Prekursorzy. Dwadzieścia wizji lepszego świata - Opracowanie zbiorowe - ebook

Prekursorzy. Dwadzieścia wizji lepszego świata ebook

Opracowanie zbiorowe

0,0

Opis

Co pchnęło Ludwika Zamenhofa do stworzenia uniwersalnego języka? Dlaczego dzieła Magdaleny Abakanowicz są podziwiane i rozumiane na całym świecie? Jak narodziły się polska szkoła filmowa i polska szkoła plakatu? Co napędza do działania współczesnych tytanów pomocy – Janinę Ochojską i Jerzego Owsiaka?

Panteon związanych z Polską innowatorów, kreatorów uniwersalnych idei i wartości społecznych XX wieku, którzy wnieśli nowy wymiar lub odkrycie do przestrzeni publicznej, nauki, kultury, sztuki. Ze wszystkich tekstów dwudziestu postaci wybrano te fragmenty, w których mówią o swojej pionierskiej drodze. Powstały barwne opowieści o motywacjach, pomysłach, marzeniach i ich realizacji. Kompozycje tekstów prekursorów uzupełnione zostały komentarzami światowych osobistości.

Tym, którzy w ślad za mną zaangażują się w ideową krucjatę, oferuję wzorzec z własnego doświadczenia. Najpierw będą wam mówić, że sama idea jest zła; później, gdy uznają ją za dobrą, mała, ale jednocześnie sprawna grupa fachowców z tej samej dziedziny będzie z wami walczyć otwarcie lub skrycie; a kiedy wreszcie będziecie bardzo blisko osiągnięcia celu, będą się starali o to, by zaakceptować wasz pomysł, ale z drobnymi zmianami i pod inną nazwą.

Rafał Lemkin

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 920

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Od Inicjatorów

Polska Prekursorów – widziana z perspektywy wyjątkowych innowatorów ostatniego stulecia – jawi się inaczej niż kraj żyjący w rytmie dwukrotnie odzyskiwanej suwerenności państwowej. Dobra energia, zyskująca uniwersalny wymiar, przekracza niemijające słabości polityczne czy uciążliwą bierność niemałych grup społeczeństwa. Indywidualna, wznosząca moc zmienia rzeczywistość – wpływa na sposób pojmowania świata. Postanowiliśmy przedstawić dwadzieścia takich sposobów na zasadniczą naprawę porządku zbiorowego – punkt wyjścia rodzimy, skala przemiany najszersza.

Mocarstwowe ambicje Rzeczpospolitej stawały się zwykle w historii najnowszej objawem zadufania. Jednak w jej ramach potrafiła się narodzić myśl ponadczasowa, kierowana do ludzkości. Wychowawca, wprowadzający systemowo szacunek wobec dziecka. Ksiądz, stanowiący swym życiem dowód, że żaden człowiek nie ma prawa do zabicia bliźniego. Twórca sztucznego języka jako narzędzia powszechnego braterstwa. Orędownik fundamentalnej walki z ludobójczymi skłonnościami świata. Każda z tych zdeterminowanych postaw stawała się przesłaniem globalnym, nawet gdy praktyka pozostawała doraźna.

Samo odzyskiwanie Polski miewało w szerszym planie nowatorski charakter, gdy nie chodziło tylko o racje wewnętrzne. Wirtuoz, przekonujący światowe mocarstwa, że powrót państwa na mapę geopolityczną będzie aktem sprawiedliwości dziejowej. Druh sprawczy Komendanta, niosący polskość jak dar dla Europy. Politolog, widzący spoza „żelaznej kurtyny” szanse przełamania podziału kontynentu. Przywódca, uruchamiający ruchy społeczne jako siłę rozbijającą totalitaryzm. Prowadzili do Niepodległej, nieszowinistycznej, otwartej, gotowej do partnerstwa.

Brak państwowości, a po jej odzyskaniu liczne słabości, mogą tłumaczyć niebudujący stan krajowej nauki. Indywidualne drogi poprzez zastaną wiedzę okazywały się tu jednak odkrywcze. Noblistka, odsłaniająca moc kluczowych pierwiastków. Badacz, przenikający najgłębsze tajniki krwi. Antropolog, przystawiający ludziom ponadepokowe kulturowe zwierciadło. Pisarz, z analizy nowatorskiej nauki wyprowadzający obraz globalnego rozwoju, ale też – przenikliwe przestrogi. Ich jednostkowe wizjonerstwo, prowadzące do poznawczych przełomów, dowodzi skali osobistej mocy.

W okresie zaborów polską identyfikację określała głównie sztuka; ocalająca, formułująca powinność, stanowiąca zobowiązanie. Artystyczne nowatorstwo po obu wojnach światowych nie ma już w sobie takiej tendencji. Reżyser, wydobywający z Polski temat ponadnarodowy, dotyka głębi współczesnego doświadczenia. Wizjoner teatru, przekreślający w nim zwykły podział ról. Rzeźbiarka, mówiąca do każdego człowieka językiem formy. Grafik, w którego przekazie znak otwiera najszerszą perspektywę. Artyzm, o w pełni osobistych uwarunkowaniach i poszukiwaniach, prowadzi do łączności pokoleń i społeczeństw ponad wszelkimi granicami.

Wielki wymiar innowacyjny może mieć taki ogląd rzeczywistości, który pomaga odsłonić źródło naprawy. Propagatorka przemian obyczajowych, naruszająca reguły przaśnego patriarchatu. Kreator globalnej przedsiębiorczości, przełamujący krajową niemożność. Mentorka wsparcia międzynarodowego, reagująca na bieżące zapaści świata. Wodzirej mobilizacji pomocowej, pobudzający powszechną bezinteresowną aktywność. Wychodząc od rodzimych realiów, lecz w konfrontacji z ponadczasowymi mechanizmami, prowadzą do lepszego urządzenia wszechrzeczy.

Dwadzieścia prezentowanych sposobów na poprawę przestrzeni zastanej wykroczyło daleko poza własne otoczenie. Dobra energia rodzi się w różnych miejscach, w wielu dziedzinach, z zaczynu licznych osób. Jesteśmy przekonani – także w następstwie podjętej tu współpracy – że nie rośnie ona jedynie siłą wybitnych Prekursorów, ale objawia się pomiędzy pojedynczymi ludźmi, grupami, społeczeństwami. O ile ich celem jest naprawa świata.

Zbigniew Gluza

Jarosław Sroka

Ludwik Zamenhof

Ludwik Zamenhof

1859–1917

twórca uniwersalnego języka

poliglota

głosiciel pokoju

W listach

Miejsce moich urodzin zdeterminowało całą moją przyszłość. Białystok zamieszkiwali Rosjanie, Polacy, Niemcy i Żydzi. Wszyscy oni rozmawiali innymi językami i byli do siebie nieprzyjaźnie nastawieni. W takim mieście, bardziej niż gdzieś indziej, wrażliwa natura czuje ciężar nieszczęść spowodowanych różnorodnością językową. Na każdym kroku przekonywałem się, że różność języków jest jedynym, a przynajmniej głównym powodem, który dzieli ludzkość i rozdziera ją na nieprzyjacielskie obozy. Wychowano mnie na idealistę, uczono mnie, że wszyscy są dla siebie braćmi, a przecież na każdej ulicy, na każdym podwórku, z każdym krokiem czułem, że nie ma braci, są jedynie Rosjanie, Polacy, Niemcy, Żydzi i inni. Ta myśl na wskroś przeszyła moją dziecięcą duszę, choć może wielu wydawać się śmiesznym ten mój „dziecięcy ból istnienia”. Zdawało mi się wówczas, że dorośli mogą dokonać wszystkiego, powtarzałem sobie, że gdy będę dorosłym – zmienię to wszystko.

[4]

Jeśli nie byłbym Żydem z getta, idea o zjednoczeniu całej ludzkości albo w ogóle nie przyszłaby mi do głowy, albo nigdy nie towarzyszyłaby mi tak uparcie przez całe moje życie. Nikt nie może tak mocno czuć nieszczęść ludzkich podziałów, jak Żyd z getta. Nikt nie może również czuć tak silnie potrzeby nie narodowego, ale neutralnie ludzkiego języka, jak Żyd, który musi modlić się do Boga w długo już wymarłym języku, otrzymywać wychowanie i nauki w języku narodu, który go wypędza, mieć rozsianych po całym świecie cierpiących pobratymców, z którymi nie może się porozumieć. […] Od wczesnej młodości moja hebrajskość jest głównym powodem oddania moich sił jednemu celowi i marzeniu – marzeniu o zjednoczeniu ludzkości. Ta idea jest esencją mojego życia. […]

Ponieważ duża część naszego ludu (szczególnie w Rosji) nie posługuje się lokalnymi językami, lecz mówi oddzielnym żydowsko-niemieckim żargonem (nazywanym jidysz), który nie posiada własnej gramatyki, dlatego wiele lat temu poświęciłem jidysz około dwóch lat studiów, przeanalizowałem jego reguły i wypracowałem jego gramatykę, której nigdy nie opublikowałem. Później zaniechałem tej pracy, gdyż doszedłem do przekonania, że obudzenie niby narodowego patriotyzmu u Żydów może być nieprzydatne dla nich samych i dla idei połączenia ludzkości. […]

Język był zawsze najdroższym przedmiotem moich zainteresowań. Najbardziej kochałem język, w którym zostałem wyedukowany, mianowicie rosyjski. Uczyłem się go z największą przyjemnością. Marzyłem kiedyś, by zostać poetą języka rosyjskiego […]. Z przyjemnością uczyłem się jeszcze innych języków, lecz interesowały mnie one bardziej teoretycznie niż praktycznie, a że nie miałem możliwości ich stosować, poznawałem je wzrokowo, lecz nie mówiłem nimi. Dlatego mogę powiedzieć, że bardzo dobrze mówię po rosyjsku, po polsku i po niemiecku. Swobodnie czytam po francusku, ale niestety nie mówię nim często i poprawnie. Oprócz tego w różnych okresach mojego życia uczyłem się jeszcze ośmiu innych języków, które znam tylko powierzchownie i teoretycznie.

W dzieciństwie kochałem rosyjski i rosyjską ziemię, wkrótce jednak przekonałem się, że moja miłość zostaje odpłacona nienawiścią, że włodarze tej ziemi […] widzą we mnie pozbawionego praw obcego (mimo że ja, moi dziadowie i pradziadowie urodzili się i pracowali w tym kraju). Wszyscy nienawidzą, znieważają i uciskają moich braci. Wszystkie inne grupy narodowe, które zamieszkiwały moje miasto, były względem siebie wrogo nastawione i prześladowały się wzajemnie… Wiele cierpiałem z tego powodu i zacząłem marzyć o takich czasach, kiedy zniknie nienawiść między narodami, kiedy zaistnieje język i kraj, który należy pełnoprawnie do wszystkich jego mieszkańców, w którym ludzie zrozumieją, że należy szanować się wzajemnie.

[3]

Z biegiem czasu oczywiście przekonałem się, że nie wszystko jest tak proste, jak w umyśle dziecka, porzucałem jedną dziecinną utopię za drugą, tylko nie mogłem odrzucić marzenia o jednym wspólnym języku. […] Dość wcześnie doszedłem do przekonania, że taki język może być tylko neutralny, nienależący do żadnego z istniejących narodów. Kiedy z białostockiej szkoły realnej (wtedy jeszcze to było gimnazjum) przeniosłem się do drugiego warszawskiego klasycznego gimnazjum, przez jakiś czas byłem zauroczony starożytnymi językami, marzyłem o tym, że kiedyś wyruszę po całym świecie i zacznę gorąco zachęcać do ożywienia jednego z tych języków na wspólne potrzeby. […] Później doszedłem do przekonania, że jest to niemożliwe, i zacząłem mgliście marzyć o nowym, sztucznym języku.

Często podejmowałem najróżniejsze próby, wymyślałem skomplikowane deklinacje, koniugacje itp. Ale język ludzki – jak mi się wydawało – z niekończącymi się gramatycznymi formami i setkami tysięcy słów, z przerażającymi mnie opasłymi słownikami, zdawał mi się tak podstępną i kolosalną maszynerią, że pewnego razu powiedziałem sobie: „Dość tych marzeń, ta praca przekracza ludzkie możliwości!”. A jednak nie mogłem rozstać się z marzeniem.

Niemieckiego i francuskiego wyuczyłem się w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie można porównywać i czynić konkluzji. Gdy byłem w piątej klasie gimnazjalnej, zacząłem się uczyć angielskiego i wówczas, dzięki nagłemu skokowi z łaciny i greki, zauważyłem prostotę gramatyki angielskiej. Spostrzegłem, że tak zwane bogactwo gramatycznych form jest tylko ślepym historycznym przypadkiem, zbytecznym dla języka. […] Zacząłem poszukiwać i odrzucać zbędne formy i zauważyłem, jak gramatyka stopniowo topnieje w moich rękach, aż w końcu doszedłem do prostej gramatyki, którą mogłem pomieścić na kilku stronach. Wtedy z jeszcze większą pasją oddałem się marzeniu, choć potężne słowniki wciąż nie dawały mi spokoju.

Pewnego razu, w szóstej lub siódmej klasie gimnazjalnej, zwróciłem uwagę na napis „Svejcerskaja”, który niejednokrotnie widziałem, a później na szyld „Konditorskaja”. To„-skaja” zainteresowało mnie i wskazało, że sufiksy dają możliwość, by z jednego słowa utworzyć inne, których nie potrzeba się specjalnie wyuczyć. Ta myśl opętała mnie w całości, tak że nagle poczułem ziemię pod nogami. Na potężne tomiska słowników padł promyczek światła – i te słowniki nagle zaczęły topnieć w moich oczach.

„Znalazłem wyjście” – powiedziałem sobie. Zatrzymałem się nad sufiksami i rozpocząłem pracę w tym kierunku. Zrozumiałem, jak wielkie znaczenie może mieć dla świadomie tworzonego języka pełne użycie tej siły, która w narodowych językach została użyta tylko częściowo, bezkrytycznie, nieregularnie i nie w pełni. Zacząłem porównywać słowniki, szukałem między nimi podobieństw i codziennie wyrzucałem ze słownika nową partię słów, zmieniając ich znaczenie tylko jednym sufiksem, o określonym znaczeniu. Spostrzegłem […], że olbrzymia liczba słów, które normalnie tworzą rdzenie (na przykład „siostra”, „wąski”, „nóż”) może być łatwo urobiona [przez sufiksy] od innych rdzeni i tym samym zniknąć ze słowników. Cała mechanika języka znalazła się na mej dłoni, zacząłem więc systematyczną pracę z miłością i nadzieją. Wkrótce miałem już całą gramatykę i niewielki słownik.

[…] Dużo wcześniej, gdy wyrzucałem wszystko, co zbyteczne z gramatyki, chciałem użyć zasady ekonomii również dla słów, i – przekonany, że jest bez znaczenia, jaką formę będzie posiadać takie czy inne słowo, jeśli tylko zgodzimy się, że wyraża ono daną ideę – wymyślałem słowa, trudząc się nad tym, by były one najkrótsze i nie miały zbytecznych liter. Zamiast 11-literowej „konstytucji”, można to samo powiedzieć przez 2-literowe „ko”. Wtedy po prostu pisałem matematyczną serię najkrótszych, a zarazem łatwo wymawianych związków liter – i każdemu nadawałem znaczenie (na przykład a, b, ac…, ba, ca, da […]). Szybko jednak odrzuciłem tę myśl, bo zauważyłem, że sam nie jestem w stanie z łatwością tego wszystkiego wyuczyć się i zapamiętać. Wtedy też przekonałem się, że tworzywem dla słownika muszą być języki romańskie i język niemiecki, zmienione na tyle, na ile wymaga tego regularność i inne konieczne uwarunkowania […]. Będąc już na ziemi, zauważyłem, że współczesne języki posiadają ogromny zasób gotowych słów międzynarodowych, znanych wszystkim narodom – i że stanowią one skarb, z którego oczywiście skorzystałem […].

W 1878 roku język był już mniej więcej gotowy. […] Byłem wtedy w ósmej klasie gimnazjum i powiedziałem o tym moim kolegom. Większość z nich była zauroczona ideą i zaskoczona łatwością języka, więc zaczęli się go uczyć. 5 grudnia 1878 wszyscy wspólnie to święciliśmy. Na uroczystości były przemówienia w tym języku i z radością śpiewaliśmy hymn, który zaczynał się następująco:

Malamikete de las nacjes

Kadó, kadó, jam temp’ está!

la tot’ homoze in familje

Konunigare so debá

(„Niech upadnie nienawiść między narodami, czas już nastał! Cała ludzkość musi się zjednać w jedną rodzinę”).

Na stole, oprócz gramatyki i słownika, leżało kilka tłumaczeń na ten język.

Tak skończył się pierwszy okres języka. Byłem jeszcze za młody, by publicznie przedstawić mój projekt – i zdecydowałem się poczekać pięć–sześć lat […] – chciałem bardziej udoskonalić język i w pełni opracować go dla praktycznych potrzeb. Pół roku po uroczystościach z 5 grudnia skończyliśmy gimnazjum i rozeszliśmy się do domów. Przyszli apostołowie języka próbowali coś napomykać o „nowym języku” i spotykając szyderstwa dorosłych, natychmiast zaprzeczali mu, a ja pozostałem sam. Przewidując wyłącznie kpiny i udręki, zdecydowałem się przed wszystkimi ukryć moją pracę. Podczas pięciu i pół roku mojego pobytu na uniwersytecie nigdy nie mówiłem o tej sprawie. To był dla mnie ciężki okres. Dręczyło mnie ukrywanie idei. […]

Przez sześć lat doskonaliłem i wypróbowywałem język, w co włożyłem bardzo dużo pracy, chociaż w 1878 roku wydawało mi się, że był już gotowy. Tłumaczyłem, pisałem w nim oryginalne dzieła, a liczne próby wskazywały, że to, co jest już gotowe w teorii, nie jest jeszcze gotowe w praktyce. Wiele musiałem wygładzić, poprawić i radykalnie zmienić. Słowa i formy, zasady i prawidła gromadziły się i wchodziły sobie w drogę, podczas gdy teoretycznie wszystko oddzielnie i w małych partiach wydawało się dobre. Takie rzeczy jak na przykład uniwersalny przyimek „je”, elastyczne słowo „meti” czy neutralna, ale określona końcówka „-aû” najprawdopodobniej nigdy nie przyszłyby mi do głowy w teorii. Kilka form, które uznałem za bogactwo, okazało się w praktyce zbytecznym balastem, tak na przykład musiałem odrzucić kilka nieprzydatnych sufiksów.

W 1878 roku wydawało mi się, że wystarczy, by język miał gramatykę i słownik, zaś jego ociężałość i brak elegancji przypisywałem temu, że ja sam na razie nie znam perfekcyjnie esperanta; praktykowanie go podpowiadało mi jednak, że język potrzebuje jeszcze czegoś nieuchwytnego, co scala go, dając mu życie i ukształtowaną „duszę”. […] Wówczas zacząłem rezygnować z dosłownego tłumaczenia z takiego czy innego języka i zacząłem myśleć w esperancie. I zauważyłem, że esperanto przestaje być bezproduktywnym cieniem takiego czy innego języka, którym posługiwałem się w danym momencie, lecz ma ono własną duszę, własne życie, własną zdefiniowaną i wyrażalną fizjonomię, niezależną od obcych naleciałości. Język stawał się wówczas giętki, posiadał życie i wdzięk, jak żywy ojczysty język.

Jeszcze jedna okoliczność zmuszała mnie do zwłoki w ogłoszeniu esperanta. Przez bardzo długi czas pozostawał nierozwiązany problem, który ma kolosalne znaczenie dla neutralnego języka. Wiedziałem, że wszyscy będą mówić: „Twój język będzie dla mnie użyteczny tylko wtedy, gdy wszyscy go zaakceptują, dlatego nie mogę go się uczyć, dopóki inni tego nie zrobią”. Ponieważ „wszyscy” są niemożliwi bez poprzedzających „jednostek”, neutralny język nie będzie mógł mieć przed sobą przyszłości, jeśli nie uda się zrobić go użytecznym dla każdej osoby, bez względu na to, czy jest on już powszechnie przyjęty, czy jeszcze nie. Długo myślałem nad tym problemem. Skupiłem się na tak zwanych tajnych alfabetach czy kodach, którymi posługują się ludzie, by w sekrecie przekazać jakieś treści, których nie mogą odczytać bez posiadania „klucza”. I wtedy ta myśl zawiodła mnie do tego, by również zaaranżować esperanto w formie takiego „klucza”, który zawierałby w sobie nie tylko cały słownik, ale i całą gramatykę w postaci oddzielnych, samodzielnych i alfabetycznie uporządkowanych części, co pozwalałoby adresatowi każdego narodu od razu zrozumieć list.

Skończyłem uniwersytet i zacząłem praktykę lekarską. I wówczas zacząłem myśleć nad upublicznieniem mojej pracy. Przygotowałem manuskrypt pierwszej broszury Język międzynarodowy. Przedmowa i podręcznik kompletny i rozpocząłem poszukiwanie wydawcy. […] Wreszcie, po długich udrękach, udało mi się w lipcu 1887 samemu ją wydać. Przed jej wydaniem byłem bardzo podekscytowany, czułem, że stoję przed Rubikonem – a kiedy ukaże się moja broszura, nie będę już miał możliwości cofnąć się. Wiedziałem, jak los lekarza uzależniony jest od ludzi i co będzie, gdy ci zobaczą we mnie fantastę, człowieka, który zajmuje się „ubocznymi sprawami” – poczułem, że rzuciłem na jedną kartę cały przyszły spokój i egzystencję mojej rodziny, ale nie mogłem porzucić idei, którą przesiąkło moje ciało i krew, i… tak przekroczyłem Rubikon.

[4]

W przedmowie do podręcznika Język międzynarodowy jako Dr Esperanto

Nie mam zamiaru rozwodzić się tu nad doniosłym znaczeniem, jakie by miało dla ludzkości wprowadzenie jednego, przez wszystkich bezwarunkowo uznanego, międzynarodowego języka, który, będąc wspólną własnością całego świata, nie należałby specjalnie do żadnego z istniejących narodów. Ileż to marnuje się czasu i pracy na naukę języków obcych, a mimo to, wyjeżdżając za granicę, zwykle nie jesteśmy w stanie porozumieć się z podobnymi do siebie ludźmi. Ileż to marnuje się czasu, pracy i pieniędzy, aby utwory jednego piśmiennictwa przyswoić innym piśmiennictwom, a jednakże z tłumaczeń możemy poznać nieznaczną zaledwie część piśmiennictw obcych. Otóż, gdyby istniał język międzynarodowy, wszystkich tłumaczeń dokonywano by wyłącznie na ten ostatni, jako na język powszechny, dla wszystkich zrozumiały, a dzieła, mające same przez się cechę międzynarodową, pisano by oryginalnie w tym języku. Znikłby mur chiński, przedzielający piśmiennictwa, utwory innych narodów byłyby dla nas równie dostępne, jak utwory własnego naszego narodu. Lektura stałaby się wspólna dla wszystkich, a wraz z nią wychowanie, ideały, przekonania, dążenia – i narody połączyłyby się w jedną rodzinę. […]

Różnica językowa jest podstawą […] nienawiści obopólnej narodów, albowiem […] nie mogąc się porozumieć, stronimy od siebie. […] Komu kiedykolwiek zdarzyło się przebywać w mieście zamieszkanym przez rozmaite, walkę toczące ze sobą narodowości, ten bez wątpienia zrozumiał, jak olbrzymią usługę oddałby ludzkości język międzynarodowy, który, nie wdzierając się do życia domowego ludów, mógłby przynajmniej w krajach zaludnionych przez różne narodowości odgrywać rolę języka państwowego i towarzyskiego. Jaką by wreszcie olbrzymią doniosłość miał język międzynarodowy dla nauki, handlu, słowem: na każdym kroku – o tym, jak sądzę, nie ma potrzeby się rozwodzić. Kto choćby raz poważnie zastanowił się nad tą kwestią, ten przyzna, że żadna ofiara nie byłaby zbyt wielką, gdybyśmy przez nią mogli sobie zdobyć język ogólnoludzki. Z tego powodu wszelka, choćby najsłabsza, próba w tym kierunku zasługuje na uwagę. […]

Kwestia języka powszechnego zajmowała mnie od dawna; lecz, nie czując się ani zdolniejszym, ani energiczniejszym od autorów wszystkich bezowocnie przebrzmiałych prób, przez długi czas zadowalałem się marzeniem i mimowolnym zastanawianiem się nad tą kwestią. Ale kilka szczęśliwych myśli, które były owocem tego mimowolnego rozmyślania, zachęciły mnie do dalszej pracy i skłoniły do spróbowania, azali się nie uda systematycznie przezwyciężyć wszystkich przeszkód, stojących na drodze do stworzenia i wprowadzenia w użycie racjonalnego języka powszechnego. Zdaje mi się, że rzecz ta mniej więcej mi się powiodła, występuję więc z tym owocem długiej, wytrwałej pracy przed sąd czytającego świata.

Główne zagadnienia, które należało rozwiązać, były następujące:

I. Aby język był nadzwyczaj łatwy – tak, by nauka jego była igraszką.

II. Aby każdy, kto się tego języka nauczy, mógł zeń natychmiast korzystać, by porozumiewać się z ludźmi rozmaitych narodowości bez względu na to, czy będzie on uznany przez świat i czy znajdzie wielu adeptów lub też nie; to jest – aby język zaraz z samego początku mógł zostać istotnym środkiem do stosunków międzynarodowych.

III. Znaleźć środek dla przezwyciężenia obojętności świata i do nakłonienia go, aby jak najprędzej i en masse zaczął używać proponowanego języka, jako języka żywego, nie zaś z kluczem w ręku i tylko w razie ostatecznej konieczności.

Ze wszystkich projektów przedstawionych rozmaitymi czasy publiczności, nieraz pod szumną, niczym zgoła nieusprawiedliwioną, nazwą „języka powszechnego”, żaden nie rozwiązywał więcej nad jedno ze wzmiankowanych zagadnień, a i to nawet częściowo tylko. […]

Pierwsze zadanie rozwiązałem w sposób następujący:

a. Uprościłem do najwyższego stopnia gramatykę, a to z jednej strony w duchu języków nowożytnych dla ułatwienia jej nauki, z drugiej zaś – nie pozbawiając przez to języka jasności, dokładności i giętkości. Całej gramatyki mego języka można się doskonale nauczyć w ciągu jednej godziny. […]

b. Dałem prawidła dla tworzenia słów, przez co wprowadziłem ogromną ekonomię pod względem liczby wyrazów, potrzebnych do nauczenia się języka, nie tylko nie pozbawiając go tym bogactwa, lecz przeciwnie – czyniąc go, dzięki możności tworzenia z jednego wyrazu wielu innych i wyrażania wszelkich odcieni pojęć, bogatszym od najbogatszych języków nowożytnych. […]

Nadto przyjąłem ogólną regułę, że wszystkie wyrazy, które już teraz stały się międzynarodowe (czyli tak zwane wyrazy „cudzoziemskie”), nie ulegają w języku międzynarodowym żadnej zmianie, lecz stosują się tylko do pisowni międzynarodowej. W ten sposób ogromna liczba słów staje się zbyteczną do nauki, jak na przykład „lokomotywa”, „redakcja”, „telegraf”, „nerw”, „temperatura” […].

[…] Nauka tego dźwięcznego, bogatego i zrozumiałego dla całego świata […] języka wymaga w ten sposób nie całego szeregu lat, jak nauka innych języków, lecz posiąść go można zupełnie w ciągu kilku dni.

Drugie zadanie rozwiązałem w sposób następujący:

a. Wprowadziłem zupełne rozczłonkowanie pojęć na samoistne wyrazy tak, że cały język, zamiast wyrazów w rozmaitych formach gramatycznych, składa się tylko z wyrazów nieodmiennych. Jeżeli weźmiecie dzieło napisane w moim języku, to przekonacie się, że tam każde słowo zawsze i jedynie znajduje się w jednej stałej formie – w tej mianowicie, w jakiej zamieszczone zostało w słowniku. Różne zaś formy gramatyczne, wzajemny stosunek słów itp. wyrażone są przez połączenie słów nieodmiennych. Lecz ponieważ podobna budowa języka zupełnie jest obca narodom europejskim, które by też z trudnością mogły się do niej przyzwyczaić, przystosowałem zupełnie to rozczłonkowanie do ducha języków europejskich – tak, że kto się uczy mego języka z podręcznika, nie przeczytawszy wpierw przedmowy (która dla uczącego się zupełnie jest zbyteczną), ten nie domyśli się nawet, że budowa tego języka różni się czymkolwiek od budowy jego ojczystego języka. […]

b. […] Ułożyłem słownik nie dowolnie, lecz – o ile się tylko dało – z wyrazów znanych całemu wykształconemu światu. Tak na przykład słowa używane we wszystkich językach cywilizowanych pozostawiłem bez wszelkiej zmiany, z wyrazów zaś rozmaicie brzmiących w różnych językach wziąłem albo wspólne dwóm lub trzem głównym językom europejskim, albo też należące tylko do jednego, lecz popularne i u pozostałych narodów. […] W ten sposób, korespondując ze średnio wykształconym Europejczykiem, który się nigdy nie uczył języka międzynarodowego, mogę być przekonany, że zrozumie mnie bez potrzeby ciągłego radzenia się słownika, do którego uciekać się będzie jedynie przy wyrazach wątpliwych. […]

Niniejsza broszura rozejdzie się po całym świecie. Nie wymagając ani nauczenia się języka, ani żadnego zgoła nakładu pracy, czasu lub pieniędzy, proszę każdego czytelnika, aby wziął na minutę pióro, wypełnił jeden z załączonych poniżej blankietów i nadesłał go mnie. Treść blankietu jest następująca:

„Ja, niżej podpisany, obiecuję nauczyć się proponowanego przez Dra Esperanto języka międzynarodowego, jeżeli się okaże, że dziesięć milionów ludzi uczyniło publicznie takąż obietnicę”. Następuje podpis […], a na drugiej stronie blankietu wyraźnie wypisane całe imię i nazwisko i dokładny adres. […] Podpisanie powyższej obietnicy nie wymaga najmniejszej ofiary lub pracy, a w razie niepowodzenia sprawy do niczego nie obowiązuje; obowiązuje jedynie do nauczenia się języka, jeżeli się go nauczy dziesięć milionów innych osób piśmiennych: wówczas wszakże będzie to ze strony podpisanego nie ofiarą, lecz rzeczą, do której nie omieszkałby się zabrać bez wszelkiego zobowiązania. Tymczasem przez podpisanie blankietu każdy, nic osobiście nie ryzykując, przyspieszy urzeczywistnienie tradycyjnego ideału ludzkości.

Gdy liczba nadesłanych podpisów dojdzie do dziesięciu milionów, wtedy wszystkie nazwiska i adresy ogłoszone zostaną w oddzielnej księdze, a nazajutrz po wyjściu księgi okaże się, że dziesięć milionów lub więcej ludzi zobowiązało się publicznie do nauki języka międzynarodowego – i kwestia będzie rozstrzygnięta. […]

Przed wydrukowaniem obszernych słowników, przed przystąpieniem do wydawania pism, książek itd. pracę mą przedstawiam na rok sądowi publiczności i zwracam się do całego świata piśmiennego z prośbą o nadesłanie mi opinii o proponowanym przeze mnie języku. Niechaj mi każdy listownie zakomunikuje, jakie zmiany, ulepszenia, dopełnienia etc. uważa za niezbędne. […] Po tych możliwych zmianach, które w takim razie ogłoszone zostaną w osobnej broszurce, język otrzyma ostateczną stałą formę. Gdyby się komu te poprawki wydały niewystarczające, ten niech nie zapomina, że język nadal nie zostanie zamknięty dla wszelkich ulepszeń, z tą różnicą jedynie, że wówczas prawo czynienia zmian nie do mnie już należeć będzie, lecz do uznanej przez ogół akademii tego języka. […]

Pracę, która kosztowała mnie wiele czasu i zdrowia, polecam teraz łaskawej uwadze ogółu. Spodziewam się, że każdy, komu są drogie interesy ludzkości, poda mi dłoń pomocną i poprze proponowaną przeze mnie sprawę, o ile to będzie w jego mocy. Okoliczności wskażą każdemu, czym może być pożyteczny dla sprawy […]. Niech każdy czyni, co może, a w krótkim bardzo czasie będziemy posiadali to, o czym tak dawno już marzą ludzie – język powszechny.

Warszawa, 1887[2]

W przemówieniu na otwarciu I Światowego Kongresu Esperantystów

Święty jest dla nas dzisiejszy dzień. Skromne jest nasze zgromadzenie; świat zewnętrzny niewiele wie o nim, a słowa, które na nim padają, nie popłyną przez telegraf do wszystkich miast i miasteczek świata; nie zjechały się głowy państw ani ministrowie, aby zmieniać polityczną mapę świata, nie błyszczą wytworne szaty i ogrom imponujących orderów na naszej sali, nie huczą armaty wokół skromnego budynku, w którym się znajdujemy. Lecz przez powietrze naszej sali lecą tajemnicze dźwięki, niesłyszalne dla ucha, ale odczuwalne dla każdej wrażliwej duszy: to dźwięk czegoś wielkiego, co się dziś rodzi. Poprzez powietrze lecą tajemnicze duchy; nie widzą ich oczy, ale czuje je dusza – to obrazy przyszłych czasów, czasów zupełnie nowych. Duchy polecą w świat, ucieleśnią się, staną się potężne, a nasi synowie i wnukowie będą je widzieć, odczuwać i napawać się nimi.

W odległej starożytności, która już dawno zatarła się w pamięci ludzkości i po której żadna historia nie pozostawiła nam nawet najmniejszego dokumentu, rodzina ludzka rozdzieliła się, a jej członkowie przestali rozumieć się nawzajem. Bracia stworzeni według jednego wzoru, bracia, którzy mieli jednakowe ciała, jednakowe dusze, jednakowe zdolności, jednakowe ideały, jednego Boga w swoich sercach, bracia, którzy powinni byli pomagać sobie nawzajem dla szczęścia i chwały swej rodziny – ci bracia stali się sobie obcy, podzielili się niby na zawsze na wrogie grupy, a pomiędzy nimi rozpoczęła się wieczna wojna. W ciągu wielu tysiącleci, przez cały czas, który pamięta historia ludzkości, ci bracia jedynie wiecznie walczyli pomiędzy sobą, a jakiekolwiek zrozumienie było pomiędzy nimi absolutnie niemożliwe. Prorocy i poeci marzyli o jakimś odległym, mglistym czasie, w którym ludzie znów zaczną rozumieć jeden drugiego i ponownie połączą się w jedną rodzinę: lecz było to jedynie marzenie. Mówiono o tym jak o jakiejś słodkiej fantazji, lecz nikt nie brał tego poważnie, nikt w to nie wierzył.

I dziś po raz pierwszy marzenie tysiącleci zaczyna się urzeczywistniać. Do małego miasta na francuskim wybrzeżu zjechali ludzie z najróżniejszych krajów i narodów, i spotykają się oni nawzajem nie niemo i głucho, lecz rozumieją jeden drugiego, mówią do siebie jak bracia, jak członkowie jednego narodu. Często spotykają się ludzie różnych narodowości i rozumieją się wzajemnie; lecz jak ogromna jest różnica pomiędzy ich wzajemnym zrozumieniem a naszym! Tam rozumie się jedynie mała część zebranych, która miała możliwość poświęcenia ogromnego czasu i ogromnych pieniędzy, aby nauczyć się języków obcych – wszyscy pozostali uczestniczą w zgromadzeniu jedynie swoim ciałem, nie głową: ale na naszym zgromadzeniu rozumieją się wzajemnie wszyscy uczestnicy, rozumie nas z łatwością każdy, kto tylko pragnie nas zrozumieć – i ani bieda, ani brak czasu nie zamykają mu uszu na nasze mowy.

Tam wzajemne zrozumienie jest osiągalne na drodze nienaturalnej, obraźliwej i niesprawiedliwej, gdyż członek jednego narodu upokarza się tam przed członkiem innego narodu, mówi w jego języku, kompromitując swój własny, bełkocze, rumieni się i czuje zakłopotanie przed swoim rozmówcą, podczas gdy ten drugi czuje się silny i dumny; na naszym spotkaniu nie istnieją narody silne i słabe, uprzywilejowane i przywilejów pozbawione, nikt się nie kaja, nikt się nie krępuje; my wszyscy stoimy na fundamencie neutralnym, my wszyscy jesteśmy w pełni równoprawni; my wszyscy czujemy się jak członkowie jednego narodu, jak członkowie jednej rodziny – i po raz pierwszy w historii ludzkości my, członkowie najróżniejszych ludów, stoimy jeden obok drugiego nie jak obcy, nie jak konkurenci, ale jak bracia, którzy nie narzucając jeden drugiemu swojego języka, rozumieją się wzajemnie, nie podejrzewają się o dzielące ich zło, kochają się wzajemnie i ściskają sobie wzajemnie dłonie nie z hipokryzją, jak obcokrajowiec obcokrajowcowi, lecz szczerze, jak człowiek człowiekowi.

Miejmy świadomość całej wagi dzisiejszego dnia, ponieważ dziś w gościnnych murach Boulogne-sur-Mer spotkali się nie Francuzi z Anglikami, nie Rosjanie z Polakami, lecz ludzie z ludźmi. Niech będzie błogosławiony dzień, wielkie i chwalebne niech będą jego następstwa!

Spotkaliśmy się dziś, aby pokazać światu poprzez niezbite fakty to, w co świat do tej pory nie chciał wierzyć. […] Każdy, kto twierdzi, że neutralny sztuczny język jest niemożliwy, niechaj przyjdzie do nas i nawróci się. Każdy, kto twierdzi, że narząd mowy jest u każdego ludu inny, że każdy wymawia język sztuczny inaczej i że użytkownicy takiego języka nie mogą się wzajemnie zrozumieć, niech przybędzie do nas – i jeśli jest człowiekiem uczciwym i nie zamierza świadomie kłamać, przyzna on, że się pomylił. […]

Osiemnaście lat minęło od dnia, kiedy esperanto przyszło na świat. Niełatwe osiemnaście lat. Obecnie widzę przed sobą ogromną liczbę gorących przyjaciół esperanta, którzy reprezentują sobą prawie wszystkie kraje kuli ziemskiej, prawie wszystkie narody świata, wszystkie stopnie, stany i klasy ludzi. Bardzo bogata jest już nasza literatura, bardzo liczne są nasze gazety, na całym świecie mamy dziś grupy i kluby esperanckie – i żadnemu światłemu człowiekowi na świecie nazwa naszej sprawy nie jest już obca.

Boulogne-sur-Mer, 5 sierpnia 1905[7]

W Deklaracji o istocie esperantyzmu, podpisanej także przez innych esperantystów

1. Esperantyzm to usiłowanie rozpowszechniania na całym świecie języka neutralnie ludzkiego, który – „nie narzucając się w wewnętrzne życie narodów i nie mając na celu wyparcia istniejących języków narodowych” – dawałby ludziom różnych narodowości możliwość porozumienia się; który mógłby służyć jako pokojowy język publicznych instytucji w tych krajach, gdzie różne narody walczą między sobą o język, i w którym mogłyby być publikowane te dzieła, które są ważne dla wszystkich ludów. Wszystkie inne idee lub nadzieje tego czy innego esperantysty, które łączy on z esperantyzmem, są jego czysto prywatną sprawą, za którą [esperantyzm] nie ponosi odpowiedzialności.

2. Ponieważ w obecnych czasach żaden na świecie badacz nie wątpi w to, że język międzynarodowy może być tylko wybrany spośród języków nieetnicznych i że ze wszystkich licznych prób, dokonanych w minionych wiekach, prezentowano wyłącznie teoretyczne projekty, a język rzeczywiście kompletny i we wszystkich stosunkach najodpowiedniejszy to esperanto, dlatego przyjaciele sprawy języka międzynarodowego, przekonani, że dalsze teoretyczne dyskusje językowe nie doprowadzą do niczego i że cel może być osiągnięty jedynie praktyczną pracą, już od dłuższego czasu zgrupowali się wokół esperanta i pracują nad jego upowszechnieniem i wzbogaceniem literatury.

3. Ponieważ autor języka esperanto […] odrzucił raz na zawsze osobiste prawa i przywileje w związku z tym językiem, esperanto [nie] jest „niczyją własnością” ani w sensie materialnym, ani w sensie duchowym.

4. Materialnym włodarzem tego języka jest cały świat i każdy, kto chce, może w nim lub o nim wydawać wszelkie dzieła, jakie chce, jak i używać tego języka do jakichkolwiek celów; jako duchowi mistrzowie tego języka zawsze będą uważani ci ludzie, którzy w świecie esperanckim będą uznani za najlepszych i najbardziej utalentowanych pisarzy w tym języku.

5. Esperanto nie posiada żadnego prawnego kuratora i nie zależy od kogokolwiek. Wszystkie opinie i pisma twórcy esperanto mają, podobnie jak opinie i pisma innych esperantystów, charakter wyłącznie prywatny i nieobowiązujący nikogo. Jedynym i na zawsze obowiązującym wszystkich esperantystów fundamentem języka esperanto jest Fundamento de Esperanto [podręcznik z 1905 roku], w którym nikt nie ma prawa dokonać zmian. […] Dla pełnej jedności języka zaleca się wszystkim esperantystom upodabniać jak najbardziej do tego stylu, jaki znajduje się w dziele twórcy esperanta, który wniósł największy wkład do esperanta i najlepiej zna jego ducha.

6. Esperantystą nazywa się każdą osobę, która zna i używa esperanta bez względu na cele, dla których go używa. Przynależność do jakiegoś aktywnego towarzystwa esperanckiego jest rekomendowana, ale nie obowiązkowa.

Boulogne-sur-Mer, 9 sierpnia 1905[12]

W przemówieniu na otwarciu II Światowego Kongresu Esperantystów

Przyjechałem do was z kraju [Imperium Rosyjskiego], w którym obecnie wiele milionów ludzi ciężko walczy o wolność, o najbardziej podstawową ludzką wolność, o prawa człowieka. […] Jako esperantystów walka ta nie powinna was dotyczyć, a nasz kongres nie ma nic wspólnego ze sprawami politycznymi. Natomiast poza walką czysto polityczną we wspomnianym kraju jest dziś dokonywane coś, co nas jako esperantystów nie może nie dotyczyć: widzimy w tym kraju okrutną walkę pomiędzy narodami. […]

Gdy byłem jeszcze dzieckiem, w Białymstoku, z bólem spoglądałem na wzajemne wyobcowanie, które dzieli naturalnych synów jednego kraju i jednego miasta. I marzyłem wówczas, że minie ileś lat, a wszystko zmieni się na dobre. I lata rzeczywiście przeminęły, a zamiast mych pięknych snów ujrzałem wstrząsającą rzeczywistość. [W czerwcu 1906] Na ulicach nieszczęsnego miasta moich narodzin dzicy ludzie z siekierami i żelaznymi prętami rzucali się jak najokrutniejsze zwierzęta na spokojnych mieszkańców, których cała wina polegała na tym tylko, iż rozmawiali w innym języku i wyznawali inną religię niż te dzikusy. Za to rozbijano czaszki i wyłupywano oczy mężczyznom i kobietom, niedołężnym starcom i bezbronnym dzieciom!

[…] Kruszcie, kruszcie mury pomiędzy narodami, dajcie im możliwość swobodnie poznawać się i porozumiewać na neutralnym fundamencie, a dopiero wtedy będą mogły zniknąć takie potworności, które dziś oglądamy w wielu miejscach.

Nie jesteśmy tak naiwni, jak sądzą o nas niektórzy: nie wierzymy, iż neutralny fundament uczyni z ludzi aniołów; wiemy doskonale, że źli ludzie także potem pozostaną źli. Pokładamy jednak nadzieję w tym, iż porozumiewanie i poznawanie się na neutralnym fundamencie zlikwiduje przynajmniej tę wielką masę bestialstwa i zbrodni, których źródłem jest nie zła wola, ale po prostu brak wzajemnego poznania […]. Dziś, gdy w wielu częściach świata walka między narodami stała się tak okrutna, my, esperantyści, musimy pracować bardziej energicznie niż kiedykolwiek. […]

Esperantystą jest nie ten jedynie, kto marzy o zjednoczeniu ludzkości z pomocą esperanta, esperantystą jest także ta osoba, która używa esperanta wyłącznie dla celów praktycznych, esperantystą jest również ten, kto korzysta z esperanta do zarabiania pieniędzy, esperantystą jest ten, dla kogo esperanto służy jedynie do rozrywki, w końcu esperantystą jest nawet ta osoba, która korzysta z esperanta dla celów najbardziej niegodnych i skierowanych przeciw bliźnim. Ale poza stroną praktyczną, obowiązkową dla wszystkich i wskazaną w Deklaracji, esperantyzm posiada jeszcze inną stronę, nieobowiązkową, ale o wiele ważniejszą, stronę ideową. […]

Jeżeli my, bojownicy esperanta, z własnej woli daliśmy szerokiemu światu pełne prawo spoglądania na esperanto tylko z jego praktycznej strony i używania go wyłącznie dla naszej korzyści, nie daje to oczywiście nikomu prawa wymagania, byśmy wszyscy widzieli w esperancie jedynie sprawę praktyczną. Ostatnimi czasy niestety wśród esperantystów pojawiły się takie głosy, mówiące: „Esperanto jest tylko językiem; unikajcie nawet w prywatnych sytuacjach łączenia esperantyzmu z jakąś ideą, gdyż w przeciwnym wypadku pomyślą, że wszyscy podzielamy tę ideę – i stracimy przychylność różnych osób, które tej idei nie lubią!”. Och, co za słowa! Ze strachu przed tym, że może nie zadowolimy tych osób, które same chcą używać esperanta wyłącznie dla celów im praktycznych, musimy wszyscy wydrzeć z naszych serc tę część esperantyzmu, która jest dla nas najistotniejszą, najświętszą, tę ideę, która była naczelnym celem sprawy esperanta, która była gwiazdą stale prowadzącą wszystkich walczących dla esperanta! O nie, nie, nigdy! Z żywym protestem porzucamy to żądanie. Jeżeli nas, pierwszych bojowników esperanta zmusi się, byśmy unikali w naszym działaniu wszystkiego, co ideowe, z oburzeniem porwiemy i spalimy wszystko, cośmy dla esperanta napisali, zniszczymy z bólem prace i ofiary całego naszego życia, wyrzucimy w dal zieloną gwiazdę przypiętą do naszej piersi i zawołamy z obrzydzeniem: „Z takim esperantem, które ma służyć wyłącznie celom handlu i praktycznego zastosowania, nie chcemy mieć nic wspólnego!”.

Nadejdzie kiedyś czas, gdy esperanto, będąc już własnością całej ludzkości, utraci swój charakter ideowy; wtedy stanie się ono jedynie językiem, o który nie będzie się walczyć, a jedynie czerpać z niego korzyści. Jednakże dziś, gdy prawie wszyscy esperantyści są nie zyskującymi, a wojującymi, mamy wszyscy pełną świadomość, iż praca dla esperanta skłania nas nie do myślenia o praktycznej przydatności, ale do myśli o świętej, wielkiej i ważnej idei, którą język międzynarodowy w sobie zawiera. Idea ta – wszyscy doskonale ją odczuwacie – to braterstwo i sprawiedliwość pomiędzy wszystkimi ludami. […]

Jeżeli całą, lepszą część życia dobrowolnie spędziłem na wielkich cierpieniach i ofiarach, nie pozostawiając sobie jakiegokolwiek prawa do autorstwa – czy uczyniłem to dla jakiejś korzyści praktycznej? Jeżeli pierwsi esperantyści wystawiali się nie tylko na stałe kpiny, ale wręcz na wielkie ofiary, i na przykład pewna uboga nauczycielka długi czas cierpiała głód po to tylko, by zaoszczędzić nieco pieniędzy na propagandę esperancką – czy wszyscy oni dokonali tego dla jakiejś praktycznej korzyści? Kiedy osoby często przykute do łoża śmierci pisały do mnie, że esperanto jest ostatnią pociechą ich dogasającego życia, czy myśleli wtedy o korzyści praktycznej? O nie, nie, nie! Wszyscy oni pamiętali tylko o wewnętrznej idei zawartej w esperantyzmie; wszyscy miłowali esperanto nie dlatego, że zbliża ono wzajemnie ciała ludzi, nawet nie dlatego, że zbliża ich umysły, ale dlatego tylko, iż zbliża ono ich serca.

Pamiętacie, jak pełni byliśmy zapału w Boulogne-sur-Mer. Wszystkie osoby, które uczestniczyły w tamtym kongresie, zachowały o nim na całe życie pamięć najmilszą i przepełnioną zachwytem, wszyscy nazywają go „niezapomnianym kongresem”. Co więc tak wprawiło w entuzjazm uczestników kongresu? […] Wszyscy czuliście doskonale, iż zapalają nas nie zabawy same w sobie, nie wzajemne zrozumienie samo przez się, nie praktyczna korzyść, którą esperanto pokazało, lecz wewnętrzna idea esperantyzmu, którą wszyscy odczuwaliśmy w naszym sercu. Czuliśmy, że rozpoczyna się upadek murów między ludami, odczuwaliśmy ducha braterstwa wszystkich ludzi. Mieliśmy pełną świadomość, że do ostatecznego zniknięcia murów jest jeszcze bardzo, bardzo daleko; atoli czuliśmy, że jesteśmy świadkami pierwszego mocnego ciosu przeciwko tym murom; czuliśmy, że przed naszymi oczami frunie jakiś duch lepszej przyszłości, duch jeszcze bardzo mglisty, który od tej pory stale będzie się ucieleśniał i umacniał.

[…] Ci esperantyści, którzy do naszej sprawy przynależą nie swoją głową, ale sercem, zawsze będą odczuwać i cenić w esperancie przede wszystkim wewnętrzną ideę; nie zlękną się, iż świat z kpiną nazwie ich utopistami, a szowiniści narodowi wręcz zaatakują ich ideały niczym zbrodnię; będą oni dumni z nazwania ich utopistami. Każdy nasz nowy kongres wzmocni w nich miłość do wewnętrznej idei esperantyzmu, a nasze coroczne kongresy stopniowo staną się nieprzerwanym świętem ludzkości i ludzkiego braterstwa.

Genewa, 28 sierpnia 1906[8]

W przemówieniu na otwarciu III Światowego Kongresu Esperantystów

Fakt, iż kongresujemy teraz w chwalebnym mieście uniwersyteckim Wielkiej Brytanii, ma wielkie znaczenie. Oponenci naszej idei stale nam powtarzali, że ludy anglojęzyczne nigdy do nas nie dołączą, jako że nie tylko mniej od innych ludów czują one potrzebę języka międzynarodowego, ale także umacnianie języka międzynarodowego jest dla nich wprost szkodliwe, ponieważ język taki będzie konkurował w świecie przede wszystkim z językiem angielskim, który pretenduje do roli międzynarodowego. Zobaczcie jednak, jak bardzo mylili się nasi przeciwnicy! Zobaczcie, jak licznie przystąpili już do nas Brytyjczycy, którzy tak niechętnie uczą się języków innych niż ich ojczysty! […] Dowodzi to przede wszystkim tego, że ludzie zaczęli już rozumieć, iż język międzynarodowy niesie pożytek nie tylko ludom słabym, lecz też tym silnym; ale pokazuje to również inną rzecz, o wiele istotniejszą: że ludzie widzą w esperantyzmie nie tylko sprawę praktycznej dogodności, ale ważną ideę międzynarodowej sprawiedliwości i braterstwa, i tejże idei chcą służyć szlachetni ludzie wszystkich narodów, bez względu na to, czy ich ludy są silne, czy słabe, oraz czy sprawiedliwość międzyetniczna przyniesie im korzyść, czy stratę. […]

Wszystko, co prowadzi do rozbijania murów pomiędzy narodami, należy do naszego kongresu. […] Będzie można zaproponować neutralne systemy międzynarodowe, jak na przykład system walutowy, system godzinowy, kalendarz itd. – i wtedy będziemy mogli dociec, czy propozycja jest dobra czy nie, ale nie możemy mówić, że dyskusja o owych projektach przeciwstawia się naszemu programowi. Być może zaproponuje się nam organizację kilku świąt międzynarodowych, które istniałyby równolegle do odrębnych świąt każdego narodu i religii – i służyły braterskiemu łączeniu ze sobą wzajemnie narodów.

Cambridge, 12 sierpnia 1907[9]

W przemówieniu na otwarciu IV Światowego Kongresu Esperantystów

Dziś po raz pierwszy kongres nasz występuje z oficjalnym usankcjonowaniem władcy i rządu; jestem pewien, iż esperantyści wysoko ocenią wagę tego faktu; mam nadzieję, że będzie to początek tego nowego czasu, kiedy idea nasza przestanie być usiłowaniem jedynie prywatnych osób, a stanie się ważkim zadaniem rządów świata. […]

Sam nasz język wciąż się wzbogaca i staje się giętki. Powoli stale pojawiają się coraz to nowe słowa i formy, jedne umacniają się, inne wychodzą z użycia. Wszystko dzieje się łagodnie, bez wstrząsów i wręcz niezauważalnie. Nigdzie nie pojawiają się podziały w naszym języku w zależności od różnych krajów, a im bardziej doświadczeni stają się autorzy, tym bardziej zbliżone wzajemnie jest używanie przez nich naszego języka, bez względu na wielką odległość ich miejsc zamieszkania. Nigdzie nie przerywa się ani nie ulega zepsuciu ciągłość pomiędzy językiem starym i nowym, a mimo faktu, iż nasz język mocno się rozwija, każdy nowy esperantysta czyta dzieła sprzed dwudziestu lat z taką samą łatwością, jak esperantysta ówczesny, i nie zauważa on nawet, że dzieła tamte napisano nie dziś, ale w pierwszym, niemowlęcym okresie naszego języka.

Drezno, 17 sierpnia 1908[10]

W przemówieniu na otwarciu V Światowego Kongresu Esperantystów

Na naszych kongresach los wyznaczył mi rolę choć bardzo pochlebną, to jednocześnie ciężką: jestem zmuszony przyjmować zaszczyty, które nie należą do mnie. Słusznie albo niesłusznie świat widzi we mnie zawsze naturalnego przedstawiciela grona esperanckiego, symbol esperantyzmu, esperanckiej lojalności i jedności; a ponieważ ludzie nie potrafią wyrażać swoich uczuć względem czegoś abstrakcyjnego, przeto wszelkie wyrazy sympatii i entuzjazmu dla esperantyzmu kierują się pod mój adres. […] Oto przyczyna, dla której zawsze z ciężkim sercem jadę na nasze kongresy. Mocno, bardzo mocno chciałbym odrzucić swoją zbyt dręczącą mnie rolę i stanąć nie przed, ale pomiędzy wami; jednak sprawa nie zależy od mojej woli, zależy ona od rozmaitych okoliczności, przed którymi muszę pochylić głowę, jeśli nie chcę zaszkodzić naszemu ruchowi. Dlatego również dzisiaj stoję przed wami jako symbol waszej sprawy i waszej jedności, jako wasz konkretny przedstawiciel; przyjmuję wszystko, co przeznaczone jest dla was – i wszystko wiernie przekazuję wam, ludu esperancki.

Barcelona, 6 września 1909[11]

W liście do Komitetu Organizacyjnego VIII Światowego Kongresu Esperanto w Krakowie

W sytuacji, w której konieczne będzie mówienie o mojej osobie, możecie nazwać mnie „synem polskiej ziemi” (bo przecież nikt nie może zaprzeczyć, że ziemia, w której spoczywają moi rodzice, gdzie stale pracuję i zamierzam pracować do śmierci, chociaż nie jestem nacjonalistą, jest polska), lecz nie nazywajcie mnie „Polakiem”, by nie mówiono, że – aby przyjmować honory – założyłem na siebie maskę narodu, do którego nie należę.

Aby nie zrobić jakiegoś niewłaściwego kroku, może dobrze będzie, gdy będziecie wiedzieć, do jakiego narodu sam się zaliczam. Otóż według moich polityczno-religijnych przekonań nie jestem ani Polakiem, ani Rosjaninem, ani Żydem, tylko zwolennikiem Humanitaryzmu (nie mylić z kosmopolityzmem); z pochodzenia uważam się za Hebrajczyka.

Warszawa, 14 lutego 1912[12]

W Odezwie do dyplomatów

Straszliwa wojna opanowała dziś niemal całą Europę. Gdy zakończy się masowa wzajemna rzeź, która tak bardzo hańbi cywilizowany świat, zjadą się dyplomaci i spróbują przywrócić ład w relacjach pomiędzy narodami. Do Was, przyszłych reorganizatorów, zwracam się dziś.

[…] Od Was zależeć będzie, czy świat otrzyma na długi czas, a może na zawsze, trwały pokój, czy też będziemy mieć tymczasową ciszę, którą wkrótce przerwą wybuchy międzynarodowych bitew albo nawet nowe wojny. […]

Czy zaczniecie po prostu przerabiać i łatać mapę Europy? Czy postanowicie tylko, że skrawek ziemi A ma należeć do ludu X, a skrawek B do ludu Y? To prawda, musicie tę pracę wykonać; musi ona jednak stanowić jedynie nieistotną część Waszego zajęcia. Strzeżcie się, aby poprawianie mapy nie stanowiło całej istoty Waszych prac, gdyż pozostaną one całkowicie bezwartościowe, a wielkie krwawe ofiary, które poniosła ludzkość, pozostaną bezcelowe.

Jakkolwiek zechcecie zadowolić narody, jakkolwiek sprawiedliwi zechcecie być wobec rozmaitych ludów, nie osiągniecie niczego, przerysowując mapę, gdyż pozorna sprawiedliwość wobec jednego ludu będzie zarazem nieprawością wobec innego. Dzisiejsze czasy nie przypominają czasów antycznych: na każdym spornym kawałku ziemi pracował i przelewał swoją krew nie jeden, ale wiele narodów – i jeśli stwierdzicie, że ten czy inny teren ma należeć do tego czy tamtego ludu, Wasz czyn nie tylko będzie niesprawiedliwy: nie zlikwidujecie w ten sposób przyczyny przyszłych konfliktów. „Wyzwolenie”, które przyniesiecie krajowi, będzie jedynie wykrętem oznaczającym, że danemu ludowi dacie prawo panowania nad innymi ludźmi, którzy również urodzili się, pracowali, cierpieli i mają do danego kraju takie same naturalne prawa, jak każde dziecko ma wobec swojej matki. […]

Jedyną rzeczywiście sprawiedliwą decyzją, jaką możecie podjąć, jest: głośno obwieścić, że oficjalną, trwale ustaloną i w pełni gwarantowaną przez wszystkie europejskie państwa jest ta oto naturalna, lecz do dziś niestety nieprzestrzegana zasada: każdy kraj moralnie i materialnie na w pełni równych zasadach należy do wszystkich swoich dzieci.

Znaczy to, że w życiu prywatnym każdy obywatel każdego państwa ma pełne prawo mówić w tym języku czy dialekcie, w którym sobie życzy, i wyznawać dowolną religię; że jeśli w instytucjach państwowych używany jest jeden język państwowy lub miejscowy, to jest to jedynie wygodne ustąpienie mniejszości na rzecz większości, a nie upokarzający hołd składany panującemu narodowi. Ponieważ nazwy narodów, które nadal nosić będzie wiele krajów i prowincji, są główną przyczyną, dla której mieszkańcy jednego domniemanego pochodzenia spoglądają z wyższością na innych, to każdy kraj i prowincja powinny nosić nie nazwę jakiegoś narodu, a jedynie nazwę geograficznie neutralną.

Najlepiej byłoby, gdybyśmy zamiast rozmaitych dużych i małych państw europejskich mieli kiedyś proporcjonalnie i geograficznie zorganizowane „Stany Zjednoczone Europy”. Jeśli jednak dziś jest za wcześnie na rozmowę o tym, należy przynajmniej oficjalną i zgodną decyzją opartą na powyższej zasadzie zlikwidować to wielkie zło, to niewyczerpane źródło stałych walk, które wywołuje identyfikowanie kraju z narodem. Gdy zasada ta zostanie oficjalnie przyjęta i zagwarantowana przez wszystkie państwa europejskie, zniknie główna przyczyna wojen, stałego lęku i niekończących się zbrojeń. […]

Gdy w całej Europie zapanuje absolutna sprawiedliwość polityczna, to znaczy naturalna, wszędzie i dla wszystkich równa, gdy w każdym kraju wszyscy mieszkańcy będą moralnie i materialnie w pełni równi, gdy kraje nie będą dłużej nosić nazw narodów, gdy język państwowy nie będzie miał już charakteru szowinistycznego i upokarzającego i nie będzie podziału na narody-władców i narody-poddanych – wtedy zniknie przyczyna wojen międzyetnicznych; wtedy każdy człowiek będzie mógł spokojnie żyć w swojej naturalnej, jedynie prawdziwej i szczerze kochanej ojczyźnie, nie będzie musiał się więcej bać, że ktoś może mu ją „zabrać”, i nie będzie musiał marzyć o odebraniu ojczyzny innym ludziom.

Wiem doskonale, że nienawiść między narodami nie zniknie nagle, w jeden dzień, jakąkolwiek decyzję podjęliby dyplomaci. Ale dla tej sprawy będą później pracować osoby prywatne, poprzez kazania, nauczanie, przyzwyczajanie itp. Od Was, dyplomaci, oczekujemy tylko, że dacie nam szansę, aby to robić. Wzajemna nienawiść między różnymi narodami świata nie jest niczym naturalnym, tak jak naturalnym nie jest wzajemna nienawiść pomiędzy rodzinami jednego narodu. Nienawiść powoduje jedynie – oprócz łatwo usuwalnego braku zrozumienia i poznania – istnienie ludów uciskających i ludów ciemiężonych, ślepy egoizm, skłonność do oskarżania jednych i naturalną reakcję drugich. Łatwo jest zbratać ludzi wolnych i równych w prawach, jednak niemożliwe jest zbratanie ludzi, wśród których jedni widzą siebie pełnoprawnymi panami innych.

Gdyby nawet jedyną rzeczą, którą uczynicie, było usunięcie etnicznych nazw krajów (sprawa prosta do wykonania), samo to byłoby rzeczą niezwykle ważną, otworzylibyście nową erę w historii Europy. Ponieważ w kraju z neutralną nazwą wcześniej czy później osiągalna będzie naturalna pełna równość wszystkich jego mieszkańców, czego nigdy w pełni i na stałe nie osiągnie się w kraju noszącym nazwę narodu, jako że nieszczęsna nazwa nie tylko uzasadni najpodlejsze niesprawiedliwości w wieloetnicznych krajach wschodniej Europy, ale nawet w krajach bardziej cywilizowanych będzie zaprzątała umysł bodaj najuczciwszych obywateli, wspierając tam opinię i uczucie, iż kraj przynależy do tego tylko narodu, którego nazwę nosi, a wszystkie pozostałe narody są w nim obce. […]

Po straszliwej, wyniszczającej wojnie, która postawiła ludzkość niżej od najdzikszych zwierząt, Europa będzie oczekiwać od was pokoju. Oczekuje ona nie tymczasowego zawieszenia broni, lecz trwałego pokoju, jedynego, który godzien jest cywilizowanej rasy ludzkiej. Lecz pamiętajcie, […] że jedynym środkiem do osiągnięcia takiego pokoju jest usunięcie raz na zawsze głównej przyczyny wojen, barbarzyńskiej pozostałości po najdawniejszych czasach: rządzenia jednych narodów nad innymi narodami.

Warszawa, koniec 1914[1]

Wimereux k. Boulogne-sur-Mer, 6 sierpnia 1905. Wyścigi konne podczas I Światowego Kongresu Esperanto. Przy stole siedzą, od lewej: francuski esperantysta Alfred Michaux, Klara i Ludwik ZamenhofowieFot. Henri Caudevelle / forum / RSW / Forum

Leo Belmont, pisarz, założyciel Polskiego Związku Esperantystów, w mowie podczas pogrzebu Ludwika Zamenhofa

Ludwik Zamenhof, duch genialny, twórca dzieła, ogarniającego miłośnie wszystkie narody ziemi, prorok, wiodący je możnością wzajemnego zrozumienia na drogę braterstwa – nie umarł, bo jest nieśmiertelny! Zamknięte czasu wojny okrutnej granice nie pozwoliły tłumnym orszakom jego czcicieli i uczniów podążyć ze wszystkich kresów ziemi i pochylić w hołdzie zielonych sztandarów esperanta u świętej trumny drogiego mistrza. Odprowadza go w podróż ostatnia tylko znikoma garść ludzka. Bo prawem fatalnym, co ciąży nad wszystkimi wielkimi duchami, które pracują dla przyszłych pokoleń i długich stuleci – genialne dzieło Zamenhofa jeszcze nie jest zrozumiane i ocenione przez ogół wartości. Lecz nie dziwimy się temu… Bośmy w tym orszaku żałobnym, Jego uczniowie i wielbiciele, ogromu Jego dzieła i płodnych tegoż skutków dziś zmierzyć nie jesteśmy w stanie. Nie starczy na to wyobraźni.

Wszakże ten człowiek, którego dziś tak skromnie, tak bez rozgłosu chowamy – człowiek zrodzony kiedyś w ubogiej żydowskiej dzielnicy Białegostoku na ziemi polskiej, kryjący się gdzieś na ulicy Dzikiej [w Warszawie] – z tej ulicy po stopniach chwały trafił do wielkich środowisk Europy i Ameryki i odbierał hołdy monarsze od przedstawicieli najświetniejszych kultur i rozentuzjazmowanych w dni dziewięciu kongresów tłumów!... […] →

Cześć dla Zamenhofa wybuchała gorącym płomieniem miłości u wszystkich narodów różnojęzycznych, wśród których się pojawiał. To była cześć dzieci dla ojca – miłość uczniów dla mistrza. Żaden wielki człowiek nie stykał się bezpośrednio, jak on, z synami i córami tylu narodów. Był to – bez przesady mówiąc – najbardziej ukochany wśród narodów całego świata mąż epoki bieżącej. I chwała jego będzie jedyną. Bo widzą jasno poprzez mgły przyszłości ową chwilę, gdy we wszystkich stolicach świata staną jego pomniki!

A wróżba ta nie zdziwi nikogo, kto wie, że był on jedynym człowiekiem, co za życia już doczekał się pomnika na obczyźnie! Ma Ludwik Zamenhof świetny monument w Franzensbadzie [obecnie Franciszkowe Łaźnie]. […]

Mowa, którą tworzył, dotarła do krańców Oceanu Spokojnego i Atlantyku, obiła się o mury Port Artur [obecnie Lüshun] i Madrytu, rozbrzmiała w Bombaju, Pekinie i Jokohamie, dosięgła puszcz Brazylii, cieśnin Meksyku i miast Stanów Zjednoczonych, trąciła także o fiordy szwedzkie, o skały Szkocji i zielone brzegi Anglii, przeszła nad szczytami Alp i przeskoczyła przez Morze Śródziemne, i znalazła ogniska na wybrzeżach północy i południa Afryki, w australijskim Sydney – rozbrzmiała z kazalnic w kościółkach katolickich Krakowa i znalazła serca bijące miłością we wszystkich częściach świata na obu półkulach globu! […]

Zamknął oczy już nazbyt zbolałe od widoku okrucieństw i spustoszeń wojny i cicho odszedł od nas, kiedy już odejść miał prawo – kiedy świat otwiera oczy ze zgrozą na bezmyślność powszechnych rzezi i zbrodni, a stęsknione ręce wyciąga do mądrego pokoju pod znakiem zbratania się wolnych i równych ludów!

Nieporozumienie nazywało ten czysty idealizm Zamenhofa kosmopolityzmem, zapominając, że on li sercem i czynem wyznawał to, co inni wyznają tylko ustami i co jest wieczystą religią ideału! Ale on był dobrym synem ziemi, na której się urodził: bo w jego duszy właśnie dłużyło się potężnym echem słowo jej wieszcza Mickiewicza, który nawet nieprzyjaciołom swej ojczyzny na dalekiej północy zwiastował sercem gołębim wolną jutrzenkę i który o ludzie wygnańczym, przybyłym ze Wschodu, mówił nie inaczej, jak: „bracia moi starsi Izraelici”.

(Warszawa, 16 kwietnia 1917)[5]

Hector Hodler, szwajcarski pionier ruchu esperanckiego, w przemówieniu na zebraniu esperantystów

Zwróćcie uwagę na ów istotny fakt: Zamenhof stworzył esperanto nie dlatego, że doszedł do wniosku, iż język międzynarodowy jest bardzo pożądany dla wzajemnego zrozumienia intelektualistów; nie działał jak naukowiec na rzecz świata nauki, działał jak człowiek na rzecz ludzkości. Nie stworzył esperanta dla celu czysto naukowego, lingwistycznego, lecz stworzył je dla społecznego celu, dla ogółu. Widział w esperancie środek, z pomocą którego ludzie, ponad barierą narodowości i języka, będą mogli się wzajemnie rozumieć, nawiązywać stosunki w pełnej równości i sprawiedliwości, ponieważ wszyscy będą stać na tym samym neutralnym gruncie. Ta idea go trapiła; idea ta go napędzała, inspirowała, podtrzymywała go, kiedy w obliczu ogromu stojącego przed nim dzieła czuł, że brak mu sił. […] Tym jest określana przez niego wewnętrzna idea esperantyzmu. Nie jest ona dodatkiem, poboczną, oddzielną, prywatną opinią twórcy esperanta, jak sądzą niektórzy esperantyści przyciągani do naszej sprawy wyłącznie jej stroną językową; jest to dusza naszego ruchu, która czyni z niego coś głębokiego, coś swoim znaczeniem wielkiego.

A jednak – i tu leży ważna nauka – Zamenhof był nie tylko idealistą, człowiekiem marzącym w swoim gabinecie o poprawie losu ludzkości. Był on, nie porzucając niczego ze swojego idealizmu, człowiekiem czynu. Nie należy on do tego grona gadatliwych, ale ociągających się mędrców – tych, których zadowalają górnolotne frazesy czy teoretyczne projekty, które, choć doskonałe, nigdy nie będą zrealizowane. On, doszedłszy do przekonania, że jedynie neutralny język ludzki będzie w stanie rzeczywiście ułatwić stosunki między narodami, odważnie pracował na jego rzecz. Myśląc, tworzył. Co czuł, to urzeczywistniał w formie konkretnego, dokładnego dzieła, i w tym to leży oznaka prawdziwego, użytecznego geniuszu: w harmonijnym zjednoczeniu, współdziałaniu myśli oraz czynu.

Inni przed i po nim marzyli o ułatwieniu stosunków międzyludzkich; inni wypracowywali projekty językowe i poświęcali życie na szczegółowe, techniczne prace w dziedzinie języka sztucznego, ale żaden z nich nie powiązał tak blisko wzniosłego myślenia z praktycznym tworzeniem, z tą głęboką znajomością potrzeb i żywotnych postulatów, która zawsze była u niego silna.

Kolejna oznaka jest charakterystyczna i posiada ją każdy prawdziwy twórca: niczego nie bierze od innych, ale sam tworzy, sam cierpi za swoje dzieło, sam je ulepsza. Nigdy nie widzieliście, żeby Zamenhof radził się opasłych tomów lingwistycznych i czuł potrzebę zbadania wszystkich możliwych teorii istoty języków, natomiast wszystko, co potrzebne, znajdował w życiu, oglądając swoje miasto Białystok, będące dla niego jakby miniaturowym, lecz w pełni wiernym obrazem szerokiego, współczesnego świata, z jego międzyplemiennymi waśniami, jego przeciwieństwami językowymi, jego rasowymi szowinizmami. […] Wszystko czuł i wynalazł sam, stale rozważając swoje ustalenia, nie jako krytyk, ale jako twórca oświecony przemożnym ideałem, jako człowiek, który w odrębnościach poszukuje tego, co wspólne, istotne, w końcu neutralne. Tym samym dochodzimy do naprawdę oryginalnego charakteru naszego mistrza: poczucia międzynarodowości. Dla stworzenia języka międzynarodowego zawierającego elementy naturalne, dla urzeczywistnienia tej syntezy istniejących języków koniecznym było, aby człowiek, który miał odwagę się tego podjąć, sam uniósł się ponad swój lud i język, rozszedł się duchem poza granice swojej ojczyzny, wniknął w sposób myślenia rozmaitych narodów, poznał nie tylko surową materię języków, słowa i formy, ale i życie, własnego tych języków ducha; sprawą niezbędną było wejście w nie, odrzuciwszy wszelkie więzy narodowe, rasowe czy językowe, poszukiwanie w tym gęstym splocie wielokolorowych tkanin czegoś dostatecznie wspólnego, dostatecznie akceptowalnego dla wszystkich narodów, czegoś, w czym każdy odnajdzie cząstkę swojego ukochanego języka, w czym respektowane są uczucia narodowe w ich pozytywnym wymiarze. Prawdziwie gigantyczna i niewykonalna wydawała się ta mozolna praca. Sam rozum nie był w stanie jej podołać. Zamenhofowi się jednak powiodło. Choć mieszkał w jednym kraju, potrafił się unieść ponad granice narodów; umiał być międzynarodowym, nie w tym sensie, że wszystko uprościł i wyrównał zgodnie ze swoją jedyną teorią – co było proste – ale w tym znaczeniu, że z różnorodności wydobył coś wspólnego, jednolitego, co owej różnorodności nie zabija, lecz czerpie z niej swoje życie i wdzięk. Można by wykazać, że to uczucie jest wytworem naturalnym, iż życie w mieście czy kraju, który zamieszkuje tyle rozmaitych narodów, że widowisko ich różnic, poszukiwanie jakiegoś wspólnego i przez wszystkich akceptowalnego narzędzia porozumienia wyostrzyło jego poczucie międzynarodowości. Jakkolwiek było, w esperancie stworzył on jedność, równowagę, harmonię wszystkich sposobów myślenia. Język nie jest ani szczególnie romański, ani specjalnie germański czy słowiański; każdy odnajdzie w nim coś z tych systemów językowych – ale jakże cudowna jest obopólna kombinacja, scalenie, wzajemna neutralność tych poszczególnych części! Jak samodzielnym i oryginalnym przedstawia się rezultat tego tkania, nasze esperanto, które wygląda nie jak kostium arlekina, ale jak najprawdziwszy język posiadający własnego ducha dzięki harmonijnemu geniuszowi, który połączył jego podstawowe części, oraz dzięki życiu, które za sprawą nas, jego użytkowników, z niego promieniuje.

(Genewa, 15 grudnia 1919)[6]

Spis źródeł

1. „The British Esperantist” nr 4/1915, tłum. za: Ludwik Zamenhof, Po Wielkiej Wojnie. Odezwa do dyplomatów, tłum. Przemysław Wierzbowski, strona internetowa Białostockiego Towarzystwa Esperantystów, https://espero.bialystok.pl/.

2. Dr Esperanto [Ludwik Zamenhof], Język międzynarodowy. Przedmowa i podręcznik kompletny, Warszawa 1887.

3. List do Alfreda Michaux, Warszawa, 21 lutego 1905, [w:] Walter Żelazny, Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór tekstów, Zakład Wydawniczy „Nomos”, Kraków 2012.

4. List do Nikolaja Afrikanowicza Borowko, 1895 [w:] Walter Żelazny, Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór tekstów, Zakład Wydawniczy „Nomos”, Kraków 2012.

5. „Nowa Gazeta” nr 186/1917 z 18 kwietnia 1917.

6. La Verko de Zamenhof. Parolado farita ĉe la Ĝenevaj Esperantistaj grupoj, okaze de la Zamenhofa Jubileo de H. Hodler, Vic-Prezidanto de U. E. A., Wikisource, tłum. Przemysław Wierzbowski.

7. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na pierwszym Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/.

8. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na drugim Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/

9. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na trzecim Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/

10. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na czwartym Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/.

11. Ludwik Łazarz Zamenhof, Przemówienie na piątym Światowym Kongresie Esperantystów, tłum. Przemysław Wierzbowski, na licencji Creative Commons, Wikisource, https://pl.wikisource.org/.

12. Walter Żelazny, Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór tekstów, Zakład Wydawniczy „Nomos”, Kraków 2012.

Ignacy Jan Paderewski

Ignacy Jan Paderewski

1860–1941

trybun polskiej niepodległości

architekt nowej Europy

pianista-wirtuoz

We wspomnieniach

Wojna została wypowiedziana. Przyszłość Europy, a może i całego świata zagrożona, a z nią zagrożona cała ludzkość. Nowy świat, nowa epoka rozpoczynały się. Także dla mnie zaczynała się nowa epoka – epoka innej, nieprzewidzianej, a jednak przeznaczonej mi kariery. „Następuje koniec mego dotychczasowego życia artysty i to na czas dłuższy – pomyślałem – a może nawet na zawsze”.

Morges (Szwajcaria), lato 1914[11]

W odezwie do Polaków w Ameryce w imieniu Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce

Jestem Polakiem, wiernym synem Ojczyzny. Myśl o Polsce wielkiej i silnej, wolnej i niepodległej była i jest treścią mego istnienia, urzeczywistnienie jej było i jest jedynym celem mego życia. Choć większość lat przeżytych spędziłem wśród obcych, nie sprzeniewierzyłem się jej ani na chwilę i nie sprzeniewierzę nigdy.

Nowy Jork, 22 maja 1915[1]

W przemówieniu na wiecu Polaków (pod pomnikiem Tadeusza Kościuszki)

Od samego początku naszego istnienia, gromadząc własne ziemie, własne jednocząc plemiona, broniliśmy rozproszonej, dręczonej, mordowanej, tępionej przez Niemcy Słowiańszczyzny. Wszelako już w zaraniu dziejów przypadło nam spełniać zadanie, którego żaden inny nie podjął się naród. […] Staliśmy się strażnikiem całej Europy, obrońcą całego chrześcijaństwa, orędownikiem wolności całego Zachodu. I rosły, i rozwijały się, bogaciły się i potężniały europejskie ludy we względnym spokoju, swarząc się tylko między sobą, bo od istotnego, groźnego niebezpieczeństwa bronił ich stale, wytrwale i skutecznie Naród Polski, stojąc u bram Wschodu, krew swoją bez ustanku przelewając za ich wolność. […]

Upadliśmy, ale nie sami! Upadło wraz z nami wszystkich cywilizowanych narodów sumienie i nie oczyści się ono z błota i nie podniesie zgoła, aż my powstaniemy!

Chicago, 30 maja 1915[1]

We wspomnieniach

Po moim przybyciu do Ameryki nie zetknąłem się z objawami wielkiej sympatii dla krajów alianckich. Nie rozumiano ich, a niemałą rolę odgrywała tu świetnie prowadzona propaganda niemiecka. […] Przybyłem do Ameryki z zamiarem obudzenia tam zainteresowania i sympatii dla mego kraju. Sądziłem, że wojna będzie trwała długo i że Ameryka zostanie moralnie zmuszona do wzięcia w niej udziału. Zgodnie z moimi dążeniami i pragnieniami, konieczne dla dobra mego kraju było przystąpienie Ameryki do wojny. Oczywiście nie mogłem o tym mówić ani też czynić nic, co mogłoby sugerować, że prowadzę w tym kierunku propagandę. […]

Propagowanie [amerykańskiej filii] Komitetu [Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce] rozpocząłem tak naprawdę dopiero jesienią 1915; zatonięcie „Lusitanii” [7 maja 1915] mi w tym pomogło [Amerykanie oskarżali Niemców o zatopienie brytyjskiego statku]. […] Rozpocząłem zwyczajowe wizyty, wybierając takie a takie nazwiska, składając różnym ludziom wyrazy szacunku i prosząc o przystąpienie do Komitetu. […] Z każdej strony spotykałem się z niechęcią. […]

Przeglądając gazety, […] otworzyłem niedzielny dodatek do „Timesa”. Spojrzałem na zdjęcie pięknej, trudnej do wymazania z pamięci twarzy. Nie czytając podpisu, powiedziałem do siebie: „Chciałbym poznać tego człowieka”. Potem dostrzegłem nazwisko: pułkownik Edward Mandell House. Przeczytałem tekst obok zdjęcia. Pułkownik House cieszył się największym zaufaniem prezydenta Wilsona, był jego doradcą. Prezydent wysyłał go już dwa razy z misją pokojową do Europy. Pomyślałem: „To człowiek, który musi mi pomóc, i zrobię wszystko, by się z nim spotkać”.

Nowy Jork, jesień 1915[11]

W przemówieniu do Amerykanów podczas koncertu-benefisu poświęconego pomocy dla Polski

Największym nieszczęściem Polski jest jej położenie geograficzne. Na samym krańcu Europy, bez naturalnych granic od niespokojnego Wschodu, przeznaczeniem Polski było zawsze bronić się, jako pierwsza, przed ciosami Tatarów i Mongołów, przed najazdami Turków. […] [W 1683 roku] polska krew uratowała chrześcijaństwo, polska odwaga uratowała zachodnią Europę przed nieuniknioną inwazją, od niechybnego zniszczenia.

Jak szczęśliwe są kraje zachodniej Europy! Mogły one mniej lub bardziej normalnie zająć się własnymi sprawami, rozwinąć handel i przemysł, gromadzić bogactwa, mogły oddać się nauce, sztuce, cieszyć się przyjemnościami życia, bo między nimi a prawdziwym niebezpieczeństwem stał niewzruszony mur strzegący ich dobrobytu, mur zbudowany z piersi polskiej szlachty. […]

Całemu naszemu narodowi grozi zagłada – wyginie z głodu. Jeśli pomoc nie nadejdzie niezwłocznie, jeśli zawiedzie hojność tego jedynego wielkiego narodu, który może nam udzielić wsparcia, wkrótce nie pozostanie na polskiej ziemi nikt, prócz obcych żołnierzy. […] Wierny polskiej tradycji, zgodnie z duchem naszych przodków, nie szukam wsparcia jedynie dla tych, co są mojej krwi lub wiary, ale dla wszystkich, bez różnicy rasy, wyznania lub poglądów, dla wszystkich, którzy dzielą to nie do opisania nieszczęście mojego kraju.

[…] Proszę was: mówcie o Polsce waszym życzliwym, dobrym przyjaciołom. Powiedzcie im, że hen, daleko od waszego kwitnącego, zasobnego, szczęśliwego kraju, żyje w ogromnej nędzy wielki naród, zgnębiony biedą, a jego cierpienia przekroczyły wszelkie granice ludzkiej wytrzymałości.

Chicago, 5 lutego 1916[11]

We wspomnieniach

Połączone komitety pomocy wszystkich krajów, które miały siedziby w Nowym Jorku, zwróciły się do prezydenta Wilsona z prośbą o audiencję. Oczywiście zatelefonowano także do mojego Komitetu i poproszono, bym jako przewodniczący przyłączył się do nich. Prezydent […] wyznaczył na audiencję dzień 6 listopada, to jest nazajutrz po wydaniu i opublikowaniu na całym świecie wspomnianego manifestu [Aktu 5 listopada – zapowiedzi utworzenia Królestwa Polskiego pod niemieckim i austriackim protektoratem]. Pojechałem. […]

Rozmawiałem z prezydentem blisko dwie godziny. Zapytał o manifest, który mu objaśniłem, a potem powiedział do mnie:

– Jestem bardzo zadowolony, słysząc, że pan potwierdza moją opinię.