Przebudzenie Morfeusza - K.N. Haner - ebook + audiobook + książka

Przebudzenie Morfeusza ebook i audiobook

Haner K.N.

4,6

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Po zniknięciu Adama Cassandra względnie uporządkowała swoje życie. Znów zamieszkała w Toronto, a iskierką nadziei jest dla niej synek -- Tommy. Dziewczyna pragnie zapomnieć o przeszłości, ale nie potrafi. Jej serce, choć roztrzaskane na kawałki, nadal bije dla najbardziej nieodpowiedniego faceta na świecie.

Gdy Adam McKey nagle zjawia się w jej rodzinnym domu, Cassandra jest wściekła, choć jednocześnie szczęśliwa. Niestety, razem z ojcem jej dziecka powracają dawne demony. Wokół znów czają się wrogowie, a wśród nich najgroźniejszy -- Eros. On również nie zapomniał o Cassandrze.

Walka trwa. Zemsta jest okrutna i bolesna, a w świecie mafii to sprawa honoru. Toczy się ostateczna rozgrywka -- o miłość, zaufanie i prawdę. Prawdę, która może uleczyć, ale także zabić.

Jaką decyzję podejmie Cassandra? I co wybierze Adam w świecie, w którym nic nie jest tym, czym się wydaje?

Śniłam o mężczyźnie, który był dla mnie zgubą. Przeszliśmy razem przez koszmar... A teraz czas na przebudzenie.

"Przebudzenie Morfeusza", po raz kolejny przeniesie Was do świata mrocznych, wyuzdanych pragnień i mafii, która nigdy nie wybacza. Przygotujcie się na ostrą jazdę bez trzymanki, bo K.N. Haner to mistrzyni dramatów, która zawsze zapewnia czytelnikom maksymalnie skrajnie wrażenia i emocje. Musicie jak najszybciej poznać zakończenie tej historii, a uwierzcie, że nie jesteście przygotowani na to, co zafundowała nam autorka. Gorąco polecam!

Sylwia Stawska, Kobiece Recenzje

"Przebudzenie Morfeusza" to pełna pożądania, trzymająca w napięciu i serwująca mocne doznania lektura. Wkroczcie głębiej w mroczny świat mafii i poznajcie Morfeusza od innej strony. Ta książka sprawi, że przestaniecie wymyślać własne zakończenia. Sprawi, że poczujecie ból i rozkosz jednocześnie. K.N. Haner pokazuje, że można napisać świetny erotyk, który zawładnie sercem czytelnika.

Emilia Zaręba,

Myśleliście, że "Koszmar Morfeusza" był mroczny i nieprzewidywalny? Przy "Przebudzeniu Morfeusza" to tylko bajka dla grzecznych dziewczynek i czubek góry lodowej, z którą czeka Was nieuchronne zderzenie. Takiej ilości mroku i dramatycznych wydarzeń jeszcze nie doświadczyliście. To już nie tylko erotyk, to thriller z krwi i kości. K.N. Haner z całą pewnością można okrzyknąć Królową Dramatu.

Katarzyna Olchowy,

Historia Cassandry i Adama nie jest zwykłą opowieścią o miłości. To tykająca bomba, która nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Nikt z Was nie spodziewa się tego, co kryją strony tej książki. Przygotujcie się - koszmar powraca ze zdwojoną siłą! Od niego nie ma odwrotu, bo przecież miłość nie wybiera... K.N. Haner pokazała, że stać ją na wiele, oficjalnie mogę ją ogłosić Królową Dramatu.

Dominka Emilia Lewandowska,

Pozwól, by K.N. Haner po raz ostatni wciągnęła Cię w świat mafijnej miłości. Niebezpieczna i namiętna gra zmierza ku końcowi, jednak jej wyniku nikt nie mógł przewidzieć. Gwarantuję, że nie jesteście przygotowani na zakończenie, jakie zafundowała nam autorka.

Ewelina Nawara,

K.N. Haner wie jak zagrać na emocjach czytelnika. Z każdą kolejną częścią zaskakuje nas coraz bardziej. Sprawia, że nie sposób oderwać się od książki aż do ostatniej strony. Polecam!

Monika Hetz,

K.N. Haner i tym razem zaskakuje nas wielką dawka emocji. Będziecie śmiać się i płakać z emocji. "Przebudzenie Morfeusza" jest bez dwóch zdań najlepsza częścią Mafijnej miłości.

Dominika Starzyk,

Hipnotyzujący, namiętny i niebezpieczny świat Morfeusza ponownie rozpali Wasze zmysły. Tym razem K.N. Haner zabiera nas w podróż pełną napięcia, miłosnych uniesień i wstrząsających wydarzeń. Czy macie odwagę kolejny raz balansować na granicy koszaru?

Urszula Wesołowska,

Do tej pory nie mogę otrząsnąć się z emocji, które wywołało we mnie "Przebudzenie Morfeusza". K.N. Haner niczym najdoskonalszy wirtuoz gra na ludzkich uczuciach, rozpala zmysły i rozgrzewa serce do czerwoności. To niezapomniana lektura, z której trudno się wybudzić.

Patrycja Łazowska,

K.N. Haner rozbudza emocje i nie odpuszcza zarówno czytelnikowi, jak i swoim bohaterom. Zaprasza do mrocznej i niebezpiecznej gry, niezaspokojonych żądz, seksualnej przemocy i miłości, dla której warto poświęcić nawet życie. "Przebudzenie Morfeusza" to mocny, dosadny, intrygujący thriller erotyczny i doskonałe zwieńczenie całej trylogii. Dajcie się porwać Mafijnej Miłości.

Aleksandra Jesiołowska,

Myślałam, że K.N. Haner wyczerpała już limit swoich pisarskich możliwości i niczym mnie już nie zaskoczy. W "Przebudzeniu Morfeusza" otrzymałam taką emocjonalną petardę, że przez długi czas nie mogłam dojść do siebie. Zostałam wciągnięta w mroczny świat, gdzie nie ma żadnych granic i zasad moralnych, a zdrowy rozsądek przegrywa w starciu z siłą uczuć. Jest brudna gra, w której stawką jest wolność, przyszłość i... życie. Absolutny fenomen, który szturmem zdobył moje serce.

Krystyna Meszka,

"Przebudzenie Morfeusza" to książka zmysłowa, pełna niebezpieczeństw, pasji i namiętności, jest tak samo podniecająca, jak wzruszająca, a K.N. Haner nie boi się poruszyć czytelnika na wszystkie możliwe sposoby i robi to z niebywałą zręcznością. Zakończenie tej serii wciągnie Was w środek mafijnego świata, a gdy raz go poznacie, nie będziecie chcieli go opuścić.

Agnieszka Zabawa,

Ambasadorki książki:

Marta Daft, Klaudia Aleksandra Grabowska, Aleksandra Szoć, Claudia Sobańska, Dominika Róg-Górecka, Beata Matuszewska, Dorota Lińska-Złoch, Angelika Kamińska, Joanna Balcar-Palinker, Daria Skiba, Paulina Balcerzak, Hanna Smarzewska,

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 892

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 21 godz. 46 min

Lektor: Czyta: Małgorzata Gołota

Oceny
4,6 (42 oceny)
34
4
2
0
2
Sortuj według:
dziubek38

Nie oderwiesz się od lektury

😍🥰😍🥰😍
00
myszkaa877

Nie oderwiesz się od lektury

Dziękuję za te Emocje ❤️
00
Monkamonczynska

Dobrze spędzony czas

Po pierwszej części dałam najgorsza recenzje… ale coś jednak mnie przyciągało aby przeczytać dalej. Tym sposobem dobrnęłam do końca. Casandre miałam ochotę rozszarpać średnio co 2 stronę. Co za irytująca kobieta…ale chyba taki był cel
00
Magdalena2011

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam serdecznie 🥰💯🔥
00
EdytaCiach33

Nie oderwiesz się od lektury

polecam 🙂🙂
00

Popularność




K.N. Haner

Przebudzenie Morfeusza

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Autor oraz Wydawnictwo HELION dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Wydawnictwo HELION nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Projekt okładki: Jan Paluch

Materiały graficzne na okładce zostały wykorzystana za zgodą Shutterstock.

Wydawnictwo HELION ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: editio@editio.pl WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

ISBN: 978-83-283-3849-4

Copyright © Helion 2017

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Dla moich najwspanialszych czytelniczek, które nigdy mnie nie zawodzą.

Każdego dnia walczę o siebie od nowa. Spoglądam w lustro nad komodą w swojej sypialni i widząc w nim odbicie łóżeczka Tommy’ego, zawsze się uspokajam.

Mój synek znowu śpi słodko i nawet nie wie, że dziś pierwszy raz zostanie sam z babcią. Dostałam pracę i mama w końcu przestanie suszyć mi głowę o to, bym zaczęła normalnie funkcjonować. Ona nie wie… Nie wie, co się wydarzyło. Według niej nie znam ojca swojego dziecka i niech tak pozostanie. Dla niej już zawsze będę dziewczyną z nagich zdjęć, która nie przejęła się losem własnego ojca. Córką, która puściła się z jakimś facetem i zaszła z nim w ciążę. Mama jest jednak na tyle delikatna, że niczego mi nie wypomina. Kocha Tommy’ego i wiem, że mnie także. Widzę jednak te spojrzenia, niemal słyszę wszystkie te niewypowiedziane na głos pytania, jakie chciałaby mi zadać. Kiedyś może jej odpowiem, ale nie dziś, nie teraz.

— Mamo, poradzisz sobie? — pytam, schodząc do salonu. Mama właśnie wróciła z kliniki, gdzie leży ojciec, i robi sobie śniadanie. Widzę, że już zdążyła przygotować dla mnie lunch. Pierwszego dnia w nowej pracy na pewno nie będę miała do tego głowy, ale uśmiecham się na myśl, że jest taka… Taka delikatna i ma wyczucie. Nie skreśliła mnie, mimo że oceniła negatywnie, jak większość naszej rodziny.

— Cassandro, kochanie, a czy ja się nigdy dzieckiem nie zajmowałam? — Mama uśmiecha się znad kubka kawy. Jak zawsze czarnej bez mleka i cukru. Wzdycham, bo nie chcę zostawiać Tommy’ego na kilka godzin. Nie umiem sobie wytłumaczyć, że teraz muszę wyjść i zobaczę go dopiero po południu.

— Oj wiem, mamo. Nie rób mi niczego więcej do jedzenia! — Podchodzę i wyjmuję z jej ręki chleb, bo już się zabierała za robienie kolejnej kanapki.

— Wychodzisz bez śniadania? — gani mnie. Ten sam ton co w podstawówce. Mama nigdy nie pozwalała mi wyjść z domu głodnej.

— Mamo… — Patrzę na nią błagalnie. Jej błękitne oczy są pełne troski i życzliwości.

— Spotykasz się dziś z Filipem? — pyta miękko.

Doskonale wiem, co ma na myśli. Nie ma możliwości, bym się jej przyznała, że łączy nas coś więcej niż przyjaźń.

— Dlaczego pytasz? — Spuszczam wzrok, by nie spotkać jej podejrzliwego spojrzenia.

— Ten Filip jest po rozwodzie, tak? — Ignoruje moje pytanie i pierwszy raz zaczyna zagadywać o Filipa. Wiedziałam, że przyjeżdżanie z nim wczoraj pod dom nie było dobrym pomysłem.

— W trakcie rozwodu — bąkam pod nosem.

Sama się zastanawiam, jakim cudem znowu wpadłam w jego sidła? Dlaczego mam skłonność do spotykania się z takimi facetami? Przecież Filip to mężczyzna zupełnie nie dla mnie. Nawet jeśli chciałabym się z kimś związać, to na pewno nie z takim typem. Filip jest nieodpowiedzialny, bezczelny i myśli tylko o tym, by znowu zaciągnąć mnie do łóżka. Dziwne, że nie odstraszył go fakt, że mam syna. Może właśnie to mnie znowu do niego przekonało? Czy ja naprawdę jestem taka naiwna?

— Lubi Tommy’ego? — Mama zdumiewa mnie kolejnym pytaniem.

Co ją dziś naszło? W dodatku tak dziwnie się uśmiecha. To, że próbował mnie wczoraj pocałować, też widziała? Podglądała z okna w kuchni, jak staliśmy na podjeździe? O Boże… Naprawdę czuję się jak w podstawówce.

— Nie wiem. Widział go raptem kilka razy…

— A mnie się wydaje, że on was bardzo lubi. Znacie się jeszcze ze studiów, prawda?

Wywracam oczami, tak żeby nie widziała, i znowu wzdycham.

— Tak, mieliśmy razem staż.

— A on…

— Mamo, proszę… — Patrzę błagalnie, by nie wypytywała dalej. Tego się chyba najbardziej obawiam. Jeśli ona zacznie pytać, ja zacznę mówić i ten koszmar, mimo że wciąż trwa jedynie w mojej głowie, wróci.

— Po prostu jestem ciekawa, córeczko. Tak mało o tobie wiem.

Słyszę wyrzut w jej głosie. „Tak mało o tobie wiem” znaczy: „Nie wiem, kto jest ojcem mojego wnuka”.

— Mamo… — powtarzam, już zirytowana.

— Dwie kanapki? — zmienia temat, widząc, że mnie zdenerwowała. Kręcę głową, a ona chwyta jeszcze jabłko i banana, by wepchnąć je do pudełka, które dla mnie przygotowała. — Masz sałatkę i owoce — mówi cicho.

— Dziękuję. — Odbieram od niej swoje śniadanie i lunch, po czym patrzę na zegarek w kuchni. Za chwilę powinnam wyjść, a jeszcze muszę się przebrać. — W razie czego zadzwonisz?

— Zadzwonię, Cassandro. — Uśmiecha się i patrzy na mnie ciepło.

Tak naprawdę ja też jej nie znam. Zawsze była zdominowana przez ojca i miałam wrażenie, że jest nieszczęśliwa. Myślałam, że to taka poza… A jednak nie. Ona tęskni za tatą, odwiedza go codziennie i modli się, by do nas wrócił. Ale on nie wróci. Jest warzywem, którego życie podtrzymują jedynie szpitalne maszyny. Ciężko mi patrzeć na jej złudne nadzieje. Nie dociera do niej, że ojca już z nami nie ma. Że to tylko ciało bez duszy. Wciąż go kocha, ale miłość nie ma takiej mocy, by przywrócić komuś duszę, którą zabrał Bóg.

Zerkam do sypialni, by spojrzeć na Tommy’ego. Właśnie się obudził i stoi w łóżeczku, cudownie zaspany i z odgniecionym policzkiem. Ma rozczochrane włoski w kolorze anielskiego blondu i pociera rączką swoje malutkie błękitne oczka. Jest idealny.

— Mama! — krzyczy na mój widok.

Uśmiecham się i wchodzę do środka, by wziąć go w ramiona. Tak cudownie pachnie. Wtula się we mnie i jeszcze na chwilę zasypia. Cholera! Nie mogę się spóźnić pierwszego dnia pracy, ale nie mam serca go budzić. Przeciągam tę chwilę, najbardziej jak mogę, a potem w pośpiechu się przebieram i wychodzę na autobus.

— Szalik załóż! — krzyczy za mną mama, ale nie mam czasu na takie pierdoły. Żałuję tego już po chwili, bo dziś jest wyjątkowo zimny październikowy poranek. Nieprzyjemny wiatr sprawia, że moje ciało przeszywa dreszcz, ale nie mam czasu wrócić do domu. Zapinam czarny płaszczyk pod samą szyję i kuląc się, biegnę na przystanek.

Miły kierowca czeka, aż wsiądę. Kiwam mu w podzięce i zajmuję miejsce przy oknie. Toronto o tej porze budzi się do życia. Na szczęście do mojego nowego biura jest niecałe pół godziny drogi jedną linią autobusową. Już na następnym przystanku cały pojazd wypełnia się ludźmi. Głównie młodzieżą i studentami oraz takimi jak ja… pracoholikami.

Mimo że przez ostatnie dwa lata nie pracowałam, często myślałam o sprawach zawodowych. Dzwoniłam do Valery i wypytywałam ją, co się dzieje w firmie. Ona jednak za każdym razem skąpiła mi informacji, a ja nie chciałam jej ciągnąć za język. Razem z Anthonym mają odwiedzić mnie niebawem. Zaręczyli się i z tego, co wiem, planują ślub na wiosnę przyszłego roku. Kto by pomyślał? Uśmiecham się na myśl o nich. Są świetną parą. Niby kompletnie do siebie nie pasują, a jednak. Kochają się na zabój, pieprzą się jak króliki i pewnie tak będzie do końca ich życia.

Biuro projektowe, w którym właśnie zaczynam pracę, mieści się w dużym nowoczesnym budynku, gdzie mnóstwo innych firm ma swoje siedziby. Naprawdę cieszę się z tej pracy i jestem wdzięczna Filipowi, że mnie polecił. Wiszę mu za to kolację… Obiecałam, że zjemy ją dziś wieczorem. Jaką wymówkę mam wymyślić dla mamy? Muszę ją poprosić, by zajęła się Tommym, i mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie mogę jednak zabrać małego do restauracji, bo nie da nam porozmawiać.

— Dzień dobry, nazywam się Cassandra Givens. — Podchodzę do recepcji, by wypisano mi przepustkę.

Młoda rudowłosa dziewczyna prosi mnie o jakiś dokument i dzwoni gdzieś, by ustalić, czy oczekują kogoś takiego jak ja. Po chwili rozmowy daje mi przepustkę i pokazuje, jak mam dojść do schodów, bo winda dziś akurat się zepsuła. Świetnie! Dobrze, że mam na nogach kozaki na płaskim obcasie, bo wyjście na siódme piętro nie należy do moich ulubionych czynności. Kondycję mam zerową, co sprawia, że docieram na górę cała zdyszana, spocona i zmęczona, jakbym właśnie przebiegła maraton. Próbując zapanować nad oddechem, wychodzę na korytarz siedziby firmy. Deco&Art — to moje nowe miejsce pracy.

Chcę wyglądać dobrze i profesjonalnie, ale gdy nagle słyszę, jak w torebce dzwoni moja komórka, od razu panikuję. To na pewno coś z Tommym! Szukam nerwowo tego pieprzonego telefonu, idąc na oślep przed siebie, i nagle na kogoś wpadam. Męskie dłonie łapią mnie pewnie za ramiona i ratują od upadku. Podnoszę wzrok i pierwsze, co zauważam, to błękitne oczy. Boże! Czemu zawsze trafiam na facetów z takimi oczami? Mój wzrok sunie nieco niżej, na usta… ładnie wykrojone usta, na których czai się cień uśmiechu.

— Wszystko w porządku? — Ton głosu mężczyzny jest niski i spokojny. Jestem przekonana, że wpadłam właśnie na swojego szefa.

— Tak, przepraszam, nie zauważyłam pana…

— Kyle Worthington — przedstawia się i wyciąga do mnie dłoń. — Ty jesteś Cassandra, prawda? — dodaje, a na jego twarzy maluje się zadowolenie. Trudno nie zauważyć, że jest przystojny. W mojej głowie od razu zapala się czerwona lampka. Przystojny szef równa się… kłopoty!

— Tak, Cassandra Givens — mówię i ujmuję jego dłoń. Jest miękka i zaskakująco ciepła. Przyglądam mu się uważniej. Kyle ma ładnie zarysowaną szczękę i dodający jego twarzy wyrazistości dwudniowy zarost. Ramiona w granatowej marynarce wydają się potężne i męskie… Robię krok w tył, by zwiększyć dystans między nami.

— Spóźniłaś się pięć minut…

Krzywię się, słysząc pierwszą reprymendę od mojego nowego szefa. Spóźnianie się do pracy pierwszego dnia mam chyba we krwi.

— Winda nie działa. Musiałam się wspinać na to siódme piętro, a moja kondycja nie jest najlepsza… — Próbuję nie brzmieć, jakbym się tłumaczyła, bo tak naprawdę to żaden argument.

— Mamy tutaj bardzo fajny sportowy pakiet socjalny dla pracowników, Cassandro. — Kyle uśmiecha się ponownie, a ja czuję ulgę, że nie jest zły. Nie chcę się narażać szefowi już pierwszego dnia nowej pracy.

— Na pewno skorzystam.

— Kawy? — proponuje, kompletnie mnie zaskakując.

— Nie, dziękuję.

— W takim razie chodź. — Nagle chwyta mnie za dłoń i prowadzi w głąb korytarza. Nikogo oprócz nas chyba jeszcze nie ma. — Pokażę ci twoje biuro i poznasz swoje obowiązki. O której wychodzisz na lunch?

— Mam ze sobą jedzenie — odpowiadam, rozglądając się po pomieszczeniu. Widzę dwa boksy oraz pokój socjalny z kuchenką i ekspresem do kawy. To niewielkie biuro i bardzo mi to pasuje.

— Ile lat ma twój syn? — pyta Kyle, wprowadzając mnie do mojego biura.

To malutki pokoik z biurkiem, krzesłem i laptopem. Regał z segregatorami obok okna, z którego rozciąga się piękny widok na centrum Toronto. Podoba mi się tutaj! Uśmiecham się szeroko i czuję ulgę, bo lubię komfort w miejscu pracy. W Miami… W Miami nie miałam takich wygód.

— Niecałe dwa… — odpowiadam niepewnie. Nie wiem, czy mój szef widzi jakiś problem w tym, że mam syna. Mam nadzieję, że nie. To przecież nie powinno mieć dla niego znaczenia.

— Taki fajny mały mężczyzna, co? — Uśmiecha się tajemniczo, ale w tym uśmiechu jest coś… Coś, co sprawia, że wszystkie złe myśli i wątpliwości ulatują z mojej głowy.

— Tak, Tommy jest świetnym małym facetem — odpowiadam i również się uśmiecham.

— I ma świetną zdolną matkę. Filip bardzo cię zachwalał. — Kyle wypowiada to w dość dziwny sposób. Filip mnie zachwalał? Nie wiem, dlaczego od razu mam wrażenie, że zachwalał mnie nie tylko jako dobrego architekta wnętrz.

— Tak? — pytam, mierząc wzrokiem Kyle’a.

— Tak. Opowiadał mi o tobie… — Znowu się krzywię, a Kyle się śmieje, widząc moją minę. — Ale nie martw się, mówił same dobrze rzeczy! — dodaje.

— Nie wątpię — bąkam.

Nie wiedziałam, że to tacy dobrzy koledzy. Tak naprawdę nie miałam pojęcia, że Filip zna mojego szefa. Przez to nie czuję się już tak pewnie — najwidoczniej dostałam tę pracę po prostu po znajomości.

Kyle podchodzi do regału z segregatorami i wyjmuje jeden z nich. Czerwony. Kładzie go na biurku i pokazuje, bym usiadła. Robię, o co prosi, i spoglądam na niego.

— To twój pierwszy projekt. Zapoznaj się ze szczegółami, kosztorysami i wytycznymi klienta. Rzucam cię na głęboką wodę, Cassandro, więc mnie nie zawiedź. — Otwiera segregator, wciąż patrząc na mnie z szerokim uśmiechem.

Spoglądam na pierwszą stronę i czytam nazwisko klienta: ADAM MCKEY.

Wpatruję się długo w te kilka liter. Nie… To niemożliwe. To na pewno nie Adam. Nie TEN Adam! To, kurwa, niemożliwe.

— To bardzo ważny klient. Zlecenie jest świeże, więc masz pole do popisu — mówi Kyle, ale ja go nie słucham. W głowie mam miliony myśli. Adam McKey… Boże! Nienawidzę tego imienia i nazwiska.

— Co to za człowiek? — pytam niepewnie.

— Podobno pracowałaś dla niego — odpowiada mój szef. Siada na brzegu biurka i wpatruje się we mnie.

Momentalnie oblewa mnie zimny pot. Nie wiem, czy on zauważa moje zakłopotanie. I czy można to nazwać zakłopotaniem? To raczej panika. Panika połączona z obsesyjnym strachem przed tym całym gównem, od którego — jak miałam nadzieję — już się uwolniłam.

— Aha — odpowiadam krótko.

Nie mogę przyjąć tego zlecenia. Wiem, jak to wygląda: pierwszego dnia pracy już robię problemy, ale… Po prostu nie mogę. Nie chcę widzieć Adama, nie chcę, by znowu zniszczył cały mój świat.

Zresztą już go niszczy… Gdy chwilę wcześniej przeczytałam jego imię i nazwisko, od razu poczułam się nikim. Ta paląca pustka w sercu, poczucie straty czegoś, co nigdy do mnie nie należało, upokorzenie i ból. Ból przeszywający na wskroś. Adam jest niszczycielem mojego życia, a ja nie mogę pozwolić, by wtargnął do niego ponownie.

— Kiedy zobaczyłem twoje papiery i przeczytałem, że pracowałaś dla McKeyów, Filip nawet nie musiał mnie namawiać, bym cię zatrudnił. Opowiesz mi o pracy dla nich? — Kyle patrzy na mnie z ciekawością.

— Nie ma o czym mówić, praca jak praca.

Przełykam ślinę. Kurwa! Czy to się dzieje naprawdę? Mam wrażenie, że Adam zaraz wparuje do biura, a ja na jego widok… Naprawdę nie wiem, co miałabym zrobić. Wyskoczyć przez okno? Spoglądam w stronę szklanej ściany dzielącej mnie od świata zewnętrznego i zaczynam się zastanawiać, ile sekund zająłby mi lot z siódmego piętra. Jak wielka mokra plama by ze mnie została?

— On naprawdę jest takim tyranem? — Kyle nie odpuszcza i drąży temat.

Spoglądam na niego i nie wiem dlaczego, ale zaczynam się śmiać. Adam tyranem?

— Tak…

— Słyszałem o nim wiele. Opowiedz mi chociaż trochę, jak to jest w tym wielkim świecie. — Śmieje się, ale ton głosu ma błagalny.

— Adam jest trudny jako człowiek. Wybuchowy i wymagający, ale jako szef jest w porządku — odpowiadam zgodnie z prawdą. Co jak co, ale podziwiam go jako architekta. Ma doświadczenie i zna się na rzeczy. Nie wiedziałam, że wrócił… Chociaż nie wiem, skąd wrócił i czy w ogóle można to nazwać powrotem.

— Byłaś z nim na „ty”? — pyta Kyle z niedowierzaniem.

— A co w tym dziwnego? Miałam się zwracać do szefa per „pan”? — Unoszę brew.

— No nie, ale…

— Ale co?

— To jednak McKey… Legenda… — Jego nerwowy śmiech sprawia, że mam ochotę wywrócić oczami.

— Boże, daj spokój. Adam to normalny facet. Stworzył wokół siebie jakąś dziwną aurę, w którą wszyscy wierzą, a tak naprawdę nikt go nie zna!

To zabrzmiało zbyt emocjonalnie. Kyle wbija we mnie spojrzenie pełne ciekawości. Przenikliwość i intensywność jego błękitnych tęczówek budzą niepokój. Cholera! Opanuj się, Cass.

— Za to ty znasz go chyba lepiej… niż wszyscy.

Nagle przysiada się bliżej, a ja wstaję, by zdjąć płaszcz. Z tego wszystkiego nawet się nie rozebrałam i teraz momentalnie zrobiło mi się gorąco. W dodatku zapomniałam o brzęczącym w mojej torebce telefonie. Mama! Właśnie znowu zaczęła dzwonić.

— Przepraszam, ale muszę odebrać! — Nerwowo szukam komórki, a Kyle kiwa, bym na spokojnie porozmawiała. W końcu znajduję aparat i szybko wychodzę na korytarz. — Mamo, stało się coś? — pytam przejęta.

— Nie wzięłaś całego śniadania, Cassandro.

Karcący głos matki niespodziewanie wyprowadza mnie z równowagi. Dzwoni tylko po to, by mi powiedzieć, że nie wzięłam śniadania? Chryste Panie!

— Mamo, prosiłam, byś dzwoniła jedynie w ważnych sprawach! — warczę na nią.

— Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, Cassandro. Prawda, Tommy?

W tle słyszę śmiech mojego syna i serce mi mięknie. Wyobrażam sobie, jak cudownie się teraz uśmiecha.

— Mamo…

— Jutro sama zapakuję ci śniadanie do torebki. Musisz o siebie dbać.

— Dobrze, ale teraz muszę kończyć. Szef mnie obserwuje — odpowiadam.

Rozłączam się i zerkam na Kyle’a, który właśnie stanął w progu i uważnie mi się przygląda. Mierzy wzrokiem moje nogi, a potem jego wzrok przesuwa się po moim ciele aż do oczu. Gdy nasze spojrzenia się krzyżują, mówi:

— McKey jest w Toronto i chce się spotkać w piątek. Rozumiem, że podejmujesz się tego wyzwania?

Staram się zachować spokój, ale w środku wszystko mam zaciśnięte na supeł.

— Jeśli odmówię, to od razu mnie zwolnisz? — pytam wprost.

Kyle unosi brew, wyczuwając mój nerwowy ton.

— Dlaczego chcesz odmówić?

— To osobista sprawa. Nie jestem w stanie pracować z McKeyem i, proszę, nie pytaj dlaczego. — Spuszczam wzrok.

— Trudno o to nie zapytać, ale niech będzie… Może to faktycznie nie najlepszy pomysł, skoro kiedyś pracowaliście razem — stwierdza nagle Kyle, a ja czuję ulgę.

— Dziękuję.

— W takim razie nie mamy dziś za wiele do roboty. Ja właśnie kończę mały projekt, a potem chyba możemy się lepiej poznać. — Wyciąga do mnie dłoń.

Nie wiem, co zamierza. „Lepiej się poznać”?

— Wdrożę się w obowiązki. Pokażesz mi, na jakich programach pracujecie?

— To standardowe programy. Jeszcze zdążysz się zapoznać… Filip mówił, że macie dziś randkę.

Krzywię się. Czy ja się przesłyszałam? Rozmawiam ze swoim szefem o pracy, zaraz potem o Adamie, a teraz o Filipie. Nie wiem, czy mi się to podoba.

— Randkę? Raczej nie. To kolacja w ramach podziękowania za załatwienie tej pracy — odpowiadam z odpowiednią dawką ironii.

— Wybacz moją wścibskość, ale… — Kyle podchodzi do mnie.

— Ale?

— Zapewne wiesz, że on się teraz rozwodzi i w ogóle… — Znowu się krzywię, bo nie wiem, do czego zmierza.

— Tak, wiem, że się rozwodzi. Przejdziesz do rzeczy?

— Filip. No… On nie bardzo nadaje się na partnera dla kobiety z dzieckiem — stwierdza, zaskakując mnie jeszcze bardziej.

— Nie zamierzam się z nim wiązać. Filip to kolega i tyle. Pomaga mi.

— Jego pomoc nigdy nie jest bezinteresowna. Trochę go znam…

Kyle uśmiecha się życzliwie, a ja znowu łapię się na tym, że chyba jestem w stanie go polubić. Ma podobne zdanie o Filipie jak ja. Tylko dlaczego chwilami nabieram się na te czułe słówka Filipa? Jestem aż tak zdesperowana, że się z nim spotykam?

— To tylko kolega. Naprawdę. — Brzmi, jakbym się tłumaczyła, a Kyle uśmiecha się ponownie.

— Nic przecież nie mówię, Cassandro.

Przechodzimy razem do mojego nowego biura i na szczęście zajmujemy się tym, czym powinniśmy. Pracą.

Przez kolejne dwie godziny zapoznaję się z używanymi w firmie programami, zasadami pracy i obsługi klientów. Kyle cierpliwie wyjaśnia mi firmowe sprawy i robimy sobie przerwę dopiero na lunch. On jedzie na miasto, a ja w spokoju zjadam sałatkę od mamy. Jestem zaskoczona, że nikogo oprócz nas tutaj dziś nie ma. Chcę zapytać go po powrocie, ile osób w ogóle pracuje w firmie, ale koło trzeciej Kyle dzwoni i mówi, że już dziś go nie będzie, więc mam wolne. Trochę mnie to dziwi — chyba muszę się po prostu przyzwyczaić do innego trybu pracy. Mam nadzieję, że moja pensja na tym nie ucierpi, bo oszczędności mi stopniały, a ja muszę za coś utrzymać siebie i Tommy’ego. Nie lubię prosić matki o pomoc, mimo że nigdy nie odmawia. Mam jednak dziecko i powinnam być odpowiedzialna.

Odpowiedzialna za Tommy’ego i za samą siebie.

***

Zbierając się do domu, raz jeszcze spoglądam na segregator, który rano pokazał mi Kyle. Adam ponownie pojawia się w moich myślach. Obawiam się, że pojawi się niestety także w moim życiu. Myślę o tym i aż żołądek mi się zaciska. Boję się tego spotkania. Cholernie się boję. Jestem wręcz przekonana, że gdy zobaczę McKeya, moje serce po prostu rozpadnie się na kawałki. Minęło już tyle czasu, ale we mnie to wszystko nadal jest żywe. Bolesne. Trudne.

Dźwięk komórki sprowadza mnie na ziemię. To Filip. Nie wiem, dlaczego się uśmiecham, widząc jego zdjęcie na ekranie telefonu. Odbieram.

— Dzwonisz, by mi przypomnieć o kolacji? — Radość staje się większa, gdy słyszę jego śmiech.

— Twoja skleroza i obsesyjne dawanie mi kosza, kiedy chcę iść z tobą do łóżka, zmuszają mnie do przypominania ci o tym, co mi obiecałaś.

Filip jest jak zwykle zabawny i bezpośredni. Lubię w nim te cechy.

— Co ci obiecałam? — pytam, bo nie pamiętam, bym obiecywała mu cokolwiek innego prócz kolacji.

— Kolację ze śniadaniem — odpowiada, dalej rozbawiony.

— Słucham? Chyba pomyliłeś numery telefonów — parskam śmiechem.

— Oj, wybacz… Miałem zadzwonić do długonogiej brunetki! Nie jesteś nią? — Doskonale wiem, że żartuje.

— Jestem blondynką.

— Mów dalej… — Filip udaje poważnego, a ja śmieję się głośno.

— Nie mam długich nóg, ale mam fajne cycki.

— Dasz sprawdzić? — Ponownie parskam.

— Nie…

— A popatrzeć chociaż?

— Założę bluzkę z dekoltem.

— Bez stanika?

— Filip!

— Bez majtek?

Kręcę głową, nie mogąc się opanować. Filip nie kryje się z tym, że chciałby zaciągnąć mnie do łóżka. Po co ja w ogóle z nim gadam? Naprawdę nie wiem, jakim cudem znowu wpadłam w jego sidła.

— Ósma? — przechodzę do rzeczy.

— Nie interesują mnie takie pierdoły, Cass. Ósma czy dziewiąta? Nieważne. Interesuje mnie, czy zostaniesz do rana? Mam zmieniać pościel?

Znowu się śmieję.

— Jeśli kotłowałeś się w niej z jakąś inną laską, to zmień… — rzucam żartobliwie.

— Więc mogę liczyć na miłe towarzystwo tej nocy?

Wyobrażam sobie jego zadowoloną minę. Filip i ten jego błysk w oku, który chwilami jest naprawdę urzekający.

— Jeśli po naszej kolacji masz jakąś randkę, to tak, możesz liczyć na towarzystwo.

— Co się z tobą stało, Cass? Nie pamiętasz już, jak pieprzyliśmy się gdzie popadnie, gdy byliśmy na stażu? — mówi nagle. Doskonale wiem, do czego zmierza.

— Pamiętam i pamiętam także, jak mnie łaskawie w końcu uświadomiłeś, że masz narzeczoną… — przywołuję tamtą sytuację. Naprawdę czułam się wtedy jak gówno.

— Narzeczoną, a teraz prawie byłą żonę… Kobiety przychodzą i odchodzą, a dobry seks to jednak zawsze dobry seks.

— Kto ci powiedział, że nasz seks był dobry? — Czekam chwilę na odpowiedź.

— A nie był?

Próbuję się nie roześmiać z jego niepewnego tonu.

— Był, ale to przeszłość.

— Pieprzyć przeszłość, Cass. Ja wiem, że teraz Tommy jest dla ciebie najważniejszy, i nie dziwię się, bo to świetny dzieciak, ale przecież czasami możesz się rozerwać. Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Okazałem się dupkiem, ale teraz wyłożyłem wszystkie karty. Wiesz, że się rozwodzę i nie mam wobec ciebie złych zamiarów.

— Tak, wiem — bąkam.

— Tak naprawdę to nigdy cię nie okłamałem. Wtedy przecież nie pytałaś, czy kogoś mam…

— No tak. To zatem moja wina, że zapomniałeś mi wspomnieć o narzeczonej — wzdycham. Jestem już lekko zirytowana tą rozmową.

— Daj spokój, teraz jestem szczery. Zawsze cię lubiłem.

— Lubiłeś się ze mną pieprzyć w toalecie albo na parkingu.

— To też. — Nagle śmieje się głośno. — Skarbie, nie próbuj się bronić przed szczęściem. Może ja ci go nie dam, ale sama wiesz, jak jest. Jakby co, zmienię pościel na wieczór. Ósma? — dodaje zadowolony. Jest przekonany, że wygrał.

— Ósma — potwierdzam, rozbawiona tą rozmową. Filip jest… Jest dupkiem, ale ja chyba mam słabość do takich typów. Najwidoczniej nie uczę się na błędach.

— Zjemy coś wykwintnego czy śmieciowe żarcie? — dopytuje.

— Śmieciowe.

— Bananowe czy truskawkowe?

— Co?

— Kondomy… — odpowiada, zaśmiewając się dalej.

— Mam uczulenie na lateks — kłamię dla zabawy.

— Od kiedy niby?

— Filipie, błagam cię…

— No dobra, już dobra. Wiesz, że ja tylko żartuję, ale i tak będę próbował cię przelecieć, więc jeśli naprawdę nie masz na to ochoty, to przygotuj porządną linię obrony i załóż barchanowe gacie.

— Mam już przygotowany cały barchanowy komplet na ten wieczór.

— Przyjadę po ciebie o ósmej.

Doskonale wiem, że się uśmiecha.

— Do zobaczenia — rozłączam się i wychodzę z biura.

Nie mam kluczy, więc nie zamykam, ale Kyle powiedział mi przez telefon, że to nie problem. Chwilę po czwartej wsiadam w autobus i po czterdziestu minutach jestem pod domem. Już w progu słyszę śmiech Tommy’ego. Właśnie wybiega z kuchni i wpada w moje ramiona.

— Mama! — Obejmuje mnie mocno. Całą buzię ma w tartej marchewce i jabłku, które ostatnio są jego ulubionym daniem. Całuję go po policzkach, a on chichocze i gładzi mnie po włosach. — Ładna mama! — dodaje i wtula się we mnie tak cudownie. Och! Nic nie może się równać z tym uczuciem. Tą bezgraniczną miłością, którą obdarza nas własne dziecko.

Wchodzę do kuchni, gdzie mama już nakrywa do stołu. Uśmiecha się na mój widok.

— Jak pierwszy dzień w pracy? — pyta.

— Całkiem dobrze, mamo. Tommy nie marudził? — Zerkam na niego, podczas gdy on tuli się do mojej piersi. Kocham go najbardziej na świecie.

— Troszkę, ale daliśmy sobie radę. Prawda, maluszku?

Mama podchodzi do nas i całuje mnie w policzek. Jestem zaskoczona tym gestem, ale to miłe. Widać po niej, że czuje ulgę. Bała się, że nie znajdę pracy. Długi ojca niemal całkiem zjadły nasze oszczędności i ostatnio było naprawdę ciężko. Mam nadzieję, że teraz, gdy dostałam tę robotę, nie będziemy musiały sprzedawać domu. Mama lubi to miejsce, to jej rodzinny dom.

— Mamo? — zagaduję niepewnie.

— Tak?

— Zajmiesz się nim jeszcze dziś wieczorem?

— Oczywiście. Masz randkę, tak?

Skąd ona to wie? Znaczy, to przecież nie randka, ale… Cholera. Sama już nie wiem, co mam myśleć o Filipie.

— Mamo…

— Oj, możesz mi powiedzieć, Cassandro. Tommy powinien mieć ojca.

— To nie randka. Spotykam się z Filipem, by mu podziękować za załatwienie mi pracy.

— Wrócisz na noc?

Robię wielkie oczy, bo nie wierzę, że właśnie mnie o to zapytała.

— Wrócę! — burczę, a ona uśmiecha się podejrzliwie. Naprawdę nie wiem, co w nią dziś wstąpiło. Nigdy, przenigdy nie wtrącała się w takie sprawy i nie pytała mnie o te rzeczy.

Idę umyć ręce i razem zasiadamy do obiadu. Mama przygotowała pyszne domowe placki z syropem klonowym i owocami, które razem z Tommym naprawdę uwielbiamy. Mały tak się zajada, że całą buzię ma w syropie. Nie chcę wychowywać go na idealne dziecko. Niech się czasami ubrudzi, popróbuje nowych rzeczy. Niech poznaje świat i rośnie na mądrego, odpowiedzialnego faceta. Jest światłem mojego życia, choć to życie nadal jest pełne strachu i mroku. Ten strach czai się wszędzie i mimo że ostatnio czuję się względnie bezpieczna, nadal mam koszmary i lęki. To siedzi w mojej głowie. To mnie niszczy, ale walczę z tym. Dla mojego synka.

Dziś w moim życiu znowu pojawił się Adam, a ten mrok powrócił. Wystarczyło, że na kartce papieru zobaczyłam jego imię i nazwisko, by wszystko mi się przypomniało.

Nagle dopada mnie dziwne uczucie, że jego „powrót” nie jest przypadkowy. No bo co Adam robi w Toronto? Interesy? Otwierają tu nowe Mirrors? Śmieję się gorzko na tę myśl. Cały czas staram się wyrzucić z pamięci chwile, które tam spędziłam. Mirrors było… Jest piekłem. Piekłem dla kobiet, które decydują się tam wejść. Najgorsze jest to, że robią to najczęściej z własnej woli. Potem niestety nie ma już odwrotu.

Zamykam oczy na myśl o wieczorze, kiedy poznałam Adama. To był początek mojego koszmaru. Koszmaru, który tak naprawdę cały czas trwa. Jest jak śpiączka, z której nie można się obudzić.

Zdołowana i zmartwiona, spędzam całe popołudnie przed telewizorem. Powinnam się szykować na wieczór, jednak całkiem straciłam ochotę na kolację z Filipem. Z góry wiem, że będzie mnie uwodził w bardzo bezpośredni sposób, a nie mam nastroju na takie wyzwania. Dawno nie czułam się tak jak teraz. Jakbym nie mogła normalnie odetchnąć, pełną piersią. Tak działa na mnie Adam, nawet jeśli od dawna nie ma go fizycznie w moim życiu. Wystarczy, że myślę o nim, a moje ciało buntuje się na różne sposoby. Na przykład dziś… Zaraz po obiedzie zrobiło mi się niedobrze i wymiotowałam. Poczułam się źle, jakby dopadła mnie grypa. Tak właśnie mój organizm reaguje na samo wspomnienie o Adamie McKeyu.

Z emocji zasypiam w swoim pokoju.

Budzę się, gdy na zewnątrz jest już ciemno. Przez uchylone drzwi dostrzegam światło na korytarzu piętra. Obracam się na plecy i przez chwilę wpatruję się w sufit. Nie chce mi się wstać z łóżka, mimo że potrzebuję iść do łazienki. Płacz Tommy’ego zmusza mnie jednak, bym ruszyła tyłek. W pierwszej chwili jestem zła na mamę, że o tej porze on jeszcze nie śpi. Ale mogę mieć pretensje jedynie do siebie, bo to ja powinnam tego dopilnować.

Wychodzę z pokoju i schodzę do kuchni, a mama właśnie raczy herbatą i ciastem… Filipa. Unoszę brew, zaskoczona jego widokiem.

— Dobry wieczór. — Filip mówi z chytrym uśmieszkiem. Próbuje przeciągnąć moją mamę na swoją stronę? To naprawdę nie jest zabawne.

— Cześć. Co tu robisz? Jest późno. — Spoglądam na Tommy’ego siedzącego przed telewizorem i oglądającego bajki.

— Co ty tu robisz? Powinnaś być teraz u mnie. — Filip wstaje od stołu, by się przywitać. Jestem zaskoczona, bo naprawdę się wystroił. Eleganckie materiałowe kremowe spodnie i brązowa koszula. Serio myślał, że dziś zaliczy. Cały on.

— Pisałam ci przecież, że nie…

— Że źle się czujesz, wiem — przerywa mi. — Dlatego przyjechałem cię odwiedzić — dodaje i podchodzi do mnie, by… cmoknąć mnie w policzek na oczach mojej mamy. Co on wyprawia? Aż boję się zapytać, o czym rozmawiali, gdy spałam.

— Jest późno, a Tommy, mamo, powinien już spać.

Karcę ją wzrokiem, widząc, jak patrzy na mnie porozumiewawczo. Oho! Już ja wiem, co ona kombinuje. Widzi w Filipie zastępczego tatusia dla Tommy’ego. O nie! Nie ma takiej możliwości! Filip to najbardziej nieodpowiedzialny facet na świecie… Zaraz po Adamie.

— Okej, już go kładę, a wy sobie pogadajcie. Nie będę wam przeszkadzać.

Mama w mgnieniu oka zabiera Tommy’ego na górę. No pięknie! Własna matka wrabia mnie w randki. Randki, na które nie mam ochoty i na które nie jestem przygotowana. Domowy dres zdecydowanie nie jest wyjściowym strojem.

— Co ty kombinujesz? — pytam Filipa, podchodząc do lodówki, by napić się mleka. W ciąży miałam wstręt do nabiału, a teraz nie mogę się obejść bez codziennej dawki białka.

— Nic, Cass. Po prostu trochę się o ciebie martwię. To źle? — Filip zachodzi mnie od tyłu i chce objąć w pasie. Odsuwam się i pokazuję mu dłonią, by tego nie robił.

— Nie musisz się o mnie martwić, Filipie.

— Jak pierwszy dzień w pracy? — zmienia temat, widząc, że nie mam ochoty na zbyt osobiste rozmowy.

— Kyle nie zdał ci relacji? — rzucam z ironią, a on się śmieje.

— Zdał, ale wolę poznać twoją wersję. — Nagle opiera się o drzwi lodówki i nie daje mi jej zamknąć. Nachyla się bardzo nisko i patrzy mi prosto w oczy. — Więc jak ci minął pierwszy dzień w pracy, Cass? — powtarza.

Nie odpowiadam, a on znowu się śmieje.

— Kyle mówi, że jesteś bardzo… normalna. — Ostatnie słowo wypowiada tak, że w jego ustach zyskuje ono całkowicie odwrotne znaczenie.

— To chyba dobrze, nie?

— Dla niego pewnie tak. — Filip wzrusza niewinnie ramionami i nagle się schyla, by mnie pocałować.

— Filip, do cholery! — Trącam go w ramię, by sobie nie pozwalał.

— Cass, serio nie chcesz sobie przypomnieć, jak kiedyś było miło?

Mimo mojej niechęci on i tak mnie obejmuje i przyciąga do siebie. Wzdycham, choć muszę przyznać, że tak dawno nie byłam w męskich ramionach, że już prawie zapomniałam, jakie to uczucie. Ale przecież nie chcę w moim życiu żadnego faceta poza moim synem.

— Pytasz mnie o to za każdym razem, gdy się spotykamy, Filipie, i przez telefon też — odpowiadam i opieram dłonie o jego pierś.

— Mogę zostać na noc? — pyta, czując moją słabość.

— Nie.

— Uparta z ciebie baba! — mówi, po czym wykorzystuje moment mojej niepewności i całuje mnie, ale ja nie daję wepchnąć sobie języka do ust. Nie mogę pozwolić mu się prowokować. Nie chcę, by wiedział, że wywołuje u mnie skrajne emocje.

Mam do niego słabość, to fakt. Ale za nic w świecie nie przyznam się do tego, bo wtedy wylądowałabym z nim w łóżku szybciej, niż zdążyłabym policzyć do trzech.

— Dobranoc, Filipie! — Odchylam się, gdy ten uparty dupek ponownie chce mnie pocałować.

— Nie daruję ci tej kolacji — wzdycha i wreszcie mnie puszcza.

Jego usta wyginają się w zawadiackim uśmiechu. Lubiłam ten uśmiech… Kiedyś, na studiach. A teraz? Teraz sama nie wiem, co wyprawiam. Ponownie wpadłam w jego sidła, a on jest zdeterminowany, by osiągnąć swój cel. Tylko co miałoby być dalej? Czy jeśli mu ulegnę, to on zaangażuje się bardziej, niż to robił za pierwszym razem? Bardzo w to wątpię.

— Jak poczuję się lepiej, dam ci znać — odpowiadam, a on odsuwa się i nie odrywając ode mnie wzroku, rusza do wyjścia.

— Twoja mama piecze pyszny sernik — dodaje i macha mi na odchodne.

— Do zobaczenia, Filipie — bąkam cicho, gdy jest już za drzwiami.

Nie będę się oszukiwać. Mam ochotę na seks. Jestem kobietą, mam swoje potrzeby, ale przecież tyle się zmieniło. Ciąża, poród… Ja się zmieniłam. Zewnętrznie i wewnętrznie. Nic już nie jest proste, a ja nie chcę komplikować sobie życia jeszcze bardziej. Tak naprawdę jestem przerażona na myśl o bliskości z kimkolwiek. Nie wiem, czy potrafiłabym się przed kimś otworzyć i w intymnej sytuacji dać się ponieść emocjom. To mnie zgubiło i dlatego tak ogromnie się tego boję.

Wracam na górę i opanowuję chęć zadzwonienia do Filipa, by jednak wrócił i został na noc. Skąd u mnie te myśli? Mój umysł znowu walczy z pragnieniem ciała. To nie jest fajne. Nie powinnam teraz myśleć o takich sprawach.

Biorę prysznic i zaglądam do mamy, która śpi razem z Tommym na swoim łóżku. Nie chcę go budzić, więc okrywam ich kocem i wracam do siebie. Kładę się i nastawiam budzik w telefonie, gdy nagle dostrzegam wiadomość od Filipa. Nie wiem, czy powinnam ją czytać przed snem. To przecież albo coś głupiego, albo wkurzającego, a ja nie chcę się denerwować. Mimo wszystko ciekawość wygrywa. Czytam dość długą wiadomość i jestem ogromnie zaskoczona. Nie spodziewałam się, że Filip mógłby kiedykolwiek traktować nas poważnie.

Daj mi szansę, Cass. Nie zależy mi na Tobie w sposób, o którym myślisz. Wiele się zmieniło od czasów studiów, sama dobrze o tym wiesz. Przemyśl, proszę, kilka spraw i zdecyduj się na coś. Ja nie będę wiecznie czekał i pozwalał się wodzić za nos. Nie zgrywam przyjaciela, a Ty też nie próbuj się ze mną przyjaźnić, bo to nie wyjdzie. Chcę albo wszystko, albo nic. Decyzja należy do Ciebie, Słońce.

Ten głupi esemes wywołuje uśmiech na mojej twarzy. To zły znak. Znowu zaczynam ulegać czarowi Filipa, tyle że teraz faktycznie jest… inaczej. On nigdy wcześniej nie mówił, że mu zależy… Nie oczekiwał niczego prócz seksu. Oczywiście, że teraz też chce zaciągnąć mnie do łóżka, ale mimo moich odmów on się nadal odzywa, prosi o spotkania, dzwoni. Może się zmienił? Może powinnam dać mu szansę? Naprawdę nie wiem, co mam zrobić. W dodatku to jego podejście do Tommy’ego i mojej mamy. No bo który facet wprasza się na herbatę do matki kobiety, która odwołała kolację? Tommy go lubi i toleruje, ale mój synek lubi każdego. To takie radosne i otwarte dziecko. Nie mogę myśleć za dużo o Filipie. Nie powinnam sobie zaprzątać nim głowy… zwłaszcza przed snem. Mój umysł jednak kompletnie nie zgrywa się z sercem i zdrowym rozsądkiem. W końcu zasypiam, a rano… Kurwa! Odkrywam, że zaspałam swojego drugiego dnia w nowej pracy!

Zrywam się z łóżka i pędem zaczynam się ubierać, makijaż pomijam. Jeszcze nigdy nie wyszykowałam się tak szybko. Wzywam taksówkę i gdy jestem już w drodze, co minutę popędzam kierowcę, który jednak nie może nic zrobić, bo stoimy w gigantycznym korku. Dopiero pod budynkiem biura okazuje się, że na pobliskim skrzyżowaniu pękła rura wodociągowa i stąd te korki. Płacę taksówkarzowi i chyba nawet nie dziękuję, tylko wysiadam i pędzę do środka. Choć nienawidzę przychodzić po czasie, to mój drugi dzień i drugie spóźnienie. Jak tak dalej pójdzie, wylecę stąd szybciej, niż dostałam tę pracę. Winda nadal nie działa i dotarcie na to pieprzone siódme piętro zajmuje mi kolejne kilka minut. Wpadam na korytarz. Jestem zasapana, zdyszana i totalnie roztrzęsiona.

— Kyle, najmocniej cię przepraszam! — mówię ze skruchą. Kyle stoi w drzwiach swojego biura i wygląda, jakby właśnie na mnie czekał. W ręku ma kubek z kawą i patrzy na mnie nieodgadnionym wzrokiem. W dodatku dziś wygląda naprawdę dobrze. Kaszmirowy granatowy sweter ładnie podkreśla kolor jego oczu.

— Kawy? — pyta beznamiętnie. Cholera, jest zły!

— Potrzebuję kawy? — Czuję się zakłopotana i nerwowo poprawiam włosy. Spoglądam w drzwi od małej konferencyjnej salki, a moje odbicie woła o pomstę do nieba. Kurwa! Ja się dziś nawet nie uczesałam.

— Kawy i fryzjera — stwierdza Kyle i w końcu się uśmiecha. Mnie jednak wcale nie jest do śmiechu.

— Zaspałam — przyznaję szczerze.

— Widać — bąka Kyle i podchodzi do mnie, wręczając mi kubek, który trzyma w dłoni.

— Przepraszam… — Niepewnie biorę kubek i upijam łyk. Wzdrygam się, bo kawa jest naprawdę mocna. Mnóstwo cukru, bez mleka.

— Drugi dzień w pracy i drugie spóźnienie. Rozumiem, że jutro będzie trzecie? — sugeruje z uśmiechem, bo widzi, jaka jestem na siebie zła. Jako szef powinien dać mi reprymendę, a on przejął się tym spóźnieniem mniej niż ja.

— Obiecuję, że nie!

— Mam nadzieję. — Znowu się uśmiecha i pokazuje, bym szła za nim. — Poznasz dziś nasz zespół — dodaje sekundę przed tym, jak wchodzimy do pomieszczenia socjalnego, gdzie przy małym stoliku, obok ekspresu do kawy i zlewu, siedzi kobieta i dwóch mężczyzn.

— To Gwen, Will i Owen. — Kyle wskazuje po kolei, a cała trójka kiwa w moją stronę. — A to jest nasz nowy nabytek, Cassandra — przedstawia mnie i trąca lekko, bym się rozluźniła.

— Nowy nabytek Cassandra — powtarza jeden z moich nowych kolegów. Owen. Cała trójka wygląda sympatycznie. Gwen to krągła brunetka z krótką fryzurką i wielkimi brązowymi oczami. Owen jest wysokim i chudym jak patyk facetem o rozbrajającym uśmiechu, a Will… Will jest bardzo podobny do Kyle’a. To bracia?

— To imię to tak serio? — pyta Will.

— A co z nim nie tak? — wtrąca Kyle i spogląda na mnie.

— No, Cassandra w mitologii to chyba źle skończyła, a jej imię to synonim nieszczęścia — wyjaśnia Will, a ja się krzywię.

— Nie wspominaj przy mnie o jakiejkolwiek mitologii — bąkam.

— Gnębili cię za to w szkole? — Will śmieje się głośno, a razem z nim cała reszta. Kyle orientuje się jednak, że nie mam ochoty na żarty, i poważnieje, a następnie uspokaja towarzystwo.

— Koniec pogaduszek. Bierzemy się do roboty! — przywołuje ich do porządku.

— Jakiej roboty, braciszku? Mamy jakieś zlecenie na dziś? — odzywa się Will. Braciszku? Moja intuicja nie zawodzi. Są braćmi, ale Will chyba jest młodszy.

— Zaraz ci znajdę jakieś zajęcie. Możesz powymieniać stare segregatory na nowe! — warczy na niego Kyle. Chyba nikt tutaj nie traktuje pracy poważnie, o mnie też można tak pomyśleć, bo ciągle się spóźniam. To mój drugi dzień, a ja już wiem, że na pewno nie będę się tutaj przepracowywać.

— Wolę dopić kawę! — Will unosi kubek w moim kierunku, jakby przepraszał za głupie żarty o mitologii. Gdyby wiedział, przez co przeszłam, na pewno nie żartowałby w taki sposób. Uśmiecham się, by nie myślał, że się gniewam.

— Dopijcie kawę i ruszcie tyłki. Jest raport do zrobienia, a ja mam po południu spotkanie. Ważne spotkanie! — oznajmia Kyle i wychodzi, zostawiając nas.

— Pocałuj mnie w dupę! — woła za nim Will. Nie wiem czemu tak mnie to rozbawiło. Śmieję się chyba najgłośniej, a Kyle wraca nagle i patrzy na mnie.

— I ty, Brutusie, przeciwko mnie? — pyta, starając się ukryć rozbawienie.

— To nie ta bajka, braciszku. Cassandra to w mitologii greckiej była, a Brutus w Rzymie chyba urzędował…

— Przestań obracać jęzorem, gnojku, i do roboty!

— Zaraz się weźmiemy do pracy, Kyle — wtrącam, wyczuwając napięcie między braćmi. Skąd wiem, że kryje się za tym coś więcej? Rywalizacja? To jest naprawdę dziwne.

— Ty, Cass, przejrzyj sobie nasze stare zlecenia i zapoznaj się z nimi, a ja zajmę się tym, o którym wczoraj rozmawialiśmy. Nadal nie chcesz go przyjąć? — Kyle zwraca się do mnie.

— Jeśli mogę, to wolałabym odmówić — odpowiadam niepewnie, a w moich myślach znowu pojawia się Adam.

— Ech, no jak chcesz, ale kolejnego zlecenia ci nie podaruję! — Kyle rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie i wraca do swojego biura.

— Czemu nie chcesz zlecenia od McKeya? Przecież już z nim pracowałaś czy coś… — pyta Gwen.

Wystarczy jedno moje spojrzenie, a kobieta od razu pojmuje, o co chodzi.

— Mieliście romans? — Bezpośredniość Owena sprawia, że prawie krztuszę się kawą. Co oni wszyscy tacy domyślni?

— Nie — odpowiadam, choć brzmi to mało przekonująco.

— Nieromans, tak? — Śledczy ton Willa mnie rozbraja. Nagle podchodzi do mnie i obejmuje po koleżeńsku, po czym dodaje: — Skoro to nie był romans, to na pewno coś więcej. Zakochałaś się, a on cię zostawił? Jeśli nie zgadłem, to stawiam wszystkim pizzę na obiad!

— Ja postawię wam pizzę, jeśli więcej nie będziecie o niego pytać. — O dziwo, ich zachowanie mnie nie denerwuje, od razu czuję się tutaj dobrze.

— Aż tak źle było? — Will znowu się śmieje.

— Tak…

— Czyli jednak kawał chuja z tego McKeya! Daj znać, jak tylko się tu zjawi, to nakopię mu do tej nadętej dupy! — dodaje.

Boże! Gdyby Adam to usłyszał, to pewnie by go rozszarpał. Przypominam sobie nagle, jaki był, gdy wpadał w szał… Był cholernie podniecający i przerażający. Te myśli w ogóle nie powinny pojawić się w mojej głowie. Adam jednak nie opuszcza mnie nawet wtedy, gdy chcę wziąć się do pracy.

Zasiadam w swoim biurze, by przejrzeć stare zlecenia, a McKey nadal dręczy mnie w myślach. Przyłapuję się na tym, że zastanawiam się, co by powiedział na pomysł projektu, który właśnie przeglądam, albo czy wyraziłby zgodę na taki budżet. To irracjonalne. W dodatku czuję, że nasze spotkanie jest coraz bliżej. Kyle przecież przyjął zlecenie i będzie pracował dla Adama. Ta świadomość napawa mnie lękiem. Nie mogę pozwolić na to, by Adam dowiedział się o Tommym. Muszę chronić mojego syna przed jego ojcem. To boli, ale tak jest lepiej. Lepiej dla mnie, lepiej dla Tommy’ego… A dla Adama? Dla niego jest lepiej, gdy nie ma mnie w jego życiu. On tak zadecydował. Zniknął i pragnę, by się więcej nie pojawiał. Samo wspomnienie o nim boli jak miliony igieł wbijanych w całe ciało. Oddech przyśpiesza, a serce wali jak szalone, gdy tylko o nim pomyślę. Adam był… jest mrokiem mojego życia. Mrokiem, który podarował mi największą jasność w postaci Tommy’ego. To dopiero paradoks. Do końca życia będę udawać, że nie boli mnie to, że Adam nie wie o swoim synu. Zawszę będę okłamywała samą siebie i próbowała się utwierdzić w tym, że tak jest lepiej. Bezpieczniej. Bezpieczeństwo mojego dziecka jest najważniejsze i poświęcę dla Tommy’ego wszystko, byle uchronić go przed całym złem tego świata.

Zostaję w pracy dłużej, by odrobić moje wczorajsze i dzisiejsze spóźnienie. Dopiero gdy koło szóstej wychodzę z biura, zauważam, że w firmie jesteśmy tylko ja i Kyle. Reszta wyszła już dawno, zapewne zaraz po lunchu.

Dziwne, że mama jeszcze do mnie nie dzwoniła. Jest wczesny wieczór, a ja trochę się zasiedziałam nad projektami, które do tej pory wykonywali. Są fajnym zespołem, ale nie mają dużego doświadczenia. Mimo to uważam, że możemy się od siebie wiele nauczyć. Nie znam się specjalnie na projektowaniu ogrodów, a Will jest w tym naprawdę niezły. Kilka jego realizacji powaliło mnie na kolana.

Wychodzę z budynku. Kyle miał jakieś spotkanie i nie chciałam mu przeszkadzać, więc nie pożegnałam się. Dopiero gdy tuż przed wejściem dostrzegam zaparkowanego czarnego mercedesa, dociera do mnie, z kim Kyle właśnie rozmawia. Zatem musiałam się minąć z Adamem dosłownie o kilka minut. Momentalnie robi mi się gorąco. Sam widok tego auta przyprawia mnie o palpitacje serca. Skąd wiem, że to auto Adama? Po prostu to czuję. Przyśpieszam kroku i z nerwów wsiadam nie w ten autobus, co trzeba. Dojeżdżam aż do centrum miasta, a stąd do domu mam naprawdę kawał drogi. Chcę zadzwonić, by uprzedzić mamę, że będę później, i dopiero teraz orientuję się, że rano w pośpiechu nie wzięłam z domu komórki. Cholera! Mama zapewne odchodzi od zmysłów. Znów muszę łapać taksówkę, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Godziny szczytu skutecznie mi to jednak uniemożliwiają. Gdy kilka minut po ósmej wpadam do domu, mama właśnie ma zamiar kłaść Tommy’ego spać. Jej mina od razu mi mówi, że jest wściekła i martwiła się cały dzień.

— Mamo, przepraszam. Zapomniałam telefonu — mówię od progu.

— Później o tym porozmawiamy. Położysz syna spać czy ja mam to zrobić? — burczy na mnie, a ja wzdycham. Przecież nie chciałam jej martwić. Odkładam torebkę i chcę wejść do kuchni, ale mama krzyczy na mnie, aż podskakuję. — Zdejmij buty!

O cholera, ale jest zła! Wracam potulnie na korytarz, by się rozebrać, i przy okazji idę umyć ręce. Gdy po chwili wracam do kuchni, mama już poszła na górę uśpić Tommy’ego, a na stole czeka na mnie gorąca kolacja oraz kubek ciepłej herbaty i kawałek ciasta. Jest mi strasznie głupio. Ciężko mi jednak przejść z trybu matka na pełen etat na model mama na etacie i muszę się przyzwyczaić do nowych obowiązków. Inaczej planować swój czas, być punktualna i odpowiedzialna.

Jestem głodna, więc od razu zabieram się za jedzenie. Makaron z sosem i kawał sernika – tego mi było potrzeba. Właśnie zmywam po sobie, gdy mama wraca.

— Smakowało? — pyta cicho. Doskonale wiem, że jest zmartwiona i zła.

— Tak, dziękuję i przepraszam… — powtarzam i podchodzę, by ją objąć.

— Cały dzień nie zorientowałaś się, że nie masz przy sobie komórki? Nie mogłaś do mnie zadzwonić z pracy?! — Patrzy na mnie z wyrzutem.

— Zauważyłam dopiero, gdy wyszłam, a były takie korki… — nieco naginam prawdę. Nie mogę jej przecież powiedzieć, że przez tatusia jej wnuka wsiadłam w zły autobus, który wywiózł mnie aż do centrum.

— Zostaw mi, proszę, na karteczce numer telefonu do siebie do pracy, żebym następnym razem mogła zadzwonić w podobnej sytuacji.

— Dobrze.

Od razu podaję jej numer do firmy, do Kyle’a i na wszelki wypadek do recepcji budynku. Mama na szczęście nie robi mi wykładu, tylko widząc, że jestem zmęczona, mówi, żebym poszła już spać, i dodaje, że sama rano mnie obudzi, by mieć pewność, że nie zaśpię kolejny raz. Idę więc na górę do pokoju, gdzie w swoim łóżeczku słodko śpi Tommy. Mam nadzieję, że nie dał mamie za bardzo popalić w ciągu dnia. Mój kochany synek w sobotę ma urodziny. Kończy dwa latka. Muszę mu kupić coś ładnego, ale jeszcze nie mam pomysłu.

Siadam na brzegu łóżka i przez długą chwilę przyglądam się Tommy’emu. Przypominam sobie ostatnie dni ciąży i poród. To było dla mnie cholernie ciężkie.

Właśnie złapał mnie kolejny zapowiadający poród skurcz. Skuliłam się na łóżku i przetrzymałam go ze łzami w oczach. Nie sądziłam, że to będzie takie bolesne. Odkąd wróciłam do Toronto, regularnie chodziłam do lekarza, robiłam badania i świadomość tego, że z moim synkiem wszystko jest w porządku, dawała mi siłę, by to przetrwać. Termin porodu zbliżał się nieubłagalnie i chciałam już urodzić, by odetchnąć. Nie chodziło o to, że wyglądałam jak słoń, ale było mi ciężko cokolwiek zrobić. Nie mogłam się schylić ani chociażby sama obciąć sobie paznokci. To było krępujące i żenujące, że mama musiała mi pomagać nawet się kąpać. Na szczęście nie zadawała żadnych pytań, bo wiedziała, że dodatkowy stres nie jest mi potrzebny. Ale domyślałam się, jakie myśli krążyły jej w głowie. Nigdy do tej pory nie poruszyła tematu, kto jest ojcem. Kiedy poinformowałam ją o ciąży, była totalnie zaszokowana. Chyba nawet troszkę zła i zawiedziona. Nie dziwiło mnie to. Córka wyjechała spełniać marzenia, a wróciła jako wrak człowieka z brzuchem i nie chciała powiedzieć, kto jest ojcem. W dodatku cała rodzina nadal obwiniała mnie o wypadek i śpiączkę ojca — tym sposobem stałam się tą najgorszą. Moja kuzynka Nicole na wieść o ciąży wyśmiała mnie i stwierdziła, że nie dziwi się, że nie wiem, czyje to jest dziecko. Nie do końca rozumiałam, co miała na myśli. Nigdy przecież nie opowiadałam jej o swoich facetach, i tak zbyt wielu ich nie było. Mogłam się jedynie domyślać, że to jej cudowny narzeczony i jego brat naopowiadali jej czegoś na mój temat. Byłam też pewna, że to oni wysłali ojcu zdjęcia z mojej nieszczęsnej rozbieranej sesji.

Denerwowały mnie te myśli i nagle poczułam kolejny skurcz. Zwinęłam się w kłębek, by go przetrzymać, i oddychałam głęboko. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Po chwili skurcz odpuścił, ale nagle mały dał mi kopa prosto w pęcherz.

— Jezu, synku! — syknęłam, czując, jak moje dresowe spodnie momentalnie zrobiły się mokre, a razem z nimi całe prześcieradło. Chciałam wstać, ale sparaliżował mnie kolejny skurcz. Ogarnął mnie strach, bo skurcze stały się zbyt częste. Zerknęłam na zegarek i zaczęłam odliczać czas od ostatniego skurczu. Panika wzbierała w moim ciele, bo datę porodu miałam dopiero za tydzień. Mama właśnie pojechała na zakupy, więc zaczęłam jeszcze bardziej panikować. Usiadłam, a następnie wstałam powoli, a moje spodnie nagle zrobiły się jeszcze bardziej mokre. Kurwa! To nie był kolejny kopniak w pęcherz. Odeszły mi wody. Wzrokiem namierzyłam komórkę, która leżała na biurku, i powoli ruszyłam w tamtą stronę. W desperacji wybrałam pierwszy numer z listy połączeń. Pragnęłam jedynie, by ktoś mi pomógł, bo miałam wrażenie, że zaraz umrę.

— Cześć, mamuśka. Jak się czujesz? — Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam głos Filipa. Faktycznie, to on dzwonił do mnie poprzedniego dnia wieczorem.

— Filip, wody mi odeszły. Przyjedź, proszę… — prawie płakałam do słuchawki. Takiego bólu się nie spodziewałam.

— Żartujesz sobie? — zapytał z przejęciem.

— Jezu, nie żartuję. Zawieź mnie do szpitala, błagam! — krzyknęłam, czując, jak nadchodzi kolejny skurcz.

— Jasna cholera, wybrałaś sobie porę! Dobra, zaraz będę! — odpowiedział.

Był przerażony, czym jeszcze bardziej mnie zdenerwował. To nie była odpowiednia osoba do tego, by towarzyszyć mi podczas porodu. KURWA! Kolejny skurcz i wszystko przestało mieć znaczenie. Nie było dla mnie ważne, kto mnie zawiezie, ani to, kto będzie patrzył, jak rodzę… Chciałam po prostu być już w szpitalu.

Filip na szczęście zjawił się zaskakująco szybko. Wpadł do domu blady jak ściana, ale już nie panikował. Zachowywał się najlepiej, jak mógł. Wspierał mnie i do ostatniej chwili był przy mnie. Trzymał za dłoń, pocieszał i dodawał otuchy. Nie sądziłam, że to właśnie on będzie przy mnie podczas porodu. Mimo to zaraz po tym, jak pielęgniarka położyła mi na brzuchu mojego pomarszczonego, różowego i zakrwawionego synka, nie wyobrażałam sobie, że mógłby towarzyszyć mi ktoś inny. Tommy nawet nie płakał. Wyraz twarzy miał wręcz komiczny, jakby pytał: „Czego ty ode mnie chcesz, kobieto?”. Roześmiałam się przez łzy, a Filip razem ze mną. Płakał. Płakał, widząc cud narodzin, i wcale się z tym nie krył.

— Pan jest ojcem? — zapytała pielęgniarka, która wypełniała dokumenty. Leżałam już na sali poporodowej, a moje ciało ogarnął błogi spokój. Mój malutki synek był zdrowym, najśliczniejszym na świecie noworodkiem. Małą kopią swojego ojca.

— Nie, ja… — Filip zająknął się, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć, i spojrzał na mnie.

— Proszę wpisać „ojciec nieznany” — bąknęłam zażenowana. Nigdy nie sądziłam, że spotka mnie coś takiego. W tamtym momencie jednak nie myślałam o tym, że ojciec mojego dziecka nie wie o jego istnieniu. Cieszyłam się chwilą, w której zostałam matką.

Z moich myśli wyrywa mnie dźwięk komórki. Uśmiecham się, widząc, że to Filip.

— Chyba ściągnęłam cię myślami — odbieram i opadam plecami na łóżko.

— Myślałaś o mnie, Cass? — Głos Filipa jest wesoły, a na wyobrażenie jego miny nie potrafię się nie uśmiechnąć.

— Przypomniał mi się dzień porodu.

— Ach, no tak… To jakoś zaraz będzie dwa lata.

Unoszę brew. Jestem zaskoczona, że pamięta. To naprawdę miłe z jego strony.

— Pamiętasz, jak do ciebie zadzwoniłam?

— Pamiętam jak dziś… Myślałem, że robisz sobie ze mnie jaja. — Znowu się śmieje.

— Dziękowałam ci już za to, że byłeś dla mnie wtedy wsparciem? — Doskonale wiem, że łechtanie jego próżności to nie najlepszy pomysł, ale Filip naprawdę wiele dla mnie zrobił. Nie chodzi jedynie o poród. To, jak zachował się wcześniej, gdy dowiedział się o ciąży, i jak traktował mnie i pomagał mi po porodzie, naprawdę wiele dla mnie znaczy.

— Dziękowałaś nie raz, ale nigdy nie dałaś się wyciągnąć na kolację… — Jak zwykle nie przepuści żadnej okazji.

— To ja tobie powinnam postawić kolację, a nie ty mnie — odpowiadam drwiąco, by odpuścił.

— Chętnie dam się zaprosić — stwierdza zadowolony.

— Filipie…

— Cass, ile razy jeszcze będziesz próbowała wmawiać sobie, że jesteś szczęśliwa z tym, jak jest? Przecież widzę, że udajesz. Dlaczego nie pozwolisz mi się wami zaopiekować?

Wzdycham, bo to nie pierwsza taka rozmowa.

— Bo nie ty jesteś ojcem Tommy’ego — bąkam.

— A kto nim jest?

— Nieważne.

— To daj mi szansę, bo ja naprawdę chciałbym spróbować go wam zastąpić. Czy ty naprawdę nie widzisz, że mi na was zależy? — Zdenerwowanie w jego głosie świadczy o tym, że mówi szczerze. Ja jednak nie chcę tego dostrzegać. Chcę myśleć tylko o tym, że Filip zamierza zaciągnąć mnie do łóżka. Ale on ma rację. Oszukuję samą siebie, by nie dopuścić do siebie myśli, że może być inaczej.

— Filipie…

— Kocham was, Cass. Dlaczego mi nie wierzysz? — wyznaje nagle, wprawiając mnie w osłupienie.

Kocha nas? Jak można kochać kogoś takiego jak ja? Kobietę, która dała się upodlić facetowi, podczas gdy on zawsze miał ją gdzieś. Jestem marną imitacją kobiety i nie zasługuję na nic dobrego. Wzbierają we mnie emocje, więc zamykam oczy, by to opanować.

— Przepraszam, ale muszę już kończyć…

— Cass! — Filip warczy na mnie, ale rozłączam się.

Biorę głęboki oddech, starając się nie zagłębiać w swoje depresyjne myśli. Depresja towarzyszyła mi prawie przez całą ciążę i nie mogę pozwolić, by teraz wróciła. Muszę walczyć o siebie i o resztkę swojej godności. Upewniam się, że Tommy śpi, i idę pod prysznic. Znowu potrzebuję oczyścić ciało i umysł ze złych myśli, ale to nie jest łatwe. Kulę się na podłodze, a gorący strumień wody ma mi przynieść ukojenie. Nie przynosi, a skutek jest wręcz odwrotny. Znowu zaczynam płakać. Z moich ust nie wydobywa się jednak żaden dźwięk. To tylko moja dusza krzyczy i błaga o litość. Litość od losu, który do tej pory mnie nie oszczędzał. Gdy woda zaczyna być nieznośnie gorąca, wychodzę spod prysznica i wracam do sypialni. Jestem wykończona. Przebieram się w piżamę i kładę do łóżka. Drżę, jakby z zimna, ale wcale nie jest mi zimno. Po chwili, dla odmiany, robi mi się gorąco, a zaraz potem znowu mam dreszcze. Zasypiam, ale dręczą mnie koszmary związane z Erosem. Boję się tego człowieka jak nikogo innego na świecie. W moich koszmarach Eros porywa mi syna, a potem celuje we mnie z rewolweru. Gdy naciska spust, ja budzę się z krzykiem.

Nie wiem, po jakim czasie przybiega do mnie mama. Musiała usłyszeć mój krzyk i płacz Tommy’ego, którego również obudziłam. Majaczę, mam gorączkę i czuję się naprawdę źle. Mama zabiera Tommy’ego do swojej sypialni, a mnie podaje coś na zbicie temperatury. Dopiero po dwóch godzinach uspokajam się, a koszmary odchodzą. W końcu udaje mi się zasnąć, ale jestem otumaniona i kompletnie wykończona.

Nad ranem ledwo zwlekam się z łóżka, ale mimo marnego samopoczucia muszę iść do pracy. Nie omija mnie wykład mamy na temat zdrowia i pogadanka, że tym sposobem wpędzam się do grobu, jednak nie mogę znowu zawalić. Dwa spóźnienia i choroba to nie najlepszy początek. Ubieram się ciepło i znowu wzywam taksówkę, by nie tłuc się autobusami. Nie wiem, czy znowu nie dopadła mnie jakaś grypa. Wszystko mnie boli — mam wrażenie, że nawet włosy i paznokcie. Gdy wchodzę do biura, już w progu kicham, a potem wycieram nos. Kyle musiał mnie usłyszeć, bo wychodzi ze swojego gabinetu.

— Cześć, Cass. — Przygląda mi się uważnie, gdy pocieram zaczerwienione i załzawione oczy.

— Chyba jestem chora… — stwierdzam niepewnie.

— Prątkujesz? — pyta, próbując się nie śmiać.

— Nie wiem. Wczoraj mnie wzięło, a dziś rano było tylko gorzej — odpowiadam, przechodzę do pomieszczenia socjalnego i siadam na krzesełku. Mimo że temperatura w pokoju jest normalna, trzęsę się z zimna. Zapinam mocniej płaszczyk i owijam się szalikiem.

— Chcesz wrócić do domu?

— Nie. Przejdzie mi do jutra, a jeśli nie, to pójdę do lekarza. Okej?

Kyle podaje mi kubek gorącej herbaty i siada obok.

— Okej. Jakbyś nie dawała rady, to po prostu daj znać — odpowiada i uśmiecha się, poklepując mnie po ramieniu, a potem wraca do siebie.

Wypijam herbatę i łykam garść witaminy C, którą dała mi mama. Zbieram się w sobie i zamykam w swoim biurze, by nikogo nie zarazić. Kyle wysłał mi właśnie na maila małe pilne zlecenie na zaprojektowanie kuchni, więc mam zajęcie i od razu się za to biorę. Niestety, dziś wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Nagle zawiesza mi się laptop, a po chwili nie mogę otworzyć programu graficznego ani poczty. Proszę więc Willa, by mi pomógł, ale on też nie wie, o co chodzi. Kyle zbywa mnie, mówiąc, że informatyk już jedzie, a on czeka na klienta i mamy mu nie przeszkadzać. Ja dalej kicham, prycham i czuję się coraz gorzej, ale jestem taka zła na ten badziewny sprzęt, że nawet nie zwracam uwagi na gorączkę, którą na pewno mam. Kurwa! Nie mogę zrestartować tego pieprzonego komputera, więc chwytam laptop pod pachę i szybko idę do biura Kyle’a, by mi pomógł. To wkurzające, że wszystko tutaj się robi na ostatnią chwilę. Reszta ekipy popija sobie kawkę w pokoiku socjalnym i chyba tylko ja pracuję… A przynajmniej odnoszę takie wrażenie. Szepczą coś między sobą, gdy piorunuję ich wzrokiem i kieruję się prosto do pokoju Kyle’a. Pukam, ale nie czekam na zaproszenie. Wchodzę, a raczej wparowuję do środka i od razu zaczynam mówić podniesionym tonem.

— Znowu mi się laptop zawiesił, Kyle. Ile razy mam prosić, byś załatwił tego informatyka?! — Dopiero teraz widzę, że ma klienta, i ganię się w duchu, że nie poczekałam. No świetnie! Jak to wygląda? Podwładna wrzeszczy na szefa.

— Pukałaś? Bo chyba nie słyszałem… — burczy na mnie i wstaje zza biurka. Mężczyzna siedzący naprzeciwko mojego przełożonego okręca się na obrotowym fotelu, a ja zamieram, stając twarzą w twarz z Adamem McKeyem.

Momentalnie robię się blada jak ściana. Adam wcale nie jest zaskoczony moim widokiem. Wstaje i zapina guzik dwurzędowej marynarki, po czym robi krok w moją stronę i mówi:

— Witaj, Cassandro.

Patrzę na Kyle’a, a potem na Adama. Panika wzbiera we mnie i nie wiem, co powiedzieć. Co on tu robi? O Boże!

— Chyba nie muszę przedstawiać mojego gościa. Prawda, Cass? — wtrąca Kyle, ale widząc moje dziwne zachowanie, wychodzi zza biurka i podchodzi do nas.

— Znamy się z Cassandrą doskonale — odpowiada Adam, a ja przełykam ślinę. Wygląda tak… Kurwa mać! Wygląda doskonale. Niech go szlag trafi z tym jego idealnym wyglądem, jednodniowym zarostem i zapachem… Ja pierdolę, moje nogi są jak z waty. Wciągam powietrze, by się opanować, a zapach perfum Adama pieści moje nozdrza i mam wrażenie, że wwierca mi się aż do mózgu. Mimo kataru czuję go doskonale.

— Dzień dobry, panie McKey — mówię cicho, a świat na chwilę przestaje się kręcić. Czas staje w miejscu. Jestem tylko ja i on. Patrzymy na siebie. Mamy sobie tyle do powiedzenia, a żadne słowo nie pada z naszych ust. Adam obserwuje mnie bacznie. Doskonale pamiętam te oczy. Mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów, spogląda na pomiętą chusteczkę w mojej dłoni i marszczy brwi, widząc, że jestem przeziębiona.

— Cassandra to nasz nowy pracownik. Jeszcze nie ma w zwyczaju pukać — wyjaśnia sarkastycznie Kyle i podchodzi do mnie, po czym dodaje szeptem: — Jedź do domu i odpocznij.

— Okej — bąkam pod nosem i za wszelką cenę staram się nie patrzeć na Adama. Jego obecność jest przytłaczająca. Nie tak wyobrażałam sobie nasze spotkanie. Zresztą, czy ja naprawdę sądziłam, że mogę go jeszcze kiedyś zobaczyć? Żadna pora ani miejsce nie byłyby odpowiednie na to spotkanie.

— Nie powinnaś wracać samochodem w takim stanie, Cassandro. Odwiozę cię. — Adam robi krok w moją stronę, a ja krok w tył. Nie chcę, by się zbliżał. Nie zniosę tego. Chce mnie odwieźć? O nie. Niech mnie nie prowokuje i nie zaczyna, bo chyba ukatrupię go gołymi rękoma.

— Poradzę sobie — odpowiadam i nagle dostaję ataku kaszlu, łzy lecą mi po policzkach… Boże, dlaczego? Dlaczego on musi to oglądać?! Kyle sadza mnie na krzesełku i przynosi mi szklankę wody oraz świeżą chusteczkę. Wycieram nos, dalej kaszlę i w dodatku kicham… prosto na eleganckie i drogie jak cholera buty Adama. Nawet nie muszę podnosić wzroku, bo słyszę, jak wciąga powietrze. Zapewne potrąci mi przez to z umowy, którą właśnie podpisał z Kyle’em.

— Skończmy na dziś. Cassandra nie powinna jechać do domu, tylko od razu do lekarza. Ty jako jej szef powinieneś ją bezpiecznie odwieźć — mówi stanowczo Adam.

Czy on właśnie poucza Kyle’a o tym, jak być dobrym szefem? Kyle jest zmieszany, ale widzę, że patrzy z podziwem na swojego klienta. Oby nie brał z niego przykładu i nie chciał być taki jak on.

— Odwiozę cię, Cass, a ciebie, Adamie, przepraszam i… Spotkamy się innym razem — odpowiada Kyle, płaszcząc się przed nim. Dlaczego wszyscy traktują Adama, jakby był jakimś bóstwem? To niedorzeczne.

— Kyle, wrócę sama, nie przeszkadzajcie sobie w spotkaniu. Już mnie nie ma.

Wstaję szybko i jeszcze szybciej wychodzę z biura. Nie żegnam się, nie patrzę za siebie, by nie złapać kontaktu wzrokowego z Adamem. Wiem, że to mało kulturalne, ale mam to gdzieś. W tym momencie nie zwracam nawet uwagi na to, jak źle się czuję, bo serce mi wali, a krew mało nie rozsadzi tętnic. To było bliskie spotkanie pierwszego stopnia z Adamem McKeyem. Zabieram szybko swoją torebkę i zbiegam z piętra do recepcji. Jestem tak rozemocjonowana, że nawet nie zapinam płaszcza. Wychodzę na zewnątrz i przyśpieszam kroku, pędząc przed siebie. Nie potrafię tego wyjaśnić. To ucieczka, ale nie mogę postąpić inaczej. Dopiero na kolejnym skrzyżowaniu łapię taksówkę. Nie mogę jednak pokazywać się w domu w takim stanie. Muszę się uspokoić i zastanowić, co w ogóle powinnam zrobić. Nie mogę z nim pracować. Po prostu nie mogę. Nawet jeśli to nie ja będę się zajmowała jego projektem, to sama obecność Adama nie pozwoli mi normalnie funkcjonować. Z drugiej strony jednak ciekawość zaczyna zżerać mnie od środka. Dlaczego wybrał właśnie tę firmę? To na pewno nie przypadek. No i jaki projekt mielibyśmy dla niego wykonać? Cholera, nie powinnam się w to zagłębiać. To tylko klient. Kyle zrobi dla niego to zlecenie, a potem Adam zniknie. Znowu zniknie, tym razem na zawsze.

Do domu docieram dopiero koło szóstej. Mama jak zwykle czeka z obiadem, ale ja czuję się coraz gorzej i w dodatku nie mam apetytu. Wmuszam w siebie talerz zupy i idę się położyć. Nawet nie mam siły pobawić się z Tommym, który tak się cieszy na mój widok. Nie chcę go jednak zarazić. Głowa mi pęka, dreszcze telepią moim ciałem, aż w końcu udaje mi się zasnąć.

Późnym wieczorem dzwoni do mnie Filip, ale nie odbieram. Całkiem się rozchorowałam i postanawiam, że jutro pójdę do lekarza. Nie mogę się dłużej tak męczyć, a kilka dni odpoczynku skutkować będzie też tym, że nie będę musiała oglądać Adama. Mam nadzieję, że do tego czasu Kyle skończy projekt i Adam wyjedzie. Łudzę się i doskonale o tym wiem, ale nadzieja zawsze umiera ostatnia.

Następnego dnia idę do lekarza. Dostaję zwolnienie na tydzień i kategoryczny zakaz wychodzenia z domu. Tak kończy się moje pierwsze od prawie trzech lat spotkanie z Adamem McKeyem. Wystarczyło, że zobaczyłam na umowie jego imię i nazwisko, a potem to dwuminutowe tête-à-tête, a mój organizm się zbuntował.

W pracy na szczęście nie robią mi problemów, więc w spokoju mogę dojść do siebie.

***

Po kilku dniach czuję się zdecydowanie lepiej. Właśnie dekoruję tort dla mojego synka, który kończy dziś dwa latka. Siedzi teraz na dywanie w salonie i bawi się kolejką z klocków, którą ode mnie dostał. Najrozkoszniejszy obrazek to widok dziecka cieszącego się z prezentu. Mama zaprosiła na obiad rodzinę ojca, ale wątpię, by ktoś przyjechał. Słyszę jednak dzwonek do drzwi i oblizując palce z kremu, idę otworzyć. W progu witam Filipa, który trzyma w ręku ogromnego pluszowego Tygryska z Kubusia Puchatka.

— O rany! — Uśmiecham się szeroko. Tommy uwielbia Tygryska. To jego najukochańszy bajkowy bohater.

— Spodoba mu się? Większych już nie robią! — mówi Filip i widząc, w jak dobrym nastroju jestem, bierze mnie w ramiona i całuje w usta. Nie wiem, czemu mu na to pozwalam. Może dlatego, że jestem mu tak ogromnie wdzięczna? A może przez to, że dziś jestem szczęśliwa i nic mi tego szczęścia nie odbierze?

— Spodoba mu się, na pewno! — odpowiadam, przerywając pocałunek. Filip uśmiecha się, a jego oczy błyszczą psotnie. Ma też bukiet kwiatów dla mojej mamy i dla mnie. To urocze i takie… Boże, takie normalne i urzekające.

— Mamo, Tyglys! — piszczy Tommy, widząc pluszaka. Zrywa się z dywanu i pędzi do nas, przebierając szybko małymi nóżkami. Filip stawia maskotkę na podłodze, a Tommy rzuca się w ramiona bajkowego przyjaciela i piszczy, najgłośniej jak potrafi. Ten dźwięk to czyste szczęście i miód na moje serce.

— Podziękuj wujkowi za prezent, Tommy. — Słyszę zadowolony głos mojej mamy, która akurat wychodzi z łazienki. Zrobiła się na bóstwo… Tylko właściwie nie wiem po co. Dla Tommy’ego? A może dla mnie?

— Dziękuję baldzo! — mówi mały i zaciąga Filipa na dywan, by bawił się z nim klockami. Wzruszam ramionami, że mój przyjaciel chyba nie ma wyjścia, a on uśmiecha się zadowolony, po czym chwyta Tygryska i zaczyna się bawić z Tommym. Wracam do kuchni, by dokończyć tort, gdy słyszę kolejny dzwonek do drzwi. Mama spogląda na mnie, bo zapewne ona też nie spodziewa się, że ktoś jeszcze może nas odwiedzić. Nicole? Nie, na pewno nie ona. Poprawiam nerwowo włosy — w sumie wolałabym, by nikt z rodziny ojca nie przyjeżdżał. Oni nie tolerują ani mnie, ani mojego dziecka. Nie chcę psuć urodzin Tommy’ego sztuczną atmosferą. Mój synek nie jest niczemu winny.

Niepewnie chwytam za klamkę i biorę głęboki oddech, zanim otworzę drzwi.

— Niespodzianka! — wrzeszczy Val. Zaraz za nią stoi Anthony i rodzice mojego ukochanego zmarłego przyjaciela Tommy’ego. Och, Boże! Nie mogę uwierzyć, że przylecieli tutaj aż z Miami. Rzucam się na szyję Val, a łzy ciekną mi po policzkach. To są moi przyjaciele. Najlepsi przyjaciele.

Całą gromadą przechodzimy do kuchni. Moja mama w pierwszej chwili nie wie, co się dzieje, nie zna przecież nikogo. Od razu przedstawiam ją towarzystwu, a ona zaprasza nas wszystkich do stołu. Cieszę się, że tak normalnie zachowała się w tej sytuacji.

Jedzenia wystarczy dla każdego. Mój syn nie pamięta ani Val, ani Anthony’ego, czyli swoich rodziców chrzestnych, a tym bardziej rodziców Tommy’ego, ale cieszy się z gości. Opowiada o tym, jakie prezenty dostał, i nagle zaczyna się dopominać o kolejne. O nie! Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, że jest taki rozpieszczony. Tak. Rozpieściłam swoje dziecko i jestem z tego dumna.