Przewodnik po Polsce z filozofią w tle. Tom III. Górny Śląsk - Grzegorz Senderecki - ebook

Przewodnik po Polsce z filozofią w tle. Tom III. Górny Śląsk ebook

Grzegorz Senderecki

0,0

Opis

Górny Śląsk to nie tylko kopalnie i huty, lecz także fascynujące historie oraz zabytki warte podróży. Przewodnik ten zaprowadzi Cię do miejsc, z których pochodzili pisarze, poeci, filozofowie, a nawet fizycy będący laureatami Nagrody Nobla. Opowie o ich losach – czasem tragicznych, a czasem zabawnych. Wyjaśni, co chcieli nam przekazać, i być może pozwoli Ci zastanowić się nad samym sobą. Kim jestem? Czy naprawdę jestem? Jaki ma to sens? I jaki związek ma z tym wszystkim śląska architektura… Opole, Katowice, Pszczyna, Zabrze, Bytom, Gliwice, Bielsko-Biała, Wisła oraz inne miejscowości Górnego Śląskiego odsłonią swoje sekrety.

Mistrzowie cechowi tworzyli rzeczy piękne, wymagające dużego nakładu pracy, ale i drogie. Kapitalizm zmienił podejście zarówno do jakości, jak i ceny, skutkiem czego pojawiło się mnóstwo tanich wyrobów o niskiej jakości. Zyskały sobie z niemiecka miano tandety. Wbrew temu, co przewidywał Marks, kapitalizm okazał się systemem, który przyniósł największe dobrodziejstwa najbiedniejszym, ponieważ wprowadził na rynek masowe towary, na które stać było ubogich. Każda maszkara i każdy potwór umieszczone na kościele Mariackim w Katowicach są inne. Był to wyraz sprzeciwu projektanta wobec masowej i ujednolicającej świat tandety.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




ROZDZIAŁ IOPOLE

1

Najstarsza opolska osada powstała w VIII wieku na wyspie Pasiece. Według legendy Bolesław Chrobry ufundował na niej kościół. W roku 1281 Opole stało się stolicą odrębnego księstwa. Władali nim Piastowe będący potomkami Władysława Wygnańca. Zespół budynków położonych tuż nad korytem rzeki, wzdłuż brzegu przeciwległego do Pasieki, zwany jest Opolską Wenecją. U południowego krańca Opolskiej Wenecji stoi średniowieczny kościół franciszkanów.

Opolska Wenecja

Święty Franciszek uzyskał pozwolenie na założenie zakonu w roku 1209. Część franciszkanów opowiadała się za życiem z dala od świata, życiem ewangelicznych szaleńców, którzy nie dbają o to, czy będą mieli co jeść i w co się ubrać. Zwano ich spirytuałami. Inni mnisi widzieli przyszłość zakonu w dużych miastach, w których głosiliby Słowo Boże wśród mieszczan, ale to wiązało się z koniecznością zadbania o dobra materialne. W roku 1257 generałem zakonu został Bonawentura z Bagnoregio – przyszły święty i największy z franciszkańskich filozofów. Bonawentura ukończył Uniwersytet Paryski i kilka lat później został jego wykładowcą. W sporze o przyszłość zakonu zdecydowanie opowiedział się za życiem w miastach. Jego wpływy oraz autorytet sprawiły, że wewnętrzny spór dobiegł końca, a klasztory i kościoły franciszkańskie zaczęły dynamicznie rozwijać się w centrach miast. Jednym z takich miast było Opole.

Franciszkanów zaprosił do Opola w roku 1236 Henryk Brodaty. Pierwotne zaproszenie odnowił książę opolski Władysław I. W Średniowieczu kościół franciszkanów stał się najważniejszym kościołem miasta. W wiekach XIV oraz XV byli w nim chowani opolscy książęta z rodu Piastów. Gotycki kościół był poddawany licznym przeróbkom. Pierwotny budynek nie miał wieży, a jedynie, podobnie jak inne kościoły franciszkańskie, sygnaturkę na dachu. Niewielką wieżę wybudowano w XV wieku, ale obecna, w stylu neorenesansowym, pochodzi dopiero z roku 1899. Kościół franciszkanów stał się zlepkiem kilku stylów: gotycki korpus został wykończony u góry renesansowym zdobieniem, dobudowano doń najpierw renesansową kaplicę, potem barokową attykę, a na koniec neorenesansową wieżę.

Kościół franciszkanów

Przez prawie półtora wieku – od roku 1820 do 1945 – kościół był świątynią protestancką. W trakcie wojny uległ poważnym uszkodzeniom. Gdy w roku 1945 wrócili do klasztoru franciszkanie, większość wyposażenia musieli wykonać na nowo. Zdecydowali się na styl neobarokowy. Najstarszym elementem świątyni jest prezbiterium, wybudowane pod koniec XIII wieku. Wczesnogotyckie okna w prezbiterium naśladują okna z katedry Notre Dame w Paryżu. Ołtarz gloryfikuje Matkę Boską Wniebowziętą.

W kościele można odnaleźć świadectwa znaczenia św. Bonawentury. Na ołtarzu głównym po lewej stronie stoi między filarami posąg św. Bonawentury, z mitrą na głowie i pastorałem w prawej dłoni. U jego stóp leży kapelusz kardynalski. W lewej ręce filozof trzyma otwartą księgę Hexaemeron. Był to zbiór kazań, który napisał tuż przed śmiercią. Do historii filozofii trafił jako ten, który w modlitwie i kontemplacji widział drogę do pełnego poznania świata.

Na parapecie ambony umieszczono sześć płaskorzeźb przedstawiających franciszkańskich kaznodziejów. Druga z lewej przedstawia św. Bonawenturę głoszącego kazanie w paryskiej Sainte-Chapelle przed królem św. Ludwikiem. Na płaskorzeźbach obok widać św. Antoniego głoszącego kazanie rybom oraz św. Franciszka przed papieżem Honoriuszem III i kardynałami. Ambona jest dziełem współczesnym, pochodzi z 1954 roku.

Posąg św. Bonawentury

Bonawentura był rówieśnikiem św. Tomasza z Akwinu. Obaj wykładali w tym samym czasie na Uniwersytecie Paryskim. W przeciwieństwie do Tomasza z Akwinu, który był autorem chłodnych analiz, św. Bonawentura odwoływał się głównie do przeżyć czytelnika. Zwracał się do naszych emocji, chcąc wzbudzić poczucie długu, przestraszyć albo oczarować.

Chcesz melodii, oto tam śpiewają aniołowie; chcesz towarzystwa, oto tam jest towarzystwo błogosławionych i jedna wola ich wszystkich; chcesz zaszczytów i bogactw, oto „chwała i bogactwo w domu jego”1.

Bonawentura nie brał pod uwagę, że pragnienia jako takie mogą być źródłem cierpień. W przeciwieństwie do religii Wschodu nie zalecał, by się ich pozbyć, lecz skoncentrować na Bogu oraz wieczności. „Tam będzie wszystko to, co zechcesz, nie będzie tego, czego nie zechcesz”2. Do naszych pospolitych pragnień Bonawentura dołożył jeszcze jedno – pragnienie Boga. Uważał, że skoncentrowanie się na Bogu pozwoli duszy wyzbyć się dążeń mniej godziwych. Stosunek do pragnień jest jedną z najważniejszych różnic między chrześcijaństwem a religiami Wschodu. Z jednej strony występują chrześcijaństwo i Nietzsche, z drugiej strony religie Wschodu i Schopenhauer. Zestawienie, w którym Nietzsche – największy krytyk chrześcijaństwa – staje z nim w jednym szeregu, wygląda nieco paradoksalnie, ale chrześcijaństwo nie potępiało pragnień jako takich. Nietzsche doprowadził ten pogląd do skrajności, pochwalając wszystkie pragnienia – im silniejsze, tym bardziej godne pochwały.

Kaplica piastowska

Do nawy południowej przylega kaplica św. Anny zwana kaplicą piastowską. Została wzniesiona w 1309 roku, w stylu gotyckim, przez księcia Bolka I. W kaplicy znajdują się dwa nagrobki figuralne, wykonane z żółtego piaskowca, pochodzące z lat osiemdziesiątych XIV wieku. W nagrobku po lewej spoczywają prochy książąt opolskich Bolka I oraz Bolka II, w nagrobku po prawej księżnej Anny oświęcimskiej oraz Bolka III. Nagrobki powstały prawdopodobnie w jednej ze śląskich pracowni rzeźbiarskich, ale pozostają pod wpływem praskiej szkoły Parlerów.

2

W XIX wieku tuż obok kościoła franciszkanów stał dom należący do żydowskiej rodziny Schnitzerów. Miał dwie kondygnacje i czterospadowy dach. Został rozebrany w 1884 roku. W miejscu posadowienia budynku znajduje się obecnie chodnik z herbem Opola. W domu tym, w roku 1840, urodził się Izaak Schnitzer, znany jako Emin Pasza, przyszły gubernator Prowincji Równikowej Sudanu. Rok później cała rodzina Schnitzerów przeprowadziła się do Nysy. Gdy Izaak miał pięć lat, zmarł jego ojciec. Matka po roku wyszła ponownie za mąż, za protestanckiego kupca. Ochrzciła swoje dzieci w obrządku ewangelickim, a mały Izaak otrzymał imię Eduard. Ukończył nyskie gimnazjum Carolinum, studiował medycynę we Wrocławiu. Został lekarzem, botanikiem i ornitologiem. Uciekając przed kochanką, zawędrował do Turcji i zaoferował swoje usługi sułtanowi. Sułtan mianował go lekarzem w Antivari, obecnym Barze w Czarnogórze. Kilka lat później Schnitzer wyjechał do Kairu, gdzie otrzymał nominację na gubernatora Prowincji Równikowej Sudanu. Związał się z pewną Abisynką, przeszedł na islam i zmienił nazwisko.

Konwersja na islam nie miała podłoża ideowego. Była raczej praktycznym wyborem, który miał ułatwiać działanie w krajach muzułmańskich. W traktowaniu idei Emin Pasza przypominał Józefa Piłsudskiego, który swoje poglądy oraz wyznania zmieniał, gdy tylko było mu to potrzebne do osiągnięcia zamierzonego celu. Nietzsche pisał o takich:

Przekonania to więzienia. Nie patrzy to dość daleko, nie patrzy pod siebie: lecz aby móc zabierać głos w sprawie wartości i niewartości, trzeba pięćset przekonań pod sobą widzieć, – za sobą widzieć… Duch, który chce czegoś wielkiego, który chce i środków do tego, jest z konieczności sceptykiem. Wolność od wszelkiego rodzaju przekonań jest właściwa sile, możność swobodnego patrzenia…3

W tym samym roku, w którym urodził się Emin Pasza, oddano w Opolu do użytku synagogę przy ulicy Szpitalnej 1. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku opolscy Żydzi wybudowali nową, dużą synagogę na wyspie Pasiece. Została spalona w trakcie kryształowej nocy w roku 1938. Starą synagogę zakupiła w roku 1897 Emilia Schweizer, a od niej odkupił budynek Erdmann Raabe z przeznaczeniem na zakład drukarski. Stara synagoga została zaprojektowana w powściągliwym stylu neoklasycystycznym, ale z pewnymi elementami orientalnymi. Obecnie ma w niej swoją siedzibę redakcja Telewizji Opole.

Dawna synagoga

Najpotężniejszą siłą, która władała Eminem, była ciekawość świata. Popychała go coraz dalej w głąb Afryki. W roku 1881 pod sztandarami świętej wojny wybuchło w Sudanie powstanie Mahdiego. Mahdi jednym rozkazem potrafił zgromadzić wokół siebie kilkaset tysięcy wojowników, podczas gdy cały garnizon Emina, stacjonujący w Wadelai, liczył zaledwie dziesięć tysięcy żołnierzy. Przez wiele miesięcy garnizon trwał w dziwnym bezruchu, między życiem a śmiercią, wypatrując z północy fanatycznych derwiszów Mahdiego. „Zawiesiliśmy nasze harfy na wierzbach – pisał Emin – i siedzimy nad wodami Babilonu”4. Emin nie bał się walki. Bał się, że będzie musiał przerwać swoje studia nad florą Afryki, dlatego 22 lipca 1886 roku wysłał przez kuriera krótką depeszę: „Oczekuję wciąż odsieczy, a spodziewam się jej z Anglii”5. Domagał się nadesłania posiłków, aby pozostać w Wadelai. Anglicy tymczasem odczytali depeszę jako prośbę o pomoc w ucieczce. Wyprawą ratunkową miał dowodzić Henry Morton Stanley. Stanley był dziennikarzem. Porzucony przez rodziców wychował się w przytułku. Gardził ludźmi, nienawidził arystokratów i ich manier. Postanowił poprowadzić wyprawę nie od wschodu, jak nakazywałby rozsądek, lecz od zachodu, wzdłuż rzeki Kongo. Dopiero taki wyczyn zapewniał jego wyprawie odpowiedni rozgłos. Stanley wziął ze sobą dziewięciu białych towarzyszy oraz około siedmiuset Murzynów. Połowa z nich zginęła w trakcie wędrówki wzdłuż rzeki – z chorób, z wypadków, z głodu, z ran odniesionych w trakcie walk z tubylcami. 29 kwietnia 1888 roku Stanley, obdarty i wyniszczony, spotkał się z Eminem. Odnotował:

Spodziewałem się zobaczyć wysoką, chudą postać o wyglądzie wojskowym, w zniszczonym mundurze egipskim, a tymczasem patrzyłem na człowieka niskiego, niepozornego, w dobrze utrzymanym fezie i w białym, jak śnieg, ubraniu z drelichu bawełnianego, czystym, pięknie odprasowanym i dobrze leżącym. Ciemna broda otaczała twarz o typie węgierskim, chociaż okulary nadawały jej wygląd trochę włoski lub hiszpański. Na twarzy nie było widać ani śladu choroby lub kłopotu, owszem zdrowie i umysł spokojny6.

Szałas, w którym mieszkał Emin, wyposażony był w łóżko, stół, kilka krzeseł oraz sporą bibliotekę (rzecz warta uwagi, bo wszystko działo się w środku dżungli).

Jako przyrodnik i meteorolog, basza znajduje się w swoim żywiole. Należy do szkoły Schweinfurtha i Holuba; jego zamiłowanie do nauki graniczy z fanatyzmem. W czasie naszych codziennych gawęd usiłowałem zbadać, czy on jest chrześcijaninem, muzułmaninem, żydem, czy poganem, domyślam się prawie, że jest tylko materyalistą7.

Emin, ku niedowierzaniu Stanleya, oświadczył, że nie chce wracać. „Kiedy proponuję mu odwrót do morza, ma zwyczaj uderzać się po kolanach i uśmiechać się, jakby chciał powiedzieć: zobaczymy”8. Dopiero 10 kwietnia 1889 roku Stanley, niemal siłą, zmusił Emina do powrotu. Mógł wreszcie ogłosić swoją wyprawę sukcesem. Gdy Emin pozbył się nadzoru Stanleya, wstąpił na służbę rządu niemieckiego, dla którego zorganizował wyprawę do źródeł Nilu. Badał florę gór Ruwenzori. W trakcie wyprawy rozbił arabską karawanę prowadzącą niewolników. Październikową nocą 1892 roku Arabowie wtargnęli do namiotu, w którym spał Emin. Zasztyletowali go na zlecenie sułtana z Kibongo.

Historia wyprawy ratunkowej Stanleya stała się dla Josepha Conrada inspiracją do napisania Jądra ciemności. Powieściowy Marlow płynie w górę rzeki, by uratować Kurtza, ale Kurtz wcale nie chce wracać. W książce doszło do zamiany osobowości: Conrad obdarzył Marlowa osobowością Emina, zaś Kurtza osobowością Stanleya. W ten sposób Emin Pasza stał się pierwowzorem dla postaci kapitana Willarda z filmu Czas Apokalipsy. Istnieje jednak pewna istotna różnica. Emin Pasza i Henry Morton Stanley byli postaciami nietzscheańskimi w tym sensie, że uosabiali tryumf woli nad słabościami. Bohaterowie Jądra ciemności już tacy nie są. Nietzsche był optymistą, Conrad przeciwnie. Conrad był przekonany, że niezależnie od liczby osiągnięć i doznań życie kończy się zgorzknieniem. Realizm psychologiczny nakazywał mu porzucić optymistyczną fasadę oficjalnych biografii. W ostatnim rozdziale Jądra ciemności Marlow podsumowuje spotkanie z Kurtzem:

Śmieszna to rzecz, życie – owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu. Co najwyżej można się spodziewać od życia odrobiny wiedzy o sobie samym – która przychodzi za późno i jest źródłem niewyczerpanych żalów. Zmagałem się wtedy ze śmiercią. To najmniej zajmująca walka, jaką sobie można wyobrazić. Człowiek prowadzi ją wśród nieuchwytnej szarzyzny, wśród pustki, bez gruntu pod nogami, bez widzów, bez wrzawy, bez chwały, bez wielkiego pragnienia zwycięstwa, bez wielkiej wiary w słuszność własnej sprawy, a z mniejszym jeszcze przekonaniem o słuszności przeciwnika. Jeśli taka ma być najwyższa mądrość, to życie jest większą zagadką, niż przypuszczają niektórzy. Byłem o włos od owej chwili, kiedy człowiek może się wypowiedzieć po raz ostatni, i przekonałem się z upokorzeniem, że prawdopodobnie nie będę miał nic do powiedzenia. Dlatego właśnie twierdzę, iż Kurtz był wybitnym człowiekiem. On miał coś do powiedzenia. On to powiedział. Odkąd sam wyjrzałem poza krawędź, rozumiem lepiej jego wzrok, który nie mógł dostrzec płomienia świecy, lecz dość był dalekosiężny, by objąć cały wszechświat, dość przenikliwy, by przejrzeć wszystkie serca bijące w ciemności. Kurtz zsumował – osądził: „Ohyda!”9.

3

Wiosną 1959 roku pojawił się w Krakowie pewien urzędnik z Opola. Szukał kogoś, komu mógłby powierzyć stanowisko dyrektora teatru. Za pośrednictwem Ludwika Flaszena, krakowskiego krytyka teatralnego, trafił na Jerzego Grotowskiego. Grotowski w 1955 roku ukończył studia na wydziale aktorskim i kończył właśnie studia na wydziale reżyserskim. Władze Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej nie miały zrozumienia dla pomysłów Grotowskiego i w roku 1958 odmówiły mu wystawienia dwu sztuk. Grotowski stanął przed wyborem: albo pozostanie w Krakowie, rezygnując ze swoich pomysłów, albo uda się na prowincję – do Opola – gdzie straci szansę na sukces, ale odzyska wolność. Grotowski wybrał Opole. Flaszen wspominał później:

Będąc początkującym reżyserem Starego Teatru, miał zagwarantowany start do kariery, a sprawiał wrażenie Don Kichota w okularkach dla krótkowidzów, z teczuszką pod pachą10.

Fizjonomia oraz marzenia Grotowskiego predysponowały go do roli klasowego niezguły.

Trzeba tu dodać, że w szkole krakowskiej niektórzy pedagogowie, a również i niektórzy koledzy traktowali Grotowskiego z politowaniem – jako zupełnego dziwaka. Toteż często śmiano się z niego i robiono mu różne tak zwane kawały, niekiedy złośliwe i dokuczliwe. Niewątpliwie wszystko to musiało być dla Grotowskiego bolesne.

Jego aktorzy zaś uchodzili w środowisku teatralnym za typowe „beztalencia” i kandydatów na „nieudaczników profesji”11.

Pod koniec lat pięćdziesiątych zebrała się w Opolu grupa nieudaczników pod wodzą dziwaka. Rzecz przestała być śmieszna dopiero wtedy, gdy opolski „Teatr 13 Rzędów” przeszedł do historii teatru. Przedstawienia odbywały się w piwnicach kamienicy przy Rynku 4. Obecnie znajduje się tu pub „Maska”.

Kamienica przy Rynku 4

Jerzy Grotowski w swoich pismach oraz w wywiadach odwoływał się do pojęć i obserwacji szwajcarskiego psychiatry i filozofa Carla Gustava Junga. Aby zrozumieć, do czego zmierzał Grotowski, warto zapoznać się najpierw z podstawami systemu Junga.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że kiedy kładziemy się spać, doświadczamy nierzeczywistego świata snów. Problemowi odróżnienia jawy od snu poświęcone są Medytacje o pierwszej filozofii Kartezjusza. Kartezjusz doszedł do wniosku, że nie jest w stanie wskazać żadnej fundamentalnej różnicy.

Rękę tę wyciągam przed siebie z rozmysłu i ze świadomością i mam w niej czucie; tak wyraźnie nie przedstawiałoby się śpiącemu. A jednak przypominam sobie, że podobne rozważania zwiodły mnie innym razem w snach. Gdy o tym myślę uważniej, widzę tak jasno, że nigdy nie można na podstawie pewnych oznak odróżnić jawy od snu, iż ogarnia mnie zdumienie i to zdumienie właśnie utwierdza mnie prawie w mniemaniu, że śnię12.

Przekładając myśl Kartezjusza na język bardziej współczesny, można wyrazić ją tak: zarówno jawa, jak i sen są tylko formami rzeczywistości wirtualnej, ponieważ w obu przypadkach mamy do czynienia jedynie z generowaniem przez mózg sygnałów elektrycznych. Przekonanie, że sygnały elektryczne dochodzące nas na jawie posiadają jakieś odniesienie do rzeczywistości z zewnątrz, a podczas snu nie, jest kwestią wiary. Jung był przekonany, że sprawy mają się na odwrót niż podpowiada zdrowy rozsądek: „to nasza nieświadoma egzystencja jest rzeczywista, świat zaś świadomości jest swego rodzaju iluzją lub rzeczywistością pozorną”13. Jung uważał, że w trakcie snu doświadczamy pewnych archetypicznych postaci albo sytuacji, które istnieją bardziej realnie niż świat empiryczny. Szedł dalej niż Freud i twierdził, że oprócz nieświadomości indywidualnej istnieje także nieświadomość zbiorowa. W trakcie snu łączymy się z nią. W pewnym momencie doszedł do przekonania, że nieświadomość zbiorowa jest po prostu Bogiem. W snach Junga pojawiał się często pewien starzec. Jung nazwał go Filomenem. Był przekonany, że myśli wyrażane przez Filomena wykraczają poza jego własne tak daleko, że starzec nie może być tylko tworem jego wyobraźni.

Filomen, podobnie jak inne postaci z moich fantazji, przyniósł mi ostateczną pewność, że istnieją w duszy rzeczy, które nie moim są dziełem – rzeczy, które dokonują się same z siebie i żyją własnym życiem. Filomen uosabiał siłę, której źródłem nie ja byłem. Wyobrażałem sobie, że prowadzę z nim rozmowy, on zaś mówił rzeczy, których ja bym nie pomyślał świadomie14.

Sny podobne do snów Junga przytrafiają mi się niezmiernie rzadko. Śnił mi się kiedyś pewien starzec, który powiedział: „Podam ci albedo Urana: sześć, sześć”. Obudziłem się. Sięgnąłem do biblioteki po Astronomię ogólną Eugeniusza Rybki. Liczba w książce zgadzała się z liczbą podaną przez starca. Niestety, nie był to dowód jego realności, ponieważ książkę Rybki wertowałem wielokrotnie i liczba albedo Urana miała sporo okazji, by zapisać się w moim mózgu. W trakcie podobnego snu najlepiej pytać o coś, z czym nie mogliśmy się zetknąć nigdy wcześniej.

Wnętrze kamienicy przy Rynku 4

W roku 1962 Grotowski wystawił Akropolis według Stanisława Wyspiańskiego. Akcja dramatu w oryginalnym tekście Wyspiańskiego toczy się w wawelskiej katedrze, w której ożywają postaci z arrasów oraz posągi, by odegrać mityczne sceny. W przedstawieniu Grotowskiego zamiast postaci mitycznych pojawiają się więźniowie obozu koncentracyjnego, którzy snują swoje monologi pomiędzy rozrzuconymi bezładnie taboretami dla widzów. Ówczesna prasa pisała:

Widzowie jednak – to świat ludzi żywych, aktorzy natomiast reprezentują twory senne, powstałe z popiołów krematoryjnych pieców. Nie ma więc między tymi dwoma światami porozumienia i poruszający się przez cały czas spektaklu tuż obok widzów aktorzy – prowokacyjnie ich nie dostrzegają15.

Spotkania z innymi ludźmi, do jakich dochodzi w snach, bywają dziwaczne, pogmatwane, zmysłowe, ale często wydają się emocjonalnie głębsze niż na jawie. Podstawowy problem, jaki powstaje przy spotkaniu jednego człowieka z drugim, polega na tym, że niesiemy ze sobą bagaż własnych doświadczeń, myśli i pragnień odmienny od bagaży, które dźwigają inni. Schopenhauer powiada:

Ogólnie biorąc, doskonale zgodnym można być tylko z samym sobą; nie z przyjacielem, nie z kochanką, gdyż różnice indywidualności i nastroju wprowadzają zawsze niewielki choćby dysonans. Dlatego prawdziwy, głęboki pokój w sercu oraz całkowitą równowagę ducha, te najwyższe, obok zdrowia, dobra doczesne, można znaleźć tylko w samotności, na trwałe zaś – tylko wycofując się zupełnie z życia16.

Jung dodawał, że im bardziej złożona czyjaś osobowość, tym większa samotność.

Grotowski zmierzał ku temu, by aktorzy i widzowie zapomnieli o sobie przez zanurzenie się w sennej rzeczywistości, jaką starał się wykreować w piwnicy przy Rynku 4. Ta sama sytuacja przeżyta na jawie i we śnie ma zazwyczaj inny koloryt emocjonalny. W snach traci na znaczeniu przeszłość i przyszłość, co pozwala na wyostrzenie emocji związanych z przeżywaną chwilą – od fascynacji po obrzydzenie. Grotowski zastanawiał się w jednym z wywiadów, jakie powinny być źródła satysfakcji dla aktora:

W teatrze ubogim nie są to kwiaty i niegasnące oklaski, lecz szczególny rodzaj ciszy, pełnej fascynacji, ale również oburzenia, a nawet wstrętu, który widz odczuwa do teatru, a nie do siebie. Niełatwo osiągnąć poziom psychiczny pozwalający wytrzymać taką presję17.

Grotowski wymyślał specjalne ćwiczenia, które miały pozwolić aktorom na lepsze panowanie nad własnymi ciałami. Wszystko to przypominało bardziej klasztor niż teatr. Jak łatwo sobie wyobrazić, „Teatr 13 Rzędów” okazał się finansową katastrofą. Z zachowanych raportów kasowych wynika, że liczba widzów na Akropolis wahała się od czterech do sześćdziesięciu. Jeśli zjawiało się czterech widzów, aktorzy grali dla czterech. Niektóre przedstawienia odwoływano, ponieważ nie sprzedano ani jednego biletu. Część przedstawień odbywała się w sali Opolskich Zakładów Gastronomicznych. Zarząd Zakładów wystąpił z wnioskiem, aby aktorzy dla zwiększenia frekwencji wykonywali w trakcie przedstawień striptiz. Jak widać, Zarząd Zakładów wyprzedził swoją epokę, bo myślał już w kategoriach lat dziewięćdziesiątych. W roku 1963 „Teatrem 13 Rzędów” zainteresował się minister Tadeusz Galiński, który na XIII Plenum KC PZPR zwrócił uwagę, że w Opolu „reżyser i scenograf koniecznie chcą wymyślić co innego niż autor napisał”18. Na początku 1964 roku Wojewódzka Rada Narodowa zmniejszyła dotację na Teatr o połowę. Grotowski podjął decyzję o przeprowadzce do Wrocławia, gdzie jako „Teatr Laboratorium” działał przy Rynku-Ratuszu 27.

Kamienica przy Rynku 4, podobnie jak pozostałe na opolskiej starówce, uległa zniszczeniu w trakcie oblężenia miasta przez Armię Czerwoną. Władze zdecydowały się na odbudowę w oryginalnym kształcie tylko niektórych kamienic. Należały do nich między innymi sąsiadujące z „Teatrem 13 Rzędów” barokowe kamienice pod numerami 5, 6, 7 oraz położone prostopadle 30, 31, 32. Na środku starówki stoi ratusz. Jego wieża została zaprojektowana w 1864 roku na wzór wieży ratusza we Florencji. W zamierzeniu Opole znad Odry miało upodobnić się do Florencji znad Arno.

Posąg Gwiazda na tle eklektycznej kamienicy przy Rynku 24

Idąc od rynku w górę ulicą św. Wojciecha, trafiamy na Wzgórze Uniwersyteckie. W X wieku stała tu warowna osada, a kazania głosił ówczesny biskup praski, św. Wojciech. Przez kilka stuleci Wzgórzem władali dominikanie, potem działał tu szpital, a obecnie Uniwersytet Opolski. Schody prowadzą wprost do podominikańskiego kościoła Matki Boskiej Bolesnej i św. Wojciecha. Z czasów gotyku zachowały się prezbiterium i ostrołukowe okna. Świątynia została przebudowana w okresie Baroku. Obecna fasada, nawiązująca do wczesnego stylu romańskiego, uzyskała swój ostateczny kształt dopiero w latach trzydziestych XX wieku.

Kościół podominikański

Na szczycie Wzgórza Uniwersyteckiego stoi budynek Collegium Maius, odnowiony w 2002 roku, do którego od strony południowej przylega kaplica św. Wojciecha. W Średniowieczu pełniła ona również funkcję baszty obronnej. Wzgórze Uniwersyteckie zdobią pochodzące z różnych epok pomniki, wśród których wyróżnia się grupa Cztery pory roku dłuta Henryka Hartmanna z Barda. W 1752 roku otrzymał on zamówienie od rodu Franckenbergów na kilkanaście figur ogrodowych w Biestrzykowicach koło Namysłowa.

Figura wyobrażająca lato na tle budynku Collegium Maius

Pewnej nocy śniło mi się, że jedno z moich dzieci zbliża się niebezpiecznie do torów kolejowych. Pobiegłem za nim i tuż przed nadjechaniem pociągu schwyciłem za ramię. Przebudziłem się. Kilka sekund później usłyszałem z łóżeczka obok płacz dziecka.

– Co się stało? – zapytałem.

– Taki straszny pociąg jechał.

Z punktu widzenia nauki to za mało, by uznać istnienie nieświadomości zbiorowej. Doświadczenia senne jako subiektywne i jednorazowe wymykają się metodzie naukowej. Jung oskarżał naukowców, że pozostają ślepi na niezwykłe zbiegi okoliczności. Problem w tym, że ludziom bardzo trudno odróżnić zbiegi okoliczności, które mieszczą się w granicach wyznaczonych przez rachunek prawdopodobieństwa, od wykraczających poza te granice. Mózgi nie tylko ludzi, ale wszystkich zwierząt, przeczulone są na punkcie zbiegów okoliczności, gdyż dostrzeżenie w przyrodzie reguły, choćby najdziwniejszej, porządkuje obraz świata i zwiększa szanse na przetrwanie. Jak wiele złudzeń mózg potrafi przy tym wytworzyć, opisuje barwnie Richard Dawkins w książce Rozplatanie tęczy. Biorąc pod uwagę, że na tysiące moich snów tylko jeden można uznać za niezwykły zbieg okoliczności, mieści się on zapewne w granicach wyznaczonych przez rachunek prawdopodobieństwa.

Niezwykłe zbiegi okoliczności Jung nazywał koincydencjami. Koincydencje, które opisywał, wiążą się często ze śmiercią. Przed wejściem do kaplicy św. Wojciecha, wewnątrz czytelni Wydziału Filologicznego, znajdują się dwa renesansowe epitafia – Georga Kitlitza i jego małżonki Barbary. Georg Kitlitz był rektorem uniwersytetu we Frankfurcie nad Odrą. 10 września 1625 roku zmarł jego najmłodszy syn. Tego dnia Kitlitz stwierdził, że nie dożyje pochówku syna. Dwa dni później niespodziewanie zmarł. Barbara żyła jeszcze lat 35.

Płyta nagrobna Kitlitza

Zygmunt Freud domagał się, by wszystkie jego prace traktować jako naukowe. Z obecnej perspektywy można stwierdzić, że tylko niewielka ich część spełnia kryteria naukowości. Jung był bardziej przewidujący. Zdawał sobie sprawę, iż to, co pisze, wykracza poza kryteria nauki, dlatego postulował, by pojmować ją szerzej niż dotąd. Był bowiem przekonany, że nauka, wyznaczając sobie zbyt rygorystyczne kryteria, zamyka się na pewną rzeczywistość jak jasnowidzenie czy telepatia. „Często śnimy o ludziach, od których otrzymujemy list najbliższą pocztą”19.

Eksperymenty na występowanie koincydencji można prowadzić nawet we własnym domu. Wystarczy rozłożyć na stole talię kart przed jedną osobą, a drugiej dać taką samą talię do ręki. Osoba, która trzyma talię w ręku, przekłada przed swoimi oczami jedną kartę za drugą. W tym samym czasie osoba, przed którą leżą rozłożone karty na stole, dobiera je w dowolny sposób. Potem sprawdzamy, ile takich samych kart pojawiło się w obu taliach w tych samych miejscach. Z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa powinniśmy natrafić na takie same karty tylko w jednym miejscu obu talii. Podwyższona wartość przy wielu rozdaniach świadczyłaby o wystąpieniu koincydencji. Eksperyment można modyfikować, prosząc osobę wybierającą karty ze stołu, by uczyniła to na jeden dzień przed przełożeniem kart przez drugą osobę. Mój sceptycyzm nakazuje mi prognozować, że wszystko będzie przebiegać w granicach wyznaczonych przez rachunek prawdopodobieństwa. Poza tym powstaje problem, czego dowodzi wystąpienie ewentualnej koincydencji: istnienia telepatii, nieświadomości zbiorowej czy może tego, że czas jest złudzeniem? Historia nauki zaświadcza, że największy postęp wiedzy następuje dzięki zastosowaniu matematyki. Przyszłością psychologii jest zapewne matematyzacja. Mamy dwie możliwości – ryzykować paranaukowe hipotezy w stylu Junga albo cierpliwe czekać.

Pomnik Grotowskiego na Wzgórzu Uniwersyteckim

W ciągu ostatniego półwiecza psychiatryczne prace Junga straciły na wartości, ale intrygujące pozostają nadal jego prace filozoficzne. Pozwalają spojrzeć na świat w sposób nieco odmienny niż czynimy to zazwyczaj.

Kiedyś znowu nawiedził mnie sen o stosunku Jaźni do „ja”. Wędrowałem. Szedłem wąską drogą przez górzystą okolicę. Świeciło słońce, przede mną roztaczał się rozległy widok. Doszedłem do kapliczki przydrożnej. Drzwi były uchylone, więc wszedłem do środka. Ku memu zdumieniu nie dostrzegłem ani obrazu Matki Boskiej, ani krzyża na ołtarzu, lecz tylko jakąś dekorację z cudownych kwiatów. Przed ołtarzem, na podłodze siedział zwrócony do mnie twarzą jogin w pozycji lotosu, zatopiony w głębokiej kontemplacji. Gdy mu się przyjrzałem dokładniej, zauważyłem, że ma moją twarz. Przeraziłem się. Przebudziłem się z myślą: „A więc to tak! Oto ten, który mnie medytuje – ma sen, a tym snem ja jestem”. Wiedziałem, że kiedy się obudzi, mnie już nie będzie20.

Istotnie, nie da się wykluczyć, że pokój, w którym teraz siedzę przed komputerem, jest snem jakiejś innej osoby, z którą miewam kontakt wewnątrz własnego snu. Takie zapętlenie jest logicznie dopuszczalne, chociaż powoduje pewne trudności w określeniu, kto jest autorem zdania, które właśnie piszę.

4

Gotycki kościół Podwyższenia Krzyża Świętego, będący obecnie katedrą, powstał na przełomie XIII i XIV wieku. Sklepienie gwiaździste zostało nadbudowane w połowie XVI wieku. W latach 1899–1901 Józef Cimbollek podwyższył wieże, przekraczając dopuszczoną przez władze wysokość. Smukłe wieże są samowolą budowlaną.

Katedra w Opolu

W listopadzie 1885 roku w kościele tym został ochrzczony Theodor Kaluza. Kaluzowie byli mieszczańską rodziną, która od około trzystu lat mieszkała w Raciborzu. Ich pochodzenie narodowe nie jest jasne. W domu Kaluzów posługiwano się językiem niemieckim, ale nazwisko wywodziło się prawdopodobnie od polskiego „Kałuża”. Ojciec Theodora Kaluzy, Max, przeprowadził się do Opola, gdzie w miejscowym gimnazjum nauczał języków angielskiego i niemieckiego. W roku 1887 otrzymał propozycję pracy na uniwersytecie w Królewcu, dokąd przeniósł się z całą rodziną. Theodor Kaluza, urodzony w Opolu w domu przy obecnej ulicy Strzelców Bytomskich 9, ukończył matematykę na uniwersytecie w Królewcu, na którym pracował później po habilitacji. W roku 1921 opublikował artykuł, w którym zaproponował dodanie do czterowymiarowej czasoprzestrzeni Einsteina piątego wymiaru.

Kamienna chrzcielnica z XV wieku

Wielowymiarowość wydaje się czymś bardzo tajemniczym, ale matematycznie sprawa jest dosyć prosta. Wyobraźmy sobie zeszyt w kratkę, w którym rysujemy dwie osie współrzędnych. Na układ współrzędnych nanosimy trzy punkty. Pierwszy punkt przesuwamy z pozycji (0,0) do pozycji (1,1). Drugi punkt przesuwamy z pozycji (2,2) do (3,3). Trzeci punkt przesuwamy z pozycji (4,4) do (5,5). Opis trzech punktów poruszających się w przestrzeni dwuwymiarowej można zastąpić opisem jednego punktu poruszającego się w przestrzeni sześciowymiarowej. Punkt z pozycji (0,0,2,2,4,4) przesuwamy do pozycji (1,1,3,3,5,5). I to wszystko. Witajcie w szóstym wymiarze… Wielowymiarowość nie jest problemem dla matematyki, lecz problemem dla ludzkiej wyobraźni. Nasi przodkowie byli narażeni na ataki lwów z trzech wymiarów, ale nie z czwartego lub z piątego wymiaru przestrzeni, gdyż lwy nie potrafią przenikać przez skały albo drzewa. Ludzki mózg nie wykształcił zdolności wyobrażania sobie brył geometrycznych więcej niż w trzech wymiarach przestrzeni, bo taka zdolność była mu ewolucyjnie zbędna. O geometrii sześciowymiarowej wiemy nie mniej niż o geometrii trójwymiarowej. Wiemy, że w geometrii trójwymiarowej istnieje pięć brył foremnych, w geometrii sześciowymiarowej są tylko trzy. Jedną z nich jest hekserakt, który ma 64 ściany. Nikt nie potrafi sobie go wyobrazić, bo jak wyobrazić sobie sześćdziesięcioczterościenny sześcian? Matematyka dostarczyła nam kluczy do świata, do którego wyobraźnia zatrzasnęła nam drzwi.

Dom rodzinny Kaluzów przy ulicy Strzelców Bytomskich 9

W roku 1915 Einstein odkrył ogólną teorię względności, która opisywała pole grawitacyjne. Od przeszło pół wieku istniała teoria Maxwella, która opisywała pole elektromagnetyczne. Fizycy podjęli od razu próby połączenia obu teorii i stworzenia jednolitej teorii pola. Wiosną 1919 roku Theodor Kaluza zauważył, że istnieje duże podobieństwo pomiędzy pewnymi równaniami ogólnej teorii względności, zwanymi symbolami Christoffela, a tensorem pola elektromagnetycznego w teorii Maxwella. Kaluza rozszerzył tensor o piąty wymiar, ale w taki sposób, by składowe tensora nie były od tego wymiaru zależne. Przekładając to z języka matematyki na relacje fizyczne, chodziło o model wszechświata, w którym istnieje pięć wymiarów, ale piąty wymiar jest zwinięty i nie oddziałuje fizycznie. Einstein pisał:

Przeczytałem dokładnie Pański artykuł i stwierdzam, że jest naprawdę interesujący. Na razie nie znalazłem w nim nic niemożliwego. Z drugiej strony, muszę przyznać, że przytoczone argumenty nie są dość przekonujące21.

Teoria Kaluzy została następnie rozwinięta przez szwedzkiego fizyka Oskara Kleina, stąd znana jest obecnie jako teoria Kaluzy-Kleina. Przez kilkanaście lat Einstein wahał się w jej ocenie, przechodząc od akceptacji do sceptycyzmu. W 1931 roku pisał:

Jest rzeczą nienaturalną najpierw zastąpić czterowymiarową rozmaitość kontinuum pięciowymiarowym, a następnie sztucznie związać jeden z wymiarów, aby wyjaśnić fakt, że wymiar ten się nie przejawia22.

Badania empiryczne przyniosły wieści niepomyślne dla Kaluzy, ponieważ własności cząstek elementarnych okazały się odmienne, niż przewidywała jego teoria. Teoria Kaluzy-Kleina poszła w zapomnienie. Abraham Pais poświęcił jej rozdział siedemnasty książki Pan Bóg jest wyrafinowany… Nauka i życie Alberta Einsteina. W przeddzień swojej śmierci Einstein nadal pracował nad stworzeniem jednolitej teorii pola.

Problem połączenia ogólnej teorii względności z teorią Maxwella przerodził się wkrótce w problem połączenia ogólnej teorii względności z mechaniką kwantową. Z ogólnej teorii względności wynika, że wszechświat pozbawiony grawitacji powinien być idealnie płaski. Z zasady nieoznaczoności, występującej w mechanice kwantowej, wynika jednak, że nawet bez grawitacji, na bardzo małych odległościach możliwe są fluktuacje, które zniekształcają czasoprzestrzeń. Chodzi tu o odległości bliskie długości Plancka, a więc tak małe, że niedostępne obecnie obserwacyjnie. W latach siedemdziesiątych fizycy wrócili do pomysłu Kaluzy i zaproponowali unifikację obu teorii w oparciu o jedenaście wymiarów czasoprzestrzeni. W ten sposób narodziła się teoria strun, jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się teorii fizycznych. Podstawowy problem z teorią strun polega na tym, że tworzy ona niewyobrażalną liczbę modeli geometrycznych wszechświata, lecz nie proponuje żadnych testów empirycznych, które byłyby możliwe do przeprowadzenia na obecnym etapie techniki. Sama liczba jedenastu wymiarów (później zaczęto mówić o dwudziestu pięciu) nie wynika z obserwacji, a jedynie z czysto matematycznych modeli na gruncie geometrii Calabiego-Yau.

5

Wieża zamkowa zbudowana została na rozkaz księcia Bolka I pod koniec XIII wieku. Była jedną z pierwszych w Polsce wież zbudowanych nie z kamienia, lecz z cegły. Pełniła funkcję punktu obserwacyjnego i reduty obronnej. Wejście do wieży znajdowało się pierwotnie wysoko nad ziemią – dostępne z drewnianej galerii zamkowej. Wewnątrz mieściły się loch, izba, kuchnia i wartownia. Graniasty hełm pochodzi dopiero z 1957 roku.

Wieża zamkowa i Urząd Wojewódzki

Od XVI wieku zamek zaczął popadać w ruinę. Gdy w latach dwudziestych XX wieku zapadła decyzja o jego rozbiórce, wieża pozostała, gdyż wkomponowano ją w kompleks nowo budowanego gmachu rejencji projektu Friedricha Lehmanna z Piły. Obecnie w budynku rejencji mieści się Urząd Wojewódzki.

Wieża bywa przedmiotem pożądania świętych i mizantropów. Michel z Montaigne wybudował w swoim majątku wieżę, na której najwyższym piętrze spędził większość dorosłego życia, czytając, rozmyślając i pisząc wielotomowe Próby. Carl Gustav Jung, mając 48 lat, rozpoczął nad Jeziorem Zuryskim budowę domu, który składał się z kilku wież. Zamieszkał w jednej z nich. Czytał książki, malował ściany, obserwował przyrodę i rozmawiał z duchami.

Z biegiem lat namalowałem na ścianach obrazy, dając wyraz wszystkiemu, co wywiodło mnie z niepokoju świata w odosobnienie, z teraźniejszości w bezczasowość. Jest to zakątek refleksji i imaginacji – często imaginacji nader nieprzyjemnych i nader niemiłych myśli; to miejsce duchowego skupienia23.

Wieża, w której zamieszkał Jung, celowo pozbawiona była elektryczności. Zobojętnienie na przyszłość miało przenieść Junga w bezczasowość.

Jest rzeczą oczywistą, że ulepszenia nastawione na przyszłość, to znaczy dokonywane nowymi metodami lub za pomocą „gadgetów”, mają siłę przekonywania, są akceptowane natychmiast, z czasem jednak budzą wątpliwości, a w każdym razie przychodzi drogo za nie płacić. W niczym nie powiększają one komfortu, zadowolenia ani szczęścia. Najczęściej są to przejściowe udogodnienia w egzystencji, choćby sposoby na zaoszczędzenie czasu, które nieszczęśliwie tylko przyśpieszają rytm życia, zostawiając nam w ten sposób mniej czasu niż kiedykolwiek dotąd24.

Jung zamierzał odciąć się od nowości technicznych. Ten sposób myślenia, chociaż pociągający, ma jednak pewną wadę – nie bierze pod uwagę, że rozwój nauki, a więc naszego poznania, nie jest możliwy bez rozwoju techniki. Akceleratory, sondy, teleskopy, tomografy umożliwiają wszak poznanie niedostępne w inny sposób.

ROZDZIAŁ IIKATOWICE

1

Jeszcze na początku XIX wieku Katowice były wsią, której życie wspólnotowe toczyło się głównie wzdłuż obecnej ulicy Warszawskiej, zapełnionej przez drewniane chłopskie chaty kryte słomą. Z 1815 roku pochodzi kamienna statuetka św. Jana, której kopia stoi pośrodku prostopadłej do ulicy Warszawskiej ulicy św. Jana.

Figurka św. Jana na tle kamienicy z 1875 roku

Wzmożony rozwój Katowic rozpoczął się w połowie XIX wieku, zwłaszcza od roku 1865, gdy osada zyskała prawa miejskie. Miasto rozrastało się początkowo w dwu kierunkach – na wschód od rynku, wzdłuż obecnej ulicy Warszawskiej, wówczas Friedrichstraße, oraz na zachód, wzdłuż obecnej ulicy 3 Maja. Przy ulicy Warszawskiej stoi kilka domów pamiętających jeszcze okres pierwszej ekspansji. Najstarszy z nich znajduje się przy ulicy Warszawskiej 29 i pochodzi sprzed roku 1855. Należał do inżyniera Edwarda Nacksa – właściciela fabryki maszyn parowych. Został zbudowany w stylu neoklasycystycznym, o czym świadczy powściągliwa dekoracja obramień okiennych, jak i delikatny, ząbkowany gzyms umieszczony pod attyką. Do dzisiaj zachowały się w podwórzu warsztaty Nacksa – na rogu ulic Francuskiej i Starowiejskiej.

W roku 1871 Richard Holtze, katowicki przemysłowiec i przewodniczący rady miejskiej, wspominał lata pięćdziesiąte XIX wieku w taki sposób:

Dom przy ulicy Warszawskiej 29

Tu i tam między chałupami, z nieodłączną kupą gnoju przed wejściem i piwnicą obrośniętą trawą w obejściu, stoi nowy miejski dom z kwietnikiem, obok hotel, z którego nieskazitelnych okien bawialni rozbrzmiewa muzyka koncertowa, i jest jeszcze szynk, gdzie pijanym zachwytom proletariuszy towarzyszy buczenie basu i pisk klarnetu; grzęznące w błocie wózki cynowe wymijają eleganckie ekwipaże, tu modnisia pod ramię z wyabsztyfikowanym panem, tam robotnik w wysmolonej lnianej koszuli, gatkach, szerokim kapeluszu i trepach – oto tematy do szkicu malarskiego albo historycznego z tamtej epoki1.

Ulica Warszawska jest szeroka i taka była od samego początku. W miejscu, gdzie obecnie znajduje się chodnik, sto lat temu rozciągały się przydomowe ogrody. Chodnik położony był bliżej torów tramwajowych, zaś tuż obok torów ciągnął się szpaler ozdobnych drzew liściastych. Na przełomie XIX i XX wieku ulice i chodniki Katowic wybrukowano granitową kostką. W roku 1873, po wybuchu epidemii cholery, zamknięto studnie miejskie. Większość ulic objęto siecią wodociągową, kanalizacyjną i gazową, a tuż przed wybuchem I wojny światowej także siecią elektryczną. Zużycie prądu elektrycznego na głowę mieszkańca było najwyższe w całym Cesarstwie Niemieckim.

W roku 1855 przybył do Katowic mistrz budowlany Izaak Grünfeld, urodzony w Żorach w rodzinie żydowskiej. Zniemczył się i przybrał imię Ignatz. Była to tendencja powszechna. W 1871 roku 11% mieszkańców Katowic deklarowało przynależność do wyznania mojżeszowego, w roku 1900 już tylko 7%. Główną przyczyną spadku nie były wyjazdy Żydów, lecz przechodzenie na protestantyzm. Grünfeld stał się jednym z największych projektantów i budowniczych w Katowicach. W roku 1869 zaprojektował dla siebie dom w stylu neoklasycystycznym przy ulicy Warszawskiej 12.

Dom przy ulicy Warszawskiej 12

Zdecydowaną większość ludności w centrum Katowic stanowili Niemcy wyznania ewangelickiego. Mimo bogactwa, którym dysponowali, religia nakazywała im skromność, dlatego wille miejskie wybudowane w drugiej połowie XIX wieku są skromne, proste, bez wyszukanych zdobień. W architekturze ulicy Warszawskiej dominują wille w stylu neoklasycystycznym, o zwartej bryle, stylistycznie wywodzące się z Berlina. Skromność obowiązywała również we wnętrzach. Pan domu posiadał zazwyczaj jeden pokój dla siebie, w którym znajdował się zarówno gabinet, jak i biblioteka. Było w złym guście budować osobne pokoje na bibliotekę, bilard czy palarnię. Najbardziej okazała willa, również w stylu neoklasycystycznym, pochodząca z roku 1876, stoi przy ulicy Warszawskiej 5. Zaprojektował ją Ignatz Grünfeld dla jednego z najbogatszych miejscowych przemysłowców, założyciela pierwszego w mieście banku – Eliasa Sachsa. Ignatz Grünfeld ożenił się z jego siostrą – Johanną.

Dom przy ulicy Warszawskiej 5

Z małżeństwa Ignatza z Johanną przyszło na świat sześciu synów. Dwóch z nich zostało architektami, w tym Hugo Grünfeld, który po ukończeniu Królewskiej Szkoły Budowlanej kontynuował pracę ojca. W okresie międzywojennym stanął na czele partii, która broniła praw mniejszości niemieckiej w Katowicach. Paradoksalnie, gdy we wrześniu 1939 roku wkroczyli do miasta Niemcy, musiał uciekać z uwagi na swoje żydowskie pochodzenie. Zbiegł do Lwowa, gdzie po kilku dniach zmarł w wyniku zapalenia płuc, którego nabawił się w trakcie ucieczki. Do jego projektów należy między innymi secesyjna kamienica „Pod Butem” przy ulicy 3 Maja 6 oraz 8 stanowiąca połączenie dwu budynków, z których pochodzący z roku 1903 zawiera elementy nawiązujące do gotyku, zaś pochodzący z roku 1907 do modernizmu.

Jedynym budynkiem w centrum Katowic, do którego stosuje się niekiedy nazwę pałacu, jest znajdujący się przy placu Wolności 12a dom braci Abrahama i Józefa Goldsteinów, obecnie Pałac Ślubów. Bracia przybyli do Katowic z zaboru rosyjskiego. Byli właścicielami sieci tartaków, w tym w Łodzi i w Warszawie. Pałac powstał w stylu neorenesansowym około roku 1870. Autor projektu architektonicznego pałacu Goldsteinów nie jest znany, ale wywodził się zapewne z berlińskiej szkoły Karla Friedricha Schinkla – miłośnika dziesięcioksięgu Witruwiusza. Schinkel był protegowanym zmarłego w roku 1861 króla Prus Fryderyka Wilhelma IV, który fascynował się włoskim renesansem, zwłaszcza architekturą Toskanii. W konsekwencji katowicki pałac jest dalekim echem estetycznych zamiłowań pruskiego króla i posiada cechy typowe dla włoskiego renesansu – szerokie fryzy, czyli poziome pasy płaskorzeźb, kapitele w porządku toskańskim, wieżę w stylu włoskim.

Alegoria Sztuki, Nauki i Przemysłu na fasadzie pałacu przy placu Wolności 12a

W okresie międzywojennym w pałacu mieściła się siedziba Izby Przemysłowo-Handlowej, po wojnie Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Jako nastolatek recytowałem tu wiersze Majakowskiego.

2

Na przełomie XIX i XX wieku z Katowicami związała się rodzina Göppertów. Göppertowie byli starym aptekarskim rodem pochodzącym ze Szprotawy – śląskiej miejscowości w pobliżu Zielonej Góry. W roku 1821 Heinrich Robert Göppert opuścił Szprotawę i udał się na studia do Wrocławia. Został profesorem, wykładał botanikę i paleontologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Zebrawszy na Górnym Śląsku materiały paleontologiczne, opracował teorię pochodzenia węgla kamiennego z roślin lądowych, które znalazły się pod wodą w warunkach ograniczonego dostępu powietrza. Teoria o organicznym pochodzeniu węgla pojawiła się już na początku XVIII wieku, ale przyjęto ją sceptycznie. Dopiero w 1848 roku Heinrich Robert Göppert wykazał za pomocą badań mikroskopowych, że węgiel kamienny składa się z materiału pochodzenia organicznego. Jego syn, również Heinrich, ukończył prawo i został radcą w departamencie szkolnictwa wyższego w Berlinie. Następny w rodzinie, Friedrich, urodzony w 1870 roku, po studiach w Berlinie i Heidelbergu ukończył medycynę. W roku 1900 przyjechał do Katowic, gdzie otworzył gabinet pediatryczny w kamienicy przy ulicy Warszawskiej 1, pochodzącej z roku 1874, wybudowanej w stylu neorenesansowym. Po drugiej stronie ulicy znajduje się obecnie neoklasycystyczny budynek Teatru Śląskiego, który jako teatr niemiecki został otwarty w roku 1907.