Przedwojenna Polska w liczbach - Kamil Janicki, Rafał Kuzak, Dariusz Kaliński, Aleksandra Zaprutko-Janicka - ebook

Opis

Fascynująca i bezkompromisowa panorama II Rzeczpospolitej: państwa wielkiego sukcesu, jeszcze większych wyzwań i wprost nieprawdopodobnych kontrastów. Ile zarabiał typowy mieszkaniec przedwojennej Warszawy, na co wydawał swoją pensję i ile kosztowały go codzienne zakupy? Dlaczego w przedwojennej Polsce niemal nikt nie mógł marzyć o własnym pokoju, a miliony – nawet o własnym łóżku? Jakie przestępstwa popełniano najczęściej, ilu Polaków nie potrafiło czytać ani pisać i które choroby były głównymi przyczynami śmierci?

Zespół portalu WielkaHISTORIA.pl – najpopularniejszego w Polsce magazynu o historii – odsłania rzeczywistość sprzed stulecia w oparciu nie tylko o oficjalne statystyki, ale też dotąd nieznane lub celowo fałszowane i ukrywane liczby. Przeczytaj o kraju, w którym pociągi wykolejały się średnio co 33 godziny i nagminnie spóźniały o 90 lub więcej minut, ale lot z Warszawy do Krakowa kosztował zaledwie 40 złotych. O Polsce, w której tylko 5% dróg nadawało się do jazdy samochodem, ale która w ciągu jednej dekady zdołała zbudować jeden z najprężniej działających portów nad Bałtykiem. I w której o wynikach wyborów decydowały kobiety, a mimo to żadna z nich nie weszła w skład rządu. Na rynku pracy oferowano im zaś stawki nawet o 40% niższe niż mężczyznom.

Warunki życia, transport, rozrywka, gospodarka, codzienne wyzwania, wojsko, używki, rewolucje technologiczne i sny o koloniach. II Rzeczpospolita taka, jaką była naprawdę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 248

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Roz­dział 1. Pań­stwo bez tery­to­rium

Kamil Janicki

Roz­dział 1

Pań­stwo bez tery­to­rium

Gdyby Niemcy wygrali I wojnę świa­tową, Pol­ska mia­łaby mniej niż 100 000 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych i poni­żej 10 mln miesz­kań­ców

„Tylko pomyśl!” – wzy­wała anglo­ję­zyczna pocz­tówka z 1918 roku. – „Pola­ków jest 30 milio­nów!”. Dla lep­szego efektu liczbę wytłusz­czono i pod­kre­ślono. Pod nią wid­niała mapa Europy z potężną, pysz­niącą się na czer­wono Rzecz­po­spo­litą. Tyle że w gra­ni­cach z zupeł­nie innej epoki.

Druk przy­go­to­wały śro­do­wi­ska polo­nijne w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W schył­ko­wych mie­sią­cach pierw­szej wojny świa­to­wej miał przy­po­mi­nać zwy­kłym Ame­ry­ka­nom o toczo­nej przez Pola­ków walce o nie­pod­le­głość. Miał też uzmy­sło­wić im, gdzie wła­ści­wie leży i jak wygląda Pol­ska. Zada­nie było o wiele trud­niej­sze, niż mogłoby się wyda­wać.

Wbrew temu, czego uczą szkolne pod­ręcz­niki, pań­stwo pol­skie nie zro­dziło się nagle, z dnia na dzień, w listo­pa­dzie 1918 roku. Jego for­malne i fak­tyczne pod­stawy budo­wano już od dwóch lat. Też w listo­pa­dzie, tyle że 1916 roku, władcy Cesar­stwa Nie­miec­kiego i Austro-Węgier uro­czy­ście ogło­sili utwo­rze­nie odręb­nego Kró­le­stwa Pol­skiego. Nie­miecka orkie­stra woj­skowa ode­grała Boże coś Pol­skę przez tak liczne wieki, na war­szaw­skim ratu­szu wywie­szono godło z Orłem Bia­łym, wszę­dzie zaro­iło się od biało-czer­wo­nych flag. Oczy­wi­ście dwóm cesa­rzom nie leżały na ser­cach losy pod­bi­tego narodu, ale chęć pozy­ska­nia rekru­tów. Raz roz­po­czę­tego pro­cesu nie dało się już jed­nak zaha­mo­wać, a roz­pa­lo­nych aspi­ra­cji – wyga­sić.

Z począt­kiem 1917 roku zaczęto for­mo­wać organy pol­skich władz, rzecz jasna ści­śle pod­po­rząd­ko­wane Niem­com. Tym­cza­sowa Rada Stanu, ist­nie­jąca od stycz­nia do sierp­nia 1917 roku, zatrud­niała łącz­nie około 150 osób. Komi­sja Przej­ściowa, którą następ­nie wyło­niono miała już 350-oso­bowe kadry. Z kolei Rada Regen­cyjna – spra­wu­jąca for­malną wła­dzę aż do listo­pada 1918 roku i zwy­kle rozu­miana jako zupeł­nie bez­władne kilkuoso­bowe grono – zor­ga­ni­zo­wała pol­ski per­so­nel urzęd­ni­czy i sądowy idący w tysiące.

Nic dziw­nego, że póź­niej­szy mini­ster spra­wie­dli­wo­ści Sta­ni­sław Buko­wiecki sta­now­czo pod­kre­ślał, że pol­ska pań­stwo­wość zaczęła się nie w listo­pa­dzie 1918 roku, ale w stycz­niu 1917, gdy powo­łano pierw­sze jej organy zwierzch­nie. Wybitny praw­nik i komen­ta­tor spraw ustro­jo­wych dodał oczy­wi­ście, że była to „pań­stwo­wość ułam­kowa”. Pol­ska pozo­sta­wała zależna od oku­pan­tów, ale przede wszyst­kim była kra­jem… bez tery­to­rium.

W cesar­skiej ode­zwie z listo­pada 1916 roku nie podano zasięgu two­rzo­nego orga­ni­zmu poli­tycz­nego. Miał on zostać usta­lony w bli­żej nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści i w nie­spre­cy­zo­wany spo­sób. Jasne było tylko to, że Niemcy nie wyrzekną się na rzecz Pol­ski wła­snych tery­to­riów, zagar­nię­tych u schyłku XVIII stu­le­cia. Pomo­rze i Wiel­ko­pol­ska miały pozo­stać w gra­ni­cach Rze­szy. Podob­nie Gali­cję zamie­rzano zacho­wać przy Austro-Węgrzech. W akcie pod­kre­ślono, że odrębna Pol­ska powsta­nie tylko z ziem „wydar­tych rosyj­skiemu pano­wa­niu”.

Nawet tę dekla­ra­cję nale­żało rozu­mieć bar­dzo wąsko. Wpraw­dzie na mocy sepa­ra­ty­stycz­nego pokoju zawar­tego z ogar­niętą wal­kami rewo­lu­cyj­nymi Rosją Niemcy zajęli obszary się­ga­jące aż za Mińsk, nie zamie­rzali jed­nak przy­dzie­lać ich Pol­sce. Rada Regen­cyjna spra­wo­wała swoją ogra­ni­czoną wła­dzę tylko na czę­ści tere­nów daw­nej Kon­gre­sówki – kadłu­bo­wej Pol­ski nale­żą­cej przed wojną do caratu.

Kon­gre­sówka w 1914 roku liczyła 127 700 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych i była zamiesz­kana przez około 13 mln miesz­kań­ców. Z tego obszaru Niemcy i Austriacy wykro­ili nie­wiele ponad 105 000 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych, z lud­no­ścią sza­co­waną na 8,5–9,5 mln, jako tak zwane zie­mie oku­po­wane.

Suwalsz­czy­znę i część daw­nej guberni sie­dlec­kiej przy­łą­czono do odręb­nego tworu admi­ni­stra­cyj­nego – Ober-Ostu. Także zie­mia chełm­ska z Zamo­ściem miała zostać ode­rwana od Pol­ski i zali­czona w gra­nice zależ­nego od państw cen­tral­nych pań­stwa ukra­iń­skiego. Bar­dzo moż­liwe, że po zwy­cię­skiej woj­nie doko­na­noby jesz­cze kolej­nych „korekt”. W inte­re­sie Ber­lina i Wied­nia leżała prze­cież tylko budowa małej, sła­bej i w pełni uza­leż­nio­nej Rzecz­po­spo­li­tej.

Polo­nijna pocz­tówka z 1918 roku. Tak zachę­cano Ame­ry­ka­nów do popar­cia sprawy pol­skiej.

Gdyby losy kon­fliktu poto­czyły się po myśli Kaisera i Habs­bur­gów, Kró­le­stwo Pol­skie byłoby pań­stwem kil­ku­mi­lio­no­wym, o tery­to­rium porów­ny­wal­nym z dzi­siej­szą Ser­bią albo Cze­chami. Taki sce­na­riusz nie zado­wa­lał żad­nego ze stron­nictw poli­tycz­nych nad Wisłą. Nie było jed­nak zgody co do tego, o jaką alter­na­tywę należy wal­czyć.

Auto­rzy anglo­ję­zycz­nej pocz­tówki z 1918 roku wybrali wariant mak­si­mum. Na mapie uka­zali Rzecz­po­spo­litą w gra­ni­cach sprzed pierw­szego roz­bioru – obej­mu­jącą obszary aż po Witebsk, linię Dnie­pru i przed­pola Kijowa. A dla jasno­ści zazna­czyli jesz­cze, że są to wszystko tereny stale zamiesz­ki­wane przez Pola­ków – zupeł­nie jakby nie ist­niał żaden inny naród rosz­czący sobie do nich pre­ten­sje.

Czy liczyli, że uda się powró­cić do rze­czy­wi­sto­ści z cza­sów husa­rii i zło­tej, szla­chec­kiej wol­no­ści? Wąt­pliwe. Prę­dzej chcieli prze­ko­nać alian­tów, że dawne mocar­stwo zasłu­guje na coś wię­cej niż tuzin miast i nie­spełna 100 000 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych tery­to­rium.

Roz­dział 2. Walki o gra­nice

Kamil Janicki

Roz­dział 2

Walki o gra­nice

Przy­naj­mniej 15 000 Pola­ków stra­ciło życie w powsta­niach na Gór­nym Ślą­sku i w Wiel­ko­pol­sce oraz w woj­nie z Ukra­iń­cami

W pierw­szych dniach listo­pada 1918 roku mało kto prze­ja­wiał naprawdę buń­czuczne ambi­cje. Zda­wano sobie sprawę, że prze­su­nię­cie gra­nic na dowol­nym odcinku będzie ozna­czać kon­flikty z sąsia­dami. Trudno się dzi­wić cho­ciażby Józe­fowi Pił­sud­skiemu, który przed zwol­nie­niem z nie­miec­kiej nie­woli wprost stwier­dził, że nie zamie­rza umie­rać za Gdańsk i Poznań. A więc: że pogo­dzi się z tym, iż oba mia­sta oraz cały zabór pru­ski pozo­staną w Niem­czech.

Niek­tó­rzy twier­dzą, że Komen­dant kła­mał, wodził dotych­cza­so­wego oku­panta za nos. Ale chyba raczej dał pokaz zdro­wego reali­zmu – zwłasz­cza że w tym cza­sie skala poli­tycz­nego i woj­sko­wego upadku Nie­miec wciąż nie była jasna.

Pod­ręcz­niki podają, że 10 listo­pada 1918 roku Józef Pił­sud­ski przy­był do War­szawy, a naza­jutrz prze­jął wła­dzę zwierzch­nią nad Pol­ską od Rady Regen­cyj­nej. Jest to spore uprosz­cze­nie. Fak­tycz­nie w pierw­szych tygo­dniach nie­pod­le­gło­ści Naczel­nik Pań­stwa i rząd Jędrzeja Mora­czew­skiego spra­wo­wali pie­czę nad nie­wiele wię­cej niż tylko War­szawą, Łodzią i oko­li­cami. Pań­stwo pol­skie na­dal nie miało gra­nic, a urzędy zwierzch­nie nie cie­szyły się akcep­ta­cją ani nad Wisłą, ani tym bar­dziej zagra­nicą.

16 listo­pada Pił­sud­ski nadał depe­szę do przy­wód­ców zwy­cię­skich mocarstw oraz do władz „wszyst­kich państw woju­ją­cych i neu­tral­nych”, by noty­fi­ko­wać nawet nie odro­dze­nie, ale „ist­nie­nie Pań­stwa Pol­skiego Nie­pod­le­głego”. Wia­do­mość pozo­stała bez odpo­wie­dzi, a pol­ską pod­mio­to­wość w 1918 roku uznały tylko Niemcy, wciąż wie­rzące, że świeżo mia­no­wany Naczel­nik Pań­stwa nie pozwoli umie­rać za Gdańsk i Poznań.

Depe­sza doty­kała kwe­stii zasięgu tery­to­rial­nego kraju. Była jed­nak nie mniej enig­ma­tyczna niż akt dwóch cesa­rzy z 1916 roku. Józef Pił­sud­ski stwier­dził tylko, że Pol­ska obej­muje… „wszyst­kie zie­mie zjed­no­czo­nej Pol­ski”. Cokol­wiek by to miało ozna­czać. Brak pre­cy­zji nie powi­nien dzi­wić. Nawet po tym, jak Naczel­nik Pań­stwa poszedł na kom­pro­mis ze śro­do­wi­skami pra­wi­co­wymi, po tym jak w stycz­niu 1919 roku powo­łano rząd Igna­cego Pade­rew­skiego, a pań­stwa Ententy stop­niowo zaczęły nawią­zy­wać rela­cje z Rzecz­po­spo­litą, zasięg wła­dzy war­szaw­skich urzę­dów zwierzch­nich był wię­cej niż skromny.

Mini­ster spraw wewnętrz­nych i nie­ofi­cjalny wice­pre­mier Sta­ni­sław Woj­cie­chow­ski o począt­kach 1919 roku pisał: „Jako mini­ster mia­łem spra­wo­wać wła­dzę jedy­nie na obsza­rze byłej Kon­gre­sówki, z wyjąt­kiem paru powia­tów pół­noc­nych, oku­po­wa­nych jesz­cze przez Niem­ców”. W Gali­cji rzą­dziła powo­łana przez miej­sco­wych poli­ty­ków Pol­ska Komi­sja Likwi­da­cyjna, a następ­nie – for­mal­nie zależna od Pił­sud­skiego, ale fak­tycz­nie cie­sząca się daleko posu­niętą suwe­ren­no­ścią – Komi­sja Rzą­dząca. Dopiero w marcu 1919 roku na jej miej­sce utwo­rzono sta­no­wi­sko dele­gata rządu. Choć nawet to nie ozna­czało uni­fi­ka­cji, bo urzęd­nik miał wła­sną „radę przy­boczną”, a w myśl roz­po­rzą­dze­nia jego wła­dza odpo­wia­dała daw­nej pozy­cji namiest­nika Gali­cji.

Bój o Mało­pol­skę Wschod­nią

Zbrojne walki o gra­nice Pol­ski pod­jęto jesz­cze zanim zakoń­czyła się pierw­sza wojna świa­towa, zanim Pił­sud­ski został zwol­niony z twier­dzy w Mag­de­burgu, a w War­sza­wie ukon­sty­tu­ował się pierw­szy nie­pod­le­gły rząd. 1 listo­pada 1918 roku człon­ko­wie ukra­iń­skiej orga­ni­za­cji spi­sko­wej powo­ła­nej w sze­re­gach roz­pa­da­ją­cej się wła­śnie armii austro-węgier­skiej, przy­stą­pili do opa­no­wy­wa­nia Lwowa. Bły­ska­wiczna akcja spra­wiła, że w ciągu jed­nego dnia więk­szość gma­chów publicz­nych i prze­wa­ża­jąca część metro­po­lii zna­la­zły się w rękach Ukra­iń­ców, któ­rzy pro­kla­mo­wali utwo­rze­nie Zachodnioukra­iń­skiej Repu­bliki Ludo­wej.

Dekla­ra­cja nie­pod­le­gło­ści zapo­cząt­ko­wała zacie­kłe walki o mia­sto. Pol­skie orga­ni­za­cje kon­spi­ra­cyjne i oddziały ochot­ni­cze zdo­łały wysta­wić łącz­nie około 6000 żoł­nie­rzy. W tej licz­bie było nie­mal 1500 stu­den­tów oraz uczniów – w tym nawet pod­rost­ków ze szkół powszech­nych – nazy­wa­nych „orlę­tami lwow­skimi”.

Ukra­ińcy dys­po­no­wali nieco więk­szymi siłami. Na ich korzyść dzia­łała też ini­cja­tywa. To oni byli począt­kowo w ofen­sy­wie, a Pola­ków zmu­szono do kontr­dzia­ła­nia. Bój o mia­sto zakoń­czył się dopiero po trzech tygo­dniach – nocą z 21 na 22 listo­pada, po tym jak do Lwowa dotarły oddziały posił­kowe z Zachod­niej Mało­pol­ski.

Łączne straty po stro­nie pol­skiej są tema­tem kon­tro­wer­sji. Pro­fe­sor Michał Kli­mecki, autor pracy Pol­sko-ukra­iń­ska wojna o Lwów i Gali­cję Wschod­nią 1918–1919 podaje, że do 22 listo­pada zgi­nęło i zmarło od ran 439 obroń­ców mia­sta. Te liczby można odna­leźć także w wielu innych pra­cach. Damian K. Mar­kow­ski przy­ta­cza jed­nak war­to­ści niż­sze: do 210 pole­głych i zmar­łych od ran, ale też 700 lżej ran­nych. Poza tym śmierć ponio­sło nawet ponad 300 cywi­lów. Straty ukra­iń­skie jesz­cze trud­niej osza­co­wać. Ołeksa Kuźma, autor wyda­nego w roku 1931, kom­plek­so­wego opisu walk z ukra­iń­skiej per­spek­tywy, sza­co­wał je na 250 zabi­tych i 500 ran­nych.

Orlę lwow­skie. Mały obrońca mia­sta na obra­zie Woj­cie­cha Kos­saka.

Odbi­cie mia­sta nie zakoń­czyło krwa­wego kon­fliktu. W rękach Ukra­iń­ców na­dal znaj­do­wała się więk­szość Gali­cji Wschod­niej. Wojna o nią toczyła się aż do lata 1919 roku. Dopiero w poło­wie lipca oddziały pol­skie zdo­łały wyprzeć wro­gie siły za linię Zbru­czu. W całym kon­flik­cie zgi­nęło około 10 000 pol­skich żoł­nie­rzy i 15 000 ukra­iń­skich. Straty wśród lud­no­ści cywil­nej trudno okre­ślić, ale zda­niem pro­fe­sora Kli­mec­kiego były one niż­sze.

Tak drogo oku­piony suk­ces zbrojny nie gwa­ran­to­wał korzy­ści poli­tycz­nych. Pol­ska ofen­sywa spo­tkała się z kry­tyczną oceną mocarstw zachod­nich. 21 listo­pada 1919 roku Ententa wyra­ziła wpraw­dzie zgodę na woj­skową oku­pa­cję Gali­cji Wschod­niej, ale tylko tym­cza­sowo. Rzecz­po­spo­lita otrzy­mała man­dat, pozwa­la­jący spra­wo­wać zwierzch­ność nad regio­nem przez 25 lat. Nie miała więc być to część pań­stwa, ale tylko swo­ista kolo­nia, zor­ga­ni­zo­wana według podob­nych zasad, co prze­jęte od prze­gra­nych państw posia­dło­ści w Iraku, Pale­sty­nie czy Tan­ga­nice.

Wiel­ko­pol­ska i Pomo­rze

Na połu­dnio­wym wscho­dzie wal­czyły siły dwóch naro­dów dopiero dążą­cych do zdo­by­cia bądź ugrun­to­wa­nia swej nie­za­leż­no­ści. Na rubieży zachod­niej pod­jęto tym­cza­sem walkę z prze­gra­nym, ale jed­nak mocar­stwem – Niem­cami. W pierw­szych dniach grud­nia 1918 roku świeżo powo­łany, pol­ski Sejm Dziel­ni­cowy w Pozna­niu zde­cy­do­wał o utwo­rze­niu w każ­dej wielkopol­skiej miej­sco­wo­ści Straży Ludo­wej. Siły samo­obrony bar­dzo szybko stały się nie­odzowne.

26 grud­nia do sto­licy regionu przy­je­chał Ignacy Pade­rew­ski: sławny arty­sta i nie­zwy­kle wpły­wowy agi­ta­tor sprawy pol­skiej w Ame­ryce, już wtedy przez wielu widziany w roli przy­szłego przy­wódcy kraju. Jak pod­kre­ślał cho­ciażby pro­fe­sor Bogu­sław Polak, jego wizyta „zaostrzyła nastroje anty­nie­miec­kie, dopro­wa­dza­jąc do wybu­chu powsta­nia”. Do 6 stycz­nia 1919 roku Polacy opa­no­wali mia­sto. Stop­niowo walki ogar­nęły też resztę Wiel­ko­pol­ski. W poło­wie mie­siąca oddziały powstań­cze liczyły już około 14 000 żoł­nie­rzy, pod koniec – 27 600. Powsta­nie potrwało do połowy lutego. Znawca histo­rii zrywu, pro­fe­sor Bogu­sław Polak, sza­co­wał, że w wal­kach zgi­nęło około 850 pol­skich żoł­nie­rzy. Wydana w 2008 roku szcze­gó­łowa Lista strat powsta­nia wiel­ko­pol­skiego zawiera znacz­nie wię­cej nazwisk. Wymie­niono na niej 2256 osób, ale są to też powstańcy, który zmarli z powodu cho­rób lub w nie­woli, zgi­nęli w wypad­kach, zagi­nęli.

„Jak się słusz­nie pod­kre­śla, zryw lud­no­ści Wiel­ko­pol­ski był pierw­szym zwy­cię­skim powsta­niem zbroj­nym” – komen­to­wał pro­fe­sor Marian Leczyk. Z kolei Tade­usz Jędrusz­czak pod­kre­ślał – w publi­ka­cji wyda­nej na początku lat 80. XX wieku – że suk­ces powstań­ców był moż­liwy dzięki sza­le­ją­cej wła­śnie nad Sprewą rewo­lu­cji. Histo­ryk w mun­du­rze puł­kow­nika, długo zwią­zany z Woj­skową Aka­de­mią Poli­tyczną, wszę­dzie dopa­try­wał się wpły­wów rewo­lu­cyj­nych. W tym kon­kret­nym przy­padku miał jed­nak rację. Wiel­ko­pol­ski zryw nastą­pił w momen­cie naj­więk­szego osła­bie­nia Nie­miec i poli­tycz­nego cha­osu, unie­moż­li­wia­ją­cego zwartą, sku­teczną reak­cję. Kiedy z koń­cem zimy sytu­acja w Ber­li­nie zaczęła się nor­mo­wać, pol­scy powstańcy kon­tro­lo­wali już nie­mal całą Pro­win­cję Poznań­ską. Zaska­ku­jąco sta­now­cze wspar­cie dla ich wysił­ków nade­szło ze strony Ententy.

Gra­nice Wiel­ko­pol­ski w myśl trak­tatu wer­sal­skiego. Zazna­czono obszary Pro­win­cji Poznań­skiej utra­cone na rzecz Nie­miec (na zacho­dzie i pół­nocy) oraz zie­mie „przy­łą­czone bez ple­bi­scytu” (na połu­dniu).

W lutym 1919 roku zwy­cię­skie mocar­stwa nego­cjo­wały z Niem­cami warunki prze­dłu­że­nia rozejmu. Mar­sza­łek Fran­cji Fer­di­nand Foch posta­wił wów­czas ulti­ma­tum: spo­kój miał być pod­trzy­many tylko, jeśli Niemcy zaak­cep­tują prze­bieg frontu w Wiel­ko­pol­sce i odwo­łają ofen­sywę prze­ciwko Pola­kom. Linia walk stała się linią demar­ka­cyjną, mającą obo­wią­zy­wać do czasu, aż zosta­nie pod­pi­sany układ poko­jowy regu­lu­jący także tę kwe­stię.

Tak długo, jak trwały per­trak­ta­cje, w Pol­sce poważ­nie oba­wiano się nawet bez­praw­nej i sprzecz­nej ze zobo­wią­za­niami nie­miec­kiej ofen­sywy, która – podob­nie jak wcze­śniej powsta­nie wiel­ko­pol­skie – posta­wi­łaby Ententę przed fak­tami doko­na­nymi. Do wzno­wie­nia dzia­łań zbroj­nych jed­nak nie doszło, a 28 czerwca 1919 roku łącz­nie 27 państw „sprzy­mie­rzo­nych i sko­ja­rzo­nych” pod­pi­sało „trak­tat pokoju” z poko­na­nymi Niem­cami.

Tak zwany trak­tat wer­sal­ski regu­lo­wał prze­bieg wszyst­kich gra­nic pań­stwa nie­miec­kiego. W Wiel­ko­pol­sce wyzna­czono linię nawet nieco korzyst­niej­szą dla Pola­ków od wcze­śniej­szej linii frontu. Rzecz­po­spo­lita otrzy­mała też Pomo­rze Nad­wi­ślań­skie, choć z bar­dzo ogra­niczonym dostę­pem do Bał­tyku. Linia brze­gowa miała mieć zale­d­wie 140 kilo­me­trów. Co naj­waż­niej­sze, mocar­stwa nie zgo­dziły się prze­ka­zać Pol­sce żad­nego portu – tylko dwie małe przy­sta­nie rybac­kie: na Helu i w Pucku. Gdańsk, o który zażar­cie wal­czyła pol­ska dele­ga­cja, zyskał sta­tus wol­nego mia­sta. Kon­struk­cja trak­tatu i kon­tekst poli­tyczny spra­wiały jed­nak, że już w 1919 roku słusz­nie spo­dzie­wano się, że metro­po­lia pozo­sta­nie w orbi­cie Nie­miec.

Repu­blika Weimar­ska zwle­kała z pod­pi­sa­niem Umowy o wyco­fa­niu wojsk z odstą­pio­nych obsza­rów i odda­niu zarządu cywil­nego aż do listo­pada 1919 roku. Raty­fi­ka­cja prze­cią­gnęła się do początku roku 1920. W Wiel­ko­pol­sce opóź­nie­nie to nie nio­sło istot­nych skut­ków. Sytu­acja była w pełni czy­telna. Mimo to nawet na tym obsza­rze wła­dza rządu w War­sza­wie długo pozo­sta­wała ilu­zo­ryczna. Aż do połowy sierp­nia 1919 roku rolę organu zwierzch­niego byłej Pro­win­cji Poznań­skiej peł­niła lokalna Naczelna Rada Ludowa. Na­dal też ist­niała… gra­nica mię­dzy Wiel­ko­pol­ską i daw­nym Kró­le­stwem Pol­skim. O tym, jak sil­nie i długo wiel­ko­po­la­nie pod­kre­ślali swoją nie­za­leż­ność czy­tel­nie świad­czy incy­dent opi­sany przez prasę na prze­ło­mie lipca i sierp­nia 1919 roku. „Ilu­stro­wany Kuryer Codzienny” infor­mo­wał, że rząd w War­sza­wie otrzy­mał z Pozna­nia wia­do­mość, iż „Naczelna Rada Ludowa żąda wyco­fa­nia z tery­to­rium byłego zaboru pru­skiego wszyst­kich oddzia­łów woj­sko­wych przy­sła­nych z Kon­gre­sówki”. Podobno lokal­nym poli­ty­kom „cho­dziło przede wszyst­kim o zacho­wa­nie kor­donu gra­nicz­nego, a to w tym celu, aby Wiel­ko­pol­skę uchro­nić od agi­ta­cji wywro­to­wej pły­ną­cej z Kon­gre­sówki”.

Z uwagi na opóź­nia­jące dzia­ła­nia Niem­ców przy­łą­cze­nie Toru­nia i Pomo­rza mogło nastą­pić dopiero z począt­kiem 1920 roku. Znów spo­dzie­wano się poważ­nego oporu. Front Pomor­ski, który sfor­mo­wano w celu prze­ję­cia pie­czy nad obsza­rem liczył 27 000 żoł­nie­rzy. W tej licz­bie zna­la­zła się aż ¼ całej pol­skiej kawa­le­rii. Woj­ska zmie­rza­jące na Pomo­rze dys­po­no­wały też ponad 400 kara­bi­nami maszy­no­wymi i 100-dzia­łową arty­le­rią. Zabez­pie­cze­nie miała im zapew­niać grupa lot­ni­cza (9 maszyn) oraz 5 pocią­gów pan­cer­nych. Do reali­za­cji trak­tatu wer­sal­skiego Polacy przy­stą­pili jak do wojny.

Środki ostroż­no­ści nie powinny dzi­wić. Na Pomo­rzu unik­nięto roz­lewu krwi, ale walki wie­lo­krot­nie wstrzą­sały Gór­nym Ślą­skiem.

Spór o Górny Śląsk

Sprzy­mie­rzone mocar­stwa zde­cy­do­wały, że o przy­na­leż­no­ści klu­czo­wego z per­spek­tywy gospo­dar­czej obszaru zde­cy­dują sami jego miesz­kańcy drogą ple­bi­scytu. Dane demo­gra­ficzne mogły suge­ro­wać, że Polacy zwy­ciężą w cuglach, nie­za­leż­nie od formy i ter­minu gło­so­wa­nia. Według spisu dzieci szkol­nych prze­pro­wa­dzo­nego w 1911 roku aż 71,1% uczniów na Gór­nym Ślą­sku miało pocho­dze­nie pol­skie. Z kolei powszechny spis lud­no­ści z roku 1910 poda­wał, że w całej popu­la­cji obszaru Polacy sta­no­wili 57,3%. Mimo pozor­nej prze­wagi, Niemcy spo­dzie­wali się zwy­cię­stwa i dokła­dali wszel­kich sta­rań, by je osią­gnąć.

Pol­ski afisz z okresu przy­go­to­wań do ple­bi­scytu na Gór­nym Ślą­sku. Nad­miar liczb nie poma­gał w pod­ję­ciu decy­zji.

„Domi­na­cja eko­no­miczna żywiołu nie­miec­kiego, jego prze­waga poli­tyczna i cał­ko­wite pod­po­rząd­ko­wa­nie władz admi­ni­stra­cyj­nych dawały mu korzyst­niej­szą sytu­ację w przy­szłym ple­bi­scy­cie” – sko­men­to­wał histo­ryk Mie­czy­sław Wrzo­sek. Pro­wa­dzono bez­względną akcję pro­pa­gan­dową, obrzy­dzano pań­stwo pol­skie jako oparte na wyzy­sku, nie­trwałe i gro­żące ban­kruc­twem ślą­skim robot­ni­kom. W wielu przy­pad­kach agi­ta­cja oka­zy­wała się sku­teczna, a nacisk wywie­rały też bojówki, siły porząd­kowe czy wresz­cie nie­mieccy fabry­kanci, kon­tro­lu­jący prze­pływ pie­nią­dza i zapew­nia­jący miej­sca pracy.

W odpo­wie­dzi na nie­miec­kie nad­uży­cia jesz­cze przed ple­bi­scy­tem na Gór­nym Ślą­sku dwu­krot­nie wybu­chały zbrojne zrywy. W pierw­szym, pod­ję­tym w sierp­niu 1919 roku, wzięło udział około 23 000 powstań­ców. W dru­gim – w sierp­niu 1920 roku – kil­ka­na­ście tysięcy. Zwo­len­nicy przy­na­leż­no­ści do Pol­ski nie tylko zresztą bili się za sprawę, ale też nasi­lali wła­sne dzia­ła­nia pro­pa­gan­dowe.

„Wydano 100 000 bro­szur pro­pa­gu­ją­cych ideę powrotu Gór­nego Ślą­ska do Pol­ski, liczne opra­co­wa­nia naukowe na ten temat, setki tysięcy odezw i pla­ka­tów, prze­pro­wa­dzono kursy dla agi­ta­to­rów” – wyli­czał Marian Leczyk. Na afi­szach sypano licz­bami jak z rękawa. Jeden z pla­ka­tów, pocho­dzący zapewne z roku 1920, zawie­rał pełną sta­ty­stykę wła­sno­ści gospo­darstw na Gór­nym Ślą­sku. Sta­rano się poka­zać, że połowa ziemi w regio­nie ple­bi­scy­to­wym należy do zale­d­wie 258 jun­krów. Pod dia­gra­mem wid­niała też infor­ma­cja, że śred­nie gospo­darstwo wiel­kiego nie­miec­kiego wła­ści­ciela ziem­skiego ma powierzch­nię odpo­wia­da­jącą mająt­kom 7830 chło­pów mało­rol­nych. Auto­rzy prze­ko­ny­wali, że Rzecz­po­spo­lita rozda pro­stym Ślą­za­kom zie­mię. Prze­kaz, choć atrak­cyjny, był zara­zem wyjąt­kowo zawiły. Podobny man­ka­ment widać też na ulotce komen­tu­ją­cej wydo­by­cie węgla. Druk stra­szył, że Niemcy po utra­cie kopalń „będą ginęli z głodu i chłodu” i że każdy „kto chce tego unik­nąć” powi­nien gło­so­wać za Pol­ską. Pro­blem w tym, że tak skon­stru­owany slo­gan mógł skła­niać… do prze­ciw­nej decy­zji. Bo prze­cież dopiero prze­grana Niem­ców w ple­bi­scy­cie gro­ziła śmier­cią „z głodu i chłodu”. A poza tym powszech­nie wie­dziano, że bez Ślą­ska Pol­ska nie ma pra­wie żad­nych zaso­bów węgla. Resztę ulotki wypeł­niono lita­nią liczb. Podano tony wydo­by­cia, pro­cen­towe udziały poszcze­gól­nych okrę­gów węglo­wych, roz­strzy­gnię­cia gra­niczne wpły­wa­jące na wła­sność złóż. Znów był to prze­kaz nie­sa­mo­wi­cie zachwasz­czony. A za cie­kawą można w nim uznać chyba tylko wia­do­mość, że Górny Śląsk przy­no­sił pań­stwu nie­miec­kiemu 22,6% jego węgla. Niemcy wołali o wiele pro­ściej: Pol­ska to brak pracy, bieda, anar­chia. A przede wszyst­kim zawsze nie­bez­pieczna zmiana; odej­ście od tego, co było znane i sta­bilne.

Wybory zor­ga­ni­zo­wane 20 marca 1921 roku zakoń­czyły się zde­cy­do­waną porażką akcji pol­skiej. Fre­kwen­cja była mak­sy­malna. Zagło­so­wało 97,5% upraw­nio­nych, a więc nie­mal każdy, kto tylko był w sta­nie dotrzeć do lokalu. Za przy­na­leż­no­ścią do Rzecz­po­spo­li­tej opo­wie­działo się 40,4% Ślą­za­ków. Za Niem­cami – 59,6%. Nie­znacz­nie lepiej wyglą­dały wyniki dzie­lone według obsza­rów admi­ni­stra­cyj­nych. Pol­skę wybrali miesz­kańcy 46,3% gmin, Repu­blikę Weimar­ską – 53,7%. I ten rezul­tat był jed­nak dotkliwą porażką, bo Niemcy odnie­śli – by zacy­to­wać pro­fe­sora Uni­wer­sy­tetu Ślą­skiego Ryszarda Kacz­marka – „pełny, bez­a­pe­la­cyjny triumf” w nie­mal wszyst­kich mia­stach. Uzy­skali też przy­tła­cza­jącą prze­wagę na obsza­rach naj­bar­dziej uprze­my­sło­wio­nych i boga­tych w złoża węgla.

Porów­na­nie sytu­acji w Repu­blice Weimar­skiej i w Pol­sce według nie­miec­kiego pla­katu z 1921 roku.

W pol­skiej lite­ra­tu­rze domi­nuje opi­nia, że rezul­taty wybo­rów nie odda­wały fak­tycz­nych inten­cji Ślą­za­ków. Mie­czy­sław Wrzo­sek, autor książki Powsta­nia ślą­skie 1919–1921, stwier­dził wprost, że „wynik ple­bi­scytu był sfał­szo­wany”. Co ważne, nie cho­dzi o kla­syczne oszu­stwo – nikt nie suge­ruje, że Niemcy dosy­py­wali karty wybor­cze do urn. Wyko­rzy­stali nato­miast w peł­nej roz­cią­gło­ści prze­pis… wywal­czony przez stronę pol­ską. Pod naci­skiem War­szawy mocar­stwa sprzy­mie­rzone zgo­dziły się, by do gło­so­wa­nia dopu­ścić nie tylko osoby zamiesz­kałe na Gór­nym Ślą­sku, ale też każ­dego, kto przy­szedł tam na świat, pod warun­kiem że osoba ta stawi się w rodzin­nej miej­sco­wo­ści w dniu ple­bi­scytu. Była to, jak pisał Wrzo­sek, „fatalna kon­cep­cja”. Niemcy zaprzę­gli orga­ni­za­cje patrio­tyczne, apa­rat pań­stwowy, a nawet struk­tury woj­ska, by zapew­nić i opła­cić trans­port dla każ­dego, kto pra­gnął oddać głos za Vater­lan­dem, a w roku 1921 zamiesz­ki­wał w innej czę­ści kraju. „Podob­nych dzia­łań nie pod­jęto po stro­nie pol­skiej” – pod­kre­śla Ryszard Kacz­ma­rek. A bez nich trudno było ocze­ki­wać, że emi­granci zarob­kowi – raczej zamiesz­ku­jący dalej na zacho­dzie, w zagłę­biu Ruhry albo Fran­cji niż w Pol­sce – zdo­łają dotrzeć z powro­tem do daw­nych domów.

Koniec koń­ców w ple­bi­scy­cie zagło­so­wało aż 191 000 emi­gran­tów (19,3% wszyst­kich gło­sów), z któ­rych 95% opo­wie­działo się za Niem­cami. Te głosy w wielu gmi­nach prze­są­dziły o koń­co­wym wyniku. Nie jest nato­miast prawdą, że gdyby do ple­bi­scytu dopusz­czono tylko fak­tycz­nych miesz­kań­ców pro­win­cji, Polacy odnie­śliby ogólne zwy­cię­stwo, odpo­wia­da­jące sto­sun­kom naro­do­wo­ścio­wym w regio­nie. Spo­śród gło­sów miej­sco­wych 53,3% oddano na Niemcy, a 47,7% na Pol­skę.

Wielu Ślą­za­ków wrzu­ciło do urny kartę z napi­sem „Niemcy/Deutsch­land”, bo tego ocze­ki­wali ludzie, od któ­rych byli zależni. Wielu innych uwie­rzyło pro­pa­gan­do­wym hasłom, któ­rymi byli bom­bar­do­wani od dwóch lat. Oddali głos za Repu­bliką Weimar­ską, bo tak pod­po­wia­dał im oso­bi­sty inte­res: chcieli mieć eme­ry­tury, powszechną służbę zdro­wia, bez­pieczne zatrud­nie­nie. To wszystko, czego w myśl pla­ka­tów bra­ko­wało w Pol­sce. A czę­sto nie tylko w myśl pla­ka­tów, ale też fak­tycz­nie.

W następ­stwie ple­bi­scytu powstała obawa, że Pol­ska otrzyma tylko 25% Gór­nego Ślą­ska, bez okręgu prze­my­sło­wego. To wła­śnie była przy­czyna wybu­chu kolej­nego i naj­więk­szego ze zry­wów zbroj­nych. Zaczęło się 2 maja 1921 roku od strajku gene­ral­nego, który objął 80% robot­ni­ków. Następ­nie do otwar­tej walki przy­stą­piła „Obrona Ple­bi­scytu”, mająca prze­szło 40 000 zaprzy­się­żo­nych człon­ków. Walki potrwały aż do 25 czerwca, przy­no­sząc po obu stro­nach dotkliwe straty. Ofi­cjalny pol­ski raport, opu­bli­ko­wany w roku 1936, poda­wał liczbę 1721 zabi­tych. Dla porów­na­nia w pierw­szym powsta­niu ślą­skim zgi­nęło po stro­nie pol­skiej 477 osób, a w dru­gim – 78. W 1921 roku bar­dzo wielu było też ran­nych – około 3000. Po stro­nie nie­miec­kiej straty były w przy­bli­że­niu dwa razy niż­sze. Sza­co­wano, że zgi­nęło 800 osób, a 1500 odnio­sło rany.

Jak pisał cho­ciażby Marian Leczyk, zryw zbrojny „w decy­du­ją­cej mie­rze” wpły­nął na roz­strzy­gnię­cia mocarstw. Komi­sja świeżo powo­ła­nej Ligii Naro­dów przy­znała Rzecz­po­spo­li­tej jedną trze­cią obszaru ple­bi­scy­to­wego, w tym okręg prze­my­słowy z Kró­lew­ską Hutą i Kato­wi­cami. Po pol­skiej stro­nie gra­nicy zna­la­zło się też 50% zakła­dów hut­ni­czych i 70% kopalń węgla.

O podob­nym – umiar­ko­wa­nym, ale jed­nak – suk­ce­sie nie mogło być mowy na gra­nicy pół­noc­nej. Na War­mii, Mazu­rach i Powi­ślu ple­bi­scyt prze­pro­wa­dzono 11 lipca 1920 roku. Wyniki były kata­stro­falne. W okręgu kwi­dzyń­skim za Pol­ską oddano tylko 7,6% gło­sów, na War­mii i Mazu­rach – sym­bo­liczne 2,2%. Znów istotną rolę ode­grała poli­tyczna i eko­no­miczna pre­sja ze strony nie­miec­kich władz. Nie to był jed­nak argu­ment roz­strzy­ga­jący. Gło­so­wa­nie odbyło się dokład­nie w cza­sie, gdy na War­szawę parły woj­ska bol­sze­wic­kie, a dal­sze ist­nie­nie pań­stwa stało pod zna­kiem zapy­ta­nia. To zaś nie skła­niało do opo­wia­da­nia się za Rzecz­po­spo­litą.

Nie po raz pierw­szy pol­skie aspi­ra­cje na zie­miach cen­tral­nych i zachod­nich ucier­piały ze względu na eks­pan­sję pro­wa­dzoną na kie­runku wschod­nim. Był to wynik kon­cep­cji przy­ję­tej już w pierw­szych dniach nie­pod­le­gło­ści. Józef Pił­sud­ski i jego ludzie szansę na suk­ces pol­skiej pań­stwo­wo­ści upa­try­wali na daw­nych Kre­sach. W listo­pa­dzie 1918 roku, zaraz po obję­ciu wła­dzy, Naczel­nik Pań­stwa pisał:

Gra­nice przy­szłej Pol­ski winny jej zabez­pie­czać moż­li­wość eks­pan­sji na wschód. Kolo­ni­za­cja na wscho­dzie sta­nowi konieczny waru­nek odro­dze­nia i roz­woju zruj­no­wa­nego prze­my­słu, jedyne pole zatrud­nie­nia masy bez­ro­bot­nych, ina­czej ska­za­nych na emi­gra­cję przy­mu­sową.

Z jego prze­my­śle­niami gospo­dar­czymi z per­spek­tywy czasu trudno się zgo­dzić. Nie ulega za to wąt­pli­wo­ści, że przy­jęta kon­cep­cja odci­snęła trwałe piętno na losach kraju. Przy­nio­sła nie tylko szansę wiel­kiej eks­pan­sji, ale też pora­ża­jące straty w ludziach i majątku.

Roz­dział 3. Wojna pol­sko-bol­sze­wicka

Dariusz Kaliń­ski

Roz­dział 3

Wojna pol­sko-bol­sze­wicka

Woj­sko Pol­skie liczyło w 1920 roku 1 mln żoł­nie­rzy, Armia Czer­wona – 5 mln

Kon­fron­ta­cja bol­sze­wic­kiej Rosji, powsta­łej na zglisz­czach caratu i Pol­ski, odro­dzo­nej za sprawą upadku trzech mocarstw zabor­czych, była nie­unik­niona. Już rewo­lu­cja paź­dzier­ni­kowa 1917 roku i odzy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści przez Rzecz­po­spo­litą rok póź­niej zapo­wia­dały wybuch nowej wojny.

Władze w War­sza­wie pla­no­wały eks­pan­sję daleko na wschód, poza gra­nice tere­nów zdo­mi­no­wa­nych przez lud­ność pol­ską, uzna­jąc że mają tam swoje żywotne inte­resy. Bol­sze­wicy pra­gnęli z kolei wznie­cić pło­mień rewo­lu­cji nie tylko na wszyst­kich zie­miach daw­nej, impe­rial­nej Rosji, ale też – zanieść go do Europy Zachod­niej. Cele były z gruntu sprzeczne. A zbrojne star­cie sta­no­wiło tylko kwe­stię czasu.

Do pierw­szych regu­lar­nych walk z prącą na zachód Armią Czer­woną doszło w poło­wie lutego 1919 roku na Bia­ło­rusi i Wileńsz­czyź­nie. W poło­wie kwiet­nia Polacy prze­szli do ofen­sywy, zaj­mu­jąc Wilno, a póź­niej Bara­no­wi­cze i Nowo­gró­dek. Kolejne natar­cie, trwa­jące od lipca do paź­dzier­nika 1919 roku, pozwo­liło na obsa­dze­nie linii Dźwiny, Bere­zyny i Pty­czy.

Jesień 1919 roku była dla bol­sze­wi­ków nie­zwy­kle trudna. Wojna domowa w Rosji wła­śnie wcho­dziła w decy­du­jąca fazę. Komi­sa­rzom ludo­wym zagra­żała ofen­sywa „bia­łych” armii gene­ra­łów Jude­ni­cza i Deni­kina oraz admi­rała Koł­czaka. Gdyby ich dzia­ła­nia zostały sko­or­dy­no­wane z natar­ciem oddzia­łów pol­skich, powsta­łaby szansa roz­pra­wie­nia się z czer­wo­nym reżi­mem. Naczel­nik pań­stwa Józef Pił­sud­ski nie przy­stał jed­nak na współ­pracę z „bia­łymi”, zda­jąc sobie sprawę z anty­pol­skiej postawy byłych car­skich gene­ra­łów. Ci nie­zmien­nie trwali przy haśle nie­po­dziel­nej Rosji „od Kali­sza do Wła­dy­wo­stoku”, a w razie zwy­cię­stwa zamie­rzali dążyć do rewin­dy­ka­cji pol­skich tery­to­riów. Skon­fron­to­wany z dwiema wro­gimi siłami, Pił­sud­ski uznał bol­sze­wi­ków za mniej­sze zagro­że­nie dla nie­pod­le­głego bytu Rzecz­po­spo­li­tej. Opór „bia­łych” stop­niowo zaś słabł i wyga­sał.

Pol­skie woj­ska wkra­cza­jące 7 maja 1920 roku do Kijowa. Suk­ces oka­zał się nie­zwy­kle krót­ko­trwały.

Aż do końca kwiet­nia 1920 roku na fron­cie pol­sko-bol­sze­wic­kim trwał impas. Pod­jęto nawet bez­po­śred­nie nego­cja­cje. Bol­sze­wicy grali jed­nak tylko na zwłokę i szy­ko­wali siły potrzebne do wal­nego ude­rze­nia na zachód.

Strona pol­ska nie cze­kała bier­nie na roz­wój wypad­ków. Józef Pił­sud­ski obmy­ślił wymie­rze­nie wła­snego potęż­nego ciosu, o nie tylko poli­tycz­nym, ale też sym­bo­licz­nym zna­cze­niu. 7 maja 1920 roku, wspól­nie z siłami ukra­iń­skimi ata­mana Semena Petlury, zajęto Kijów. Nie udało się jed­nak roz­bić głów­nych sił Armii Czer­wo­nej, które wyco­fały się za Dniepr. Suk­ces oka­zał się zresztą krót­ko­trwały, a nawet pozorny. Już na początku maja 1920 roku ruszyła dro­bia­zgowo przy­go­to­wana przez bol­sze­wi­ków ofen­sywa na pół­nocy.

Siły pol­skie zdo­łały zatrzy­mać wroga na linii rzek Auta i Bere­zyna, ale stało się to dopiero po zmo­bi­li­zo­wa­niu wszyst­kich rezerw. Front cof­nął się aż o 100 kilo­me­trów. Polacy mieli rów­nież wiel­kie pro­blemy na Ukra­inie, gdzie na ich tyły przedarła się mobilna Armia Konna, co wymu­siło odda­nie Kijowa bez walki. Horda 20 000 jeźdź­ców pod wodzą Sie­miona Budion­nego, wspar­tych przez pociągi i samo­chody pan­cerne, samo­loty, 50 armat i kil­ka­set kara­bi­nów maszy­no­wych, rabo­wała tam i gwał­ciła bez opa­mię­ta­nia.

Bol­sze­wicy swoją ofen­sywę gene­ralną wzno­wili na początku lipca. Dzięki odwo­ła­niu do patrio­tycz­nych haseł udało im się zmo­bi­li­zo­wać potężną armię i pozy­skać do służby wielu byłych car­skich ofi­ce­rów. W ciągu dwóch tygo­dni czer­woni zajęli Mińsk, Wilno, Grodno i Pińsk. Polacy nie byli w sta­nie ich powstrzy­mać ani sku­tecz­nie zaha­mo­wać. Do końca mie­siąca zostali odrzu­ceni aż na linię Bugu i Narwi.

30 lipca w Bia­łym­stoku zain­sta­lo­wał się mario­net­kowy rząd pla­no­wa­nej Pol­skiej Repu­bliki Rad – Tym­cza­sowy Komi­tet Rewo­lu­cyjny Pol­ski – z Julia­nem Mar­chlew­skim i Felik­sem Dzier­żyń­skim na czele. Dowódca wojsk radziec­kich Michaił Tucha­czew­ski był pewien cał­ko­wi­tego zwy­cię­stwa nad „pań­ską Pol­ską”. Wraz ze zbli­ża­niem się Armii Czer­wo­nej do War­szawy pol­ski opór zaczął jed­nak tężeć. Spo­łe­czeń­stwo zro­zu­miało, że zagro­żona jest nie­pod­le­głość, z takim tru­dem odzy­skana po latach zabo­rów.

W sze­regi armii wstą­piło 100 000 ochot­ni­ków, mno­żyły się datki na Fun­dusz Obrony Pań­stwa. Pola­kom sprzy­jał także fakt, że wydłu­żyły się radziec­kie linie zaopa­trze­niowe, a i sami czer­wo­no­ar­mi­ści byli znu­żeni trwa­ją­cymi bez prze­rwy wal­kami. Ponadto, wbrew powszech­nemu prze­ko­na­niu, Armia Czer­wona nie góro­wała nad Woj­skiem Pol­skim liczeb­nie. Front pół­nocno-zachodni Tucha­czew­skiego liczył 130 000 żoł­nie­rzy, pod­czas gdy Polacy dys­po­no­wali na tym odcinku, według róż­nych źró­deł, liczbą około 150 000–170 000 żoł­nie­rzy.

16 sierp­nia, zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie dla bol­sze­wi­ków, ruszyła ofen­sywa znad Wie­prza. Pol­skie oddziały wyszły na tyły wroga, uwi­kła­nego w cięż­kie walki na przed­po­lach War­szawy. Zwy­cię­stwo było zupełne; Armia Czer­wona roz­po­częła odwrót na całym fron­cie. Dopeł­nie­niem suk­cesu była jesz­cze kil­ku­dniowa bitwa nad Nie­mnem.

Rzadko wspo­mina się o tym, że obie strony rzu­ciły do boju ogromne armie. Woj­sko Pol­skie liczyło w tym cza­sie około miliona żoł­nie­rzy. Czer­wo­no­ar­mi­stów ofi­cjal­nie było pię­cio­krot­nie wię­cej. Nie ozna­cza to jed­nak, że wszyst­kie bol­sze­wic­kie siły bez­po­śred­nio uczest­ni­czyły w woj­nie: zde­cy­do­waną więk­szość sta­no­wiła rezerwa. Po pol­skiej stro­nie 1 wrze­śnia 1920 roku na fron­cie prze­by­wało 348 000 żoł­nie­rzy. Do tego docho­dziły jesz­cze siły wojsk sprzy­mie­rzo­nych: Armia Ukra­iń­ska gene­rała Ome­lia­no­wi­cza-Paw­lenki dys­po­no­wała siłą 20 000 żoł­nie­rzy (około 10 000 w linii), Rosyj­ska Ludowa Armia Ochot­ni­cza gen. Bułaka-Bała­cho­wi­cza miała kolejne 20 000, przy czym w linii słu­żyło 11 000 żoł­nie­rzy. Ist­niały jesz­cze oddziały rosyj­skich bia­ło­gwar­dzi­stów liczące 6 000 żoł­nie­rzy.

Trwa­jące 20 mie­sięcy zma­ga­nia zebrały strasz­liwe śmier­telne żniwo wśród pol­skich żoł­nie­rzy. Łączne straty Woj­ska Pol­skiego w wal­kach o gra­nice w latach 1918–1920 okre­ślono na 251 329 żoł­nie­rzy. Pole­głych było 17 213, w sku­tek odnie­sio­nych ran zmarło 30 338, ran­nych zostało 113 518, zagi­nio­nych (w więk­szo­ści jeń­ców) było 51 351, nato­miast zde­zer­te­ro­wało aż 38 909 ludzi. Według pro­fe­sora Lecha Wyszczel­skiego 90% tych strat przy­pada bez­po­śred­nio na wojnę pol­sko-bol­sze­wicką. W cza­sie samej tylko bitwy war­szaw­skiej Polacy mieli 4500 pole­głych, 22 000 ran­nych i około 10 000 zagi­nio­nych. Straty w ope­ra­cji nie­meń­skiej się­gnęły w przy­bli­że­niu 20 000 żoł­nie­rzy, z któ­rych zgi­nęło 3 000.

Ogólne straty radziec­kie nie są znane. Zakłada się jed­nak, że znacz­nie prze­kra­czały te odno­to­wane po stro­nie pol­skiej. Jedy­nie na polu bitwy war­szaw­skiej bol­sze­wicy zosta­wili około 25 000 zabi­tych i 50 000–66 000 jeń­ców. Ponadto 30 000–45 000 czer­wo­no­ar­mi­stów zostało inter­no­wa­nych w Niem­czech.

Łącz­nie pod­czas wojny do pol­skiej nie­woli dostało się 150 000 nie­przy­ja­ciel­skich żoł­nie­rzy. Pewna ich liczba, sza­co­wana na 20 000–25 000, wyra­ziła chęć służby po stro­nie Rzecz­po­spo­li­tej. Po zakoń­cze­niu wojny repa­trio­wano do Rosji Radziec­kiej bli­sko 76 000 żoł­nie­rzy. Od 16 000 do 18 000 radziec­kich jeń­ców zmarło w pol­skich obo­zach w wyniku cho­rób i trud­nych warun­ków byto­wych. Bli­żej nie­okre­ślona ich liczba nie wyra­ziła chęci powrotu do komu­ni­stycz­nej ojczy­zny.

W radziec­kich łagrach uwię­zio­nych zostało 45 000–50 000 pol­skich jeń­ców. Były wśród nich rów­nież kobiety. Wielu innych zostało zamor­do­wa­nych, czę­sto­kroć bestial­sko, tuż po wzię­ciu do nie­woli. Ich dokład­nej liczby nie da się okre­ślić. Około 15 000 spo­śród pol­skich żoł­nie­rzy prze­trzy­my­wa­nych w obo­zach nie prze­żyło nie­woli. Po zakoń­cze­niu dzia­łań wojen­nych do ojczy­zny repa­trio­wano 26 000–32 000. Nie wró­ciła żadna z poj­ma­nych kobiet. Ich los był zapewne wyjąt­kowo tra­giczny zwa­żyw­szy na to, jakich okru­cieństw dopusz­czali się czer­wo­no­ar­mi­ści na tere­nie Rzecz­po­spo­li­tej.

Wojna pol­sko-bol­sze­wicka to okres, w któ­rym Woj­sko Pol­skie po raz pierw­szy na więk­szą skalę zasto­so­wało nowo­cze­sną broń, debiu­tu­jącą nie­dawno na fron­tach Wiel­kiej Wojny. Cho­dzi tu głów­nie o lot­nic­two i broń pan­cerną.

„Widzisz te łapy zakrwa­wione?”. Pol­ski pla­kat pro­pa­gan­dowy z 1920 roku.

Ogó­łem w latach 1918–1920 Pol­ska posia­dała aż 1800 samo­lo­tów w ponad stu wer­sjach, typach i odmia­nach. Był to naj­więk­szy stan ilo­ściowy w histo­rii pol­skiego lot­nic­twa woj­sko­wego. 968 maszyn prze­jęto po zabor­cach lub zdo­byto na Armii Czer­wo­nej; pozo­stałe pocho­dziły z zaku­pów i darów. Na prze­ło­mie lat 1919/1920 Pol­ska doku­piła samo­loty we Fran­cji, Anglii, Austrii, Wło­szech i w Niem­czech. Część zdo­bycz­nych samo­lo­tów, z uwagi na znaczny sto­pień wyeks­plo­ato­wa­nia, nie nada­wała się do służby na fron­cie.

W paź­dzier­niku 1920 roku Naczelne Dowódz­two Woj­ska Pol­skiego dys­po­no­wało 15 eska­drami uzbro­jo­nymi w 101 samo­lo­tów róż­nych typów. W ciągu nie­spełna dwóch lat wojny pol­scy piloci wyko­nali ponad 5100 lotów bojo­wych, w cza­sie któ­rych spę­dzili w powie­trzu nie­mal 10 000 godzin. W wal­kach powietrz­nych zestrze­lono 4 samo­loty bol­sze­wic­kie (i 3 ukra­iń­skie), tra­cąc przy tym 3 maszyny, nato­miast obrona prze­ciw­lot­ni­cza wroga zestrze­liła 34 pol­skie maszyny. W wal­kach zgi­nęło 28 pilo­tów (w tym 3 ame­ry­kań­skich), zaś w wypad­kach lot­ni­czych 68 lot­ni­ków.

Wraz z 1. Puł­kiem Pan­cer­nym „Błę­kit­nej Armii” gene­rała Józefa Hal­lera w czerwcu 1919 roku do Pol­ski przy­było 120 naj­no­wo­cze­śniej­szych wów­czas na świe­cie fran­cu­skich czoł­gów Renault FT 17. Czołgi peł­niły na fron­cie rolę swo­istej „straży pożar­nej” i były kie­ro­wane na wszyst­kie zagro­żone odcinki. Wal­czyły aktyw­nie z bol­sze­wi­kami pod­czas bojów odwro­to­wych latem 1920 roku oraz pod­czas bitwy war­szaw­skiej. Brały mię­dzy innymi udział w star­ciu o Radzy­min.

Woj­sko Pol­skie wyko­rzy­sty­wało też kil­ka­dzie­siąt samo­cho­dów pan­cer­nych, w więk­szo­ści zdo­bycz­nych, choć poja­wiła się i pierw­sza pol­ska kon­struk­cja tego typu. Tym histo­rycz­nym pojaz­dem pan­cer­nym był Ford FT-B, zbu­do­wany w ilo­ści 16–17 egzem­pla­rzy na bazie popu­lar­nego modelu Forda wer­sji „T” przez uta­len­to­wa­nego inży­niera Tade­usza Tań­skiego. Wal­cząc w sze­re­gach 5. Armii gen. Wła­dy­sława Sikor­skiego pol­skie pan­cerki roz­biły w rejo­nie Dro­bina i Raciąża sztab radziec­kiej 18. Dywi­zji Strze­lec­kiej. Pojazdy tego typu uczest­ni­czyły rów­nież w raj­dzie na Kowel we wrze­śniu 1920 roku.

Postęp był widoczny rów­nież w innych dzie­dzi­nach uzbro­je­nia, zarówno w jego jako­ści, jak i liczeb­no­ści. Według danych sza­cun­ko­wych w stycz­niu 1919 roku na sta­nie Woj­ska Pol­skiego znaj­do­wało się około 100 000 powta­rzal­nych kara­bi­nów, 1200 kara­bi­nów maszy­no­wych i ponad 350 armat. W momen­cie pod­pi­sa­nia trak­tatu poko­jo­wego pol­ska armia dys­po­no­wała już ponad 425 000 kara­bi­nów, 6500 kara­bi­nami maszy­no­wymi i pra­wie 2000 armat.

Roz­dział 4. Powierzch­nia

Kamil Janicki

Roz­dział 4

Powierzch­nia

II Rzecz­po­spo­lita była o 24,6% więk­sza od obec­nej Pol­ski

Prze­bieg pol­skich gra­nic pozo­sta­wał nie­pewny aż do 1924 roku. Przez nie­mal ¼ swo­jego ist­nie­nia II Rzecz­po­spo­lita była kra­jem bez ści­śle usta­lo­nego tery­to­rium.

W pol­skiej pamięci histo­rycz­nej zapi­sały się walne powsta­nia – ślą­skie, wiel­ko­pol­skie – oraz zażarty bój o zie­mie wschod­nie naj­pierw z Ukra­iń­cami, a następ­nie bol­sze­wi­kami. Kon­flikty toczyły się jed­nak także na pozo­sta­łych odcin­kach gra­nic. I to nie­mal wszyst­kich.

Na Suwalsz­czyź­nie, wbrew zapi­som trak­tatu wer­sal­skiego i ocze­ki­wa­niom Ententy, Niemcy kon­ty­nu­owali swoją oku­pa­cję aż do lata 1919 roku. Następ­nie usi­ło­wali prze­ka­zać wła­dzę nie w ręce Pola­ków, lecz Litwi­nów. Nacisk oddzia­łów Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej spra­wił, że ci ostatni opu­ścili Augu­stów i Suwałki, usi­ło­wali jed­nak oko­pać się na Sej­neńsz­czyź­nie. Pre­mier Myko­las Sleževičius wzy­wał litew­ską mniej­szość zamiesz­ku­jącą obszar, by „bro­niła osad do ostatka, jak kto może, sta­jąc z sie­kie­rami, widłami, kosami”.

Oku­pa­cja nie spo­tkała się z ofi­cjalną reak­cją władz w War­sza­wie. Do walki rwała się jed­nak miej­scowa lud­ność. 16 sierp­nia, decy­zją suwal­skiego Okręgu Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej, wsz­częto zryw zbrojny, okre­ślany mia­nem powsta­nia sej­neń­skiego. Po począt­ko­wym suk­ce­sie Pola­ków, na mia­sto ude­rzyły prze­wa­ża­jące siły litew­skie – 1200 żoł­nie­rzy pie­choty, 120 kawa­le­rzy­stów, 18 ckm-ów. W cięż­kich wal­kach udało się ponow­nie wyprzeć prze­ciw­nika. „Domy pol­skie były plą­dro­wane i gra­bione, a część miesz­kań­ców aresz­to­wano i wywie­ziono do Łoź­dziej, gdzie ich kato­wano” – pisze histo­ryk Wie­sław Jan Wysocki. – „Wielu Pola­ków zostało trwale oka­le­czo­nych, dopusz­czano się licz­nych gwał­tów i mor­derstw. Litwini gro­zili wręcz doko­na­niem rzezi”.

Łącz­nie w powsta­niu sej­neń­skim życie stra­ciło praw­do­po­dob­nie 54 Pola­ków. W kolej­nym mie­siącu na opa­no­wane przez insu­rek­cję tereny wkro­czyły regu­larne oddziały Woj­ska Pol­skiego.

Nie mniej napięta była sytu­acja na nowej gra­nicy pol­sko-cze­cho­sło­wac­kiej, zwłasz­cza na Ślą­sku Cie­szyń­skim. Już od wio­sny 1918 roku trwały usta­le­nia mię­dzy poli­ty­kami obu naro­dów, mające na celu podział terenu zgod­nie ze skła­dem etnicz­nym. 5 listo­pada 1918 roku lokalne Rady Naro­dowe powo­łane w Cie­szy­nie i Opa­wie zgo­dziły się tym­cza­sowo przy­jąć takie roz­wią­za­nie, a w efek­cie – unik­nąć roz­lewu krwi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki