Próba sił - T.S. Tomson - ebook + książka

Próba sił ebook

T.S. Tomson

3,5

Opis

W sennym do tej pory miasteczku Tensas zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Zbliża się Boże Narodzenie, ale atmosfera daleka jest od świątecznego nastroju. Tajemnicze samobójstwo jednego z mieszkańców, dziwne zachowanie pastora podczas pogrzebu, widmowe postacie, które pojawiają się znikąd – wszystko to pogłębia atmosferę grozy. I jeszcze pewna latarnia, która jest niemym świadkiem wydarzeń...

Losy Katie, Stephena i ich córki splotą się z czwórką nieznajomych osób, z którymi wspólnie będą musieli się zmierzyć z siłami, o istnieniu których nie mieli pojęcia. Stawką jest życie Amy, muszą więc zrobić wszystko, by pomyślnie przejść próbę, na jaką wkrótce zostaną wystawieni...

Groza lubi małe miasteczka, a Tomson o tym wie. Wie od Kinga i paru innych kolegów po piórze. Jego powieść stanowi odpowiedź na to, co nazywamy apetytem na strach.
Biblia horroru
bibliahorroru.ga

T.S. Tomson – urodzony 10.04.1988 roku w Bielsku-Białej. Od wczesnych lat miłośnik horrorów, szczególnie twórczości Stephena Kinga i Dean’a Koontz’a.

Próba sił” to jego debiut literacki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

PROLOG

Luizjana, 16 grudnia 2015

Tensas przypominało małe miasteczko w kryształowej kuli, posypywane śniegiem, ilekroć ktoś wprawił ją w ruch.

W tym roku zima była wyjątkowo śnieżna, co stanowiło nie lada problem dla jego mieszkańców, gdyż pługi, od lat nieużywane, spełniały bardziej wymogi formalne aniżeli praktyczne potrzeby.

Miasteczko było wyjątkowo ciche, tak za dnia, jak i nocą. Tutejsza społeczność żyła w zgodzie i względnym pokoju (nie licząc barowych bójek, które jak niepisana reguła wszechświata nakazuje, muszą się czasem zdarzyć).

Oprócz barów, gdzie znudzeni mieszkańcy przesiadywali wieczorami przy piwie, rozsiewając nowe plotki, znajdowało się tu parę sklepików, kościół, komisariat pod wodzą szeryfa Malloneya, (piastującego ten urząd nieprzerwanie od ośmiu lat), dwie szkoły, mały szpital oraz jeden motel, w którym przejezdni mogli się zatrzymać, choć Bóg jeden wie po co i ten sam Bóg świadkiem, że nie było ich dotąd zbyt wielu.

Święta Bożego Narodzenia dostarczały tu od zawsze impulsu, który pobudzał do życia mieszkańców, pompując w ich serca radość i ekscytację. Już w pierwszych dniach grudnia dawało się odczuć rosnący entuzjazm, szczególnie u dzieci (to następna reguła wszechświata, prawda?), a większość domowych, jak i sklepowych szyb zdobiły miniaturowe choinki stojące na parapetach, otoczone migającymi lampkami, które dotrzymywały kroku Migotce, wyjątkowej latarni, usadowionej przy głównej ulicy – Lane Street.

Migotka była dobrze znana mieszkańcom, choć nikt nie potrafił wyjaśnić jej fenomenu. Latarnie postawiono już w latach trzydziestych i do dzisiaj bezbłędnie oświetlają schludne i nienagannie czyste chodniki, lecz od zawsze żarówka Migotki świeci przez chwilę, by po jakimś czasie mrugnąć parę razy i zgasnąć, powtarzając ten cykl do rana, jakby nadawała tylko sobie znany sygnał, niczym latarnia morska. Dawniej w mieszkańcach wzbudzało to skrajną irytację i niejednokrotnie służby naprawcze próbowały walczyć z kapryśną latarnią, jednak od ponad czterdziestu lat – zawsze na próżno. Coś fascynującego i uroczego było w tym „miejskim cudzie” (jak to określała pani Willis, znana była małżonka bardziej znanego z niewyjaśnionych, jak dotąd, tajemnic męża), toteż mieszkańcy dali sobie spokój i na swój sposób polubili ten fenomen.

Gdy słońce kończyło swą zmianę, latarnie oświetlały ulice, kładąc długie cienie na przydrożne domy i trawniki, tak jak w tym właśnie momencie. Mróz raz po raz przecinał ostry wiatr, uderzając w szyby domów i porywając płatki śniegu do tańca. Na zegarach mieszkańców wkrótce wybije północ.

Sygnał Migotki rozświetlał skromny, drewniany dom pani Rose, gdyż latarnia usadowiona była dokładnie naprzeciwko niego. Podczas gdy nadawała swój szyfr, Rose, tak jak reszta jej sąsiadów, spała już głębokim snem.

Gdyby ktoś z nich wyjrzał teraz przez okno, to może dostrzegłby coś dziwnego. Jedni uznaliby to za halucynacje, inni mogliby pomyśleć, że ktoś zwariował.

Jednak tej nocy nikt niczego dziwnego nie dostrzegł, bo zobaczyć to mieli wkrótce tylko nieliczni.

IBIELOKRYTA CZERNIĄ

 

ROZDZIAŁ 1

Nadchodził zmierzch, a z nim podmuchy mroźnego wiatru. Okna domów zaczynały rozjaśniać pierwsze światła lamp, głównie w pokojach jadalnianych i kuchniach, gdzie rodziny zasiadały do kolacji po ciężkim dniu pracy. W jednym z szeregu domów stojących w miarę równych odstępach wszystkie światła były o tej porze zgaszone od kilkunastu lat. Mieszkała tu Rose Abrams, matka i współzałożycielka jedynego już kościoła w miasteczku, obecnie wdowa.

Rose uwielbiała spokój swojej okolicy. Uwielbiała też swój mały ganek, który zrobił wiele lat temu jej mąż. Lubiła tu czytać gazety, palić papierosy i wspominać godzinami. Nawet w zimie (pomimo licznych protestów jej córki, Katie) wkładała kurtkę, strzepywała śnieg z fotela i siadała na chwilę przy filiżance herbaty, pogrążając się w zadumie. Albo raczej w nieprzerwanej żałobie, jak często sądziła. Lubiła tu być, gdyż tutaj najmocniej czuła jego aurę.

Czasami do niego mówiła, jakby wciąż czytał swoje ukochane powieści z nieodłączną fajką, na swoim ulubionym fotelu, i chociaż tak często kłócili się o to, że pali niczym smok (a upór jego był niesamowity i często doprowadzał ją do szału), oddałaby większą część serca, by znowu tu był, chociaż na chwilę, uśmiechnął się do niej i powiedział jak setki tysięcy razy: „Nie przeszkadzaj mi teraz, Rosie”. Wiedział, że się wścieknie, ale zanim wrócił do czytania, zawsze mrugał do niej, uśmiechając się tajemniczo spod kopcącej się, aromatycznej fajki.

Odkąd się pobrali, zawsze zdrabniał jej imię, co było słodkie i przyjemnie kontrastowało z jego poważną osobowością. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był staromodny, ale ona kochała tę jego szarmanckość. Kochała jego perfumy (zawsze ten sam rodzaj), dbałość o detale, pedantyzm i wiele innych, z pozoru błahych cech.

Wspominała często ich pierwszy taniec (na jej balu maturalnym), pierwszy pocałunek (po jej balu maturalnym na mostku w parku Queensbridge, ach, co to był za pocałunek!).

Charlie był chłopakiem z ubogiej rodziny, zamkniętym w sobie. I gdy na balu podszedł do niej (już wtedy swoim dostojnym krokiem) i zapytał, czy z nim zatańczy, nie potrafiła ukryć zdumienia. Zgodziła się, chociaż ze wstydem ukryła fakt, że po prostu nie chciała być nieuprzejma. W szkole nie zwracała na niego uwagi, lecz podczas tego tańca, nieśmiały, cichy Charlie oczarował ją, jakby rzucił na nią jakiś urok, którego nie potrafiła pojąć. Oczarowała ją także jego odwaga, gdy po tańcu, ot tak, po prostu pocałował ją w usta. Niedługo potem pobrali się i szybko zdecydowali się na potomstwo. Wtedy pojawiły się pierwsze trudności.

Długo starali się o dziecko, w pewnym momencie porzucając wszelkie nadzieje. Pewnego dnia wydarzył się jednak cud. Bóg spojrzał na nich łaskawym okiem. Pamiętała ten upalny dzień, który ogrzewał całą Luizjanę. Był to dzień jej urodzin, dwudziesty szósty sierpnia. Kończyła trzydzieści pięć lat i mijał sześćdziesiąty siódmy dzień od jej ostatniego krwawienia. Gdy doktor zapytał ją, którą wiadomość woli, dobrą czy bardzo dobrą, okazało się, że obie były cudowne.

Pierwsza brzmiała, że jest przy nadziei, druga – że to będzie prawdopodobnie córka, której pragnęli. Gdy wychodziła ze szpitala, stopy niosły ją niemal w powietrzu po wtedy słabo jeszcze zaludnionym miasteczku. Pamiętała wszechobecny pot, wymieszany z łzami, gdy dopadła Charlesa, który akurat impregnował bale drewna do budowy kościoła. Nie potrafiła wydobyć słów z radości, lecz nie musiała. On już wiedział. Klęknął, całując ją w brzuch. Tkwili tak, stojąc na ogromnym polu, w którym powstawał ich drugi dom.

Byli szczęśliwi do czasu, gdy Bóg dokonał transakcji, nie pytając Rose o jej warunki. W zamian za ich córkę, Katie, zabrał Charliego. Nie pamiętała samego wypadku. Wiedziała tylko, że zawinił nie Charles, a ciężarówka, pędząca z dwukrotnie większą prędkością, niż była dozwolona. Uderzyła prosto w nich. Cena była wyższa, niż się spodziewała, gdyż oprócz męża Bóg zabrał jej także czucie w nogach, oznajmiając to przez tego samego doktora, który sprowadził na świat ich córkę. Co za ironia losu, pomyślała.

Kolejną ironią było to, iż Charles w cierpieniu odchodził ze świata w tym samym miejscu, w którym ich córka do niego weszła. Nie zdążył jej przywitać ani pożegnać.

Po tym zdarzeniu Rose nie prosiła już Boga o nic więcej. Uznała go za kiepskiego partnera do interesów. Jednak miała Katie, która po skończeniu dwudziestu lat obdarowała Rosę wnuczką, Amy.

Od tamtej pory ta dwójka była jej całym światem. Kochała je mocno i żyła ich problemami często bardziej niż one same. Oczywiście nigdy nie była nachalna i potrafiła zachować powściągliwość. Męża Katie, Stephena, szybko pokochała jak syna i całym sercem wspierała go w prawie wszystkich jego działaniach. Zresztą widziała w jego oczach dobro, odkąd pierwszy raz go zobaczyła na rodzinnym obiedzie. Gdyby istniał Bóg, byłby świadkiem, że potrafiła czytać ludziom z oczu. On również ją pokochał, z czasem coraz mocniej, niczym swą rodzoną matkę, której nigdy nie miał.

Rozmyślając tak o przeszłości, dokończyła papierosa, wrzuciła niedopałek do słoika przy drzwiach i udała się pod schody, gdzie zamontowany był specjalny mechanizm, który transportował ją z wózkiem na górę. Gdy już wjechała na piętro, skierowała się do sypialni. Podjechała do łóżka, na które musiała się wczołgiwać, i położyła się.

Nie pamiętała, kiedy ostatnio przespała więcej niż pięć godzin w ciągu doby. Była dopiero za kwadrans siódma. Postanowiła na chwilę zamknąć oczy.

• • •

W tym śnie miała sprawne nogi i szła przez centrum Dashville. Był upalny dzień, po drugiej stronie ulicy zamiast sklepu Duckeya stał namiot, a odgłosy dobiegające ze środka przekonały ją, że to cyrk. Nagle jakiś niski chłopiec chwycił jej dłoń i kazał iść szybkim krokiem w stronę namiotu. Był niezwykle podekscytowany.

– Musisz to zobaczyć Rose, musisz!

– Co takiego? – odparła.

– Chodź, on zaraz zacznie. Zaraz będzie przedstawienie! – krzyczał rozentuzjazmowany chłopak.

– Kto zacznie? – spytała, lecz zanim zdążyła dokończyć, znalazła się w wewnątrz. Tylko że namiot przybrał rozmiar ogromnej hali po brzegi wypełnionej ludźmi. Chłopak mocno ciągnął ją za rękę, przedzierali się przez podekscytowany tłum schodami w dół i gdyby to nie był sen, zastanowiłaby się, jakim cudem schodzą coraz niżej w głąb. Ludzie skandowali, by zacząć przedstawienie, krzyczeli. Łatwo było się domyśleć, iż spektakl się opóźnia. Było parno i duszno, Rose czuła zapach potu mężczyzn, kobiet oraz dzieci. Wszyscy byli mokrzy, w namiocie musiało być ponad pięćdziesiąt stopni.

Przedarli się przez gęsty tłum pod samą arenę. Nagle zgasły światła i tylko jasny, szeroki promień padał na środek sceny, która wyglądała jak w teatrze. Gdzieś zagrała perkusja, wybijając szybkie, rytmiczne wejście i zza kotary wyłonił się mężczyzna. Wszedł wolnym, teatralnym krokiem. Był niski i krępy, odziany w czarny smoking. Na głowie miał wysoki kapelusz, a dłonie zdobiły mu białe rękawiczki. W jednej z nich trzymał mikrofon.

Na trybunach zapadła cisza, wszyscy usiedli na swoich miejscach. Rose też zajęła jedno z nich i wtedy spostrzegła, że młody chłopak gdzieś zniknął.

– Witam was, moi drodzy – powiedział cicho do mikrofonu mężczyzna w smokingu, po czym nagle jego szept przeszedł w ekscytację i krzyk: – CZY JESTEŚCIE GOTOWI NA PRZEDSTAWIENIE?!

Tłum zawrzał.

– TAK! – Zgodnie skandowali ludzie –ktoś krzyknął z głębi trybun:

– CHCEMY PRZEDSTAWIENIA! – krzyczały dzieci, niektóre płacząc z nerwów, ekscytacji i niecierpliwości.

– Dobrze. – Mężczyzna uniósł dłoń, by gestem uciszyć publiczność, i ta jak na komendę umilkła. –Dobrze. Zatem zacznijmy. Niech moja dzielna trupa wprowadzi naszego bohatera!

Zza kotary wyłoniły się dwie czarnoskóre kobiety w białych maskach, na których wymalowany był sztuczny uśmiech. Jedna z nich ciągnęła wózek, na którym siedziała jakaś postać, ale chociaż Rose była najbliżej sceny, nie potrafiła dostrzec szczegółów. Nie była pewna, ale chyba widziała łańcuchy krępujące ręce i nogi tego człowieka. Zobaczyła, że wózek był przeznaczony dla inwalidów. Odruchowo spojrzała w dół, dostrzegając ze zdziwieniem, że znowu ma władzę w nogach. Druga kobieta wniosła skrzynię przykrytą czarną chustą. Widząc to, tłum ponownie ożył. Ludzie zaczęli gwizdać, niektórzy rzucali w scenę butami i puszkami po piwie. Zewsząd dobiegały przekleństwa, pełne wściekłości i nienawiści. Rose nie wiedziała, o co tutaj chodzi, ale poczuła dreszcz strachu.

Mężczyzna ponownie, jednak z lekkim rozbawieniem, uciszył ludzi ruchem dłoni w powietrzu. Rose zaczęła dostrzegać więcej szczegółów. Na wózku inwalidzkim siedział najprawdopodobniej mężczyzna, nieruchomo, z odchyloną do tyłu głową.

– Bracia i siostry! Ten mężczyzna chce wyzbyć się swoich grzechów! Chce wejść do królestwa niebieskiego, by mógł dostąpić miejsca obok Pana. Czy powiecie: alleluja?

– Alleluja! – odparł radośnie tłum.

Rose dostrzegła teraz, że prowadzący to przedstawienie mężczyzna ma na sobie czarną, błyszczącą sutannę zamiast garnituru, w którym był wcześniej. Czarnoskóre kobiety natomiast miały suknie zamiast spódniczek, lecz maski się nie zmieniły, były upiorne i nie pasowały do pięknych, białych sukni. Dostrzegła także, że tłum nie był już tak rozjuszony jak wcześniej. Większość ludzi trzymała w górze ręce z otwartymi dłońmi. Wielu miało przymrużone oczy i nuciło jakąś melodię. Byli w transie. Rose czuła, że jako jedyna tutaj ma trzeźwy umysł.

– Bracia, siostry! Dajmy temu człowiekowi wolność, dajmy mu ukojenie! –Kaznodzieja chodził po scenie w tę i z powrotem, był pobudzony, a jednocześnie skupiony na tym, co robi. – Niech członki jego wolne będą od grzechu! Zaprawdę powiadam wam, lepiej wejść bez nich do królestwa niebieskiego niż z nimi być wrzuconym do piekła, czyż nie? Ten mężczyzna obraził Pana! – Tak! – krzyknął ktoś z oddali, a kilka głosów wnet mu zawtórowało.

– Poznajmy go! – Kaznodzieja energicznym ruchem wskazał na postać na wózku. Poznajmy jego oblicze!

Jedna z kobiet szybkim ruchem ściągnęła mężczyźnie worek z głowy i Rose poczuła, jak zamiera jej serce. To był Charles. Jej Charlie. Jej mąż. Zobaczyła, jak druga kobieta bierze wiadro z wodą i wylewa mu ją na twarz. Ocknął się, krztusząc wodą.

– Charles! – krzyknęła Rose, wyrywając się, ale kobieta obok chwyciła mocno jej rękę, zaciskając dłonie.

Rose jęknęła z bólu. Mężczyzna z drugiej strony gwałtownie chwycił ją w ten sam sposób. Nie mogła się wyrwać. W międzyczasie mimochodem zauważyła, że znowu mają po dwadzieścia kilka lat. Nie pamiętała go już takim. Był silny i młody, a teraz także przerażony. Śmiertelnie przerażony.

– Moi kochani, ten człowiek naszedł mnie dzisiaj, gdy w świetle promieni, w Domu Pana zażywałem oczyszczającej kąpieli. Oczyszczała mnie z brudu i grzechów tego świata. Mężczyzna ten zobaczył to i zapragnął tego samego. Dlatego właśnie jest z nami tutaj! Powiedział mi: „Ojcze pragnę być czysty!” – wykrzyczał do mikrofonu kaznodzieja.

Po krótkiej pauzie, powiedział cicho, prawie szeptem: Czy powiecie: alleluja?

– Alleluja! – wybuchnął tłum.

Rose spostrzegła, że to już nie była hala, a pełnowymiarowy stadion i setki tysięcy osób. Tłum wiwatował coraz głośniej.

Po chwili zapadła cisza. Rose dyszała mocno, jej czoło było zlane potem. Serce biło w piersi, jakby miało zaraz wybuchnąć. Chciała krzyczeć, lecz nie mogła, głos uwiązł jej w gardle.

– Bracia i siostry, ten człowiek, ta istota niedoskonała chce zbliżyć się do Pana. Jeśli chce mu spojrzeć jeszcze kiedykolwiek w oczy, musi sam oczyścić się z grzechu!

Nagle jedna z kobiet zdjęła swoją maskę i założyła ją mężczyźnie na wózku. Przerażoną twarz zakryła maska z wielkim uśmiechem i wąskimi oczami. Twarz kobiety bez maski była smutna i jakby nieobecna. Jej ruchy wyuczone i mechaniczne, jakby nie czuła nic. Zdjęła z drugiego wózka chustę i w górę wzbiło się stado czarnych ptaków. Po chwili zorientowała się, że to kruki.

– Jesteśmy świadkami narodzin nowego człowieka, alleluja!

Tłum wtórował kaznodziei.

– Niech nastanie czystość! – wykrzyczał kaznodzieja.

– Czys-tość! Czys-tość! Czys-tość! – skandował rytmicznie tłum.

Rose próbowała się wydostać, ale trzymali ją mocno, odzyskała głos, krzyczała, ile sił w płucach, ale nie była w stanie przekrzyczeć tłumu.

–Charles!! Zostawcie go! – Po policzkach lały się jej łzy.

Kaznodzieja zaczął wymawiać jakieś dziwne słowa i ptaki zaczęły otaczać Charlesa. Mężczyzna w sutannie wykonywał ruchy rękami w lewo i prawo, wciąż coś przy tym mówiąc. Był odwrócony do widzów plecami. Nagle ptaki, jeden po drugim obległy Charlesa Był skrępowany i wymachując energicznie głową, bezskutecznie próbował je odpędzić. Kaznodzieja wciąż mówił, gdy nagle wykonał błyskawiczny ruch ręką i wtedy kruki zaczęły rozszarpywać swoją ofiarę. Dzioby kąsały raz po raz szyję, czoło, policzki i wkrótce oczy. Rose szarpała się, krzycząc razem ze swoim mężem. Tylko kruki były ciche, zbyt zajęte swoją pracą. Twarz Charlesa była już nie do poznania, naznaczona wieloma ranami, ociekała krwią. Kaznodzieja wciąż wyrzucał z siebie potok dziwnych słów, machając przy tym rękoma, jakby odprawiał rytuał. Zachowywał się jak dyrygent, lecz nie dyrygował orkiestrą, tylko ptakami. Sterował każdym z nich z osobna, jakby nimi był.

Nagle Rose spostrzegła, że wszyscy ludzie wokół mają takie same maski z takim samym, absurdalnym, sztucznym uśmiechem. Teraz wszyscy patrzyli na nią. Charles już się nie ruszał. Kruki odleciały. Jego głowa zwisała bezwładnie, a z oczodołów skapywała krew. Rose chciała zamknąć oczy, ale nie mogła. Ludzie nadal śpiewali i cieszyli się, byli już jednak spokojniejsi. Dostali to, po co przyszli. Trwali w ekstazie. Wpatrywali się w nią, śpiewając coraz głośniej.

Po chwili tłum zaczął skandować: Ro-sie! Ro-sie! Wpierw nieliczni, po chwili wszyscy. Spojrzała na scenę. Charles leżał na wózku, martwy. Mężczyzna w sutannie teraz wpatrywał się w nią i krzyczał:

– Czy moja Rosie była dzisiaj grzeczna?

– Ro-sie! Ro-sie! RO-SIE! –Dźwięk był ogłuszający. Maski, krew, ogromny hałas.

Ruszyła pędem na oślep w gąszcz tłumu i odnalazła drzwi.

Biegła przez ciemny hol, aż zobaczyła ogromne wrota. Pchnęła je z całych sił, wpadając do środka. Zobaczyła, że znajduje się w jakiejś katedrze, wyglądem przypominającej jej kościół.

Pierwsze, co dostrzegła, to ogromny, złoty krzyż, a pod nim niewyraźny, zamazany kontur człowieka. Pomyślała wpierw, że to Charles, jednak mężczyzna był niższy, poza tym podświadomie czuła, że to nie on.

– Kim jesteś? – spytała rozpaczliwie.

Chciała podejść do niego, ale upadła, tracąc kompletnie czucie w nogach. Przypominała syrenę wyrzuconą na brzeg. Odruchowo poszukała wózka, ale go nie odnalazła. Opierając się bezsilnie na rękach, próbowała spojrzeć na mężczyznę w oddali, ale dostrzegła tylko dolną połowę jego oblicza. Jej uwagę zwróciły buty – eleganckie i idealnie wypolerowane, widoczne z oddali. Wszystkie hałasy ucichły, cisza była niemal namacalna i złowroga jak ten, który stał w oddali przed nią. Usłyszała, jak w końcu rusza w jej stronę spokojnym krokiem. Lśniące, gustowne buty stukały o zimną posadzkę z marmurowych płyt, położonych na całej powierzchni tego mrocznego miejsca. Był coraz bliżej, choć szedł bardzo powoli.

Stuk… stuk… stuk. Bliżej i bliżej. Wszystko wokół było zamazane i niewyraźne, było niesamowicie gorąco. Widziała tylko sylwetkę mężczyzny odzianego w czarne spodnie i płaszcz.

Gdy wydawało się, że zaraz nadepnie na jej dłonie, stanął. Echo ostatniego stuknięcia zakończyło swe rozbrzmiewanie wśród starych, zakurzonych obrazów zdobiących surowe mury katedry, ustępując znów miejsca ciszy. Zdyszana i lepka od potu, oddychała ciężko, patrząc na jego buty. Zamknęła oczy. Nie odważyła się spojrzeć w górę. Nie chciała znów patrzeć w te ciemne, puste oczy, które widywała w swoich snach, jednak zrobiła to. Podniosła głowę do góry, a jej włosy zawisły w powietrzu, podczas gdy jej pełne przerażenia i strachu oczy napotkały jego spojrzenie.

Patrzyli na siebie i po chwili dostrzegła, jak mężczyzna otwiera powoli usta, nienaturalnie szeroko, a z ich głębi zaczyna wydobywać się niski pisk, przechodzący w potężny ryk. Powietrze zaczęło drgać, hałas był przeraźliwy i przeszedł w jazgot. Uszy Rose zaczęły krwawić z bólu, który otworzył jej usta, jednak nie była w stanie wydać z nich nawet jęknięcia. Czuła, jak umiera. Po chwili mężczyzna zaczął łamać swoje kości w rękach i nogach. Tak samo złamał szczękę, co sprawiło, że jego twarz została nienaturalnie zniekształcona. Wśród jego ryku słyszała tylko głuche trzaski kości. Zacisnęła powieki.

Pragnęła umrzeć tak bardzo jak nigdy dotąd.

• • •

Nastała całkowita cisza i ciemność. Bolały ją oczy. Czuła, jak zaciska je do granic możliwości. Musiało to trwać dłuższą chwilę. W końcu zrozumiała, że się obudziła.

Znowu śniła o Nim. Nie umiała go nazwać ani opisać. Zawsze był niewyraźny i nigdy się jej nie przedstawił. Po raz pierwszy pojawił się w jej w snach około dwóch miesięcy temu, od tej pory śniła prawie codziennie. Obudziła się zdyszana i lepka od potu. Odsunęła kołdrę od siebie, budzik elektryczny wskazywał za kwadrans dwunastą. Wciąż była wstrząśnięta, dygotała z zimna. A może ze strachu. Najprawdopodobniej z powodu obu naraz.

Zaczęła płakać. To były łzy, które od dawna czekały na uwolnienie. Łzy samotności, pustki i przygnębienia. Łzy tęsknoty i bezsilności. Sny powracały coraz częściej i coraz bardziej mieszały się z rzeczywistością. Potrzebowała pomocy. Nie wierzyła w psychologów i ich bełkot. Wierzyła, że mechanik naprawi samochód, lekarz wyleczy grypę, ale nie w to, że człowiek naprawi czyjś umysł. Nie chciała też uciekać w farmakologię. Więc tylko płakała zgięta w pół z twarzą ukrytą w dłoniach.

Aż nagle coś mocno uderzyło w szybę.

Rose sięgnęła po kule, dźwignęła się na nich, po czym usiadła na swoim wózku. Deski parkietowe delikatnie zaskrzypiały pod ciężarem jej kruchego ciała. Powoli podjechała do okna i wyjrzała na ulicę. Przetarła zaparowaną szybę rękawem. To, co zobaczyła, wprawiło ją w osłupienie. Na początku pomyślała, że ma omamy, toteż sięgnęła po okulary leżące na kredensie, zrzucając przy tym niechcący wazon z kwiatami. Nie przejęła się tym. Po części dlatego, że wciąż nie wiedziała, czy to aby nie kolejny sen. Założyła okulary i jeszcze raz wyjrzała przez okno.

Z okna jej sypialni na pierwszym piętrze widać było dokładnie całą Lane Street biegnącą wzdłuż miasta na północ. Na środku tej drogi, na wprost jej okna, stała dziewczynka. Na oko Rose miała może osiem do dziesięciu lat. Stała tak na ośnieżonej drodze i po prostu patrzyła na nią. Odziana była w białą sukienkę sięgającą do kostek. Miała lśniące czarne włosy prawie do pasa i ciemną karnację, mocno kontrastującą z bielą sukni. Twarz była poważna, a oczy przenikliwie patrzyły na Rose, która myślała, że wciąż śni. Na zewnątrz hulał wiatr, było poniżej dziesięciu stopni na minusie. Dziewczynka nawet nie drgnęła. Rose odczuwała pewien dziwny spokój, patrząc na to dziwne zjawisko.

Po chwili dziewczynka lekko uniosła rękę i palcem wskazującym zaczęła coś kreślić powoli w powietrzu. Rose zauważyła, że szepcze przy tym coś do siebie, lekko się przy tym uśmiechając. Gdy skończyła, odwróciła się powoli. Długie włosy spływały jej na ramiona. Dziewczynka lekko rozłożyła ręce, rozstawiając luźno dłonie. Zaczęła iść powoli przed siebie z lekko pochyloną głową. I wtedy zdarzyło się coś, czego Rose nigdy nie zdoła wytłumaczyć.

Dziewczynka szła dokładnie środkiem ulicy, między stojącymi po obu stronach latarniami. Nagle dwie z nich zgasły w wyniku spięcia, zatapiając w mroku tę część Lane Street. To samo stało się z kolejnymi latarniami, kiedy je mijała. I następnymi. Gdy tak odchodziła powoli, Rose poczuła ukłucie tęsknoty. Chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle, nie mogła się ruszyć.

Patrzyła bezsilnie, jak dziewczynka odchodzi w dal, zabierając ze sobą światła latarni.

• • •

Drżącą ręką ściągnęła okulary i odłożyła na kredens. Podjechała do łóżka i weszła na nie, delikatnie się chwiejąc. Była spokojniejsza, chociaż wiedziała, że po raz kolejny musi zmierzyć się z nocą, która mogła mieć wobec niej różne plany. Leżała tak, patrząc w sufit, i zastanawiała się, czy zwariowała do reszty.

Nagle pokój rozświetlił oślepiający blask. Popatrzyła w okno. To Migotka się zapaliła, prawdopodobnie razem z resztą innych lamp. Jednak nie to wprawiło ją w osłupienie. Lampy świeciły tak mocno, że wyglądało, jakby na zewnątrz był słoneczny dzień. Zobaczyła też na szybie napis. Wcześniej go nie dostrzegła, gdyż stała zbyt blisko. Napis był jakby wyrysowany palcem. Teraz wiedziała, co dziewczynka kreśliła w powietrzu.

Na szybie napisane było dużymi literami:

– NIE BÓJ SIĘ.

ROZDZIAŁ 2

Vernon, 16 grudnia 2010

Była już zmęczona, ale to miał być ostatni klient, Tony jej to obiecał. Nie zawsze dotrzymywał obietnic, Tony był niesłowny. Tony był skurwysynem, ale był także jej szefem. Był też jej wybawcą i ostatnią deską ratunku.

Taksówka przywiozła ją na miejsce dokładnie o 21.45. Znajdowała się przed hotelem Marriott w centrum. Dała taksówkarzowi napiwek, po czym wysiadła. Nie bywała często w tych rejonach, ale zawsze podziwiała to sporych rozmiarów miasto. Nawet o tak późnej godzinie ulice były zatłoczone, przepełnione dźwiękami silników i klaksonów samochodów, a w powietrzu czuło się świąteczną atmosferę.

Piesi niespiesznym krokiem przechadzali się pasażami sklepowymi naprzeciwko hotelu. Można było dostrzec przekrój całego społeczeństwa. Naćpani nastolatkowie, zakochane i niezakochane pary, ubodzy, zamożni, biznesmeni, maklerzy… Niczym jedna wielka, miejska mieszanina farb na płótnie.

Śnieg prószył z wolna, a Sam miała na sobie tylko żakiet, toteż czym prędzej wyrwała się z zadumy i przekroczyła próg hotelu. Poczuła zazdrość. Święta były urokliwe, dopóki ktoś na ciebie czekał w domu. Ona nie miała tego komfortu.

Otwarcie wielkich, masywnych drzwi wymagało nie lada wysiłku, tym bardziej dla Samanthy, która była drobnej budowy. Gdy jej się to już udało, szła po eleganckim, czerwonym dywanie. Stanęła naprzeciwko recepcji, za którą stała pogodna, elegancko ubrana kobieta.

– Dobry wieczór, witamy w hotelu Marriott. – Uśmiechnęła się szeroko, choć była to wymuszona uprzejmość.

Samantha doskonale znała wymuszone uśmiechy.

– Czym mogę służyć? – zapytała recepcjonistka.

– Dobry wieczór, rezerwacja na mojego męża, nazwisko Stroker – odparła Sam.

– Proszę chwilę poczekać.

Recepcjonistka wystukała nazwisko, po czym spytała:

– Pan Martin Stroker? Pokój o podwyższonym standardzie, dwuosobowy?

– Dokładnie – odparła Sam.

– Dobrze, poproszę dokument tożsamości.

Sam podała go recepcjonistce, która wprawnymi palcami wystukiwała coś na klawiaturze. Zaczęła rozglądać się po przestronnym holu. Widziała już wiele hoteli, ale ten szczególnie wyróżniał się na ich tle. Z zamyślenia wyrwała ją recepcjonistka:

– Wszystko załatwione, Panno Mori.

No tak. Przecież w prawie jazdy miała swoje prawdziwe nazwisko. Recepcjonistka zachowała pozory, chociaż wiedziała, że Sam kłamie i wręczyła z szerokim uśmiechem kartę chipową oraz poinstruowała dokładnie, jak dostać się do pokoju, by nie zabłądzić w tym wielkim budynku.

Trafiła bez problemu, po drodze podziwiając każdy metr kwadratowy hotelu.

– I oto jest, pokój numer 354 – powiedziała cicho do siebie, po czym wsunęła kartę do czytnika, w odpowiedzi słysząc szczęk otwieranych drzwi. Po prawej stronie na wysokości barku zobaczyła kolejny otwór na kartę, który uruchamiał instalację elektryczną. Włożyła ją i po chwili zapaliło się światło, ukazując przestronny salon apartamentu.

Pokój zrobił na niej jeszcze większe wrażenie niż hotelowy hol. Wszystko było idealnie czyste. Na wielkim łóżku w sypialni zobaczyła wręcz symetrycznie ułożone ręczniki. Czuła zapach lawendy i świeżej pościeli.

Była 19.10 i według planu miała jeszcze około dwudziestu minut. Wzięła szybki prysznic, uważając na włosy i twarz, po czym podeszła do umywalki. Chwyciła ręcznik i patrząc w lustro, zaczęła się wycierać. Po chwili zastygła, przyglądając się sobie.

Miała piękne, opalone ciało i gładką skórę, szczupłe nogi, idealny brzuch, w którym tkwił diamentowy kolczyk. Lśniące, kasztanowe włosy opadały jej na krągłe, niewielkie, choć równie idealne piersi. Stała tak, patrząc sobie głęboko w oczy i zastanawiała się, kim jest. Czy wciąż jest sobą. Czy wciąż jest człowiekiem? Czy pomagało jej okłamywanie się? Sama już nie wiedziała, co myśleć. Zadzwonił jej telefon, na którym wyświetlił się napis: „szef”.

– Mam nadzieję, że to nie będzie jakiś dupek? – spytała bez ogródek.

– Wiesz, że dobieram ci klientów z klasą – odparł sarkastycznie. –Jesteś już w pokoju?

– Tak. Czekam. Kiedy się zobaczymy? Chciałabym porozmawiać, Tony, i nie chcę tego dłużej odwlekać.

– Spokojnie. Wkrótce. A tymczasem bądź grzeczna. To ważny klient.

Usłyszała krótki sygnał, który oznaczał koniec rozmowy. Całkiem w jego stylu.

– No dobra, Sammy – powiedziała do lustra. – Już niedługo. Już niedługo.

Odwiesiła ręcznik, założyła ekskluzywną bieliznę oraz szlafrok. Spięła włosy, pomalowała usta i wyszła z łazienki. Podeszła do okna. Roztaczała się z niego piękna panorama miasta, pokrytego dziś białym puchem. Mimo całego tego komfortu cieszyła się, że spędzi tutaj tylko godzinę. Modliła się o niewybrednego klienta, który szybko załatwi sprawę, co pozwoli jej co prędzej wrócić do mieszkania, otworzyć wino i delektować się ciszą. Włączy też płytę winylową ze starymi kawałkami Sinatry i poukłada sobie w głowie resztę życia. Dzisiaj kupi najdroższe wino, jakie tylko będzie w sklepie. Tak postanowiła, patrząc na ogrom światełek, które widziane z tej wysokości, niczym małe świetliki zdobiły miasto.

Gdy tak rozmyślała, usłyszała dźwięk otwieranego zamka. Punktualnie. Wyszła mu na spotkanie.

Pierwsze, co rzuciło się jej w oczy, to jego wymiary. Musiał ważyć dobre sto kilo przy wzroście 185 cm. Pod garniturem rysowały się potężne ramiona. Był zadbany, wysportowany i bardzo przystojny. Sam domyślała się, że nie ma problemu z kobietami, toteż zastanawiała się, co on tu w ogóle robi.

– Cześć – powiedziała, uśmiechając się.

Mężczyzna przyglądał się jej przez chwilę, jakby taksował towar, chcąc ocenić, czy stan faktyczny zgadza się z zamówieniem.

– Jesteś czysta?

Początkowo Sam nie załapała, o co chodziło, pomyślała o narkotykach.

– Tak – odpowiedziała od razu. Co nie było do końca zgodne z prawdą

Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. Znała ten typ. Byli to ludzie z kasą, którzy nie lubili najmniejszego sprzeciwu. Mieli dostać to, czego chcą, i wszystko powinno być wykonywane według ich woli.

– Dobrze. To nie potrwa długo – powiedział, po czym zdjął płaszcz. Mięśnie uwydatniły się jeszcze bardziej spod obcisłej koszuli.

Sam zastanawiała się, co nie potrwa długo. Miała nadzieję, że chodzi o ich spotkanie. „Nie potrwa długo”. Tak, na pewno chodzi o spotkanie.

Nie wiedziała, jak bardzo się myliła.

 

Wyszedł z łazienki po niecałych dziesięciu minutach, przepasany tylko białym ręcznikiem.

– Nazywam się Natalie – powiedziała, siadając na łóżku. Próbowała jakoś rozluźnić atmosferę. Poły szlafroka odsłoniły jej gładkie udo. – A jak tobie na imię?

– To chyba i tak nieważne, bo twoje jest fałszywe, prawda? – Stanął nad nią, patrząc z góry. – Poza tym nie przyszedłem tutaj rozmawiać. – Dotknął jej włosów, bardzo nieśmiało, i zaczął gładzić ją po głowie.

Spojrzała na niego i poczuła dziwny strach. Oczy zdradzały napięcie.

Wstała, ignorując jego dotyk, i podeszła do lustra, ściągając szlafrok. Była już w samej czarnej, idealnie dopasowanej bieliźnie.

– Tysiąc dolarów za godzinę, ale to chyba wiesz, prawda? – Zmieniła ton na bardziej ostry i zaraz tego pożałowała.

Mężczyzna podszedł do niej energicznym krokiem. Sam się cofnęła, ale skończyła się jej przestrzeń. Przyparł ją do ściany i uderzył mocno dłonią w twarz. Zachwiała się i świat zaczął jej wirować przed oczyma.

–Masz tupet, dziwko. Naprawdę masz tupet – odezwał się mężczyzna. Dostrzegła w jego spojrzeniu lekką satysfakcję. Jakby to skarcenie przyniosło mu ulgę. Bardziej od uderzenia zszokowała ją ta nagła zmiana nastroju. Płynne przejście od uprzejmości do brutalnego, agresywnego zachowania. Poczuła jeszcze większy lęk.

– Tu się z Tonym zgadzam, za to mogę zapłacić. – Zaśmiał się w dziwny sposób, taksując jej ciało z góry na dół. – Podobno mogą cię deportować. To prawda?

Sam dłonią zasłoniła twarz, odruchowo broniąc się przed kolejnym uderzeniem. Nie podobało jej się to pytanie. Skąd wie? Czy Tony mu o tym mówił? Złamał swoją obietnicę? Nie chciała w to wierzyć. Czuła, że wpatruje się w nią i jego oddech staje się coraz szybszy.

– Odejdź, proszę – szepnęła. – Nic nie powiem Tony’emu, tylko mnie zostaw.

Mężczyzna cofnął się i patrzył na nią przez chwilę. Wydawało jej się, że to zadziałało.

– Uklęknij – powiedział stanowczo.

– Proszę, ja…

– UKLĘKNIJ, TY GŁUPIA DZIWKO!

Ponownie zdzielił ją w twarz, tym razem odczuła to mocniej, zachwiała się.

Uklękła. Po części dlatego, że cios był tak mocny i nogi odmówiły jej posłuszeństwa, ale przede wszystkim zdała sobie sprawę, że jest już zdana na niego i ślepy los.

• • •

Obudziła się, gdy zegar na ścianie wskazywał 23.30. Po drugiej godzinie od spotkania co chwilę traciła przytomność, po czym ją odzyskiwała, by za chwilę znowu stracić. W trzeciej godzinie nie pamiętała nic.

Samo otwarcie powiek kosztowało ją wiele wysiłku i bólu. Ten ból akurat nie był fizyczny. Leżała tak na podłodze z otwartymi oczyma i patrzyła na ramę łóżka. Minęło dobrych paręnaście minut, gdy doszła do siebie.

Spróbowała się podnieść. Nie potrafiła wstać, nogi uginały się pod nią. Każdy jej mięsień protestował. Ból rozsadzał jej głowę. Czuła pieczenie na twarzy.

Po chwili udało się jej wstać i utrzymać równowagę. Założyła ręcznik na nagie, obolałe ciało. Spróbowała przejść krok w stronę łazienki, znowu upadła. Odpoczęła chwilę, po czym znów wstała.

Dopełzła do drzwi łazienki. W ustach czuła cierpki smak krwi, splunęła nią do umywalki. Spojrzała w lustro. Krew nabiegła jej do oczu, rozcięte wargi były napuchnięte i traciła ostrość widzenia.

Przyjrzała się i zobaczyła to, czego nie chciała. Twarz miała rozciętą od oka w dół policzka. Jeszcze raz wypluła krew, czuła w płucach coś ciężkiego i to coś bulgotało przy każdym oddechu. Złamane żebra, pomyślała. Nie mogła się całkiem wyprostować. Dotarła po chwili do kabiny prysznicowej, odkręciła kurek z zimną wodą i zapominając o szlafroku, weszła do kabiny. Musiała zmyć z siebie cały brud. Woda cuciła ją silnym, lodowatym strumieniem.

Siedziała z podkulonymi nogami, twarzą do płytek, a krew wpijała się w szlafrok, kapiąc na podest prysznica. Czas się zatrzymał. Nie płakała. Ani jedna łza nie poleciała z jej oczu, gdy ją upokarzał, bił i gwałcił. Pamięta, że krzyczała w poduszkę, ale tylko przez pierwszy kwadrans.

Zakręciła kurek. Opanowała już drżenie nóg. Ostatnie zmazy rozrzedzonej z wodą krwi spłynęły w odmęty kanałów, wirując delikatnie wokół odpływu prysznica. Wstała i delikatnie otarła ciało ręcznikiem, ale każdy dotyk był bolesny, jakby była poparzona. Jej ciało, jeszcze trzy godziny temu bez skazy, zdobiło teraz paręnaście sinych okręgów.

Ubrała się z wielkim trudem. Zobaczyła banknoty na szafce przy łóżku. Dostrzegła, że było ich więcej, niż powinno. Podeszła do nich i w milczeniu, jak zahipnotyzowana, wbiła w nie wzrok, po czym włożyła do torebki.

Wyszła z pokoju wolnym krokiem, starając się utrzymać równowagę oraz pozory normalności. Z całych sił próbowała być wyprostowana, ale nie mogła, płuca jej nie pozwalały. Za kontuarem wciąż siedziała młoda blond recepcjonistka. Sam położyła kartę na blacie i ukrywając twarz za kołnierzem płaszcza, udała się w stronę wyjścia.

Recepcjonistka spojrzała na nią zdezorientowana.

– Dobranoc i zapraszamy ponownie – powiedziała, lecz Sam nie słyszała już ostatnich słów.

Wyszła na zewnątrz. Mroźny wiatr uderzył w jej twarz.

Zachwiała się delikatnie i utykając, szła przed siebie. Zataczała się. Ludzie patrzyli na nią, ale nie zważała na to. Znów czuła cierpki smak krwi na języku. Sam wypluła wydzielinę na chodnik. Czuła się jak puszka, którą ktoś deptał wielokrotnie, po czym wyrzucił do śmieci.

Weszła w boczną alejkę i po paru krokach oparła się o mur. Zaczęła płakać. Po krótkiej chwili płacz przerodził się w szloch. Łkała, nie mogąc złapać powietrza. Osunęła się powoli po chłodnym murze. Popatrzyła w niebo, płatki śniegu spadały jej wprost na twarz. Na tę piękną twarz o idealnie zielonych oczach, za którymi szaleli chłopcy w dawnych latach, teraz tak mocno pokiereszowaną i napuchniętą. Było jej zimno, wiedziała, że będzie chora, ale nie dbała o to. Chłód pomagał, maskując prawdziwy ból i tylko to było ważne.

Patrzyła tak w niebo i gwiazdy, a do oczu napływały coraz to nowsze łzy, gdy nagle poczuła czyjąś obecność. Opuściła wzrok i zobaczyła dziewczynkę. Była bosa i Sam nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Dziewczyna była piękna, jej ciemnozielone oczy wpatrywały się w nią z powagą.

– Kochanie, gdzie masz buty? I jakąś kurtkę? – spytała Sam, przecierając oczy, a każde słowo wymagało od niej wysiłku. –A w ogóle co ty tutaj robisz sama o tak późnej porze? – Próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, nie chcąc przestraszyć małej.

Dziewczynka tylko wpatrywała się w nią. Nagle Samantha uświadomiła sobie, że ludzie przechodzą obok małej całkowicie obojętnie, nieznacznie ją omijając. Nikt nie zauważył paroletniej dziewczynki, bosej na mrozie, odzianej tylko w sukienkę? Sam miała wrażenie, że traci zmysły.

– Kochanie powiedz coś. Szukasz rodzi…

Nagle dziewczynka, wciąż taksując ją wzrokiem, zrobiła powolny, lecz zdecydowany krok naprzód i weszła między nogi Sam, która siedziała oparta o ścianę. Sam przestraszyła się, ale dziewczynka uklękła i delikatnie, z wyczuciem ujęła jej twarz w dłonie. Były ciepłe i delikatne.

Sam zamknęła oczy. Czuła, jak dłonie tej małej istoty dotykają jej włosów. Po chwili dziewczynka opuszkami palców, delikatnie dotknęła jej świeżych rozcięć oraz powiek, schodząc w dół przez szyję i między piersi. Fale ciepła i ulgi przechodziły przez ciało Sam. Nigdy nie doznała czegoś podobnego. Dłonie zatrzymały się na chwilę przy brzuchu. Sam czuła przechodzącą, dziwną energię. Jakby ta mała była jakimś elektronem. Otworzyła oczy i spojrzała na dziewczynkę. Ujrzała na jej twarzy dziwny wyraz zatroskania oraz… niezrozumienia? Samantha nie wiedziała, co myśleć, ale nadal czuła, jak jej ciało falowało ciepłem emitującym od głowy po stopy.

Dziewczynka powoli ujęła ją za dłonie. Sam jeszcze raz popatrzyła na nią. To samo skupienie na twarzy. Po chwili dziewczynka popatrzyła w niebo, mrużąc oczy, jednak nie przed spadającymi płatkami śniegu. Sam zrobiła to samo.

– Co tam widzisz? – spytała zdezorientowana. – Kim jesteś?

Dziewczynka, zamiast odpowiedzieć, zaczęła coś pisać na chodniku. Sam dostrzegła jakieś cyfry.

– Co to za cyfry? To numer telefonu? Mam tam zadzwonić? – spytała kompletnie zbita z tropu.

Gdy dziewczynka skończyła, wstała i ostatni raz spojrzała na Sam, która chciała się ruszyć, zatrzymać ją, lecz nie potrafiła.

Patrzyły na siebie tak przez chwilę, którą zakłócił dźwięk klaksonu. Sam odruchowo popatrzyła w tym kierunku. Dostrzegła taksówkarza, który przeklinał głośno przez uchyloną szybę, po czym z piskiem opon pojechał dalej. Sam znów spojrzała w kierunku dziewczynki, ale jej już nie było. Na chodniku zobaczyła tylko cyfry, które powoli przykrywał już świeży śnieg:

32 52 90 T.

Samantha dotknęła policzka i stwierdziła, że nie ma tam już żadnej rany.

ROZDZIAŁ 3

Niebo było pochmurne, lecz słońce prześwitywało co jakiś czas, gdy były łaskawe chmury ustąpić mu miejsca.

Rose obudziła się wcześniej, rześka i wyspana. Pomyślała, że sen, który miała tej nocy, był pierwszym dobrym snem od dawna.

Ta dziewczynka w bieli była tak realna. Zatęskniła za nią. Sen był piękny, czego nie można było powiedzieć o dzisiejszej pogodzie. Leżała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w szybę, na której wczoraj widziała napis, z uczuciem zawodu jednak stwierdziła, że zniknął.

Rosie, Rosie, taka stara, a taka głupiutka jesteś. Zachichotała i dźwignęła się z łóżka, gdy zorientowała się, że coś w pokoju nie grało. Rozejrzała się po nim raz jeszcze i odpowiedź przyszła do niej sama, po cichu jak małe, figlarne dziecko skradające się na paluszkach.

Z jednej strony chciała zobaczyć to, co zobaczyła, z drugiej jednak nie była tego pewna.

Przy skraju łóżka dostrzegła odłamek zbitego wazonu. Biały, skruszony, spoglądający na nią ukradkiem tak jak ona na niego.

Rose, głupia babo, widocznie spadł z okna nocą, pomyślała. Jednak mimo najszczerszych chęci nie zdołała do końca się oszukać. Pomyśli nad tym później. Teraz czas na papierosa. Och tak, papieros.

Wstała z łóżka, usiadła na swój wózek, odbezpieczyła kółka, podjechała do okna i nagle zamarła.

Zobaczyła Barneya i Chucka stojących przy latarni. Palili papierosy i gestykulowali, śmiejąc się, jak się domyślała, z najnowszych sprośnych, okolicznych żarcików.

Znała dobrze tych dwóch i to nie ich widok tak ją zaskoczył. Chuck i Barney naprawiali większość rzeczy w mieście. A dzisiejszego ranka jakaś awaria sprowadziła ich na Lane Street. Zauważyli ją. Z wysiłkiem uśmiechnęła się i uniosła rękę, a ci zaraz jej ochoczo odmachali.

Ubrała się szybko (jakkolwiek definiować szybkość w jej przypadku), zjechała wózkiem na dół i lekko drżącą dłonią otworzyła drzwi.

Lekki podmuch wiatru omiótł jej twarz. Wytoczyła wózek na ganek. Barney, przysadzisty mężczyzna o twarzy i duszy dziecka podbiegł zaraz do niej.

– Pani Rose, dzień dobry. Pomóc pani?

– Dziękuję młody, przystojny człowieku, jestem staruszką, ale jeszcze będzie czas, by przenieśli mnie na rękach. Co się stało?

Rose zjechała z drewnianego podestu, przystosowanego pod jej wózek.

– Coś dziwnego, nie wiemy jeszcze dokładnie, ale w tej części aż do końca ulicy nastąpiło zwarcie sieci elektrycznej.

Rose spojrzała na latarnie. Wszystkie żarówki dosłownie eksplodowały na tysiące małych szklanych cząsteczek porozrzucanych teraz po chodniku.

– Oczywiście kogo wysyłają do najgorszej roboty? – zapytał Barney, a Rose odparła, że oczywiście ich, na co on przytaknął dumnie.

Odłamki szkła trzeszczały, gdy Chuck, rozmawiając przez telefon, chodził w tę i we w tę.

– Barney, jak to możliwe? – zapytała zamyślona Rose i spojrzała w miejsce, gdzie w nocy widziała dziewczynkę. Na śniegu

było trochę śladów stóp, ale żadnych, które wskazywałyby na obecność małego dziecka.

– Ciężko stwierdzić, wie pani, że te rejony są najbardziej awaryjne. Chociaż tak dużego i rozległego spięcia jeszcze nie widziałem, a robię w tym już trochę. Można by rzec, że od skończenia ogólniaka, więc jakieś… Szlag, robię w tym już ponad dwadzieścia pięć lat.

Gdy Barney trzymał papierosa przy ustach i z coraz większą trwogą uświadamiał sobie, jak długo już pracuje w zawodzie elektryka, Rose spojrzała w swoje okno. Czy to był sen? Czy to mogło być coś innego niż sen połączony ze zwykłym zbiegiem okoliczności?

Chuck podbiegł do nich, kończąc rozmowę słowem „czekaj”, które sugeruje, żeby nie kończyć rozmowy, po czym wyłączył telefon.

– Dzień dobry, pani Rose. Proszę wybaczyć, kierownik zawraca nam głowę od rana, jakbyśmy pracowali co najmniej dla pogotowia czy coś. Zimno, co?

– Cześć, Chuck. Tak, zimno jak diabli – odparła.

Jednak Rose nie było zimno ani trochę. Podjechała bliżej ulicy, wpatrując się w drogę, którą pokrywał śnieg. Nadal wypatrywała śladów małych stópek, jednak wciąż bezskutecznie. Najwięcej pozostawili chłopcy swoimi ciężkimi butami.

Stali tak lekko niepewni, patrząc na nią, aż w końcu ciszę przerwał Barney.

– Pani Rose, wszystko w porządku? Nie wygląda pani najlepiej.

– Gdzie to przesilenie się skończyło? – spytała, wpatrując się w dal.

– Cóż, ostatnie spalone przewody w latarni wskazują na dom pana Willisa. A tak w ogóle, słyszała pani, co się stało?

– Nie. – Rose przeszedł dreszcz. Nie chciała wiedzieć, co się stało.

Wtrącił się Chuck, jakby nie mógł doczekać się oznajmienia tej nowiny.

– Stary Willis popełnił samobójstwo tej nocy.

– George? George Willis? Jak?

– Nie wiemy – odparł Barney. – Policja okręgowa zabezpieczyła miejsce. Wilma mówi, że to nie samobójstwo, bo wtedy policja nie zabezpiecza tak miejsca, ale Wilma różne rzeczy już mówiła. Nie zdziwiłbym się, gdyby zobaczyła pieprzonego Mikołaja z reniferami.

Chuck szturchnął go w ramię.

– Przepraszam – odrzekł zawstydzony Barney. – Podobno napisał coś na szybie, ale policja i to zdążyła zakryć, więc nie wiemy, czy to prawda – dokończył zasmucony.

– Co napisał? – Rose czuła, jak krew szybciej płynie jej w żyłach.

– Nie wiemy. Ale to był całkiem fajny gość. – Chuck rzucił przed siebie niedopałek papierosa. – Gówniana sprawa… – rzekł.

Teraz Barney trącił go łokciem, po czym Chuck dopowiedział:

– …za przeproszeniem.

Rose czuła, jak słabnie, jednak nie dała po sobie nic poznać. Czy to możliwe, że to ona? Ale w takim razie dlaczego? Jak? Zbyt dużo pytań, zbyt mały umysł, Rosie, pomyślała.

– Chodźcie, chłopcy, zrobię wam pysznej herbaty. Należy się wam. Może nie zatańczę z wami swinga, ale herbatę umiem zrobić. – I obdarowała ich najpiękniejszym uśmiechem, na jaki w tym momencie było ją stać.

Z nieskrywaną ochotą skorzystali z propozycji. Pomogli jej dostać się na ganek i w głąb domu.

Pili herbatę, powtarzając okoliczne plotki, jak to mieli w zwyczaju mieszkańcy Tensas o poranku. Rose śmiała się i wysłuchiwała ich problemów z troską, jednak myślami była gdzieś indziej. Napis na szybie. Spięcia latarni. Samobójstwo Willisa. O co tu chodzi, Rose?

ROZDZIAŁ 4

Stephen palił papierosa i patrzył na swój dom. Był wczesny, słoneczny poranek. Obok, z prawej strony stała jego żona, Katie, a z lewej córka, Amy. Stali tak we trójkę, patrząc w milczeniu, które przerwała Katie:

– Kochanie, odwlekałeś to równy tydzień, a za trzy dni są święta. Musisz to zrobić.

–Tatusiu, ulepimy dzisiaj bałwana? – spytała podekscytowana Amy. Jej szeroko otwarte oczy świeciły w blasku słońca i oczekiwały twierdzącej odpowiedzi.

– Kotku, najpierw tatuś obwiesi domek lampkami, żeby był równie piękny jak u sąsiadów – ucięła Katie. – Prawda?

To było pytanie retoryczne i Stephen wiedział o tym.

– Ale tatuś obiecał mi, że ulepimy dzisiaj bałwana – odrzekła z grymasem na twarzy Amy.

– I tak się stanie. Zaraz po tym, jak zawiesi lampki.

– Więc zawiesi lampki po tym, jak ulepi bałwana – powiedziała Amy, podnosząc zadziornie twarz. Miała to po Kate.

– Bałwan nie ucieknie, a pogoda może, dlatego nie dyskutuj – odpowiedziała Kate, urywając tę dyskusję.

Stephen zorientował się, że w całej tej konwersacji nie odezwał się nawet słowem. Tak było często, więc przywykł. Jednak teraz poczekał na odpowiedni moment i postanowił od razu go wykorzystać.

– Kochanie, nie wiem, Eddie mówił wczoraj, że coś go zbiera i może się dzisiaj nie wyrobić – rzekł do żony. –A bałwan to deklaracja zobowiązująca. – Mrugnął okiem do córki.

– A co to jest deklaracja zająca? – Amy zmarszczyła czoło.

Zanim zdążył odpowiedzieć, na podjazd zajechał niebieski, wyblakły ford mustang i przez otwarte okno usłyszeli głośne „czołem, rodzinka”.

– Wujek! – zawołała Amy i podbiegła do auta, by rzucić mu się w ramiona.

– Cześć, łobuzie! – powiedział Eddie, po czym podrzucił ją na ręce. Byłaś grzeczna?

Stephen popatrzył na Kate. Uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Eddie, byku, miałeś leżeć w łóżku! – krzyknął Stephen.

– Czemu? – odrzekł Eddie, otwierając bagażnik, z którego wyskoczyła ociężale Scarlett.

– Scar! – krzyknęła Amy, podbiegając do psa.

Stephen posłał Eddiemu delikatny uśmiech, po czym odwrócił się do żony.

– Gdzie są lampki? – zapytał, nie patrząc na dom, by uniknąć spojrzenia żony, które zawsze mówiło: „może kiedyś uda ci się mnie okłamać”.

Kate wspięła się na czubki butów i delikatnie musnęła go ustami w policzek, szeptem mówiąc na ucho: – W garażu, zwinięte przy piecu. Bawcie się dobrze. – Cmoknęła go w policzek.

– Mamusiu, mogę pomóc tacie i wujkowi?

– Jasne, kochanie, tylko uważaj na siebie i nie przeszkadzaj im, mają dzisiaj szczytny cel do osiągnięcia. I pamiętaj, że masz tylko dziesięć lat.

– Dobrze! – ucieszyła się Amy, nadal tuląc psa.

Scarlett była suką rasy rottweiler, starą już, i chociaż Eddie ją kochał, wiedział, że długo nie pożyje. Była sporym psem jak na swoją rasę i pomimo agresji, którą odziedziczyła w genach, miała nadzwyczaj łagodne usposobienie. Nigdy nie zaatakowała nikogo, nawet prowokowana, co z początku irytowało Eddiego, po pewnym czasie jednak zaakceptował wszelkie słabości swojego psa. Scarlett lubiła towarzystwo ludzi, a szczególnie dzieci, toteż pomachała szybko ogonem, gdy zobaczyła, że Amy się zbliża.

Kate, kołysząc biodrami, skierowała się ku drzwiom i zgrabnym krokiem ruszyła przez ogród do domu. Pomimo skończonych trzydziestu lat można było powiedzieć, iż czas obchodził się z nią nadzwyczaj łagodnie. Miała doskonałe nogi i pośladki, wąską talię i – co kochał w niej najbardziej– piękne, doskonałe oczy, które odziedziczyła ich mała córka. Stephen kochał ją, była dla niego całym światem. Jego drugą, bratnią duszą. Brakującą połową, którą odnalazł kiedyś, gdzieś. A dokładniej w klubie, z którego ledwo uszedł z życiem. Uratowała go wtedy i potem jeszcze nie raz. Tylko dzięki niej wychodził jakoś z opałów. Tylko ona miała tyle siły, by kierować rozsądnie jego krokami i czuł, że wszystkie te najlepsze cechy ma po swojej matce.

Obaj z Eddiem odprowadzili ją wzrokiem.

– Podać wam coś, bohaterowie? – spytała, będąc już przy drzwiach.

– Ja raz to, co Stephen. – Pokazał na Kate. – Gdzie takie można dostać? – Eddie wyszczerzył zęby i wyciągnął cygaro, które włożył do ust.

– Nie wiem gdzie, ale może Steve ci pożyczy. – Uśmiechnęła się zalotnie.

– Steve, pożyczysz? – zapytał Eddie.

– Nie pożyczam tylko wozu i grilla. Resztę bierz.

– Doprawdy? – odrzekła Kate. – Więc musisz pożyczyć dzisiaj inne łóżko. – Posłała mu całusa i weszła do domu.

Mężczyźni stali przez chwilę i patrzyli na miejsce, w którym zniknęła.

– Ale serio, mogę? – spytał po chwili Eddie.

– Chrzań się – odrzekł Stephen i sięgnął do kurtki Eddiego, z której wyciągnął paczkę cygar.

– Nie były tanie – zauważył Eddie.

– A ty miałeś być chory – odparł Stephen i pomachał żonie, która sprzątała kuchnię, uśmiechając się szeroko. Odmachała mu z uśmiechem, co miało prawdopodobnie dodać mu otuchy przed trudnym zadaniem.

– Pójdę po narzędzia – powiedział Eddie, gładząc wolno cygaro, jak to miał w zwyczaju.

– Ja po lampki – odparł Stephen i pokiwał wolno głową, jakby ten pomysł był naprawdę dobry.

Stali tak jeszcze przez chwilę, po czym zabrali się do roboty.

Pracowali przy wesołych dźwiękach świątecznych piosenek dobiegających z małego, przenośnego radia. Blask słońca topił śnieg na ulicach i rozświetlał ich pogodne twarze. Amy pomagała przez pierwsze dziesięć minut, po czym zajęła się czymś ciekawszym. Bawiła się ze Scarlett, rzucając jej patyk i w nagrodę co chwilę karmiąc smakołykami. Oczywiście w tajemnicy przed wujkiem. Często musiała robić przerwy, gdy Kate kazała się jej ogrzać w domu i wtedy wywracając oczami, szła ze spuszczoną głową, nie mogąc doczekać się, kiedy będzie już dorosła.

Stephen czuł się wspaniale. Raz po raz rzucali sobie z Eddiem cięte żarty, które tylko oni rozumieli. Chociaż często pracowali w ciszy, nie czuli przy tym dyskomfortu. Byli przyjaciółmi, facetami, którzy rozumieją się bez słów. Dogadywali się świetnie już od szkolnych lat. Eddie był strasznym skurwysynem, ale jeśli chodziło o bliskich i rodzinę, był w stanie poświęcić swoje życie i Stephen o tym wiedział. Od lat zresztą traktowali go jak członka rodziny. Eddie prowadził kiedyś podobne życie jak on sam. Zajmował się przez krótki czas windykacją długów oraz pracował jako ochroniarz. Łatwo dostawał takie posady, gdyż miał nienaturalnie potężną posturę. Teraz, gdy skończył trzydzieści lat, jego mięśnie z braku treningu doznały lekkiego zaniku, a czas nie był dla niego tak łaskawy jak dla Kate czy nawet Stephena.

Jednak jego sylwetka wciąż budziła podziw i był największym człowiekiem, jakiego Stephen znał, a przy tym miał łagodny charakter i Stephen często myślał, że musi coś w tym być, iż pies upodabnia się do pana. A sporo czasu miał, by się upodobnić. Kobiety w życiu Eddiego były nietrwałym elementem, ale pies, którego kochał i dzielił z nim życie już ponad osiem lat – tak.

I teraz tak patrząc na Eddiego (który akurat przeklął coś pod nosem, gdy upuścił gwóźdź, a przekleństwa w jego ustach były naturalną składową języka), pomyślał, że ten do szczęścia potrzebuje niewiele. Stephen również cieszył się z życia i niczego więcej nie pragnął. Miał trzydzieści lat, był w dobrej formie i otoczony ludźmi, którzy skoczyliby za nim w ogień. Po chwili, nucąc melodyjkę z radia (po których najczęściej Phil Convoy piskliwym, radosnym i niepasującym do radia głosem, który znany i przeklinany był już w całej Ameryce wtrącał swoje „Iiii taaak, już swięęętaa”), Stephen wrócił do pracy.

Skończyli przed zachodem słońca.

 

Na skrzynce na listy napisane było: Stephen, Kate i Amy Abrams. Wiatr poruszał wiatrakiem, który Amy zrobiła ojcu na urodziny i który co chwilę wirował i obracał się wokół własnej osi.

Słońce zachodziło powoli, by udać się na spoczynek, ostatnimi promieniami oświetlając las, który sąsiadował z domem Abramsów. Radio wciąż grało. Temperatura szybko spadła poniżej zera.

Jakąś godzinę temu Scarlett straciła chęć do zabawy. Ignorowała Amy, ilekroć ta próbowała skupić na sobie jej uwagę. Pies po prostu, siedząc na trawniku, w pewnej chwili zaczął gapić się w las.

– Wujku, co się stało Scarlett? – spytała niezadowolona Amy.

Eddie przybijał ostatnie gwoździe i mając jednego w ustach, odparł:

– Nie wiem, może chce odpocząć?

Mrugnął do niej okiem, po czym zagwizdał na psa.

– Scar! Chodź tu!

Gwizdnął, ale pies nie ruszył się z miejsca.

Tylko czasami podnosił na moment uszy. Patrzył przed siebie jak zahipnotyzowany półotwartymi oczyma.

– Pewnie odpoczywa – powiedział Eddie, chociaż znał swojego psa i wiedział, że to nieprawda. Scarlett odczuwała jakiś niepokój.

– Chodźmy lepiej zanieść te narzędzia do szopy, co? – Poprawił jej szalik i czapkę.

Szopa znajdowała się dobre dwieście stóp od domu, idąc w dół ogrodu, nieopodal lasu. Amy, której nie trzeba było nigdy długo namawiać, chwyciła również jedną skrzynkę, ledwo utrzymując równowagę, i udała się za wujkiem.

– Uważajcie tam, w szopie jest bałagan! – krzyknął Stephen, widząc ich z góry. Siedział na drabinie, zbierając ostatnie narzędzia z dachu.

– Wiem przecież, tato – odkrzyknęła Amy i wywróciła oczyma.

– A jeszcze raz powiedz, że to ja mam burdel w samochodzie! – dodał Eddie.

– Samochód to nie szopa – odparł Stephen – I owszem, masz –skwitował. W odpowiedzi zobaczył środkowy palec Eda.

Szli stromym zejściem, słysząc odgłosy butów wbijających się w zamarznięty śnieg. Przed nimi rozciągał się potężny las, a w nim wydeptana była niewielka dróżka, którą Eddie, Scarlett i reszta rodziny niejednokrotnie urządzali sobie spacery. Za dnia las wyglądał pięknie, ale teraz, gdy dzień dobiegał końca, było tu trochę strasznie.

Doszli do szopy i położyli narzędzia. Eddie otworzył drewniane drzwiczki, które zaskrzypiały przeciągle, i weszli do środka. W szopie panował mrok. Eddie pomyślał, że jeszcze kwadrans i nie byłby w stanie tu nic zobaczyć.

– Kiedy ten twój staruszek tu posprząta? – spytał, układając narzędzia na półkach. Chociaż było to raczej pytanie retoryczne. Sam sobie odpowiedział, po czym stanął wyprostowany i popatrzył jeszcze raz na wnętrze. – Naprawdę niezły bajzel. – Otarł czoło z potu. – Wiesz, Amy, czasami zastanawiam się, po kim masz te dziwne nawyki i chyba wiem. Dlatego nigdy nie przejmuj się uwagami swoich rodziców, a szczególnie swojego ojca. – Mówiąc to, obrócił się w jej stronę z uśmiechem na ustach i zamarł.

Amy była odwrócona do niego plecami, patrzyła przed siebie. Dostrzegł, jak trzęsą się jej ręce. Wstrzymał oddech. Przed nimi stało kilka wilków. Parę młodych i kilka potężnych. Eddie słyszał, że czasami niektórzy spotykali pojedyncze okazy w tych rejonach, przeważnie przy polowaniach. Jednak zwierzęta te nigdy nie wychodziły z lasu.

– Amy – szepnął. – Amy! Nie ruszaj się. Stój spokojnie.

Wilki z przodu zaczęły delikatnie warczeć i obnażać kły.

Eddie rozejrzał się dookoła. Słońce już prawie zaszło, w szopie panowała ciemność. Szukał jakiejś broni i obmyślał gorączkowo plan działania. Wilki były zbyt blisko i jakakolwiek impulsywna reakcja wydawała się zbyt ryzykowna. Zobaczył, że z głębi lasu wyłaniają się kolejne. Dostrzegł obłoki pary unoszące się z ich pysków. Wszystkie wilki miały ciemną, prawie czarną sierść, kontrastującą ze śniegiem. Było ich teraz na oko ponad piętnaście. Szczerzyły zęby, ślina skapywała im na ziemię. Zwężone źrenice podkreślały pełne nienawiści oczy. Oczy głodu? Eddie nie wiedział, ale nie miał czasu, by myśleć o tym teraz.

Dostrzegł sekator i powolnym ruchem sięgnął po niego. Wilki zauważyły to i podeszły bliżej, cofnął więc rękę. Te z tyłu zaczęły wyć. Eddie jedną rękę położył dłoń na ramieniu dziewczynki. Poczuł, jak bardzo mała się boi. Przysunął ją bardzo powoli do siebie. Wilki zaczęły wyć, kierując pyski do nieba, robiły się coraz bardziej nerwowe.

Eddie zdawał sobie sprawę, że Stephen nie widzi zajścia, gdyż szopa nie była widoczna z domu. Jednak był pewny, że słyszy skowyt wilków. Przynajmniej modlił się o to w duchu. Miał już małą blisko, teraz bardzo powolnym ruchem przesunął się, ustawił ją za sobą. Dziewczynka dygotała coraz bardziej. Lewą rękę powoli wyciągnął w kierunku drzwi szopy. Wilki szczerzyły kły, a ich pyski ziały parą.

To był moment.

Wilk, który był najbliżej Eddiego, skoczył na niego, jednak nie dotarł do celu, chociaż dzieliły ich centymetry. Gdy Eddie zamknął oczy i podniósł rękę, by zasłonić twarz, coś przecinając powietrze, z ogromną prędkością uderzyło w bestię. Wilk zaskomlał. Po chwili Eddie się zorientował. To była Scarlett.

Ogłuszając pierwszego wilka, w mgnieniu oka doskoczyła do drugiego, złapała go za szyję i z potworną siłą (jakiej Eddie jeszcze nie widział u niej) wyrwała mu kręgi szyjne. Padł trupem i suka błyskawicznie dosięgła trzeciego, najbliższego obok, po czym zatopiła zęby w jego pysku. Wilk wydał skowyt, krew polała się na trawę. Eddie otrząsnął się z szoku, wziął Amy w ramiona i wybrał jedyne możliwe rozwiązanie.

Pobiegł co sił w kierunku domu. Kątem oka zauważył, że jeden z największych wilków puścił się w pogoń za nimi. Eddie dostrzegł, jak z oddali Stephen patrzy i nie wie, co się dzieje, by po chwili zobaczyć jak ten z wolnego truchtu przechodzi w sprint.

Amy! – krzyknął i biegł z całych sił – AMY!!

Wilk pędził za Eddiem, był już o krok. Za nim pędziła mocno pokiereszowana Scarlett. Cztery wilki leżały martwe, reszta ruszyła w pościg za psem. Gdy wilk doganiał Eddiego, Scarlett, pędząc niczym pocisk, zrównała się z nim i doskoczyła mu do gardła. Dwa obroty zgodnie z prawami fizyki wyrzuciły zwierzęta w bok, gdzie zaczęły ze sobą walczyć. Stephen dotarł do nich i wziął córkę w ramiona. Eddie zawołał psa i odwracał się, by po niego biec, ale Stephen mocno go chwycił za ramię.

– Już po niej. Chodź!

Eddie zobaczył, jak Scarlett niknie pod watahą wilków, które raz po raz kąsały ją śmiertelnie. Po chwili, która trwała dla nich wiecznie, popędzili do domu.

– SCARLETT! – Amy płakała i krzyczała, szlochając za suką, której nie było już widać. – SCARLETT, CHODź TU!! – Panicznie wołała, mając nadzieję, że pies za nimi pobiegnie. Ale Scarlett nie przybiegła.

Dotarli do domu i zamknęli drzwi na zamek. Zdyszany Eddie usiadł na podłodze, opierając się o ścianę, krople potu lśniły mu na wielkim czole. Stephen przyciskał do siebie córkę, która wciąż szlochała i nie mogła złapać oddechu.

Z kuchni wybiegła Kate.

– Co się stało? – spytała osłupiała. – Kochanie o co chodzi? – Podbiegła do nich i kucnęła, wciąż nic rozumiejąc.

– Scarlett – wyszlochała Amy. – Zabiły Scarlett. – Powiedziała i wtuliła się w Stephena, łkając.

Kate popatrzyła na Eddiego, który również miał w oczach łzy. Patrzył w sufit i milczał. Zszokowana, spojrzała pytająco na Stephena.

– Kto zabił Scarlett? – spytała przerażona.

Stephen tylko patrzył na nią, głośno oddychając.

Siedzieli tak w milczeniu. Tylko już cichszy szloch Amy przerywał ciszę.

W odpowiedzi na pytanie w oddali zawyły wilki.

ROZDZIAŁ 5

Sam weszła do mieszkania i poczuła silną sosnową woń.

Zatrzasnęła drzwi, rzuciła torebkę na podłogę i zorientowała się, że ma na sobie tylko płaszcz i buty. Nie zapaliła światła. Ta ciemność była dobra. Teraz nikt jej nie widzi. Nikt jej nie słyszy. Jakby nie istniała.

Stała tak przez chwilę, po czym udała się wolnym krokiem do łazienki. Szła, jakby to był nieprzyjemny obowiązek, którego nie może już odwlekać. Odgłos stuku obcasów niósł się echem przez całe mieszkanie. Znała je doskonale, cal po calu. Mieszkała tu od dwóch lat.

Otworzyła drzwi łazienki, wciąż nic nie widząc i podeszła do lustra. Twarz miała skierowaną w dół. Uniosła powoli dłoń i położyła ją na włączniku światła. Z zamkniętymi oczyma podniosła powoli głowę. Nabrała oddechu w płuca, ból był znacznie mniejszy niż przed godziną. Patrzyła przed siebie, na lustro, które pokazywało teraz jedynie bezkresną czerń. Usłyszała wibracje telefonu. Dioda zaczęła migać cyklicznie, rzucając światło niczym stroboskop, raz po raz ukazując w lustrze na ułamek sekundy jej oblicze. Patrzyła tak jak niedawno w hotelu, tylko że wtedy miała w sercu nadzieję, teraz obawiała się, że nie ma nawet serca. Wstrzymała oddech i włączyła światło.

Ślad po