Przypadki pewnej desperatki - Magdalena Wala - ebook + książka

Przypadki pewnej desperatki ebook

Magdalena Wala

3,8

Opis

Jak połączyć studia, pracę i marzącego o małżeństwie partnera? Co zrobić, kiedy dzwony weselne brzmią jak marsz pogrzebowy? Narzeczony Julii to ideał: kocha dziewczynę na zabój i ofiarowuje jej miłość do przysłowiowej grobowej deski, a ponadto jest spadkobiercą starego pałacyku. Materiał na scenariusz o księżniczce i rycerzu na białym koniu? Na wielkie love story z happy endem? Nie tym razem!

W pałacyku narzeczonego Julia znajduje pamiętnik pensjonarki, który przenosi bohaterkę na dziewiętnastowieczny dwór księżnej Izabeli Czartoryskiej. Kryminalna zagadka relacjonowana przez autorkę pamiętnika coraz bardziej pochłania uwagę dziewczyny i rozbudza jej detektywistyczne zacięcie.

Jak przystało na prawdziwą desperatkę, Julia rozwiązuje tajemnicę dworku żywiołowo i z humorem. Przy okazji sporządza swój osobisty przepis na szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (73 oceny)
24
22
21
3
3

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Magdalena Wala, 2015

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie, 2015

 

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

 

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: www.depositphotos.com/konradbak

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

ISBN 978-83-7976-318-4

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

1

Obyś cudze dzieci uczył – to przekleństwo nigdy nie miało dla mnie większego sensu… aż do chwili, w której rozpoczęłam swoją pierwszą w życiu pracę. Oczywiście w szkole. Tak naprawdę nigdy nie zastanawiałam się, co to będzie oznaczać dla mnie – studentki historii. Po praktykach w czasie studiów licencjackich uważałam, że być nauczycielem to nic trudnego. Wchodzisz na lekcję i robisz swoje, potem zapominasz o wszystkim, co się wydarzyło, i żyjesz sobie spokojnie dalej.

Niestety nie da się zapomnieć. Już pierwszy dzień w pracy pozbawił mnie części złudzeń. Kiedy weszłam do klasy, rozkrzyczane dzieciaki nagle ucichły. Poczułam ich wzrok, lustrujący mnie z góry na dół, w tę i z powrotem, a potem jeden młodociany zapytał:

– Gdzie pani Jastrzębska? – Zamrugał oczami. – Słonica w końcu urodziła? – dodał po chwili.

Całkowicie mnie zatkało; po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć. Ze swoich szkolnych lat pamiętam respekt przed nauczycielem. Żadne z nas nie odważyłoby się tak odezwać, a już na pewno nie przy kimś nowym, zupełnie nieznanym, no i oczywiście niesprawdzonym. Na widok mojej zszokowanej miny po klasie przebiegł śmiech. Odliczyłam w myślach do dziesięciu i usiłując zachować kamienną twarz, ruszyłam w stronę biurka, dzierżąc pod pachą dziennik i pocieszając się, że później będzie lepiej.

Nie wiedziałam jeszcze, co powiem, ale jednego byłam pewna – bez względu na wszystko muszę utrzymać kontrolę nad tymi… potworami. Inaczej jestem spalona na starcie i następne pół roku będzie jednym niekończącym się koszmarem. Brr.

– Dzień dobry – przywitałam się. – Nazywam się Julia Mężyk i w zastępstwie za panią Jastrzębską będę was uczyć historii. – Znowu nerwowe chichoty. – Odpowiadając na wcześniej zadane pytanie… Tak, pani Jastrzębska już urodziła.

– Chłopak czy dziewczyna? – chciał wiedzieć blondynek z pierwszej ławki.

– Syn – odparłam, modląc się, by na tym zainteresowanie klasy się skończyło.

– Dzięki Bogu! Może teraz znormalnieje, choć szanse są raczej małe – powiedział po chwili zastanowienia, sadowiąc się wygodniej na krześle. – Przez ostatnie miesiące była po prostu wkurzająca. – Popatrzył na mnie sceptycznie – Mam nadzieję, że pani nie jest w ciąży?

Uśmiechnęłam się, odetchnęłam głęboko i wykrztusiłam:

– Nie ma szans! A teraz przejdźmy do moich wymagań… – Moją tajemną bronią było tzw. wejście smoka. Jeden z moich przyjaciół, świeżo po psychologii, poradził przerazić uczniów śmiertelne na dzień dobry, a potem stopniowo odpuszczać.

– To jest wojna, kotek – zapewniał. – Jak chcesz przetrwać i nie przypominać po pół roku pracy chorych psychicznie z Bedlam, to musisz być u władzy. Oni szanują siłę i w zasadzie to wszystko, co szanują. Inne rzeczy mają w dupie.

Wefekcie tydzień poprzedzający moje wielkie entrée spędziłam, planując strategię, jak nie przymierzając zdesperowany generał przed ostateczną bitwą. Rezultat nastrajał dość optymistycznie – reszta lekcji minęła w miarę spokojnie, pomijając wykrzykniki kochanej młodzieży typu „OJezu!” lub „Czy pani jest sadystką?!”

Po lekcji stwierdziłam, że za dużo to oni nie wiedzą i będę musiała w pocie czoła nadrabiać braki i co gorsza, pracować nad dyscypliną. Okazało się bowiem, że pani Jastrzębska pozwalała „tym słodkim dzieciom” robić i mówić, co im się żywnie podobało. Efekt zdążyłam zaobserwować w momencie wejścia do klasy. Z ulgą powitałam dzwonek i zapewniając blondynka z pierwszej ławki, że nie jestem upiorem, który zstąpił na ziemię, aby dręczyć biedne dzieci, wyszłam z klasy. Oparłam się o drzwi i po raz pierwszy pomyślałam: dlaczego ja?

Po lekcji okazało się, że mam dyżur. Dyżur polega na tym, że ofiara losu, czyli nauczyciel – w tym wypadku ja – stoi na korytarzu i pilnuje, aby dzieciaki się nie pozabijały, a przynajmniej nie wtedy, gdy są w szkole. Potem dowiedziałam się w pokoju nauczycielskim, że większość szanownego grona modli się o to, by co niektórzy dokonali tego dzieła. Po lekcjach oczywiście.

 

Po przeżyciu, chyba tylko cudem, pierwszego dnia pracy, z ulgą pojechałam na uczelnię. Prawdę powiedziawszy, po raz pierwszy inny budynek kojarzył mi się gorzej. A mijając postrach studentów – profesora Umajeckiego – posłałam mu taki uśmiech, że staruszek aż się obejrzał. Ze zdziwienia pewnie, tak myślę.

Zeszłam schodami w dół do chlewa (coś w rodzaju baru) w poszukiwaniu Emilki. Emilka to dziwny typ – rozrywkowy kujon. Z nas wszystkich zdobywa najlepsze stopnie, jednocześnie prowadząc najbardziej imprezowy tryb życia. Pojęcia nie mam, kiedy znajduje czas na naukę, skoro wiecznie planuje jakieś spotkania.

Zobaczyła mnie gdzieś zza dymu papierosów i natychmiast zaczęła machać ręką. Rude włosy spadały jej na oczy, więc odgarnęła je z czoła, nie przestając wymachiwać. Gdy przepchałam się przez większe towarzystwo, próbujące właśnie za wszelką cenę dostać raka płuc, zawołała:

– Halo Julka! Planuję świetną imprezę. Oczywiście przyjdziesz z Pawełkiem. Początek punkt ósma. – Emilka w końcu przestała machać i spojrzała na mnie z nadzieją.

No cóż. Wygląda na to, że zamiast wkuwać do egzaminu, czeka mnie upojny wieczór z Pawłem, Emilką i setką innych osób. W zasadzie nie miałam nic przeciw temu, ale teraz ta praca… Miałam nadzieję, że nie przypomni sobie o niej.

– Słuchaj – pochyliła się w moją stronę, szybko niszcząc moje marzenia. – A jak tam pierwszy dzień w pracy? Fajnie było?

Dałam radę tylko wymownie jęknąć, co starczyło za cały komentarz. Emilka spojrzała na mnie ze współczuciem.

– Aż tak źle? – Poklepała mnie po ręce. – Zobaczysz, później będzie lepiej – dodała optymistycznie. – W tej sytuacji najlepiej będzie, jak się rozerwiesz. Poza tym, dziewczyno, ty przestajesz wychodzić z domu. Jak w tych warunkach może rozwijać się twój związek, co?

Wiedziałam, że Emilka wróci do Pawła. Zasadniczo to przez nią właśnie miałam teraz kłopoty. Przez dwa lata bolała nad tym, że nie umiem sobie nikogo znaleźć, a tu nagle złapał mnie taki Paweł – istne cudo. W ogóle całą sytuację zawdzięczam również jej i opatrzności, która chyba w pewnym momencie przestała mnie lubić. Przez te dwa lata Emilka ciągnęła mnie na wszystkie imprezy i przedstawiała niezliczonej chmarze swoich znajomych. Sama w tym czasie zdążyła zakochać i odkochać się chyba z tuzin razy. A może i więcej.

– Tak więc – kontynuowała – zadzwoniłam do Pawełka i powiedziałam mu o imprezie. Strasznie się ucieszył, że przyjdziesz, ostatnio skarżył mi się, że nie masz dla niego czasu. Na twoim miejscu nie postępowałabym tak z zakochanym facetem. A jak się odkocha?

Niestety nie zanosi się, żebym miała tyle szczęścia. Gdy Paweł raz się na coś uprze, to musi rzecz doprowadzić do końca. Tym razem tą niezałatwioną sprawą byłam ja. Z doświadczenia wiedziałam, że z Emilką w bojowym nastroju nie wygram, więc skapitulowałam od razu.

– Wporządku. Punkt dwudziesta jestem u ciebie. – Usiadłam w końcu na krześle i przywitałam się z dziewczynami, które słuchając kazania Emilki, płakały ze śmiechu. Oczywiście każda z nich, włączając naszą głównodowodzącą, wiedziała, że ostatnio psuje się pomiędzy mną i Pawłem. Nie wiedziały tylko dlaczego.

– ZPawłem – upewniła się.

– ZPawłem – zgodziłam się.

– Okay. O imprezie to już wszystko, teraz opowiadaj, jak było w pracy.

– Od ognia, wojny i gimnazjalistów zachowaj nas panie! Oceniając tragedię pracy w szkole w skali od 1 do 10, dałabym 100. Już po pierwszym dniu mam ochotę się zwolnić.

– Ale tego nie zrobisz – uzupełniła Aga. – Brak funduszy.

– Gdybyś mnie posłuchała i więcej wyciągała od Pawła, nie byłoby to konieczne – musiała wtrącić Emilka.

– Zasadniczo, dobry facet to hojny facet – skończyłyśmy wszystkie jej motto życiowe.

– Owszem, ale nie należy zapominać, że liczą się też inne sprawy – dodała Emilka.

– Jak na przykład stałość – dorzuciła ponuro Kasia.

Spojrzałyśmy na nią ze szczerym współczuciem. Wpadła gdzieś w okolicach lipca, więc zastanawiała się nad zorganizowaniem błyskawicznego ślubu cywilnego. Plany upadły, ponieważ jej chłopak nalegał, by poczekali do czasu, gdy urodzi się dziecko. Podobno dlatego, by mogła zmieścić się w swoją wymarzoną suknię księżniczki, do ubrania której koniecznym warunkiem była smukła talia. I żeby mogli od razu wziąć ślub kościelny. Wraz z upływającymi miesiącami okazało się, że Kasia dalej musi mieszkać z rodzicami, bo Andrzeja nie stać było na mieszkanie. Zaczął się coraz rzadziej u niej pojawiać, twierdząc, że humory ciężarnych działają na niego dołująco. Na comiesięczne wizyty u lekarza również nie raczył się zjawiać, bo przecież nie był tam do niczego potrzebny. On już zrobił swoje.

– Przydałby się choćby do ubierania mi butów – żaliła się często Kasia. – Ja już nie jestem w stanie dojrzeć swoich stóp.

Wierzyłyśmy bez zastrzeżeń. Kasia obecnie przypominała dużego pająka. Dwie chude nogi, olbrzymi brzuch i dwie chude ręce. Dziecko wysysało z niej wszystko, co tylko się dało. Bardzo mi się nie podobał taki rozwój wydarzeń. Sama jestem w związku z facetem, który twierdzi, że uwielbia dzieci. Dokładnie tak, jak wcześniej Andrzej. A co jeśli…

Ocknęłam się z zamyślenia, bo Ewa spojrzała na zegarek i jęknęła:

– Spóźnimy się na historię historiografii!

Na każdy inny przedmiot poszłybyśmy z godnością, powoli i dystyngowanie, ale nie na ten. Zajęcia prowadził doktor Opaliński, przez studentów zwany Wampirem. Zasadniczo nie był bardzo groźny, ale miał fioła na punkcie punktualności. Student, który raz się spóźnił, miał przechlapane do końca semestru, ponieważ Wampir odznaczał się doskonałą pamięcią. Naszemu koledze zdarzyło się to w październiku, a Opaliński wspomina o tym na każdych zajęciach przy czytaniu listy. Żeby tylko ograniczył się do wypominania, ale nie – biedny Rafał jest odpytywany przy byle okazji. Ostatnio wspominał, że zaprosi mnie na uroczyste palenie podręcznika, jak tylko uwolnimy się od pana W. Niedawno zdobył skądś jego zdjęcie, więc myślę, że także i je rytualnie spali lub będzie rzucał w nie rzutkami: czoło dziesięć punktów, oko pięć, czubek nosa dwadzieścia i tak dalej.

Na zajęcia zdążyłyśmy ledwo, ledwo. A konkretnie wbiłyśmy się przed Wampira, który właśnie wchodził do sali. Jeszcze chwilę później… Z sercem walącym w tempie dwieście na minutę, usiadłam w ławce. Co nie znaczy, że moje serce przestało walić. Teraz bowiem Wampir mógł mnie zapytać – a brak odpowiedzi na którekolwiek z jego pytań równało się rytualnemu seppuku, zwłaszcza na krótko przed zaliczeniem. Ja zaś nie umiałam dosłownie nic. Fortuna jednak się do mnie uśmiechnęła, bo Wampir chciał nam puścić film, miałam więc pół godziny spokoju. Oddałam się wspomnieniom, usiłując dojść do tego, jak znalazłam się w takich kłopotach.

 

Pawła spotkałam przez przypadek pół roku wcześniej. Zdecydował o tym mój pech. Jechałam właśnie na pięćset dwudziestą dziewiątą imprezę u Emilki. Nie chciało mi się, bo po pierwsze jestem zdeklarowanym domatorem, a po wtóre potwornie lało. Sam deszcz nie byłby wielkim problemem, gdybym była zmotoryzowana. Ponieważ jednak nie miałam samochodu ani faceta z samochodem (czy raczej samochodu z facetem), musiałam się trzy razy przesiadać, za każdym razem moknąc na przystankach. Pod koniec podróży przypominałam podtopioną sierotkę Marysię. Autobus właśnie dojeżdżał na przystanek docelowy, więc zaczęłam gramolić się w kierunku najbliższych drzwi. Zapomniałam tylko o jednym drobiazgu, mianowicie o parasolce, którą miałam powieszoną na ręce. Autobus zahamował, ja usiłując utrzymać się w pozycji mniej więcej pionowej, podniosłam ręce w poszukiwaniu najbliższego uchwytu; i wtedy moja parasolka, popychana siłą odśrodkową (lub dośrodkową – zawsze byłam kiepska z fizyki), walnęła jakiegoś bruneta w tors. Na szczęście trafiło na osobnika typu szafa, inaczej oberwałby prosto w twarz. Ów spojrzał na mnie z wyrzutem, a ja po chwili zaczęłam przepraszać. Jak na złość facet akurat był w moim typie! Nie miałam czasu kajać się dalej, bo trzeba było wysiadać, więc rzuciłam ostatnie przepraszające spojrzenie w kierunku ideału i wypadłam z autobusu. Prosto na lejący mi na głowę deszcz, bo zapomniałam rozłożyć parasolkę. W efekcie dotarłam do Em mocno spóźniona i w niezbyt imprezowym nastroju. Po dwóch godzinach, podczas których z pomocą Em zdołałam doprowadzić się do jakiegoś porządku, rozgrzać i zapomnieć o tym, jaką idiotkę z siebie zrobiłam, zeszłam na dół. Mój pech działał dalej, bo pierwszą osobą, na którą wpadłam, był mój znajomy z autobusu. Nie było szans, żeby nie skojarzył kretynki, która najpierw zaatakowała go parasolką, a później zamiast natychmiast przeprosić, wpatrywała się w niego z zachwytem. Na szczęście okazało się, że miał spore poczucie humoru. Ten wieczór spędziliśmy razem. Następny zresztą też. W taki oto sposób zdobyłam Pawła.

Nasz związek rozwijał się powoli. Aż tu nagle, jakieś dwa miesiące temu, w środku jednej z kolejnych imprez Emilki chyba… mi się oświadczył. Potem przez jakiś czas wmawiałam sobie, że to pod wpływem procentów doznałam omamów słuchowych. Bo przecież nie odstawił całej tej szopki z klękaniem, kwiatkami i pierścionkiem. Byłam pod wpływem, ale nie aż tak, by zapomnieć Pawła na kolanach! Poza tym impreza studencka to nie jest właściwe miejsce na podejmowanie jakichkolwiek ważnych decyzji, prawda?

Jednak potem pojawiły się niewinne wtrącenia typu: „po ślubie zamieszkamy”, „wolałbym, byś po naszym ślubie zmieniła nazwisko”, „nasze dzieci”. Tak jakby wszystko było już ustalone, a moja zgoda tylko formalnością.

Gwałtownie oderwałam się od wspomnień, bo film właśnie się skończył, a Wampir zaczął się złośliwie uśmiechać. Niedobrze, tragicznie wręcz, bo patrzył właśnie na mnie.

– Widziałem, że oglądała pani z ogromnym zainteresowaniem – zwrócił się do mnie, a ja struchlałam. – Może nakreśli pani sylwetkę Joachima Lelewela?

Zdębiałam i nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Na szczęście uszczypnięcie Ewy przywołało mnie do porządku. Myśl, kobieto, bo wylecisz i będziesz musiała zaliczać te zajęcia… i wszystkie następne.

– Joachim Lelewel był bez wątpienia jednym z najwybitniejszych historyków XIX wieku – zaczęłam w końcu.

– Ależ odkrywcze – ironizował Wampir. – I tego dowiedziała się pani z półgodzinnego filmu? Jako studentka studiów magisterskich powinna pani przyjść na te zajęcia z jakąś wstępną wiedzą. Ale proszę kontynuować, może dojdzie pani jeszcze do innych fascynujących wniosków.

Wtym momencie zaczęłam prosić wszystkich świętych oraz mojego Anioła Stróża o pomoc, solennie przyrzekając, że jeśli uda mi się wyjść z tego cało, przez tydzień nie tknę czekolady. Co tam tydzień, dwa tygodnie! Widocznie przekupstwo pomogło, bo w momencie, w którym chciałam przyznać się do swojej niewiedzy (milczenie było bardziej niebezpieczne), do sali wszedł Anioł Pański pod postacią mojego promotora, profesora Werberta. Poprosił Wampira na zewnątrz, a w tym czasie Em zaczęła uzupełniać luki w moich wiadomościach.

Wróciwszy, Wampir spojrzał na mnie znacząco, a ja zaczęłam recytować wszystko, czego dowiedziałam się w ciągu trzech minionych minut, obficie uzupełniając to „wodą”. Upiór z Transylwanii stracił zainteresowanie i zajął się nową ofiarą. Męczył ją „Słownikiem biograficznym”, który mieliśmy przewertować. Odetchnęłam z ulgą. Istniała spora szansa, że na ten dzień Opaliński już da mi spokój. Mój pech przestał działać. Na razie!

 

Pośpieszyłam się z tą nadzieją. Pierwszą osobą, którą zobaczyłam po wyjściu z sali, był Paweł. Ujrzawszy mnie, uśmiechnął się, podszedł, objął w pasie, przyciągnął do siebie i cmoknął.

Szarpnęłam się lekko i pocałunek wylądował w okolicach mojego ucha. Zawsze gdy widzę znajomą parę, która w większym towarzystwie przez dłuższy czas wymienia pocałunki, nie bardzo wiem, jak się zachować. Nie lubię patrzeć w ich kierunku, żeby nie wyjść na wścibską. Z drugiej strony całkowite ignorowanie i odwracanie wzroku też nie wygląda dobrze. Dlatego wielokrotnie prosiłam Pawła, by unikał okazywania mi czułości w miejscach publicznych. Nie chcę wprawiać w takie zakłopotanie moich przyjaciół!

Paweł jednak puszczał to mimo uszu, traktując jak moją kolejną babską fanaberię.

– Puszczaj! – wykrztusiłam na wpół przyduszona jego torsem. – Umówiliśmy się przecież, że witamy się bez zagrywek neandertalczyka.

– Ależ kochanie! – uśmiechnął się do mnie. – Ja? Neandertalczyk? Myślałem, że skończyłaś już zajęcia. Dawno się nie widzieliśmy – dodał z wyrzutem.

Poczułam wyrzuty sumienia. Od jakiegoś czasu dość drastycznie ograniczałam nasze spotkania, między innymi z powodu zaborczego zachowania mojego mężczyzny. Myślałam naiwnie, że jako inteligentny w końcu samiec domyśli się, że coś jest nie tak. I… może postara się dowiedzieć co? Wyglądało jednak, że trzeba będzie mu o tym powiedzieć wprost. Niestety to nie była odpowiednia chwila, więc tylko wzruszyłam ramionami i odsunęłam się pośpiesznie. Jednak nie dość szybko – zdążył mnie znowu złapać.

Zapowiadał się ciężki wieczór. Wyczarowując na ustach najsłodszy uśmiech, na jaki było mnie w tym momencie stać, przekazałam zaproszenie Emilki.

– Em do mnie dzwoniła wczoraj. Czyżby ci nie ufała, kochanie? – zapytał, machając jednocześnie ręką do przyczyny moich wszystkich nieszczęść. – Cześć, piękna – przywitał się z Em.

Emilka stanęła przy nas.

– Dziś o ósmej. Zaprosiłam całą grupę z ich drugimi połówkami. Nie zapomnijcie, bardzo was proszę.

Auć. Cała grupa oznaczała niemiłosierny tłok. I obecność Aśki Karpackiej, chyba że stanie się cud i nie przyjdzie.

– Oczywiście. Ja nie mógłbym. Jeśli zaś chodzi o Julkę, to nie martw się, przywlokę. Chyba że znajdzie mi jakieś ciekawsze zajęcie. – Paweł mrugnął do Emilki.

No tak. I tu dochodzimy do kolejnej cechy, która doprowadzała mnie do szału. Ciągłe aluzje do naszego życia intymnego. To, że uwielbiałam być z nim sam na sam, doprowadzało do ciągłego wzrostu testosteronu w jego organizmie. Efekt – puszył się przy każdej nadarzającej się okazji. Miałam dość! Trzeba z Pawłem zrobić porządek. Teraz.

– Emilko, przepraszam cię bardzo, ale muszę pilnie porozmawiać z moim kochaniem – wycedziłam. – Natychmiast – rzuciłam w kierunku Pawła. – Oczywiście, na imprezie będziemy, nie planuję innych atrakcji. Ktoś nie zasłużył!

– Wbijasz mi sztylet prosto w… serce – Paweł wcale nie przejął się moim tonem, choć sugerował nadchodzące szybko kłopoty.

– Uważaj, bo wbiję ci go gdzie indziej. I na pewno nie będzie to serce. – Boże! Widzisz i nie grzmisz? Już nawet zaczęłam mówić tak jak on.

Emilka zaczęła się śmiać, widząc komicznie nieszczęśliwą minę, którą zaprezentował Paweł. To był najlepszy moment na szybką ewakuację. Jeśli Em z Pawłem utworzą koalicję, dzisiejszy wieczór będzie niekończącym się koszmarem.

– Paweł. Idziemy – rzuciłam i chciałam ruszyć w kierunku schodów. Zapomniałam o tym, że mnie trzymał, więc tkwiłam nadal przyklejona do niego.

– Zauważyłaś, Emilko – przytrzymał mnie mocniej, żebym się nie wyrwała. – Dopiero co zaczęła pracę w szkole, a już nabrała belferskich nawyków. Źle to wróży na przyszłość. Strach pomyśleć, jaka będzie za tydzień…

– No, nie jest z nią jeszcze tak źle – podjęła temat Emilka. – To wszystko się da wyprostować, ale na pewno będziesz w tym zakresie potrzebował pomocy.

Tak oto moja najlepsza przyjaciółka przeszła do obozu wroga.

– Emila! – zaprotestowałam, ale po chwili dodałam zrezygnowana: – Pogadamy później.

Udało mi się w końcu wywinąć. Powtórzyłam: „Paweł. Idziemy!”, po czym ruszyłam w stronę drzwi. Chcąc nie chcąc, mój mężczyzna skończył przekomarzać się z Em i pośpieszył za mną.

– Coś ty dziś taka zła? – zaczął, dogoniwszy mnie. – Trudny dzień?

– Mógł być lepszy – jęknęłam. – Mam wrażenie, że wszyscy się dziś na mnie uwzięli, na dodatek ta impreza. A jestem taka skonana.

– Odwiozę cię do domu, dopilnuję, żebyś coś zjadła, odświeżyła się i zrobiła na bóstwo.

Moja wcześniejsza niechęć do niego trochę zmalała. Prócz cech wybitnie mnie irytujących miał również kilka takich, za które dałabym się posiekać. Umiał doskonale wsłuchiwać się w mój nastrój i był bardzo opiekuńczy. I właściwie gdyby nie jego ostatni genialny pomysł, wcale nie rozważałabym zerwania.

Wsiadłam do jego punto i zaczęłam się zastanawiać, kiedy nawiąże do tematu. Nie musiałam długo czekać.

– Ina co ci to było? – zaczął tyradę. – Przemęczysz się, a to dopiero pierwszy dzień. Gdybyś przeprowadziła się do mnie, praca nie byłaby ci potrzebna. Mogłabyś w spokoju sobie studiować i mielibyśmy więcej czasu dla siebie.

Westchnęłam boleśnie. Czy on nie mógł w końcu zrozumieć, że to było dla mnie za wcześnie, że chciałam być choć trochę niezależna? Owszem, wygodniej byłoby przyssać się do niego jak jakaś pijawka i tylko brać kasę. Nie należałam jednak do kobiet, które wykorzystują finansowo swoich mężczyzn. Mógł mi postawić raz na jakiś czas obiad czy kino, ale nie będzie mnie przecież utrzymywał! No i fajnie będzie wpisać jakieś doświadczenie zawodowe do CV po zakończeniu studiów. Ale moje argumenty na niego nie działały, więc wyciągnęłam koronny, w postaci mamusi.

– Paweł, dyskutowaliśmy już o tym. Na razie nie ma na to szans, bo matka już by się do mnie nie odezwała. Na wysłuchanie marsza Mendelssohna też nie jestem jeszcze gotowa.

Paweł w odpowiedzi tylko się skrzywił. Był dziwnym przedstawicielem swojego gatunku. Miał wszystko: pracę, mieszkanie, dziewczynę (chwilowo byłam to ja), było nam razem dobrze – a jemu zachciało się żenić lub przynajmniej doprowadzić do tego, bym u niego zamieszkała. To ostatnie mogę jeszcze zrozumieć – miałby praczkę, sprzątaczkę i kochankę w jednej osobie, na stałe, a na dodatek za darmo! Ale po co mu ślub? Na miłość boską, miał zaledwie dwadzieścia sześć lat i dużo czasu na stabilizację. W każdym razie ja miałam. Gdybym ustąpiła, pewnie góra rok później szukałabym w supermarkecie pieluszek pampers i odżywki dla niemowląt. Brrr. Na dziecko byłam stanowczo za młoda. A do tego kiedy sobie przypominałam nieletnie monstra w mojej szkole…

Zdrugiej jednak strony zależało mi na Pawle i chciałam, by był szczęśliwy. Gdyby tylko dał sobie pewne rzeczy wytłumaczyć… Ale jak grochem o ścianę – prędzej odbije się od twardego podłoża i wpadnie ci w oko, niż stanie się z nim coś pożytecznego. Nagle zza mgły kłębiących się myśli dotarł do mnie głos Pawła.

– Mam cię wynieść? Czy wysiądziesz sama? Stoimy tu już pięć minut, a ty nie reagujesz.

No cóż, trzeba się przygotować do imprezy. Rozmowę z Pawłem zostawię sobie na później.

 

Paweł pojawił się punktualnie – jak zwykle. A ja nie byłam gotowa – jak zawsze. Kiedy przyjechał, kładłam tapetę na twarz i wyglądałam jak kosmita: jedno oko zrobione, drugie załzawione, nie wspominając o resztkach zielonej maseczki w okolicach szyi. Moje kochanie weszło, rzuciło na mnie okiem i poszło do kuchni, aby zrobić sobie herbatę. W tym czasie skończyłam łazienkowe perypetie i wreszcie wyglądałam jak człowiek – zmordowany co prawda, ale człowiek.

– Kochanie, możemy już jechać – rzuciłam. Wyszliśmy i zapakowaliśmy się do samochodu.

Na imprezę dojechaliśmy spóźnieni, czego nikt nie zauważył. Rozejrzałam się w poszukiwaniu znajomych twarzy. Emilka w centrum flirtowała z trzema nieborakami naraz, mieli bardzo oszołomione miny. Ewa kłóciła się z obcym mi facecikiem w okularkach, bliźniacy w tandemie podrywali jakąś blondynkę, Rafał obgadywał z Adasiem Wampira i zbliżający się egzamin u Kazia (aż strach pomyśleć, że to już za dwa tygodnie), zaś przy stole w przejściu siedział Łukasz z Aśką Karpacką na kolanach; najwyraźniej uprawiali grę wstępną. Publiczność im nie przeszkadzała. Jak znam życie, Aśka zejdzie mu z kolan dopiero rano. Wolałabym, żeby znaleźli sobie jakiś odosobniony kącik i tam zrobili, co trzeba. Łukasz tak na oko był blisko stanu „Show me Heaven”.

Czeka mnie urooooooczy wieczór!

 

Wieczór rzeczywiście był zniewalający, ale inaczej. Pawełek stał przy mnie, siadał i kucał obok, pilnował niczym jakiś Arab swojego haremu! Marsową miną odstraszał wszystkich facetów, którzy mieli czelność zbliżyć się do mnie. Z wyjątkiem Adasia i Rafała, bo szczęśliwie związani, i bliźniaków, których uznał za nieszkodliwych seksoholików gawędziarzy. W efekcie sama byłam przez pięć minut – w ubikacji. Chciałam pogadać na różne babskie tematy z Em lub z Ewą, ale nie było mi to pisane. Nie przy moim aniele stróżu. Co prawda tłumaczyłam mu, żeby poszukał sobie na pół godziny jakiegoś męskiego towarzystwa, bo nie będę o podpaskach przy nim dyskutować, ale nie zareagował. Znów mu się włączył Tarzan. Jedno tylko mu mogę zapisać na plus. Na moje kategoryczne „przestań” – odkleił się od moich cycków w kuchni. Jeszcze by ktoś sobie pomyślał, że ze mnie druga Aśka!

Około trzeciej potężnie zachciało mi się spać, ale Paweł dobrze się bawił, więc nie chciał wychodzić. On w końcu nie wstawał rano do pracy! Usiłowałam się zdrzemnąć w sypialni Emilki. Hałas był jednak taki, że pomimo ogólnego wyczerpania kręciłam się przez jakieś dwie godziny z boku na bok, a potem wstałam, poszłam do Pawła i kategorycznie zażądałam, żeby odwiózł mnie do domu. Widząc moją minę, bez gadania wstał, pożegnał towarzystwo i udaliśmy się razem do jego auta. Korzystając z błogosławionej ciszy, natychmiast zasnęłam.

 

Obudziłam się rano, a właściwie obudził mnie Paweł. Po otwarciu szczypiących oczu szybko ustaliłam kilka rzeczy. Po pierwsze nie dotarłam do domu – Paweł zawiózł mnie do siebie. Po drugie była dziewiąta, a ja za pół godziny miałam się znaleźć w szkole. Po trzecie… szkoła była we Wrocławiu Pilczycach, a Paweł mieszkał na drugim końcu miasta. Po czwarte nie miałam u niego żadnych ciuchów poza wydekoltowaną sukienką, w której byłam na imprezie, a która w żaden sposób nie nadawała się do pracy – zwłaszcza w szkole! Dojście do jednego logicznego wniosku zajęło mi pięć sekund. SPÓŹNIĘSIĘ!

Armagedon. Paweł, będący w połowie porannej kawy, został zmuszony do włożenia spodni, butów oraz kurtki (zapomniałam o koszuli) i zagnany do samochodu. Nie zdążył nawet uczesać swoich potarganych, ciemnych włosów. Spieszył się tak, że włożył buty nie do pary i nawet tego nie zauważył. Miałam nadzieję, że nabawi się odcisków, bo o skarpetkach również zapomniał. Pełen poczucia winy nawet nie protestował. W samochodzie dałam mu jedną jasną instrukcję:

– Milcz i jedź, ale tak, żebym za dziesięć minut była w domu.

Zajechaliśmy dokładnie dziewięć i pół minuty później. Paweł usłyszał tylko:

– Zostań! – i przestał wysiadać z samochodu.

Wbiegłam do domu, w międzyczasie dziękując wszystkim świętym, że moja matka towarzyszy ojcu w domu w górach. W przeciwnym razie nie obyłoby się bez wściekłej awantury. Dlaczego wracam dopiero rano i dlaczego, na miłość boską, nie zadzwoniłam. Szukając ciuchów, w których mogłabym się pokazać ludziom na oczy, natrafiłam w kuchni na ślady świadczące o tym, iż moja młodsza siostra, słusznie rozumując, że nie ma szans na mój powrót do domu o uczciwej porze, sama wyprawiła się do szkoły. Inteligentne dziecko! Ubrawszy się i w biegu zmywszy wczorajszy makijaż, zdążyłam się tylko maznąć szminką i tuszem, złapać w biegu torbę (przewidująco spakowałam się przed imprezą) i już wylatywałam z mieszkania.

Widząc mnie w drzwiach klatki, Paweł natychmiast zapuścił silnik i po chwili jechaliśmy w kierunku szkoły. Nim wysiadłam, poinformowałam go grobowym głosem, żeby się stawił po pracy na rozmowę u mnie, cmoknęłam go w policzek i już wchodziłam do budynku. W tym momencie zadzwonił dzwonek na lekcję. Przywołując na twarzy uśmiech, stwierdziłam, że po takim ranku może być już tylko lepiej.

Myliłam się. Mój pech, który wczoraj sięgał okolic Krakowa, radośnie opuścił granice naszego państwa. Po pierwszej lekcji, na której moi uczniowie przez dziesięć minut zastanawiali się nad moim stanem cywilnym („Proszę pani, kim był ten pan, który przywiózł panią do szkoły? Pani mąż?”), zostałam wezwana na dywanik do pani dyrektor. Ponieważ zdarzyło się to w drugim dniu pracy, pobiłam swoisty rekord! W gabinecie zostałam poinformowana, żebym przeczytała plan dyżurów (miałam dyżur przed dziewiątą trzydzieści i to byłoby na tyle, jeśli chodzi o moje punktualne przybycie), żebym nie przychodziła równo z dzwonkiem, bo spóźniłam się w ten sposób dwie minuty na lekcję (musiałam pójść do pokoju nauczycielskiego, żeby w biegu ściągnąć kurtkę i zabrać dziennik). Pani dyrektor wykazała również niestosowność mojego postępowania w innych kwestiach.

– Nie może pani wypuszczać uczniów z klasy w czasie lekcji, bo uczniowi może się w tym czasie coś stać, lub też, niepilnowany, może coś zdemolować. Ubikację na przykład.

Udało mi się wykrztusić tylko, że uczeń pilnie musiał wyjść do tejże ubikacji. Bynajmniej nie w celu zdemolowania jej.

– Od tego mamy przerwę – usłyszałam.

Cóż miałam zrobić? Przeprosiłam i wyszłam. W pokoju nauczycielskim dowiedziałam się, że mam się nie przejmować, bo nasza pani dyrektor jest wyjątkowo wredna i każda z belferek już nie raz była na dywaniku.

Dziewczyny, z którymi pracuję, sprawiają sympatyczne wrażenie. Zresztą dwie z nich dopiero co skończyły studia magisterskie, są niewiele starsze ode mnie. Pożyjemy, zobaczymy.

Miałam mieć jeszcze trzy lekcje i dwa dyżury. Dyżurów zresztą miałam w sumie sto minut, jak później policzyłam. Przy pracy na pół etatu wydało mi się to liczbą dość dużą. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że suma dyżurów moich koleżanek waha się od stu czterdziestu do stu sześćdziesięciu minut. Pani dyrektor miała obsesję na punkcie bezpieczeństwa uczniów na przerwach. Do pewnego stopnia mogłam ją zrozumieć, ale… trzech nauczycieli na małym korytarzu podczas jednej przerwy? Belfrzy jednak nie narzekali, zawsze była to możliwość pogadania z koleżanką – oczywiście tylko kiedy pani dyrektor nie było w zasięgu wzroku. Gdy się pojawiała, każdy był bardzo zajęty pilnowaniem, by kochanym dzieciątkom nic przypadkiem się nie stało!

Czasem dzieci mają dziwne pomysły. Na przykład na moim drugim dyżurze niejaki Artur Słomka zeskakiwał ze schodów pierwszego piętra przez poręcz! Rozpędzał się na pierwszym piętrze, wykonywał skok wzwyż, przeskakiwał poręcz, po czym lądował na schodach prawie na parterze! Jak to zobaczyłam, myślałam, że dostanę zawału na miejscu. Idiota, mógł się zabić! Rzuciłam dziennik mojej koleżance i zaczęłam go gonić, a gdy go w końcu złapałam, usłyszałam, że mam się nie wtrącać, bo go nie uczę! Wyrywającego się zaprowadziłam do pani dyrektor, żeby zrobiła z gagatkiem porządek. W sekretariacie zdumiona dowiedziałam się, że po pierwsze nie powinnam opuszczać miejsca dyżuru, bo w ten sposób narażam uczniów na niebezpieczeństwo. Po drugie, nie mogę wobec ucznia używać siły, bo depczę w ten sposób jego godność osobistą. Po trzecie, należało go grzecznie poprosić, by się udał do gabinetu. A Artur jest troszeczkę nadpobudliwy i ma orzeczenie z poradni o specjalnych potrzebach edukacyjnych, w związku z tym nie powinnam go narażać na dodatkowy stres. A po czwarte, dlaczego jeszcze nie zapoznałam się z całą dokumentacją dotyczącą moich uczniów? Trzeba było zostać poprzedniego dnia po lekcjach i przewertować parę skoroszytów, zamiast śpieszyć się nie wiadomo gdzie i po co.

Chłopak natomiast został zaproszony do gabinetu pani dyrektor, gdzie uprzejmie go poproszono, by raczył nie skakać, bo może sobie przez przypadek zrobić krzywdę. I to był koniec! Ja dostałam ochrzan w sekretariacie, przy innych nauczycielach, sekretarce i grupie zaciekawionych uczniów, a jego poproszono o w miarę normalne zachowanie przy zamkniętych drzwiach, w gabinecie. W pokoju nauczycielskim dowiedziałam się, że to normalna reakcja pani dyrektor. Uczniowie w szkole mają prawa, rodzice uczniów mają prawa, a jedynymi osobami, które traktuje się jak śmieci, są nauczyciele. Boże, ratuj, przez przypadek trafiłam do piekła.

 

 

 

 

 

2

Po trzech godzinach wróciłam do domu i znów skoczyło mi ciśnienie, bo w skrzynce na listy zastałam najlepsze pozdrowienia od mojego byłego banku. Monit. Wkurzona od progu, władowałam się do pokoju siostry, która korzystając z nieobecności rodziców, zamiast się uczyć, puszczała metal na cały regulator. Chyba Iron Maiden. A może Blind Guardian?

– Andria, wyłącz natychmiast te wrzaski! – Od progu postawiłam na stanowczość w działaniu. Skoro chcę, żeby słuchały mnie obce dzieci w szkole, trening mogę zacząć od własnej siostry.

Andria siedziała w Internecie i dyskutowała na jakimś czacie, ale szybko wyłączyła monitor. Z tego, co mi mignęło, nim ekran stał się czarny, jakiś facet dopominał się, żeby określiła bliżej wielkość swego biustu…

– Jakiego biustu? – zapytałam z ironią. – Jeszcze ci nawet nie zaczął pączkować.

– Ładnie tak czytać cudzą korespondencję? – oburzyła się. – Łamiesz moje prawa.

Młodsze rodzeństwo! Najpierw początek upiornego dnia w pracy, a teraz muszę matkować upierdliwej siostrzyczce, która właśnie weszła w okres buntu.

– Dobra, dobra… – Dzieciaki ciągle mówią o swoich prawach. A obowiązki to co? Pies, którego można olać? – Zadanie zrobione?

– Jeszcze nie.

– To na co czekasz, na oklaski? Do roboty!

– Jezu! – zajęczała. – Nie bądź taka. Przecież muszę najpierw zlasować mózg, żeby mi mata wchodziła. Ty mi nie pomożesz!

Fakt, byłam geometryczno-arytmetycznym zerem.

– Okaż serce… – Spojrzała wzrokiem skrzywdzonej niewinności.

– No dobra, tylko błagam, przycisz ten metal. I nie rozmawiaj ze zboczkami na czacie.

– Tak à propos zboczków – zainteresowała się Andria. – Ładnie to tak zostawiać młodszą siostrę na noc samą w domu? Nie, żebym narzekała, ale jak się mama dowie…

– Mama się nie dowie, chyba że wypaplasz.

Moja siostra miała wiele wad, ale jeśli chodzi o uszczęśliwianie rodziców brakiem wiedzy o wydarzeniach, które miały miejsce podczas ich nieobecności, obie byłyśmy zgodne. Siostrzana solidarność. A im rodzice mniej wiedzieli, tym mniej mieli siwych włosów.

– Ico? – kontynuowała. – Warto było?

– Oczym ty mówisz?

– Otobie! O Pawle! O seksie, oczywiście!

– Andria! – zdenerwowałam się; tym razem moja mała siostrzyczka zdecydowanie przegięła. – Moje życie intymne lub jego brak nie powinien cię interesować!

Na nieszczęście moja siostra przechodziła okres chorobliwego zainteresowania seksem. Może nawet i udałoby się mi jej wmówić, że między mną a Pawełkiem do niczego takiego jak seks nie dochodzi, ale gdy rodziców nie było, często praktycznie się do nas wprowadzał. Efekt był taki, że Aleksandra miała okazję obserwować nas w wielu różnych życiowych sytuacjach. Nigdy nie kochaliśmy się, gdy była w domu, ale i tak jakoś doszła do jednoznacznych wniosków.

– Jasne, jasne. A słońce wstaje na zachodzie – mruknęła. – To o której przyjeżdża?

– Myślę, że koło ósmej.

– Okay – mruknęła i straciła zainteresowanie tematem.

– Tylko nie zapomnij o matmie – rzuciłam na odchodnym i poszłam poszukać się w kuchni.

Za każdym razem, kiedy wchodzę do tego pomieszczenia, cierpię. Może dlatego, że jestem zupełnym antytalentem, jeśli chodzi o gotowanie. Ale opieka zobowiązuje. Musiałam upichcić coś sobie, siostrze i Pawłowi, więc skończyłam moją popisową potrawę: spaghetti z sosem Knorra. Co prawda makaron był lekko przypalony wskutek wygotowania się wody, ale nie śmierdział, więc był zjadliwy. Jak mówi moja mama, potrzebny mi mąż z grubszym portfelem, tak żeby było go stać na obiady w restauracji lub prywatną kucharkę. To jedyna nadzieja na szczęśliwą przyszłość mojego związku!

Paweł ostatnio odgrażał się, że w wakacje wyśle mnie na kurs gospodarstwa domowego. Na swój koszt oczywiście. Życie pokaże, czy to już desperacja…

 

Przybył punktualnie. Kiedy tylko otworzyłam mu drzwi, zasłonił się różą jak tarczą.

– Jestem winny, ale nie wykonuj wyroku.

Trochę odtajałam. Kilka godzin spędzonych w domu w absolutnym spokoju spowodowało, że trochę poprawił mi się humor. Paweł z wroga publicznego numer jeden stał się zaledwie drobnym winowajcą. Na dodatek teraz miałam inny problem – bankowy.

– Co się stało? – spytał, widząc moją skwaszoną minę.

– Bank mi się stał. Pamiętasz, jak likwidowałam w październiku konto? Niestety okazuje się, że założyć konto nic trudnego, gorzej w drugą stronę – rozpoczęłam moje żale. Poszłam do banku, wypełniłam, co miałam wypełnić, wypłaciłam resztę kasy i uzyskałam zapewnienie, że sprawa została załatwiona.

– Pewnie, że pamiętam. No to dlaczego cię nosi?

– Dziś dostałam monit; mam do zapłaty sześćdziesiąt złotych z tytułu opłaty za prowadzenie zlikwidowanego przeze mnie konta – odpowiedziałam, siląc się na spokój.

Paweł uniósł brwi.

– Będę musiała jutro lecieć do banku, żeby wyjaśnić całą sprawę. Dziś już nie miałam na to siły. Jesteś głodny? – spytałam, zmieniając temat.

– Aco na kolację? – zainteresował się.

– Makaron z sosem. Może być? – starałam się być uprzejma.

– Jasne. Kto gotował? Ty czy siostra? – dopytywał się.

– Ja. Pasuje? – Mój ton stawiał sprawę jasno. Albo zje bez gadania, albo nie dostanie nic. Albo ewentualnie różą…

Paweł wolał mnie już dziś nie denerwować.

– Ależ oczywiście, kochanie – zapewnił, po czym ruszył w kierunku kuchni.

Wkuchni zastał koniec świata. Nie zdążyłam pomyć po gotowaniu i jedzeniu.

– Jesteś pewna, że to tylko makaron? – Spojrzał wymownie na zlew pełen garnków, sztućców, talerzy itp.

– Andria miała wczoraj pomyć. – To zdanie tłumaczyło wszystko. Moja siostra co prawda odziedziczyła cały talent kucharski po przodkach, ale zawsze trzymała się jak najdalej od zlewu. Niestety nasza zmywarka przeszła na wcześniejszą emeryturę, a mama nadal nie zdecydowała, czy kupić samą zmywarkę, czy zrobić remont generalny kuchni i wymienić wszystkie sprzęty, najlepiej pod zabudowę.

– Iznalazła sobie lepsze zajęcie? – kontynuował temat Paweł.

– Owszem. Z dwiema koleżankami zrobiła sobie prywatny babski wieczór.

– No cóż, skoro ty mogłaś się wczoraj bawić, to jej się też coś od życia należy.

No tak: Paweł i Andria uwielbiali się. Czasami miałam wrażenie, że gdyby moja siostrzyczka mogła, toby mi go odbiła. Z powodu różnicy wieku jednak…

Paweł, widząc moją całkowitą obojętność w stosunku do brudów w zlewie, ściągnął marynarkę, złożył ją równo i przewiesił przez taboret, a następnie zakasał rękawy koszuli i zabrał się do likwidacji problemu. Po piętnastu minutach zlew lśnił. Ja w tym czasie odgrzałam mu trochę przyschnięty makaron w mikrofalówce.

Paweł udał się do saloniku, usiadł, nabrał makaronu na widelec i włożył do ust.

– Przypaliłaś – westchnął z rezygnacją.

– Przepraszam…

Było mi głupio, że nawet makaron mi nie wychodzi. Miałam zbyt bujną wyobraźnię i często nie umiałam się skupić na wykonywaniu prozaicznych czynności (jak na przykład na odcedzeniu makaronu na czas). Miałam przy tym romantyczną naturę i przykładowo lubiłam sobie wyobrażać, że jestem księżniczką uwięzioną w wieży, której na ratunek spieszy rycerz na srokatym koniu (biały był zbyt oklepany). Niestety, kiedy moje fantazje zbliżały się do punktu kulminacyjnego, przerywała je jakaś katastrofa. Zazwyczaj zapach spalonych kotletów lub kuksaniec znajomego, którego nie zauważyłam na ulicy.

Wtej chwili do pokoju weszła moja siostra, ściskając w dłoni nieco już zmarnowaną różę.

– Zostawiłaś to w przedpokoju. To tak się dba o dowody uczucia ze strony swojego faceta? – dodała złośliwie.

Paweł spojrzał na mnie z wyrzutem jasnozielonych oczu.

– Chciałam cię jak najszybciej nakarmić – wybąkałam usprawiedliwienie z nadzieją, że przewinienie ujdzie mi na sucho. Usiadłam mu na kolanach, cmoknęłam go w policzek i zrobiłam minę nieszczęśliwego mopsa.

– No, już dobrze. – Nigdy nie był odporny na spojrzenie moich maślanych oczu. – Nic takiego się nie stało.