Przez dziurkę od klucza. Najważniejsza książka o naszych najbliższych krewnych - Jane Goodall - ebook

Przez dziurkę od klucza. Najważniejsza książka o naszych najbliższych krewnych ebook

Jane Goodall

5,0

Opis

30 lat obserwacji szympansów nad potokiem Gombe.

W czerwcu 1960 roku, w wieku 26 lat Jane Goodall trafiła do Tanzanii i wyposażona w niewiele więcej poza notatnikiem, lornetką i pasją poznawania natury zaczęła obserwować życie szympansów w Narodowym Parku Gombe Stream. O naszych najbliższych żyjących krewnych wiedziano wtedy bardzo niewiele, toteż każde dokonywane przez młodą badaczkę odkrycie stawało się prawdziwą sensacją. Podchodząc do badań w sposób zupełnie nowatorski, Jane Goodall wniknęła - jak nikt przed nią - w życie społeczności szympansów i dostrzegła, że nasi krewni nie różnią się od nas samych w aż takim stopniu, jak skłonni byliśmy sądzić. Myślą, rozwiązują problemy, kochają, nienawidzą, potrafią się cieszyć i smucić. Prowadzą również ze sobą wojny, a nawet popełniają morderstwa.

"Przez dziurkę od klucza" to niezwykła opowieść, której bohaterami są szympansy. Goodall towarzyszy im w radościach i smutkach, opisuje przyjaźnie i waśnie, dochodząc do punktu, w którym świat tych zwierząt zaczyna się przenikać z naszym.

Dr Jane Goodall - brytyjska prymatolog i antropolog. Przez ponad pół wieku prowadziła obserwacje zachowań szympansów w ich naturalnym środowisku i obecnie uważana jest za najwybitniejszego w świecie eksperta w tej dziedzinie. W 1977 r. założyła The Jane Goodall Institute, który prowadzi liczne programy, mające na celu ochronę środowiska naturalnego poprzez wspieranie edukacji i rozwoju lokalnych społeczności. Autorka kilkudziesięciu książek, uhonorowana za swoją działalność licznymi wyróżnieniami i nagrodami, w tym Orderem Imperium Brytyjskiego, francuską Legią Honorową, Medalem Tanzanii, Medalem Hubbarda nadawanym przez National Geographic Society, Nagrodą Księcia Asturii i tytułem Wysłannika Pokoju ONZ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

Tytuł oryginału

THROUGH A WINDOW

Thirty Years with the Chimpanzees of Gombe

 

Copyright © Jane Goodall 2019

Soko Publications Limited, 1990

All rights reserved

 

Projekt okładki

Magdalena Palej

 

Zdjęcie na okładce

© Stephen Robinson/NHPA/Photoshot/BE&W

 

Wszystkie zdjęcia, przy których nie podano innego źródła,

pochodzą ze zbiorów Jane Goodall.

 

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

 

Korekta

Małgorzata Denys

 

ISBN 978-83-8169-836-8

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Tylko wtedy, gdy je zrozumiemy,

będzie nam na nich zależało.

Tylko wtedy, gdy będzie nam na nich zależało,

będziemy mogli im pomóc.

Tylko z naszą pomocą będą mogły ocaleć.

 

Wszystkim szympansom świata, tym na swobodzie w puszczy i tym trzymanym w niewoli przez człowieka. Z podziękowaniem za wszystko, czym przyczyniły się do poszerzenia naszej wiedzy i świadomości.

I ludziom, którzy pomogli i pomagają w walce o zachowanie szympansów w Afryce, oraz wszystkim przynoszącym pociechę i nadzieję uwięzionym.

Również pamięci Dereka.

Oraz, oczywiście, mojej matce Vanne, bez której ta książka nie zostałaby napisana.

ROZDZIAŁ 1

GOMBE

Odwróciłam się na łóżku i spojrzałam na zegarek – godzina 5.44 rano. Wieloletni nawyk wczesnego wstawania dał w efekcie zdolność budzenia się jeszcze przed nieprzyjemnym jazgotem budzika. Po chwili siedziałam już na stopniach mojego domu, spoglądając na panoramę jeziora Tanganika. Blednący sierp księżyca wisiał tuż nad horyzontem, nad górzystym brzegiem jeziora, już w Zairze (dawne Kongo-Kinszasa). Cicha noc; ścieżka światła księżycowego na wodzie iskrzyła się i falowała na łagodnym rozkołysie fal jeziora. Szybko skończyłam śniadanie – banan i filiżanka kawy z termosu – i po dziesięciu minutach wspinałam się na stromy stok za domem. Maleńką lornetkę i aparat fotograficzny schowałam w kieszeniach, razem z notesem, ogryzkiem ołówka i garścią rodzynek na drugie śniadanie, do tego jeszcze woreczek plastikowy dla zabezpieczenia tego wszystkiego przed deszczem, gdyby zaczęło padać. Słabe światło księżyca, odbijające się od rosy pokrywającej trawy, wystarczyło do znalezienia drogi i wkrótce stałam w miejscu, gdzie poprzedniego wieczoru obserwowałam osiemnaście szympansów przygotowujących się do nocnego spoczynku. Przysiadłam, czekając, aż się obudzą.

Drzewa dookoła były jeszcze spowite nocną mgłą, jakby tajemniczymi widziadłami ze snów. Ciszę i spokój przerywały jedynie cykanie świerszcza i miękki szum fal jeziora, łamiących się na kamienistej plaży, daleko w dole. Siedząc, odczuwałam dreszcz oczekiwania, ogarniający mnie zawsze przed dniem, który miałam spędzić z szympansami, włócząc się po lesie i górach Gombe, dniem nowych odkryć i nowych przemyśleń.

Ciszę przerwał niespodziewanie wybuch pieśni – duet pary ptaszków, nieprawdopodobnie piękny. Zorientowałam się, że zmieniło się oświetlenie; zaskoczył mnie świt. Narastający blask słońca zastąpił rozproszone, srebrzyste światło odbite od księżyca. Szympansy jeszcze spały.

Pięć minut później z góry dobiegł szelest liści, gałęzie poruszyły się na tle rozjaśnionego nieba. W tym właśnie miejscu wieczorem zbudował sobie gniazdo Goblin, dominujący samiec społeczności szympansiej. I znowu cisza. Musiał przewrócić się na bok i znów zapadł w drzemkę. W chwilę potem coś się poruszyło w innym gnieździe, z prawej, a po chwili znowu za mną, nieco wyżej na stoku. Szelest liści, trzask łamanej gałązki. Stado się budziło. Na drzewie, gdzie Fifi zrobiła gniazdo dla siebie i swego niemowlęcia Flossi, dojrzałam przez lornetkę jej stopę. W chwilę potem ośmioletnia córeczka Fifi, Fanni, wspięła się z pobliskiego gniazda i przycupnęła na gałęzi powyżej matki: mały czarny kształt na tle nieba. Dwoje pozostałych dzieci Fifi, dorosły Freud i wyrostek Frodo, zbudowały sobie gniazda nieco wyżej na stoku.

Dziewięć minut po pierwszym poruszeniu się Goblin gwałtownie usiadł i prawie natychmiast opuścił gniazdo, skacząc dziko po drzewie i energicznie potrząsając gałęziami. Rozpętało się istne piekło. Znajdujące się w pobliżu szympansy porzuciły swoje gniazda i rozpierzchły się w ucieczce przed Goblinem. Inne siedziały w gniazdach, napięte i gotowe do ucieczki. Cisza poranka została rozbita gwałtownym stękaniem i piskami, którymi podwładni Goblina wyrażali szacunek i strach. W kilka chwil później, zakończywszy nadrzewną część przedstawienia, Goblin zeskoczył na ziemię i pognał obok mnie, klepiąc dłońmi i stopami po wilgotnej ziemi. Wyrywał i szarpał rośliny, podniósł i cisnął kamień, kawał drewna, następny kamień. Wreszcie usiadł pięć metrów dalej, z nastroszonymi włosami, ciężko dysząc. Moje serce waliło. Gdy przebiegał koło mnie, wstałam i przywarłam do drzewa, modląc się, żeby nie zaczął mnie tłuc, co mu się czasami zdarzało. Ku mojej uldze zignorował mnie, mogłam znowu usiąść.

Z cichym postękiwaniem zszedł na ziemię młodszy brat Goblina, Gimble, aby powitać dominującego samca alfa, dotykając wargami jego twarzy. Potem podszedł inny samiec, mój stary przyjaciel Evered, i Gimble pospiesznie się usunął. Evered zbliżał się, pokornie stękając, Goblin zaś powoli podniósł ramię w geście powitania i Evered przyspieszył. Dwa samce padły sobie w ramiona, szeroko się uśmiechając, podniecone spotkaniem; ich zęby błyskały bielą w półmroku. Przez kilka chwil iskały nawzajem swoje futra1, uspokajając się, po czym Evered odszedł i spokojnie usiadł w pobliżu.

Fifi zeszła na dół ostatnia, z Flossi przyczepioną do brzucha. Ominęła Goblina i cicho postękując, zbliżyła się do Evereda, wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia. Potem zaczęła iskać mu futro. Flossi wspięła się na kolana samca i popatrzyła mu w twarz. Spojrzał na nią, przebierając przez chwilę futro na jej głowie, następnie odwrócił się, by odwzajemnić dotyk Fifi. Flossi przybliżyła się nieco do Goblina, nadal nastroszonego, rozmyśliła się jednak i szybko wspięła na drzewo koło Fifi. Po chwili bawiła się już ze swoją siostrą Fanni.

I znowu zapanował spokój poranka, chociaż nie była to już cisza świtu. Wysoko w koronach drzew poruszały się inne szympansy z tego stada, przygotowując się do rozpoczęcia nowego dnia. Niektóre zaczęły żerować i od czasu do czasu słyszałam cichy stuk skórek i nasion fig, spadających na ziemię. Siedziałam spokojnie, szczęśliwa, że znów jestem w Gombe po niezwykle długiej nieobecności – prawie trzech miesiącach wykładów, spotkań i starań o pieniądze w USA i w Europie. To był mój pierwszy dzień po powrocie i chciałam się nim w pełni nacieszyć, odnowić znajomość ze starymi przyjaciółmi, robić zdjęcia i odzyskać sprawność we wspinaczce.

To Evered poprowadził stado z miejsca nocnego spoczynku, oglądając się, czy Goblin również idzie. Za nim ruszyła Fifi z małą Flossi siedzącą jej na plecach niczym dżokej na koniu; Fanni tuż za nią. Inne szympansy zeszły z drzew i powędrowały za nimi: Freud i Frodo, dorosłe samce Atlas i Beethoven, wspaniale wyglądający wyrostek Wilkie i dwie samice, Patti i Kidevu, ze swoimi niemowlętami. Były i inne, ale nie widziałam ich, ponieważ wędrowały wyżej na stoku. Kierowaliśmy się na północ, równolegle do plaży pod nami, potem zeszliśmy w dół do doliny Kasakela i wspięliśmy się na przeciwległy stok, często zatrzymując się na popas. Niebo na wschodzie stawało się coraz jaśniejsze, ale słońce dopiero o godzinie 8.30 wyjrzało spoza poszarpanej krawędzi doliny ryftowej; w tym czasie byliśmy już wysoko ponad jeziorem. Szympansy zatrzymały się i zajęły wzajemnym iskaniem, rozkoszując się ciepłem porannego słońca.

Mniej więcej po dwudziestu minutach przed nami rozległy się szympansie pohukiwania, jak nazywaliśmy głośne nawoływania słyszalne z daleka. Na tle mieszaniny głosów samic i niedorostków mogłam rozpoznać wyróżniający się głos Gigi, wielkiej, bezpłodnej samicy. Goblin i Evered przerwali wyczesywanie i wszystkie szympansy spojrzały w kierunku, skąd dobiegały głosy. Teraz przewodnictwo objął Goblin i większość grupy wyruszyła w tym kierunku.

Fifi jednak pozostała i dalej iskała Fanni, podczas gdy Flossi bawiła się, huśtając na niskich gałązkach w pobliżu matki i starszej siostry. Ja pozostałam również, zadowolona, że Frodo poszedł z innymi, ponieważ często mnie prześladował. Chciał, żebym się z nim bawiła, a gdy go nie słuchałam, stawał się agresywny. W wieku 12 lat był już znacznie silniejszy ode mnie, a jego zachowanie było niebezpieczne. Kiedyś kopnął mnie w głowę tak silnie, że omal nie przetrącił mi szyi, innym razem pchnął mnie w dół po stromym stoku. Mogę mieć jedynie nadzieję, że gdy wyrośnie i przestanie być dzieckiem, znudzą mu się te denerwujące zabawy.

Resztę poranka spędziłam w spokoju, chodząc za Fifi i jej córkami od jednego drzewa do drugiego. Szympansy odżywiają się kilkoma różnymi rodzajami owoców, a niekiedy również młodymi pędami. Przez trzy kwadranse obrywały liście z niskich krzaków, skręcone w trąbkę lepkimi nićmi, a następnie ze smakiem żuły gąsienice, wijące się w środku. Raz minęliśmy inną samicę – Gremlin – i jej nowo narodzone niemowlę, maleńkiego Galahada. Fanni i Flossi podbiegły przywitać się z nimi, ale Fifi zaledwie spojrzała w ich kierunku.

Cały czas wspinaliśmy się wyżej i wyżej. Na odkrytej trawiastej krawędzi natknęliśmy się na inną małą grupkę szympansów, zajadających się liśćmi rozłożystych drzew mbula: dorosłego samca Profesora, jego młodszego brata Paxa i dwie raczej nieśmiałe samice z niemowlętami. Rozległo się kilka cichych chrząknięć powitania i przybysze również zaczęli jeść. Fanni oddaliła się z niewielką grupą, a Fifi zbudowała sobie gniazdo i wyciągnęła się na południową drzemkę. Flossi również pozostała, aby wspinać się na gałęzie, huśtać i zabawiać w pobliżu matki. W końcu przyłączyła się do Fifi w gnieździe, przytuliła i zaczęła ssać.

Z miejsca, gdzie siedziałam, poniżej Fifi, mogłam spoglądać na całą dolinę Kasakela. Naprzeciw mnie, na południu, znajdował się Peak – zaokrąglone wzniesienie ponad trawiastym grzbietem dzielącym dolinę Kasakela od doliny Kakombe, gdzie mieszkałam. Ogarnęła mnie fala ciepłych wspomnień. W początkowym okresie badań w Gombe, w latach 1960–1961, spędzałam całe dnie na obserwacji szympansów przez lornetkę z tego doskonałego punktu. Wnosiłam na Peak blaszany kuferek z kocem, czajnikiem, kawą i cukrem. Czasami, gdy szympansy spały w pobliżu, pozostawałam przy nich na noc, owinięta kocem. Stopniowo zaczęłam łączyć okruchy obserwacji ich codziennego życia, poznawałam przyzwyczajenia pokarmowe i trasy dziennych wędrówek; zaczęłam rozumieć wyjątkową strukturę ich społeczności – małe grupki łączące się w większe, większe grupy dzielące się na mniejsze, pojedyncze szympansy włóczące się przez pewien czas samotnie.

Z Peak zobaczyłam po raz pierwszy szympansa jedzącego mięso – był to Dawid Siwobrody. Obserwowałam, jak wskakiwał na drzewo, przyciskając do siebie nieżywego małego warchlaka, którym podzielił się ze swoją samicą, podczas gdy dorosłe świnie rzeczne z furią szarżowały na drzewo. A jedynie sto metrów od Peak w niezapomnianym dniu w październiku 1960 roku patrzyłam, jak Dawid Siwobrody ze swym bliskim przyjacielem Goliatem łowił termity na źdźbło trawy. Wspominając te odległe czasy, czułam jeszcze dreszcz podniecenia, które ogarnęło mnie na widok Dawida sięgającego po szerokie źdźbło trawy, obrywającego w skupieniu jego krawędzie, tak aby łatwiej je było wsunąć w wąski korytarzyk termitiery. On nie tylko używał trawy jako narzędzia i dostosowywał ją do specjalnej czynności, ale też w gruncie rzeczy demonstrował zaczątki wytwarzania narzędzi. Jakiż pełen podniecenia telegram wysłałam wtedy Louisowi Leakeyowi, temu dalekowzrocznemu geniuszowi, który zainicjował badania w Gombe. Okazało się przecież, że ludzie nie byli jedynymi w świecie zwierząt wytwórcami narzędzi. A szympansy nie były jedynie potulnymi wegetarianami, jak sądzili ludzie.

To było zaraz po wyjeździe mojej matki, Vanne, która wróciła do swych obowiązków w Anglii. W czasie czteromiesięcznego pobytu wniosła nieoceniony wkład do moich badań: zorganizowała klinikę – cztery słupki i dach z trawy – gdzie leczyła miejscową ludność, głównie rybaków i ich rodziny. Jakkolwiek lekarstwa były raczej proste: aspiryna, sól emska, jodyna, plastry i temu podobne, jej zaangażowanie i cierpliwość były niewyczerpane, a kuracje często skuteczne. Znacznie później dowiedzieliśmy się, że wielu ludzi sądziło, iż ma ona magiczną moc uleczania. I tak zaskarbiła mi życzliwość miejscowej ludności.

Fifi poruszyła się nade mną, nieco wygodniej obejmując ssącą ją Flossi, i jej oczy znowu się zamknęły. Niemowlę ssało jeszcze kilka minut, potem wypuściło sutek i również zasnęło. Ponownie pogrążyłam się we wspomnieniach.

Myślałam o dniu, w którym Dawid Siwobrody po raz pierwszy odwiedził mój obóz na brzegu jeziora. Przyszedł jeść dojrzałe owoce palmy oleistej, zauważył kilka bananów na stoliku przed moim namiotem i zabrał je, aby spokojnie zjeść w krzakach. Raz odkrywszy banany, powrócił po następne i stopniowo zaczęły za nim przychodzić do obozu inne szympansy.

Jedną z samic, która regularnie mnie odwiedzała w 1963 roku, była stara Flo, matka Fifi, z poszarpanymi uszami i bulwiastym nosem. Cóż to był za dzień, gdy po pięciu latach macierzyńskich kłopotów Flo ponownie stała się aktywna seksualnie. Połyskując różowymi nabrzmieniami pośladków, przyciągnęła za sobą cały orszak zalotników. Wielu z nich nie było nigdy przedtem w obozie, ale przyszli za Flo – namiętność przemogła ich naturalną ostrożność. A gdy już odkryli banany, dołączyli do szybko wzrastającego grona stałych gości. I tak coraz lepiej poznawałam całą grupę niezapomnianych szympansich postaci, opisanych w mojej pierwszej książce – W cieniu człowieka2.

Fifi, tak spokojnie leżąca teraz nade mną, była jedną z kilku, które żyły w tamtych odległych czasach. Poznałam ją w 1961 roku, jeszcze jako niemowlę. Przetrwała straszliwą epidemię choroby Heinego-Medina, która w 1966 roku zdziesiątkowała populację szympansów, a także miejscową ludność. Dziesięć szympansów z obserwowanej grupy zmarło lub zaginęło. Pięć innych pozostało kalekami, w tym brat Fifi, Faben, który przeżył z jedną ręką bezwładną. W czasie tej epidemii nasz Ośrodek Badawczy nad Potokiem Gombe (Gombe Stream Research Centre) dopiero powstawał. Dwaj pierwsi asystenci pomagali gromadzić obserwacje zachowań małp i przepisywali notatki na maszynie. Jakieś dwadzieścia pięć osobników regularnie odwiedzało obóz i wszyscy byliśmy bardzo zapracowani. Po całodziennym obserwowaniu szympansów często do późnej nocy przepisywaliśmy nasze uwagi, nagrywane w ciągu dnia na taśmę magnetofonową.

Moja matka Vanne dwukrotnie odwiedziła Gombe w latach sześćdziesiątych. Raz nastąpiło to, gdy National Geographic Society, które wtedy zaczęło finansować nasze badania, przysłało Hugona van Lawicka, aby filmował szympansy. Louis Leakey pokrył koszty podróży Vanne, bo uważał, że nie wypada pozostawić mnie w lesie sam na sam z młodym mężczyzną. Jakże inne były zasady moralne przed ćwierćwieczem! I tak pobraliśmy się z Hugonem, a celem kolejnej wizyty Vanne, w 1967 roku, była pomoc w pielęgnowaniu w buszu naszego syna, Gruba (oficjalnie Hugo Eric Louis).

Znowu lekki ruch w gnieździe Fifi; odwróciła się i spogląda na mnie z góry. O czym myśli? Jak wiele pamięta z przeszłości? Czy kiedykolwiek wspomina swoją starą matkę Flo? Czy śledziła dramatyczną walkę swojego brata Figana o zajęcie dominującej pozycji samca alfa w stadzie? Czy miała świadomość ponurych lat, gdy samce z jej społeczności, często prowadzone przez Figana, toczyły rodzaj prymitywnej wojny przeciw sąsiadom, atakując ich, jednego po drugim, z szokującą brutalnością? Czy wiedziała o odrażającym kanibalizmie Passion i jej dorosłej córki Pom, napadających na noworodki z ich własnej grupy? Znowu powróciłam do teraźniejszości, tym razem słysząc płacz szympansa. Uśmiechnęłam się; to musiała być Fanni – osiągnęła już wiek awanturniczy, gdy młode samice próbują włóczyć się z innymi dorosłymi, oddalając się od matek; potem raptem znów pragną rozpaczliwie być przy matce i zaczynają jej szukać, porzucając przygodne towarzystwo. Płacz stawał się coraz głośniejszy i wkrótce Fanni pojawiła się w pobliżu. Fifi nie zwracała na to uwagi, ale Flossi wyskoczyła z gniazda i zlazła w dół, aby objąć starszą siostrę. Fanni, znalazłszy Fifi tam, gdzie się z nią rozstała, przestała dziecinnie szlochać.

Najwyraźniej Fifi czekała na Fanni i teraz sama zeszła na ziemię, by wyruszyć w drogę, a dzieci powędrowały za nią, bawiąc się w czasie marszu. Rodzina schodziła szybko w dół stoku, kierując się na południe. Gdy przedzierałam się za nimi przez gąszcz, każda gałązka zdawała się szarpać mnie za włosy lub koszulę. Nerwowo pełzłam i przeciskałam się przez straszliwie splątane poszycie, a przede mną czarne sylwetki szympansów poruszały się bez wysiłku; odległość między nami się powiększała. Pnącza okręcały paski moich butów i rzemyk kamery, kolce wbijały się w ramiona, z oczu pociekły mi łzy, gdy wyszarpywałam włosy zaplątane w gałęzie wyciągające się ku mnie ze wszystkich stron. Po dziesięciu minutach cała byłam spocona, w podartej koszuli, z kolanami podrapanymi od czołgania się po kamienistym podłożu – a szympansy zniknęły. Usiłowałam zachować spokój, starając się usłyszeć coś poza własnym tłukącym się sercem i rozglądając się dookoła poprzez gąszcz. Ale nie usłyszałam nic.

Przez następne trzydzieści pięć minut wędrowałam wzdłuż kamienistego łożyska potoku Kasakela, zatrzymując się, by nasłuchiwać i przepatrywać gałęzie nade mną. Minęłam stadko gerez rudych, małpek skaczących po wierzchołkach drzew i nawołujących się dziwnymi, piskliwymi i ćwierkającymi głosami. Spotkałam kilka pawianów ze stada D, a wśród nich starego, jednookiego Freda ze śladami dwóch złamań na ogonie. I właśnie wtedy, gdy nie wiedziałam, co robić dalej, usłyszałam pisk młodego szympansa gdzieś w górze doliny. Po dziesięciu minutach dołączyłam do Gremlin i jej małego Galahada, Gigi i dwójki najmłodszych w Gombe sierot: Mela i Darbee, którzy utracili swoje matki, gdy mieli zaledwie po trzy lata. Gigi, jak to ona, zastępuje obojgu ciotkę. Cała grupka jadła, siedząc na wysokich drzewach nad prawie wyschłym tu strumieniem, a ja wyciągnęłam się na skałach i je obserwowałam. Gdy przedzierałam się za Fifi, słońce zniknęło i przez korony drzew widziałam niebo szare i ciężkie od deszczowych chmur. W pogłębiającym się półmroku nastąpiła trwożna cisza, tak często poprzedzająca ulewny deszcz. Jedynie turkot coraz bliższych grzmotów i szelest poruszających się szympansów przerywały ciszę.

Gdy zaczął padać deszcz, Galahad, który wisiał w pobliżu matki i zabawiał się palcami u nóg, szybko wspiął się do bezpiecznej przystani jej ramion. Obie sieroty przytuliły się do siebie w pobliżu Gigi. Natomiast Gimble zaczął szaleć na wierzchołku drzewa, z rozmachem huśtając się i skacząc z gałęzi na gałąź, wspinając się w górę i skacząc w dół na niższe gałęzie. W miarę nasilania się deszczu, gdy coraz bardziej przeciekał przez korony, skoki Gimble’a stawały się dziksze, a huśtanie na gałęziach coraz śmielsze. Gdy dorośnie, to ożywienie dorosłego samca przybierze formę wspaniałego tańca deszczu.

Nagle, tuż po trzeciej, niebo rozdarła błyskawica, a grzmot odbił się echem po górach. Z ołowianych chmur lunęły takie potoki deszczu, że ziemię i niebo połączyła jednolita ściana wody. Gimble przerwał zabawę i tak jak inne szympansy przykucnął cicho przy pniu drzewa. Ja przytuliłam się do palmy, kryjąc się jak mogłam najlepiej pod koroną jej liści. Robiło się coraz zimniej, wkrótce straciłam poczucie czasu; niczego nie zapisywałam na taśmie, bo nie było nic do zapisywania, z wyjątkiem cichego, cierpliwego wyczekiwania końca ulewy.

Dopiero po godzinie deszcz zelżał, burza zaczęła oddalać się na południe. O godzinie 16.30 szympansy zeszły z drzew i ruszyły w drogę, przedzierając się przez nasiąkniętą wodą, ociekającą deszczem roślinność. Poszłam za nimi, nieporadna w przemoczonym, krępującym ruchy ubraniu. Wędrowaliśmy wzdłuż łożyska strumienia, potem w górę po przeciwległym stoku doliny, kierując się na południe. W końcu doszliśmy do trawiastej krawędzi, górującej nad jeziorem. Zaświeciło blade, wodniste słońce, a jego promienie zamieniły w brylanty krople wiszące na każdym liściu, każdym źdźble trawy. W marszu pochyliłam się nisko, by nie zerwać upstrzonej klejnotami pajęczyny, rozpiętej w poprzek ścieżki.

Szympansy wspięły się na niskie drzewka i zaczęły jeść świeże, młode liście. Poszukałam miejsca, z którego mogłam obserwować, jak zajadały ostatni posiłek dnia. Piękno tej sceny zapierało dech w piersiach. Liście lśniły, jasne, intensywnie zielone w miękkim świetle przyćmionego słońca; wilgotne pnie i gałęzie były czarne jak heban, na ciemnych futrach szympansów połyskiwały miedzianobrązowe nitki. A tłem było dramatyczne, granatowoczarne niebo, przecinane co chwila odległymi błyskawicami.

Istnieje wiele okien, przez które możemy spoglądać na świat w poszukiwaniu zrozumienia. Są okna otwarte przez naukę, o szybach przetartych przez umysły dociekliwych badaczy, pozwalające sięgnąć w rejony do niedawna niedostępne ludzkiemu poznaniu. Patrząc latami przez takie okno, choćby było tylko małą dziurką od klucza, miałam okazję nauczyć się wiele o szympansach i ich miejscu w naturze. A to z kolei pomogło mi nieco lepiej zrozumieć niektóre aspekty ludzkiego zachowania, nasze własne miejsce w przyrodzie.

Są także okna otwierane przez logikę filozofów, przez które mistycy wypatrują swojej wizji prawdy, i inne, przez które założyciele wielkich religii usiłowali znaleźć sens nie tylko w cudownym pięknie świata, lecz również w jego ciemnościach i brzydocie. Większość ludzi, zastanawiając się nad misterium naszej egzystencji, spogląda na świat tylko przez jedno z tych okien. Ale nawet ono jest często zmatowiałe z powodu naszego ograniczonego człowieczeństwa. A więc szukamy dziurki od klucza i patrzymy przez nią, wprowadzeni w błąd fragmentarycznością tego, co zdołamy dojrzeć. Jakbyśmy obserwowali pustynię lub morze przez zwiniętą gazetę.

Stałam cicho w bladym świetle słonecznym, będąc cząstką spłukanego deszczem lasu, tak jak inne stworzenia w nim żyjące, i przez moment spoglądałam przez inne okno i miałam inną wizję. To jest doświadczenie spływające niespodziewanie na niektórych z nas, przebywających samotnie w świecie przyrody. Powietrze wypełnione było pierzastą symfonią ptasich pieśni. Słyszałam nowe tony w ich muzyce, także w dźwiękach owadów, zdumiewająco czyste i słodkie. Widziałam ostro kształty i kolory poszczególnych liści, ten nieskończenie różnorodny układ żyłek, dzięki któremu każdy liść jest wyjątkowy, niepowtarzalny. Zapachy były wyraźnie rozróżnialne: przejrzałe, fermentujące owoce, nasycona wodą ziemia, zimna mokra kora, wilgotny odór włosów szympansich, moich własnych zresztą również. Aromatyczny zapach miażdżonych liści oszałamiał. Poczułam obecność antylopy, jeszcze zanim ją zobaczyłam, spokojnie się pasącą, zwróconą pod wiatr, z kręconymi rogami czarnymi od deszczu. I byłam przepełniona spokojem, który „przekracza wszelkie rozumienie”.

I wtedy rozległy się odległe krzyki szympansów, rozbijając nastrój przypominający trans. Gigi i Gremlin odpowiedziały, do chóru dołączyły Mel, Darbee i mały Galahad.

Pozostałam z szympansami aż do pory wieczornej budowy gniazd, co po deszczu zrobiły nieco wcześniej. Galahad przycupnął w przytulnej bliskości matki, Mel i Darbee zaś każde we własnym małym gniazdku w pobliżu dużego gniazda cioteczki Gigi. Pozostawiłam je więc i poszłam z powrotem ścieżką leśną w kierunku brzegu jeziora. Po drodze minęłam ponownie pawiany ze stada D. Zgromadziły się w pobliżu swoich drzew noclegowych, przekomarzając się, bawiąc, iskając wzajemnie w miękkim świetle wieczoru. Kamyki plaży nad jeziorem zgrzytały mi pod stopami, słońce wisiało nad rzeką wielkim czerwonym kręgiem. Gdy na spodzie chmur rozświetliły się płomieniste barwy zachodu, woda przybrała złoty kolor, poprzecinany lśniącymi zmarszczkami fioletu i czerwieni.

Później, przycupnąwszy nad małym ogniskiem przed domem, i potem, jedząc gotowaną fasolę z pomidorami i jajkiem, nadal nie mogłam oderwać się od przeżyć tego popołudnia. To było tak, myślałam, jak gdybym patrzyła na świat przez okno znane jedynie szympansom. Zamyśliłam się, wpatrzona w płomień. Ileż moglibyśmy się dowiedzieć, mogąc, choć na krótko, popatrzeć na świat oczami zwierząt.

Jeszcze tylko filiżanka kawy i zamknę się w domu, zapalę obozową lampę naftową i spiszę notatki z całego wspaniałego dnia. Bo jeśli nie możemy patrzeć oczami szympansów, musimy posuwać się pracowicie i metodycznie, tak jak to robiłam przez trzydzieści lat: zbierać anegdoty, latami obserwować, zapisywać i interpretować, aby powoli tworzyć obraz ich życia i próbować zrozumieć. Nauczyliśmy się już wiele. Stopniowo podnosimy zasłonę w oknie, przez które pewnego dnia zobaczymy wyraźnie umysł szympansa.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

ROZDZIAŁ 1. GOMBE

ROZDZIAŁ 2. UMYSŁ SZYMPANSA

ROZDZIAŁ 3. OŚRODEK BADAWCZY

ROZDZIAŁ 4. MATKI I CÓRKI

ROZDZIAŁ 5. KARIERA FIGANA

ROZDZIAŁ 6. WŁADZA

ROZDZIAŁ 7. ZMIANA

ROZDZIAŁ 8. GILKA

ROZDZIAŁ 9. SEKS

ROZDZIAŁ 10. WOJNA

ROZDZIAŁ 11. SYNOWIE I MATKI

ROZDZIAŁ 12. PAWIANY

ROZDZIAŁ 13. GOBLIN

ROZDZIAŁ 14. JOMEO

ROZDZIAŁ 15. MELISSA

ROZDZIAŁ 16. GIGI

ROZDZIAŁ 17. MIŁOŚĆ

ROZDZIAŁ 18. PRZERZUCANIE MOSTÓW

ROZDZIAŁ 19. NASZA HAŃBA

ROZDZIAŁ 20. WNIOSKI

DODATEK 1. UWAGI O WYZYSKU ZWIERZĄT

DODATEK 2. OCHRONA I OSTOJE SZYMPANSÓW

DODATEK 3. INSTYTUT JANE GOODALL

PODZIĘKOWANIA

ILUSTRACJE

1 Iskanie polega na rytualnym przebieraniu włosów palcami i intensywnym wpatrywaniu się w nie z odległości kilku centymetrów; towarzyszy temu co pewien czas nachylanie pyska ku skórze i chwytanie zębami rzeczywistej lub wyimaginowanej pchły, wszy albo innego pasożyta (przyp. tłum.).

2 Polskie wydanie tej książki ukazało się nakładem PWN w 1974 roku (przyp. red.).