Poza mną - Bianca Okońska - ebook

Poza mną ebook

Bianca Okońska

3,6

Opis

Jako terapeutka wie, że to nic dziwnego, że miłość sprzed lat staje nagle w drzwiach z zamiarem, by wszystko naprawić. Zdaje sobie również sprawę, że niełatwo uchronić się przed popełnianiem tych samych błędów. Jej małżeństwo rozpadło się kilka lat temu.

Bardzo dobrze potrafi słuchać innych. Nie słyszy samej siebie. Szczególnie teraz, gdy On – ten, który kiedyś tak bardzo ją zranił – stoi przed nią, zmuszając ją do zweryfikowania wielu poprzednich wyborów.

Tego samego dnia w drzwiach jej gabinetu pojawia się chłopak, tak bardzo do Niego podobny. Jego widok budzi jeszcze więcej wspomnień i całkowicie burzy wypracowaną przez lata terapeutyczną monotonię.

Poza mną” to przejmujące, gorzkie studium toksycznej relacji i sztuki dokonywania ważnych wyborów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




(…)

Zobacz, mówiłam, ta odległość między nami

jest jak jedwabny szal: otulam się nią i już jestem

z tobą. Słyszysz, jak szybko bije mi serce?

Czujesz mój oddech splątany z zapachem alg?

To nic, że właśnie teraz pochylasz się nad jakimś innym

ciałem; żadna inna kobieta nie ukołysze cię do snu

z tak daleka szumem morza w skroniach, żadna inna

nie pocałuje cię czulej ostatnim promieniem zachodu,

żadna tak szczelnie nie otuli cię nocą, ażebyś mógł

kochać się z tamtą najtkliwiej, jak umiesz.

Kimkolwiek ona jest.

(…)

Nie, nie mam do ciebie żalu: tak pięknie kłamałeś,

zapewniając, że przyjdziesz. Tak bardzo kochałam

twoje kłamstwo. W twoim kalendarzu pod tamtą datą

jak żywe źrenice wciąż ciemnieją zapomniane litery

mojego imienia.

Kiedyś Bóg tak na ciebie popatrzy czarnymi źrenicami, pytając:

„Czy wiesz, że tego dnia nawet JA tobie ufałem?”

– Adriana SzymańskaList znad morza do pewnego kłamcy

Zerkam na zegarek. Spóźnia się. Notuję spóźnienie na górze czystej kartki. Krzyżuję nogi. Rozprostowuję. Wyciągam przed siebie dłonie. Obracam obrączkę z białego złota na palcu. Przyglądam się jej chwilę. Mimo upływu lat nadal jest dla mnie jak nieprzemyślany tatuaż. Jak ta mała palma na mojej prawej kostce, którą wytatuowałam sobie bez zastanowienia na wakacjach w Tunezji kilka lat temu. Dziś rozlewa się w bezkształtną plamę. Mimo wszystko nie jestem w stanie się jej pozbyć.

Poprawiam się na fotelu. Skóra, którą jest obity, nieprzyjemnie skrzypi. Trzeba było najpierw na nim usiąść, wypróbować, zanim go wybrałam. Tak jest chyba ze wszystkim w życiu, nie wolno wybierać spontanicznie. To nierozsądne. Nalewam wodę do szklanki, cały czas uważnie obserwując drzwi. Niemal ją rozlewam. Zawsze się stresuję. Robię to już tyle lat, a za każdym razem jestem spięta, zasycha mi w gardle i czuję, jakby moje ciało się kurczyło, obrzydliwie, jak rodzynka. Nie sądzę, by kiedykolwiek miało mi to przejść.

Najbardziej nie lubię, gdy się spóźniają. Rodzynek też nie lubię.

Jestem punktualna. Zawsze na czas. Nawet gorzej – najczęściej przychodzę przed czasem. Ostatecznie skazując się na ciągłe czekanie. Za wcześnie wyprowadziłam się z domu. Za wcześnie dorosłam. Za wcześnie zakochałam się na całe życie. Za szybko wzięłam ślub. Za szybko się rozwiodłam, nie oponując przeciwko czyimś decyzjom. Zbyt wcześnie przestałam czekać na cokolwiek. Wiele rzeczy przyszło do mnie też za wcześnie. I za łatwo.

Nie wiem, dlaczego to robię, skoro czuję się z tym tak źle. Nie lubię obserwować, jak z minuty na minutę moje zdenerwowanie urasta do rozmiarów, które trudno mi jest zatuszować żakietem, okularami i trzymanym na kolanach notesem. Coraz mocniej zaciskam palce na długopisie. Przyglądam się, jak bieleją moje opuszki.

Rozluźniam dłonie, gdy ciepły wiatr szarpiący zasłonami w otwartym oknie przypomina mi, że jest lipiec. Lubię ten miesiąc. W lipcu jest spokojniej. Ciszej. Smutki rodzą się raczej zimą, wiosną i latem znikają, blakną w słońcu. Stają się nieważne, jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg.

Najwięcej tak zwanych młodych dorosłych przychodzi w listopadzie. Przyjeżdżają do Krakowa z całej Polski, z tych swoich okolicznych wiosek, i tracą grunt pod nogami. Nie potrafią się odnaleźć. Część z nich ma pieniądze od rodziców, ale zupełnie nie umie ich wydawać. Nie wiedzą, jak oddychać w mieście, które przez wiele miesięcy roku dusi smogiem. To miasto, pełne możliwości, kultury, imprez i dźwięków, staje się dla nich klatką, z której chcieliby jak najszybciej uciec, ale utykają między prętami. Coś ich tu trzyma. Wtedy przychodzą do mnie. Żeby usłyszeć, że to zupełnie normalne. Że ja też tak miałam. Że trzeba tylko przetrzymać najgorszy czas, ten, w którym wszystko jest obce, złe, zbyt jasne, zbyt głośne i zbyt straszne. W końcu przywykają i latem, gdy leżą pijani na trawniku miasteczka studenckiego, w ramionach dziewczyny lub chłopaka, już nie pamiętają, jak płakali w fotelu stojącym naprzeciwko mnie. Jest lipiec. Już nie boją się Krakowa. Wierzą w słowa, które szepcze im do ucha miasto lub ten chłopak, ta dziewczyna. Oswoili bestię.

W lipcu przychodzą inni, młodsi. Przychodzą lub – częściej – są przyprowadzani. Nastolatkowie, którzy targani nudą, postanowili przepić całe wakacje. Dla nich, wychowanych w tym mieście, możliwości zaczynają się wyczerpywać, kiedy mają po siedemnaście lat. I tak jak ci poprzedni zaczynają marzyć o ucieczce, ale gdzieś dalej – do Londynu, Paryża czy Stanów. Chcą robić karierę. Miasto już ich nudzi. Jest za małe, zbyt ciasne, za ciche. Upijają się każdego wieczoru rozwodnionym piwem kupionym na lewy dowód i palą papierosa za papierosem. Szukają wrażeń, których przestaje dostarczać alkohol, i żeby tylko zmieścić się między prętami tej klatki, rozpuszczają swój umysł w coraz większej ilości substancji psychoaktywnych. Przyprowadzają ich rodzice, świadomi, że to tylko taka faza. Mają pewność, że ich dzieci pojadą do tych swoich wielkich zagranicznych miast i będą robić karierę. Trzeba ich tylko odtruć. Ja odtruwam. Mówię im, że to normalne. Widziałam już trochę. „Normalność” stała się dla mnie bardzo pojemnym słowem.

Czasem jednak trafi się ktoś inny. Ktoś, kto zapada w pamięć. Jak ona. Pamiętam tę drobną blondynkę. Jej kolana były tak chude, że przez gruby dżinsowy materiał widziałam dokładnie kształt jej rzepek. Rurki na jej nogach były niczym dzwony, a dżinsowa kurtka jak obszerny płaszcz. Miała wyjechać do Paryża. Być modelką. Chciała chodzić na castingi, podróżować po świecie, spacerować po wybiegu w jedną i drugą stronę w absurdalnie wysokich za małych szpilkach. Zaczęła palić marihuanę, by celowo zwiększać odczuwany głód, i tak już ogromny przez kolejne diety.

– Nie powinnaś raczej palić papierosów, żeby stłumić uczucie głodu? – zapytałam, celowo nadając pytaniu charakter niewinnego żartu. – Myślałam, że tak robią modelki.

– Od kiedy pamiętam, wszystko robiłam po to, żeby czegoś nie czuć. Teraz palę zioło, bo chcę czuć chociaż to, jak ssie mnie w żołądku. Chcę czuć to jeszcze bardziej.

Przerwała terapię. Któregoś dnia po prostu przestała przychodzić. Sądziłam, że wyjechała do Paryża i teraz leżąc co wieczór na kamiennym brzegu Sekwany, pali skręta i wpatruje się tymi swoimi niezwykle błękitnymi oczami w nurt rzeki. Ale nie. Zaszła w ciążę. Z zupełnie przypadkowym chłopakiem. Na imprezie w klubie, który był równie przypadkowy. Mając osiemnaście lat, urodziła zdrowego ślicznego chłopca, któremu dała na imię Jacques. Francuskie imię na pamiątkę Paryża, którego miała nigdy nie zobaczyć.

Dowiedziałam się tego wszystkiego od jej matki, gdy kompletnie rozbita i zrozpaczona usiadła pewnego dnia w fotelu, w którym rok wcześniej siedziała jej drobniutka córka:

– Tak okropnie przytyła. Tak okropnie wygląda. – Tak okropnie nie tak.

Matka wylewała łzy nad każdym kilogramem, który przybrała jej niegdyś przepiękna córka. Taka była z niej dumna jeszcze chwilę temu. Kilka kilogramów i rozstępów temu była spełnieniem jej marzeń. Teraz matka płakała, jakby ktoś zepsuł jej przepiękną laleczkę. Próbowałam jej współczuć, ale w głowie miałam tylko myśl, że ten chłopczyk być może tę dziewczynę uratował. Może urodził się właśnie po to, by ją uratować. Uszczypnąć malutkimi paluszkami w blady policzek i sprawić, by w końcu coś poczuła. By w końcu zrobiła się głodna życia. Nie wiem tego na pewno. W pracy muszę polegać wyłącznie na tym, co mi się wydaje. Czasem też na pierwszych wrażeniach.

Kiedy o niej myślę, mam przed oczami pożar katedry Notre Dame. Już pierwsze zdjęcie płonącego gmachu, które zobaczyłam w jakimś serwisie informacyjnym, zabolało mnie bardziej, niż sądziłam. Pamiętałam jeszcze dokładnie, jak zwiedzałam Paryż z moją najlepszą przyjaciółką w ramach babskiego wyjazdu, a rzygacz na szczycie katedry uśmiechał się ironicznie do naszych pijanych wybitnym francuskim winem twarzy. Gdy zobaczyłam film z upadającą główną iglicą katedry, przypomniała mi się właśnie ta blondynka.

***

Rozlega się pukanie. Nienawidzę spóźnialskich. Nienawidzę rodzynek. Rozluźniam dłoń i wygładzam nogawki swoich spodni. Całe moje ciało rozprostowuje się nagle jak cienki zwiewny materiał pod ciężarem upuszczonego na niego rozgrzanego żelazka. Rozciągam szyję, dociskając uszy do barków, rozmasowuję kark. Wypuszczam z płuc powietrze, jakbym się upewniała, że starczy mi go na wypowiedzenie kolejnego słowa:

– Proszę.

Należy podnieść żelazko, nim materiał się przypali.

Drzwi się otwierają, jakby osoba wchodząca do środka była o nie oparta i ktoś po mojej stronie nagle nacisnął na klamkę. Chłopak właściwie wpada do pomieszczenia.

Zgarbiony, na oko osiemnastolatek, przekracza próg mojego gabinetu. Rozluźniam się jeszcze bardziej, bo on jest bardziej spięty ode mnie. To na pewno nieetyczne, ale zawsze dodaje mi odwagi. Chłopak siada i zaczyna mówić.

Jest ubrany w zbyt obszerną bluzę z kapturem. Chyba ma znaczenie, że jest czarna, a na jej przodzie widnieją jakieś fikuśne napisy. Najprawdopodobniej w języku angielskim, ale sposób wygięcia liter w każdą z czterech stron świata zupełnie uniemożliwia mi odczytanie sensu słów. Spodnie zwisają z jego chudego ciała tak, że siadając, prawie je z siebie ściąga. Znałam już chłopaka, który w ten sposób nosił swoje spodnie. Buty, które ma na sobie, są brudne i poprzecierane w wielu miejscach. Sprawiają wrażenie, jakby nieraz musiał skakać w nich przez płot, uciekając przed goniącą go strażą miejską. Buty tamtego chłopaka zawsze były nieskazitelnie czyste. Czuję zapach zwietrzałego alkoholu. Alkoholu, który najpewniej próbował zmyć z siebie szybkim porannym prysznicem i zatuszować tanimi perfumami z drogerii. Przez chwilę z mieszanki zapachów starych i nowych wyłuskuję jeden, dobrze mi znany. Wstrzymuję oddech, by go nie czuć. Jestem tu i teraz.

Jest skacowany. Ale w jego oczach, gdy tylko udaje mi się pochwycić jego wzrok, jawi się butna pewność siebie. Jakieś dziwne przekonanie o sobie samym wsparte pewnie licznymi komplementami równoletnich koleżanek. Śmierdzi alkoholem, ma brudne stare ciuchy, garbi się, ale coś buduje jego poczucie własnej wartości. Ma w sobie coś ważnego. Mimo że nie jest umięśniony i ma asymetryczną twarz – jest przystojny. Ma to szczęście, że jest obdarzony urodą, która przyciąga wzrok. Ta uroda utrudnia mi określenie jego dokładnego wieku.

Uśmiecham się najżyczliwiej, jak umiem, i wsłuchuję w jego opowieść. Śledzę każdy ruch. Oglądam go jak film. W pewnym momencie zatracam się w zasłuchaniu tak, że gubię sens jego słów. Z upływem czasu zmieniają się w niewyraźne brzęczenie osy latającej blisko mojego prawego ucha. Są dla mnie tak samo pozbawione znaczenia jak te napisy na jego bluzie. Nie mam pojęcia, co mówił do mnie przez ostatnią godzinę. Monotonny dźwięk przerywa krótkie oświadczenie:

– Myślę, że mam depresję.

Uśmiecham się delikatnie, powoli. W skupieniu napinam poszczególne partie mięśni twarzy. Próbuję zyskać tym na czasie. Wyprowadził mnie z równowagi. Odruchowo sięgam dłonią do linii włosów tuż nad czołem. Gdy się stresuję, wyrywam sobie pojedyncze włosy dokładnie w tym miejscu. Walczę z tym odruchem. Chwytam teraz kilka włosków, zaciskam je w palcach i ostatecznie zostawiam w spokoju. Mówią na to trichotillomania. Staram się tego nie nazywać. Po prostu wiem, że wyrywam sobie włosy z głowy, gdy zaczynam się stresować.

Mam wrażenie, że chłopak nie mówi do końca serio. Może tą autodiagnozą zwyczajnie próbował zwrócić na siebie moją uwagę. Może wyczuł, że trochę mnie tu nie ma. Wytrącił mnie z nieobecności.

W takich momentach zawsze mam ochotę wstać i po prostu wyjść. Naprawdę. Gdy ktoś mówi do mnie: „Mam depresję”, wyobrażam sobie, że wstaję, chwytam torebkę wiszącą na wieszaku, naciskam klamkę i wychodzę na ulicę. Oddycham głęboko krakowskimi spalinami i wyjmuję telefon. Dzwonię do męża. Mówię mu, że miał rację, nie nadaję się do tego, pieprzę to i wracam domu. Proszę go jeszcze, żeby nastawił wodę na herbatę, i kończę z tym raz na zawsze. Jednak coś powoduje, że nigdy tego nie robię. Może fakt, że nie mam już męża. Że tak bardzo boję się konsekwencji tej decyzji i tego, że już nie będę mogła się wycofać. Może zwyczajnie nie wiem, co innego miałabym robić. Albo nawet wiem, tylko na tę jedną rzecz, którą mogłabym robić, nie jestem wystarczająco odważna. Nawet jeśli często czuję się bardziej chora od moich pacjentów i naprawdę się boję, że któregoś dnia po prostu wyjmę z torebki banknot stuzłotowy i dam go rozmówcy, prosząc, by zapłacił z tej kwoty komuś, kto jest w stanie mu pomóc – to i tak zostaję. Wciśnięta w ten cholerny skrzypiący, obrzydliwie drogi fotel. Nie z powodu powołania. Nie dlatego, że wkładam serce w to, co robię. Po prostu podjęłam taką decyzję. Może jestem po prostu uparta. Może lubię robić sobie na złość.

Jednym z objawów wypalenia zawodowego jest właśnie cynizm wynikający z poczucia bezsensu i obniżanie oceny własnych dokonań. Może dlatego wydaje mi się, że nie umiem im pomóc, chociaż bardzo często jednak pomagam. Sama nie wiem. Nie wiem, czy wierzę w wypalenie zawodowe.

Wierzę za to, że mój mąż nie bez powodu w dniu, w którym powiedziałam, że zamierzam pracować w wyuczonym zawodzie, spojrzał na mnie, jakbym właśnie oznajmiła, że kupiłam nam małą foczkę i będę ją teraz trzymać w wannie.

Nie musiał nic mówić. Spojrzenie wystarczyło. Sama o sobie wiem, że jestem tak zwaną trudną osobą. Właśnie to stwierdzenie chyba najlepiej mnie opisuje. Mam wiele lęków, natręctw, strachów, które rosły razem ze mną od dziecka. Teraz są już dorosłe. Tak jak ja. Nie odnajduję się dobrze w sytuacjach ekspozycji społecznej. Boję się autobusów, tramwajów, mostów, tłumów, kościołów. Długo bałam się nawet ubrań w intensywnych kolorach, bo byłam pewna, że ściągają na mnie niepotrzebne spojrzenia. Ubierałam się wyłącznie na czarno. Jestem trudna, wiem to, ale wiem też, że umiem słuchać. Jestem naprawdę dobra w słuchaniu. Nie tak jak te osoby, które wysłuchują tylko połowy czyjejś historii, bo już się zastanawiają, co sami mają ciekawego do powiedzenia. Nie zastanawiam się nad tym, jak mogłabym swoimi słowami zaimponować rozmówcy. Może dlatego, że moje poczucie własnej wartości jest dosyć niskie i zakładam, że nie mam aż tak wiele interesujących rzeczy do powiedzenia. Wolę słuchać i dlatego zdecydowałam się ze sobą zmierzyć. Chciałam to zrobić mimo tego, że wiele moich cech nie predysponuje mnie do pracy w tym zawodzie. Może kiedyś wyczerpią się moje zasoby poznawcze i chęć udowodnienia czegoś sobie i światu. Może kiedyś wyjdę stąd i zwyczajnie nigdy nie wrócę. Sama zrobię sobie herbatę. Przecież umiem.

Pytam chłopaka o to, jakie objawy depresji zdołał u siebie zaobserwować, i z ulgą stwierdzam, że właśnie minęła ta niezręczna godzina wzajemnego wpatrywania się w siebie. Mnie minęła głównie na fantazjach o herbacie. To okrutne, wiem. Ale teraz po prostu się cieszę, że to już koniec. Nie jest to mój najlepszy dzień.

***

Żegnamy się i jeszcze raz próbuję spojrzeć mu w oczy. Szukam czegoś pod tą butą. Mam wrażenie, że coś próbuje spod niej wyjrzeć. Bardzo nieśmiało. Chcę ją zeskrobać i dotrzeć głębiej. Zobaczyć coś więcej. Gdy już myślę, że to mam, wyślizguje się. Nie mogę tego rozpoznać, ale czuję, że to coś znajomego. Już to kiedyś widziałam. Jakiś znajomy smutek. Nie rozumiem dlaczego, ale jestem zaintrygowana. Może to wina jego czekoladowych oczu.

Kiedy drzwi się za nim zamykają, przyglądam się znowu własnym dłoniom. Zapominam o chłopaku w sekundzie, w której znika z mojego pola widzenia. Dziwię się temu. Kiedy zdążyłam się tak zestarzeć? Zmarszczki na moich knykciach są wyraźne i głębokie. Nie tak zapamiętałam swoje dłonie. Jeszcze niedawno były zupełnie gładkie, a może to tylko ja próbowałam w pamięci zatrzymać czas. Zresztą w ten sposób próbowałam zatrzymać proces starzenia nie tylko u siebie. Wszyscy, których kocham, w mojej pamięci są młodsi.

***

Czasem myślę, że kiedy miałam szesnaście lat, mój umysł trafiła szklana drzazga, która uniemożliwiła mi rozwój dorosłego postrzegania rzeczywistości. Dlatego tak dobrze pracuje mi się z młodzieżą. Już dawno nie jestem nastolatką, ale nie mam problemu, by spojrzeć na świat ich niedojrzałymi, zagubionymi oczami. Zachowałam w sobie coś z tamtej siebie. Przez większość czasu staram się nie pamiętać, co to było. Kim było. Staram się być dorosła, poważna. Czasem nie wychodzi i znowu przeżywam za mocno. Nauczyłam się żyć w tej hybrydzie. Czasem tylko trzeszczą mi kości, gdy próbuję biec za szybko.

Wstaję z fotela. Znowu skrzypi. Zabieram swoją torebkę. Wkładam płaszcz i zamykam za sobą ciężkie drzwi gabinetu o nienaoliwionych zawiasach.

Gabinet mieści się w starej ciemnej kamienicy w jednej z bocznych krakowskich uliczek w centrum miasta. Zerkam na zegarek. Jest kilka minut przed osiemnastą. Jestem zmęczona. Kiedy wlokę się ulicą, nigdy się nie odwracam. Zostawiam kamienicę za sobą. Nie wiem, czy jeszcze staram się komuś tą pracą coś udowodnić. Pokazać swoją wartość, przydatność. Teraz po prostu jej potrzebuję, by mieć jakiś cel. Jakikolwiek.

***

Byliśmy świeżo po ślubie, gdy zmarła babcia mojego męża.

Mówię „męża”, chociaż nie jest już moim mężem. Jednak określenie „były mąż” wydaje mi się sformułowaniem niestosownym. W końcu miałam tylko jednego, nikt po nim nie nastąpił, więc równie dobrze mogę go nazywać mężem. Może znowu próbuję zatrzymać upływ czasu.

Babcia mojego męża jeszcze kilka miesięcy wcześniej szykowała garsonkę na naszą uroczystość, teraz wybierali jej podobny fason do trumny. Właściwie obie stylizacje się zmarnowały. Spotkałam się z nią tylko kilka razy. Była uroczą staruszką, która wmuszała we wszystkich gości absurdalne ilości jedzenia. Ale jej historia miała pewien niestandardowy zwrot, który powodował, że nie była wcale zwyczajna.

Rozwiodła się z dziadkiem mojego męża krótko po przyjściu na świat ich syna. Zrobiła to w czasach, w których nie wypadało kobiecie odejść od mężczyzny z powodu zdrady. Zresztą nie wypadało robić tego bez względu na przyczynę. Szczególnie gdy na świecie były dzieci. Kobieta miała być dzielna. Miała zagryźć zęby i nadstawić kochance drugi policzek. Jej mąż wpadł we wściekłość, potem rozpacz, ale przy rozwodzie oddał jej oba mieszkania w centrum Krakowa, których dorobił się w młodym wieku, przejąwszy warsztat jubilerski swojego ojca. Babcia twierdziła, że do końca wierzył, że ten gest zapewni mu wybaczenie. Nie wybaczyła – odeszła z dwoma mieszkaniami, górą pieniędzy i ślubną biżuterią, którą przerobiła sobie na piękne kolczyki. Nosiła je każdego dnia. Twierdziła, że przypominają jej o tym, jak dobrą decyzję wtedy podjęła.

Sama potem dorobiła się też własnych pieniędzy na jakimś niewiadomym biznesie. Nigdy nie zdradzała szczegółów. Nawet mojemu mężowi, który był jej ulubieńcem. Zapewniła więcej niż godny byt swojemu synowi, jego żonie, a potem także ukochanemu wnukowi. Nie wyszła ponownie za mąż.

Gdy spotkałyśmy się pierwszy raz, chwyciła mnie mocno za rękę. Boję się dotyku obcych ludzi, więc poczułam się nieswojo. Poinstruowała mnie z uśmiechem:

– Jeśli cię zdradzi, zostaw go. Kocham go, ale jeśli zrobi coś takiego, odejdź i nie poświęć mu nigdy więcej choć jednej myśli. Nie zastanawiaj się. Zostaw.

Gdy opowiedziałam to mojemu mężowi, zaśmiał się tylko pod nosem:

– Kocham ją, mimo że to trudna osoba.

Okazało się, że miał masochistyczną słabość do trudnych osób. Mieliśmy coś wspólnego.

Po jej śmierci jedno z mieszkań przypadło w spadku właśnie mojemu mężowi. Nie mieliśmy pomysłu, co z nim zrobić. Mieszkaliśmy w mieszkaniu, które rodzice kupili mu jeszcze na studiach. Żadne z nas nie miało głowy ani talentu do zajmowania się sprawami wynajmu. Postanowiliśmy je sprzedać i wydać część pieniędzy na wymarzony wyjazd do Nowego Jorku. Temat mieszkania został zamknięty. Nigdy nawet w nim nie byłam. Babcia Zosia podobno do niedawna wynajmowała je jakiejś staruszce za bezcen, ale wchodzenie na piąte piętro w kamienicy stało się dla lokatorki zbyt dużym wysiłkiem.

Miałam wtedy gabinet już ponad półtora roku. Moje życie było podzielone pomiędzy dwie przestrzenie: dom i gabinet.

Gabinet jest schronieniem dla innych. Moją areną, na której mierzę się z własnym lękiem, próbując ocalić innych przed burzą. Brakowało mi przestrzeni, w której to ja czułabym się bezpiecznie. Nie miałam takiego pokoju, gdzie będąc sama, mogłabym się nie bać. Potrzebowałam spokoju.

Aż do dnia, gdy mój mąż po prostu wręczył mi klucz i karteczkę z adresem:

– Musisz pojechać tam sama. To tylko twoje miejsce. Nikt oprócz ciebie nie ma prawa postawić tam stopy. Twoi pacjenci zostają za drzwiami. Ja zostaję za drzwiami. Świat zostaje za drzwiami. Wszystko tam posprzątałem i wyniosłem graty. Możesz tam nago tańczyć do piosenek Florence and the Machine albo leżeć na parkiecie i gapić się w sufit. Możesz też malować ściany każdego tygodnia na inny kolor. Jest twoje. Tylko twoje. Zrób z nim, co tylko ci się spodoba – a jestem prawie pewien, że spodoba ci się widok.

Siedząc w pustoszejącym o tej godzinie tramwaju, przypominam sobie dzień, w którym pierwszy raz przekręciłam klucz w tamtych drzwiach. Przypominam sobie, że mówił o Florence and The Machine. Jeszcze nie wiedział. Miał się nigdy nie dowiedzieć. Wtedy nie miałam pojęcia, co zrobić z tak wielkim i zaskakującym prezentem. Mieszkanie było dla mnie jak słoń w karafce. Chciałam zrozumieć, skąd się wzięło, jak się zmieściło w moim maleńkim i jedynie pozornie poukładanym życiu. Dryfując nagle, zupełnie przypadkowo przybiłam do brzegu bezludnej wyspy. Mogłam na niej zasiać cokolwiek, ale zupełnie nie znałam się na uprawie roślin. Żyzna ziemia w moich dłoniach stawała się jałowa jak pustynny piasek.

Opieram czoło o zimną i wilgotną szybę, zamykam oczy i w myślach znowu przekraczam ten próg. Czuję się jak dziewczynka, która odnalazła klucz do tajemniczego ogrodu. Kiedy weszłam do środka, usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Spoglądałam na oszkloną ścianę, za którą znajdował się balkon, a w oddali błyszczała bazylika Mariacka. Teraz wiem, że gdyby nie to miejsce, nie byłabym w stanie robić tego, co robię. Zrozumiałam pewnego dnia, że ten prezent od mojego męża, od jego babci miał być moim lekarstwem na to zawodowe wypalenie – i bardzo długo nawet nim był.

Wstawiłam do mieszkania niewiele mebli. Kilka regałów na książki. Urządziłam kuchnię i łazienkę. Pod ścianą w salonie stanęło obszerne białe biurko i wygodny fotel w odcieniu tego samego wina, które trzymałam na stojaku obok. Przytargałam drukarkę i sprzęt grający. To wystarczyło. Mogłam chociaż kilka chwil być zupełnie poza wszystkim. Osobno. Jak ktoś, kto upozorował własną śmierć.

Dziś to mój jedyny dom. Zawsze po wejściu do kamienicy wrzucam telefon ustawiony na tryb samolotowy do skrzynki na listy. Wiem, że nie będzie mi się chciało po niego schodzić pięć męczących pięter w dół. Jest mi zbędny. Czułam się tutaj bezpieczna od pierwszej chwili. Jakbym stała się jednością z tym mieszkaniem. Jakby jego zmęczony miejscami parkiet doskonale rozumiał moje równie wyczerpane dłonie. Może nawet odrobinę czułam obecność tej odważnej i stanowczej kobiety, do której wcześniej należało i której odwaga dodawała mi otuchy.

***

Przekręcam klucz w drzwiach, zatrzymuję się przy skrzynce na listy. Wrzucam do niej telefon i kilka razy się upewniam, że na pewno ją zamknęłam. Chociaż mam świadomość, że raczej nikt nie wpadłby na to, żeby szukać telefonu, który można ukraść, akurat w skrzynce na listy. Wnoszę swoje ciało na górę po ciężkich kamiennych schodach i zatrzaskuję za sobą drzwi. Z hukiem. Jakby to miało sprawić, że będą zamknięte bardziej. Osuwam się na podłogę i zamykam oczy. Wdycham łapczywie ciężki zapach drewna, który wydobywa się z każdej szczeliny mieszkania. Z czasem zapach ten stał się moim środkiem uspokajającym. Mieszkanie mnie koi. Poddasza o każdej porze roku mają inny zapach. Latem są nagrzane i pachną tak, jakby miały zaraz stanąć w ogniu.

Jest gorąco i lepko. Wszystko, co łączyło mnie z pracą, zostawiłam w innej kamienicy. W innej części miasta. Obiecałam sobie nigdy nie wnieść do tego mieszkania mojego gabinetu. Nadal się tego trzymam. Na razie. Mam wrażenie, że ostatnie lata mojego życia są właśnie „na razie”. Dopiero potem wymyślę, co zrobić dalej.

Początkowo zupełnie nie wiedziałam, co mam począć z tym mieszkaniem. Siedziałam sama i przyglądałam się pęknięciom w ścianach. Głaskałam drewniany parkiet i czekałam na jakiś pomysł. Na podpowiedź od babci Zosi. Czekałam, aż znowu chwyci mnie za rękę i powie coś kategorycznego. Coś, czemu absolutnie nie wypada się przeciwstawić.W pęknięciach na suficie szukałam wyrysowanej podpowiedzi, jakiejś mapy. Miałam teraz pod opieką słonia i nie miałam pojęcia, co jedzą słonie. Początkowo więc nie robiłam nic istotnego – po prostu tu byłam. Marnowałam czas.

Dopiero mój mąż przypomniał mi, że kiedyś powiedziałam mu, że bardzo lubię pisać. To było na samym początku naszej znajomości. Powiedziałam mu to, bo chciałam zobaczyć jego reakcję. Nic więcej. To było jedno z tych pytań, które więcej wniosło do decyzji o tym, że za niego wyjdę, niż oczywiste: „Czy za mnie wyjdziesz?” – zadane dużo później przez niego.

– Może powinnaś do tego wrócić. Wiesz, work-life balance i te sprawy. Po pracy pisz historie o odważnych kobietach, lękliwych facetach i dziewczynkach, które trenowały tajski boks. Nie wiem, co tam przyjdzie ci do głowy. O, na przykład o babci Zosi nieustraszonej.

Pierwszego wieczoru, gdy w mieszkaniu stanęło biurko i otworzyłam na nim swój komputer, przez godzinę gapiłam się w otwartą białą kartę Worda. Byłam zirytowana. Nie miałam nawet jednego pomysłu. O czym miałabym pisać? Zawsze myślałam, że aby pisać, trzeba mieć jakieś przeżycia. Ja żyłam życiem innych. Żyłam „na razie”.

Absurd. Obraziłam się na świat. Nie jestem pisarką. Nie mam talentu. Nie jestem kreatywna. Nie potrafię. Nic nie potrafię. Seria fałszywych przekonań zalęgła się w moim umyśle i nawet mój terapeutyczny racjonalizm nie był w stanie mi w tamtej chwili pomóc. Poza tym pisanie przypominało mi o marzeniach, które porzuciłam, nawet nie podejmując wyzwania. Byłam wściekła, że mąż mi o tym przypomniał. Chciałam zapomnieć, kim planowałam być, kiedy jeszcze miałam jakiś pomysł na siebie. Chciałam zapomnieć o dniu, w którym zapisany moim ręcznym pismem notes zniknął na zawsze zatrzaśnięty w biurku w mojej kawalerce. O dłoniach, które go wtedy trzymały. Kompletnie mi to nie wychodziło. Tak samo jak pisanie. Trzasnęłam ze złością klapą komputera i zaczęłam masować skronie. Przestałam myśleć, szukać inspiracji. Przestałam robić sobie wyrzuty. Siedziałam, w milczeniu nasłuchując dźwięków miasta wlewających się przez dachowe okna razem z setką komarów i innych owadów w środku upalnego lata. Głosy ludzi mieszały się z ciężkimi oddechami samochodów. Wydawało się, jakby całe miasto wpadało powoli w lekkie wibracje. Jakby było wirującą pralką.

W mojej głowie zrobiło się pusto, pojawiło się miejsce na pacjentów. W kółko odtwarzałam ich słowa, próbowałam odnaleźć się w skomplikowanych relacjach rodzinnych i przyjacielskich. Słyszałam zdrady, zawiść, popełniane błędy. Słyszałam, jak się potykają i upadają. Widziałam momenty, w których to ja byłam zbyt powolna, by chwycić ich w locie, nie pozwolić, żeby rozbili sobie kolana.

Wróciłam przed komputer z kieliszkiem białego wina i zapisałam na górze strony Agata – szybko jednak skasowałam to imię. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę przecież nigdzie używać rzeczywistych imion moich pacjentów. Nawet jeśli Agata w moim tekście nie ma nic wspólnego ze sprzedawczynią w jednym ze sklepów obuwniczych i zupełnie nie przejmuje się tym, że jej były chłopak zrobił dziecko jej byłej przyjaciółce, a teraz w dodatku rzeczywiście zamierza płacić na nie alimenty, chociaż na ich wspólnego syna nie dał dotąd złotówki.

Nie, Agata w moim tekście jest treserką lwów w objazdowym cyrku. Urzekająco piękna, nosi zawsze idealnie wypastowane buty, na których noskach kołyszą się fantazyjne dzwoneczki. Każdego dnia w innym mieniącym się benzynowym kolorze. Jest tak pociągająca, że faceci dosłownie mdleją na jej występach, ale wcale nie dlatego, że boją się, iż wątła blondyneczka zginie na ich oczach pożarta przez groźnie ryczącego lwa. Siedząc pod klatką swoich kociaków, pali cygara, które zawsze z trasy przywozi jej, od lat zakochany w niej po same odstające uszy, karzeł, który gościnnie raz na jakiś czas daje się w ich programie wystrzelić w powietrze z armaty. Agata wie, że karzeł ją kocha, ale jest sprytna, więc udaje idiotkę.

Postawiłam kropkę i uśmiechnęłam się do siebie. Chciałabym być jak Agata.

Nagle zrozumiałam, co mój mąż miał na myśli, kiedy powiedział, że to MOJE mieszkanie da mi przestrzeń, by się z tym wszystkim uporać. Zawsze wierzył, że ze wszystkim sobie poradzę. Był przekonany, że jestem samowystarczalna. Miał rację, ale nie wiem, czy nie przekonał się o tym w zbyt bolesny dla niego sposób.

Czasem żałuję.

Gdy teraz otwieram komputer, mam przed sobą Zosie, Bernadetty i Krzysztofów tego świata zamienionych w Beaty, Anety i Kacprów z zupełnie innych miast i województw. Ich miasta tak naprawdę nie istnieją. Lubię ich. Są moimi przyjaciółmi i naprawdę uwielbiam spędzać z nimi czas. Przebieram ich w stroje zupełnie nieprzystające do epoki, w której żyją. Jestem szczęśliwa, gdy z kobiety, którą mąż zostawił z trójką maleńkich dzieci dla zdecydowanie młodszej „lampucery” (cytat dosłowny), mogę uczynić dumną wojowniczkę prowadzącą wojsko swojego królestwa do miażdżącego zwycięstwa. Gdy odcina jednym precyzyjnym machnięciem obusiecznego miecza łeb smoka, który zupełnym przypadkiem ma równie krzaczaste brwi jak ten jej były mąż – uśmiecham się do niej i mam ochotę powiedzieć: „Dobra robota!”.

Kiedyś przy kolacji oznajmiłam mężowi, że gdyby ktokolwiek wiedział, co ja tam z nimi robię, to mnie pierwszą zamknęliby w psychiatryku. Uśmiechnął się wówczas do mnie pobłażliwie, jakby chciał powiedzieć, że jest więcej dużo poważniejszych powodów ku temu niż ten, że ubieram moich pacjentów w zbroje i pozwalam im walczyć z wyobrażonymi fantastycznymi stworzeniami.

Dziś jestem zmęczona. Nie otwieram laptopa. Nie spotykam się z przyjaciółmi. Zamykam się i odcinam. Od bodźców i świata. Zawsze pierwsze kroki po powrocie z pracy kieruję do łazienki. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie wykonuję pracy fizycznej. Nie wylewam w gabinecie siódmych potów, tylko rozmawiam z ludźmi. Po prostu siedzę i każę sobie płacić za słuchanie. Kiedy jednak wracam do domu, czuję się po tym wszystkim, co w ciągu dnia usłyszałam, jakby przez te kilka godzin ci wszyscy ludzie podchodzili do mnie i odciskali na mnie swoje dłonie. Czasem wyraźnie czuję ich palce na twarzy, ramionach i plecach.

Nigdy dotychczas nie przytuliłam pacjenta. Nigdy nikogo nie trzymałam za rękę w gabinecie. Nigdy nie przekroczyłam tej granicy profesjonalizmu. Wiele razy tylko się do niej zbliżałam. Jednak po jej przekroczeniu raczej bym się rozpłakała, niż miała kogoś obejmować. Mówiłam już – dotyk obcych ludzi mnie przeraża. Nie mogę swobodnie podróżować komunikacją miejską, w zatłoczonych pomieszczeniach natychmiast w mojej głowie zapala się czerwona lampka z wyraźną migającą strzałką wskazującą kierunek ucieczki. Najpierw zatem muszę zmyć z siebie ludzi. Muszę pozbyć się tego uczucia, jakbym stała w zatłoczonym pomieszczeniu. Muszę pobyć sama. Pierwszy krok po powrocie do nierzeczywistości. Czasem, kiedy stoję pod prysznicem, słyszę, jak z ociekającą po moim ciele wodą spływają ich głosy.

Kiedy w końcu jestem czysta, a opuszki moich palców marszczą się jak znienawidzone rodzynki, dopada mnie niewiarygodne zmęczenie. Zwijam się na kanapie i przykrywam kocem. Krótko przed zaśnięciem wpadam na pomysł, jak księżniczka Aldona mogłaby rozwiązać problem z władczym ojcem, który rozkazał jej poślubić księcia z sąsiedniego królestwa. Książę jest od księżniczki niższy o dwie głowy i starszy o dwadzieścia lat. (Moja pacjentka ma chłopaka, którego zupełnie nie akceptują jej rodzice. Bez przerwy przyprowadzają do domu nowych, niezwykle „odpowiednich” kandydatów, co powoduje, że ta nieustannie kłóci się ze swoim chłopakiem, który czuje się ośmieszony – zresztą wcale się nie dziwię). Niestety oczy mi się zamykają, zanim zdążę wymyślić zadanie, które Aldona zaproponuje kandydatowi na małżonka, a które wypełnić zdoła tylko prawdziwy wybranek jej serca.

Tak wygląda moje życie. Gabinet. Prysznic. Kanapa. Sen. Sekwencję powtórzyć. Czasem coś napiszę. Czasem coś posprzątam. Od święta wyjdę z przyjaciółką na kawę. Oto ja. Mam trzydzieści pięć lat i jestem sekwencją.

Moje życie zawsze było łatwe. Nawet gdy rozwiedli się moi rodzice, prócz spokoju nigdy niczego mi nie brakowało. Zabawki, wakacje, ubrania, telefon komórkowy, dach nad głową i ulubione płatki śniadaniowe. Sfinansowali mi najpierw wyprowadzkę do internatu w wieku szesnastu lat, potem do Krakowa, na studia, w wieku dziewiętnastu. Wszystko jak z płatka. Na studiach nie musiałam pracować. Gdy moje koleżanki polewały piwo w Piwnicy pod Baranami i dawały się podrywać pijanym impertynenckim artystom za trochę większy napiwek, ja leżałam w swojej wynajętej kawalerce i czytałam Lolitę. Chodziłam jako wolontariuszka do schroniska dla zwierząt. Wyprowadzałam psy i głaskałam koty. Najbardziej lubiłam te, których wszyscy się bali. Dawałam się pogryźć i podrapać. Dotyku zwierząt nie boję się tak jak ludzkiego. Potem jeszcze bogaty mąż z wielkimi ambicjami, z mieszkaniem. Własny gabinet terapeutyczny, do którego ja wniosłam tylko wiedzę ze studiów i odbytych kursów. Na tym niestety pacjenci nie mogliby usiąść. W moją wiedzę nie mogliby wydmuchać nosa. Spełnione marzenie. Było mi za łatwo i starałam się to docenić. Docenić to, że wszystko, czego mi w życiu brakowało, było niedotykalne i nie miało ceny. Może czasem lepiej jest nic nie mieć, żeby potem się nie obudzić i nie odkryć, że jest się sekwencją.

***

Gdy słyszę dzwonek do drzwi, najpierw nie mogę zrozumieć, co to za dźwięk. Zdaję sobie nagle sprawę, że nigdy nie słyszałam tutaj tego rodzaju brzęczenia. Nikt nigdy nie dzwonił do moich drzwi. To są przecież tylko moje drzwi. Niedostępne nikomu. Widoczne dopiero po bliższym przyjrzeniu. Przez pierwsze lata nie mieszkałam tutaj na stałe. Bywałam tu tylko wieczorami w różnych odstępach czasu. Listonosz szybko porzucił próby zastania mnie tutaj. Mieszkanie stało się tajemniczym ogrodem, do którego nie tak prosto przecież znaleźć wejście. Przechodzi mi przez myśl, że stało się coś złego, ale szybko przywołuję się do porządku: nic złego już się nie wydarzy. Zamykam na powrót oczy i staram się ignorować irytujące wibracje dzwonka. Jest w nim coś złowieszczego. Jakby już sam fakt, że ktoś go dotyka, sprawiał, że ta osoba wdziera się do mojej przestrzeni i ją burzy. Mam przed oczami idealnie równy, precyzyjnie postawiony zamek z piasku i piłkę złośliwego dzieciaka, który zupełnie nie potrafi cieszyć się jego pięknem, więc postanawia zamienić go ponownie w mokrą papkę. Dzwonek nadal brzęczy. Teraz mam wrażenie, że brzęczy we mnie. Jakby moje serce trzęsło się w jego rytmie. Siadam na kanapie i z przerażeniem zdaję sobie sprawę, że to nie jest dzwonek domofonu. Ktoś stoi tuż przed moimi drzwiami, dosłownie parę metrów ode mnie, i mimo że dzielą nas ściany, drzwi, tynk, beton i żelazo, boję się, że zwyczajnie kopnie drzwi i dostanie się do środka. Jeśli to włamywacz, to nie mam nawet telefonu, z którego mogłabym zadzwonić po jakąkolwiek pomoc.

***

To dla mnie typowe, że w pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy włamywacz.

Mój mąż twierdził, że cierpię na coś w rodzaju włamofobii. To bardzo niepoprawne określenie, bo lęk przed włamywaczami nazywamy fachowo skelerofobią. Każdy najcichszy, nieznany mi wcześniej dźwięk w mieszkaniu jest dla mnie zapowiedzią włamania. Potrafię całymi nocami leżeć w nowym miejscu i identyfikować poszczególne dźwięki w celu wykluczenia ich jako potencjalnego zagrożenia. Tak mijały mi pierwsze noce na każdym naszym wspólnym urlopie.

Cierpię na tę przypadłość od dziecka. Mieszkaliśmy wówczas jeszcze wszyscy razem – ja, matka i ojciec – w małym pstrokatym mieszkaniu w brzydkim odrapanym, szarym bloku. Niewiele pamiętam z tego okresu dzieciństwa, przed rozwodem moich rodziców. To wydarzenie było wybuchem, jasnym rozbłyskiem światła wymazującym mi z pamięci wszystko, co miało miejsce wcześniej. Ilekroć rozpaczliwie próbuję przypomnieć sobie wspólne zabawy, siedzenie przy wspólnym stole albo rodzinne uroczystości – przychodzi mi do głowy wyłącznie dzień włamania.

Miałam sześć lat i ojciec postanowił pójść na pięć minut do pobliskiego osiedlowego sklepu. Poinstruował mnie, żebym nikomu nie otwierała, nigdzie nie wychodziła i w razie potrzeby dzwoniła pod numer babci mieszkającej dwa bloki dalej. Zapisał mi go na kartce. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, wróciłam do swojego maleńkiego pokoiku i zaczęłam przebierać nienaturalnie szczupłą lalkę Barbie w sukienkę, którą uszyłam dla niej razem z mamą. Teraz nie wiem, co było bardziej szpetne: sukienka czy lalka. Nie minęła minuta, gdy z klatki schodowej dobiegł mnie nagły rozdzierający wrzask muzyki. Zamarłam, trzymając w ręku lalkę z sukienką wciągniętą jedynie do połowy plastikowych ud. Melodia była tak głośna, jakby ktoś postawił radioodbiornik bezpośrednio przed drzwiami naszego mało urodziwego, ale wówczas jeszcze szczęśliwego mieszkanka. Minęło kilkanaście kolejnych sekund, gdy usłyszałam chrzęsty dobiegające z zamka, celowo zagłuszone skrzekiem obrzydliwej muzyki. Mój sześcioletni mózg postanowił oczywiście odczekać swoje, nim pojął, że to nie tata niemogący trafić kluczem do zamka. Zbliżyłam się do drzwi i próbowałam rozpoznać osobę stojącą po drugiej stronie po sposobie, w jaki oddycha.

– A jak jednak ktoś jest?

– Mówię ci, że baba zawsze wychodzi rano, dzieciak chodzi do przedszkola, a stary właśnie wyszedł.

Wszystko prawda, tylko tego dnia byłam akurat przeziębiona, a ojciec postanowił zostać w domu i cały dzień oglądać ze mną moje ulubione bajki: o syrence Arielce i o Królewnie Śnieżce. Do dzisiaj żałuję, że ten cudowny dzień spędzany na kanapie, gdy razem śpiewaliśmy piosenki jako chórek kraba Sebastiana, przerwałam oświadczeniem, że jestem głodna. Mogłam przecież powiedzieć, że marzę o zjedzeniu mięsnej mielonki, która była jedynym, co tata tego dnia znalazł w lodówce. Gdy zrozumiałam, co się dzieje, postanowiłam jak najbardziej oddalić się od źródła niebezpieczeństwa. Telefon, z którego mogłam zadzwonić do babci, mieścił się bezpośrednio obok drzwi wejściowych. Stara cegła na kablu. Bałam się stać tak blisko drzwi, więc moje sześcioletnie ja szybko porzuciło tę opcję. Stanęłam boso na maleńkim brudnym balkoniku, ubrana w różową sukienkę księżniczki – właśnie taki strój wybrałam, gdy tata pozwolił mi tego dnia samej zdecydować, co na siebie włożę. Sukienkę także uszyła mi mama – była bliźniaczo podobna do tej, którą miała mieć na sobie moja lalka.

Stałam tak i wymachując wątłymi rączkami, zaczęłam wołać pomocy. Nie wiedziałam nawet, czy pomoc jest mi potrzebna. Wiedziałam jedynie, że się boję. Na ulicy pod naszym blokiem stało sześciu robotników – pięciu z nich opartych o łopaty paliło papierosy, jeden zajmował się kładzeniem nowych płyt chodnikowych. Wiedziałam, że muzyka z klatki schodowej zagłusza moje słowa mimo faktu, że znajdowałam się na drugim piętrze bloku. Krzyczałam najgłośniej, jak tylko potrafiłam, ale z każdą chwilą czułam, jak mój głos słabnie, dławiony strachem i płaczem duszącym gardło. Robotnicy pomyśleli chyba, że maleńka dziewczynka przebrana za księżniczkę wyszła na balkon, by pozdrowić ich swoją szlachetną rączką, i jedynie radośnie machali do mnie, podśmiewując się tak, że ich piwne brzuchy rytmicznie podskakiwały. Nie słyszeli słów: „Pomocy!” wyrzucanych przeze mnie raz po raz w dzielącą nas przestrzeń.

Nagle zza rogu wyłonił się mój ojciec. Szedł spokojnie na wpół rozebranym chodnikiem z siatką pełną zakupów. Dostrzegł mnie na balkonie, którego pewnie odruchowo wypatrywał, idąc ulicą. Upuścił siatkę i rzucił się do biegu, omal nie potykając się o własne nogi. Wiele lat później zapytałam go, czy usłyszał mnie mimo odległości i muzyki czy po prostu uznał, że bez przyczyny nie stoję na balkonie i nie macham rękoma:

– Zawsze cię usłyszę, córeczko, nieważne, gdzie będziesz. Gdy będziesz potrzebować pomocy, zawsze cię usłyszę.

Robotnicy dostrzegli mężczyznę biegnącego, jakby goniła go śmierć, i szybko powiązali ten fakt z dziewczynką stojącą na balkonie.

Kiedy zobaczyłam tatę, całkowicie opadłam z sił. Zwinęłam się w rogu balkonu i wsłuchiwałam na przemian w chrzęst zamka i dudniącą mi w uszach melodię. Rączkami otuliłam sukienkę wokół swoich nóg i jak mantrę powtarzałam: „Tata mnie uratuje”. Przyglądałam się stojącej w rogu lekko przywiędłej pelargonii i czekałam, bojąc się zamknąć oczy, tak samo jak bałam się je otworzyć. Cała siódemka mężczyzn biegła teraz po schodach naszego bloku, z moim ojcem na czele. Wyprzedził wszystkich pozostałych, zagłuszając muzykę swoim krzykiem.

Powtarzał cały czas: „Zostawcie moją córkę!”. Mimo dudnienia słyszałam wyraźnie jego głos pośród wszystkich innych. Odepchnął dwóch włamywaczy jednym ruchem ręki i zupełnie się nimi nie przejmując, otworzył drzwi. Potykając się o nieliczne meble i dywan, wpadł na balkon, by wziąć mnie na swoje wielkie nieporadne ręce:

– Już jestem. Nic się nie stało, córeczko. Już jestem, nie płacz. Już jestem. Nic się nie stało.

Powtarzał te słowa nieustannie, jakby próbował sam siebie przekonać, że nic się nie stało, że jestem cała. Jednocześnie wnikliwie przyglądał się mojej twarzy i kończynom, szukając jakichkolwiek obrażeń, jakby sam strach mógł mnie skaleczyć. Robotnicy na klatce w tym czasie w amatorski, lecz niewątpliwie skuteczny sposób pojmali włamywaczy i czekali na policję. Kiedy funkcjonariusze rozmawiali z moim ojcem, ani na chwilę nie wypuścił mnie ze swoich objęć. Obudziłam się tej nocy, bo bardzo chciało mi się siku od kakao, które wypiliśmy wieczorem, i zobaczyłam go zwiniętego na dywanie. Wyglądał jak pies, który pilnuje swojego właściciela. W ciemności potknęłam się o jego stopę. Natychmiast zerwał się na równe nogi, przytulił mnie, powtarzając: „Nic się nie stało”.

***

Podnoszę się z kanapy. O nic się nie potykam. Mijając lustro w przedpokoju, przeczesuję dłonią włosy i staram się przylizać je do czaszki. Przyglądam się sobie przez chwilę. Sińce pod oczami, jakby ktoś rozsypał pod nimi popiół. Blade, wręcz sine usta poprzecinane suchymi skórkami odstającymi z ich powierzchni jak martwe krzaki na pustyni, na której od lat nie widziano życia. Cała moja twarz wygląda tak, że boję się jej dotknąć. Boję się, że gdy to zrobię, zacznie się kruszyć. Jeszcze kilka razy w myślach powtarzam: „Zostawcie mnie!” i w końcu chwytam klamkę, przekręcam klucz w drzwiach i delikatnie je otwieram.

Przez chwilę jestem absolutnie pewna, że to sen. Bardzo zły sen. Sen, którego zawsze się bałam. Sen z tej kategorii, gdy jesteś absolutnie przekonany, że wszystko to dzieje się naprawdę. Ktoś cię goni. Ty uciekasz. Ktoś już trzyma cię za włosy i próbuje poderżnąć ci gardło. Gdy budzisz się z tego koszmaru, przez resztę nocy nie możesz spać, bo wyczekujesz odgłosu kroków stawianych po twoim mieszkaniu. Jesteś pewien, że jeśli to jeszcze się nie wydarzyło, to z pewnością zaraz się wydarzy. Gdy przekonuję więc w myślach samą siebie, że nic z tego, co się teraz dzieje, nie może być prawdą, trochę się uspakajam. Rozluźniam ramiona. Opuszczam dłonie wzdłuż ciała i wypluwam z płuc krótki odgłos. Taki, który można wydać z siebie, gdy prowadzi się samochód i na jezdnię właśnie wybiegnie dziecko. Wybiegnie w takiej odległości, że bez najmniejszego problemu hamujemy, ale i tak jesteśmy zaskoczeni. Wyobrażamy sobie pewnie, co by się stało, gdybyśmy nie zdążyli.

W drugim odruchu chcę zamknąć drzwi. Zamknąć i nigdy więcej ich nie otwierać. Zaszyć się w tym mieszkaniu i nie pozwolić się już nigdy znaleźć. Nie robię tego jednak. Przyglądam się postaci stojącej za moim progiem i wbrew wszystkiemu, co chcę zrobić, wbrew setce pomysłów, które przychodzą mi do głowy (a jednym z nich jest wybiegnięcie na balkon i wydanie z siebie okrzyku. Mam ochotę krzyczeć tak, jakbym zabiła to dziecko, prowadząc pod wpływem alkoholu. Jakbym była najgorszą istotą na świecie. Jakbym odebrała jakiejś kobiecie córkę, jakiemuś starszemu panu wnuczka albo małej dziewczynce braciszka. Chcę wrzeszczeć tak długo, aż zachrypnę i zupełnie stracę możliwość wypowiedzenia kiedykolwiek chociażby jednego słowa). Wbrew temu wszystkiemu mówię ledwo słyszalnym szeptem:

– Dlaczego przyszedłeś?

***

On tylko stoi i wpatruje się we mnie, jakbym powiedziała coś zupełnie niedorzecznego. Delikatnie przechyla głowę w prawo w geście zaskoczenia. Wygląda jak szczeniak, który nie wie, o co wścieka się jego pan. Bez słowa wślizguje się do środka. Ostrożnie, jakby bał się przeciągu, zamyka za nami drzwi. Czuję, jakby zatrzasnęła się za mną krata. Mam wrażenie, że gdy przekręca klucz w zamku, tak naprawdę słyszę chrzęst kajdanek zamykających się na moich nadgarstkach. Boję się tak bardzo, że nie jestem już w stanie oddychać. Nieruchomieję i czekam. Jak ktoś, kto wie, że zostanie zaraz stracony i już nic nie może w tej kwestii zrobić. Wyrok zapadł, jest prawomocny. Czekam i czuję, jak po policzkach zaczynają mi spływać wielkie ciepłe łzy. Nie jestem panią tej sytuacji. To ja jestem psem. Przez moment jest to nawet przyjemne. Ciepłe łzy rozgrzewające mi skórę sprawiają, że przez chwilę czuję się, jakbym przystawiła twarz do kubka z parującą gorącą herbatą.

On na widok moich łez krzywi się jak zawsze. Znam ten grymas doskonale. Mimo że nie widziałam go od piętnastu lat. To rozczarowanie pomieszane z obrzydzeniem. Jakby nagle dostrzegł nie łzy, lecz jakąś ohydną ropiejącą ranę. Zamykam oczy, żeby nie widzieć. On nagle podchodzi i obejmuje mnie. Zderzenie mojego ciała z Jego ciałem po tylu latach jest tak nierealne, że tylko utwierdzam się w przekonaniu, że to musi być cholerny koszmar. Delikatnie kładzie dłonie na moich łopatkach i przyciska mnie mocniej do siebie. Całkowicie bezwolnie opieram twarz o Jego ramię. Nie wiem, co się dzieje dalej.

Czuję, że wróciłam do domu. Czuję, że wyjechałam gdzieś bardzo daleko. Czuję Jego bijące serce i moje, które zastygło w bezruchu tyle lat wcześniej. Jest zaskoczone. Zdziwione i kompletnie zdezorientowane. Czeka na dalszy rozwój wydarzeń.

Obraz traci ostrość, z kadru wyślizguje się otaczająca mnie rzeczywistość. Przez chwilę jeszcze mam przed oczami widok zza oszklonej ściany. Przyglądam się uśpionemu miastu i zastanawiam dlaczego. To ostatnie chyba nieświadomie wypowiadam na głos, bo On mówi jakby w odpowiedzi:

– Przepraszam, przepraszam cię, że to tyle trwało. Już jestem.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozum
Serce
Rozum
Serce
Rozum
Serce
Rozum
Serce
Rozum
Serce
Rozum
Serce
Rozum
Serce
Rozum
Serce

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Natalia Sikora

Korekta: Bożena Sęk

Projekt, ilustracje na okładce i wyklejka: © Marta Tomiak

Copyright © 2020 by Bianca Okońska

Copyright © 2020 for the Polish edition by Mova

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-65-5

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek