Prosto w serce - Jolanta Kosowska - ebook + audiobook

Prosto w serce ebook i audiobook

Jolanta Kosowska

4,4

Opis

Życie Hani przypomina najpiękniejszą romantyczną opowieść. Młoda kobieta właśnie kończy studia i rozpoczyna przygotowania do ślubu. Planowanie wspólnego życia, nowa, wymarzona praca i otaczająca ją miłość sprawiają, że nie potrzeba jej do szczęścia niczego więcej. Pewnego dnia jednak bajka się kończy – podczas przyjęcia Hania nagle mdleje, a diagnoza lekarska rozwiewa wszelkie nadzieje na to, że uda jej się żyć tak samo, jak do tej pory. Najbardziej bolesny cios padnie jednak niespodziewanie z zupełnie innej strony…
Prosto w serce to poruszająca historia o nieprzewidywalności uczuć, trudnych życiowych wyborach i ich jeszcze trudniejszych konsekwencjach. To podróż przez pełną niezwykłych barw, smaków i dźwięków Prowansję, w której rzeczywistość co chwila miesza się z fikcją. Nocne kluby, namiętne tańce, zaskakujące oświadczyny i wyjątkowy ślub. A wszystko po to, żeby odgonić mary przeszłości i… znów uwierzyć w miłość!

– O czym ty mówisz? – wyszeptałam.
Pokój wydawał mi się rozmazany. Pierwsza gorąca kropla spłynęła po policzku. Wydawało mi się, że to nie Bartek, tylko ktoś zupełnie obcy. Mój Bartek nigdy by tak nie powiedział. On jest opiekuńczy, ciepły i dobry. Jeszcze wczoraj zapewniał mnie o swojej miłości. Wieczorem byliśmy na koncercie. Orkiestra grała Cztery pory roku Vivaldiego, a on mówił, że stworzymy cztery pory roku utkane z naszej miłości i wspólnych przeżyć…
(…)
Mówił pięknie jak zawsze. Ten ktoś, kto dziś do mnie zadzwonił, nie mógł być moim Bartkiem.
– O czym ty mówisz?! – powtórzyłam. – Nic nie rozumiem.
– Czego nie zrozumiałaś? – zaatakował mnie. – Otrząśnij się! Oprzytomniej! Na jakim świecie żyjesz? Chyba nie chcesz, żebym poślubił cię z litości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 34 min

Lektor: Karolina Kalina

Popularność




Marcie i Arturowi

Dla całego świata możesz być nikim, dla kogoś możesz być całym światem.

Antoine de Saint-Exupéry

Hanka

Powiesiłam sukienkę na drzwiach szafy. Nie mogłam się na nią napatrzeć. Była piękna. Dołem gładka, lekko rozkloszowana, z cienkiego szyfonu, na białej, matowej podszewce. Dopasowana w pasie, z koronkowym stanem, na którym pojedyncze pąki dzikiej róży przeplatały się z dojrzałymi kwiatami. Dołem zwiewna, górą podkreślająca kształty. Miała gorset akcentujący talię i dekolt w kształcie serduszka, dziesiątki guziczków na plecach i koronkowe rękawy. Była prześliczna, jedyna, wymarzona. Właśnie taka, jaką chciałam. Obeszłyśmy z Anetą mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi. Jakoś nic nie wpadło mi w oko, nie pobudzało wyobraźni, nie rozgrzewało zmysłów. W końcu trafiłyśmy do salonu Magiczne Ogrody. Tutaj podobały mi się wszystkie sukienki. Przymierzyłam ich dziesięć. Trwało to trzy godziny. Projektant musiał mieć gust podobny do mojego. Każda z kreacji była inna i każda wyjątkowa. Wybrałyśmy tę z koronką w pąki róż, ale okazała się za duża. Zamówiłyśmy. Wszystko trwało ponad cztery miesiące. Ręcznie wyrabiane koronki pochodziły z Włoch, a idealnie opływający ciało szyfon z Hiszpanii. Parę przymiarek, kilkanaście poprawek i nareszcie dzisiaj, na dwa tygodnie przed ślubem, suknia moich marzeń była gotowa.

– Mogę ci zrobić parę zdjęć? – zapytał właściciel salonu. – Wyglądasz cudownie…

Zawahałam się. Nie lubię pozować do zdjęć, zawsze jest to dla mnie gehenną. Tym razem było inaczej. Filip śmiał się, żartował. Odwrócił moją uwagę od obiektywu. Po chwili stukot migawki przestał mi przeszkadzać. Tańczyłam, spacerowałam, siedziałam w fotelu i na parapecie, obracałam się, przesyłałam buziaki. Czułam się szczęśliwa. Z butami, bez butów, z wiankiem, w welonie, z białą różą wplecioną we włosy…

– Jak się czujesz w tej kreacji? – zapytał Filip pomiędzy jednym a drugim zdjęciem.

– Cudownie.

– Tak miało być… Wyglądasz wspaniale. Wyśniona, wymarzona, powabna, delikatna, piękna… Obiecujesz, mamisz i czarujesz… Nikt ci się nie oprze. Aż mnie zazdrość zżera. Szkoda, że spotkałem cię za późno.

Poczułam się wyjątkowo. Czarodziej z tego Filipa. Pasuje idealnie do swojego zawodu. Chociaż kiedy trafiłam tu po raz pierwszy, byłam bardzo zdziwiona, że sklep z sukniami ślubnymi prowadzi mężczyzna.

– Szkoda, że spotkaliśmy się za późno – powtórzył Filip.

– To urok twojego zawodu – roześmiałam się. – Poznajesz dziewczyny tuż przed ślubem. Zawsze jest za późno.

– Powąchaj różę! – zmienił temat. – Wyobraź sobie, że to nie pojedyncza róża, a ślubna wiązanka, w którą chcesz wtulić twarz, żeby ukryć łzy wzruszenia… Z jakich kwiatów będzie twój bukiet? – zapytał niespodziewanie.

– Z biało-seledynowych eustom.

– Biało-seledynowych?– Spojrzał na mnie uważniej.

Przymrużył oczy i zaczął mi się przyglądać. Jego wzrok spoczął na chwilę na moich włosach, ześlizgnął się na ramiona, omiótł biust, powędrował w dół po zwojach tiulu i szyfonu.

– Zaufaj mi, lepiej będą pasowały subtelnie różowe.

– Różowe? – zapytałam zaskoczona. – Dlaczego różowe?

– Dodadzą ci blasku, złamią biel sukni, podkreślą kolor ust – wymienił jednym tchem. – Odbiją się ciepłym blaskiem na policzkach. Są subtelne, ale nie mdłe. Ty masz uwodzić i czarować, pomimo że będziesz w białej sukni… Do tego pojedynczy kwiat wpleciony we włosy… Może jedna krótka gałązka upięta na szyfonie. Tej gałązki nie jestem jeszcze pewny. Musiałbym to zobaczyć.

Nie robił już zdjęć. Usiadł na podłodze i nie odrywał ode mnie wzroku. Jego spojrzenie raz po raz omiatało moje włosy, schodziło na ramiona, ześlizgiwało się w dół po koronkach, tiulach i szyfonach. Poczułam się nieswojo. Filip bywał dziwny. Przez te wszystkie poprawki i przymiarki zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Nawet raz spotkaliśmy się na kawie, kiedy w salonie wysiadło światło, a on musiał koniecznie przedyskutować ze mną rodzaj tiulu. Przyniósł wtedy z sobą jakiś próbnik z Hiszpanii i dwie godziny przy kawie wybieraliśmy ten najbardziej pasujący do moich marzeń.

– Dlaczego nie róże? – zapytał niespodziewanie. – Idealnie komponowałyby się ze wzorem koronki.

– W bukiecie wolę eustomy – odpowiedziałam zdecydowanie. – Róże są zbyt pewne siebie, za bardzo dominujące… Chcą rządzić i podporządkować sobie wszystko. Są piękne, ale drapieżne.

– A eustomy? – Przyglądał mi się z zainteresowaniem.

– One są trochę podobne do mnie.

– Rozumiem. – Uśmiechnął się. – Są mocne, chociaż wydają się delikatne i kruche.

Ciekawe, skąd on mógł wiedzieć o mnie takie rzeczy. Poczułam, że się rumienię. Czasem Filip zachowywał się nie jak sprzedawca sukien ślubnych, a jak dobry znajomy, przyjaciel.

– Może inaczej – przerwałam mu. – Te eustomy są jak początek miłości. Piękne, nieśmiałe, delikatne, trochę jak marzenie, jak sen…

– Przyjdę na ten wasz ślub – roześmiał się niespodziewanie. – Chcę zobaczyć miłość jak eustomy.

Te kwiaty, tak samo jak suknia, były wymarzone. Co do ich koloru – Filip miał rację. Będą delikatnie różowe. Ich barwa złamie biel, doda ciepła i słodyczy. To było dwie godziny temu. Teraz siedziałam i oglądałam w Internecie wiązanki, raz po raz spoglądając na suknię powieszoną na drzwiach szafy. Może by te kwiaty z czymś połączyć? Dodać gałązki z białymi pączkami? Ciszę przerwał brzęk komórki. Filip przesłał mi zdjęcia.

Czy mogę chociaż jedno z nich wrzucić na stronę internetową naszej firmy? – zapytał.

Nie teraz, po ślubie – odpisałam pospiesznie. – To mogłoby przynieść pecha.

Zdjęcia były niesamowite. Zmysłowe, gorące i niedopowiedziane. Ja jak nie ja, ale jakaś inna dziewczyna – tajemnicza, subtelna i piękna. To wszystko dzięki sukni, pomyślałam. Niektóre rzeczy potrafią zmieniać wszystko. Wyobraziłam sobie minę Bartka, kiedy wejdę do kościoła. Ta niesamowita kreacja, ten bukiet w ręce, ten kwiat wpleciony we włosy. Nagle rozdzwonił się telefon. Bartek. Ściągnęłam go myślami.

– Jesteś w domu? – zapytał bez żadnego wstępu. Coś dziwnego było w jego głosie.

– Jestem, wróciłam przed paroma minutami… – odpowiedziałam ciepło.

– To dobrze – przerwał mi w pół słowa. – Muszę powiedzieć ci coś ważnego. Myślałem nad tym od paru dni.

– Przyjedź! Zrobię coś na szybko do jedzenia. Mam ser grecki, oliwki, paprykę… Zrobię masło czosnkowe i grzanki. Zaraz nastawię piekarnik…

– Nie mogę – wszedł mi w słowo. – Za chwilę zaczynam wykład. Studenci siedzą już w sali.

– To wpadnij po wykładzie. Powiedz tylko o której. Przygotuję wszystko…

– Chcę porozmawiać z tobą teraz – uciął.

– To takie pilne? – zapytałam zdziwiona.

– Pilne. Muszę się od tego uwolnić.

– Poczekaj chwilę. Przyciszę muzykę.

Wyłączyłam pospiesznie radio. Usiadłam w fotelu. Przymknęłam oczy. Bardzo lubię go słuchać. Jego głos ma taką ciepłą barwę. Bardzo byłam ciekawa, co jest aż tak pilnego, że trzeba to powiedzieć od razu.

– Mów! – szepnęłam do słuchawki.

– Posłuchaj, Hanka, pospieszyliśmy się z tym wszystkim. – Bartek brzmiał obojętnie i chłodno. – Musimy odwołać ślub – powiedział zdecydowanym głosem. – Trzeba zobaczyć, jak to wszystko potoczy się dalej… Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba. Jeszcze dwa tygodnie temu nikt nie wiedział, że jesteś chora…

– O co ci chodzi? Przecież mówiłeś, że to nie ma znaczenia – szepnęłam do słuchawki. – Mówiłeś, że w dwójkę damy radę, że miłość przenosi góry, czyni cuda, że poradzimy sobie z tą chorobą. – Coś chwyciło mnie za gardło i nie pozwalało mówić dalej. Może dobrze. Wszystko, co bym powiedziała, byłoby równie żałosne. Zachowywałam się jak idiotka.

– Odczekajmy… – udał, że nie usłyszał moich słów.

– Odczekajmy? Jak to odczekajmy? – Wydawało mi się, że on żartuje.

Szum w głowie zagłuszał moje słowa. Serce biło mi jak szalone. Ten ucisk w gardle wydawał się coraz mocniejszy. Hamował oddech.

– Ja w każdym razie nie jestem gotowy opiekować się tobą przez całe życie – powiedział lodowatym tonem.

Poczułam łzy pod powiekami. Świat wokół mnie zawirował.

– Nikim nie potrafiłbym się opiekować. Na pielęgniarza się nie nadaję…

Jego głos docierał do mnie jak z zaświatów.

– Musisz to zrozumieć. To nie jest trudne do zrozumienia. Wystarczy tylko odrobina wyobraźni. Nie jesteś przecież aż taką egoistką.

Ranił mnie każdym słowem.

– Każdy ma tylko jedno życie. Nie możesz zabrać mi mojego. Moje chcę przeżyć zupełnie inaczej…

– O czym ty mówisz? – wyszeptałam.

Pokój wydawał mi się rozmazany. Pierwsza gorąca kropla spłynęła po policzku. Miałam wrażenie, że to nie Bartek, tylko ktoś zupełnie obcy. Mój Bartek nigdy by tak nie powiedział. On jest opiekuńczy, ciepły i dobry. Jeszcze wczoraj zapewniał mnie o swojej miłości. Wieczorem byliśmy na koncercie. Orkiestra grała Cztery pory roku Vivaldiego, a on mówił, że stworzymy cztery pory roku utkane z naszej miłości i wspólnych przeżyć, że dodamy wiośnie śpiew ptaków w naszym ogrodzie, poranek w rozszczebiotanym lesie, pierwsze krokusy na górskich halach i pierwsze przebiśniegi… Mówił pięknie jak zawsze. Ten ktoś, kto dziś do mnie zadzwonił, nie mógł być moim Bartkiem.

– O czym ty mówisz?! – powtórzyłam. – Nic nie rozumiem.

– Czego nie zrozumiałaś? – zaatakował mnie. – Otrząśnij się! Oprzytomniej! Na jakim świecie żyjesz? Chyba nie chcesz, żebym poślubił cię z litości?

On mówił, a we mnie coś pękło. Łzy cisnęły się pod powieki, spływały po policzkach. Jakiś ciężar usiadł mi na piersiach i zaczął blokować oddech. Rozłączyłam się. Zostałam z milczącym telefonem w dłoni. Rzuciłam się na łóżko i wszystkie moje uczucia przeszły w jeden przeciągły szloch. Nagle wszystko zrozumiałam. W ciągu paru minut przestał istnieć mój świat.

***

Dziesięć dni wcześniej.

– Będę u ciebie za pół godziny. – Głos Bartka brzmiał pogodnie.

– Przyjeżdżaj! Przywieź coś do jedzenia. U mnie pusta lodówka. Od dwóch dni nie wychodzę z mieszkania. Kończę projekt. Jest niesamowity… Nigdy nie szło mi tak dobrze.

– Zapomniałaś? – roześmiał się. – Dzisiaj idziemy na kolację.

– Na kolację? Dzisiaj? – zapytałam zdziwiona.

– Dzisiaj jest ta uroczysta kolacja kończąca kongres. Te dwa dni bez ciebie to był koszmar. Odsiedzimy swoje na oficjalnej części, a potem skoczymy gdzieś potańczyć. Wieczór zakończymy u ciebie albo u mnie. Będzie cudownie…

Nie miałam wątpliwości, że będzie cudownie. Z Bartkiem nigdy nie było inaczej. Nie zdążyłam jeszcze wstać z fotela, kiedy znowu rozdzwoniła się komórka.

– Pamiętasz, że na tę kolację obowiązują stroje wieczorowe?

Zapominałam o wszystkim. Zapomniałam o kolacji i o strojach wieczorowych. Ostatnio czas bardzo przyspieszył. Ruszyły ostatnie przygotowania do ślubu. Wszystko było ustalone już od wielu miesięcy, a teraz, nieoczekiwanie, na cztery tygodnie przed uroczystością każdego dnia pojawiały się nowe problemy. Pierwszym problemem były kwiaty w kościele. Ksiądz miał swoją wizję. Dwa wielkie kosze przed ołtarzem i przystrojone ławki. Nie mógł zrozumieć, że zapach lilii jest dla mnie duszący i że od dziecka mi przeszkadza.

– Lilie pani przeszkadzają? Jeszcze o czymś takim nie słyszałem – nie dowierzał. – Lilie symbolizują czystość.

Po wielu dyskusjach o wyższości lilii nad innymi kwiatami stanęło na białych różach. Potem pojawił się problem z organistą.

– Nikt nigdy poza mną nie grał w tym kościele – rzucił się na mnie zajadle. – Po co pani skrzypaczka i wiolonczelistka? Po co ta kobieta z fletem?

Trudno mi było wytłumaczyć, że słodkie dźwięki fletu, wiolonczeli i skrzypiec bardziej przypominają anielską muzykę niż mocny dźwięk organów i że zagrane na tych instrumentach Ave Maria będzie brzmiało cieplej, odświętniej i inaczej niż zwykle. W końcu to ma być pieśń, którą będę pamiętała przez całe życie.

– Po co ta chórzystka? – dopytywał.

– To moja przyjaciółka. Na co dzień śpiewa w operze. Skończyła wyższą szkołę muzyczną. Znamy się od podstawówki… – broniłam się, zdziwiona jego atakiem. – Ona zaśpiewa pieśń Ty tylko mnie poprowadź. Wszystko inne zastawiamy panu.

Po godzinie negocjacji dotarło do mnie, że mam zapłacić przede wszystkim za to, czego on nie zagra, a nie za to, co zostanie przez niego zagrane.

Następnie powróciła sprawa menu.

– Menu jest idealne – twierdził szef kuchni, pokazując mi kolejne zmiany. Po każdej cena była coraz wyższa, a proponowane potrawy coraz bardziej wykwintne.

– Nie wszyscy jedzą bisque z homara – sprzeciwiłam się.

– Nie jedzą, bo nie znają. – Szef kuchni zmierzył mnie niechętnym spojrzeniem. – Będą mieli okazję poznać na państwa weselu. Do wyboru jest jeszcze toskańska zupa pomidorowa z ciecierzycą i grzankami oraz krem z zielonych szparagów z dodatkiem koziego sera.

– A może coś bardziej przyziemnego?

Patrzyłam na niego przerażona.

– Co na przykład? – zapytał niechętnie.

– Rosół albo grzybowa – powiedziałam niepewnie.

– Dobrze, niech będzie. Dodamy jeszcze do wyboru rosół pięciu przemian i zupę z prawdziwków z grzankami przygotowanymi na maśle i obtoczonymi zieloną pietruszką.

Rozmawiał ze mną, pisał, zmieniał ceny, a mnie włosy jeżyły się na głowie. Skończyliśmy ustalać menu i pojawił się temat ustawienia stołów.

– Myślę, że okrągłe stoły – powiedziałam pewnie. Mieliśmy to już z Bartkiem dawno przedyskutowane.

– Po ile osób przy stole? – zapytała dziewczyna odpowiedzialna za przygotowanie sali.

– Po osiem.

– W sumie czternaście stołów – policzyła szybko. – Ale przy ostatnim będą siedzieć tylko dwie osoby… To będzie trochę niezręczne… Trzeba będzie stworzyć jeden stół dziesięcioosobowy. Nie mamy tak dużych okrągłych obrusów. Będziemy musieli dokupić na państwa imprezę.

Rzeczy pozornie proste stawały się coraz bardziej skomplikowane. Brnęłyśmy przez dekorację stołów, bukiety, świeczniki, kokardy na krzesłach… Spotkałam się z nią trzy razy i nadal miałam wrażenie, że nie wszystko jest jasne.

– Latarenki też mają być przybrane kwiatami? – zapytała.

– Jakie latarenki? – dopytywałam zdezorientowana.

– No te, które będą stały przy drodze pomiędzy domem weselnym a parkiem…

Każdy dzień przynosił coś nowego. Miałam wrażenie, że ustalenie tego wszystkiego zaczęło mnie przerastać.

– Haniu, ja nie mam na to czasu – jęczał Bartek. – Mam na głowie przygotowanie kongresu i mnóstwo ludzi. Każdego dnia dostaję od profesora nowe zadania. Publikacja goni publikację. Zaraz po naszej podróży poślubnej stary chce mnie wysłać do Stanów. Pojedziemy razem. On już chyba zapomniał, co znaczy miesiąc miodowy…

Bartek nie miał czasu, a ja ugrzęzłam w tym wszystkim po uszy. Dobrze, że pomagała mi Aneta. Parę dni wcześniej odebrałam dyplom ukończenia studiów. Architektura wnętrz zawsze była moją pasją. Od trzeciego roku pracowałam w biurze projektowym. Miałam jeszcze do ukończenia dwa zlecenia i zaczynałam moje wakacje. Na wszystko brakowało mi czasu. W natłoku różnych zadań na śmierć zapomniałam o tej kolacji. Zupełnie wyleciało mi to z głowy. Bartek był punktualnie jak zwykle. Według niego można regulować zegarki. Marynarka, koszula, krawat, spodnie w kant – tak ubrany wyglądał inaczej, poważniej. W czubkach jego butów można się było przejrzeć. Stanął w drzwiach. Obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem.

– Pięknie wyglądasz. – Uśmiechał się ciepło. – Wszyscy będą mi zazdrościć.

Jeszcze raz zerknęłam w lustro. Wszystko było w porządku. Włosy upięłam do góry, tylko jeden kosmyk tuż przy twarzy zostawiłam wolny. Jak zawsze wiosną moje włosy były odrobinę ciemniejsze, tylko gdzieniegdzie rozjaśnione promieniami słońca. Latem zwykle stawały się bardzo jasne.

Włożyłam czarną sukienkę, z tych, co to pasują na każdą okazję. Sukienka była opięta, podkreślała kształty, kończyła się tuż nad kolanami. Narzuciłam na ramiona wdzianko w kolorze starego złota. Miałam czarne buty na wysokim obcasie i złoto-czarną torebkę. Tak ubrana też wyglądałam zupełnie inaczej. Pasowaliśmy do siebie z Bartkiem. Chciałam zobaczyć nasze odbicie w lustrze i wtedy rozmazał mi się obraz. Świat na chwilę zawirował. Chwyciłam się ręką szafy.

– Coś nie tak? – Jak z innej czasoprzestrzeni dotarł do mnie głos Bartka.

– Nie, wszystko w porządku. – Próbowałam się uśmiechnąć. – Chyba jestem po prostu zmęczona… Ostatnio za mało sypiam.

Byłam pewna, że właśnie to jest przyczyną. Przez ostatnie dwa dni nie wychodziłam z domu. Prawie nie spałam. Chciałam jak najszybciej uwolnić się od tych projektów. Po chwili obraz się wyostrzył. Ściany pokoju wróciły na swoje miejsce. Podłoga znowu była idealnie gładka i pozioma. Sufit już nie chciał spaść mi na głowę.

– To może zostań w domu? Połóż się. Odpocznij. Ja wpadnę tam tylko na chwilę. Zaraz do ciebie wrócę.

Nie chciałam zostać w domu. Pojechaliśmy na tę kolację. Spędziłam kilka godzin na jedzeniu i słuchaniu rozmów o wyższości jednych poliestrów nad drugimi. Milczałam. Mnie poliestry kojarzyły się tylko z ubraniami kiepskiej jakości i z kurtką, którą kupiłam rok temu, a w której wytrzymałam piętnaście minut. Tu rozmawiano o ich zastosowaniu w przemyśle. To zupełnie nie są moje klimaty. Miałam dziwne wrażenie, że raz po raz rozmazuje mi się obraz i widzę podwójnie. Nawet dźwięki grającego w tle fortepianu docierały do mnie jak przez tubę. Coś jest ze mną nie tak – myślałam przerażona. – Przeginam. Śpię za krótko, pracuję za dużo, prawie nie wychodzę z domu. Muszę nareszcie odpocząć, zwolnić, wyspać się, przygotować do tego naszego ślubu.

– Wszystko dobrze, Haniu? – usłyszałam szept Bartka. – Jesteś taka małomówna.

– Wszystko dobrze – skłamałam.

Nie uwierzył mi. Nie odrywał wzroku od mojej twarzy. Przyglądał mi się uważnie.

– Jesteś dziwnie nieobecna.

– Nie znam się na poliestrach – zażartowałam. – Dla mnie to czarna magia. Hokus-pokus…

Rozmawiał, śmiał się, odpowiadał na pytania, ale raz po raz przenosił wzrok na mnie.

– Wytrzymaj jeszcze chwilkę. Zaraz odwiozę cię do domu. Odpoczniesz. Pościelę ci łóżko, zrobię kakao, przytulę i poczekam, aż zaśniesz – wyszeptał mi do ucha.

– Wszystko jest dobrze – kolejny raz minęłam się z prawdą.

Szum w moich uszach się nasilał, twarz Bartka była nieostra.

Jak na złość zaczął grać jakiś zespół i na parkiecie zawirowały pierwsze pary.

– Zatańczymy? – Szef Bartka wyrósł przy mnie jak spod ziemi. Pan profesor ubrany we frak wyglądał odświętnie i elegancko. – Niestety nie będzie mnie na waszym ślubie. Mam wtedy wystąpienie na kongresie w Madrycie. Niczego nie mogłem już odwołać. Przynajmniej dzisiaj chciałbym z panią zatańczyć. Czy mogę poprosić do tańca?

– Z przyjemnością…

Zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Mój głos brzmiał jakoś obco. Szum w głowie zagłuszał dźwięki muzyki. Podniosłam się niepewnie. Stoły zawirowały, płomienie świec też utworzyły wirujący tunel. Dźwięki muzyki zlały się z uderzeniami mojego serca. Koszmarnie zabolała mnie głowa. Miałam wrażenie, że nie zrobię ani kroku. Nogi przestały mnie słuchać. Nagle wszystko zakryła ciemność.

***

– Już dobrze…

Głos był obcy, niski. Pochylający się nade mną mężczyzna miał na sobie kurtkę pogotowia ratunkowego.

– Zasłabła pani – mówił spokojnym głosem. – Na chwilę straciła pani przytomność. Wszystkie parametry wróciły do normy. Myślę, że to było omdlenie ortostatyczne. Pani chłopak mówił, że jest pani przemęczona. Teraz przez parę godzin siedziała pani bez ruchu. Wstała pani gwałtowniej, ciśnienie niespodziewanie spadło, doszło do chwilowego niedotlenienia mózgu – tłumaczył mi spokojnym głosem. – Nie upadła pani. Nie doszło do żadnego urazu. Profesor Brzeziński panią chwycił. Przeniesiono panią do tego pokoju…

– Jak długo tu jestem?

– Mniej więcej piętnaście minut. Czy zauważyła pani wcześniej coś niepokojącego?

– Nic – odpowiedziałam niepewnie.

– Na pewno nic?

– Nic, co wydaje mi się bardzo ważne.

– A mniej ważne? – dopytywał.

– Kiedy wychodziliśmy z domu na tę kolację, nagle zakręciło mi się w głowie.

– Kręciło się w głowie czy świat wirował dookoła? – próbował uściślić to, co mówię.

– Świat zawirował dookoła – odpowiedziałam. – Później na sali wydawało mi się, że momentami widzę nieostro. Postacie się rozmazywały, kontury widziałam podwójnie – mówiłam powoli. Starannie dobierałam słowa. Chciałam, żeby zrozumiał coś, czego ja nawet nie potrafiłam dobrze opisać. – To pojawiało się i znikało. Cały czas dochodziły do mnie ciche dźwięki fortepianu. Nagle wydało mi się, że te dźwięki docierają zniekształcone, jakby przez tubę. Przez chwilę głos Bartka też brzmiał inaczej niż zwykle…

Mówiłam, a on słuchał. Przestał notować. Przyglądał mi się uważnie.

– Kiedy chciałam wstać, nogi odmówiły mi posłuszeństwa…

– Obie? – wszedł mi w słowo.

– Nie wiem. Nie zwróciłam na to uwagi. To wszystko było takie dziwne. Wtedy dużo działo się równocześnie. Obraz mi się rozmazywał. Dźwięki zmieniały się i cichły. Bardzo bolała mnie głowa. Było mi niedobrze.

– Proszę spróbować sobie przypomnieć. Pytałem, czy obie nogi odmówiły pani posłuszeństwa.

– Nie jestem pewna. Mam wrażenie, że dziwna była prawa.

Skończyłam mówić, a on milczał. Kazał mi wodzić wzrokiem za jego palcem, uśmiechnąć się, zmarszczyć czoło, wyszczerzyć zęby, pokazać język, zamknąć oczy i trafić palcem na czubek własnego nosa, pomachać wyciągniętymi do przodu rękami, ścisnąć jego dłonie.

– Mogło być tak, jak wcześniej mówiłem – odezwał się po chwili. – Ale mogło być też zupełnie inaczej. Musimy zabrać panią do szpitala na obserwację.

– Nigdy nie byłam w szpitalu – zaczęłam się bronić. – Mam mnóstwo pracy. Zlecenia, projekty. Za dwadzieścia parę dni ślub. Jeszcze wiele rzeczy muszę załatwić…

– Na pani miejscu bym się nie upierał – powiedział zdecydowanie.

Nagle przeraziła mnie ta jego stanowczość.

– Ma pani prawo samodzielnie decydować – tłumaczył. – Ale bym nie radził… To może być omdlenie ortostatyczne, ale może to być początek czegoś poważnego.

Poważnego? – powtórzyłam za nim w myślach. – Co on mówi? Jeszcze pięć minut temu był pewien, że spadło mi ciśnienie, a teraz nagle mnie straszy.

– Haniu, nie wygłupiaj się. Jedziesz! – usłyszałam głos Bartka. Musiał stać gdzieś za moją głową, bo go nie widziałam. – Jedziesz i koniec. Ja tam za chwilę będę. Pojadę taksówką. Do jakiego szpitala ją państwo zabieracie?

– Do wojewódzkiego, na neurologię.

***

Przestałam protestować, bo świat znowu zawirował, ich głosy brzmiały, jakby wydobywały się ze studni, a twarz lekarza stała się rozmazaną plamą. Przewieziono mnie karetką na neurologię.

– Jest pani w ciąży? – zapytała przyjmująca mnie na oddział lekarka.

– Nie.

– Jest pani pewna?

– Jestem.

– To bardzo ważne. Nie wszystkie badania da się zrobić w ciąży. Za chwilę przewieziemy panią na tomografię, pobierzemy krew na badania, zgłosiłam konsultację okulistyczną, na jutro rano zaplanowałam badanie przepływów w tętnicach dogłowowych i punkcję lędźwiową… – wymieniła jednym tchem. – Zależnie od wstępnych wyników badań zaplanujemy dalszą diagnostykę. Badanie EEG, potencjały wywołane, może rezonans magnetyczny…

Poczułam się zagubiona. Obce miejsce, obcy ludzie, niewiele mówiące nazwy. Chłód lastrykowych podłóg i lamperii pomalowanych olejną farbą, bylejakość poobijanych futryn i szarych mebli. Personel też miał szare spodnie i szarobure T-shirty. Zimno, obskurnie i obco. Chciałam się podnieść.

– Co pani robi? – usłyszałam spokojny głos pielęgniarki.

– Chcę usiąść.

– Proszę leżeć. Założę pani wkłucie. Pobiorę krew. Podłączę kroplówkę. Po tomografii przewieziemy panią na salę obserwacyjną oddziału drugiego. Podłączymy pod monitory.

– To jest zbędne – próbowałam się bronić. – Przecież ja tylko zasłabłam.

– Często pani słabnie?

Pielęgniarka stanęła nade mną i spojrzała uważnie. Była mniej więcej w wieku mojej mamy. Mój tata zginął w wypadku samochodowym, kiedy byłam w pierwszej klasie podstawówki. Zostałyśmy z mamą we dwie. Przez wiele lat nasza mała rodzina miała się dobrze, w każdym razie ja byłam w niej szczęśliwa. Odkąd mama założyła drugą rodzinę i wyjechała, widuję ją dwa razy w roku przez WhatsAppa. Ostatnio zapomniała nawet o moich urodzinach. Ma innych bliskich, o których musi pamiętać. W końcu ja jestem już dorosła. Tak przynajmniej zawsze mi powtarza. Nie przyjedzie na ślub, bo to za daleko. Obiecałam przesłać jej zdjęcia.

– Pytałam, czy często zdarzają się pani omdlenia. – Głos pielęgniarki oderwał mnie od wspomnień. Może i dobrze, bo zawsze robi mi się smutno, kiedy myślę o mamie. Teraz ta kobieta prostym pytaniem próbowała zmusić mnie do konfrontacji z tym, co się stało.

– To było po raz pierwszy. Nigdy jeszcze nie zasłabłam.

– W takim razie na pewno trzeba to wyjaśnić. Nie ma innego wyjścia. Stało się coś wyjątkowego, a rzeczy wyjątkowe mają w medycynie swoje przyczyny.

Za półotwartymi drzwiami mignęła mi głowa Bartka.

– Czy mogłabym przez chwilę porozmawiać z moim chłopakiem?

Wpuściła go na pięć minut. Wcześniej założyła mi wenflon, puściła kroplówkę.

– Haneczko, co się dzieje? – dopytywał Bartek.

– Nie wiem. Jakiś koszmar.

On też nie znał tych medycznych nazw, nie miał pojęcia o procedurach, badaniach, ścieżkach diagnostycznych, podejrzewanych diagnozach. Rozglądał się niechętnie po zimnym pomieszczeniu.

– Jakaś masakra – szepnął mi do ucha. – W najgorszym koszmarze bym tego nie wyśnił. Głowa do góry! Jutro przywiozę ci inną piżamę. W tej szpitalnej każdy wygląda żałośnie – próbował żartować.

Piżama była za długa i za obszerna, brakowało jej parę guzików. Była szara jak wszystko wokół. Miałam wrażenie, że jej kolor jest identyczny z kolorytem lamperii. Wyglądałam jak sprzęt w tym pokoju.

– Jakaś masakra – powtórzyłam za nim. – To miał być taki cudowny wieczór…

– Całe życie mamy na cudowne wieczory – powiedział ciepło. – Ten jeden może być trochę inny.

Nagle rozdzwonił się telefon.

– Muszę pana przeprosić – powiedziała pielęgniarka. – Czekają już na pana dziewczynę na radiologii.

Pomachałam Bartkowi ręką. Przesłał mi buziaka. Po chwili jechałam na łóżku ciągniętym przez pielęgniarkę przez długie, mroczne korytarze. Gdzieniegdzie było trochę jaśniej. Snop światła padał przez otwarte drzwi dyżurki na korytarz. Gdzie indziej przez szparę pod drzwiami wydostawała się jasna smuga. Najpierw miałam tomografię głowy, potem rezonans magnetyczny z angiografią. Coś w tych badaniach było nie tak, coś w nich nie pasowało i nie dawało się wytłumaczyć. Posypały się kolejne zlecenia. Zapis fal pracy mózgu, badanie płynu mózgowo-rdzeniowego. Pobrano dziesiątki próbówek krwi. Każdego dnia badano mnie neurologicznie.

– Musimy tu panią jeszcze trochę zatrzymać – mówił profesor na wizycie. – Zrobimy badanie potencjałów wzrokowych wywoływanych, wysłaliśmy krew na badania do innego szpitala. Bardzo trudno jest postawić pewne rozpoznanie na podstawie tak krótkiej obserwacji.

On chciał mnie zatrzymać, a ja coraz bardziej chciałam iść do domu. Czułam się dobrze. Wszystko ustąpiło. Goniły mnie projekty. Szybkimi krokami zbliżała się data ślubu. Nie pasowałam do tego szpitala i do tych ludzi. Z dnia na dzień było mi tutaj coraz smutniej.

– Jesteś jak ciepły wiatr – mówiła do mnie pani Helena, sąsiadka z łóżka obok. – Można się od ciebie ogrzać. Pomagasz, pocieszasz, rozbawiasz… Przy tobie udaje się chociaż na trochę zapomnieć.

Pani Helena miała schorzenie o dziwnej nazwie, której nie mogłam ogarnąć rozumem. Stwardnienie zanikowe boczne. Ponoć jeszcze dwa lata temu była zdrowa. Teraz mówiła niewyraźnie i krztusiła się przy każdym kęsie, nie mogła chodzić, miała za słabe mięśnie oddechowe, żeby samodzielnie oddychać. Gasła w oczach. Przygnębiało mnie to wszystko. Dołowało z dnia na dzień coraz mocniej. Dobrze, że nie poszłam na medycynę. Zabiłaby mnie. Kiedyś, przez moment, w szkole średniej brałam to pod uwagę. Odradził mi mój wychowawca.

– Zastanów się – mówił, kiedy wybierałam fakultet. – Żeby być lekarzem, trzeba mieć predyspozycje psychiczne. Inaczej ten zawód może zabić. Ty zadręczasz się po wizycie w domu dziecka. Jesteś empatyczna do bólu i zupełnie pozbawiona asertywności. Zostań ty już lepiej przy swoich klimatach. Masz świetną wyobraźnię. Wspaniale rysujesz. Możesz kreować rzeczywistość. Podporządkowywać przestrzeń swojej wyobraźni. Przecież zawsze tego chciałaś.

Przemyślałam, ustąpiłam, poszłam na architekturę wnętrz. Dopiero teraz zrozumiałam, że on miał rację. Był lepszym nauczycielem, niż myślałam. Znał nas lepiej, niż nam się wydawało. Wystarczyło mi trochę czasu w szpitalu, żebym poczuła się bezradna i przygnębiona. Bartek był u mnie każdego dnia. Niekiedy parę razy dziennie.

– Coś nie tak? – dopytywał. – Nikniesz w oczach… Pani Helena mówi, że nic nie jesz.

– To nieprawda – próbowałam się bronić.

– Nie oszukuj! Znam cię dobrze. Nie potrafisz kłamać.

– Chcę do domu – powiedziałam pod nosem.

Objął mnie. Przytulił. Pogładził moje włosy.

– Jeszcze parę badań i wrócisz do domu. Skoczymy na weekend nad morze.

– Nie mamy czasu…

– Na to musi się znaleźć.

– Wątpię – powiedziałam smutno. – Muszę skończyć projekt. Nasz ślub już za trzy tygodnie…

– Tylko weekend – mówił ciepło. – Żeby oddalić szarość tego szpitala. Tylko trzy dni. Taki szybki wypad nad Bałtyk.

Bartek znał mnie najlepiej na całym świecie. Wiedział, że nad morzem wyciszam się błyskawicznie. Kocham tam wszystko. Poranki, kiedy ciężkie krople rosy wiszą na rozsnutych pomiędzy drzewami pajęczynach, a trawy srebrzą się w pierwszych promieniach słońca. Kiedy ptaki zaczynają nieśmiało śpiewać, żeby już po chwili cały las rozbrzmiewał radością. Słodkie jagody, wrzosowiska, szum fal. Wiedział, że uwielbiam zachody słońca, kiedy wielka czerwona kula styka się z linią horyzontu, powierzchnia fal przez chwilę mieni się złotem, a pojedyncze obłoki na powoli granatowiejącym niebie zapalają się czerwienią… Często jeździliśmy razem nad Bałtyk. Morze to długie spacery, moja dłoń w jego dłoni, kreślone na mokrym piasku serca… To kąpiele w promieniach zachodzącego słońca, krzyk mew, zamki z piasku, bursztyny. To szczęśliwe minuty, składające się na niezapomniane godziny, układające się w dni pełne miłości. Tam byliśmy tylko my. Nie było jego pracy i jego studentów, nie było moich projektów. Czas wyjęty jakby z innej rzeczywistości, skradziony tylko dla nas.

– Pojedziemy do Trzęsacza, do Konrada. – Głos Bartka wyrwał mnie z zamyślenia. – Co ty na to? Pamiętasz tamte galopujące o świcie konie?

Pamiętałam. Nigdy tego nie zapomnę. Chcieliśmy zamówić sobie jazdy, weszliśmy na teren stadniny i nagle usłyszeliśmy tętent końskich kopyt. Był wyraźny, coraz wyraźniejszy i nagle zza lasu wyłoniło się stado galopujących rumaków. Konie jakby frunęły ponad łąką. Stałam zahipnotyzowana. Pamiętam dźwięk kopyt, rozwiane grzywy i unoszone przez podmuchy wiatru ogony…

– Pamiętasz? – dopytywał Bartek.

– Pamiętam. Jak mogłabym zapomnieć?

– Pojeździmy konno po plaży, pooglądamy zachody słońca, posiedzimy przy kominku. Będzie cudownie. Wytrzymaj tutaj jeszcze trochę. Mówiłaś, że wyjdziesz na weekend.

Tak twierdził profesor. Wytrzymałam. Skończono diagnostykę. W dzień wypisu profesor zaprosił mnie na rozmowę.

– Czy mogę wejść z moim chłopakiem? – zapytałam.

– Z chłopakiem?

Obrzucił Bartka chłodnym wzrokiem.

– Z narzeczonym – poprawiłam się. – Za trzy tygodnie się pobieramy.

– Jak pani uważa – zawahał się. – Mnie obowiązuje tajemnica lekarska – odpowiedział. – Sprawa podejrzeń i diagnozy jest prywatną sprawą pacjenta.

– My nie mamy przed sobą tajemnic… – weszłam mu w słowo.

Wydawało mi się, że dziwny cień przebiegł po jego twarzy, ale już po chwili otworzył szerzej drzwi do swojego gabinetu i wpuścił nas do środka. Weszliśmy. Posadził nas przy stoliku pod oknem. Sam usiadł naprzeciw. Milczał. Mierzył Bartka badawczym wzrokiem. Przeszywał go spojrzeniem na wylot.

– Pan oczywiście kocha swoją dziewczynę? – zapytał niespodziewanie.

– Oczywiście – pospiesznie odpowiedział Bartek.

Profesor jeszcze przez chwilę mu się przyglądał. Milczał. Przeniósł spojrzenie na mnie.

– Pani Hanko, nie mamy pewnej diagnozy. Mamy tylko przypuszczenie. To czas pokaże, czy ta diagnoza się potwierdzi. Mamy objawy, które sugerują pewną chorobę, ale nie widzimy zmian w centralnym układzie nerwowym, które mogłyby ją potwierdzić. Brak tych zmian na początku choroby nie wyklucza jej rozpoznania.

Mówił powoli, starannie dobierał słowa. Miałam wrażenie, że za dziesiątkami niewiele znaczących wyrazów próbuje ukryć to, co najważniejsze. Rozmyć znaczenie tego, co w końcu i tak musi mi powiedzieć.

– Miała pani objawy. Nie dostrzegamy zmian w rezonansie magnetycznym centralnego układu nerwowego ani w rezonansie rdzenia kręgowego, które byłyby powodem wystąpienia tych objawów. Nie ma zmian w płynie mózgowo-rdzeniowym. Są zmiany w badaniu EEG z wykorzystaniem potencjałów wzrokowych. Jednak są one dość mało specyficzne. Zdarzają się również u zupełnie zdrowych ludzi – mówił rzeczy, których i tak nie rozumiałam. Nagle przeszło mi przez myśl, że on mówi tak specjalnie, żebym nie miała szansy zrozumieć. – Przeprowadzone przez nas badania nie umożliwiają postawienia diagnozy, ale też nie umożliwiają wykluczenia jej… To czas pokaże, czy mieliśmy rację.

– Może mógłby pan mówić mniej enigmatycznie? – przerwał mu Bartek. – Mam wrażenie, że zależy panu na tym, żebyśmy nie mogli nic zrozumieć.

Profesor obrzucił go niechętnym spojrzeniem.

– Tę chorobę, o której myślę, rozpoznaje się w oparciu o tak zwane kryteria McDonalda. W pani przypadku kryteria nie zostały spełnione. Będą spełnione, jeżeli objawy neurologiczne, które obserwowaliśmy, powtórzą się. Nie wiem, czy mnie pani rozumie? – zwrócił się do mnie.

Nie rozumiałam.

– Podejrzewana choroba zwykle ma na początku postać rzutowo-remisyjną.

– Czyli? – dopytywał Bartek.

– Mamy rzuty choroby, kiedy pojawiają się objawy neurologiczne, i okresy remisji, kiedy te objawy nie występują i pacjent wydaje się zupełnie zdrowy. Jeżeli wystąpią dwa rzuty choroby z objawami z dwóch ognisk, to rozpoznanie tej choroby będzie już pewne. Zostaną wtedy spełnione kryteria diagnostyczne umożliwiające postawienie tej diagnozy i rozpoczęcie leczenia bez względu na wyniki badań rezonansu magnetycznego, badania płynu mózgowo-rdzeniowego czy badania elektrofizjologicznego.

Nadal miałam wrażenie, że profesorowi zależy na tym, żebym go nie zrozumiała. Bartek myślał podobnie.

– Jestem pracownikiem naukowym uniwersytetu technicznego – odezwał się Bartek. – Gdybym w ten sposób prowadził wykłady ze studentami, to myślę, że co poniektórzy mieliby kłopoty z dodawaniem. O czym my w ogóle rozmawiamy? O jakiej chorobie?

– O stwardnieniu rozsianym – powiedział matowym głosem Kwiatkowski. – To poważna choroba – dodał po chwili. – Przewlekła.

– Nie leczy się jej?

– Leczy… Ale leczyć nie znaczy wyleczyć – profesor cedził powoli słowo za słowem. – Podaje się leki, żeby zatrzymać przebieg choroby, wydłużyć okresy remisji, zmniejszyć następstwa rzutów… Choroba postępuje. Nikt nie potrafi jej zatrzymać. Próbujemy ją tylko spowolnić… Z czasem, po okresie rzutów i remisji przychodzi okres ciągłej progresji, ciągłego pogarszania się.

Nic do mnie nie docierało. Miałam wrażenie, że lekarz mówi o kimś zupełnie innym, o kimś, kogo ja nawet nie znam. Mówił coraz wolniej. Przerwy pomiędzy wyrazami stawały się coraz dłuższe. W końcu zamilkł.

– Pan jeszcze nie wie, czy Hanka jest chora? – przerwał milczenie Bartek.

– Nie wiem. Mogę tylko przypuszczać… – powiedział powoli Kwiatkowski. – Mówiłem, że czas pokaże. Czas jest decydujący.

– Jeżeli dobrze zrozumiałem – nie ma pan podstaw do postawienia tego rozpoznania?

– W tej chwili nie mam – odpowiedział spokojnie profesor.

– W takim razie nie ma o czym rozmawiać – skwitował Bartek. – Spotkamy się, kiedy coś się zmieni.

***

Pozornie nie było o czym rozmawiać, ale nazwa tej choroby nie dawała mi spokoju. Bartek odwiózł mnie do domu i pojechał na uczelnię. Miał o szesnastej zajęcia ze studentami. Potem o osiemnastej telekonferencję, na której przedstawiał swoje najnowsze badania. Obiecał przyjechać wieczorem.

– Teraz połóż się trochę, odpocznij. Wieczorem pójdziemy na kolację. Tylko ty i ja, i nasza ulubiona włoska restauracja – mówił pogodnie. – W końcu należy nam się coś od życia. Pojutrze pojedziemy nad morze. Jutro wieczorem mam jeszcze wykład. Dzwoniłem już do Konrada. Zarezerwowałem nam ten pokój, co zawsze. Z widokiem na ruiny kościoła i morze…

Za Bartkiem zamknęły się drzwi i zostałam sama z dziesiątkami dręczących mnie myśli. Po chwili usłyszałam dźwięk nadchodzącego SMS-a.

Połóż się! Odpocznij! Kocham Cię nad życie.

Też Cię kocham – napisałam pospiesznie.

Zaparzyłam kawę. Zapach świeżo zmielonych ziaren rozszedł się po mieszkaniu. Włączyłam cicho radio. Jakiś zupełnie nieznany mi wokalista śpiewał piosenkę o tym, że w życiu liczy się tylko jutro – teraźniejszość i przeszłość nie mają znaczenia. Nagle przyszło mi na myśl, że muszę skonfrontować się z moim jutrem, wszystko jedno, jakie ono będzie i kiedy nastąpi. Włączyłam komputer, zaczęłam surfować po Internecie. Znalazłam wiele artykułów, weszłam na forum, poczytałam posty. Z minuty na minutę ogarniało mnie coraz większe przerażenie. Zaburzenia czucia w kończynach, zapalenie pozagałkowe nerwu wzrokowego, zaburzenia widzenia, spadek ostrości wzroku, podwójne widzenie, niedowład i spastyczność kończyn dolnych, niezborność chodu, nieprawidłowe działanie zwieraczy, nerwobóle, problemy z funkcjami poznawczymi, stany depresyjne, zmęczenie, zaburzenia równowagi, problemy z połykaniem, labilność emocjonalna, zaburzenia mowy, akatyzja… Rzutowy przebieg choroby… Naprzemiennie zaostrzenia i remisje. Z czasem okresy remisji stają się coraz krótsze, rzuty są coraz silniejsze i trwają coraz dłużej. W rzutach nasilają się występujące już wcześniej objawy albo pojawiają się nowe. Każde zaostrzenie choroby kradnie coś z i tak już okrojonej normalności. Choroba z czasem przyspiesza, doprowadza do niepełnosprawności. Niepełnosprawność jest wynikiem kumulowania się uszkodzeń i zaburzeń. Codziennością staje się wózek inwalidzki i brak samodzielności. Nie ma leków, które mogą wyleczyć tę chorobę. Próbuje się tylko wpływać na jej przebieg, zwalniać go, łagodzić.

Przestałam czytać. Serce biło mi jak oszalałe. Oddech dziwnie przyspieszył. Przyłapałam się na tym, że już od wielu minut siedzę, patrząc bezmyślnie na świeżą zieleń za oknem, na błękitne niebo, na szybującego wysoko ptaka i gałęzie kwitnącej magnolii zaglądające do mieszkania. Przez uchylone okno wdzierał się do środka świergot ptaków. Na zewnątrz królowała wszechobecna wiosna. Czas radości i nadziei, a w mój świat wdarły się nagle smutek, niepewność, zwątpienie i strach. Niepotrzebnie przeczytałam to wszystko. Zabiła mnie ta wiedza. Czułam mętlik w głowie, dziesiątki niezrozumiałych słów układały się w bełkot. Wyobraźnia podsuwała coraz to nowe obrazy. Ja niezdarna i poruszająca się z trudem, niemogąca wejść po schodach do swojego mieszkania. Ja na wózku inwalidzkim… A gdzie całe moje dotychczasowe życie? Gdzie taniec, pływanie, jazda na nartach, tenis, wędrówki po górach, wspinanie się, jazda konna? To jakieś brednie – myślałam przerażona. – On musiał się pomylić. Lekarze często stawiają diagnozy pochopnie. W medycynie rzadko dwa dodać dwa jest cztery. Profesor na pewno o czymś zapomniał, z niepełnych badań wyciągnął nieprawidłowe wnioski, które doprowadziły do postawienia fałszywej diagnozy. Próbowałam uciszyć złe myśli, pocieszyć samą siebie. Z narastającej rozpaczy wyrwał mnie dzwonek telefonu.

– Obudziłem cię? – usłyszałam ciepły głos Bartka.

– Nie, skądże – odpowiedziałam pospiesznie. – Nie kładłam się nawet.

– Jak się czujesz? – dopytywał.

– Normalnie – skłamałam. – Nic mi nie jest – chciałam, żeby zabrzmiało pogodnie.

– A co robisz?

Nie odpowiedziałam od razu. Pomyślałam, że nie zrozumie.

– Buszuję po Internecie i… – powiedziałam po chwili.

– Zostaw to. To jakieś brednie – nie dał mi dokończyć. – Za piętnaście minut będę u ciebie. Włożysz dla mnie jakąś sukienkę? – zapytał. – Zarezerwowałem stolik u Francesca. Ten nasz ulubiony. Dawno tam nie byliśmy. Francesco nic nie wie o naszych zaręczynach ani o zbliżającym się ślubie.

To był cudowny wieczór. Jeden z tych, których nie można zapomnieć, który nosi się na zawsze w sercu jak coś najdroższego. Włożyłam swoją ulubioną szafirową sukienkę. Bartek też ubrał się odświętnie. Dżinsy zastąpił szarymi spodniami, a T-shirt niebieską koszulą. Pasowaliśmy do siebie. Raz po raz przyglądałam się naszym odbiciom w szybach wystawowych mijanych sklepów. Bartek jest ode mnie sporo wyższy. Ma jasne włosy, niepasujące do nich ciemne oczy, ciemne brwi i rzęsy, śniadą karnację. Podoba się nie tylko mnie, ale też innym dziewczynom. Podkochują się w nim jego studentki. Przystojny, ciepły, serdeczny, wesoły, szarmancki, przyciąga wzrok wielu kobiet. Jego mama jest Polką, ojciec Chorwatem. Wychowany na pograniczu obu kultur z każdej z nich wziął to, co było najatrakcyjniejsze. Ja jestem zupełnie inna. Moje włosy są ciemnokasztanowe, sięgają połowy pleców, skręcają się w loki. Na deszczu zwijają w sprężynki. Kiedyś były dla mnie przekleństwem. Prostowałam je bez przerwy i przeklinałam dni, kiedy nie miałam z sobą prostownicy, a wilgotne od dżdżu powietrze tworzyło na mojej głowie burzę loków. Odkąd spotykam się z Bartkiem, nic już nie kombinuję z włosami. On twierdzi, że zanim mnie pokochał, to właśnie one go zauroczyły. Mam zielone oczy, których kolor pasuje do włosów. Przy Bartku wydaję się drobna i filigranowa. W szybach wystaw raz po raz migał szafir mojej sukienki. Kupiłam ją przed rokiem, kiedy szliśmy razem do opery. Jest elegancka i kusząca. Mami, czaruje, uwodzi… Kusi, obiecując tak wiele. Odważnie odsłania dekolt i ramiona, opina się na biuście, podkreśla talię, tańczy przy każdym kroku rozkloszowanym dołem. Najpiękniej wygląda z tyłu, gdzie głębokie wycięcie zasznurowane jest szafirową wstążką. Do tej sukienki noszę popielate sandały na wysokim obcasie i małą, popielatą torebkę.

– Zatrzymaj się na chwilę! – poprosiłam. – Chcę zrobić zdjęcie naszego odbicia w szybie…

Właśnie przechodziliśmy obok jakiegoś biurowca. W olbrzymiej ścianie ze szkła poza nami odbijały się drzewa, szereg kolorowych kamieniczek stojących po przeciwnej stronie ulicy, rozświetlone latarnie i powoli granatowiejące niebo. Zdjęcie wyszło niesamowicie. My czy nie my… Jakieś dwie sylwetki, lekko rozmazane, w pastelowych barwach, obrysowane złotą poświatą światła latarni. Nierealni jak marzenie, jak sen.

– Pokaż – poprosił Bartek.

Przyjrzał się zdjęciu uważnie.

– Trochę jak duchy… Niesamowite. Zdjęcie jak przenośnia. My razem na teraz, na zawsze, na nieskończoność…

Już po chwili, trzymając się za ręce, weszliśmy do włoskiej restauracji. Nasz ulubiony stolik jest w samym rogu tuż pod obrazem z widokiem Wenecji skąpanej w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, przy omszałej ścianie, po której spływają kropelki wody, łącząc się w coraz szersze strużki, żeby na końcu spaść dziesiątkami małych kaskad do marmurowego zbiornika na wodę. W ciepłym blasku palących się na stole świec krople wody skrzyły się jak kryształki. W pomieszczeniu znajdowało się tylko parę osób. Słychać było cichy szum rozmów i delikatne dźwięki fortepianu.

– Buona sera! – przywitał nas znajomy kelner. Podał menu. – Co podać do picia? To, co zawsze?

– To, co zawsze – odpowiedziałam.

– Czyli dwa razy likier amaretto zmieszany jeden do jednego z sokiem pomarańczowym, z trzema kostkami lodu, ozdobiony plastrem świeżej pomarańczy? – upewnił się.

– Właśnie tak… – uśmiechnął się Bartek. – Ten drink przywołuje ciepłe wspomnienia.

Mnóstwo wspomnień wiąże się z tym miejscem. To tutaj poznaliśmy się przed trzema laty. Miałam zaprojektować wnętrze restauracji. To był jeden z moich pierwszych projektów. Młoda kelnerka wpuściła mnie na zaplecze, do biura Francesca, właściciela lokalu.

– Czym mogę służyć? – powitał mnie pogodnie.

Przyglądał mi się rozbawiony. Lustrował mnie od stóp do głów. Musiałam wyglądać idiotycznie. Tamtego dnia padał deszcz. Włosy sterczały mi w różne strony. Kropelki wody ściekały z każdego kosmyka włosów. Sukienka kleiła mi się do ciała. Mokra bielizna opinała na pośladkach. Nawet w butach miałam pełno wody.

– Jestem z biura architektury wnętrz. Mam przygotować projekt wnętrza tej restauracji – wykrztusiłam.

Dziwny cień przebiegł po twarzy mężczyzny. Rozbawienie minęło w jednej chwili.

– Skąd to zlecenie? – zapytał chłodno.

– Od pani Sophii Darone.

– Sophia Darone jest moją żoną – powiedział mężczyzna. – Nigdy tutaj nie była… Nawet nie wie, jak wyglądają te wnętrza. To prywatne sprawy. Niech się pani nie miesza.

– Pana żona zleciła to mojemu pracodawcy, on mi… – zaczęłam się tłumaczyć. – To zlecenie jest dla mnie bardzo ważne. Od niego zależy, czy na dłużej dostanę tę pracę. To takie dodatkowe zajęcie. Na co dzień jeszcze studiuję.

Mierzył mnie chłodnym spojrzeniem.

– Przeszła się pani po naszych wnętrzach? – zapytał zimno.

– Nie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– To jak może pani chcieć tutaj coś zmieniać?

Oprowadził mnie po swojej restauracji. Miała cudowną atmosferę. Każdy szczegół był przemyślany, każdy drobiazg dodany ze smakiem. Stare obrazy w ozdobnych, rzeźbionych, złotych ramach na tle ciemnozielonych ścian, przy oknach zasłony w kolorze starego złota, okrągłe stoliki przykryte białymi obrusami, mieniące się złotem świeczniki rozświetlone blaskiem świec, ciężkie, pokryte zielonym suknem krzesła, omszała ściana z dziesiątkami szumiących strug wody tworzących małe wodospady, płaskorzeźba na całej powierzchni tylnej ściany, a na niej tańczące westalki. Przy barze była ściana z pocztówkami z różnych rejonów Włoch… To pocztówki z pozdrowieniami od klientów. Zupełnie z tyłu, pod ścianą z płaskorzeźbą stał ciężki, czarny fortepian… Szyk, smak, swoisty klimat. Powiało słoneczną Italią, jej barwami, zapachami, niepowtarzalną atmosferą.

– I jak podoba ci się mój lokal? – zapytał, kiedy usiedliśmy przy stoliku nieopodal fortepianu.

– Jest cudowny.

– Też tak myślę – uśmiechnął się do mnie. – Jedną rzeczą, której jeszcze nie przemyślałem, jest przestrzeń na zewnątrz. Parę stolików pod dachem z wisterii. Znasz się chociaż trochę na roślinach i ogrodach? – zapytał niespodziewanie.

– Odrobinę – powiedziałam bez przekonania. – Nigdy nie było mi to potrzebne.

– Może ta