Puste niebo - Radek Rak - ebook + książka

Puste niebo ebook

Radek Rak

4,2

Opis

Radek Rak

Puste niebo

Okrutna i mroczna, czasem wesoła, a czasem smutna powieść o wschodniej Polsce czasów Brunona Schulza, sterowców, rabinów i rewolucji. Puste niebo prowadzi czytelnika przez podziemia, zakamarki i zaułki starego Lublina, wysmakowanym, pełnym leśmianizmów językiem opowiada przesyconą erotyzmem historię o ludziach, mieście i świecie, których już nie ma.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (39 ocen)
21
8
6
4
0

Popularność




Radek Rak

Puste niebo

Warszawa 2016
Radek Rak Puste niebo ISBN: 978-83-64384-54-7 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2016 by Radek Rak Copyright © 2016 by Powergraph Copyright © 2016 for the illustrations and cover illustration by Igor Myszkiewicz Copyright © 2016 for the endpapers by Barbara Boroń Copyright © 2016 for the cover by Rafał Kosik Copyright © 2016 for the photo of author by ON Studio Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redaktor prowadząca serii: Kasia Sienkiewicz-Kosik Redakcja: Michał Cetnarowski Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Ilustracja na okładce oraz ilustracje we wnętrzu: Igor Myszkiewicz Mapka na wyklejce: Barbara Boroń Zdjęcie autora: ON Studio Projekt graficzny serii i opracowanie: Rafał Kosik Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

I

Jak Tołpi łowił ryby i co z tego wyni­kło

A wszystko zaczęło się, gdy Tołpi zło­wił księ­życ w sieć.

Był przed­świt pochmurny i gęsty od mroku. Trzciny szu­miały sen­nie, a w szu­wa­rach snuły się, wzdy­cha­jąc smęt­nie, łachuny, gdy Tołpi z mięk­kim plu­skiem wypły­nął dłu­banką na ciemny nurt Bugu. Paź­dzier­nik szedł przez świat w nie­mi­łym wie­trze, kąsał zim­nem uszy i dło­nie.

Poprzed­niego wie­czoru zarzu­cił był Tołpi sieć w zatoce, koło zakola, bo tam rzeka zwal­niała i zawsze łapało się sporo lesz­czy. Pocią­gnął raz i drugi – sieć była ciężka, o wiele za ciężka, musiało wodo­ro­stów nanieść i innego śmie­cia. Zaparł się moc­niej w łódeczce, palce gra­biały od mokrego zimna. Po wodą coś błysz­czało bla­dym sre­brem, tru­pio tak tro­chę, i chło­pa­kowi przy­po­mniało się, jak babuszka Sła­wuszka opo­wia­dała o utop­cach i wsi w Bugu zato­pio­nej. Tołpi był chło­pak chudy i stra­chliwy, ale tak ład­nie się w tej sieci jarzyło, tak cza­ru­jąco i dziw­nie pięk­nie, że cią­gnął i cią­gnął – i raz, i dwa, i raz, i dwa – aż wydarł rzece oble­piony mino­gami i mułem księ­życ.

Księ­życ był pra­wie w pełni, wielki jak balia i ciężki, śmier­dział rzeką i rybami. Z ran po mino­gach bro­czył srebrną krwią, która na dnie łódki, zamiast roz­le­wać się jak woda, zbi­jała się w chrzęsz­czące kuleczki. Blask bił od niego taki, że pod powie­kami zosta­wały zie­lone i fio­le­towe kółka, a przy poru­sze­niu skrzy­piał jak pazno­kieć skro­biący o szybę, gdy stycz­niowy mróz nama­luje na niej papro­ciowe wzory.

Tołpi z obrzy­dze­niem zdzie­rał z księ­życa przy­ssane minogi i ciskał z powro­tem do wody, księ­ży­cowa krew kapała z ich bez­myśl­nych, wiecz­nie roz­war­tych pysków. Na końcu zarzu­cił na lśniącą kulę kapotę, by zdu­sić tro­chę blask, i chwy­cił za wio­sła. Dłu­banka zanu­rzała się głę­boko.

Było zimno, bar­dzo zimno. Jakiś łachun na pra­wym brzegu zaniósł się recho­tli­wym, podob­nym do kaszlu śmie­chem. Świ­tało już, nie­pew­nie i blado. Mdłe świa­tło, zamiast roz­pra­szać cie­nie, tylko wycią­gało je na wierzch.

Tołpi skrył łódkę w szu­wa­rach. Na brzegu cze­kała dwu­kółka, którą woził ryby do ojco­wej chaty. Zała­do­wał księ­życ na wózek, popra­wił na nim fla­ne­lową katanę. Chwilę myślał, czy nie pobiec prędko do chaty po wołka, bo choć dawno nie padało i droga była dobrze ubita, to księ­życ swoje ważył. Potem jed­nak przy­szły Toł­piemu na myśl łachuny, węszące pod jego nie­obec­ność wokół dwu­kółki, wsu­wa­jące pod fla­nelkę kostro­pate łap­ska i uno­szące z chi­cho­tem księ­życ do swo­ich gniazd w szu­wa­rach – raźno więc zła­pał dysze­lek i poto­czył się do wsi.

W cha­cie nie powie nic, trudno, znów mu ojciec grzbiet rózgą wypie­ści, że ryb nie nała­pał. A księ­życ da Zorce. O, a to się Zorka zdziwi!

Świat sta­wał się jaśniej­szy, z sza­ro­ści budziły się nie barwy jesz­cze, ale już suge­stie barw. Nocna oćma powoli kryła się w dziu­ple i pod wykroty, jesienny świt roz­my­wał senną ułudę. Ciem­ność mieszka w ziemi, więc tam powoli wra­cała. Tołpi spo­cił się i zasa­pał, było tro­chę pod górkę. Wzdłuż drogi rosły pokrzy­wione, sękate wierzby.

— Ksz, ksz! Tołpi!

— Czego? — Chło­pak zatrzy­mał się, ocie­ra­jąc czoło: pot kapał mu aż do oczu.

— Grzecz­niej byś może odpo­wia­dał, co? Star­szym jest od cie­bie. — Z wierz­bo­wej dziu­pli wynu­rzyła się chuda, ciemna gęba z oczkami jak guziki, wydłu­żona jesz­cze bar­dziej kozią brodą.

— O, nie. Nie gadam z tobą. Ja wiem, coś ty za jeden: tyś jest wierz­bowe licho. — Tołpi zła­pał dyszel i zabrał się do dal­szej drogi.

— Licho? Licho! Żadne tam licho, jam czart szla­chet­nego rodu, pobied­niały jeno, to i w wierz­bie sie­dzę. — Czart jął gra­mo­lić się z dziu­pli zie­lo­nym tył­kiem do przodu, wpadł do rowu, otrze­pał się, par­ska­jąc, i migiem zna­lazł się przy Toł­pim. — Zapa­liczka mię zwą. Co tam wie­ziesz?

— Ryby — burk­nął Tołpi.

— Dziwne to ryby, co ich rzecz­nym smro­dem nie bar­dzo czuć. A możeś ty księ­życ zło­wił i do Zorki wie­ziesz, co? Bo dziś w nocy księ­życ nie wze­szedł. Chmury były, ale czarty i przez chmury widzą.

— A kysz, licho! A kysz! — Chło­pak splu­nął przez lewe ramię i trzy­kroć prze­że­gnał się z prawa na lewo, jak uczyła babuszka Sła­wuszka.

— Uch, taki synu! — Zapa­liczka wzdry­gnął się z obrzy­dze­niem, jakby go mrówki obla­zły. — Ja jeno pomóc chciał! Cała wieś wie, że oczami za Zorką jak kot za mle­kiem wodzisz, a ona nic, pod­śmie­chuje się z cie­bie jeno, pod­chi­chuje.

— Pój­dziesz ty! — Tołpi spró­bo­wał odpę­dzić czarta kop­nia­kiem, ale ten zręcz­nie umknął pod ośką na tył wózka. Aż się w chło­paku zago­to­wało, bo Zapa­liczka mówił prawdę.

— Pomogę ci dwu­kółkę cza­rami popchać, do Zorki zdą­żysz, a potem ryb jesz­cze ojcu wędką nała­piesz i grzbietu ci nie obije. Pił nocą u Hasiura, przed połu­dniem nie wsta­nie.

— A co z tego będziesz miał? — zapy­tał Tołpi; wie­dział dobrze, że czarty darmo ni­gdy nie poma­gają.

— E, nie­wiele, siwu­chy fla­sze­czuchnę i kankę mleka cie­płego.

— Mleko i siwu­cha? Rzy­gał jak kot będziesz.

— Czarty nie rzy­gają po gorzałce. — Zapa­liczka smark­nął z zado­wo­le­niem i wypiął chudą, kogu­cią pierś. — O wiele pro­sić nie mogę, bo, jakem ci mówił, z dia­blej jestem gołoty i bez por­tek świa­tem cha­dzam. Ale i tyś, Tołpi, nie­bo­gaty, wię­ce­śmy się dobrali. To jak będzie?

— Mowy nie ma, zawsze źle czło­wiek na bra­ta­niu się z czar­tem wycho­dzi. — Tołpi szarp­nął wóz­kiem w jedną stronę, dia­beł w drugą, i tak się moco­wali, aż wywró­cili dwu­kółkę, a księ­życ poto­czył się po dro­dze i z cichym brzę­kiem roz­bił o kamień.

— Niech to janieli — zaklął brzydko Zapa­liczka i znikł z trza­skiem wśród nikłego zapa­chu siarki.

Księ­życ tym­cza­sem leżał na dro­dze, roz­bity doku­ment­nie w lśniący sre­brem pył i drobne odłupki, jak sko­rupy jajka. Kulki krwi roz­bie­gły się po dro­dze. Toł­piego aż ścięło, poczuł mokre zimno peł­znące po ple­cach.

Wypchał kie­sze­nie księ­ży­co­wym pyłem, ile tylko dał radę, a resztę zawi­nął we fla­nelkę, i czym prę­dzej pognał do Zorki, zosta­wia­jąc dwu­kółkę na dro­dze.

Zorka była kowa­lową córką. Kowal córek miał pięć, a wszyst­kie takie, że i oddy­chać czym miały, i na czym sie­dzieć. Zorka, pra­wie naj­star­sza, była z nich naj­ład­niej­sza, a gdy szła, jej białe piersi tak falo­wały, że Toł­piemu pra­wie odej­mo­wało nogi, nie mówiąc już o gło­wie. No, a Zorka wie­działa, że się Toł­piemu podoba, i nie­kiedy bar­dzo brzydko się z niego pod­śmie­wała, że smar­katy i mleko mu pić, a ona cha­dza z chłop­cami, co i w kie­lich zaglą­dają, i papie­rosy kurzą. Tak Bogiem a prawdą była Zorka od Toł­piego o jedną tylko zimę star­sza, a i to nie­całą, ale co począć, tak mu mówiła i już.

No, myślał Tołpi, bie­gnąc przez wieś nie­zgrab­nie jak kaczka, bo cią­żył mu w kie­sze­niach srebrny proch – cie­kawe, czy który z tych chło­pa­ków, co już gorzałkę pijają, dał kiedy Zorce praw­dziwy pył księ­ży­cowy! Przez wieś snuł się zapach ognisk, zapach jesieni – ktoś widać nie próż­no­wał i od świtu palił zeschłe liście.

Kowa­lową córkę spo­tkał, gdy szła po wodę do studni.

— Zorka! — zawo­łał Tołpi gło­śnym szep­tem z mokrych od rosy łopu­chów pod pło­tem, gdzie scho­wał się przed psem. Kowal miał bowiem wil­czura, wiel­kiego i czar­nego, i w dodatku leni­wego, to zna­czy, że nie szcze­kał, tylko od razu gryzł.

— A ty tu co? Roboty nie masz, że pod moim pło­tem prze­sia­du­jesz?

— Chodź, coś ci pokażę.

— Nie mam czasu, wra­caj do domu, mój ojciec cię obije, jak cię tak zoba­czy.

— Ohoho! Dziś mi nawet kowal nie­straszny. Pyłum ci przy­niósł księ­ży­co­wego. Jak sre­bro świeci. Pełne go mam kie­sze­nie i kapotę całą.

— Nie gadaj! — śmieje się Zorka i zarzuca war­kocz na plecy, ale pod­cho­dzi pod płot.

— Naprawdę. Księ­życ zło­wi­łem dziś w nocy, tylko mi go dia­beł potłukł i sam pył został. Ale ilem dał rady, tylem wyzbie­rał, i tobiem, Zoreczko, przy­niósł.

— E, zgłu­pia­łeś ty chyba do reszty! Pokaż!

A Tołpi z sze­ro­kim uśmie­chem wyciąga z kie­szeni pełne gar­ście pyłu, syp­kiego i mato­wego jak cement, z któ­rego budo­wano dwo­rzec we Wło­da­wie.

— Uch, ty głup­taku, ty! Tro­ciny masz we łbie, dzie­ciuch z cie­bie jesz­cze! O, cho­daki przez cie­bie zmo­czy­łam! — Zamach­nęła się wia­drem na Toł­piego, ale ten odsko­czył i uciekł. W gło­wie miał zdrowy zamęt i nie wie­dział, co myśleć. Kowa­lówna wymy­ślała za nim długo.

To były prost­sze i spo­koj­niej­sze czasy, i gdy kto nie wie­dział, co myśleć, szedł albo do księ­dza, albo do babuszki Sła­wuszki, a ci zaraz mówili, co myśleć należy. I tak dzia­łał świat, dzia­łał dobrze i po bożemu, choć tam­tych dwoje mówiło nie­raz rze­czy zgoła odmienne. Toteż Tołpi od kowala pobiegł pro­sto do babuszki, bo miał tro­chę bli­żej niż do księ­dza.

Chata Sła­wuszki stała tro­chę z boku, zgar­biona i prze­chy­lona na jedną stronę, z dachem poro­słym mchem i trawą, jakby powoli zagrze­by­wała się w ziemi. Babuszka w kwie­ci­stej chu­stce na gło­wie sie­działa na progu i kar­miła kury.

— Pochwa­lony — zawo­łał Tołpi z daleka i nisko się pokło­nił.

— Na wieki — odmruk­nęła mu babka. — Coś mi się, Tołpi, widzi, żeś nabroił, i to nie­li­cho.

— E, nic, naprawdę nic. Tyl­kom dziś w nocy księ­życ w sieć zło­wił i chciał Zorce kowa­lów­nie poda­ro­wać, coby na mnie spoj­rzała i nie śmiała się wię­cej. Ale mi czart wierz­bowy, Zapa­liczka, księ­życ stłukł, to ja Zorce chciał dać choćby pył, co się z księ­życa osy­pał – ale zmie­nił się on w szary piach, o taki, o. Na to mi Zorka, że ja dzie­ciuch, że tro­ciny mam w gło­wie. Ratuj­cie, babuszko, bo wstyd na całą wieś i hyr pój­dzie, jaki to ja pół­głó­wek! To był praw­dziwy księ­życ, naj­praw­dziw­szy – wy wie­rzy­cie, prawda, babuszko, że wie­rzy­cie?

A Sła­wuszka tylko kiwała się na progu w przód i w tył, mem­ła­jąc w ustach zeschłe źdźbło trawy i wbi­ja­jąc w Toł­piego chłodne spoj­rze­nie. Trzy­mała kubek z kwa­śnym mle­kiem w brzyd­kich, spra­co­wa­nych dło­niach z gar­bami żył, za to twarz miała jesz­cze cał­kiem młodą i ładną, choć surową. Na usta kła­dła kar­min, jak kobiety z mia­sta, a włosy wysmy­ku­jące się spod chustki były grube i ciemne, bez śla­dów siwi­zny. Zda­wało się, że jej dło­nie opo­wia­dają cał­kiem inną histo­rię niż twarz, i nikt nie wie­dział, która jest praw­dziwa. Sama Sła­wuszka twier­dziła, że żyła nie­gdyś w Lubli­nie, gdzie była wielką pięk­no­ścią i miała wielu kochan­ków.

— Sęk w tym — odparła w końcu, a głos miała młody, ale ostry jak brzy­twa i nie­przy­jemny jak noc listo­pa­dowa — że wie­rzę. Rację miała Zorka, że ci naurą­gała. Ty, Tołpi, nawet tro­cin we łbie nie masz, ty w nim nie masz po pro­stu nic. Księ­życ se, psia­ju­cha, w sieć zła­pał i pomy­ślał, że księ­życ już jego i do dzie­wu­chy na ucie­chę zanie­sie! Ojciec cię nie nauczył, że księ­życ z Bugu wstaje, to i może się cza­sem w sieci zaplą­tać? Ale puścić go won­czas trza, bo księ­życ bab humo­rami w ciele rzą­dzi, a bez tego ludzie się począć nie mogą. Gdy w nowiu – nerwy ludziom koi, a ziarnu zasia­nemu bło­go­sławi, dla­tego w nów siać należy. A w pełni krew w chło­pach burzy, dla­tego i jur­niejsi wtedy, i do bitki bar­dziej sko­rzy, ale i cudów odwagi doko­nać gotowi. Nów i peł­nia to jest życia rytm, to są ciem­nego serca świata ude­rze­nia. Widzisz teraz, coś naro­bił?

Tołpi zląkł się słów babuszki i słabo mu się zro­biło, że przez niego ludzie poczy­nać się prze­staną i do reszty wymrą. Wiel­kie łzy poto­czyły mu się po brud­nej twa­rzy.

— Ja nie wie­dział, ja nie chciał…

— Nie skaml, chłop jesteś czy baba? No, ani jedno, ani dru­gie, boś choć raczej nie baba, to i do chłopa ci jesz­cze daleko. Nie mówi­łam, żeś zło­śliwy czy zły, jeno żeś głupi. A nie ma takiego zła na świe­cie, co by się go nie dało odczy­nić. Spo­sób trzeba zna­leźć. Jest w Lubli­nie rabin, co ongi księ­życe wyta­piał. To cadyk Jan Azry­jel Hesper. Miesz­kał na rogu Kowal­skiej, przy Wiel­kich Scho­dach, mię­dzy chrze­ści­ja­nami, bo w zbyt ciem­nych grze­bał spra­wach i zbyt głę­bo­kie posiadł tajem­nice, obło­żono go tedy che­re­mem i wyklu­czono z kahału. Podobno wraz z Widzą­cym Horo­vit­zem i dwoma innymi rabi­nami wzięli sztur­mem Nie­biosa, by poj­mać Boga i zmu­sić go do szyb­szego zesła­nia Mesja­sza. Dopiero sam Archa­nioł Gabry­jel zawró­cił ich z szó­stego nieba, i tak czte­rej rabini wró­cili na zie­mię. Jeden – Horo­vitz – został świę­tym; dru­giego drę­czyły duchy, aż pomie­szało mu się w gło­wie, wysko­czył z okna i zabił się o bruk; trzeci zaczął pić. A Hesper się ochrzcił i zaszył w gór­nym mie­ście. Więc, Tołpi, nie ma rady: trzeba ci jechać do Lublina i zna­leźć rabina Hespera, może jego głowa od mojej tęż­sza.

— Do Lublina? Ja?

— Nie, papież. Na mokrą brodę świę­tego Jana Nepo­mu­cena, Tołpi! Byłeś mądry roz­bić księ­życ, bądź teraz mądry go napra­wić.

— Ale ojciec…

— Dur­nyś. Baby wnet rodzić prze­staną, a ty się przej­mu­jesz, że ci ojciec grzbiet prze­trze­pie? Już ja z nim poga­dam, nic się nie bój, nic. A i z Zapa­liczką będę ja musiała se dłu­żej poga­wę­dzić, od serca i od wątroby. No, zbie­raj się ty lepiej, bo pociąg z Wło­dawy do Lublina odjeż­dża trzy kwa­dranse na jede­na­stą. Stary Che­chełka dziś do mia­sta na targ się wybiera sprze­dać skórę z wołka, jedź z nim, to zdą­żysz. Pie­nią­dze na bilet ci dam.

— A… ale…

— Tołpi, cho­ciem baba, ręki mojej poczuć nie chcesz, bo cięż­szą ci będzie od ojco­wej. No, żywo.

Ano, rady nie było. Pamię­tał Tołpi, a jakże, jak to z babuszką Sła­wuszką zadarł oneg­daj Hasiu­rowy wnuk. Napy­sko­wał jej po pijaku, naubli­żał nie­przy­stoj­nie bar­dzo, jak się żad­nej babie nie godzi. A Sła­wuszka jak go nie ułapi, jak por­tek nie zedrze, jak po gołym tyłku nie prze­trze­pie! Nie koniec na tym, bo mło­demu Hasiu­rowi ogon podobno pro­sięcy wyrósł. Tołpi już tego nie widział, bo się i Hasiur nikomu nie chwa­lił, ale jego sio­stra tak opo­wia­dała, a ona na pewno dobrze wie. Nie chciał się więc Tołpi Sła­wuszce nara­żać, bo był mu świń­ski ogon nie­miły, a i powoli zaczy­nało do niego docho­dzić, że głu­pio i lek­ko­myśl­nie sobie z tym księ­ży­cem począł.

Tak się więc stało, że w smętny paź­dzier­ni­kowy pora­nek ruszył Tołpi do Lublina z paroma kopiej­kami w trzo­sie i roz­bi­tym księ­ży­cem na ple­cach.

II

Jak Tołpi jechał koleją i kogo w niej spo­tkał

Na dwo­rzec we Wło­da­wie ze zgrzy­tli­wym łosko­tem wto­czył się spo­wity kłę­bami dymu pociąg, cały czarny od sadzy; loko­mo­tywa lśniła jak nasma­ro­wana smal­cem. Wagon oso­bowy był tylko jeden, potem szło kilka bydlę­cych i dwa na węgiel.

W prze­dziale cuch­nęło potem i papie­ro­so­wym dymem. Okna były poza­my­kane, a mimo to sadza pokry­wała wszystko jak ciemna pasta. Naj­wy­god­niej­sze kanapy obsia­dło kilku gru­bych męż­czyzn w melo­ni­kach. Zacho­wy­wali się gło­śno, pach­nieli skó­rami i wódką; już po paru sło­wach Tołpi zorien­to­wał się, że to wra­ca­jące z jesien­nego polo­wa­nia bogate miesz­czu­chy. Za nimi drze­mało dwóch Żydów w okrą­głych oku­la­rach na gar­ba­tych nosach. Chło­pak minął ich i usiadł w gro­ma­dzie mil­czą­cych robot­ni­ków o grubo cio­sa­nych twa­rzach. Nie­któ­rzy mieli na ramio­nach czer­wone chu­sty Kolek­tywu Robot­ni­czo-Chłop­skiego, więc Tołpi nie sia­dał za bli­sko, bo i ksiądz, i babuszka Sła­wuszka po wie­lo­kroć prze­strze­gali przed komu­ni­stami.

Pociąg gwizd­nął i ze stu­ko­tem poto­czył się naprzód. Za oknem sią­pił deszcz, nie było wiele widać, drzewa i domy nie­wy­raźne, mdłe, jak malo­wane akwa­relą. W prze­dziale zro­biło się duszno, okna zapa­ro­wały. Robot­nicy zapa­lili papie­rosy, Toł­piego zadła­wiło w gar­dle.

— Zaku­rzysz? — Jeden z nich, ogo­rzały kaer­cho­wiec, pod­su­nął chło­pa­kowi skręta.

— No pew­nie. — Tołpi wypiął pierś, zapa­lił i zakrztu­sił się dymem, ale dopa­lił do końca, choć oczy mu od łez na wierzch wycho­dziły.

— Prze­pij. — Robot­nik pod­su­nął mu bla­szaną pier­siówkę. Bim­ber palił gar­dło i trze­wia, a pew­nie i duszę, zala­ty­wał dymem. Chło­pak roz­kasz­lał się znowu. — Jak cię zwą?

— Tołpi.

— A mnie Hawier. Do mia­sta jedziesz?

— Aha.

— Do Chełma pew­nie, do roboty w kopalni kredy? No, robota nie­ła­twa, ale dobrze to, że mię­dzy gór­ni­ków tra­fisz. Chłopy z nich zacne, a wielu jest po naszej stro­nie.

— Nie, ja do Lublina… Jana Azry­jela Hespera, rabina, zna­leźć mi trzeba.

— A na co ci rabin? — Pio­nowe zmarszczki prze­cięły czoło Hawiera. — Na posłu­gach być u rze­zańca to hańba dla wol­nego czło­wieka. Rychło sam się prze­ko­nasz. Mil­szy wór kredy na ple­cach od pań­skiego batoga. A co dopiero od batoga żydow­skiego.

— Ja nie na posługę. Księ­życ stłu­kłem. Ponoć rabin Hesper nowe księ­życe wyta­pia.

Hawier i jego kom­pani ryk­nęli śmie­chem, bły­ska­jąc czer­wo­nymi gar­dzie­lami.

— A czy­meś go stłukł? Nie z procy na wró­ble aby?

— Nie. — Tołpi spą­so­wiał. — Wóz­kiem wio­złem, bom go w rzece zło­wił, ale dia­beł wysko­czył z dziu­pli i mi wóz wywró­cił.

— Oho! Nie­złe to ryby u cie­bie w rzece pły­wają, Tołpi, nie ma co. Nie ma się z czego, towa­rzy­sze, śmiać: widzi­cie, jak głę­boko się­gają reak­cyjne kłam­stwa? — Hawier pocią­gnął z pier­siówki. — I my, Tołpi, jedziemy do Lublina, spiesz się więc do tego swo­jego rabina. Wkrótce Żydom, księ­żom, wiej­skim zna­chor­kom i innym siew­com zabo­bonu będą nasi w poty­lice strze­lać. Zważ na me słowa, Tołpi. Dobrze, żeś na nas dziś tra­fił. Gol­nij sobie jesz­cze.

I Tołpi gol­nął.

Pociąg pędzi, pędzi, wieś za wsią miga nie­po­strze­że­nie, rude lasy, gołe pola. Hawier mówi i mówi; że żad­nych dia­błów nie ma, bo je sobie księża na postrach pro­stym ludziom wymy­ślili; że Księ­życ z kamie­nia jest, więc i potłuc się nie mógł, i nie z Bugu wstaje, a wkoło Ziemi się kręci, a wia­domo to, bo już wiele razy byli na Księ­życu naukowcy z Lenin­gradu.

— Skąd? — pyta Tołpi nie­przy­tom­nie, świat tań­czy mu przed oczami i roz­łazi się dziw­nie na boki.

Z Lenin­gradu, w Sowiec­kiej Rosji, odpo­wiada Hawier, i roz­ta­cza cza­rowne wizje wiel­kich i wiecz­nie zie­lo­nych rów­nin daleko, daleko na wscho­dzie, gdzie słońce ni­gdy nie zacho­dzi, gdzie pra­cu­jący lud prze­kuł nie­gdyś lemie­sze na mie­cze i zbu­do­wał kraj spra­wie­dli­wo­ści i dostatku pod czer­wo­nym sztan­da­rem, bez panów, Żydów i kle­chów. A Tołpi już nie odzywa się wcale, słu­cha tylko Hawiera z roz­war­tymi ustami – bo jaka znów Rosja, każdy wie, że za Bugiem nic, wiatr jeno i szu­wary, gdzie łachuny gniazda wiją, a dalej świat się koń­czy i nawet Bóg tam nie cha­dza, bo po co.

Tak i u nas będzie, prawi Hawier, poda­jąc znów Toł­piemu pier­siówkę – tylko pierw­szy łyk palił, teraz wódka miło grzeje i łechta gdzieś w brzu­chu. Tak i u nas będzie, i to nie­długo. Zaczniem od Lublina. Byłeś kiedy w Lubli­nie? Nie byłeś… Lublin to perła jest wschodu, Lublin wie­żami niebu wyzwa­nie rzuca i jak Rzym na sied­miu zasiadł wzgó­rzach. Lublin ogro­dami i par­kami oto­czony i trzema opły­wany rze­kami. Lublin ma szes­na­ście fabryk, a z każ­dej wyra­sta komin nad wieże kate­dry wyż­szy. Już tam nasi cze­kają, na kolei i w bro­wa­rze, a w fabryce samo­lo­tów Ansaldo strajki trwają od dawna. Nad­szedł już czas, by prze­stać bawić się w zwy­czajne prze­stoje w pracy i powy­strze­lać wszyst­kich, któ­rzy jak plu­skwy żywią się krwią pro­stego czło­wieka. Bur­żu­jów, kle­chów, sta­ro­za­kon­nych. Cer­kiew zbu­rzymy, syna­gogę spa­limy, a w tym miej­scu sta­nie dwo­rzec i będą tam zajeż­dżać dyli­żanse i auto­busy z całego świata, już to wszystko nasz Kolek­tyw dobrze obmy­ślił. A kiedy zgnie­ciemy reak­cję butem rewo­lu­cji, kiedy każdy kato­lik, Żyd, Ormia­nin, ewan­ge­lik i pra­wo­sławny dosta­nie kulę w zakuty łeb, w pełne jadu i nie­na­wi­ści serce, nasta­nie wresz­cie powszechna szczę­śli­wość.

Tołpi zasta­na­wia się przez chwilę, kto zosta­nie, by być szczę­śli­wym, jeśli kato­licy, Żydzi, Ormia­nie, ewan­ge­licy i pra­wo­sławni dostaną po kulce, ale myśli roz­my­wają się od wódki. Stuk-stuk, stuk-stuk. Pociąg śpiewa na szy­nach, zaduch taki miły, dobry i bez­pieczny, w brzu­chu cie­pło, świat kołuje dostoj­nie, powoli. Tołpi zamyka oczy i teraz sama ciem­ność wiruje mu pod powie­kami, a wyra­stają z niej rzy­ga­jące sadzą kominy wiel­kie jak kościelna wieża we Wło­da­wie. I nagle wszyst­kie te kominy ruszają ze świ­stem i ryczą, ryczą jak wiel­kie krowy, ze stu­ko­tem pędzą po torach, a w cze­lu­ściach gar­dzieli mają mrok, mrok i brud. Tor­sje wstrzą­sają całym cia­łem, w ustach kwa­śno-gorzki posmak rzy­go­win, wiwat, wiwat rewo­lu­cja, czyjś śmiech, czyjś rechot.

Ciemno.

Tołpi pomy­ślał, że umarł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki