nastolatką przekonałam się, że bez tej prawdziwej po prostu nie da się żyć. Chłopak, z którym połączyła mnie niezwykła więź, był moim wsparciem i opiekunem, był każdym dniem. Kto mógłby przewidzieć, że moment nieuwagi, niefortunne zrządzenie losu rozdzieli nas na długie lata, a czas rekonwalescencji nigdy nie pozwoli mi tak naprawdę stanąć na nogi? Ten strup odkleił się ode mnie już dawno, ale brzydka blizna po nim, szpecąca moje serce, choć pozostaje niewidoczna dla oczu, czasami daje o sobie znać.

Teraz znowu krwawię. Jak to możliwe? Zostałam draśnięta kolejny raz, dokładnie w tym samym miejscu, milimetr po milimetrze. Stara blizna została przecięta na nowo.

ON powrócił.

Tak bliski, a jednak tak daleki. Już nie chłopak, a mężczyzna. Już nie przyjaciel. Już nie mój.

Tego spojrzenia nie da się zapomnieć, podobnie jak i nie da się wymazać przeszłości.

Nigdy nie przypuszczałam, że nasze drogi jeszcze kiedyś się skrzyżują. I że dostrzegę w jego oczach skierowany w moją stronę gniew.

KIEDYŚ

Rozdział 1

MARTA

9 lat (siedemnaście lat wcześniej)

Słońce znikło za horyzontem. Siedzę na skraju łóżka, na próżno wypatrując gwiazd. Okryte płaszczem mroku niebo nie ma humoru, by odsłonić swoje uroki. Nic straconego, może jutro będzie łaskawsze. Codzienne podziwianie nieboskłonu to tylko wymówka. Prawdziwy powód mojego nostalgicznego ślęczenia przy parapecie znajduje się całkiem niedaleko.

Niecierpliwie spoglądam w okno, wyczekując migającego światła. Trzy rozbłyski lampy oznaczają bezpieczeństwo. Cztery – awanturę. Zbliża się dziewiąta, więc jedyne, na czym potrafię się teraz skupić to dom Rabiha. Czekam na znak, który za chwilę przekaże mi ze swojego pokoju.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Trzy mignięcia, więc prawie czuję ciężar spadający z serca. Prawie, bo choć Rabih jest moim przyjacielem już od kilku lat i mogę ufać mu w każdej sytuacji, mam wrażenie, że czasami mnie oszukuje. W tej jednej, jedynej sprawie, żebym mogła spokojnie zasnąć.

Zanim zmorzy mnie sen, będę jeszcze przez jakiś czas rozmyślać o tym, czy na pewno nie dzieje mu się krzywda. Połączyła nas więź, której nie jestem w stanie opisać. Więź na życie i śmierć, zaklęta w dwóch połówkach kamienia, które zawsze mamy przy sobie.

Poznałam go pięć lat temu. Byłam wtedy na tyle nieśmiała, że kiedy zapytał mnie o wiek, pokazałam mu cztery palce i schowałam się za mamą. Nie znałam jeszcze słowa „egzotyczny”, ale od razu zauważyłam, że jest inny niż otaczający mnie dotąd ludzie. Jakby cały czas przebywał na słońcu. Podobnie jak jego ojciec.

Rabih został moim sąsiadem tuż po tym, kiedy starsza pani Jadwiga poszła do nieba. Pozostawiła po sobie smutek i pustą, drewnianą chatkę, która ponownie zaczęła tętnić życiem. Niecały rok później wspięliśmy się z Rabihem na to samo drzewo, tocząc zacięty bój o miejsce na gałęzi. Ustąpił, a ja zdecydowałam, że może zostać moim najlepszym kumplem. I tak zostało, aż do dziś.

Nazywam się Marta. Mam dziewięć lat, bladą skórę i jasne, sięgające pasa włosy. Babcia zawsze powtarzała mi, że jestem córką młynarza, a ja zaprzeczałam tłumacząc, że przecież mój tata pracuje w banku. Mam szczęśliwy dom, w którym mogłoby brakować mi jedynie rodzeństwa do towarzystwa. Mogłoby, bo przecież mam Rabiha, brata i przyjaciela w jednym.

Ponoć przeciwieństwa się przyciągają, a my jesteśmy tego najlepszym przykładem. Podczas gdy moja karnacja przypomina mleko, jego jest jak miód. Podczas gdy moje włosy są jasne jak słońce, jego są czarne jak smoła. Ja mam kochającą się rodzinę, on zwaśnionych rodziców. Choć stara się przede mną ukrywać pogarszającą się sytuację w domu, w jego brązowych oczach widzę tlący się smutek. Coraz częściej chodzi z opuszczoną nisko głową, jak gdyby wypatrywał na ziemi czegoś, co mogłoby przynieść mu pocieszenie.

Rabih jest starszy ode mnie o kilka miesięcy. Ta przewaga pozwala mu czuć się za mnie odpowiedzialnym. Kiedy mówi, że mogę być przy nim bezpieczna, wiem, że zawsze stanie w mojej obronie. Wiem też, że on także jej potrzebuje, zwłaszcza wtedy, kiedy jego dom zamienia się w piekło. Rodzice Rabiha są dość niestandardowym małżeństwem. Pani Agnieszka, sympatyczna, choć oszczędna w słowach kobieta, dla mieszkańców niewielkiej wioski stanowi prawdziwą zagadkę i atrakcyjny temat do plotek. Niezauważenie przemyka od sklepu do sklepu, ograniczając się do grzecznego „dzień dobry”. Kilka razy zaprosiła mnie do swojej kuchni, częstując pysznymi naleśnikami, kiedy ojca Rabiha nie było w domu. Mówią o niej: „ta zniewolona”. Ja jednak nigdy nie zauważyłam, by miała na rękach lub nogach kajdany, o których wspominała pani od historii przy okazji lekcji o niewolnikach. O jego tacie nie mówią nic. To uśmiechnięty, przystojny, znający niewiele słów po polsku mężczyzna. Urodził się w Arabii Saudyjskiej, potem ponoć uczył się w stolicy naszego kraju i został tutaj na dłużej. Tylko ja wiem, że jego sympatyczna twarz skrywa wiele masek.

Pamiętam jakby to było dziś – popołudniowy powrót z przedszkola. Jak co dzień umówiliśmy się na podwórkowe figle w naszym ogrodzie. Rabih uwielbiał bawić się w ogrodnika. Wyrywaliśmy stokrotki z pobliskiej łąki i sadziliśmy je w wyznaczonym miejscu. Za każdym razem nie mogliśmy się nadziwić, że tak szybko wysychają.

Tego dnia pośród gęstej trawy zobaczyłam leżącego kreta.

– Patrz, Rabih, on chyba śpi – szepnęłam, by nie obudzić futrzaka. Przywołałam przyjaciela dłonią.

Rabih nachylił się, po czym z przejęciem spojrzał mi w oczy.

– Nie, Marta. On nie żyje. Tak już bywa – powiedział cicho, nie chcąc sprawić mi przykrości.

Dotknęłam trupa końcem buta, by nabrać pewności. Miał rację.

– Wiem. Pamiętam panią Jadwigę, która mieszkała w waszym domu. Ona też umarła – byłam dumna, że znam się na rzeczy. – Czasami chodzę do niej z mamą na cmentarz.

Przytaknął.

– Jego też musimy zakopać. Urządzimy mu pogrzeb – zaproponowałam.

Z przyspieszonym biciem serca wykopaliśmy dziurę niedaleko garażu taty „pożyczoną” z przydomowego warsztatu łopatą, która była chyba większa niż my. Stanowiliśmy zgrany duet i pomimo niewygód szło nam nie najgorzej.

– Raaaabih! – instynktownie odwróciliśmy głowy w kierunku okna jego chatki, w którym siedziała pani Agnieszka. – Tata za chwilę wróci.

Na te słowa zawsze żegnaliśmy się, a on czym prędzej gnał do siebie, by kolejnego dnia znów spędzić ze mną trochę czasu.

– Idź, ja to dokończę – powiedziałam, widząc, że się waha.

– Nie zostawię cię z tym – odparł śmiertelnie poważnie, przyspieszając tempo pracy.

Wykopaliśmy w ziemi duży otwór, który sięgał nam do kolan. Włożyliśmy tam zdechłego kreta, po czym zaczęliśmy szybko zasypywać go gliną pomieszaną z trawą.

– Musimy zrobić mu krzyż – powiedziałam. – Widziałam taki na grobie pani Jadwigi – oznajmiłam, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

– To ja pobiegnę po gałęzie, a ty tu zaczekaj – Rabih dokończył zdanie, będąc już kilka metrów ode mnie. Patrzyłam jak szybko wspina się na nasze drzewo, jak łamie cienką gałąź zielonej jabłonki, by zapewnić zwierzęciu godny pochówek.

Wtedy podjechał samochód, z którego wysiadł jego ojciec. Widziałam jego gniew, kiedy zobaczył na drzewie swojego syna. Słyszałam jego krzyki, niezrozumiałe dla mnie, bo wypowiedziane w innym języku. Rabih zszedł z jabłoni. W akompaniamencie grzmotu słów ojca pomaszerował prosto do domu. Nie obejrzał się w moją stronę, choć z zaschniętym gardłem spoglądałam w jego kierunku, czując napływające do oczu łzy.

Następnego dnia nie pojawił się w przedszkolu.

Ani następnego…

Ani następnego…

I tak przez tydzień.

To był ten dzień, kiedy zrozumiałam, że za pozornie piękną twarzą jego egzotycznego rodzica kryje się mrok.

Rozdział 2

MARTA

12 lat

Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jestem brudny! – rozzłoszczony Rabih biegnie w moją stronę, mijając próg sklepowych drzwi. Trzyma w ręce dwa lizaki.

Czekałam na niego przed wejściem, pilnując naszych plecaków. Poniedziałkowe, słodkie zakupy w drodze powrotnej ze szkoły stają się naszą tradycją.

Przypatruję się jego twarzy. Mogę przysiąc, że wcześniej niczego nie dostrzegłam. Zerkam na dłonie, schludne ubranie. Przyglądam się jego butom.

– Bo nie jesteś. Odwróć się – proszę go, nie rozumiejąc, o co chodzi.

– Chodzi o twarz. Mam coś na niej? – spogląda na mnie, oczekując odpowiedzi.

– No nie masz – zbliżam się, próbując wypatrzyć choćby najmniejszą kropkę brudu. – Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?

Rabih drapie się po gęstej, czarnej czuprynie. Robi to za każdym razem, kiedy się denerwuje. Wręcza mi lizaka i zabiera swój plecak spod moich stóp.

– Ej, co jest? – pytam niepewnie.

– Ty chyba jesteś ślepa – obwinia mnie, nadal nie wierząc w moje słowa. – Właśnie spotkałem kilku chłopaków z szóstej klasy. Stali przede mną w kolejce. Jeden z nich odwrócił się w moją stronę i nazwał mnie brudasem. Wszyscy zaczęli się śmiać – jęczy poirytowany. – Muszę czym prędzej iść się umyć.

Przyspiesza kroku, a ja próbuję go dogonić. Nie odzywamy się do siebie, pokonując pozostałe dziesięć minut drogi w kompletnej ciszy.

– Ciao, Rabih. Widzimy się potem? – rzucam jak zawsze na pożegnanie.

– Dziś nie mogę. Tata powiedział, że zabierze mnie do jakiegoś niezwykłego miejsca, do którego udają się tylko najlepsi mężczyźni – odpowiada niepewnie. – Jeszcze nigdy nie jechaliśmy razem sami na wycieczkę, może być fajnie – próbuje mnie przekonać, że cieszy się z propozycji ojca. Dlaczego mam wrażenie, że bardziej próbuje przekonać samego siebie?

Z marnym skutkiem.

– Jasne. To do jutra w szkole – przytulam się, obejmując jego szyję trochę dłużej niż zwykle. Przypadkiem zauważam w oknie panią Agnieszkę. Macham jej wesoło. Ona robi to samo.

Wpadam do domu i od razu czuję unoszący się zapach zupy ogórkowej. Moje kubki smakowe zaczynają szaleć. Zrzucam tornister na ziemię i siadam przy stole gotowa, by pochłonąć każdą ilość, którą mama będzie chciała mnie uraczyć. Nasza przytulna, obita boazerią kuchnia zdecydowanie mi się podoba. Warkocze czosnków ozdabiają ściany, małe bukieciki, wykonane ze źdźbeł pszenicy i większe, skomponowane z chabrów stoją w wazonikach. Tata mówi, że mama kocha otaczającą ją przyrodę. Też tak myślę. Nie zamieniłabym jej za żadne skarby świata.

– Cześć, aniele – wita mnie, całując w czoło. – Widzę, że chyba jesteś bardzo głodna.

– Jeśli mamy dziś ogórkową, to baaardzooo – przeciągam samogłoski ostatniego słowa.

Śmiejemy się obie i od razu nalewa na mój talerz szczodrą porcję ulubionej zupy. Biorę w dłoń łyżkę, ale kiedy zaczynam jeść, przypominam sobie sytuację sprzed sklepu.

– Mamo?

– Co kochanie? – siada przy stole, uważnie mi się przypatrując.

Marszczę czoło, próbując przywołać każdy szczegół.

– Czy można być brudasem będąc czystym? – pytam, sama nic z tego nie rozumiejąc.

– No chyba nie.

Mama patrzy na mnie jak na wariatkę i zapewne myśli, że robię sobie żarty.

– Ale mówię poważnie. Co to znaczy?

Milczy, po czym patrzy na mnie ze smutkiem. Zastanawia się, co powiedzieć.

– Gdzie to słyszałaś? Czy ktoś nazwał tak Rabiha? – zgaduje.

Dziwne. Trafia w punkt. Odkładam łyżkę na talerz. Przed oczami przelatuje mi kilka scen z ostatnich dni i tracę apetyt. Już rozumiem. Chyba rozumiem.

A to podłe świnie! Nie wiem, kto to powiedział, ale zamierzam się dowiedzieć. Powybijam im zęby. Czuję, że krew wrze mi w żyłach. Jak można być takim palantem?

– Zjem potem, mamusiu.

Odchodzę od stołu wytrącona z równowagi. Biegnę do swojego pokoju, walcząc z setką myśli kłębiących się w mojej głowie.

Nie mam pojęcia, że jeszcze nieraz przyjdzie mi usłyszeć to przykre określenie i że oboje z Rabihem zdążymy się do niego, niestety, przyzwyczaić.

Rozdział 3

MARTA

Trzy mignięcia światła.

Odchodzę od okna i siadam przy biurku z nierozwiązanym zadaniem domowym.

Matematyka to koszmar. Z pewnością nie odziedziczyłam w tym zakresie zdolności po tacie, który przecież z obliczaniem różnych działań spotyka się w pracy na co dzień. Gdyby był w domu, może poprosiłabym go o pomoc. Niestety wczoraj wyjechał w delegację – nie pierwszy raz i nie ostatni.

Poddaję się. Zamykam zeszyt i pakuję wszystko do plecaka. Jutro spiszę zadanie od Rabiha, który na pewno rozwiązał je w kilka minut. Gdyby nie był moim przyjacielem, zazdrościłabym mu tych piątek i szóstek. Jest inteligentny i coraz bardziej przystojny. Mam wrażenie, że dziewczyny z klasy chcą, by zwrócił na nie uwagę. Widzę, jak na niego patrzą. Chłopaków to wkurza, przez co Rabih nie ma kolegów, a że on patrzy tylko na mnie, dlatego ja nie mam koleżanek. Zazdrość bywa żałosna, ale mi nie przeszkadza. Przecież mamy siebie i to wystarcza mi na dziś, wystarczy na jutro i tak do końca świata.

– Wiesz, że jesteś wiosną? – bardziej stwierdziłam niż zapytałam, kiedy wracaliśmy wczoraj ze szkoły. Podbiegł do małego kamyczka na drodze i kopnął go z całej siły tak, by poleciał jak najdalej. Zawsze tak robimy. Jego kamyki lecą naprawdę daleko, o wiele dalej niż moje.

– Wiosną? – spojrzał na mnie zaskoczony.

– Tak, sprawdzałam w słowniku imion – rzuciłam zadowolona z siebie. – Twoje imię to wiosna.

– Serio? – jęknął zdziwiony. – Wolałbym być zwycięzcą, wojownikiem, siłaczem. Ale nie wiosną. To żenujące – śmiał się i złościł na przemian. – To chyba dlatego, że mam urodziny w kwietniu.

– Nie. Myślę, że to dlatego, że jesteś jak słońce. Bije od ciebie blask, którym pobudzasz do życia wszystko dookoła – wyznałam, czując pod koniec, że trochę się czerwienię.

– Jesteś bardzo miła – kąciki jego ust wygięły się w górę – ale chyba tylko ty tak myślisz. Wszyscy raczej ode mnie uciekają.

– Ode mnie też, Rabih. Przecież oprócz ciebie nie mam żadnych przyjaciół.

– Tak, Marta, przeze mnie. Jestem inny i ludzie nie potrafią tego zaakceptować – mówił o tym zwyczajnie, bez emocji, jakby te wszystkie lata przeżyte wśród rówieśników zdążyły pokazać mu, gdzie jego miejsce.

– Nie przesadzaj. Nie są nam potrzebni. Są ślepi.

– Właśnie nie są. Mają oczy i widzą – opuścił głowę. – A co oznacza twoje imię? Pocieszycielka? – zaśmiał się sztucznie, zmieniając temat.

– Niestety nie. Pani domu, gospodyni – wyrecytowałam. – Rewelacja, co nie? – rzuciłam ironicznie. – Nie chcę być jak moja mama. Chcę zawojować świat, zrobić coś wielkiego.

– Szkoda, że na tak niewiele rzeczy możemy mieć jakiś wpływ.

Rabih w swoich przemyśleniach przebija beztroskich kumpli z klasy, którzy potrafią godzinami gadać o tak bezsensowych sprawach, jak gry na Play Station.

Kiedy dotarliśmy do domu, przytuliliśmy się na pożegnanie, a ja uświadamiałam sobie, że nie potrafię bez niego żyć. Jest jak nieoszlifowany diament, którego potencjał dostrzegam tylko ja.

– To za trzy godziny przed furtką? – zapytałam jak co dzień.

– Jasne. Pójdziemy pozrywać trochę dzikich malin, pasuje?

– Już nie mogę się doczekać.

Rozdział 4

RABIH

Raz. Dwa. Trzy. Trzy kliknięcia włącznikiem światła, trzy mignięcia lampą mojego pokoju. Aż świerzbi mnie ręka, by nacisnąć jeszcze raz. Nie chcę kłamać. Zwłaszcza jej.

Podchodzę do okna, żeby przekonać się, czy ją zobaczę. Patrzy na moją chatę jak co wieczór. Macham jej i zasłaniam żaluzje. Siadam na łóżku i zakrywam uszy, próbując wyciszyć myśli. Na próżno. Piętro pode mną świat pęka od gromu nieprzyjaznych słów, a każdy przeklęty dźwięk dociera do mojego umysłu, tocząc zacięty bój o swoje miejsce. Stare, drewniane ściany, stare podłogi – nic nie jest w stanie wygłuszyć jadu, który przenika dom na wskroś.

Mam ochotę krzyczeć, ale wiem, że tylko pogorszyłbym swoją sytuację. Kiedyś tak zrobiłem i do dziś pamiętam, jaka spotkała mnie za to kara. Cierpiałem, przez co moja mama cierpiała podwójnie.

Moi rodzice nie są źli. Kocham ich. Kocham tatę, choć naprawdę wolę, kiedy nie ma go w pobliżu. Mama twierdzi, że to dobry człowiek. Uczynny, ale nie potrafi się przystosować. Różnią się kulturowo i ciężko to zgrać. Nie wiem, co to znaczy. Czy nie widzieli tego zanim zdecydowali się być razem? Ponoć miłość ogłupia.

Od trzech dni sytuacja się powtarza. On chce, żebyśmy pojechali do jego rodziny, do Arabii Saudyjskiej. Ona nie chce. Ja także nie chcę tam jechać. Nie zależy mi na tym, by poznać babcię i dziadka. Jeśli są tacy jak ojciec, niech idą do diabła. Przykro mi, że tak ich osądzam, ale naprawdę nie mam ochoty na podróż do kraju, w którym będę musiał pić wielbłądzie mleko i jeść daktyle siedząc na podłodze. Trochę o tym wiem, bo tata w przypływach dobrego humoru opowiada mi o swoim kraju, wspominając zwłaszcza te egzotyczne szczegóły. Zawsze wtedy w jego oczach dostrzegam dumę, jakby przez wspomnienia można było urosnąć o kilka centymetrów. To są te chwile, kiedy w jego towarzystwie czuję się choć odrobinę bezpiecznie. Cała reszta to gra pozorów i strachu, który spycham wewnątrz siebie, próbując pokazać, jaki jestem twardy. Tata nie lubi mięczaków.

Nie chcę tego wyjazdu, bo czuję się dobrze tutaj, w Polsce. W moim domu. Nie chcę, bo nie mogę zostawić Marty. Czasami wpada na szalone pomysły. Ratuję ją, a potem śmiejemy się w niebogłosy. Kto by ją chronił, gdybym był daleko?

Kilka dni temu zadecydowała, że będziemy skakać przez rzekę. Na bosaka. Ja zrobiłem to bez problemu, ona nie dała rady. Można było to przewidzieć. Nie jest zbyt dobra w ćwiczeniach gimnastycznych. Choć wydaje się gibka i sprawna, ma z WF-u naciągane cztery.

Wzięła lekki rozpęd, wybiła się i wylądowała prosto w wodzie. Głośny plusk ochlapał jej ubranie. Chociaż w półmetrowym, zamulonym nurcie nie w sposób utonąć, szkło wyrzucane do rzeki przez okolicznych mieszkańców pokaleczyło jej stopę. Przecież każdy wie, że ludzie to robią, choć nikt o tym nie mówi.

Cienka strużka krwi wypływała z największego palca i biegła w kierunku pięty. Widziałem, że ze sobą walczy, bo chciało jej się płakać.

– Mama mnie zabije, kiedy się dowie, co robiliśmy – wysapała jednym tchem. – Nie może się dowiedzieć.

Usiadłem na trawie, zdjąłem bluzkę i wziąłem jej stopę na swoje kolana. Obmyłem krew skrawkiem materiału, po czym zerwałem liść babki lancetowatej i wykonałem z niego niezłą imitację.

Zaimponowałem jej. Wyczytałem to z jej ufnej twarzy. Była pod wrażeniem, jakby nagle cały ból i obawy zniknęły.

Wcale nie chciałem się zgrywać, bo tak naprawdę zależało mi tylko na tym, by jej pomóc. Nie pomyślałem wtedy o tym, że ranę należy przemyć wodą utlenioną. Na szczęście nie wdało się w nią żadne zakażenie, a nieprzemyślana wpadka pozostała naszą tajemnicą. Jedną z wielu.

Rozdział 5

RABIH

15 lat

Siedzę w pokoju Marty, nie żałując ani odrobinę, że nie przyjąłem zaproszenia na domówkę u Tosi. Ostatnio sporo urosłem. Nie jestem już najmniejszy w klasie, a do mojej odmienności zdążyli się już wszyscy przyzwyczaić. Wszyscy z okolicy. Coraz częściej jestem też zapraszany na różnego rodzaju wydarzenia, jakby nagle postanowiono włączyć mnie w towarzyskie życie. Wolę nie wspominać o tym mojej przyjaciółce. Chwilami wydaje się zazdrosna, choć za Chiny ludowe nie chce się do tego przyznać. Ona też się zmienia, przez cały czas. I nie chodzi tutaj tylko o różowe ściany jej pokoju, które zadecydowała przemalować na jasny beż – z typowej chłopczycy przekształca się w kobietę, co momentami działa na mnie w niewytłumaczalny, dziwny sposób. Niekiedy od samego patrzenia na nią mój dzień staje się lepszy.

Wkłada właśnie rękę do kieszeni i wyjmuje z niej połówkę kamyka. Naszego kamyka.

– Widzisz? Miałam go przy sobie. Bałam się tej wizyty u dentysty jak małe dziecko. Ale dzięki temu – przygląda się kamykowi – poczułam się odważniejsza.

Myślę o tym, jak bardzo podoba mi się jej bezgraniczna wiara w łączącą nas relację, jej pozytywne nastawienie do świata, jej ciepły uśmiech.

– Do dziś nie mam pojęcia, jak udało nam się go rozłupać – kontynuuje.

Miewaliśmy różne pomysły. Niewielu młodych ludzi może pochwalić się tyloma wspólnymi przeżyciami co nas dwoje. Oj tak, nie mógłbym być teraz u Tosi. Tu jest moje miejsce.

– Nad czym tak dumasz, co? – dopytuje się.

– Nad niczym – rzucam, ale i tak wiem, że mi nie uwierzy.

– Jasne. Bo znamy się od pięciu minut.

Siada obok mnie i opiera się na moim ramieniu. Kładzie dłoń na moim policzku i przesuwa głowę tak, bym musiał na nią spojrzeć. Potem łapie mnie za rękę. Jej ciepło mnie poraża. Jest całkiem poważna.

– Słuchaj, Rabih, nie mogę sobie wyobrazić, co teraz przeżywasz. Jest mi strasznie przykro z powodu twojego ojca – pełen troski głos ściska mnie za serce. Okazuje mi współczucie, a przecież wcale go nie potrzebuję.

– Odszedł, bo chciał. Uwierz mi, że tak będzie dla nas wszystkich najlepiej – tłumaczę szczerze.

Tata wyprowadził się od nas tydzień temu i choć podjął tę decyzję znienacka, mogłem się tego spodziewać. To małżeństwo było skazane na porażkę. Nasza rodzina istniała przecież tylko w teorii. Od wielu już lat. Chyba od zawsze. Pojechał do swoich. Może tam odnajdzie szczęście, którego mu życzę. Nie był złym człowiekiem, ale znalazł się w złym miejscu i to niszczyło nas od środka.

Kiedy zamykał za sobą drzwi, dzierżąc w dłoni wielką walizkę, miałem wrażenie, że chce mi coś powiedzieć. Patrzył na mnie przez kilka sekund, a potem odwrócił się i wyszedł. Mama krzątała się po kuchni, ocierając łzy. Ale dwa dni później jej twarz nabrała takiego blasku, jakiego nie widziałem u niej od dawna. Ciekawe, czy kiedyś wróci, czy zatęskni za kawałkiem siebie, pozostawionym w odległym kraju.

Tym kawałkiem jestem ja. Polak. Polak, w którego żyłach płynie jednak arabska krew.

– Dziękuję ci. Dziękuję, że jako jedyna zawsze jesteś przy mnie – wyznaję jej szczerze. Jest tak blisko. Spoglądam na jej usta i nie jestem w stanie skupić się na niczym innym. Są jak magnes. Jakby wołały o dotyk. Patrzy na mnie lekko zmieszana, czując chyba to samo. Wpatruje się w moje oczy, szukając wytłumaczenia dla tego stanu. Chyba też nie jest w stanie zrozumieć, co właśnie pomiędzy nami się dzieje. Muszę się odwrócić, powstrzymać. Nie mogę zniszczyć tego, co budowaliśmy przez tak wiele lat. Naszej przyjaźni.

Robi to samo, wpatrując się w nasze splecione dłonie.

– Nie mogłabym inaczej, Rabih. Nie mogłabym.

Rozdział 6

MARTA

17 lat

Wracam z autobusu, którym dojeżdżam do liceum położonego w sąsiedniej miejscowości. Pomimo tego, że mamy już 11 września, wciąż jeszcze nie potrafię przywyknąć do myśli, że wakacje są za mną. Jest całkiem pogodnie, choć rano zapowiadano deszczowy dzień.

Poprawiam sweterek przewieszony przez torbę listonoszkę, która wygląda nieco lepiej niż plecak, ale nie jest do końca wygodna. Zwłaszcza że cały ciężar podręczników spoczywa na jednym ramieniu. Zmierzam w kierunku mojego domu. Nie mogę narzekać, bo od przystanku do furtki mam na piechotę nie więcej niż trzy minuty.

Na ulicy jest jakoś pusto. Zbyt pusto jak na taki piękny dzień – myślę. Na tarasie pani Słowikowej stoi samotny stołek. Każdego dnia wołam jej aż nadto głośne „dzień dobry”, by oderwała choć na chwilę wzrok od tych bzdurnych gazet i spojrzała na otaczający ją świat. Mam wrażenie, że po śmierci męża coraz bardziej izoluje się od innych. Nawet w ogrodzie wielodzietnej rodziny Lasków nie widać żywej duszy. Dziwne. Może akurat jedzą obiad? Ciekawe, jak wielki muszą mieć stół, by pomieścić przy nim siedmioro dzieci. W dzisiejszych czasach to rzadkość.

Zerkam na zegarek.

O kurka.

Muszę się spieszyć, bo zostałam dziś na kółku z biologii, by załapać się na jeden z projektów, mogących podnieść mi ocenę. Na szesnastą jestem umówiona z Rabihem i teraz boję się, że się spóźnię. Od lipca biegamy po kilka kilometrów dookoła wioski – on, ponieważ dostał się do szkoły sportowej, ja, by zadbać o kondycję i dotrzymać mu towarzystwa. Mój przyjaciel… No właśnie, jest moim przyjacielem, ale coraz częściej łapię się na tym, że miewam różne myśli z jego udziałem. Nie zawsze są one właściwe.

Rabih jest prawie jak brat.

Prawie jak brat.

Prawie.

Gdybym nie była w miejscu publicznym, pukałabym się teraz ręką w czoło, by wbić to sobie do głowy.

Szarpię klamkę furtki, która ostatnio wydaje prześmieszne, piskliwe dźwięki. Swoją drogą, tata mógłby ją naprawić, ale jest wiecznie nieobecny. I zawsze spóźniony.

Wbiegam na schody, otwieram drzwi i wpadam do środka.

Od razu orientuję się, że coś jest nie tak.

Słyszę zawodzenie mamy.

Moja mama płacze.

Boże, coś stało się ojcu – przywołuję pierwsze skojarzenie. Czuję jak moje serce zaczyna przyspieszać i wędrować w górę. Jego bicie rozlega się wszędzie. W gardle, w skroniach.

Widzę ją. Siedzi przed telewizorem i nawet nie zauważa mojego przyjścia.

– Mamo! – potrząsam jej ramieniem. Wgapia się w telewizor, a na mnie nawet nie spojrzy.

– Mamo! – prawie krzyczę.

Pomaga. Odwraca się do mnie.

– Spójrz, co się dzieje – wskazuje ręką na niewielki ekran telewizora.

Widzę kłębowiska dymu, ludzi, krzyk i ogień. Popłoch, panikę oraz podenerwowanych dziennikarzy. I obraz samolotu uderzającego w wielki budynek. Co to jest? Co jest grane? Płacze przez jakąś katastrofę samolotu? Przecież nie leciał nim nikt z rodziny.

„Wieże World Trade Center płoną” zostaje wyświetlony napis na dole ekranu.

– Zmasowany i największy w historii atak terrorystów na Amerykę – mówi dziennikarka[1], a ja wciąż nie pojmuję wymiaru katastrofy, która właśnie ma miejsce. Nie wiem, o co chodzi. Potrzebuję czasu, by to do mnie dotarło.

Ściągam torbę, siadam obok niej i wsłuchuję się w informacje podawane przez media.

Porwany samolot, Biały Dom otoczony przez patrolujące myśliwce. Dźwięk wyjących syren, ewakuowane ambasady, setki ofiar. Płonący Pentagon.

Obok tego radość panująca na ulicach palestyńskich miast. Jacyś szaleńcy cieszą się z tej okropnej tragedii.

Mój Boże, któż mógł zrobić coś takiego? Mówią o jakiejś azjatyckiej organizacji, która przyjęła odpowiedzialność za tę tragedię.

Przełykam ślinę, z niedowierzania kręcę głową.

– Dzikusy – mama mówi bardziej do siebie niż do mnie. – Z tego będzie wojna.

Milknie.

– Zawsze wiedziałam, że z tymi arabami coś jest nie tak! – znowu zaczyna zawodzić. – Takie nieszczęście! Tylu niewinnych ludzi!

– Mamo, uspokój się. Przecież to daleko – tulę ją, nie wiedząc, jakich słów powinnam użyć. Próbuję ukryć, że drżą mi ręce. Po raz pierwszy w życiu doświadczam takiego nieszczęścia. Nie wiem, co z tego wyniknie. Jeśli wielka Ameryka tak dała się zaatakować, czy ktokolwiek na świecie może czuć się bezpieczny?

Teraz obie wpatrujemy się w telewizor. Ciekawe, czy tata już o tym słyszał. Pewnie cała ludzkość zdążyła się o tym dowiedzieć. Przebiegają mnie dreszcze. Nie jestem w stanie tego pojąć. Muszę powiedzieć o tym Rabihowi.

Właśnie, Rabih. Pewnie za moment tu będzie. Powinnam się przebrać.

Nagle dochodzi do mnie zapach spalenizny. Spoglądam w kierunku kuchni.

Cholera. Kłębowisko śmierdzącego dymu unosi się znad skwierczącej patelni. Mama spaliła obiad. Podbiegam do kuchenki, wyłączam palnik i wystawiam naczynie za okno.

Słyszę dzwonek do drzwi.

– To do mnie – wołam. – Zaraz otworzę – informuję, otwierając ramy na oścież. Ale smród. Pewnie i tak zdążył wsiąknąć mi we włosy.

Zamykam drzwi do kuchni, by nieprzyjemny zapach nie rozprzestrzeniał się po wszystkich pomieszczeniach. Trzeba będzie zmienić wszystkie firanki.

Biegnę w kierunku drzwi wejściowych i zauważam, że mama zdążyła mnie wyprzedzić. Słyszę krzyki. Zamieram. Widzę, że stoi naprzeciwko Rabiha i żywo gestykuluje rękami.

– I już nigdy się tutaj nie pokazuj! – dociera do moich uszu. – Przeklęte nasienie. Siejecie na świecie zło! Jeszcze raz odwiedzisz moją córkę, a już więcej jej nie zobaczysz. Rozumiesz?! Wynoś się! – wydziera się jak opętana.

Nie, to nie może być moja mama. To nie dzieje się naprawdę. Podchodzę bliżej. Widzę wszystko jak przez mgłę. Dosięga mnie spojrzenie Rabiha, który nagle mnie zauważył. Patrzy na mnie. Patrzy prosto w moje oczy. Nie dowierza. Ja też nie dowierzam. Próbuję coś powiedzieć, ale stoję jak sparaliżowana.

Co się dzieje?

Nie jestem w stanie się poruszyć. Drętwieję. Wgapiam się w niego, czekając, aż coś zrobi. Przecież zawsze wie, jak uratować sytuację. Zawsze ma jakieś rozwiązanie.

Odwraca się i odchodzi.

Po prostu odchodzi.

Mama z hukiem zamyka drzwi, zasłaniając je swoim ciałem, jakby właśnie ktoś próbował je staranować i wtargnąć do środka.

– Do swojego pokoju! – wrzeszczy, wskazując palcem na schody. Widzę w jej oczach gniew. Widzę obłęd.

– Co zrobiłaś? – pytam, z trudem przeciskając te słowa przez gardło. Mam wrażenie, że to nie ja je wypowiadam. To nie mój głos. Nie ja jestem uczestnikiem tej absurdalnej sytuacji.

– Zrobiłam to, co było słuszne. Żeby nas chronić – odpowiada lodowatym tonem.

– Zwariowałaś… – rzucam. – Ty zwariowałaś! – zaczynam wierzyć w znaczenie tego określenia. – Nienawidzę cię! Nienawidzę! Jesteś nienormalna! – krzyczę.

Słyszę głośne plasknięcie. Czuję mrowiący ból policzka. Łapię się za twarz.

Nigdy wcześniej mnie nie uderzyła. Nigdy wcześniej nie odważyłam się wypowiedzieć w jej kierunku takich słów.

Odwracam się i uciekam do swojego pokoju, prawie łamiąc sobie przy tym nogi. Zamykam drzwi na klucz, kładę się na łóżku i przykrywam głowę poduszką. Czuję, że umieram. Jeśli tak ma wyglądać śmierć, to faktycznie jest przerażająca. Jeśli nie umieram, to na pewno to zrobię.

Dlaczego? Dlaczego tak zareagowała? Przecież on nic nie zrobił. Przecież nie jest jednym z nich. Wstydzę się. Czuję upokorzenie i rozdzierający ból.

Muszę do niego zadzwonić. Muszę dostać się do telefonu i wszystko mu wyjaśnić. Jeśli trzeba będzie, odejdę z domu. Nie będę żyć pod jednym dachem z osobą, która właśnie chciała odebrać mi wszystko, co mam. Rabih musi zrozumieć. Musi jej wybaczyć. Musi wybaczyć mi.

Wpadam w szał. Wyrywam szufladę biurka w poszukiwaniu żyletki, którą cięliśmy liście na lekcji biologii. Rozrzucam dookoła wszystkie przedmioty, tłukąc porcelanową figurkę słonia, którą dostałam od babci. Nieważne.

Jest! Łapię ją w palce i przykładam do nadgarstka. Jeden precyzyjny ruch. Tak jak pokazywali na filmach i tak jak czytałam w jednej z książek. Będzie po problemie. To tylko jeden ruch.

No tnij! – przekonuję samą siebie. – Tnij!

Nie… Nie mogę tego zrobić. Jestem za słaba. Za słaba.

Ciskam nią o podłogę i osuwam się na ziemię. Nie wiem, jak długo tam leżę. Na szczęście zamiast we krwi, tonę w morzu łez.

Odpływam.

Nie ma mnie.

Podnoszę się z podłogi, próbując przywołać ostatnie wspomnienia. Porozrzucane przedmioty, cienka żyletka spoczywająca tuż przy mojej twarzy.

Boże… Mogłam się jednak nie obudzić. Sen był zbawieniem.

Wstaję i spoglądam na okno pokoju Rabiha. Nic nie widać. Jest ciemno. Pewnie już śpi. Kieruję wzrok na zegarek. Jest grubo po jedenastej.

Muszę iść się wykąpać, cała się kleję, ale nie mam na to siły. Wspinam się na łóżko, nie dbając o to, że mam na sobie ubranie, w którym byłam w szkole.

Rano pobiegnę do Rabiha. Marzę tylko o tym, by móc z nim porozmawiać. I jednocześnie tak bardzo się tego boję.

Rozdział 7

MARTA

Czuję na twarzy ciepło. Coś świeci mi po oczach. Słońce. Jest już całkiem wysoko. Podnoszę głowę z poduszki i czuję potworny ból, jakbym nie spała przez całą noc. Będę potrzebować tabletki. Odchylam kołdrę, zastanawiając się nad tym, kto mnie przykrył. Nie pamiętam, bym zrobiła to sama. Ale przecież zamknęłam pokój na klucz. Musiałam zrobić to podczas snu. Wolę nie spoglądać do lustra. Widok jest pewnie przerażający. Wstaję, przytrzymując się łóżka, bo strasznie kręci mi się w głowie. Wlokę się do łazienki, myję zęby i niechętnie patrzę na swoje odbicie.

Cienie pod oczami, nabrzmiałe powieki i czerwony nos. Wyglądam jak po długiej libacji alkoholowej, choć jeszcze nigdy w życiu nie tknęłam napoju z procentami. Obmywam twarz wodą i idę się przebrać. Nie zamierzam dzisiaj iść do szkoły. Muszę czym prędzej skontaktować się z Rabihem.

Patrzę na zegarek – jest trochę po ósmej. Jeśli się sprężę, zastanę go w domu. W środy i piątki zaczyna zajęcia dopiero koło południa, no chyba że ugadał się z chłopakami na mecz. Czasami zdarza im się grywać również przed lekcjami.

Fryzura? A kto by się nią przejmował. Zbiegam po schodach, mijając kuchnię. Dźwięk stukających sztućców świadczy o tym, że ktoś w niej jest. Nie zamierzam się z nikim witać. Wychodzę na zewnątrz.

Nie wiem, od czego zacznę tę rozmowę. Nie mam bladego pojęcia, jak zareaguje Rabih. Wiem za to, jak bardzo upokorzyła go moja mama. Na jego miejscu czułabym się okropnie. Te wszystkie niesprawiedliwie wypowiedziane słowa… Staram się o tym nie myśleć. Pewnie teraz nie będzie chciał odwiedzać mojego domu. Wcale się nie zdziwię. Ale przecież to nic. Będziemy częściej widywać się u niego.

Kiedyś mierzyliśmy czas dzielący nasze chatki. Nie znaliśmy się wtedy na kilometrach, za to potrafiliśmy liczyć sekundy. Zwyczajnym tempem dzieliło nas ich sześćdziesiąt. Teraz pokonuję ten dystans pewnie o połowę szybciej. Staję przed ciemnobrązowymi drzwiami i naciskam dzwonek, który zawsze mnie bawił. Kogucik, tak go z Rabihem nazywaliśmy, bo do złudzenia przypominał odgłosy tego ptaka. Teraz wcale nie jest mi do śmiechu.

Nikt nie otwiera.

Naciskam dzwonek kolejny raz i czekam.

Czekam…

Zeskakuję ze schodów i podchodzę pod okno salonu. Pukam lekko w szybę. Niestety znów odpowiada mi głucha cisza.

Spóźniłam się. Pewnie już pojechał, a pani Agnieszka jak zwykle rano poszła na zakupy. Trudno. Odwracam się zawiedziona i odchodzę. Ale jeśli coś jej się stało? Chyba powinnam to jednak sprawdzić. Wracam i naciskam na klamkę.

Ta z łatwością się poddaje. Uchylam drzwi i wsuwam głowę do środka.

– Pani Agnieszko? – wołam. – Pani Agnieszko, jest tutaj pani? – nie chcę jej przestraszyć.

Robię krok do przodu i zaczynam się rozglądać. Coś tutaj nie pasuje. Stanowczo nie pasuje. Czegoś brakuje. Nie tylko ludzi – przede wszystkim brakuje rzeczy.

Wtedy zaczynam wszystko rozumieć. Biegnę do pokoju Rabiha. Choć poprzedniego dnia myślałam, że już nic gorszego nie może mnie spotkać, właśnie mam okazję poznać najokrutniejszą z możliwych niespodzianek losu. Pusta szafa, puste regały, łóżko bez materaca. Zerwane plakaty, samotny kąt, w którym jeszcze wczoraj stało biurko.

Wyprowadzili się.

Wyprowadzili.

Nie ma ich! Nie ma!

Czuję cieknące po policzku łzy. Ale dopiero kiedy dostrzegam na jego stoliku połówkę kamienia, pęka mi serce. Właśnie w tym momencie kończy się moje życie. Bo nie można istnieć, będąc w połowie martwą.

Rozdział 8

MARTA

Nie żyję… Wegetuję.

Rozdział 9

MARTA

18 lat

Jestem pełnoletnia.

Nienawidzę swoich urodzin.

Nie zaprosiłam na nie nikogo ze znajomych.

Dostałam od rodziców pierwszy w życiu telefon komórkowy i nawet nie odpakowałam go z pudełka.

Rozdział 10

MARTA

20 lat

Przeprowadzam się do Warszawy. Dojazdy na studia przestają mi się opłacać. Mam dorywczą pracę i plan na życie. Chcę w końcu zacząć nowy rozdział z dala od smutnych wspomnień. Przede mną cała przyszłość i powinnam o nią zadbać.

Chociaż wiem, że nie będzie to łatwe.

OBECNIE

Rozdział 11

MARTA

26 lat

Które to już… dziesiąte wesele w tym miesiącu? – dopytuje Misia, otwierając bagażnik starego kombi. Czerwona klapa podnosi się w górę, ukazując namiastkę naszego pluszowego świata.

– Dziesiąte i nie ostatnie – szczerzę się. – Ale wiesz, co jest w tym najlepsze? Że na każdym robimy absolutnie bezkonkurencyjne show.

– I mamy najwięcej kreacji na rynku – dodaje Misia, poruszając wymownie brwiami, jakbyśmy miały poderwać kogoś na te ciuchy. Tymczasem nasze stroje mają w sobie niewiele powabu, niestety. Podobają się wyłącznie dzieciom i dorosłym fanom filmów animowanych. Uwierzcie, że jest ich całkiem sporo.

Firma M&M Fun wita. Założyłyśmy ją z Michaliną w zeszłym roku i mam wrażenie, że to był strzał w dziesiątkę. Co z tego, że obie studiowałyśmy zarządzanie? Teraz jesteśmy profesjonalnymi, imprezowymi animatorko-nianiami dla dzieci. Kiedyś paplałam na prawo i lewo, że chciałabym zawojować świat, ale obecna praca daje mi satysfakcję i nienajgorsze dochody. Nie opływam w luksusy, ale mam za co żyć. Dobrze jest w szczególności latem, kiedy w jednym tygodniu jesteśmy w stanie obsłużyć razem kilka wielkich imprez.

– Liczę na to, że będą mieli dobrą klimę – mówi to prawie za każdym razem, kiedy wyjmuje z auta worek z grubaśnym strojem Myszki Miki. To hasło stało się już naszą tradycją. Wierzcie lub nie, ale w dzisiejszych czasach można spotkać jeszcze słabo klimatyzowane pomieszczenia, które w połączeniu z grubą warstwą pluszu potrafią dać się we znaki. Sauna za darmo.

Biorę moją Minnie i walizkę z gadżetami dla najmłodszych. Trzymając w zębach jeden z worków, próbuję nacisnąć guzik kluczyka, by zamknąć nasz cenny pojazd. Pal licho Skodę, która do najatrakcyjniejszych nie należy. Lata świetności już dawno ma za sobą. Pewnie mało kto zdecydowałby się na nią pokusić. Najważniejsza jest zawartość. W środku mamy wszystkie nasze narzędzia pracy, w które najpierw musiałyśmy zainwestować – i to wcale nie mało.

Doganiam Michalinę i ruszamy w poszukiwaniu szatni. Budynek, do którego wchodzimy, wygląda bardzo ekskluzywnie. Mam tylko nadzieję, że nie będziemy musiały pokonywać zbyt wiele schodów. Serio, opatulona w te obszerne stroje mam poważny problem z poruszaniem się po stopniach. Słoń w składzie porcelany.

Przedstawiamy się pierwszemu napotkanemu mężczyźnie. Wydaje się sympatyczny i pomocny. Prosi, żebyśmy zaczekały i biegnie po starostę, który ma nam wszystko pokazać.

Obok nas przebiega dwójka rozwrzeszczanych dzieci. Jedno z nich, chłopak, ma może z osiem-dziewięć lat, właśnie rzuca wiązanką przekleństw w stronę swojego kolegi. Oj, będzie ciężko. Czasami mam wrażenie, że młode, dorastające pokolenie naprawdę potrzebuje znacznie więcej dyscypliny… a może tak tylko mi się tylko wydaje i nie pamiętam już tego, jak ja zachowywałam się w ich wieku? Trudno ocenić.

Dwie minuty później wychodzi do nas ubrany w szary garnitur, młody, zestresowany chłopak.

– Wybaczcie, panie, że musiałyście czekać, ale próbuję to wszystko ogarnąć – tłumaczy się. – Jestem Marek. Gdyby ktoś mi powiedział, że właśnie tak będą wyglądały obowiązki starosty, chyba bym się nie zgodził.

Marek śmieje się nerwowo, nie bardzo wiedząc, co począć z rękoma.

– Zrób to, zrób tamto. Polej tym, idź tam. Jedna dedykacja. Druga dedykacja. Jakieś fotki, uśmiech do kamery! Masakra! – pokazowo łapie się za głowę i na chwilę odpływa myślami gdzieś indziej. – Dobra, to może zaprowadzę panie do szatni.

Biedaczek.

– No właśnie – podsumowuje Misia, przewracając oczami.

Okazuje się, że szatnię od sali ślubnej dzielą dwa piętra. Bywa. Potem jeszcze trzy razy wracamy do samochodu po resztę rzeczy. Tego dnia będę Myszką Minnie, jednym z Minionków i po prostu sobą – z tym że ubraną w białą bluzkę, różową, rozkloszowaną spódniczkę tutu i kolorowe rajstopy, z dwoma splecionymi warkoczami w gratisie.

Sexy. Tak… Bardzo śmieszne.

Zaczyna się. Nareszcie zwarte i gotowe wkraczamy na salę, skupiając na sobie uwagę wszystkich gości. Zryw wesołych dzieci przywraca wiarę w to, że moja praca ma jakiś sens i przynosi komuś prawdziwe szczęście. Rozpędzone maluchy prawie nas taranują. Muszę stać w rozkroku, by nie wywinąć orła. Teraz mam już jakieś doświadczenie, ale kiedyś naprawdę niewiele brakowało, bym leżała na środku parkietu pokonana przez siłę małych rąk.

Podchodzi do nas młoda para. Przecież muszą mieć fotkę z kultowymi Myszkami Miki i Minnie. Potem do zdjęcia ustawia się kilku dorosłych. Pamiętacie, jak mówiłam, że jest wśród nich wielu fanów bajek? Macie więc dowody.

Tańczymy kaczuszki, labado i kilka hitów zapomnianego już trio Kosmokwaki. Maluchy szaleją. Wszyscy chcą choć przez chwilę potrzymać nas za ręce. Makarena? Bardzo proszę. Teraz na parkiecie przybywa coraz więcej gości, a ja zastanawiam się, czy nie zmienić fachu na wodzireja dla dorosłych. Wszystko idzie zgodnie z planem. Dajemy się ponieść fali.

W końcu czuję, że zaczynam się męczyć. To ten czas, kiedy powinnyśmy zrobić chwilę przerwy i zmienić stroje. Minionek wydaje się pod tym względem o wiele wygodniejszy. Choć jest go sporo u góry, to od pasa w dół mam na sobie tylko cienkie legginsy. Chcę dać znać Misi, że schodzimy, kiedy dostrzegam z boku małą dziewczynkę, nieśmiało spoglądającą w naszym kierunku. Chyba boi się podejść. Patrzę na nią i widzę w niej siebie. Byłam nieśmiałym w relacjach z innymi, choć ruchliwym dzieckiem.