Pytania bez odpowiedzi - Karolina Wasilewska - ebook

Pytania bez odpowiedzi ebook

Karolina Wasilewska

4,4

Opis

Hania Śliwińska jest nastolatką, która bardzo mocno przeżyła rozwód rodziców. Samotnie wychowywana przez zmagającą się z uzależnieniem matkę, dziewczyna znajduje ukojenie w spotkaniach z panią Stasią, starszą kobietą, którą się opiekuje. Ciężkie chwile i nieustannie pojawiające się problemy sprawiają, że Hania jest bardziej dojrzała emocjonalnie i samodzielna niż jej rówieśnicy. Ale najgorsze dopiero przed nią – wkrótce dwie najbliższe jej osoby trafią do szpitala, a ich losy zostaną powierzone Bogu i lekarzom…
Trudne życiowe decyzje, splątane rodzinne losy, tajemnice sprzed lat i pytania, na które nie zawsze można znaleźć odpowiedzi… Czy mimo piętrzących się przeciwności losu bohaterom uda się w końcu odnaleźć spokój ducha?

– Powiedziała mi, że do gwałtu doszło, kiedy wracała z mszy pierwszopiątkowej. Ktoś napadł ją i zaciągnął do starego pustostanu. Zdecydowała się urodzić. Pamiętam, jak zgłosiła się do mnie, kiedy dziecko pojawiło się na świecie. Chciała ochrzcić niemowlę – niepełnosprawnego chłopca z zanikiem mięśni. Do dnia dzisiejszego pamiętam tamtą rozmowę. Nie potrafiłem spojrzeć tej kobiecie w oczy, a ona wręcz przeciwnie, zachowywała się, jakby nie doświadczyła żadnej życiowej tragedii.
– Gdzie był wtedy Bóg? – zapytała na głos Dorota.
– Wtedy poczułem złość na Boga. Nie rozumiałem, dlaczego po traumie gwałtu kobieta musiała wziąć na barki kolejny krzyż. Zrozumiałem, że na niektóre pytania nie znajdę odpowiedzi.


Karolina Wasilewska – urodziłam się w 1988 roku w Jeleniej Górze. Jestem absolwentką socjologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Jako kobieta realizuję się w roli matki, córki i partnerki. Spełniam się również w zawodzie pracownika socjalnego – najciekawszej profesji, jaką dotychczas wykonywałam. Jestem melancholiczką, która rozkłada rzeczywistość na czynniki pierwsze, dlatego czasem zbyt dużo myślę. Nie jestem miłośniczką gotowania i sprzątania. Kocham książki i dobre kino. Pisanie towarzyszy mi od zawsze. Uważam, że słowa to najpiękniejsza pamiątka, którą możemy pozostawić po sobie na tym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Prolog

– Niektórzy parafianie przychodzą do mnie z takim bagażem doświadczeń, że czasem ulegam pokusie zwątpienia. W chwilach cierpienia żadne słowa nie pomagają. Najlepszym lekarstwem jest upływający czas. Pamiętam historię pewnej religijnej młodej kobiety, która zgłosiła się do mnie, bo zastanawiała się, czy urodzić dziecko spłodzone z gwałtu.

– Boże… – wtrąciła wyraźnie poruszona Dorota.

– Powiedziała mi, że do gwałtu doszło, kiedy wracała z mszy pierwszopiątkowej. Ktoś napadł ją i zaciągnął do starego pustostanu. Zdecydowała się urodzić. Pamiętam, jak zgłosiła się do mnie, kiedy dziecko pojawiło się na świecie. Chciała ochrzcić niemowlę – niepełnosprawnego chłopca z zanikiem mięśni. Do dnia dzisiejszego pamiętam tamtą rozmowę. Nie potrafiłem spojrzeć tej kobiecie w oczy, a ona wręcz przeciwnie, zachowywała się, jakby nie doświadczyła żadnej życiowej tragedii.

– Gdzie był wtedy Bóg? – zapytała na głos Dorota.

– Wtedy poczułem złość na Boga. Nie rozumiałem, dlaczego po traumie gwałtu kobieta musiała wziąć na barki kolejny krzyż. Zrozumiałem, że na niektóre pytania nie znajdę odpowiedzi. Coś, co ma się wydarzyć, i tak się wydarzy i choćbyśmy się starali, nie dowiemy się, dlaczego tak się stało.

Rozdział 1

– Pani Stasiu, czy w czymś jeszcze mogę pomóc? – Hania jak zwykle nie mogła opuścić starszej pani, nie upewniwszy się, że zrobiła wszystko, co potrzeba.

– Haneczko, daj już sobie spokój na dziś. Lekarz powiedział, że potrzebuję sporo ruchu i nie mogę pozwolić, żebyś wszystko robiła za mnie. To może mi tylko zaszkodzić. Ale dziękuję ci za twoje dobre serduszko.

– Mówiłam już, że wizyty u pani to czysta przyjemność? Chciałabym pomagać pani za darmo.

– Hanka, przestań już! – Pani Stasia nie chciała dłużej słuchać tych wywodów.

Dziewczyna przychodziła do niej kilka razy w tygodniu. Robiła zakupy, sprzątała, pomagała przy kąpieli. Dla pani Stasi dziewczyna była ostatnią deską ratunku. Staruszka dożyła pięknego wieku osiemdziesięciu pięciu lat. Z przyczyn zdrowotnych nie miała własnych dzieci, choć bardzo ich pragnęła. Przez większą część życia ubolewała z tego powodu i nosiła w sercu gorycz. Haneczkę traktowała jak córkę, której nigdy nie miała. Obawiała się śmierci w samotności. Dlatego kiedy dała ogłoszenie do gazety, że poszukuje kogoś do pomocy, miała na myśli osobę, która również ją pochowa. Hania była trzecią kandydatką, która odpowiedziała na ogłoszenie. Od razu przypadły sobie do gustu. Pani Stasia posłuchała swej intuicji i dobrze na tym wyszła, bo wybrała kogoś, komu mogła w pełni zaufać.

– Pani Stasiu, przyjdę w czwartek około szesnastej. – Hania zerknęła jeszcze na plan lekcji, aby upewnić się, że zdąży dotrzeć o umówionej porze.

– Oczywiście, moje dziecko, ty się nie tłumacz. Rób swoje. Masz teraz wiele spraw na głowie. Jak się czujesz w nowej szkole?

– Bardzo obco. Wszystkie moje najlepsze koleżanki uczą się w Liceum imienia Mickiewicza. Czuję się samotna.

– Kochanie, jeszcze poznasz nowych przyjaciół – zapewniła pani Stasia.

– Najważniejsze, że w przyszłości zostanę lekarzem weterynarii. Mam nadzieję, że zaliczę fizykę.

– Kto jak kto, ale ty jesteś bardzo ambitna i bez dwóch zdań poradzisz sobie z nauką. Uciekaj już. Proszę, weź. – Pani Stasia trzymała w dłoni banknot pięćdziesięciozłotowy.

– Hmm… nie mam dziesięciu złotych, żeby pani wydać, ale szybko mogę pobiec do sklepu i rozmienić pieniądze. – Hania właściwie już sięgała po banknot, kiedy nagle starsza pani zareagowała stanowczo.

– Dziecko moje, chciałabym od dzisiaj dawać ci pięćdziesiąt złotych.

– Ale…, ale ja nie chcę brać od pani więcej pieniędzy.

– Przecież oszczędzasz na szczytny cel. Pomyśl o tych wszystkich zwierzętach, którym kiedyś pomożesz.

– Pani jest czarodziejką. – Hania nie mogła powstrzymać uśmiechu. Bawiła ją inteligencja staruszki – kobiety, która potrafiła uzasadnić każdą, największą nawet zawiłość życiową. I tym razem użyła argumentu nie do podważenia. Hania nie mogła uczynić nic innego, jak tylko z pokorą przyjąć propozycję podwyżki. – Do widzenia, jest pani kochana. – Hanka na koniec podbiegła do kobiety i ofiarowała jej soczystego buziaka w czoło.

– Dziękuję, córeczko, uciekaj już.

Hanka musiała się pośpieszyć, bo pani Stasia mieszkała w centrum miasta, czyli jakieś dziesięć kilometrów od jej domu na peryferiach, a ostatni autobus odjeżdżał za kilka minut.

– Do czwartku! – krzyknęła, wybiegając z mieszkania.

– Do czwartku. – Staruszka uśmiechnęła się, a na jej twarzy pojawiły się urokliwe zmarszczki. Spojrzała na czarno-białą, lekko zakurzoną fotografię i powiedziała na głos:

– Włodziu kochany, ty zawsze powtarzałeś, że tylko ktoś, kto doświadczył samotności, jest w stanie pojąć, jak bardzo potrzebujemy obecności bliskich w codziennym życiu. Jakże prawdziwe były twoje słowa. – Otuliła się ciepłym kocykiem i zasnęła.

Rozdział 2

Hanka lubiła wracać do domu autobusem. Przystanek znajdował się około pięciuset metrów od budynku, w którym mieszkała pani Stasia. Była to dość spokojna dzielnica miasta, zamieszkiwana głównie przez osoby starsze. Nie wiadomo, dlaczego w pobliżu nie utworzono żadnego parku ani choćby maleńkiego skwerku zieleni, w każdym razie sprawiało to, że okolica wydawała się nieco przytłaczająca. Stare, zniszczone kamienice wznosiły się wysoko. W oknach wisiały wyblakłe firany, a na parapetach wylegiwały się szarobure koty. Każda z tych kamienic skrywała niepowtarzalną historię.

Pani Stasia opowiadała czasem ciekawe opowieści związane z tutejszymi mieszkańcami. Hanka zapamiętała historię pięknej aktorki, która w wieku trzydziestu pięciu lat uległa poważnemu poparzeniu, co w jednej chwili przekreśliło rozwój jej dalszej kariery. Ludzie opowiadali, że jakiś młody człowiek nieszczęśliwie zakochał się w kobiecie, a kiedy ta nie odwzajemniła jego uczuć, oblał jej twarz żrącym kwasem. Od tamtego dnia aktorka już zawsze okrywała głowę i część twarzy chustą. Wykonywała bardzo mocny makijaż, który i tak nie maskował głębokich blizn. Nosiła też ciemne okulary i w tłumie ludzi mogła poczuć się anonimowo. W lokalnych gazetach pisano, że sprawca tego okrutnego czynu nie został ukarany, bo kiedy oszpecił obiekt swoich uczuć, miał dopiero siedemnaście lat. Po tym zdarzeniu aktorka załamała się psychicznie. Mieszkańcy mówili, że nie poddała się tylko dlatego, że miała dobrego i kochającego męża. W pierwszą rocznicę od pamiętnego dnia musiała poczuć tęsknotę za widokiem słońca, bo widziano ją na spacerze z mężem. Gdy tak spokojnym krokiem spacerowali przez kameralne alejki, ujrzeli młodego mężczyznę, który przypominał bezdomnego. Był nieogolony, odziany w brudną, zniszczoną odzież. Kobieta od razu poznała te oczy, przed rokiem wpatrujące się w nią i komunikujące wielką miłość. Chłopiec wyglądał jak wrak człowieka, a miał dopiero osiemnaście lat. Mąż aktorki nie rozpoznał go, chociaż w pamięci zarejestrował twarz o mocno zarysowanym, kwadratowym podbródku. Zmiana wizerunku młodzieńca nastąpiła na skutek znacznej utraty masy ciała i ciemnego zarostu, który go postarzył. Aktorka, ujrzawszy byłego kochanka, nie potrafiła wypowiedzieć choćby słowa i przeszła obojętnie, jakby mijała obcego człowieka. Przez kolejne lata pragnęła wymazać go z pamięci, choć wszystkie wspomnienia z nim związane wydawały się wciąż żywe i natarczywie przypominały o sobie w snach. Wiedziała, że jedynie śmierć może uwolnić ją z sideł bolesnych przeżyć, a odejście na tamten świat uczyni ją naprawdę wolną. Zmarła w wieku sześćdziesięciu lat. Pani Stasia uczestniczyła w pogrzebie i zapamiętała, że w ceremonii brał udział mężczyzna przykuwający uwagę swoim wizerunkiem i zachowaniem. To na pewno był on – oprawca. Ludzie nie pojmowali siły przebaczenia, jaką miała w sobie oszpecona kobieta. Podziwiali jej wolę życia, mimo doświadczonej tragedii.

Hania zazdrościła pani Stasi znajomości tak wyjątkowej osoby. Często kiedy opuszczała kamienicę, zerkała w puste okno mieszkania, w którym kiedyś mieszkała aktorka. Podobno od lat było nieużytkowane, bo dziedzice nieruchomości przebywali na stałe za granicą. Starsi mieszkańcy kamienicy wielokrotnie wspominali tę historię, opowiadając ją dzieciom oraz wnukom. Los szykował dla Hani niespodziankę, bo wkrótce przeżycia pięknej aktorki miały stać się dla niej tak bliskie, jakby była naocznym świadkiem dramatu udręczonej kobiety. Miała poznać sekret, który odmieni życie wielu osób i ujawni prawdziwe oblicze tej tragicznej historii.

Dziewczyna przyglądała się szarym budynkom oraz przechodniom, którzy w większości gdzieś się śpieszyli. Z niepokojem spoglądała na zegarek. Ostatni autobus spóźniał się już pięć minut. Zdenerwowała się.

Po chwili jednak zauważyła w oddali czerwony pojazd poruszający się z niedozwoloną prędkością. Ale o mały włos, a wszyscy pasażerowie musieliby znaleźć sobie inny środek transportu – kierowca zapomniał zatrzymać się przy przystanku. Całą sytuację kontrolowała na szczęście Hanka, która widząc, że autobus minął przystanek, zaczęła energicznie wymachiwać rękami. Pomogło. Autobus nie odjechał na tyle daleko, aby kierowca nie mógł dostrzec w lusterku gestykulującej dziewczyny.

– Bardzo państwa przepraszam, ale mam spóźnienie, a jestem dziś pierwszy dzień w pracy – zaczął się tłumaczyć kierowca, a na jego czole pojawiły się krople potu.

– Panie drogi, spokojnie. Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Czy nie wie pan o tym? – odpowiedziała jedna z kobiet, trzymając w ręce opasłą reklamówkę.

Nie obyło się też bez innych złośliwych uwag, które podważały autorytet kierowcy. Hania nie należała do malkontentów. Współczuła młodemu kierowcy, bo pamiętała swoje zagubienie, kiedy rozpoczynała naukę w nowej szkole. Od początku roku szkolnego minął ponad miesiąc, a ona w dalszym ciągu czuła się w pewnych sytuacjach onieśmielona.

Kierowca wziął sobie do serca słowa kobiety z ciężką reklamówką, bo przez dalszą część trasy jechał z dozwoloną prędkością. Hania wysiadła na dziesiątym przystanku.

– Do widzenia. – Nie miała zwyczaju żegnać się z kierowcami, ale tym razem zrobiła mały wyjątek.

– Do widzenia. – Kierowca uśmiechnął się, a jego rysy twarzy wydały się łagodniejsze.

Hania szybkim krokiem podążyła w stronę domu. Czuła niepokój. Bała się. Nie wiedziała, czego może się spodziewać, kiedy otworzy drzwi.

Rozdział 3

Niepewnie chwyciła klamkę. W jej głowie kłębiły się tysiące myśli. Próbowała zapanować nad tym chaosem, czuła jednak narastający, paraliżujący lęk. Jej mięśnie były spięte, gardło ściśnięte. Nie mogła przywrócić naturalnego, swobodnego oddechu. Miała wrażenie, że brakuje jej tlenu.

– Już jestem! – krzyknęła, przekroczywszy próg drzwi. Miała skrytą nadzieję, że tym razem będzie dobrze, że to, co złe, wreszcie odeszło.

Myliła się. Nie usłyszała odpowiedzi. Przywitała ją obca… ale jakby znajoma cisza.

Wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy cieszący się nieposzlakowaną opinią adwokat Sylwester Śliwiński odszedł do innej kobiety, unieszczęśliwiając tym samym córkę i żonę. Hania miała wtedy dziesięć lat i bardzo potrzebowała ojca. Jej mama – Dorota Śliwińska – stawiała wówczas pierwsze kroki w firmie ubezpieczeniowej, aby po kilku latach stać się specjalistą w swoim fachu. Mężczyzna, który ją kochał, nie odszedł do młodszej czy chociażby ładniejszej kobiety. Jego nowa wybranka od zawsze była nazywana przyjaciółką domu. Dorota bardzo lubiła spędzać czas ze swoją bratnią duszą, jak kiedyś określała Magdalenę, która nie wiadomo nawet kiedy ukradła jej życie – jej męża. Magdalena uczestniczyła w najważniejszych wydarzeniach w rodzinie. Zawsze pomocna, uśmiechnięta, pocieszająca. Hania i Dorota od chwili, kiedy usłyszały, że muszą pogodzić się z utratą mężczyzny, którego kochają, zastanawiały się, czy ONA zrobiła to z premedytacją, czy wkroczyła do ich domu tylko po to, by odebrać im to, co najcenniejsze, czyli zburzyć przez lata pielęgnowane ognisko domowe. Zastanawiały się, czy kiedykolwiek kierowała się szczerą chęcią nawiązania przyjaźni. Wiedziały, że rzeczywiste motywy działania Magdaleny nie miały już znaczenia, ponieważ najważniejszy mężczyzna w ich życiu zakochał się i nie potrafił poskromić uczuć. Zachowywał się jak szczeniak przeżywający pierwsze zauroczenie. W tym okresie Hanka miała problemy w szkole. Nie dostrzegała sensu nauki. Dorota intensywnie pracowała, żeby nie czuć bólu. W ciągu dnia zatracała się w obowiązkach zawodowych, a po powrocie do domu nie potrafiła się na niczym skoncentrować. Żyła jak robot, który wykonuje czynności mechanicznie. Tłumiła emocje, bo stanowiły jedynie źródło bólu. Pragnęła nie czuć nic.

Przełomowym momentem w życiu Doroty Śliwińskiej był ślub ukochanego z Magdaleną. Wtedy uzmysłowiła sobie, że to nie sen. Zrozumiała, że to, co się stało, już się nie odstanie. Świadomość ogromnej straty powodowała cierpienie, z którym nie była w stanie sobie poradzić. Chciała zapomnieć. Kiedy sięgnęła po pierwszy kieliszek wina, nie miała pojęcia, że wkrótce jej organizm będzie domagał się więcej. Uzależniła się. Hance wydawało się, że z tą chwilą oprócz ojca straciła również matkę. Dorota przez większą część dnia wzorowo wywiązywała się z obowiązków służbowych. Dopiero po powrocie do domu wprowadzała się w stan błogiej, choć pozornej nieświadomości. Nie upijała się do nieprzytomności. Najczęściej wystarczała połowa butelki wina. Z czasem zapotrzebowanie na napoje alko­holowe wzrosło.

Hanka częściej widziała matkę pod wpływem alkoholu niż trzeźwą. Upojona alkoholem Dorota nie potrafiła być matką i gospodynią domu, dlatego jej jedyna córka przeszła przedwczesną lekcję dojrzewania. Zmuszona sytuacją rodzinną, nauczyła się dbać o dom. Prała, gotowała, sprzątała i jednocześnie zaczęła odkrywać sens uczenia się. Robiła wszystko, aby problem matki pozostał tajemnicą. Nie chciała, żeby ojciec o czymkolwiek się dowiedział.

– Mamo! – Hanka wpadła w gniew. Czuła głód. Miała nadzieję, że matka przygotowała obiad.

– Cooo? – Z salonu dobiegł kobiecy bełkot.

– Mam już tego dość. Tata odszedł pięć lat temu. Najwyższa pora, żebyś zaczęła życie od nowa. Nie zniosę dłużej twojego picia.

– Ale… aleee, ja niee piję.

– Nie wiem, jak długo to wytrzymam. Robisz wszystko, żebym pozostawiła cię samą. Nie chciałam ci o tym mówić, ale tato, jak tylko wprowadził się z Magdaleną do nowego mieszkania, powiedział, że dla mnie również znalazłoby się miejsce.

– Jak ciii niee pasuuje, to droga wolna. – W głosie kobiety dominowały skrywana gorycz i bezsilność. Hanka posiadała dar odczytywania emocji, których doświadczała matka, znała ją na wylot, a mimo to nie potrafiła w żaden sposób przemówić jej do rozsądku.

– Opamiętaj się. Dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Pomogę ci, tylko, proszę, powiedz coś. – Głos dziewczyny przybrał błagalny ton.

– Jaaa nie umieem… – wymamrotała Dorota.

Hania po raz kolejny poczuła gorycz porażki. Ciągle wierzyła, że przekona matkę do podjęcia terapii. Nie rozumiała, że matka się nie zmieni, dopóki sama nie poczuje takiej potrzeby.

Rozdział 4

Minuty przeciągały się w nieskończoność. Hanka uwielbiała biologię, ale tego dnia marzyła o jak najszybszym znalezieniu się w przytulnym mieszkaniu pani Stasi. Nie wyspała się, bo przez większą część nocy rozmyślała na temat uzależnienia matki. Zastanawiała się, czy jest cień nadziei, że najbliższa osoba w jej życiu zrozumie swoje błędy i podejmie próby ich naprawienia, czy też do końca swoich dni będzie żyła w zakłamaniu.

Po godzinie szesnastej Hanka dotarła do pani Stasi. Wcześniej zakupiła dwa eklerki w najlepszej cukierni w mieście. W sytuacjach stresowych, które w ostatnim czasie zdominowały codzienną rzeczywistość, objadała się słodkościami. Biorąc pod uwagę perfekcyjną figurę dziewczyny, na razie nie stanowiło to powodu do niepokoju.

– Dzień dobry, pani Stasiu, już jestem! – Hanka uśmiechnęła się na widok staruszki.

– Dzień dobry, kochanie – odparła uradowana pani Stasia.

– Idę szybko do łazienki przygotować pani kąpiel, a jeśli wszystko pójdzie nam sprawnie, to zdążę jeszcze posprzątać balkon. Gołębie nie mają za grosz kultury.

– Kochanie, wiesz, że uwielbiam zwierzęta – nawet jeśli srają jak szalone. Nie musisz tam sprzątać. Sama to zrobię.

– Ależ skąd! – Głos Hanki przybrał aktorski ton. – Jeszcze się pani przeziębi.

– Dobrze, już dobrze. A tak na marginesie, zauważyłam, że masz podkrążone oczy. Wyglądasz na zmęczoną.

– Mało śpię.

– Pewnie uczysz się nocami, biedne dziecko. Ci nauczyciele wiele od was teraz wymagają. Nie rezygnuj ze snu, bo przemęczenie może ci zaszkodzić. Wiem, co mówię, bo pracowałam kiedyś w szpitalu i jak wypadały nocki, miałam problemy z zasypianiem. Obiecaj mi, że będziesz dbała o sen.

– Tutaj wcale nie chodzi o naukę – wymamrotała Hanna i poczuła, że jest gotowa do bolesnych zwierzeń.

– Więc o co chodzi, jeśli nie o naukę?

– Przychodzę do pani od roku, ale niewiele o sobie opowiedziałam.

– Nie musiałaś.

– Ale chcę… Moja matka jest uzależniona od alkoholu. Martwię się o nią.

– Podejrzewałam, że w twojej rodzinie są problemy.

– Jak to?

– Hmmm… jestem już stara. Wiele w życiu przeszłam, wiele widziałam. Trochę dziwiło mnie, że nigdy nie opowiadałaś mi o swojej rodzinie.

– Wstydziłam się.

– Pamiętasz, jak dwa tygodnie temu nie zdążyłaś na ostatni autobus?

– Tak.

– Powiedziałaś, że przyjedzie po ciebie mama. Choć to może niestosowne, jak wyszłaś, spojrzałam przez okno. Widziałam, że odjechałaś taksówką. Pierwsze, co mi wtedy przyszło na myśl, to, że masz powód, dla którego mnie okłamałaś.

– Przepraszam. – Hania spuściła wzrok na znak poczucia winy.

– Możesz na mnie liczyć. Jeśli potrzebujesz się wygadać, zrób to.

– Rozmawiałam z mamą wiele razy, ale wszystko na nic. Przedwczoraj, jak wróciłam do domu, zastałam matkę pijaną. Leżała na sofie i miała ten obłędny wyraz twarzy, którego zawsze się bałam.

– Rozumiem to. Też zawsze lękałam się pijanych ludzi.

– Podniosłam głos, ale czułam się, jakbym mówiła do ściany. Ja już straciłam nadzieję. Nie wierzę, że będzie dobrze. – Z oka Hani wypłynęła maleńka łza.

– Masz w sobie bardzo dużo siły. Nie wmawiaj sobie, że jesteś słaba. Zauważ, że większość twoich koleżanek może zaufać swoim matkom, a ty ukrywasz problemy swojej.

– Co mam zrobić?

– W takich sytuacjach ludzie powinni zająć się sobą, osobistym cierpieniem. Noszenie własnego i cudzego bagażu stanowi nadbagaż nie do udźwignięcia.

– Ale ona nie ma nikogo oprócz mnie…

– Nie chodzi mi o to, żebyś lekceważyła matkę. Wystarczy, że przestaniesz brać odpowiedzialność za jej picie.

– Mam patrzeć, jak pije, i nie reagować?

– Prośby i błagania nic nie pomogą, dopóki twoja mama nie zrozumie, że niszczy siebie i innych. Poznałam ludzi, którzy pokonali nałogi. Różne były ścieżki, którymi podążali, ale każda z tych osób miała szczerą potrzebę zmiany.

– Czyli nie mogę nic. – Głos Hani się załamał.

– Może powinnaś zapisać się do jakiejś grupy wsparcia?

– Nie wyobrażam sobie, żeby rozmawiać o problemach z obcymi osobami. – Hanka na samą myśl poczuła, jak sztywnieje jej ciało.

– Hmmm… jesteś taka młodziutka. Całe życie przed tobą. Baw się, poznawaj nowych przyjaciół. Spotkanie z koleżanką nie sprawi, że twoja mama przestanie pić, ale dla ciebie będzie to taka odskocznia od codziennych problemów.

– Może i ma pani rację. – Na twarzy dziewczyny zagościł delikatny uśmiech. – Nie rozmawiajmy już o tym, co złe, bo ucieknie nam to, co dobre, czyli kąpiel w cudownej i pachnącej pianie.

– Masz rację, moje dziecko.

Hania delikatnie przemywała każdy skrawek dojrzałego, zmęczonego ciała pani Stasi. Czuła, że dla staruszki jest kimś więcej niż opiekunką. Hania nigdy nie poznała rodziców swojej matki i ojca, gdyż zmarli, nim się urodziła. Wizerunki babć i dziadków znała jedynie z czarno-białych fotografii. Pani Stasia kryła w sobie cechy, które mogłaby posiadać idealna babcia. Była „dla kogoś” i „pomimo wszystko”. Lubiła jeść słodycze i niewinnie plotkować.

Tuż po kąpieli Hania i pani Stasia zjadły pyszne eklerki, popijając je aromatyczną kawą. Tego dnia nie poruszyły już żadnego trudnego tematu, a wręcz przeciwnie – śmiały się do łez i czuły żal, że wspólnie spędzony czas przeminął zbyt szybko.

– Cześć, córeczko – zabrzmiał w słuchawce stanowczy ton głosu adwokata Sylwestra Śliwińskiego.

– Cześć. – Hanka odebrała połączenie z pewną niechęcią, bo czuła się już zmęczona. Wykonała kawał dobrej roboty w mieszkaniu pani Stasi. Tak jak zaplanowała, pomimo protestów staruszki, posprzątała balkon, a dzięki dobrej organizacji zdążyła jeszcze zmienić firany i pościel.

– Przepraszam, że tak późno dzwonię. Ja i Magdalena chcielibyśmy zaprosić cię na niedzielny obiad. Musimy porozmawiać.

– O czym? – zapytała zaciekawiona Hania.

– O nic się nie martw. Wszystko jest w najlepszym porządku. Będziesz? – Sylwester był zdenerwowany. Od czasu odejścia od rodziny czuł się winny i nie miał szczególnych oczekiwań co do relacji z córką. Nie chciał jej do niczego zmuszać, a tym bardziej postanowił nie wywierać żadnego nacisku na jej kontakty z Magdaleną.

– Będę. Ale czy na pewno wszystko jest ok? – Hanka poszukiwała dodatkowego potwierdzenia, że nie ma powodów do niepokoju. Nieczęsto ojciec dzwonił do niej po dziesiątej w nocy.

– Wszystko jest w najlepszym porządku. – Mężczyzna zmienił ton głosu na nieco bardziej wyciszony.

– Odwieziesz mnie później?

– Wiesz doskonale, że to zrobię. – Sylwester na każdym kroku odczuwał, że przez ostatnie kilka lat on i jego ukochana córeczka oddalili się od siebie. Kiedyś małej Hance nawet nie przyszłoby do głowy zapytanie, czy ją gdzieś podwiezie. Od rozwodu wiele się zmieniło, co dotkliwie odczuwały wszystkie osoby w rodzinie.

Hanka od kilku miesięcy nie widziała żony ojca. Magdalena nie chciała ingerować w sprawy Sylwestra i jego córki, dlatego unikała towarzystwa dziewczyny. Kiedyś Hanka zwracała się do Magdaleny per ciociu, ale w związku z tym, że życie napisało niefortunny scenariusz, zaczęła nazywać ją po prostu Magdaleną. Ich relacje były poprawne. Nastolatka potrzebowała trochę czasu, żeby zaakceptować nowy związek ojca; nie przyszło jej to z łatwością.

Hanka czasami marzyła o tym, żeby przyłapać Magdalenę na popełnieniu jakiegoś błędu. Chciała czerpać radość z porażek macochy, bo jak dotąd, wszystko się jej udawało, jak gdyby czuwał nad nią Anioł Stróż. Dziewczyna odczuwała potrzebę rywalizacji z macochą. Chciała wierzyć, że jest lepsza, bo młodsza i ładniejsza. W głębi duszy wiedziała jednak, że wygląd zewnętrzny nie daje jej żadnej przewagi. Bolało ją, że to nie Magdalena płakała nocami, tylko matka. Hania oceniała macochę w kategoriach czarno-białych, bez uwzględniania odcieni szarości. Uważała, że skoro Magdalena rozbiła małżeństwo matki, powinna spotkać ją za to zasłużona kara, podczas gdy największą poszkodowaną w tym pojedynku okazała się jej mama. To ona straciła męża, po czym, na domiar złego, uzależniła się od alkoholu. Hanka setki razy próbowała zrozumieć, dlaczego tak się stało, ale w jej umyśle nie zrodziła się żadna sensowna odpowiedź. Z upływem czasu przestała zadręczać się tego rodzaju pytaniami.

Magdalena nigdy nie należała do grona zjawiskowych piękności, ale miała w sobie wiele cech, którymi wyróżniała się na tle pozostałych przedstawicielek płci pięknej. Posiadała ogromne pokłady ciepła i zrozumienia, przez co w oczach mężczyzn zyskiwała na atrakcyjności. Nie oceniała innych, tylko starała się pojąć i zaakceptować różne punkty widzenia. Mówiła niewiele, ale gdy już wyrażała swoje zdanie, jej wypowiedzi były przemyślane.

Rozdział 5

Promienie jesiennego słońca przenikające przez ażurowe fira­­ny obudziły Hankę, choć miała ochotę na odrobinę więcej snu. W końcu nastała niedziela, dzień wolny od szkoły i codziennych obowiązków. Jak zwykle tuż po wstaniu z łóżka zajęła się poranną toaletą, a w szczególności pielęgnacją niesfornych rudych loków. Miała niepospolitą urodę. Gdziekolwiek się pojawiała, każdy ją zapamiętywał. Była atrakcyjną, młodą kobietą, która budziła zainteresowanie płci przeciwnej. Z własnego wyboru nie chciała mieć chłopaka. Dotychczas nie spotkała takiego, który skradłby jej serce. Nie stanowiło to dla niej problemu, bo miała mnóstwo zainteresowań, które realizowała z ogromną pasją.

Tak jak inne nastolatki borykała się z różnymi kompleksami. Szczerze nie lubiła swoich rudych włosów, bo każdy zwracał na nie uwagę, podczas gdy ona sama wolała pozostawać w cieniu. Przez pewien czas snuła w głowie plan dotyczący zmiany koloru włosów, zrezygnowała jednak z tego pomysłu, kiedy przeczytała o negatywnych skutkach koloryzacji. Postanowiła pokochać siebie taką, jaką jest, kierując się wskazówką, którą przeczytała w poradniku na temat rozwoju osobistego.

Kiedy poranna toaleta dobiegła końca, stanęła przed kolejnym dylematem. „Czerwona czy pomarańczowa?” – zastanawiała się, zerkając na dwie ulubione sukienki. „Czerwona!” – podjęła szybką decyzję. Na obiedzie chciała wyglądać perfekcyjnie.

Podczas gdy Hania się stroiła, jej matka przebywała na szkoleniu w Poznaniu, gdzie poznawała tajniki skutecznej sprzedaży ubezpieczeń domów i mieszkań. Do domu miała wrócić około szesnastej. Hanka próbowała odsunąć od siebie myśl, że po stresującym weekendzie matka może mieć ochotę na kieliszek wina. Postanowiła skupić się na dzisiejszym obiedzie.

Punktualnie o trzynastej pod domem zatrzymał się luksusowy mercedes.

– Cześć, córcia! – wykrzyknął Sylwester przez uchylone okno samochodowe, po czym wysiadł z auta, żeby otworzyć drzwi po sąsiedniej stronie.

– Tato, nie przesadzaj. – Hanka poczuła się troszkę nieswojo, ponieważ otwieranie drzwi samochodowych przed kobietą postrzegała jako przeżytek minionej epoki. Luksusowy mercedes ruszył, pozostawiając na trawie odciśnięte ślady opon.

– Ślicznie wyglądasz. – Sylwester czuł rozpierającą go dumę, bo jego córka w czerwonej sukience prezentowała się bardzo elegancko.

– Dziękuję. – Hania uśmiechnęła się i poczuła radość, gdyż zawsze zależało jej na uznaniu ojca, który był dla niej największym autorytetem.

– Dawno się nie widziałyście z Magdaleną. Mam nadzieję, że się dogadacie.

– Znasz mnie. Wiesz, że nie jestem już małą dziewczynką i pewne rzeczy rozumiem. Nigdy nie będziemy przyjaciółkami tak jak kiedyś, ale nie musisz się obawiać. Będę uprzejma.

– Cieszę się, że jesteś taką mądrą dziewczyną. – Sylwester rozczulił się i przez dalszą część trasy milczał.

Mieszkanie adwokata Śliwińskiego i jego drugiej żony Magdaleny Śliwińskiej znajdowało się w luksusowym budynku na terenie niewielkiego osiedla. Ludzie nazywali tę dzielnicę „sypialnią snobów”, co – biorąc pod uwagę przekrój społeczno-kulturowy jej mieszkańców – stanowiło adekwatne, nawet jeśli nieco sarkastyczne określenie. Człowiek pokroju Sylwestra Śliwińskiego zamieszkał w miejscu prestiżowym, które wskazywało na wysoką pozycję w hierarchii społecznej. Osiedle Nowe tworzyły bliźniaczo podobne budynki, które niczym betonowe olbrzymy wystawały ponad okoliczne drzewa. Hanka wychowywała się w domu jednorodzinnym na peryferiach miasta. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby zamieszkać w bloku, choćby nawet o wysokim standardzie. Przyzwyczaiła się do swobody i wolności, którą gwarantował dom, choć w ostatnim czasie ów dom kojarzyła głównie z kłamstwem i cierpieniem.

Przed każdym spotkaniem z Magdaleną Hanka odczuwała mrowienie i ucisk w rękach. Wiedziała, że to nerwica. Próbowała zmierzyć się z nadmiernym kontrolowaniem obszarów życia, na które nie ma wpływu. Nie było to łatwe, bo los nie szczędził jej niemiłych niespodzianek. Dziewczynie wydawało się, że może wszystko, jeśli tylko wystarczająco się postara. Przez to źle znosiła swoje i cudze porażki, bo stawiała się w roli kogoś, kto może im zapobiec. Im bardziej się starała, tym bardziej gorzki był smak niepowodzenia.

„Dasz radę” – Hanka powtarzała sobie jak mantrę, zanim weszła do mieszkania. Drzwi otworzyła Magdalena. Hania zaniemówiła na widok macochy. Na pierwszy rzut oka oceniła, że Magdalena ubrana jest w sukienkę z drogiego butiku. Przefarbowała włosy na blond, który idealnie współgrał z jej jasną karnacją. Delikatnym makijażem uwydatniła kości policzkowe.

„No tak – pomyślała Hanka – za pieniądze można kupić nawet urodę”.

– Cześć. – Hanka toczyła wewnętrzną walkę z uprzedzeniami wobec macochy.

– Miło cię widzieć. Siadaj, czuj się jak u siebie. – Magdale­­na wskazała na białą sofę. Szybko zrozumiała niestosowność swojego zachowania. Hanka, przebywając w mieszkaniu ojca, od dawna powinna czuć się jak u siebie. – Na obiad będą kotlety schabowe – powiedziała nieporadnie i spojrzała na córkę męża jak na jurorkę w konkursie kulinarnym.

– Nie jestem wybredna – odpowiedziała z przekąsem Hania.

Magdalena podała obiad na eleganckich porcelanowych talerzach. Schabowe smakowały wybornie. Kiedy Sylwester skończył chwalić umiejętności kulinarne żony, nastała niezręczna cisza.

– Podoba ci się w nowej szkole? – Magdalena postanowiła przełamać milczenie i wybrała bezpieczny temat rozmowy.

– To dopiero początki. Wymagania są naprawdę duże.

– Jesteś ambitna. Będziesz najlepsza w klasie – wtrącił się Sylwester.

– Zaprzyjaźniłaś się z kimś? – Magdalena kontynuowała serię bezpiecznych pytań o tematyce szkolnej.

– Mam kilka koleżanek, ale do przyjaźni daleka droga. – Hania postanowiła, że nie napomknie ani słowem o obawach i lękach związanych z nową szkołą.

– Musimy porozmawiać. – Sylwester przybrał dostojny tembr głosu. – Mama powiedziała mi, że dalej jeździsz do tej kobiety. Wiem, że bierzesz od niej pieniądze.

– Rozmawialiśmy o tym dziesiątki razy.

– Brakuje ci pieniędzy?

– Mama dobrze zarabia. Zresztą płacisz na mnie wysokie alimenty. Wystarcza nam.

– Masz szesnaście lat. Powinnaś skupić się na nauce, a nie na zarabianiu pieniędzy. Liceum to nie przedszkole.

– Mam dobre oceny. – Hanka poczuła irytację, bo przed umówionym obiadem, ojciec mówił jej, żeby się nie martwiła. – Jeśli chodzi o mój wiek, to za tydzień kończę szesnaście lat. Zrobię wszystko, żeby dobrze zdać maturę.

– Dopiero szesnaście lat.

– Tato, daruj sobie.

– Nie zapominaj, że bierzesz od tej kobiety pieniądze. – Sylwester zmarszczył czoło.

– Bo pani Stasia nie zgodziła się, żebym pomagała jej za darmo.

– Zajmij się teraz nauką – powiedział Sylwester podniesionym tonem. Martwił się o edukację córki. Obawiał się też o swoją reputację. Nie chciał dopuścić do sytuacji, by ktoś ze środowiska prawniczego dowiedział się, że córka „tego Śliwińskiego” pracuje jako opiekunka w wieku niespełna szesnastu lat.

– Nie przestanę odwiedzać pani Stasi. – Hania konsekwentnie broniła własnego zdania.

– Jestem znany w całym mieście. Co powiedzą inni ludzie, kiedy usłyszą, że podcierasz pupę i podajesz kaszkę jakiejś staruszce? – W głosie Sylwestra pojawiła się nuta złośliwości, a na jego czole zarysowały się zmarszczki mimiczne.

– Jak możesz?! – Hania poczuła ogromny żal; przez tego rodzaju wypowiedzi ojciec tracił szacunek w jej oczach. – Przestań obrażać osoby, na których mi zależy. – Postanowiła nie dać za wygraną, nawet jeżeli miałoby to poskutkować poważniejszym konfliktem. – Mama wie, że pomagam pani Stasi. Nie ma nic przeciwko temu.

– Mama ma problemy i sama wymaga pomocy. Nie potrafi zająć się sobą, a ty uważasz, że zajmie się tobą? – Sylwester posunął się do dokonania surowej oceny byłej żony, chociaż tuż po rozwodzie postanowił, że nie będzie oczerniał jej w oczach córki. Nie pozostawał też zupełnie obojętny wobec Doroty. Wzbudzała w nim szereg sprzecznych ze sobą emocji. – Uważam, że powinnaś zamieszkać z nami – oznajmił zdecydowanie, a na jego twarzy pojawiło się rozluźnienie, że wreszcie wypowiedział to na głos.

– Jakie znów problemy? – Hania udała zdziwienie, zastanawiając się, czy tylko resztki naiwności pozwalają jej jeszcze wierzyć w to, że ojciec nie wie o piciu matki. – Nigdy z wami nie zamieszkam, zapomnij o tym – dodała po chwili, z ledwością normując przyspieszony oddech.

– Wiem, że matka od dawna zagląda do kieliszka. Chodzi dokładnie do tego samego monopolowego, w którym za czasów studenckich kupowaliśmy tanie piwo. Kumpel, który prowadzi ten sklep, powiedział mi, że jest stałą klientką.

– Nic o nas nie wiesz. Nic nie wiesz o mamie. Nie wtrącaj się najlepiej do naszego życia. Ja i tak nie mam zamiaru przestać pomagać pani Stasi, czy ci się to podoba, czy nie – powiedziała dosadnie.

Sylwester postrzegał decyzję córki jako dziecinny kaprys, a nawet jako zemstę za rozwód z Dorotą. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nastolatka, której niczego w życiu nie brakuje, zamiast myśleć o sobie, zajmuje się sprawami obcej kobiety.

– Tato, co się z tobą stało? – zapytała Hania ze łzami w oczach. – Czy dla ciebie liczą się jeszcze inni ludzie?

– Spokojnie. – Magdalena chciała objąć dłoń Hani, jednak dziewczyna odsunęła rękę, aby uniknąć tego gestu.

– Proszę, nie wtrącaj się. To są sprawy pomiędzy mną a tatą. – Hania grzecznie, ale stanowczo zwróciła uwagę macosze.

– Gdyby inni ludzie się dla mnie nie liczyli, nie martwiłbym się o ciebie.

– Daję sobie radę. Pani Stasia nie. Ona nie poradzi sobie beze mnie. – Głos Hani się załamał. – Po śmierci męża przeszła ciężką depresję.

– Uspokój się. – Sylwester zauważył kropelkę, która kapnęła z twarzy dziewczyny. Nie chciał doprowadzić córki do takiego stanu, ale mimo to dalej szedł w zaparte. – Jesteś bardzo wrażliwą osobą, ale świata nie zmienisz. A co do depresji, to jest to dziś tak powszechna choroba jak katar czy kaszel. Każdy tylko patrzy, jak wykombinować lewe zwolnienie na głowę.

– Nie mogę tego słuchać! Porównujesz depresję do kataru?!

– Oj, Hanka. Jesteś jeszcze taka młoda…

– Pewnie zaraz dodasz, że głupia – wymamrotała Hanka z rezygnacją.

– Kiedyś wspomnisz moje słowa i zrozumiesz, że miałem rację.

Hania pozostawiła uwagi ojca bez komentarza. Poczuła się zlekceważona. Uznała, że dalsza rozmowa nie ma sensu.

– Mam dużo nauki. Muszę już wracać do domu. – Zapragnęła jak najszybciej opuścić towarzystwo ojca i Magdaleny.

– Tak szybko? Jest dopiero piętnasta?! – Sylwester udał zdziwienie.

– Sam powiedziałeś, że muszę się uczyć. – Nastolatka nie kryła złości. Po rozmowie z ojcem czuła się jak słaba, bezradna istotka, która nic nie znaczy w wielkim świecie i musi być sterowana przez starszą osobę.

– Za piętnaście minut pojedziemy. Pasuje? – Nie namawiał córki, żeby została.

W drodze powrotnej rozmawiali o mało ważnych sprawach. Hania od dawna nie czuła takiej obojętności wobec ojca. Pragnęła, by ten dzień jak najszybciej dobiegł końca.

– Przemyśl sobie jeszcze raz naszą rozmowę – powiedział na do widzenia Sylwester.

Jego córka zignorowała tę uwagę i odeszła bez słowa.

Rozdział 6

Obolałe od niewygodnych szpilek stopy i spuchnięte ze zmęczenia powieki należały do najmniej dotkliwych następstw wyjazdów szkoleniowych. A mimo to szkolenia cieszyły się ogromną popularnością. Zarząd firmy hojnie wynagradzał pracowników, którzy podnosili kwalifikacje. Osoby zatrudnione w przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym „SafeLife4U” brały udział w wyścigu szczurów. Zarząd stawiał przed agentami coraz większe wymagania. Nie liczył się człowiek, tylko zrealizowany plan sprzedaży. Dorota została okrzyknięta królową ubezpieczeń. W firmie każdy próbował dorównać jej tempa. Uciekała przed szarością dnia codziennego, angażując się całą sobą w działania na rzecz przedsiębiorstwa. Należała do grona nielicznych agentek, które odebrały nagrodę specjalną z rąk prezesa. W pracy funkcjonowała jak zaprogramowany robot. Opuszczała biuro po godzinie ósmej rano i wracała do niego o godzinie dziewiętnastej, żeby sporządzić dzienny raport. Czuła się przemęczona. Wiele razy postanawiała, że ograniczy czas pracy, ale w rzeczywistości przyjmowała na swoje barki coraz więcej obowiązków.

Hanka uważała, że mama boryka się nie tylko z uzależnieniem od alkoholu, ale również z pracoholizmem, który podobnie jak alkoholizm pozornie łagodził jej przykre stany emocjonalne. Licealistka posiadała obszerną wiedzę na temat nałogów; informacje czerpała z rzetelnych stron internetowych. Kiedyś pokazała mamie artykuł, który stanowił część kampanii społecznej na rzecz wczesnej profilaktyki uzależnienia. Dorota z oporem przeczytała tekst. Dotąd była przekonana, że alkoholicy pochodzą głównie z rodzin patologicznych, które z zasady rozpoczynają nowy dzień od kieliszka wódki. Nie przypuszczała, że jedynie od trzech do pięciu procent spośród wszystkich alkoholików w Polsce to osoby z marginesu społecznego, a pozostała część to tak zwani normalni ludzie. Alkoholizm łączyła ściśle z piciem wódki. Wino wysokiej jakości postrzegała jako trunek elitarny, który nadaje rozkosz kubkom smakowym i wprowadza w stan błogiego rozluźnienia. Wybierała wina oznaczone etykietą „DOCG”, przez co – we własnym przekonaniu – nadawała swojemu piciu wymiar uszlachetniony. Nie dostrzegała, że ostatecznie jej picie w żadnym stopniu nie różniło się od picia pana spod monopolowego, który raczy się winkiem klasy B. Chełpiła się ponadprzeciętnymi wynikami w pracy, które utożsamiała z umiejętnością sprawowania kontroli nad życiem. Logika Doroty opierała się na przekonaniu, iż sukcesy zawodowe rozgrzeszają człowieka z jego ułomności. Kobieta odpierała racjonalne argumenty, zastępując je uzasadnieniami wygodnymi dla siebie. Stosowała mechanizm obronny polegający na ciągłym zaprzeczaniu. Dzięki niemu unikała przykrych konsekwencji nałogu. Szydziła z publikacji na temat alkoholizmu, postrzegając je jako pseudonaukowy bełkot. Nie liczyły się dla niej żadne autorytety z dziedziny uzależnień. Twierdziła, że ma monopol na wiedzę i nie będzie zaśmiecała swojego umysłu marną papką bezużytecznych informacji, dlatego nigdy więcej nie zdecydowała się na przeczytanie choćby krótkiej broszurki dotyczącej uzależnienia. Omijała temat szerokim łukiem.

– Cześć, jak było na szkoleniu? – zapytała niedbale Hania. Rzeczywiste zainteresowanie sprawami matki skrywała pod płaszczykiem rzekomej obojętności.

– Ostatnio mam wrażenie, że dzieje się ze mną coś niepokojącego.

– Też to widzę.

– Martwię się o swoją przyszłość w firmie.

– Chyba żartujesz – zdziwiła się Hanka.

– Osiągnęłam już chyba wszystko i utknęłam w martwym punkcie. Mam wrażenie, że się cofam. – Głos Doroty lekko zadrżał pod naporem destrukcyjnych myśli.

– Co ty mówisz?! – Dziewczyna miała dość tego typu narzekań. Próbowała przemówić mamie do rozsądku, jednak wszelkie próby kończyły się fiaskiem.

Matka dążyła do ideału i pielęgnowała przekonanie, że zawsze może być lepiej, a ona sama może być mądrzejsza, piękniejsza, lepiej zorganizowana, bardziej pomysłowa czy spontaniczna. Dorocie nie przeszkadzało, że doba ma jedynie dwadzieścia cztery godziny, a w grafiku dnia zapisała plan, którego wykonanie przeciętnemu człowiekowi zajęłoby dwa dni. „Dla chcącego nic trudnego” – powtarzała. Nie cierpiała sprzątać, gotować, prasować, bo czynności te nie przynosiły efektów, które można było zmierzyć cyframi. Koncentrowała się na tym, co dochodowe, dlatego całą energię wkładała w karierę zawodową. Po powrocie do domu otwierała butelkę ulubionego wina. Bieganie ze ścierką czy obieranie ziemniaków nijak nie mogło się równać z degustacją trunku.

Jeszcze kiedy urodziła Hanię, dobrze czuła się w roli gosposi. Chętnie zajmowała się obowiązkami, które ewolucja społeczno-kulturowa wpisała w poczet zadań stricte kobiecych. Wszystko zmieniło się, kiedy przyjaciółka odbiła jej męża. Dorota siebie obarczyła winą za tę porażkę. Zarzucała sobie, że niewystarczająco starała się, by zatrzymać przy sobie mężczyznę. Żałowała, że nie podjęła pracy, kiedy Hania poszła do przedszkola. Nie mogła sobie wybaczyć, że przez długi czas objadała się, przez co na jej ciele przybywało fałdek. Przez te wszystkie lata po rozstaniu nie dostrzegła, że Magdalena osiągnęła wyższe wykształcenie filologiczne, zadbała o wygląd i otworzyła własną szkołę językową dopiero po ślubie z Sylwestrem. Zanim się pobrali, Magdalena zawsze pozostawała w cieniu Doroty, była tą mniej błyszczącą gwiazdą, tak więc nie to musiało być decydujące…

– Powinnaś przystopować – powiedziała Hania z troską. Chciała jeszcze dodać coś pocieszającego, kiedy nagle przypomniała sobie, że musi zadzwonić do pani Stasi i zapytać, co ma kupić na poniedziałek. Zorientowała się, że ozdobna kieszeń torebki, do której schowała telefon, jest pusta. – Pożycz mi na chwilkę swój telefon – poprosiła matkę. – Zostawiłam komórkę u taty.

– Echhh – wymamrotała Dorota. – Kiedyś swojej głowy zapomnisz. – A tak ogólnie, to co słychać u taty?

– Nie rozmawialiśmy zbyt długo – odpowiedziała Hania wymijająco.

– Pokłóciliście się? – W głosie Doroty zabrzmiała nuta zaciekawienia.

– Mieliśmy małą wymianę zdań. Nie chcę o tym rozmawiać.

– Przecież wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć. – Dorota nie chciała dać za wygraną. Uznała, że jako matka ma prawo mieć pełną wiedzę o relacjach córki z ojcem.

– Znów poszło o panią Stasię. – Hania wiedziała, że dopóki nie powie mamie, o co chodzi, ta nie da jej spokoju. – Tato nie chce, żebym jej pomagała. Powiedziałam mu, ile dla mnie znaczy pani Stasia.

– Sądzę, że tato chce dobrze. Martwi się o twoją przyszłość.

– Niech w końcu da już z tym spokój.

– Jestem przekonana, że jak będziesz mieć dobre oceny, to w końcu odpuści. – Dorota usiłowała wesprzeć córkę, bo sama też nigdy nie poznała babci i dziadka. Podobnie jak Hania ogromną sympatią darzyła ludzi w podeszłym wieku.

Kobieta nie cierpiała samotności. Kiedy konfrontowała się ze swoimi myślami, miała wrażenie, że za chwilę oszaleje. Broniła się przed prawdą o sobie. Nie wiedziała, jak uciszyć stłamszoną podświadomość, która – zmęczona ciągłym uciskiem – błagała o odrobinę swobody. Wewnętrzna walka wyczerpywała Dorotę, aż wreszcie się poddawała. Uświadamiała sobie wyparte myśli, pragnienia i uczucia. To, co skrywało się w sferze podświadomości, zawierało szczerą prawdę o jej życiu, cierpieniu po stracie męża, uzależnieniach, zaniedbywaniu emocjonalnym córki i obnażało rzeczywiste, czasami infantylne potrzeby. Kiedy poznawała prawdę o sobie, doświadczała bólu nie do zniesienia. Łatwo dostępnym lekarstwem na jego uśmierzenie był alkohol.

Gdy Hania wyszła na spacer z koleżanką, żeby przy okazji zabrać od ojca telefon, Dorota sięgnęła po wino. W krótkim czasie wypiła całą butelkę. Otworzyła kolejną. Wypity alkohol spełnił swoje zadanie, wprowadzając kobietę w stan ograniczonej świadomości. Gdy opróżniła drugą butelkę, zasnęła.

Rozdział 7

– Mamo! – krzyknęła nerwowo Hanka.

– Cooo? – odpowiedziała niewyraźnie Dorota.

– Widzę, że „świetnie” się relaksujesz w to niedzielne popołudnie.

– Przestań, zmęczooona je… jestem po szkkoleniu. Poza tym jaaa nie je… jestem pijana – wybełkotała Dorota i postanowiła udowodnić córce prawdziwość swoich słów. Z trudem usiadła na kanapie. Miała rozczochrane włosy i rozmazaną pomadkę na ustach. Musiała włożyć wiele wysiłku, żeby stanąć o własnych siłach.

– Jak ty wyglądasz! Chyba lepiej będzie, jak zamieszkam z tatą.

– Chcesz zamieszkać z tą wredną kurwą? – Dorota nie przebierała w słowach. Alkohol rozwiązał jej język.

– Wolę mieszkać z tą kurwą niż z pozbawioną jakichkolwiek skrupułów upadłą alkoholiczką!

– Żeee coo, ty… ty mała gówniaro?! – wrzasnęła Dorota. W jej oczach pojawiły się złowrogie iskry. Uniosła nieporadnie prawą dłoń z zamiarem spoliczkowania córki, ale wykonując silny wymach ręką, straciła równowagę i się przewróciła. Uderzyła głową o podłogę i rozcięła sobie skórę na czole.

Hanka przeraziła się na widok rozległej rany. Siła uderzenia mogła spowodować wstrząs mózgu.

– Dzień dobry, nazywam się Hanna Śliwińska. Chciałabym zgłosić, że moja mama upadła i rozcięła sobie skórę na czole. Krwotok jest bardzo silny. Mieszkamy przy ulicy Zielonej piętnaście – powiedziała bardzo szybko.

Dyspozytorka, która odebrała połączenie, poinstruowała ją, co ma robić do czasu przyjazdu karetki. Hania znała zasady pierwszej pomocy, ale czuła się bezpieczniej, słysząc opanowany głos dyspozytorki. Zapomniała dodać, że mama jest pod wpływem alkoholu. Bliżej prawdy byłaby zresztą, zgłaszając, że matka upiła się prawie do nieprzytomności.

Dziewczyna podbiegła do toaletki, otworzyła jedną z szuflad i wyciągnęła z niej małą, czarną kasetkę. Wyjęła banknot pięćdziesięciozłotowy. Wybiła dwudziesta. Przed trzema minutami karetka zabrała matkę do szpitala. Hanka narzuciła na siebie ciepły płaszcz i wybiegła z domu. W pośpiechu zapomniała o zamknięciu drzwi na klucz. Taksówka przyjechała po około dwudziestu minutach, jednak dla Hanki czas oczekiwania zdawał się wiecznością.

– Dobry wieczór, nareszcie! – Hania nie kryła poirytowania.

– Dobry wieczór. Po co te nerwy.

– Przepraszam – odpowiedziała zmieszana.

– Coś się stało, jest pani blada. Dokąd mamy jechać? – zapytał taksówkarz, zwracając się do dziewczyny per pani. Mimo swoich już prawie szesnastu lat, jej wyostrzone rysy twarzy i delikatny makijaż sprawiały, że wyglądała na osobę pełnoletnią.

– Yyy… poproszę do Szpitala imienia Świętego Franciszka.

– Już rozumiem. Spokojnie. W trudnych sytuacjach stres może zaszkodzić.

– Przykro mi, ale chyba nie potrafię zachować spokoju.

Hania nawet przez chwilę nie pomyślała, żeby o całym zdarzeniu powiadomić tatę. Obawiała się, że pomiędzy rodzicami rozpętałoby się prawdziwe piekło.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział taksówkarz, gdy wysiadała, ale dziewczyna nie usłyszała już jego słów. Pobiegła szybko w kierunku szpitalnego oddziału ratunkowego.

W poczekalni ujrzała bardzo wielu zmęczonych ludzi. Wszyscy czekali na jakieś wieści. O ile dopisywało szczęście, informacje od lekarza docierały po około dwóch godzinach od momentu przyjęcia pacjenta. Hania nie miała zamiaru czekać ani chwili. Zignorowała tabliczkę z napisem „Zakaz wstępu osobom nieupoważnionym” i weszła do sali segregacji. Wnikliwie zaczęła przyglądać się pacjentom. Na końcu sali dostrzegła matkę. Miała podłączoną kroplówkę. Dziewczyna szybko ruszyła w kierunku jej łóżka, po chwili jednak zatrzymała ją pielęgniarka.

– Tutaj nie wolno wchodzić. Proszę o opuszczenie sali – nakazała.

– Proszę pani, tam leży moja mama – odpowiedziała błagalnym głosem Hania.

– Choćbym bardzo chciała, nie mogę ci zezwolić na przebywanie w tej sali. To kategorycznie zabronione. Jestem odpowiedzialna za pilnowanie porządku.

– To proszę mi chociaż powiedzieć, jak ona się czuje.

– Moja droga panno, informacji udzielają jedynie lekarze. Dziś mają pracowity dzień. Będziesz musiała troszkę poczekać.

– Bardzo panią proszę. – Hania spojrzała w stronę łóżka, na którym leżała matka.

– Twoja mama została przywieziona przed kwadransem. Wystarczyło kilka szwów i po krzyku. Teraz śpi. Na pewno będzie blizna, ale na to już nic nie poradzimy.

– Bałam się, że stało się coś poważniejszego.

– Mama zatruła się alkoholem. Często się jej to zdarza?

– Czasami – skłamała Hanka.

– Najlepiej będzie, jak wrócisz do domu. Dzisiaj już raczej nie porozmawiasz z lekarzem – powiedziała pielęgniarka z troską w głosie.

– Pani Elu, co się tutaj dzieje? – odezwał się młody mężczyzna. Zdradzał go stetoskop. Gęsty zarost na jego twarzy sprawiał, że chociaż był przystojny, wyglądał nieestetycznie.

– Ta pani właśnie wychodzi.

– Panie doktorze, muszę wiedzieć, co dzieje się z moją mamą.

– Mam tutaj mnóstwo pacjentów, którymi muszę się teraz zająć. Proszę opuścić tę salę i poczekać spokojnie na korytarzu.

– Jak mam być spokojna?

– Chyba wyraziłem się jasno. Nie może pani dalej przebywać w sali segregacji, bo jest to niedozwolone.

– Bardzo dziękuję za współczucie i zrozumienie – odpowiedziała Hania z ironią. Po czym odwróciła się na pięcie i udała w kierunku poczekalni.

Rozdział 8

– Halo, proszę pani. – Hania nagle ocknęła się, dostrzegając nad sobą mężczyznę z licznymi bliznami na twarzy i siwymi wąsami.

– Coś się stało? – zapytała zdezorientowana. Wiedziała już, że zasnęła, siedząc na niewygodnym plastikowym siedzisku.

– Nic się nie stało, ale pomyślałem, że panią obudzę. Chyba powinna pani wrócić do domu. Jest druga w nocy.

Hania zezłościła się na siebie z powodu nieplanowanej drzemki. Zauważyła, że w poczekalni pozostało jedynie kilka osób. Drzwi do sali segregacji zamknięto. Miała przed sobą dwa rozwiązania. Mogła spędzić noc w poczekalni i nabawić się odcisków lub wezwać taksówkę. Wybrała to drugie.

Kiedy tylko przekroczyła próg domu, poczuła ogromne zmęczenie. Niezwłocznie udała się do swojego pokoju i położyła na wygodnym łóżku. Gdy tylko okryła się ciepłą kołdrą, zasnęła jak małe dziecko.

Wybiła godzina dziesiąta, kiedy Hania poczuła na twarzy ciepło wpadających przez okno promieni słonecznych. Tego dnia nie poszła do szkoły. Wzięła ekspresowy prysznic. Zrezygnowała z makijażu, dzięki czemu wyglądała naturalnie i dziewczęco. Ubrała na siebie wczorajsze ciuchy i wybiegła z domu.

Tramwaj nie stanowił luksusowej formy transportu, wręcz przeciwnie kojarzył się z tłumem ludzi ściśniętych jak sardynki. W tramwajach panowała zwykle nostalgiczna atmosfera. Ludzie pogrążali się w zadumie, siedzieli w milczeniu albo nałogowo wpatrywali się w ekrany smartfonów. Hania nerwowo spoglądała przez szybę i niecierpliwie odliczała mijane przystanki. Obok stał starszy mężczyzna, który, sądząc po zapachu, od dłuższego czasu nie miał bliższego kontaktu z wodą i mydłem. Miał na sobie brudną odzież. Wyglądał jak bezdomny. Sprawiał wrażenie człowieka, który na tyle wyparł obowiązujące normy społeczne, że nie czuł już skrępowania spowodowanego swoją innością. Hania żywiła względem takich ludzi głębokie współczucie. Dostrzegała szydzące miny współpasażerów, którzy najchętniej zrezygnowaliby z towarzystwa tego dziwaka, pozbywając się go. Co odważniejsi nie powstrzymywali się od wypowiadanych półszeptem, jednak słyszalnych w tłumie ironicznych komentarzy typu: „Ten to ma niskie rachunki za wodę”. Mężczyzna, być może przyzwyczajony do tego rodzaju ludzkich złośliwości, nie reagował. Stał ze stoickim spokojem, trzymając się za metalową rurkę. W przeciwieństwie do pozostałych osób jadących tramwajem, uśmiechał się.

Rozdział 9

Hania uradowała się, że wreszcie może poczuć powiew świeżego powietrza. Był początek jesieni. Kolorowe liście zdążyły już przyozdobić szare, brudne ulice i chodniki. Szpital imienia Świętego Franciszka znajdował się tuż obok parku miejskiego. Niektórzy pacjenci, jeśli tylko pozwalał im stan zdrowia, spacerowali wąskimi alejkami, przesiadywali na ławkach i karmili natarczywe gołębie. Na środku parku znajdowała się fontanna wykonana z piaskowca. W sezonie letnim małe dzieci wchodziły do fontanny i chłodziły się zimną wodą. W okresie jesienno-zimowym zakręcano dopływ wody, a dzieci urozmaicały sobie czas innymi rozrywkami – jesienią zbierały kasztany, a zimą prowadziły bitwy na śnieżnobiałe kulki.

Hania nie lubiła specyficznego zapachu, który unosił się w szpitalu. Gdy miała osiem lat, tacie usunięto wyrostek ro­­­bacz­­­kowy. Po latach bardzo źle wspominała tamten czas, bo po operacji wystąpiły pewne komplikacje i ojciec ledwie uszedł z życiem. Dlatego pomimo talentu w dziedzinie chemii, fizyki i biologii, postanowiła, że nigdy nie zdecyduje się zostać lekarzem, bo nie udźwignęłaby odpowiedzialności za ludzkie życie. Na nic zdawały się sugestie Sylwestra Śliwińskiego, który marzył, żeby córka wybrała medycynę. Hania, chociaż kochała zwierzęta, wiedziała, że poradzi sobie emocjonalnie ze śmiercią zwierzaka na stole operacyjnym. Czuła, że nie poradziłaby sobie natomiast psychicznie ze śmiercią człowieka, a tym bardziej nie potrafiłaby poinformować członków rodziny o śmierci bliskiego.

Tak jak w dniu poprzednim, poczekalnia przy szpitalnym oddziale ratunkowym z ledwością mieściła ludzi ustawiających się w kolejce do rejestracji. Pozostałe osoby trwały w niepewności i oczekiwaniu, czekając na komunikat ze strony lekarza. Niektórzy obgryzali paznokcie, inni nie potrafili usiedzieć w jednym miejscu choćby przez minutę. Wiedzieli, że nie zaznają spokoju, dopóki nie dowiedzą się, w jakim stanie zdrowia są bliscy. Dwoje małych dzieci nie wpisywało się w tę nerwową atmosferę, beztrosko biegając po długim korytarzu. Śmiały się głośno, przez co budziły irytację pośród niektórych ludzi. Hania wiedziała, że szansa na szybkie skontaktowanie się z lekarzem jest praktycznie nierealna. Postanowiła posłużyć się dokładnie taką samą taktyką jak dnia poprzedniego i łamiąc obowiązujące normy, weszła do sali segregacji. Spojrzała w miejsce, w którym jeszcze wczoraj stało łóżko, na którym leżała mama. Niestety zamiast niej ujrzała obcego mężczyznę. „O co tutaj chodzi?” – pomyślała i przekonała się, że reakcja personelu szpitalnego była równie szybka jak tamtym razem. Podeszła do niej zadbana pielęgniarka. Miała usta pomalowane krwistoczerwoną pomadką, a na sobie bogato zdobioną biżuterię. Musiała wzbudzać pozytywne reakcje pośród pacjentów płci męskiej.

– Proszę opuścić salę. Czy nie widziała pani przed wejściem karteczki? – zapytała pielęgniarka.

– Przyszłam dowiedzieć się, jaki jest stan zdrowia mojej mamy. Została wczoraj przywieziona przez karetkę. Na jej łóżku leży teraz jakiś mężczyzna. Próbowałam wczoraj porozmawiać z lekarzem, ale nic mi nie powiedział.

– Nie jestem uprawniona do udzielania informacji o stanie zdrowia.

– A czy może mi pani chociaż powiedzieć, gdzie ona jest?

– Pani mamę na pewno przeniesiono na oddział specjalistyczny. Nie było mnie na nocnej zmianie. Sprawdzę dokumentację. Jak mama się nazywa?

– Dorota Śliwińska.

– Proszę chwilkę poczekać. Zajrzę tylko do dokumentów.

– Dziękuję pani bardzo. – Hania poczuła wdzięczność do kobiety. Ustalenie oddziału, na którym przebywa Dorota Śliwińska, zajęło pielęgniarce zaledwie pół minuty.

– Pierwsze piętro. Pani mama leży na oddziale patologii ciąży.

– Przepraszam, że co?

– Tak jak powiedziałam: patologia ciąży. Piętro pierwsze.

Hania odeszła bez słowa. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że to jakiś głupi żart. Była przekonana, że zaszła pomyłka i ktoś wpisał do dokumentacji nieprawidłową nazwę oddziału. Istniała też możliwość, że w szpitalu przebywały dwie pacjentki o takim samym imieniu i nazwisku. Hania niezwłocznie udała się na pierwsze piętro, żeby wyjaśnić to nieporozumienie.

Na oddziale patologii ciąży znajdowało się około trzydziestu łóżek. W przestronnych salach panował porządek. Gmach budynku wzniesiono niespełna pięć lat temu zgodnie z nowoczesnymi standardami, wymaganymi dla tego rodzaju placówek medycznych. Hania czuła przyspieszone bicie serca. Gdy zbliżała się do drzwi wejściowych, jej nogi stawały się coraz cięższe, jakby lada chwila miały odmówić posłuszeństwa.

– Dzień dobry. – Hania uśmiechnęła się do młodej, jasnowłosej pielęgniarki, która siedziała przy biurku i wypełniała dokumenty. – Przyszłam wyjaśnić pewne nieporozumienie. Przed chwilą dowiedziałam się, że moja mama Dorota Śliwińska leży na oddziale patologii ciąży. Musiała zajść jakaś pomyłka. Moja mama nie spodziewa się dziecka.

– Jak nazywa się mama?

– Dorota Śliwińska.

– Dzisiaj rano pacjentkę przyjęto na nasz oddział. Sala numer pięć.

W pierwszej chwili Hania nie wiedziała, jak ma się zachować. Czuła zdenerwowanie. Zebrała w sobie wszystkie pokłady odwagi i ruszyła w kierunku sali numer pięć. Delikatnie chwyciła klamkę i otworzywszy drzwi, ujrzała trzy ustawione równolegle do siebie łóżka. Na każdym z nich leżała pacjentka – jedną z nich była Dorota Śliwińska.

– Boże, mamo, co ty tutaj robisz?! Zabrakło miejsc na innych oddziałach?! – Hania postanowiła wreszcie dowiedzieć się, dlaczego mama znalazła się pośród grona posiadaczek większych lub mniejszych ciążowych brzuchów.

Dorota spuściła wzrok i milczała. Hania nie potrzebowała innej odpowiedzi.

Rozdział 10

Hania przyszła na świat jako upragnione dziecko dwojga szaleńczo zakochanych w sobie ludzi. Dorota była na drugim roku ekonomii, kiedy na prywatce, którą zorganizowała kumpela, poznała jego. Gęste, kasztanowe włosy delikatnie opadały mu na czoło. Wyglądał bardzo męsko dzięki ostrym rysom twarzy i atletycznej budowie ciała. Nie był świadomy, jak bardzo podoba się płci przeciwnej. Studiował prawo na trzecim roku.

Jako pierwsza osoba z rodziny miał wyższe aspiracje aniżeli ukończenie zasadniczej szkoły zawodowej. Nie pochodził z zamożnego domu. Rodzice zajmowali stanowiska robotnicze i musieli liczyć każdy grosz. Mama zarabiała jako szwaczka w firmie produkującej odzież pracowniczą, a ojciec pracował na etacie w lokalnej piekarni. Sylwester był ich oczkiem w głowie. Już jako mały chłopiec łaknął wiedzy i uwielbiał czytać książki. Nauczyciele prędko odkryli w nim potencjał i ponadprzeciętne zdolności do szybkiego przyswajania informacji. Uczył się doskonale i pragnął lepszego życia niż to, które wiedli rodzice. Będąc uczniem liceum ogólnokształcącego, postanowił, że w przyszłości wybierze studia prawnicze. Nie zraził się sugestiami członków rodziny i przyjaciół, którzy szczerze odradzali mu tę decyzję, twierdząc, że nie mając pleców, nie doczeka się świetlanej przyszłości w tym zawodzie. Wiedział, że nie może liczyć na pomoc materialną ze strony rodziców. Postanowił, że znajdzie pracę dorywczą. Na pierwszym roku studiów pomagał właścicielowi lokalnego warzywniaka. Harował ciężko, a zarabiał bardzo mało, ale pieniądze wystarczały mu na wydatki przeciętnego studenta. Stać go było na tanią wodę po goleniu, skromne ciuchy i zakup książek. Udzielał się towarzysko, chociaż nie należał do osób szczególnie rozrywkowych. Jeśli stawał przed wyborem spędzenia czasu z dobrą książką lub w gronie znajomych, wybierał tę pierwszą opcję. Kiedy brakowało mu kontaktów z ludźmi, odwiedzał z kumplami studenckie puby, w których od czasu do czasu spotykał ciekawego rozmówcę. Najczęściej okupowali Sokratesa – małą knajpkę blisko akademika. Sylwester potrafił zarywać całe noce, siedząc przy barze i prowadząc z barmanką filozoficzne debaty.

Sokrates zrzeszał głównie buntowników, osoby z ideałami, przedstawicieli klasy średniej, którzy studiowali, ponieważ rzeczywiście chcieli się uczyć. Ich przeciwieństwem byli tak zwani pryncypałowie – studenci wywodzący się z rodzin, w których dzieci płodzono w celu kontynuowania tradycji prawniczej rodu. „Pryncypałowie” zwykle nie wychodzili przed szereg, prezentowali poglądy „bezpieczne”, żyli w zgodzie z władzą. Stanowili grupę nudnych rozmówców, jakby to powiedział Sylwester.

Dorota miała piękne, gęste, rude włosy i urocze piegi na nosie, ale w przeciwieństwie do Hani, która z wyglądu była wierną kopią mamy, nigdy nie miała kompleksów związanych z wyglądem. Wprawdzie w szkole podstawowej koledzy dokuczali jej, nazywając rudzielcem, ale zupełnie się tym nie przejmowała. Sytuacja uległa zmianie, gdy dotychczas urocza dziewczynka przeobraziła się w świadomą swojej urody nastolatkę. Koleżanki z trudnością poskramiały zawistne spojrzenia na widok adoratorów, którzy chcieli zaprosić Dorotę na lody lub do kina. Zazwyczaj odmawiała, gdyż jako romantyczka interesowała się randkami jedynie z wytrwałymi chłopcami, takimi, którzy poświęcali wiele cennych godzin na zaimponowanie jej. Umawiała się, gdy zyskała pewność, że z chłopakiem łączą ją tematy do wspólnej rozmowy.