Prypecią do Nobla - Kondratiuk Hanna - ebook
PROMOCJA

Prypecią do Nobla ebook

Kondratiuk Hanna

4,3

Opis

Sajczuk, sztemper, mury, hyry to imiona najsławniejszych wiatrów poleskich. Jest tych wiatrów dwanaście. Trzeba wiedzieć jak przed nimi się bronić. Dopytała o to Hanna Kondratiuk i dzieli się z nami. Dowiedziała się także mnóstwa innych rzeczy, które bardzo się przydadzą podczas wyprawy nad Prypeć, nad Pinę, albo do Nobla. Codziennych, praktycznych, historycznych, baśniowych. O sposobach podróży, o sporządzaniu kindziuka, który będzie świeży przez rok, o tym jak len może obrzydnąć, że choć ty płacz, o zatopionych cerkwiach, o piosenkach i pieśniach, o tym, dlaczego przemyt jest sprawą kobiet… W drogę więc, na razie na kartkach książki, a jak się da – w realu, śladami autorki. Polecam!

Małgorzata Szejnert, reporterka, autorka m.in. Usypać góry. Historie z Polesia

Kiedy czytam tę opowieść Hanny Kondratiuk, przychodzą mi do głowy słowa Poleszuka, Ryszarda Kapuścińskiego z Podróży z Herodotem: „Herodot podróżuje, żeby odpowiedzieć na pytanie dziecka: skąd biorą się na horyzoncie statki? Skąd się pojawiają? Skąd przypływają?”. Bo w Prypecią do Nobla. Reportażu z krainy mokradeł i bursztynu odnajduję ten sam rodzaj ciekawości, zadziwienia i poszukiwania odpowiedzi na pytania nie fundamentalne, lecz na pozór oczywiste. Bo to nie jest opowieść o losach świata, o mechanizmach światem rządzących, lecz o codzienności – o nanizanych na nitkę życia drobiazgach… W co wierzą „gdzie indziej”, tam, skąd przypływają statki? Jak się ubierają? Co jedzą? Co hodują w ogródkach? Co śpiewają i po jakiemu śpiewają? Jakie bajki opowiadają, czym karmią wyobraźnię, co piją i dlaczego płaczą?

Jeśli macie tak, że gdy ruszacie w drogę i – mijając domy, w których drzwi lub okna są pootwierane – nie możecie oprzeć się pokusie, by przez te okna i drzwi zajrzeć, aby zobaczyć jak żyją Inni, aby choć przez chwilę pożyć cudzym życiem, to właśnie dla Was jest ta opowieść. Jedźcie z Hanną na Polesie, posiedźcie w ogródku, połaźcie po poleskich błotach, pośpiewajcie, wypijcie, przejrzyjcie się w oczach Innego… Nie pożałujecie!

Piotr Brysacz, dziennikarz, dyrektor artystyczny festiwalu literackiego Patrząc na Wschód

 

Każdego z nas pochłania bezmiar marzeń. A kiedy przychodzi czas, gdy marzenia stają się rzeczywistością, to czy wypada zatrzymać to dla siebie i cieszyć się z powodu tego, co się przeżyło, ujrzało, zapamiętało? A może warto opowiedzieć o tym innym? Jednak, aby móc to zrobić, trzeba od Najwyższego dostać dar – dar uważności, umiejętności skupienia się na Innym, a nie na sobie, umiejętności słuchania i obserwowania otaczającego nas świata, a także dar pokory.

Hanna Kondratiuk niewątpliwie ten dar od Najwyższego otrzymała… Piszę te słowa, będąc pod ogromnym wrażeniem Prypecią do Nobla, kolejnej książki mojej redakcyjnej koleżanki, której żywiołem jest podróż, czucie i obserwacja świata. Tym razem „za historiami” pojechała na Polesie, które, urodzonej i dorastającej w krainie kurhanów i błot, w podlaskiej Kotłówce, Hannie jest szczególnie bliskie.

Zapach ziemi, zagony owiane wiatrem i opalona w słońcu twarz od wpatrywania się w błękitne niebo, po którym płyną letnią porą śnieżnobiałe obłoki. To wszystko Hanna zna z dzieciństwa i odnalazła to wszystko nad Prypecią, pośród poleskich błot i mokradeł. Świat z dziecięcych marzeń i snów, którego za chwilę już nie będzie…

Eugeniusz Wappa, redaktor naczelny Tygodnika Białorusinów w Polsce – „Niwa”

 

NOTA O AUTORZE

Hanna Kondratiuk (Anna Kondratiuk-Świerubska) urodziła się w Kotłówce na Podlasiu. Jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1993 roku pracuje w Tygodniku Białorusinów w Polsce – „Niwa”; autorka książek: W stronę Tarasiewicza (2002), Carskaja Tryzna (2007), Dziadowskie tournée z Anatolem S. (2010), Białoruś. Miłość i marazm (2013), Pa Prypiaci pa Nobiel (2017, w języku białoruskim). Mieszka w Białymstoku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




„Pani jest Ukra­inką!”

W recep­cji hotelu „Pieśń lasu” w Kowlu przy­wi­tała mnie pani Sta­siuk. Peł­niła dyżur na noc­nej zmia­nie.

– Nazywa się pani tak jak znany pol­ski pisarz – zauwa­ży­łam.

– Tak, wiem – odparła krótko.

– Czy­tała pani jego książki? – zaczę­łam wymie­niać tytuły jego ksią­żek, ale pani Sta­siuk obce­sowo prze­rwała mi tę wyli­czankę:

– Prze­cież on jest Ukra­iń­cem, a nie Pola­kiem!

Byłam zasko­czona taką sta­now­czo­ścią, bowiem sam pisarz ni­gdy i ni­gdzie nie chwa­lił się, że pocho­dzi z kozac­kiego rodu. Już mia­łam pani Sta­siu­ko­wej wygło­sić mały refe­rat na temat obec­no­ści ukra­iń­skich nazwisk na Pod­la­siu i że nie zawsze łączy się to z naro­dową przy­na­leż­no­ścią; że nazwi­ska z koń­cówką – uk poja­wiły się po car­skiej refor­mie w XIX wieku i że ten pro­blem jest bar­dziej zło­żony i nie­jed­no­znaczny, ale nie zdą­ży­łam, bowiem pani Sta­siuk po spi­sa­niu moich danych z pasz­portu (drugi człon mojego nazwi­ska po mężu, „Świe­rub­ska”, wpi­sała w rubryczkę, w któ­rej nale­żało podać otcze­stwo) – wypro­wa­dziła cios wyprze­dza­jący:

– I pani też jest Ukra­inką!

Zanie­mó­wi­łam. Nie byłam przy­zwy­cza­jona do pro­wa­dze­nia przy hote­lo­wej ladzie tak otwar­cie roz­wa­żań na temat toż­sa­mo­ści naro­do­wej. W bia­ło­ru­skich hote­lach i aka­de­mi­kach ni­gdy nie spo­tka­łam się z podob­nego typu pyta­niami i roz­wa­ża­niami. Tam z ogromną podejrz­li­wo­ścią słu­chano o jakichś pol­skich Bia­ło­ru­si­nach, a ludzie, usły­szaw­szy bia­ło­ru­ską mowę, dener­wo­wali się, nawet gdy w ich stronę kie­ro­wane były ser­deczne i dobre słowa.

Ponadto w roda­kach zza gra­nicy dopa­try­wali się pro­wo­ka­to­rów, agen­tów i szpie­gów.

***

– Jesteś z GRU czy FSB? – zapy­tał pro­sto z mostu Wowka. Nie otrzy­maw­szy odpo­wie­dzi, dalej zada­wał pyta­nia:

– Gru­zinka? Żydówka? Rosjanka?

Nie wie­dzieć czemu w hotelu „Leśna pieśń”, nazwa­nym tak na cześć pisarki Łesi Ukra­inki1, wszy­scy chcieli widzieć we mnie kogoś, kim nie byłam, a kto był zgodny z ich wyobra­że­niami. Kwa­te­ru­ją­cej mnie pani Sta­siuk potrzebna była Ukra­inka, Wowce – agentka GRU…

W pokoju, który kosz­to­wał osiem dola­rów, domi­no­wały odcie­nie zie­leni. Z kranu ciur­kała lodo­wata, jak w praw­dzi­wych leśnych stru­mie­niach, woda. Wzię­łam zimny prysz­nic, wło­ży­łam wizy­tową bluzkę, roz­pu­ści­łam włosy i pobie­głam na kola­cję do restau­ra­cji, znaj­du­ją­cej się na par­te­rze hotelu. W lokalu, przy­ozdo­bio­nym obra­zami z rusał­kami, błot­nymi dia­błami i topiel­cami, nie było żywej duszy. Oszklony bufet wypeł­niony był domo­wej roboty kieł­ba­sami i pie­czo­nymi szyn­kami, cze­bu­re­kami, sałat­kami ze świe­żych i mary­no­wa­nych warzyw, kek­sami i buł­kami. Zamó­wi­łam miseczkę solanki, por­cję sma­żo­nej ryby i piwo z ulu­bio­nego lwow­skiego bro­waru. Nawet nie zauwa­ży­łam, że do środka, razem z czło­wiecz­kiem podob­nym do szczura, wbiegł Wowka. Chło­pak bez zapro­sze­nia roz­siadł się przy moim sto­liku i z mar­szu zaczął wypy­ty­wać o wspo­mniane już powią­za­nia z GRU i FSB.

Szczu­rek usiadł w kąciku i obser­wo­wał całą tę scenę roz­bie­ga­nymi oczkami. Nad jego łysą głową wid­niał obraz z rusałką Mawką, główną boha­terką poematu Pieśń lasu, która uśmie­chała się nie­win­nie.

Odło­ży­łam łyżkę. Wowka wyczuł moje zde­ner­wo­wa­nie i to pogor­szyło sprawę, bowiem ze zdwo­joną natar­czy­wo­ścią zaczął doma­gać się, bym wyja­wiła, kim naprawdę jestem.

– Nazy­wam się Maria – skła­ma­łam, imię to wydało mi się bowiem mniej sek­sowne niż Han­dzia.

– Ale Maria czy Marianna? – dopy­ty­wał wścib­ski Wowka.

– Maria.

– Pytam, bo to dwa różne imiona… – inda­go­wał na­dal.

Żeby oka­zać nie­chęć do tej przy­pad­ko­wej zna­jo­mo­ści, wycią­gnę­łam tele­fon i zaczę­łam pisać SMS-y, niby do rodziny, która mieszka w pobliżu Kowla i czeka z utę­sk­nie­niem na mój przy­jazd. Ta słowno-tak­tyczna ope­ra­cja w głębi duszy wydała mi się dość śmieszna. Mój tele­fon nie dzia­łał, nie ocze­ki­wała mnie żadna ukra­iń­ska rodzina i – jak na złość – swój poste­ru­nek opu­ściła nawet bufe­towa. W tej bez­na­dziei pozo­sta­wało mi tylko jedno: odwró­cić sytu­ację i zaga­dać natręt­nego Wowkę na śmierć.

– A ty? Czemu nie jesteś na woj­nie? – zapy­ta­łam.

– Jestem pacy­fi­stą – odrzekł z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem, po czym roz­piął koszulę i poka­zał różową szramę na piersi, zapewne od noża. Szczu­rek, roz­cza­ro­wany takim obro­tem sprawy, wstał i demon­stra­cyj­nie ruszył do wyj­ścia. Kiedy prze­cho­dził obok naszego sto­lika, ze zło­ścią prych­nął na Wowkę, ale ten nie zare­ago­wał, lecz zaczął pły­nącą sze­ro­kimi mean­drami opo­wieść, mię­dzy innymi o miło­ści do Hen­ryka Sien­kie­wi­cza.

Naj­pierw jed­nak było o tym, jak nie­na­wi­dzi ata­ma­nów i koza­ków, Tur­ków, Pola­ków i Moskali, prze­klina komu­ni­stów, współ­cze­snych poli­ty­ków i oli­gar­chów, a za jedy­nych spra­wie­dli­wych na tej nie­szczę­snej pla­ne­cie uważa… pisa­rzy, lecz nie wszyst­kich, bo tylko auto­rów histo­rycz­nych i chrze­ści­jań­skich dzieł, z któ­rych auto­rem naj­więk­szym i auto­ry­te­tem jest Hen­ryk Sien­kie­wicz i jego Quo vadis.

– A ty, Mario, dokąd idziesz? – spy­tał nie­ocze­ki­wa­nie. – Jaka jest twoja prawda?

Nie mia­łam ochoty na filo­zo­ficzne roz­wa­ża­nia. Intu­icja mówiła mi, by trzy­mać go na dystans, a już na pewno nie brnąć w dys­puty o sen­sie życia w tym opu­sto­sza­łym barze.

– Dla mnie naj­waż­niej­sza jest dobra pogoda – rzu­ci­łam.

Wowka pod­sko­czył jak opa­rzony, był sro­dze zawie­dziony i roz­cza­ro­wany moją pły­ci­zną inte­lek­tu­alną. Czyż­bym nie rozu­miała, że świat czeka zagłada?! Że ludzie tracą nadzieję, odwagę i poczu­cie spra­wie­dli­wo­ści?! Jak się to wszystko skoń­czy? Będą łzy, płacz i cier­pie­nie…

Głę­boko wes­tchnął po tej tyra­dzie, na moment zamilkł, lecz za chwilę ruszył dalej:

– Istotą prawdy jest Bóg! – wyja­wił z naj­głęb­szą powagą i pole­cił mi kilka ksią­żek o ducho­wym odro­dze­niu czło­wieka.

Męt­nie tłu­ma­czył coś jesz­cze o jakiejś Aga­fii, która prze­po­wie­działa upa­dek Ukra­iny, o obro­nie ojczy­zny i czci kobiety, mie­szał w natchnie­niu wszystko ze wszyst­kim, wresz­cie, zmę­czony, umilkł na dłuż­szą chwilę, a ja, odcze­kaw­szy ze trzy minuty, zapy­ta­łam go, czym się na co dzień zaj­muje.

– Ja, Mario, mógł­bym zostać wyso­kiej klasy nauczy­cie­lem histo­rii… – odparł na to, opo­wia­da­jąc kim mógłby być, lecz ani słowa o tym, kim w isto­cie był.

– Pew­nie, że mógł­byś – potwier­dzi­łam z czy­stego współ­czu­cia.

– Albo mógł­bym wstą­pić do klasz­toru.

– No!

– Nie, tam histo­rycz­nej lite­ra­tury nie wolno czy­tać – roz­my­ślił się rap­tem Wowka. – Lepiej już zacznę sprze­da­wać coś na rynku.

– To zawsze można – potwier­dzi­łam. – Weź się za han­del!

Wowka skrzy­wił się:

– Nie mogę, bo jestem prze­stępcą.

I zaczął snuć opo­wieść o tym, jak to dwa mie­siące temu został zwol­niony z wię­zie­nia i od tej pory żyje jak pies, bez źró­dła utrzy­ma­nia, błą­ka­jąc się po świe­cie, a głód zmu­sza go do kra­dzieży. I że tak dłu­żej już nie może, bo naj­gor­sze jest to, że nie ma moż­li­wo­ści czy­ta­nia powie­ści histo­rycz­nych i że widocz­nie pora naj­wyż­sza, by znowu kogoś zabił…

Skóra mi ścier­pła, gdy to usły­sza­łam. Bar był na­dal pusty, a ja zro­zu­mia­łam, że pora naj­wyż­sza poże­gnać się z tym hote­lo­wym juro­di­wym. Zanim jed­nak cokol­wiek zdą­ży­łam zro­bić, chwy­cił mnie mocno za rękę, przy­cią­gnął do sie­bie i wyszep­tał:

– Wybacz mi, Mario! Nie mam innego wyj­ścia… Pożycz czter­dzie­ści hry­wien!

Sto pięć­dzie­siąt dusz

Na litur­gię w Kowlu do cer­kwi Zba­wi­ciela-Prze­mie­nie­nia Pań­skiego tra­fi­łam wprost z ulicy. Cer­kiew znaj­do­wała się w pobliżu hotelu „Pieśń lasu”, a mie­ściła w sta­rej, drew­nia­nej chatce, ozdo­bio­nej łukiem z krzy­żem.

Wnę­trze świą­tyni przy­po­mi­nało kwit­nący ogró­dek, tyle że zamiast wio­sen­nych brat­ków pięk­niały tutaj, niczym jesienne geo­r­gi­nie, kobiety w róż­no­barw­nych chust­kach.

– Jaka jest wasza cer­kiew? – zapy­ta­łam kobietę za ladą ze świecz­kami, usta­wioną na minia­tu­ro­wym ganku.

– Pra­wo­sławna!

Oświad­cze­nie powyż­sze było zara­zem praw­dziwe i niepraw­dziwe, nie padło bowiem ani jedno zda­nie o tym, że cer­kiew ta przy­na­le­żała do kijow­skiego patriar­chatu.

– Czy można przyjść do was na nabo­żeń­stwo?

– Nasze drzwi są otwarte dla wszyst­kich! Pro­szę bar­dzo, zachodź­cie.

Zanim jed­nak weszłam do kolo­ro­wego, spo­wi­tego udu­cho­wio­nymi śpie­wami wnę­trza cer­kwi, zawią­zano mi na gło­wie cha­brową chustkę.

Gdyby kie­ro­wać się krem­low­ską pro­pa­gandą, powinni tu stać wyłącz­nie męż­czyźni w woj­sko­wych mun­du­rach. W rze­czy­wi­sto­ści wszystko wyglą­dało na odwrót – wewnątrz modliły się babu­leńki, młódki, cio­tu­nie. Cer­kiewny sta­ro­sta, jeden z nie­wielu przed­sta­wi­cieli męskiego rodu, para­do­wał w koszuli hafto­wa­nej na piersi.

Naj­więk­sze wra­że­nie budził domowy wygląd wnę­trza cer­kwi, a migo­ta­nie nowo­rocz­nych lam­pek ozda­bia­ją­cych raj­skie wrota przy­wo­dziło na myśl czas świą­tecz­nej cho­inki i kolęd. Cały stół ofiarny był obsta­wiony czer­wo­nymi tuli­pa­nami z przy­do­mo­wych ogród­ków. Atmos­ferę miej­sca wydat­nie uzu­peł­niał kobiecy chór, z któ­rym śpie­wała cała cer­kiew. Ukra­ińcy nie lubią obno­sić się ze swoją reli­gij­no­ścią – więk­szość spo­łe­czeń­stwa wydaje się być mocno odda­lona od cer­kwi i ducho­wień­stwa. Na każ­dym kroku odczuwa się tu, że naj­więk­szą moralną war­to­ścią jest idea naro­dowa. Jeśli cho­dzi o auto­ry­tety, żaden święty nie może rów­nać się z pisa­rzem Tara­sem Szew­czenką czy het­ma­nem Boh­da­nem Chmiel­nic­kim.

– Można powie­dzieć, że dziś ukra­iń­scy para­fia­nie wycho­dzą z pod­zie­mia – mówi, popro­szony o infor­ma­cje, duchowny Rości­sław.

W świe­tle ostat­nich wyda­rzeń, wraz z wybu­chem rosyj­sko-ukra­iń­skiej wojny, nastą­pił wzrost liczby zwo­len­ni­ków Cer­kwi patriar­chatu kijow­skiego.

– Ludzie nie chcą pro­pa­gandy, fał­szu. Widzą, jak zacho­wuje się moskiew­ski patriar­chat, kogo popiera – dodaje.

Mówi, że sytu­acja może zmie­nić się w ciągu jed­nej sekundy.

– Duży odse­tek ducho­wień­stwa, które for­mal­nie należy do moskiew­skiego patriar­chatu, całą duszą opo­wiada się za wolną Ukra­iną. Wycze­kuje tylko odpo­wied­niego momentu, żeby zjed­no­czyć się z nami – mówi z prze­ko­na­niem mój roz­mówca.

W sowiec­kich cza­sach w Kowlu funk­cjo­no­wały tylko cer­kwie moskiew­skiego patriar­chatu. A dziś jest sie­dem para­fii moskiew­skich i sie­dem ukra­iń­skich.

– Gdyby zapy­tać ludzi na ulicy, za jaką Cer­kwią się opo­wia­dają, czy za moskiew­ską, czy ukra­iń­ską, dziś więk­szość w Kowlu odpo­wie, że za ukra­iń­ską – twier­dzi ojciec Rości­sław.

Jak wyka­zało moje krót­kie bada­nie, odpo­wiedź zale­żała jesz­cze od spo­sobu, w jaki posta­wione zostało pyta­nie. Wierni z moskiew­skiego patriar­chatu nie powie­dzą o swo­jej Cer­kwi „moskiew­ska”, a na pyta­nie o przy­na­leż­ność, odpowie­dzą krótko: „My – pra­wo­sławni”.

***

Nie mogłam tra­fić lepiej. Tej nie­dzieli cer­kiew świę­to­wała pamięć kobiet nio­są­cych pokój. Na tacy cze­kał tort i szam­pan w pla­sti­ko­wych kubecz­kach. Przed słod­kim poczę­stun­kiem ojciec Rości­sław wygło­sił mowę. Kobiecy ród nazwał naj­bar­dziej odważ­nym i wier­nym rodem czło­wie­czym.

– Kiedy naj­wier­niejsi ucznio­wie zdra­dzili Chry­stusa i roz­bie­gli się w wiel­kim prze­ra­że­niu, jedy­nie wy nie ulę­kły­ście się i wytrwa­ły­ście do końca!

– Prawda, prawda! – potwier­dziły cio­tu­nie.

Duchowny wyli­czył imiona spon­so­rek, które tego dnia ofia­ro­wały na cer­kiew po sto hry­wien. Trzy babu­leńki wywo­łano na śro­dek cer­kwi. Ich skromny wygląd suge­ro­wał, że nie było im łatwo zaosz­czę­dzić tę okrą­głą sumę. Eme­ry­tura ukra­iń­skiego eme­ryta to około tysiąc hry­wien (50 dola­rów) mie­sięcz­nie, zatem ofiara w wyso­ko­ści stu hry­wien ozna­cza duże wyrze­cze­nie.

Krem­low­ska pro­pa­ganda głosi, że ukra­iń­ska Cer­kiew jest agre­sywna i zaj­muje się głów­nie przej­mo­wa­niem cer­kwi od wier­nych z moskiew­skiego patriar­chatu. Prawdę mówiąc, linia podziału na patriar­chaty prze­cina liczne rodziny, poko­le­nia.

Mini­ma­li­styczny styl cer­kwi Zba­wi­ciela-Prze­mie­nie­nia Pań­skiego i jej domowe obli­cze zupeł­nie prze­czą eks­pan­sji. Podob­nie też wierni nie prze­ja­wiają zbyt­niej ochoty do posze­rza­nia swo­jej para­fii. Nie­wielka liczba wier­nych prze­ma­wia na korzyść grupy: każdy zna każ­dego po imie­niu i nazwi­sku, może ofia­ro­wać swój czas i dopo­móc w potrze­bie i w nie­szczę­ściu.

Do para­fii Zba­wi­ciela należy sto pięć­dzie­siąt dusz. Dziś na nie­dziel­nej litur­gii obec­nych było ponad trzy­dzie­ści osób.

– To bar­dzo roz­mo­dlone miej­sce – mówi chó­rzystka Ola, nauczy­cielka muzyki. – Kiedy przy­szłam pierw­szy raz, od razu wie­dzia­łam, że już tutaj zostanę.

Mnie samej nie chciało się opusz­czać cer­kwi. Poru­szył mnie ten pro­sty, ludowy śpiew, który har­mo­nij­nie spla­tał się z wio­sko­wym wyglą­dem babu­le­niek. Od początku do końca nabo­żeń­stwa śpie­wali wszy­scy wierni, ich gło­śne, cien­kie i szorst­kie głosy ukła­dały się pod dyk­tando chóru, który nada­wał kie­ru­nek i kształt dźwię­kom. Sama, nie zna­jąc melo­dii, zaczę­łam śpie­wać za chó­rem. Duszę ogar­niało poczu­cie nie­po­wstrzy­ma­nej swo­body i szczę­ścia. Zda­wało mi się, że cała cer­kiew szy­buje pod nie­biosa wraz z chmu­rami.

Pani Ola zauwa­żyła jesz­cze jedną oko­licz­ność.

– Nasz duchowny ma wyż­sze muzyczne wykształ­ce­nie, a to nie­czę­sto zda­rza się w naszych para­fiach.

Ojciec Rości­sław był ponadto dyry­gen­tem chóru, przed każdą modli­twą poda­wał chó­rzy­stom odpo­wied­nią tona­cję.

Ukra­iń­skie para­fie są two­rzone oddol­nie i prak­tycz­nie od zera, z ini­cja­tywy ludzi. Remon­tują oni porzu­cone budynki dwor­ców kole­jo­wych, sale do rytu­al­nych posług albo zwy­czajne chaty i tam otwie­rają cer­kiew. Wszystko na wła­sny koszt, wła­snymi rękoma.

– Dla nas naj­waż­niej­sza jest prawda – mówi pani Ola.

– A co to zna­czy?

– Cer­kiew to nie jest budy­nek ze zło­tymi kopu­łami, dro­gimi iko­no­sta­sami i naczy­niami zdo­bio­nymi dia­men­tami. Cer­kiew to my, ludzie. To jest lud, który zbiera się w jed­nym miej­scu na wspólną modli­twę.

***

Ojciec Rości­sław opo­wie­dział mi o począt­kach para­fii i histo­rię ich kon­fe­sji.

– Nasza para­fia powstała w 2009 roku i wtedy poja­wił się pro­blem ze zna­le­zie­niem pomiesz­cze­nia. W tej chatce do 1991 roku miesz­kali ludzie. Potem miej­sce to słu­żyło rzym­skim kato­li­kom, pamię­tam jesz­cze, że dzia­łali tu dwaj księża. Po nich to pomiesz­cze­nie nale­żało do gre­ko­ka­to­li­ków.

Kiedy gre­ko­ka­to­licy pobu­do­wali wła­sną cer­kiew, ten budy­nek prze­ka­zano nam. Teraz czy­nimy sta­ra­nia, żeby pomiesz­cze­nie prze­szło na wła­sność naszej wspól­noty. To, co było tutaj na początku i jest teraz, to jak zie­mia i niebo. To był na wpół znisz­czony, zapusz­czony budy­nek, który pod­nie­śli­śmy z upadku, odno­wi­li­śmy i chcie­li­by­śmy dalej go dosko­na­lić – mówi ojciec Rości­sław.

Kijow­ski patriar­chat odro­dził się w 1991 roku wraz z uzy­ska­niem nie­pod­le­gło­ści Ukra­iny. Cer­kiew ta, mimo że nie została uznana za kano­niczną w sen­sie eucha­ry­stycz­nym, uważa sie­bie za bez­po­śred­niego spad­ko­biercę kijow­skiej metro­po­lii, utwo­rzo­nej w epoce chrztu Rusi. Opiera się ona na tra­dy­cji, która ist­niała do cza­sów utwo­rze­nia moskiew­skiej metro­po­lii w XIII wieku z udzia­łem iko­no­pi­sa­rza i metro­po­lity moskiew­skiego Pio­tra Rateń­skiego.

Dziś trudno okre­ślić liczbę wier­nych kijow­skiego patriar­chatu, który wciąż posze­rza skalę nie tylko na Ukra­inie, ale także w Rosji, Euro­pie Zachod­niej, USA i w Kana­dzie.

– U nas w dodatku ist­nieje auto­ke­fa­liczna Cer­kiew jako filia nie­gdy­siej­szej pol­skiej auto­ke­fa­licz­nej Cer­kwi. Doty­czy to daw­nej Gali­cji i Iwano-Fran­kowsz­czy­zny. Liczy ona około tysiąca para­fii. Ostat­nio zmie­niły się tam wła­dze, które wystą­piły z pro­po­zy­cją zjed­no­cze­nia z kijow­skim patriar­cha­tem – dodaje ojciec Rości­sław.

Ta ostat­nia infor­ma­cja zupeł­nie zbiła mnie z pan­ta­łyku. Liczne źró­dła infor­mo­wały prze­cież o odwrot­nej ten­den­cji, mia­no­wi­cie o żąda­niu auto­ke­fa­licz­nej Cer­kwi dołą­cze­nia do wier­nych moskiew­skiego patriar­chatu. Spo­tka­nia na żywo nieco naświe­tliły kon­tekst tych sprzecz­nych infor­ma­cji i roz­wiały zamęt fabry­ko­wany przez moskiew­ską pro­pa­gandę.

Nie mogłam nie spy­tać, jak w rze­czy­wi­sto­ści wygląda przej­ście z moskiew­skiego do kijow­skiego patriar­chatu. Jaka jest skala zja­wi­ska w całym kraju?

– Doty­czy to kil­ku­dzie­się­ciu cer­kwi spo­śród dzie­wię­ciu tysięcy moskiew­skich para­fii – wyja­śnia ojciec Rości­sław. – Naj­gło­śniej­sze przej­ście odbyło się w Łucku, gdzie ukra­iń­skiej Cer­kwi prze­ka­zano cen­tralny sobór. Przej­ścia nie są czymś powszech­nym, jak to gło­szą spece wro­giej pro­pa­gandy. Dla­czego doty­czą przede wszyst­kim zachod­niej Ukra­iny? Ponie­waż jest to region naj­mniej zso­wie­ty­zo­wany, tutaj mieszka naj­wię­cej świa­do­mych chrze­ści­jan i znaj­duje się naj­wię­cej cer­kwi. Ukra­iń­skie para­fie odra­dzają się na fali patrio­tycz­nego oży­wie­nia. Także w warun­kach wojny, kiedy każ­dego dnia giną ludzie, spo­łe­czeń­stwo myśli o naj­waż­niej­szym – jak prze­żyć i nie utra­cić god­no­ści.

Cie­kawa byłam kulis jesz­cze jed­nego, nad wyraz deli­kat­nego pro­blemu. Mia­no­wi­cie, jak wierni ukra­iń­skiej Cer­kwi czują się w słyn­nej Pocza­jow­skiej Ław­rze, która na­dal jest pro­mo­skiew­ska. W ostat­nich latach, nawet wtedy, gdy wierny chce prze­ka­zać zapi­skę z życze­niem o zdro­wie, musi okre­ślić, do jakiego patriar­chatu przy­na­leży.

– Wytwo­rzyła się u nas, nie­stety, taka sytu­acja, że ludzie mało kiedy przy­znają się do praw­dzi­wych uczuć i myśli – ze smut­kiem stwier­dza ojciec Rości­sław. – Dopro­wa­dza to do tego, że zaczy­nają kom­bi­no­wać. Wielu zataja, że przy­na­leży do ukra­iń­skiej Cer­kwi. Zwy­czaj­nie mil­czą albo nie przy­znają się. Dla­czego tak się dzieje? Bo gdy powie­dzą szczerą prawdę, nie dopusz­czą ich do spo­wie­dzi i komu­nii świę­tej. Co tu mówić… – pod­su­mo­wuje duchowny. – Pocza­jów to nasz wielki ukra­iń­ski ból.

***

W okienku kowel­skiej mar­szrutki wid­niała pla­kietka z napi­sem: „Miej­sce dla cza­ru­ją­cych dziew­cząt”. Wdra­pa­łam się do środka i omal nie usia­dłam na zazna­czo­nym „tro­nie” dla „cza­ru­ją­cych”. Jak łatwo się domy­ślić, znaj­do­wał się bez­po­śred­nio za fote­lem kie­rowcy.

Tym­cza­sem do środka busika wdarła się pod­pita żebraczka. Pośpiesz­nie odbęb­niła Ojcze nasz i tra­gicz­nym tonem opo­wie­działa o swych śmier­tel­nych cho­ro­bach. Pań­stwo nie przy­znało jej żad­nej renty, za co więc ma, nie­szczę­sna, kupić leki? A gdzież dotąd nie pisała! Do jakich drzwi nie pukała po zapo­mogę… Nie dopo­mo­gli prze­klęci biu­ro­kraci. Dziś więc jej, cho­rej i opusz­czo­nej, pozo­stała jedyna nadzieja:

– Nadzieja na dobre serce ludzi! – ostat­nie zda­nie zade­dy­ko­wała nam, pasa­że­rom mar­szrutki, i powio­dła dookoła wzro­kiem. Następ­nie z naj­cu­dow­niej­szych słów splo­tła wie­niec życzeń pod adre­sem poten­cjal­nych życz­li­wych, ich dzieci, rodzi­ców, dziad­ków i krew­nych. Wszystko tam się zna­la­zło: złote góry, zdro­wie, szczę­ście, egzo­tyczne waka­cje, miłość. Oprócz tego każdy męż­czy­zna miał wygrać na lote­rii nie­miec­kie auto marki BMW…

Seans trwał równe cztery minuty. Mimo że kobieta nie wyglą­dała na śmier­tel­nie chorą i porzu­coną – w pobliżu mikro­busu ocze­ki­wali jej kom­pani z czer­wo­nymi nosami – osią­gnęła cel. Wszy­scy wsu­nęli w jej dłoń po sym­bo­licz­nej hryw­nie.

Na poże­gna­nie pokło­niła się pięk­nie i naboż­nie powie­działa:

– Zbaw was, Panie Boże!

Przed­wo­jenni podróż­nicy i etno­gra­fo­wie w pole­skim kra­jo­bra­zie zauwa­żali dużą liczbę żebra­ków i lir­ni­ków, któ­rych spo­łe­czeń­stwo łaska­wie nazy­wało dzia­dami wędrow­nymi. Byli to głów­nie bro­daci starcy w poszar­pa­nych sier­mię­gach, z lirą, czę­sto ślepi. Ślep­com towa­rzy­szył wychu­dzony, bosy współ­to­wa­rzysz. Za jadło i drobną monetę ofe­ro­wali modli­twy albo nabożne śpiewy. Ludzie, mimo że nie­zbyt bogaci i syci, otwie­rali im zawsze drzwi i dzie­lili się chle­bem. Star­ców i wędrow­nych dzia­dów na swój spo­sób sza­no­wano i oka­zy­wano współ­czu­cie.

Zapewne podobne współ­czu­cie budziła kowel­ska żebraczka. Jej paznok­cie były byle jak poma­lo­wane, trzę­sły się dło­nie, a nowo­cze­sna fry­zura przy­po­mi­nała sła­wetny pole­ski koł­tun. Kobietę tę dobrze znali kie­rowcy i podob­nie jak ich lito­ściwi przod­ko­wie, na swój spo­sób współ­czuli.

Kiedy młody kie­rowca wresz­cie powró­cił do kabiny, na widok żebraczki zdrowo zare­cho­tał i dorzu­cił:

– Co, Swietka znowu pasa­że­rów ocy­ga­niła?! No, to możemy ruszać!

W jego gło­sie brzmiało uzna­nie dla aktor­skiego kunsztu oszustki.

W świ­te­skim klasz­to­rze…

Mar­szrutka pędziła do kurortu „Pieśń lasu”, poło­żo­nego wśród jezior i lasów w pobliżu gra­nicy z Bia­ło­ru­sią, ale ja posta­no­wi­łam zatrzy­mać się w Szacku. Od razu uda­łam się na dwo­rzec auto­bu­sowy, żeby zorien­to­wać się, jakie mam połą­cze­nia. Szary, beto­nowy budy­nek przy­po­mi­nał bun­kier, strze­gący ulicy Pięć­dzie­się­ciu Lat Zwy­cię­stwa. Dalej droga pro­wa­dziła w kie­runku bia­ło­ru­skiego Brze­ścia.

– Ile auto­bu­sów dzien­nie jeź­dzi do Brze­ścia? – zapy­ta­łam kobietę ukrytą za minia­tu­ro­wym okien­kiem. Ni­gdzie nie było widać pasa­że­rów. Zza zamknię­tych drzwi dola­ty­wało kra­ka­nie wron na pobli­skim cmen­ta­rzu.

– Daw­niej jeź­dziły dwa, a teraz nie mogę nic obie­cać. Może być auto­bus, a może też nie być – żeby zre­kom­pen­so­wać przy­krą nowinę, kasjerka bły­snęła zło­tym zębem w uśmie­chu. Wszystko zale­żało od potrzeb ludzi. Auto­bus rusza w trasę wtedy, gdy uzbiera się odpo­wied­nia liczba pasa­że­rów.

– A teraz, wie­cie – cią­gnęła kobieta – ludzie zbied­nieli, nie mają za co poje­chać w gości.

Zda­niem mojej roz­mów­czyni, nie ist­niały żadne prze­szkody zwią­zane z prze­kra­cza­niem gra­nicy. Repu­blikę Bia­ło­ruś uwa­żała za dostępną, brat­nią i swoj­ską kra­inę.

– Tam prze­cież mnó­stwo krew­nia­ków – dodała. I już chciała dzwo­nić do kie­rowcy, żeby roz­py­tać o naj­bliż­szy rejs do Brze­ścia.

– Nie trzeba! Mam inny plan – powstrzy­ma­łam kobietę.

– To cie­kawe – oży­wiła się kasjerka – tak więc niech pani pyta. Może coś wspól­nie wymy­ślimy.

Wycią­gnę­łam mapę i prze­czy­ta­łam nazwy miej­sco­wo­ści w sąsied­nich rejo­nach: Jaro­wisz­cze, Tur, Zabo­ło­cie.

– Wła­śnie tam mi trzeba! Pro­szę pod­po­wie­dzieć, jak mogę tam doje­chać, czy są jakieś połą­cze­nia.

W odpo­wie­dzi kobieta odmow­nie pokrę­ciła głową. Jej oczy mówiły: nie tędy droga! Moż­liwe, że moja nie­szczę­śliwa mina wywo­łała współ­czu­cie. Kobieta wydo­była się ze swej beto­no­wej celi. Teraz przy­po­mi­nała dobrą cio­cię.

– Ja was tam nie pusz­czę – powie­działa po mat­czy­nemu.

Mój plan był taki: poje­chać w górę rzeki Pry­peć, od źró­deł do miej­sca, gdzie rzeka prze­cina gra­nicę z Bia­ło­ru­sią. Szlak wzdłuż brzegu rzeki liczył prze­szło dwie­ście kilo­me­trów. I oto na pierw­szym dworcu auto­bu­so­wym mój logiczny i prak­tyczny plan w jed­nej chwili roz­bił się o rze­czy­wi­stość. Oka­zało się, że z Szacka łatwiej dostać się do sto­łecz­nego Kijowa niż do nie­od­le­głych Jaro­wiszcz, Tura, Zabo­ło­cia. Jesz­cze więk­sza prze­szkoda tkwiła w men­tal­no­ści miesz­kań­ców. Wsie nad Pry­pe­cią ogar­nęła jakaś dziwna aura izo­lo­wa­nia się. Sądząc po trwo­dze i zakło­po­ta­niu kasjerki, miesz­kali tam wyłącz­nie ludo­żercy.

– Samej kobie­cie nie wolno wędro­wać w takiej głu­szy – lamen­to­wała. – Żeby choć z jakąś przy­ja­ciółką, w towa­rzy­stwie. Tam prze­cież wszystko może się zda­rzyć!

Te szczere, macie­rzyń­skie prze­strogi nie­zna­jo­mej kobiety nie­mal się spraw­dziły, gdyż nie­wiele bra­ko­wało, żebym wpa­dła pod fur­mankę, która pędziła środ­kiem ulicy Tarasa Szew­czenki. Szack, mimo że ofi­cjal­nie był cen­trum rejo­no­wym o dzie­się­ciu tysią­cach miesz­kań­ców, przy­po­mi­nał cha­otycz­nie zabu­do­waną rybacką wio­skę, roz­rzu­coną mię­dzy sied­mioma jezio­rami. Po podwór­kach, przy niskich chat­kach z łup­ko­wymi dachami, spa­ce­ro­wały kozy i gęsi. Zaszłam do sklepu z szyl­dem „Suwe­niry”, żeby popy­tać o noc­leg. Kobiety za ladą nawet nie zauwa­żyły mego wej­ścia. Dalej gadały o zbio­rach bura­ków, narze­kały na suszę.

– Czy może­cie mi pod­po­wie­dzieć, jakie są w Szacku atrak­cje? – zapy­ta­łam.

Moje pyta­nie nie wpa­so­wało się w porę roku – wszyst­kie atrak­cje Szacka przy­pi­sane były do sezonu tury­stycz­nego, który roz­cią­gał się od połowy czerwca do połowy sierp­nia. Wtedy w mia­steczku dzień i noc miesz­kańcy napo­ty­kali tury­stów, sprze­da­wali im drwa porą­bane na polana (pod szasz­łyki), domo­wej roboty pączki, pie­czone i wędzone ryby, zebrane w lesie jagody i kurki, dziki miód, hafty i pach­nący dziki roz­ma­ryn rosnący w bagien­nych borach, któ­rego gorzko-dzika woń prze­ga­nia z szafy mole.

Teraz, żeby nie zosta­wić mnie z niczym, kobiety pora­dziły:

– Można poje­chać do klasz­toru, do Świ­tezi.

– Czy to daleko?

– Będzie około pię­ciu kilo­me­trów.

W nowo­cze­snym i wygod­nym hotelu „Wodo­graj” wypra­wiano wesele, mimo to zna­lazł się dla mnie wolny pokój. Woda w kra­nie pach­niała jak Morze Bał­tyc­kie. Duszę moją ogrze­wała jesz­cze jedna hydro­lo­giczna oko­licz­ność. Oto odle­głość pomię­dzy źró­dłami Pry­peci i nur­tem rzeki Bug wynosi naj­wy­żej sie­dem, dzie­więć kilo­me­trów. Jeśli uwzględ­nić więk­szą ruchli­wość sta­ro­żyt­nych naro­dów, poko­na­nie szlaku od źró­deł Narwi do źró­deł Pry­peci nie sta­nowi szcze­gól­nego boha­ter­stwa ani też wyzwa­nia. Pie­sze wyprawy przed­się­brano w okre­sie zimo­wym, kiedy mróz utwar­dzał błota, rzeki i jeziora. Żeby nie leżeć po próż­nicy w hotelu, wyobra­ża­łam sobie komu­ni­ka­cyjny ruch Pry­pecią w przed­hi­sto­rycz­nej epoce. Odpo­wiedni nastrój wywo­ły­wał ota­cza­jący las, który żywo przy­po­mi­nał mi Pusz­czę Bia­ło­wie­ską. Przez uchy­lone okienko dola­ty­wały trele sło­wi­ków.

– Co przy­śniło się na nowym miej­scu? – zapy­tała mnie na dzień dobry wła­ści­cielka hotelu.

W Szacku, jak w cza­sach Hero­dota, wie­rzono w moc sen­nego prze­kazu, który przy­śni się na nowym miej­scu. To co się wyśniło, obo­wiąz­kowo wyda­rzy się na jawie. Żeby pod­trzy­mać roz­mowę w podob­nym nastroju, w pośpie­chu przy­wo­ła­łam obrazy minio­nej nocy. Mój sen nie kwa­li­fi­ko­wał się do publicz­nego wyja­wie­nia. Przy­śnił mi się agre­sywny wyro­stek, podobny do Wowki z kowel­skiej „Pie­śni lasu”. W dodatku zgu­bi­łam w auto­bu­sie ple­cak z doku­men­tami, pie­niędzmi, tele­fo­nem komór­ko­wym. Samotna i obdarta z toż­sa­mo­ści, scho­wa­łam się na dworcu w Kowlu. W moją stronę biegł sobo­wtór Wowki i doma­gał się swo­ich czter­dzie­stu hry­wien. Od tego wszyst­kiego poczu­łam, że puch­nie mi głowa i w dodatku męczył mnie kaszel.

– To nic strasz­nego – uspo­ko­iła mnie dorodna Walen­tyna Wasil­jewna Kur­ha­jewa. – Wszystko to jest wywo­łane szo­kiem i zmę­cze­niem. Pani jesz­cze nie prze­sta­wiła się na naszą rze­czy­wi­stość.

Mnie z kolei zain­te­re­so­wało nazwi­sko Kur­ha­jew.

– Mój mąż pocho­dzi z Moł­da­wii – odpo­wie­działa.

– Czy pani się tam uczyła?

– Nie, to wszystko poto­czyło się zwy­czaj­nie i dziw­nie – odpo­wie­działa z cza­row­nym uśmie­chem biz­ne­swo­man. Wspo­mnie­nie jesz­cze dziś spra­wiało jej radość. A było tak:

– On słu­żył w Jago­dzi­nie w woj­sku, a ja pra­co­wa­łam tam jako pie­lę­gniarka. Pew­nego razu ska­le­czył się w palec i przy­szedł do mnie na opa­tru­nek. Robię mu ten opa­tru­nek, a on wpa­truje się we mnie, ale nic nie mówi. A potem znowu przy­szedł… Tak się pozna­li­śmy, tak nas los zwią­zał ze sobą.

Pani Walen­tyna pocho­dziła z sąsied­niej wsi Świ­teź. Pod­po­wie­działa mi, jak doje­chać do tam­tej­szego mona­steru. Jej opo­wieść dźwię­czała jak jasny znak w mojej zamglo­nej wąt­pli­wo­ściami i lękiem podróży.

– Ludzie przy­jeż­dżają do naszego archi­man­dryty Arse­nia z całej Ukra­iny. On potrafi pomóc mał­żeń­stwom, które mają pro­blem z poczę­ciem dziecka. Lecz nie tylko z tym. Gdy sta­nie się jakieś nie­szczę­ście, czy cho­roba, wszy­scy cią­gną do niego po porady…

Po wymow­nej pau­zie zeszła na sprawy oso­bi­ste.

– Mnie samej przez długi czas śnił się jeden straszny sen – pani Walen­tyna ści­szyła głos. – Od tego zaczęła mnie boleć głowa. Nie wie­dzia­łam, co robić, jak się leczyć. Żadne pigułki nie poma­gały, więc poszłam do niego. Archi­man­dryta wysłu­chał, pomy­ślał i mówi: „Dam tobie modli­twę, prze­czy­taj przed snem”. I wszystko prze­szło, jak ręką odjąć! – tym samym ści­szo­nym tonem zakoń­czyła swoją opo­wieść pani biz­ne­swo­man.

Ten zły sen osta­tecz­nie „odcze­pił się” ode mnie.

***

Wieś Świ­teź przy­po­mi­nała dziel­nicę Szacka. Przy­sta­nę­łam, cze­ka­jąc na mło­dego męż­czy­znę, który lek­kim kro­kiem zmie­rzał w stronę kina „Latar­nia Mor­ska”.

– Idziemy! – zawo­łał.

Skrę­ci­li­śmy w piasz­czy­stą drogę i przez jakieś dzie­sięć minut szli­śmy brze­giem jeziora. Mój przy­pad­kowy prze­wod­nik przez cały ten czas nie ode­zwał się ani sło­wem. Począt­kowo myśla­łam, że jest nowi­cju­szem z klasz­toru, komu bowiem chcia­łoby się towa­rzy­szyć nie­zna­jo­mej, odpro­wa­dza­jąc ją zaku­rzo­nymi ulicz­kami? Wystar­czyło prze­cież wska­zać kie­ru­nek.

Chło­pak miał na uszach pod­łą­czone do smart­fona słu­chawki, przez które wydo­by­wał się sze­lest, podobny do poszumu mor­skich fal. Od czasu do czasu oglą­dał się i łagod­nie uśmie­chał. Po lewej stro­nie roz­po­ście­rało się jezioro Świ­teź. W poran­nym słońcu przy­po­mi­nało ogromne lustro. Nad­brzeżna ulica roz­kosz­nie drze­mała, marząc o poku­sach tury­stycz­nego sezonu. Od czasu do czasu na podwór­kach piały koguty.

Za cer­kiew­nym par­ka­nem mój prze­wod­nik, nie zdej­mu­jąc słu­cha­wek, prze­że­gnał się naboż­nie i wska­zał ręką wej­ście do nowego budynku klasz­toru, usy­tu­owa­nego pośród zaora­nej ziemi, nie­opo­dal cer­kwi. Sam obró­cił się na pię­cie i ruszył w drogę powrotną w kie­runku kina.

Zapy­ta­łam chło­paka o imię.

– Jaro­sław!

– Jesteś miej­scowy? – potrze­bo­wa­łam dowodu na jego realne ist­nie­nie.

– Tak! – roz­le­gła się oszczędna i zara­zem sta­now­cza odpo­wiedź.

Cer­kiew w Świ­tezi jest naj­bar­dziej oka­za­łym obiek­tem, jaki do tej pory widzia­łam na ukra­iń­skim Pole­siu. Skąd w jeziorno-leśnym zakątku taka wysma­ko­wana budowla z toskań­skim por­ta­lem o czte­rech kolum­nach? I dla­czego zamiast w cen­trum, znaj­do­wała się na przed­mie­ściach, pośród byle jakich budyn­ków, które bez­czel­nie kale­czyły prze­strzeń? Lecz wystar­czyło prze­stą­pić cer­kiewną bramę, żeby poczuć czy­stą ener­gię i moc histo­rii zamknię­tej w archi­tek­tu­rze. Budowę cer­kwi w latach 1840-1846 sfi­nan­so­wał hra­bia Wła­dy­sław Bra­nicki, syn Fran­ciszka Ksa­we­rego. Hra­bia nie­spo­dzie­wa­nie zmarł w 1843 roku, dla­tego dokoń­cze­niem budowy zajęła się wdowa Róża Potocka. Czy rodzinna tra­ge­dia wpły­nęła na kształt i cha­rak­ter budowli? Oglą­dana od strony jeziora, przy­po­mina latar­nię mor­ską i ema­nuje ary­sto­kra­tyczną melan­cho­lią. Pie­tro­paw­łow­ska cer­kiew w Świ­tezi, jako jedyna w tej oko­licy, szczy­ciła się tym, że nie było tu prze­rwy w odpra­wia­niu nabo­żeń­stwa, spra­wo­wa­niu kultu. „Dzięki Bożej miło­ści cer­kiew ni­gdy nie była zamknięta” – infor­mo­wał klasz­torny fol­der. Przy­no­szono tu na prze­cho­wa­nie litur­giczne naczy­nia i księgi, gdy komu­ni­ści zamy­kali bądź zamie­niali oko­liczne cer­kwie na maga­zyny gospo­dar­cze. Przez dzie­więć mie­sięcy, na prze­ło­mie roku 1967 i 1968, wierni modlili się bez udziału duchow­nych. Świ­tezianie sztur­mo­wali rejo­nową i okrę­gową admi­ni­stra­cję, jeź­dzili z poda­niem do Kijowa, aż ich sta­ra­nia zaowo­co­wały plo­nem. Do para­fii skie­ro­wano ojca Ser­hija Miel­ni­czuka.

27 wrze­śnia 2001 roku w Świ­tezi stał się cud. W Pie­tro­paw­łow­skiej cer­kwi zapła­kała Pocza­jow­ska Ikona Matki Bożej. Od tej pory odby­wają się tutaj nabo­żeń­stwa o uzdro­wie­nia – z poświę­ce­niem wody. Wśród piel­grzy­mów naj­wię­cej jest oby­wa­teli Bia­ło­rusi, z sąsied­niego okręgu brze­skiego. Tam­tejsi Pole­szucy cią­gną do Świ­tezi z nadzieją na ule­cze­nie od nie­mocy i cho­rób, wywo­ła­nych przez czary. Spis wypad­ków i ozdro­wień wydał mi się dziw­nie zna­jomy, pod­la­ski. W klasz­tor­nym fol­de­rze czy­tamy, że „pierw­sze wota dzięk­czynne poda­ro­wał miesz­ka­niec wsi N. Pew­nego razu kobieta, która zasły­nęła w całej oko­licy jako wróż­bitka, popro­siła go, by dopo­mógł jej w gospo­dar­stwie. Po pracy zapro­siła na poczę­stu­nek. Kiedy męż­czy­zna wypił kie­li­szek wódki, stało się z nim coś dziw­nego. Usły­szał jakiś gruby, dziki głos, który nie dawał mu spo­koju. Rol­nik szu­kał wszę­dzie ratunku, ale nada­rem­nie. Sąsiad ze wsi pod­po­wie­dział mu, by poje­chał do ikony w Świ­tezi. Jakże obu­rzył się na to prze­śla­du­jący go głos! Umrzesz, gdy tylko prze­stą­pisz gra­nicę wsi Świ­tezi! – gro­ził. Rol­nik gotów był na śmierć, tak doku­czyły mu czary. Podróż była ciężka, jesz­cze gorzej się poczuł, w trak­cie nabo­żeń­stwa. Męż­czy­zna dziko pokrzy­ki­wał, z jego ust toczyła się piana, jakaś siła rzu­cała go na wszyst­kie strony. Zda­wało się, że nad­szedł jego kres. Led­wie żywy wró­cił do domu. O trze­ciej nad ranem poczuł ulgę, zasnął, a ran­kiem obu­dził się zdrów jak ryba. Stra­chy i głosy znik­nęły jak zły sen”.

Cer­kiewne źró­dła wszyst­kie uzdro­wie­nia przy­pi­sują świę­tej iko­nie, lecz pole­ski lud wie swoje. Każdy, kogo nie spy­tasz, odpo­wie: „Jadę po pomoc do archi­man­dryty Arse­nia, on jest naszym uzdro­wi­cie­lem i jasno­wi­dzem.

***

W klasz­to­rze męskim pod wezwa­niem Pio­tra i Pawła przez cały rok witają się wiel­ka­noc­nym powi­ta­niem: „Chry­stus Zmar­twych­wstał!”.

– A pani to do roboty? – zapy­tała mnie młoda kobieta w chu­ście na gło­wie, nie prze­ry­wa­jąc obie­ra­nia ziem­nia­ków. Do klasz­tor­nej kuchni tra­fi­łam za maleńką Niną, córeczką pani Anny. Dziecko, zauwa­żyw­szy mnie w ciem­nym kory­ta­rzu, rzu­ciło się pędem do pomiesz­cze­nia, gdzie pra­co­wała matka. W kuchni pach­niało sma­żo­nymi na oleju pla­cusz­kami. W głębi pomiesz­cze­nia dostrze­głam stos poro­śnię­tych pędami ziem­nia­ków, zapewne przy­go­to­wa­nych do zasa­dze­nia. W oczy rzu­ciły się jesz­cze pię­cio­li­trowy słoik z mary­no­waną, pokro­joną w kostki sło­niną i miska z jaj­kami.

– Nasz archi­man­dryta poje­chał do Jero­zo­limy – powie­działa pani Anna.

Wypy­ta­łam o nabo­żeń­stwa w cer­kwi i gdzie we wsi można zapy­tać o noc­leg.

– Ni­gdzie nie trzeba cho­dzić – pora­dziła kobieta – lepiej popro­sić o bło­go­sła­wień­stwo u naszego ojca dzie­kana, na pewno pomoże.

Anna poszła na górę zawia­do­mić o mojej wizy­cie. Chcia­łam już zaka­sać rękawy i pomóc w obie­ra­niu ziem­nia­ków, kro­je­niu mar­chewki i cebuli. Albo umyć naczy­nia, które po śnia­da­niu leżały w mied­nicy. Jed­nak Anna powstrzy­mała mnie zde­cy­do­wa­nym gestem:

– Na to potrzebne jest bło­go­sła­wień­stwo!

Musia­łam na nie cze­kać ze czter­dzie­ści minut. W tym cza­sie pokor­nie drep­ta­łam po cer­kiew­nym placu i klasz­tor­nym polu. Pod murem kwi­tły czer­wone tuli­pany. Trze­cia osoba, którą zauwa­ży­łam w męskim klasz­to­rze, to rów­nież była kobieta. Sio­stra Feodo­sja, ubrana na czarno, gra­co­wała przy­klasz­torny ogród. Zasiała już mar­chew i pie­truszkę, posa­dziła kabaczki i buraki, groch i sałatę, a teraz zajęła się sadze­niem cebuli. Za jej ple­cami wid­niało poletko sele­dy­no­wych pędów. Deli­katne dło­nie sio­stry Feodo­sji były upać­kane zie­mią.

– Lubię upać­kać ręce w ziemi – przy­znała się sio­stra. Przy­je­chała z Kijowa i już czwarty dzień gor­li­wie zaj­mo­wała się grząd­kami, z nadzieją, że podob­nie jak w zeszłym roku, wystar­czy warzyw do następ­nego lata. Jej obli­cze tchnęło dobro­cią.

Zało­że­nie klasz­toru w Świ­tezi prze­wi­dział miesz­ka­niec wsi Ome­liany. Zja­wił się u archi­man­dryty Arse­nia w dniu, kiedy robot­nicy kopali rowy pod fun­da­menty domu dla braci. Opo­wie­dział mu sen, który przy­śnił mu się dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. Na „polu tuli­pa­no­wym” ludzie kopali rowy. We śnie spy­tał duchow­nego, co tam będzie. „Klasz­tor” – usły­szał w odpo­wie­dzi. Wła­śnie to pole, o które z taką tro­ską dbała sio­stra Feodo­sja, obsa­dza­jąc cebulą i czosn­kiem, nazy­wało się „polem tuli­pa­no­wym”. Wcze­śniej zie­mia nale­żała do gospo­da­rza, który upra­wiał tu tuli­pany na sprze­daż. Do tego czasu skromny klasz­tor mie­ścił się w pry­wat­nych domach we wsi. Wła­śnie tam zaczęły się pierw­sze uzdra­wia­nia i cuda. Miesz­kańcy Świ­tezi dobrze pamię­tają wesele, które nie­mal zakoń­czyło się pogrze­bem narze­czo­nej. Ta histo­ria barw­nie została opi­sana w klasz­tornym fol­de­rze:

„Pewien chło­piec spo­ty­kał się z dziew­czyną, ale nie ukła­dało się mię­dzy nimi. Chło­piec posta­no­wił zakoń­czyć zna­jo­mość. Kiedy spo­tkali się ostatni raz, dziew­czyna ze zło­ścią zmarsz­czyła brwi i groź­nie obwie­ściła: – Jesz­cze mnie popa­mię­tasz!

Po pew­nym cza­sie chło­pak zako­chał się i zde­cy­do­wał się oże­nić. Ślub odbył się w cer­kwi, a wie­czo­rem, kiedy spra­wiano wese­li­sko, panna młoda nagle padła na pod­łogę, posi­niała na twa­rzy i onie­miała. Przy­wo­łana fel­czerka bez­rad­nie roz­ło­żyła ręce i pora­dziła szy­ko­wać się na naj­gor­sze, na pogrzeb. Pan młody wziął umie­ra­jącą na ręce i poniósł do chaty, w któ­rej miesz­kał archi­man­dryta Arseni z mni­chami. – Ojcze, ratuj! – krzy­czał nowo­że­niec w roz­pa­czy. Wtedy licho poka­zało rogi. Nagle wszyst­kich mni­chów opa­no­wał strach, trzę­sły im się ręce, modli­twy wyle­ciały z głowy, prze­pa­dły święte księgi, nie pamię­tali nawet Ojcze nasz.

Nieco póź­niej, kiedy zakon­nicy opa­no­wali prze­ra­że­nie, odna­la­zły się księgi i roz­po­częto modły do Matki Boskiej, w cha­cie pod­niósł się sza­lony wicher. Prze­ry­wały się wypo­wie­dzi, coś waliło w ściany, a ludzie drżeli ze stra­chu. Kiedy roz­po­częto czy­tać Ewan­ge­lię, z twa­rzy panny mło­dej zaczęła ustę­po­wać siność. Wyrów­nał się jej oddech. Pokro­piono ją świę­coną wodą i uło­żono do snu. Spała długo, a gdy się obu­dziła, niczego nie pamię­tała”.

A teraz szłam po bło­go­sła­wień­stwo, by móc prze­no­co­wać w cudow­nym klasz­to­rze.

Spo­dzie­wa­łam się, że w oso­bie ojca dzie­kana ujrzę zgar­bio­nego ascetę z długą brodą i suro­wym obli­czem. Ojciec Paweł nosił tym­cza­sem pod­strzy­żoną bródkę, był nad­zwy­czaj przy­stojny, ludzki i zara­zem wraż­liwy. W mil­cze­niu roz­wa­żał każde słowo. Powie­dzia­łam kim jestem i w jakim celu przy­by­wam do Świ­tezi, przed­sta­wi­łam się:

– Mam na imię Hanna.

– Anna – popra­wił mnich.

Do tej pory nikt nie popra­wiał mojego imie­nia, na odwrót, Pole­szucy, kiedy sły­szeli słowo Hanna, ser­decz­nie uśmie­chali się i mówili: „Moja bab­cia też Hanna”. Wie­dzia­łam, że w patriar­chal­nej spo­łecz­no­ści stare kobiety cie­szyły się naj­więk­szym auto­ry­te­tem, więc porów­na­nie do rodzo­nej babci brzmiało jak kom­ple­ment. W klasz­to­rze nale­żało zacho­wać tak­towny dystans, dla­tego poprawkę ojca Pawła uzna­łam za sło­wiań­sko-cer­kiewną for­mal­ność. Jak więk­szość pole­skich para­fii, klasz­tor w Świ­tezi nale­żał do moskiew­skiego patriar­chatu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pieśń lasu (oryg. ukr. Лісова пісня) to tytuł dra­matu Łesi Ukra­inki, opu­bli­ko­wa­nego po raz pierw­szy w 1912 r. [wróć]