Przewiń - Howard Catherine Ryan - ebook

Przewiń ebook

Howard Catherine Ryan

3,7

Opis

Jesteś jedynym świadkiem morderstwa. Choć nie wolno ci było patrzeć...

ODTWÓRZ

Andrew, menadżer Shanamore Holiday Cottages, podgląda swojego jedynego gościa w ukrytej kamerze, w pokoju. Tej nocy dzieją się rzeczy niewiarygodne. Na ekranie pojawia się niewyraźna postać, która zabija kobietę i niszczy kamerę. Kim jest morderca? Skąd wiedział o kamerze? Czy życie Andrew jest zagrożone?

ZATRZYMAJ

Gdy tylko Natalie przybywa do zimowego, odciętego od świata Shanamore, już żałuje swojej decyzji. Wolałaby pozostać w domu. Kierownik hotelu wydaje jej się przerażający. Najchętniej wyjechałaby już, teraz, zaraz, ale nie może - przecież przyjechała tu, ponieważ szuka...

Przewiń

W tej dramatycznej historii na podobieństwo "Fatalnego zauroczenia" obserwujesz mordercę, uwiecznionego na nagraniu... Lecz nie widziałeś początku. Przewiń nagranie i odtwórz je całe. Nie ugnij się przed tym, co zobaczysz...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:

Popularność




Tytuł oryginału REWIND

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaMagdalena Wagner

KorektaEwa Grabowska Marzenna Kłos

Copyright © Catherine Ryan Howard, 2019Copyright © for the Polish translation by Szymon Kołodziejski, 2021

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2021

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9834-3

Skład wersji elektronicznej

W pokoju cieni śpi kobieta.

Jest kształtem po prawej stronie podwójnego łóżka. Kosmyki jej ciemnych włosów opadły na poduszkę. Jedną rękę ma odkrytą, na palcu serdecznym widać obrączkę.

Nie wie, że nie jest sama.

Pokój jest jej nieznany, co dopiero w ciemności. Gdyby teraz się obudziła, uniosłaby głowę, oparła się na łokciach i rozejrzała. Wkrótce jej oczy przyzwyczaiłyby się do ciemności, kształty stałyby się wyraźniejsze.

Po chwili przypomniałaby sobie, gdzie jest i po co tu przyjechała.

Jak długo zajęłoby jej dostrzeżenie kształtu, który tu nie pasuje?

Stoi w rogu z rękami opuszczonymi wzdłuż tułowia. Ubranie ma ciemne i grube – powłoka chroniąca przed mrozem. Na dłoniach rękawiczki, na głowie kominiarka. Jest odrobinę przekręcona, widać tylko część oczu, a z miejsca na usta wystaje policzek.

Obserwuje.

Obserwuje i czeka.

Czeka, żeby użyć noża z długim, ząbkowanym ostrzem, który trzyma przy ciele.

Czas mija.

Kobieta zaczyna się kręcić – porusza nogami, obraca się, chowa rękę pod kołdrę – ale się nie budzi. Czarna postać podchodzi do łóżka i staje nad nią. Nie budzi się. Postać wyciąga dłoń i delikatnie głaszcze twarz kobiety, a ona wciąż się nie budzi.

Intruz wykręca kciukiem i środkowym palcem policzek kobiety. Mocno. Teraz staje się jasne, że chce, żeby się obudziła.

Mija chwila.

Nagły ruch.

Kobieta otwiera oczy. Podnosi głowę i ramiona z poduszki, unosi nogi przykryte kołdrą. Otwiera usta, jakby chciała krzyknąć, ale postać zasłania je dłonią i popycha kobietę z powrotem na łóżko. Palcami ręki, w której trzyma nóż, odrzuca kołdrę. Kobieta ma na sobie szorty i top, jej blade kończyny są nagie, odsłonięte. Zauważa ostrze i z całych sił próbuje się wyswobodzić. Macha szaleńczo rękami, kopie, szarpie i wierci się, palcami chwyta kominiarkę…

Nóż powoli się unosi, a potem szybko opada. Ruch jest pełen siły, ostrze przebija się przez cienki materiał topu i zatapia w nagim brzuchu kobiety.

Góra. Dół.

W klatkę piersiową.

Góra. Dół.

Cięcie wzdłuż przedramienia.

Góra. Dół.

Wbija się głęboko w prawą stronę szyi, tuż pod szczęką.

Intruz robi krok w tył.

Kobieta chwyta się za szyję, jej palce natychmiast zalewają się krwią wydostającą się z rany. Ma usta otwarte w niemym krzyku.

Pojawiają się ciemne plamy.

Kobieta przewraca się na prawą stronę. Wyciąga niezranioną rękę ponad krawędź łóżka, w stronę intruza, jakby błagając o pomoc.

Postać w ciemności schyla się, żeby położyć nóż na stoliku nocnym, po czym podchodzi do komody stojącej pod ścianą naprzeciwko łóżka i niszczy ukrytą tam kamerę.

COFNIJ  

Podróż zajęła Natalie większość dnia. Cork było ostatnim dużym miastem, które minęła. Wsiadła tam do pociągu, a następnie przesiadła się do autobusu, w którym teraz się znajduje. Autobus przemknął przez Midleton – żegnajcie też miasteczka – a potem jechał dalej, powoli, po wąskich, krętych drogach, na których pojedyncze białe linie były już prawie niewidoczne. Gdy pierwszy raz zauważyła morze, znajdowała się już trzysta kilometrów od domu. Ruch przerzedził się do okazjonalnie przejeżdżającego auta, ale droga wiła się tak bardzo, że kierowca przed każdym zakrętem ostrzegawczo oznajmiał klaksonem, że nadjeżdża.

Natalie obserwowała, jak kreski zasięgu na ekranie jej telefonu znikają jedna po drugiej. Internet już straciła, gdzieś pomiędzy Castlemartyr a Ladysbridge. Urządzenie w jej dłoni było prawie bezużyteczne. Powstrzymała się przed połączeniem z autobusowym wi-fi przez ostatnie kilka minut podróży i wrzuciła telefon do torebki.

Przez minutę czuła się spokojna i wolna.

Potem zaczęła się wiercić i pocić.

Obróciła głowę i skupiła się na widoku z okna. Ciemniejące niebo i szare morze zniekształcone przez dwa kleksy. Mały i duży. Wyspy. Natalie dostrzegła czubek latarni morskiej na tej większej, z oddali przypominający stalówkę drogiego pióra. Potem autobus skręcił ostro w prawo i widać było tylko pola, drzewa i staroświeckie bungalowy otoczone niskimi kamiennymi murami ustawionymi tuż przy drodze.

Następnie znak informujący, że za pięćset metrów dojadą do sklepu i kawiarni The Kiln.

Zaraz za nim kolejny: „Witamy w Shanamore”.

Dotarła.

Przez całą podróż jej nogi grzało ciepłe powietrze z kratownicy znajdującej się pod siedzeniem. Pragnęła wyjść na zimne, świeże powietrze, ale jednocześnie chciała też zostać w autobusie, żeby zabrał ją z tego miejsca, żeby mogła wrócić do domu, porozmawiać z Mikiem i zapomnieć o tym wszystkim, póki jeszcze mogła.

Jednak gdy autobus zatrzymał się na przystanku, wstała i wysiadła.

Nie była przygotowana na powiew mroźnego listopadowego powietrza, który natychmiast przebił się przez ubranie i szczypał skórę. Wyszła z ogrzewanego autobusu, więc uczucie jeszcze się spotęgowało. Szybko włożyła płaszcz, który miała przewieszony przez ramię.

Podróż pociągiem z Dublina do Cork trwała prawie trzy godziny. Cały ten czas spędziła, przeglądając w sieci zdjęcia Shanamore. Dlatego, kiedy już tu dotarła, poczuła się dziwnie. Tak jakby przechodziła się po miejscach z filmu, który oglądała setki razy: wszystko wydawało się dziwnie znajome, a jednocześnie całkowicie obce.

Autobus zatrzymał się przed wjazdem na parking przy The Kiln, modnym designerskim sklepie – budynek przypominał stodołę – w którym wciska się lokalne rzemiosło nadzianym obcokrajowcom i espresso tutejszym rolnikom. Parking był jedyną asfaltową powierzchnią w polu widzenia Natalie. Za nią wznosił się kościół, najwyższa budowla w okolicy. Obok znajdował się mały park, z koszami na śmieci pełnymi butelek po piwie i stołami piknikowymi pokrytymi zaschniętym ptasim gównem. Pagórek porośnięty spłowiałą, rzadką trawą opadał do następnego zakrętu drogi. Logo stacji benzynowej w oddali świeciło intensywnie na ciemniejącym niebie. Dokładnie naprzeciwko znajdował się rząd domów szeregowych. Po obu stronach stały puby. Jeden z nich był idealną pożywką dla Instagrama, drugi powinien zostać natychmiast zburzony.

Obok malowniczego pubu znajdował się wylot wąskiej drogi. Natalie zobaczyła dużą dziurę wypełnioną kruszejącym betonem i kałużami z mętną wodą. Kiedy uniosła głowę, dostrzegła kawał tektury z napisem: CHATKI SHANAMORE, 1KM przybity do najbliższego słupa telefonicznego. Strzałka wskazywała wylot drogi.

Oprócz tego widziała tylko żywopłoty, drzewa i niebo. Robiło się coraz ciemniej. Natalie nie nosiła zegarka, ale przypomniała sobie, że wyłączyła telefon najwyżej dziesięć minut temu, tuż po siedemnastej. Musiała dostać się do chatek, zanim całkowicie się ściemni.

Ruszyła, ciągnąc za sobą walizkę.

Plastikowe kółka dudniły po asfalcie. W martwej ciszy hałas wydawał się z każdą chwilą narastać. Natalie pomyślała, że przynajmniej droga jest prosta, więc kierowcy samochodów nadjeżdżających z naprzeciwka na pewno by ją zauważyli. Taką miała nadzieję.

Gdy w końcu zobaczyła znak oznajmiający wjazd do Chatek Shanamore, domyśliła się, że dojście tu zajęło jej mniej więcej piętnaście minut, czyli tyle, ile obiecywało Google Maps. Chatki nie prezentowały się najlepiej.

Wyglądały dokładnie tak, jak na zdjęciach w internecie, to znaczy w ogóle nie przypominały chatek. Zbiorowisko identycznych sześcianów z gładkiego, niepomalowanego cementu, z grubymi zielonkawymi szybami. Najmniejszy sześcian, wielkości mniej więcej dwóch budek telefonicznych, służył za wejście. Jedynym nieszklanym elementem były drewniane frontowe drzwi. Większy sześcian tworzył parter domu, a małe sześciany robiły za okna wykuszowe w postmodernistycznym stylu, jedno z przodu, drugie z boku. Kolejny sześcian tworzył pierwsze piętro, cofnięty względem parteru o metr lub dwa. Cała przednia część tego sześcianu, w którym znajdowała się sypialnia, z tego co Natalie przeczytała na stronie internetowej – była zrobiona ze szkła.

Stało się oczywiste, że zdjęcia wstawione do sieci zrobiono pod odpowiednim kątem. Pominięto na nich niedokończoną konstrukcję z pustaków stojącą na polu obok. Ze zdjęć trudno było określić odległość dzielącą chatki. Stały w dwóch rzędach po trzy, frontami do siebie, oddzielone wąskimi dróżkami. Natalie podejrzewała, że jeśli stanie się na jednej z nich i rozłoży ręce, będzie można dotknąć chatki po każdej ze stron. W internecie, w sekcji nieruchomości znalazła stary artykuł, w którym napisano, że to wizja ambitnego młodego architekta, który poszedł na studia architektoniczne niesiony modą, a po ich ukończeniu dostał od ojca pas ziemi. Stawiając na niej chatki, zapewne myślał o podniesieniu wartości gruntu. Jeśli to rzeczywiście był jego plan, to nie zadziałał. Chatki przez lata stały puste, żaden kupiec nie chciał zainwestować pierwszy, aż wreszcie jakaś zagraniczna firma inwestycyjna kupiła teren za bezcen i zamieniła w ośrodek wypoczynkowy na krótkie terminy.

Ruch.

Z najbliższej chatki wyłonił się mężczyzna i szedł w jej stronę. Na szybie domu był napis, którego Natalie nie mogła przeczytać w ciemności, ale pomyślała, że to pewnie recepcja.

Mężczyzna pomachał do niej i zawołał:

– Marie?!

To musi być Andrew, kierownik ośrodka.

Natalie odmachała.

– To ja.

Marie to jej drugie imię. Zrobiła rezerwację przez telefon ledwie kilka godzin temu, podając imię Marie i nazwisko Kerr, które nosił jej mąż Mike i którego nigdy nie używała. Jeśli musiałaby okazać kartę kredytową albo dowód, wszystko by się wydało. Miała nadzieję, że zameldowanie się w Chatkach Shanamore jest formalnością. W końcu, żeby potwierdzić rezerwację, musiała podać tylko nazwisko i numer telefonu.

Na podjeździe stał czerwony hatchback. Zatrzymali się przy bagażniku. Rejestracja samochodu była niewidoczna przez grubą warstwę zaschniętego błota.

– Witamy w Shanamore – powiedział Andrew.

Ton jego głosu brzmiał trochę tak, jakby przepraszał.

Niepewnie uścisnęli sobie dłonie. Natalie zdawała sobie sprawę, że jej ręka jest spocona i gorąca od ciągnięcia walizki.

Andrew miał na sobie czarne sztruksowe spodnie i gruby wełniany sweter, zdecydowanie za duży na jego żylastą sylwetkę. Palcami przytrzymywał przydługie rękawy. Jego włosy były dość długie i opadały mu na oczy. Fryzura, jaką nosili chłopcy, gdy Natalie chodziła do szkoły. (Curtains? Czy nie tak się nazywała?). Dzięki temu z daleka robił wrażenie młodego chłopaka, ale teraz, gdy się zbliżył, Natalie zobaczyła, że mężczyzna jest mniej więcej w jej wieku, pod trzydziestkę.

– Znalazłaś nas bez problemu? – zapytał.

– Jasne.

Rozejrzał się, spojrzał za nią.

– Nie szłaś całą drogę, prawda?

– Tylko ten kawałek – odpowiedziała. – Wysiadłam z autobusu przy The Kiln.

– Byłaś tu wcześniej? W Shanamore?

– Nie, nigdy.

– Nie przyjechałaś tutaj, żeby uczyć się ceramiki, prawda?

Już ją o to pytał przez telefon. Miejscowy garncarz, który prowadził tygodniowy kurs, oferował zniżkę, jeśli zatrzymało się w tym miejscu.

– Nie. – Natalie się uśmiechnęła. – Po prostu mam ochotę na kilka dni ciszy i spokoju, to wszystko.

– Cóż, w takim razie pokażę ci twoją chatkę.

Ruszyli, on prowadził.

– Mieszkasz tu? – zapytała.

– Tak.

– Przez cały rok?

– Przez cały rok.

– Mówiłeś przez telefon, że o tej porze roku dostępne są tylko jedna lub dwie chatki?

– Tak jest łatwiej – odpowiedział Andrew. – Sensowniej.

– Czy w takim razie mogę zapytać które?

Andrew wyciągnął z kieszeni klucz i uniósł do światła. Na plastikowej etykietce widniała duża wydrukowana szóstka.

Natalie starała się nie dać nic po sobie poznać, ale poczuła ogromną ulgę.

*

Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby pokazał jej inną chatkę. Pewnie różnymi sposobami próbowałaby się dostać do szóstki albo złożyłaby jakąś skargę, domagając się przeniesienia. Na szczęście nie musiała się już nad tym zastanawiać.

Szóstka znajdowała się dokładnie naprzeciwko jedynki, w której mieszkał Andrew. Otworzył drzwi i wszedł przed nią. W chatce nie było ani holu, ani przedpokoju, wchodziło się od razu do salonu i stawało na wprost schodów. Parter był dużą, otwartą przestrzenią.

– Miałem zrobić to wcześniej – wymamrotał Andrew, biegając po pokoju i włączając światła. Dwie lampy stojące na podłodze, żyrandol nad stołem, lampki umieszczone dokładnie nad wyblakłymi zdjęciami Shanamore Strand w tanich ramkach z IKEA. Wcisnął przycisk i za czarną szybą kominka pojawił się sztuczny płomień. Bawił się termostatem, dopóki najbliższy kaloryfer nie zaczął bulgotać i stukotać. Poprawił poduszki na kanapie i ustawił prosto stolik do kawy.

Natalie weszła do środka, zamknęła za sobą drzwi i patrzyła, jak Andrew kręci się po pokoju. Przypominał jej stewarda przygotowującego pokład: wyćwiczony do tego stopnia, że jego ruchy były automatyczne.

– Och – powiedział nagle. – Zapomniałem o koszyku powitalnym.

Zanim Natalie zdążyła odpowiedzieć, wyszedł z chatki i drzwi frontowe zamknęły się po raz drugi w ciągu minuty.

Postawiła walizkę i weszła w głąb pokoju.

Wokół kominka i powieszonego nad nim telewizora ustawiono w kształcie litery U dwie czarne skórzane kanapy i pasujący do nich fotel. Za najbardziej oddaloną kanapą, na końcu pokoju, stał solidny drewniany stół z miejscem dla ośmiu osób, a za nim białe szafki w ultranowoczesnym stylu. Lśniące wykończenie sprawiało, że mieniły się w świetle.

Tylna ściana była w całości ze szkła; ogromne okno z drzwiami. Schody przylegały do ściany bocznej i nie miały poręczy. Natalie poczuła się niepewnie na sam ich widok. Pozostałe dwie ściany tworzyły dwa wysokie od sufitu do podłogi okna. Na zewnątrz ściemniło się na tyle, że w szybach odbijało się wnętrze chatki.

Natalie dotknęła poduszki na fotelu i poczuła zimno i wilgoć.

I gulę w gardle.

Ukłucie w sercu.

To nie może być to miejsce… prawda?

Drzwi się otworzyły. Andrew wrócił i niósł mały wiklinowy koszyk. Do środka wdarło się chłodne powietrze.

Patrzył na nią z uniesionymi brwiami, czekał na werdykt.

– Ładnie – powiedziała. – Uroczo.

– Dobrze. Cieszę się, że ci się podoba. Przepraszam za ziąb. Powinienem wcześniej włączyć ogrzewanie, ale na pewno dość szybko się ogrzeje. – Postawił koszyk na stoliku. – Więc… jakieś pytania?

– Nie, nie. Wydaje mi się, że wszystko wiem.

Uśmiechnęła się. Ich spojrzenia się spotkały. Zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy. Kontakt wzrokowy ewidentnie nie był jego mocną stroną. Potwierdził to, niemal natychmiast odwracając głowę.

Potem pomachał jej delikatnie, odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Odgłos zamykania drzwi rozniósł się echem po całym domu, a potem znów zrobiło się cicho i spokojnie.

Za cicho i za spokojnie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

PODZIĘKOWANIA

Nie trzymalibyście tej książki w swoich rękach, gdyby nie pomoc trzech cudownych kobiet: Jane Gregory, Sary O’Keeffe i Susannah Hamilton. Nigdy nie napisałabym trzeciej książki, gdyby nie przyjaźń/wsparcie/terapia zakrapiana ginem z Hazel Gaynor i Carmel Harrington; poznanie was to jedna z najlepszych chwil mojego życia jako autorki książek. Specjalne podziękowania dla wszystkich w David Higham & Associates, Corvus/AtlanticBooks i Blackstone Publishing i wszystkich księgarzy, autorów blogów, czytelników, recenzentów i autorów, którzy szczerze wspierali mnie i moje książki. Dziękuję także Casey King, znakomitej konsultantce procedur Garda, Erin Mitchell za najlepsze wiadomości tekstowe i Andrei Summers za pokazanie mi PostSecret, serwisu internetowego, z którego zaczerpnęłam pomysł na tę książkę. Dziękuję Sheenie Lambert: ta „kakofonia” była specjalnie dla ciebie – baw się dobrze! Barry’emu O’Connellowi: mówiłam, że wcisnę tu twoje imię i nazwisko, Sheelagh i Ianowi: jesteście moimi ulubionymi głosami z daleka.

Dziękuję również mamie, tacie, Johnowi i Claire. Nie mieli szczególnego udziału przy procesie pisania tej książki, ale wiem, że czuliby się urażeni, gdyby nie znaleźli się na stronie z podziękowaniami.

Dziękuję również Wam, za przeczytanie!