Powtórka - Marcel Woźniak - ebook + książka

Powtórka ebook

Marcel Woźniak

3,9

Opis

Czy gdybyś mógł wejść drugi raz do tej samej rzeki, popełniłbyś te same błędy?

 

Z końcem kariery policyjnej przed Leonem Brodzkim jeszcze jedno, najtrudniejsze zadanie. W serii niewyjaśnionych zbrodni, do których dochodzi w Toruniu, Brodzki odkrywa pewną prawidłowość – to powtórzone zagadki sprzed lat, które były najtrudniejszymi w jego karierze. Morderca, nazywający siebie Heraklitem, ewidentnie chce, by Brodzki ponownie przeszedł przez piekło makabrycznych zbrodni. Tylko tym razem mają to być zbrodnie doskonałe…

Kto brutalnie okalecza ofiary? Kto kryje się pod numerem telefonu 511 867 571? I co zrobi Brodzki, gdy w sprawę zostanie uwikłana jego córka? Jaką cenę zapłaci za odkrycie prawdy?

Brodzki co noc śni o wiślanej otchłani, w której toną ludzie…

Choć podobno dwa razy nie da się wejść do tej samej rzeki, policjant będzie musiał odbyć powtórkę swojej drogi zawodowej…

i swojego życia.

 

ROZPOCZNIJ MORDERCZĄ GRĘ

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 457

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Marcel Woźniak, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

WYDANIE ELEKTRONICZNE 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Klaudia Bryła

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt okładki: Jakub Chwieszczenik

Fotografia na okładce: Łukasz Breitenbach

Konwersja do publikacji elektronicznej: Grzegorz Kalisiak

978-83-7976-699-4

CZWARTA STRONAGrupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Miasto

Występują:

W roli głównej

LEON BRODZKI

detektyw sekcji kryminalnej, podkomisarz

W pozostałych rolach

Halicki – komendant policji, nadkomisarz

Tomasz Żółtko – aspirant

Jacek Nowak – sierżant

Henryk – taksówkarz, ostatni mohikanin

Marta – psycholog

Sara Brodzka – córka

Laura Mostowicz – dziewczyna

Hanna Krosny – dziewczyna

Franciszek Brodzki – ojciec Leona

Dagmara Brodzka – była żona

Łukasz Grotowski – barman

Marek Bener – dziennikarz z „Echa Torunia”

Jerzy Kuffel – naczelnik więzienia, major

Remigiusz Śnieg, pseud. „Szary” – więzień

Kosma – posterunkowy

Paulina – wychowanka

Makary Krosny – ojciec Hanny

Benio – fanatyk Elany Toruń

Natalia Kaklińska – lekarz

Siostra Klementyna – zakonnica

Chyży Nowak – brat Jacka Nowaka

Natasza – prostytutka

Janka – eksprostytutka

Kobieta w Czerni – emerytka

Szczepan – ochroniarz w bibliotece

Dżoker – szemrany typ z Dębowej Góry

Amelia – kelnerka

Maks – policyjny archiwista

Paweł – ksiądz

Filip – dyspozytor z centrali 112

Piotras – strażak

Grzegorz Giedrys – dziennikarz

oraz

Heraklit

Wydarzenia

– Chyba jestem martwa – pomyślała Laura. – „Ani żywa, ani martwa. Chyba martwa”.

Takie, jakże ostateczne w swym kształcie, myśli nie rodzą się bez powodu. Zdarza się, oczywiście, że mówimy tak, używając metafory śmierci dla problemów, z jakimi przyszło nam się zmagać.

W wypadku Laury chodziło jednak nie o metaforę, ale prawdziwy problem. O zbliżającą się śmierć…

Trafność i zwartość tej konstatacji odrysowały się grymasem na twarzy młodej dziewczyny, której skrępowane ciało zwisało nogami do dołu. Człowiek stojący nieopodal Laury odpowiedział równie zmartwioną miną, po czym spojrzał spokojnie na zegarek.

– Czas jest jak rzeka. Twój za chwilę upłynie i spadniesz w otchłań. Ale jeszcze możesz uratować życie – wyszeptał tak cicho, że dziewczyna słowa te ledwie dosłyszała. Po czym dodał: – Życie za życie. Tak, jak zaplanowałem. Wybór pozostawiam tobie.

*

Wisła była czerwona od krwi.

Woda wpadała w rubin, pieniąc się przy przęsłach dwóch mostów, a panorama gotyckiego miasta odbijała się w aksamitnej topieli królowej polskich rzek. Toruń wyglądał w odbiciu, jakby krwawił ze wszystkich baszt i bram. Jakby coś bardzo złego działo się za fasadą jego murów.

„Miasto stoi nad wodą gładką jak pamięć lustra” – dudniło w głowie Leona Brodzkiego, kiedy biegł betonowym nabrzeżem Bulwaru Filadelfijskiego. Nurt czerwonej rzeki wzmagał się i coraz trudniej było dostrzec ciało dziewczyny, która, topiąc się w Wiśle, błagała o pomoc. Jej twarz była niewyraźna – mokre włosy opadały na oczy i policzki, dostając się także do ust. Nurt znosił ją coraz bardziej i bardziej, coraz szybciej i szybciej. Dalej i dalej w stronę Martwej Wisły, której nazwa nie wróżyła nic dobrego.

– Tato! Tato, ratunku! – krzyczała, a jej przestraszony głos niósł się po tafli gładkiej jak lustro. – Tat… – Zakrztusiła się, łykając wodę.

– Już biegnę! Utrzymaj się na powierzchni! – błagał Brodzki, a jego głos zlewał się ze stukotem mknących po kolejowym moście wagonów w kolorze krzemu, które widział przez lewe ramię. Dopiero co jechały w drugą stronę, pięć sekund temu. Teraz pociąg nawracał.

– Tu-tu, tu-tu! Tu-tu, tu-tu! – stukotał tabor. I po chwili znów, i znów.

Pociąg towarowy wprawiał konstrukcję w wibracje.

Drugi z mostów, drogowy, naprzeciwko tonął we mgle. Na jego stelażach zwisały na sznurach cienie przypominające rząd ludzkich ciał, ale Brodzki nie był pewny. Cienie poruszały się miarowo na wietrze.

– Sara! Sara! – krzyczał Brodzki, starając się dotrzymać kroku ciału rwanemu posejdońskim zaklęciem.

Punkcik na rzece robił się coraz mniej widoczny. Czerwień wody przeszła w głębokie odcienie – niebo poczerniało od szelfowych chmur, które nadciągały nad miasto. Jedna nachodziła na drugą, wynurzając się kolejną napiętą warstwą obłoków.

Minął swojego ojca, Franka, który stał na wysokości limnigrafu – czarnego, drewnianego budynku, który pokazywał poziom wody. Mężczyzna wskazywał palcem w niebo.

Brodzki przytaknął mu porozumiewawczo, po czym popędził dalej nabrzeżem, wyprzedził Sarę i gdy był kilkanaście metrów przed nią, skoczył do wody.

Jej poziom był wysoki. Jak wtedy, kiedy w 2010 roku zalało parkingi pod mostem, aż do Ślimaka Getyńskiego. Brzegi bulwaru przelewały się jak kielich goryczy. Między brzegami tego pucharu usta Brodzkiego łapczywie łapały powietrze. Mężczyzna płynął w stronę małego punkciku.

Im szybciej płynął, tym bardziej ciało Sary zdawało się oddalać. Chmury przybrały kolor czarnej membrany, straszącej złowieszczą ciszą swoich cumulusów, więc i woda z czerwieni przeszła w czerń. Jak krew na starych, czarno-białych filmach.

– Sara! – krzyknął raz jeszcze, gdy w końcu dosięgnął opuszkami palców jej kurtki.

Ale ciało zniknęło.

– Nie, nie, nie! – Brodzki obracał się rozpaczliwie, miętoląc znalezione ubranie. – Gdzie jesteś?! To nie może być prawda! To nie może być prawda!

Poziom czerniejącej rzeki podnosił się, woda dochodziła już do murów. Odbicie gotyckiej panoramy malowało się w lustrze Wisły coraz mroczniej. Na jej środku, dokładnie pomiędzy mostem kolejowym imienia Ernesta Malinowskiego a mostem drogowym imienia Józefa Piłsudskiego, unosiło się ciało detektywa Leona Brodzkiego.

Z im większej wysokości się na niego patrzyło, tym bardziej malał wobec bezkresu natury, która zawsze jest potężniejsza od człowieka. Jak rzeka, do której nie da się wejść dwa razy. Jak jej tafla, która przez swe lustro odbija jednocześnie drugi obraz – tego, co nad nią. Brodzki zawieszony był dokładnie pomiędzy tymi wielkościami, dryfując na powierzchni. Otaczały go tysiące gwiazd wyłaniające się z ciemności szelfowego nieba. Miasto Kopernika oddychało miarowo w ich ­astronomicznej poświacie, a razem z miastem miarowo oddychał Leon Brodzki. Miał zamknięte oczy i mokrą twarz. Niebo gwiaździste nad sobą i prawo moralne w sobie.

Jedno ludzkie ciało, zawieszone między miastem a jego odbiciem, powoli zaczęło się zapadać niczym w ciemnej pierzynie.

– Sara!

T*

– Jaka znowu Sara? – spytała młoda blondynka.

Brodzki otworzył powoli oczy. Miał wciąż przed nimi tysiące gwiazd, ale ustępowały one stopniowo miejsca diodom wiszącym pod sufitem jego mieszkania na drugim piętrze kamienicy, na rogu ulic Konopnickiej i Mickiewicza w Toruniu. Był piątek, 2 września 2016 roku. Brodzki wrócił z koszmaru i obudził się w rubinowej pościeli.

„Cały i zdrów. Przynajmniej, jeśli chodzi o ciało” – pomyślał powoli i odruchowo sięgnął pod poduszkę. Zorientował się szybko, że już nigdy nie znajdzie tam tego, co zawsze: broni.

Ciemne obwódki wokół niebieskich oczu wskazywały na to, że od lat nie dosypiał. Miał mocną szczękę i prosty nos. Twarz pociągłą, wysokie czoło, typ Fina lub Holendra. Jak na swoje sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu był całkiem szczupły, choć budową nie przypominał już młodziaka, który kiedyś zadziwiał byłą żonę, Dagmarę, robiąc w powietrzu scyzoryk podczas skoku do miejskiego basenu.

Wciąż był jednak w formie. Regularnie ćwiczył i nieźle się ubierał. Lubił chodzić w sportowej ­kurtce Henriego Lloyda, ciemnym T-shircie, dżinsach i wygodnych, czarnych butach. Wiedział też, co to odpowiednio przycięty zarost i ogolona szyja. Skronie skrzyły się kilkoma siwymi włosami, które krótko przycięte, skierowane na bok, były silne i nie zamierzały poddawać się procesowi utleniania.

Na półce w łazience miał więcej kosmetyków niż dwa, ale mniej niż pięć. Nie uznawał kremów, które dostawał coraz częściej przy każdej okazji w prezencie. Wszystkie lądowały w koszu, a mimo to wciąż miał przyjemną, miękką skórę i dłonie, które, choć mocne i spracowane, nie robiły oczek w kobiecych rajstopach. Najwyżej, w razie konieczności, po prostu zrywały je na życzenie.

Zdaniem Marty uchodził za atrakcyjnego mężczyznę. Niemłodego już, ale wciąż nie dziadka. Był przystojny, i kobiety często się za nim oglądały. O ile nie szły z mężami pod rękę. Miał urodę, która z wiekiem nadawała mu coraz bardziej szlachetnego wyglądu, podobnego do Pierce’a Brosnana czy Seana Connery’ego. Rysy miał od nich jednak bardziej wyraźne i bardziej męskie. Nie wyglądał na filmowego agenta, tylko na faceta z krwi i kości.

Mocne dłonie, szczupłe, ale twarde jak stal ramiona i gruba szyja tworzyły mieszankę brutala i dobrego ojca. Mało kto wiedział, że bliżej mu było do tego pierwszego, choć wolał być tym drugim.

– Jaka znowu Sara? – powtórzyła naga dziewczyna leżąca na jego torsie.

Miała długie loki w odcieniu srebrzystego blondu i szerokie ramiona. Brodzki zsunął ją z siebie i jakby odzyskał oddech.

– Daj spokój, aż taka ciężka nie jestem – powiedziała i położyła się na nim z powrotem. – Dyszałeś przez sen jak lokomotywa. Mój stary też to miał, a potem dostał zawału i ledwo przeżył. Może powinieneś się zbadać? Masz prawie tyle lat, co on.

– Aż taki stary nie jestem, Marto.

– Masz tyle, że wczoraj przeszedłeś na emeryturę.

– Mundurowi mają krótsze życie, to i krócej pracują – spojrzał na zegar na ścianie. Dochodziło południe. – Miałem potworny koszmar.

– Kim jest Sara?

– To moja córka – westchnął. – Ciągle się o nią martwię, ale ona tę troskę odrzuca.

– Co ci się śniło?

– Że nie mogę jej uratować… – zawiesił głos. – Ale nie chcę o tym rozmawiać.

– Jeśli chcesz grać nieprzystępnego, w porządku.

– Nie miałaś wracać na noc do siebie?

– W jakim jest wieku? – Poderwała się, jak zaciekawione dziecko. Nie odpuszczała. – Nie mówiłeś, że masz córkę, a znamy się przecież tyle lat.

– Jakich znowu lat. Raptem kilka miesięcy. Nie będę z tobą o tym rozmawiać.

– Pewnie. Ja jestem tylko od bzykania. Tak, jak wszystkie dziewczyny w mundurach, które przewinęły się przez ten barłóg. Ewentualnie chcesz się wygadać, a ja mam ci wszystko mądrze wytłumaczyć, jako prywatny psycholog – Marta spojrzała na niego poważnie, po czym złapała za nos. – Ale nam to nie przeszkadza, prawda? Przyznaj się, lubisz grać dobrego wujka.

– Sam nie wierzę, że się z tobą spotykam – rzucił, odsuwając jej rękę z twarzy. Dłoń Marty zacisnęła się na jego kciuku.

– Wiara, to dość drażliwy temat. Zostańmy może przy twardych… faktach. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Jesteśmy dorośli. Ty trochę bardziej. Ja trochę mniej.

– Zastanawiam się czasem, jak to jest z tą dorosłością. Tarzamy się w tej pościeli jak szczeniaki – westchnął, a potem dokończył. – Tak, spotykamy się, Marto.

Dziewczyna myślami była już za oknem, z którego pobłyskiwały promienie słońca. Przeskakiwanie z tematu na temat przychodziło jej równie łatwo, jak zmiana pozycji w łóżku.

– A w ogóle, dziś będzie piękny dzień. A właściwie, to już jest. Kiedy się skończyło wczoraj, a zaczęło dzisiaj? – spytała, przekręcając się na brzuch i machając nogami w powietrzu. – Kiedy skończyła się noc, a zaczął dzień?

– Dziś nie było nocy. Był dzień… a potem kolejny – uciął niezbyt poetycko.

– Z przerwą na mały koszmarek, co? Ty już lepiej nic więcej nie mów, Leon. Bo to, co mówisz, jest słabe. – Przytuliła go. – Słyszę bicie twojego serca. Wielkie je masz. Dwa razy większe od mojego, co?

– Nie wiem, czy dwa razy. To się chyba tak nie przekłada. Może dwadzieścia procent, trzydzieści, ludzkie organy…

– I na chuj się mądrzysz, jak nie wiesz, o czym mówisz? Przecież słyszę, że jest większe.

– Doprawdy, nie wiem, jakim cudem zatrudnili cię jako policyjnego psychologa. Twoja znajomość zakamarków ludzkiej duszy jest wprost porażająca. Marnujesz się w tej pracy. Powinnaś mieć jakiś program w telewizji.

– Pewnie, że powinnam. Ale wtedy już byś nie miał mnie dla siebie.

Zamilkł. Choć droczyli się ze sobą bez końca i do niego należało zawsze ostatnie słowo, wiedział jednak, że to ona jest młoda, a nie on, że to przed nią jest całe życie zawodowe i życiowe potyczki, a nie przed nim. Im człowiek starszy, tym bardziej pragnie przeżyć wszystko jeszcze raz. Jak powtórkę tego samego teleturnieju w telewizji, kiedy znamy już odpowiedzi na wszystkie pytania.

Dwudziestosiedmioletnia Marta była uosobieniem tego pragnienia. Życiodajnym ogrodem, do którego mógł wejść raz na jakiś czas. Strzałem dopaminy i ­adrenaliny.

Zaczęła się ubierać.

Wciąż miał przed oczami koszmar, który śnił nie po raz pierwszy. Toruń był dotąd „jego” miastem, nie ulegało to wątpliwości.

Nie ulegało też wątpliwości, że przestał być nim wczoraj.

Właśnie wczoraj, w czwartek, pierwszego września 2016 roku, ostatecznie pożegnał się z odznaką. Jakie to symbolicznie – młodzież poszła do szkoły, a on, będąc na drugim biegunie witalności, odszedł na emeryturę.

*

Miał dopiero czterdzieści dziewięć lat. „Siedem razy siedem”, jak mówił bohater pewnego filmu.

Mimo niecałych pięciu dekad na karku przeżył życie za dwóch. Bo żył życiem swoim i życiem innych ludzi. Ich życiem i śmiercią. Jak to w policji. Nie był starym człowiekiem, choć o emeryturach mówi się głośno, odkąd wiek emerytalny podwyższono do sześćdziesięciu siedmiu lat. Po prostu w tym kraju mundurowi mieli przywileje, którym równać mogły się tylko te górnicze. Brodzki też nie raz ubrudził sobie ręce i uważał, że pewne rzeczy mu się zwyczajnie należą.

Brud kosztuje.

Wczoraj zakończył służbę. Po dwudziestu dziewięciu latach. Na skromnej imprezie pożegnalnej, zorganizowanej w barze policyjnym obok błękitnej, siedmiopiętrowej komendy na rogu ulic Grudziądzkiej i Polskiego Czerwonego Krzyża, zamiast kwiatów dostał skrzynkę wódki i dyplom.

Na tysiące stron raportów, które przez lata Brodzki smażył komendantowi Halickiemu, ten odpowiedział skromnym papierem za szkłem. Napisano na nim: „Za wzorową i oddaną służbę na rzecz mieszkańców Torunia, wykonywaną w wydziale kryminalnym komendy Toruń Śródmieście”.

– To bardzo miłe – podziękował Brodzki, wznosząc kieliszek wódki w stronę komendanta. Patrzyli na siebie chwilę, zawieszając w przestrzeni między nimi wszystkie wspomnienia i tajemnice. Ponieważ jednak prawdziwa przyjaźń nie zna granic, chwilę potem dodał:

– Chciałbym na koniec opowiedzieć o pewnej zabawnej sytuacji… Przed dwudziestu laty, pewien mój serdeczny przyjaciel zakochał się do szaleństwa. Wpadł, jak to się mówi, po uszy. Rzecz się działa na ulicy Dziewulskiego, pod znaną wam komendą Toruń Rubinkowo…

– Brodzki, nie rób tego! – pogroził mu palcem Halicki. Już wiedział, kto jest bohaterem tej opowieści. Przez salę przeszedł szmer, gliniarze, wszyscy w koszulach lub swetrach, ogoleni – jak nakazywała kultura osobista – czuli podniosłość chwili, jaką było odejście najlepszego z nich. W etos tego zawodu zawsze jednak wpisana była anegdota, więc śmiali się na słowa przytaczanej przez Leona opowieści tak, jak śmieją się aktorzy na benefisie tego z nich, który schodzi ze sceny.

– Przyjaciel ten bardzo chciał zrobić wrażenie na dziewczynie, na której nie sprawdzało się powiedzenie, że „za mundurem panny sznurem”. Facet nie dawał za wygraną i zaproponował jej poloneza. „Ale ja nie tańczę”, miała odpowiedzieć. „Ja też nie”, odparł kolega i otworzył jej drzwi radiowozu marki Polonez. Pokazał jej to i owo, jak to w „rajdowozie” – jak czasami nazywano policyjne auto. No i poszły konie po betonie…

– Komendancie, niech pan słucha! – rzucił do Halickiego archiwista Maks.

– …i wszystko szło pięknie, dopóki nasze gołąbeczki nie zorientowały się, że radiowóz się zatrzasnął.

– I co było dalej!

– Brodzki, ani słowa więcej! – Komendant czerwieniał.

– I wtedy wezwany zostałem do najbardziej widowiskowej akcji, w jakiej kiedykolwiek brałem udział… Przyjechałem, otworzyłem drzwi na rympał i zakochani byli wolni – gestykulował, jak wodzirej na weselu, ku uciesze zgromadzonych. – Spytałem: „Czysz nie udana interwensja?” – mówił, naśladując głos pijaka. – Była sobota, panowie, miałem wolne! I jeszcze przez tego… gagatka! – wskazał palcem na Halickiego, jak świadek na pana młodego, przemawiającego na weselu. – Przez tego gagatka tłumaczyłem się z rozbitych drzwi poloneza! Żeby go nie wsypać! Ale, moi państwo, było warto. Ta niewiasta, którą nasz komendant zaprosił dwadzieścia lat temu do poloneza, to jego szanowna małżonka, Zofia. Wówczas panieńskiego nazwiska Niewczas, a dziś, po czasie, Zofia Halicka. I tańczy z nim do dziś! Zdrowie komendanta i komendantowej!

Wzniósł kieliszek do toastu, wśród oklasku policjantów, którzy podnieśli się znad stołów.

– Brodzki, nie wybaczę ci tego, stary psie! – Halicki grzmiał z uśmiechem.

– Ale komendancie – wtrącił Maks – przecież my to wszyscy słyszeliśmy już dawno temu.

– Jak to? – spytał nie bez ulgi Halicki.

– Pana żona sama to opowiedziała! – rzucił Maks, a po sali przeszedł szmer przyjacielskiego szacunku. – W sumie, gdyby nie Brodzki, byłby pan kawalerem!

– Maks, przywołuję cię do porządku.

– Ale to jej słowa, komendancie!

– Już dobrze, Halicki. – Brodzki uścisnął go. – Dziękuję ci za wszystko. Jesteś dobrym przyjacielem – poklepał go po ramieniu. Cała sala, trzymając gotowe go toastu kieliszki, patrzyła na nich w ciszy. – Dobrym przyjacielem i kiepskim komendantem!

Wszyscy roześmiali się głośno, stukając się szkłem.

– Pora odejść w cień, przyjacielu – powiedział mu Halicki, nie zwalniając uścisku. – To zawsze będzie twoje miasto.

– Tylko będę w nim samotny. Ty masz chociaż żonę.

– A ty masz córkę. Wiesz, co moja Zośka myśli o dzieciach.

– Coś za coś, komendancie.

– Coś za coś, detektywie.

I napili się. Tak oto przyjaźń detektywa Leona Brodzkiego z komendantem Halickim miała przejść do psiarnianego muzeum.

A potem były wspominki i wypominki. Najpierw wsunęli smaczne zakąski w policyjnym bufecie, znanym z dobrych śledzi i twardych, drewnianych krzeseł w stylu zakopiańskim. A potem symbolicznie pojechali pod Łysomice, żeby na wydmowych pustkowiach postrzelać z wiatrówek do puszek. Kiedy auto zakopało się w piachu, zostawili je pomiędzy drzewami.

Od kilku lat Brodzki udawał, że dużo pije, choć pił coraz mniej. Wątroba.

Zamiast pić – zakąszał. Także wczoraj, kiedy wszyscy polewali, on pił z grzeczności. Instruując młodych, zwłaszcza największego kozaka Nowaka, wylewał wódę do pelargonii. Te w jego gabinecie już dawno zwiędły od etanolu. Zawsze cenił męski, policyjny etos. Milicyjny również – bo zaczynał jeszcze w poprzednim ustroju i nie lubił, gdy ktoś mu to wypominał.

A początek kariery miał całkiem epicki.

Po pierwsze – dzięki ojcu, funkcjonariuszu najpierw milicji, a po zmianach ustrojowych – policji. To on natchnął go do służby mundurowej i pomógł w dostaniu się do szkoły, choć Brodzki zawsze myślał, że osiągnął to sam. Franciszek zawsze pokazywał synowi wskazujący palec, mówiąc „spodziewaj się niespodziewanego”, czego nigdy Leon jako dziecko nie rozumiał.

Takich relacji z ojcem nie miał młodszy syn, Łukasz. Jego pojawienie się na świecie nie było oczekiwane tak, jak pierworodnego Leona. Franciszek nie pozwalał mu na popełnienie najmniejszego błędu. Łukasz, chcąc wyrwać się spod kurateli obsesyjnie surowego ojca, zaraz po maturze postanowił pracować w Służbie Celnej. Praca pogranicznika oznaczała bowiem wyjazd daleko od domu i daleko od domowego reżimu. Tak też się stało – teraz Łukasz pracował w dalekich Bieszczadach.

Leon poznał milicyjny świat, jeszcze zanim ukończył szkołę. W trakcie nauki trafił przypadkiem na trop, który doprowadził do ujęcia mordercy „dziewczyny w czerwonym płaszczu”. Sprawa Szabańskiego zakończyła się głośnym procesem poszlakowym i wyrokiem śmierci – ostatnim, jaki wykonano w Polsce. Młody Brodzki wybił się tym na tyle, by po ukończeniu Szkoły Policyjnej szybko dostać przydział w Toruniu i rozpocząć marsz po szczeblach kariery w komendzie. Dlatego i druga głośna sprawa z jego udziałem została przez jednych zapomniana, a przez innych rozdmuchana do rozmiarów bohaterskiego czynu. Podczas obstawiania meczu piłkarskiego między Elaną Toruń, a Olimpią Grudziądz, Brodzki uratował swojego ojca, strzelając gumową kulą do zamaskowanego kibola z nożem. Ta trafiła chłopaka jednak tak niefortunnie, że przebiła oko i uszkodziła mózg, doprowadzając tym do jego śmierci.

Dochodzenie szybko umorzono, a Brodzki po raz kolejny został supergliną, który w swej sławie znacznie prześcignął ojca. Leon nie czuł się dobrze z takim zakończeniem sprawy, ale był młody i niedoświadczony. Dużo bardziej zaprawione w boju autorytety poklepały go wtedy po ramieniu.

Dziś o sprawie pamiętali nieliczni, a najmniej sam Franciszek Brodzki, cierpiący na demencję, emerytowany glina wypoczywający w Domu Pomocy Społecznej imienia dr. Leona Schumana przy Szosie Chełmińskiej.

Z wiekiem także organizm Leona coraz bardziej odmawiał posłuszeństwa. Zdał sobie z tego sprawę już pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Zrozumiał wtedy, że jest w wieku, w którym choćby piłkarze kończą kariery, a on przecież zawsze obiecywał sobie, że utrzyma formę. Że będzie tak zwinny i tak wysportowany, jak wtedy, kiedy zaczynał pracę, czy jak wtedy, kiedy dostał służbowe mieszkanie i poślubił Dagmarę. Albo jak wtedy, kiedy obiecywał sobie, że będzie dobrym gliną, gdy jego ambicje wykraczały poza egzekwowanie prawa o ruchu drogowym i kiedy wyważał drzwi, których nie powinien był nawet uchylać. Nie przeprowadzał może nigdy staruszek przez jezdnię, jak przykładny harcerz, ale gdy gdziekolwiek działo się zło, zawsze stawał po właściwej stronie. Tak w każdym razie głosiły plakaty promujące akcję z numerem 112, na których umieszczono wizerunek Brodzkiego.

Czas pokazał, że ciało się starzeje – tak jak stara broń, stara „blacha” i jego stare, obdrapane biurko na pierwszym piętrze. Czas pokazał, że dusza też się starzeje – tak jak wspomnienia, drewniane meble czy ukochany pies.

Kiedy więc wczorajsza pożegnalna impreza przeszła w fazę czerwonej dezynwoltury, zadzwonił po Henryka – najstarszego taksiarza w mieście, zaufaną, kochaną „złotówę” w dużym fiacie. Znali się od lat – Henio nie puściłby pary z gęby. To on woził gliniarzy na chrzciny, zajeżdżał po niektórych na ulicę Ptasią do domu uciech i nie zadawał pytań. A na Ptasią zawsze jeździło się okrężną drogą, w przenośni i dosłownie: drogą dojazdową była bowiem ulica Okrężna.

Leon wytoczył się z taksówki około pierwszej w nocy na rogu Konopnickiej i Mickiewicza. Ta druga była główną ulicą osiedla Bydgoskie Przedmieście.

Niegdyś reprezentacyjna, potem podupadła. Następnie przez dwie zimy rozkopana na całej długości, co doprowadziło do upadku licznych zakładów usługowych i sklepików. Teraz ulica teoretycznie piękniała, choć wystarczyło wejść w pierwszą z brzegu bramę, by zobaczyć, jak się żyje na tym osiedlu. Nie bez powodu nawet sami urzędnicy miejscy projekty rewitalizacji nazywali „remontalizacją”.

Zmysły go zawiodły, bo nie zorientował się, że drzwi do mieszkania były otwarte. Długie schody wprawiły go w zadyszkę, więc oparł się o zabytkową framugę, póki nie złapał oddechu. Zacisnął kilka razy powieki, wypuścił mocno powietrze, kwaśny posmak w ustach się cofnął. Wszedł do sypialni.

Marta czekała na niego naga.

Znali się od lipca. Ich drogi po raz pierwszy przecięły się na korytarzu „okrąglaka”, jak nazywano toruński Areszt Śledczy. Dopiero co objęła stanowisko psychologa, kiedy wezwano ją podczas jednego z przesłuchań. Z więźniem rozmawiał przystojny policjant – nieprzebierający w słowach, ale przebiegły i błyskotliwy. Od początku zrobił na niej wrażenie, a gdy wyszli na zapoznawczego papierosa na ławkę pod Teatrem im. Wilama Horzycy, po pięciu minutach wiedział o niej wszystko.

Po dwóch miesiącach Marta o Brodzkim nie wiedziała prawie nic.

Siedziała teraz na dywanie w jego mieszkaniu, oparta o łóżko i – z kieliszkiem wina w ręce – czytała książkę.

„Coś o psychoanalizie” – zdołał pomyśleć Brodzki, zanim jego uwagę przykuły świąteczne lampki wiszące w całym pokoju.

– Właściwie to chciałem coś powiedzieć, ale kiedy minąłem drzwi, zapomniałem. Nie za wcześnie na ozdoby? Jest wrzesień…

– Żeby ci się zrobiło przytulniej – powiedziała miękkim, kobiecym głosem. Spod burzy loków patrzyły na Brodzkiego młode, umalowane oczy. Leon dostrzegł to spojrzenie, a zaraz potem fuksjowe usta, wyrażające pragnienie.

– A fluorescencyjnych gwiazdek nie było? Zdejmij to.

– Brakuje tu kobiecej ręki. Posprzątałam w kuchni i zmieniłam pościel. Nie lubię spać pośród zapachów innych kobiet. Nie było żadnego czystego kompletu.

– Bo wszystkie się zużyły – odpowiedział nie bez męskiej przechwałki.

– Dlatego kupiłam ci nową. Umieść ją w szufladce z moim imieniem, obok innych rzeczy. Jest czerwona, podoba ci się?

– Wygląda, jakbyś wyprała ją we krwi.

– Nie ma za co.

– Czy ja nie wspominałem ci już, że nie potrzebuję, żebyś robiła te wszystkie bzdury?

– Dobrze wiesz, że to nieprawda. I tylko udajesz, że jesteś taki niezależny – powiedziała, odkładając książkę na łóżko. Brodzki spojrzał na okładkę, Marta rozchyliła nogi.

– Pigmalion? – spytał, przenosząc wzrok z książki na nogi dziewczyny. – Nie mam siły na te mądrości, jestem starym człowiekiem… Ale rozumiem, że ciebie mogę czytać jak otwartą księgę?

– Stary człowiek i… – Zaczełą skradać się do niego, jak kot. – Stary człowiek i może?

– Czego ty właściwie chcesz, co, Marta?

– Trochę ciepła, trochę uwagi. I trochę seksu.

– Koniecznie w tej kolejności? – Jednym ruchem podniósł ją do góry.

– Ja tu jestem psychologiem.

– Książka, wino, rozpuszczone włosy. Tylko okularów brak.

Na słowa Brodzkiego Marta sięgnęła do torebki.

– Niech pan się położy na kozetce, mam do zadania kilka pytań – rzekła zmienionym tonem i założyła okulary w grubej oprawce. Zmieniały jej wygląd, podkreślając charakter i seksapil.

Nie odmówił.

Jednym ruchem włączył aparaturę muzyczną na biurku. Na gramofon założona była już płyta Dire Straits Alchemy. Ustawił igłę kilka rowków od krawędzi. Tam, gdzie zaczyna się piąty utwór.

Podciągnęła mu T-shirt i zaczęła całować nagi tors. Brodzki chłonął zapach jej nabalsamowanego ciała i dotyk miękkiej skóry, kiedy z głośników sączyły się dźwięki gitary Marka Knopflera i słowa utworu – …it’s a mystery to me, the game commences, for the usual fee, plus expenses…

Loki Marty opadały na niego, dotykając przyjemnie jego ramion. Podciągnął jej brodę w kierunku swojej i zanurzył usta w rozchylonych wargach o smaku granatu. Marta usiadła na nim i zaczęła ocierać się o jego rozporek.

Nie musiała czekać długo. Brodzki złapał ją jedną ręką w pół, drugą oparł się o łóżko i jednym ruchem rzucił ją na plecy, lądując między jej nogami.

– Ktoś tu jest niecierpliwy – wyszeptała, całując jego szyję. Brodzki zsunął rękę w dół.

Piosenka szła dalej, tak jak dalej szedł Brodzki – …I go checking out the reports, digging up the dirt, you get to meet all sorts, in this line of work…

Marta westchnęła, zaciskając uda, po czym rozpięła mu guzik w dżinsach i swoją dłoń wsunęła w jego majtki. Szybko znalazła to, czego szukała.

– Nie wiedziałam, że chodzisz z bronią do łóżka.

– Stój, bo strzelam – odpowiedział z szelmowskim uśmiechem, po czym jednym ruchem zsunął spodnie wraz z bielizną i wbił się w nią, a ona wbiła palce w jego plecy i otworzyła szeroko oczy, tracąc z emocji oddech.

Marta uwielbiała silne, męskie ciało Leona. Kiedy się kochali, łapała go za barki albo ramiona i ściskała je. W jednej chwili z pyskatej inteligentki przeistaczała się w uległą dziewczynę, z którą może zrobić, co chce. Bo Brodzki miał w sobie to coś, co nie tylko pomagało kobietom zrzucać bieliznę, ale – co ważniejsze – otwierać serca. Więc kiedy posuwali się coraz szybciej w miłosnym tańcu, złapała go za szyję, przejeżdżając kciukiem po skroniach. On zrewanżował się muskaniem jej ust, które łapczywie oblizały jego palce. Winylowy krążek wciąż obracał się na talerzu gramofonu, wprawiany w ruch naciągiem taśmy i laserem, regulującym prędkość obrotów. Płyta była w świetnym stanie, obracała się bez trzasków. Scarred for life, no compensation, private investigations – sączyło się ze starych głośników.

– Czy pani doktor uważa, że to badanie będzie owocne? – spytał z uśmiechem i ugryzł ją w szyję.

Marta odgięła się do tyłu i rozłożyła jeszcze szerzej nogi. Lubiła, kiedy do niej mówił. Miał niski, ciepły głos, który świdrował jej umysł. Mimo kilku specjalizacji i fakultetów z psychologii, tego aspektu nigdy nie mogła pojąć. Czy chodziło o fenotyp? O zapach? O siłę? O różnicę wieku, dzięki której mogła przy nim odgrywać ubezwłasnowolnioną nastolatkę?

Patrzyła na jego twarz i gładziła go po policzkach i czole, co bardzo lubił. Pocałował jej dłoń i wsunął swoją pod jej pośladek, który ścisnął mocno.

Zetknęli ze sobą czoła. Marta złapała go za biodro i przyciągała do siebie, by wchodził mocniej i mocniej. Brodzki świdrował ją wzrokiem i obsypywał pocałunkami. Jego zdecydowanie i siła, intensywny zapach skóry i męskiego potu, naprężone ręce i spojrzenie odgrywały równie ważną rolę, co gruby i naprężony członek, penetrujący jej rozpalone do czerwoności wnętrze.

Brodzki zamknął oczy.

Lubił kobiety, jak każdy, ale – jak mało kto – kochał tylko jedną. Mógł być z wieloma, na chwilę, albo na całe lato, jak z Martą, ale na dłużej tylko z Dagmarą. Tą, której ciepłe dłonie rozpuszczały każdą lodową bryłę, rosnącą w jego zimnym, policyjnym sercu.

Tylko z nią, byłą żoną, chciał być najbardziej, i właśnie z nią najbardziej być nie mógł.

Matka jego córki, Sary, pracowała teraz jako dziennikarka w rodzinnym, nadmorskim Darłowie. Leon przechodził na policyjną emeryturę w rodzinnym, nadwiślańskim Toruniu.

Oprócz Dagmary, jedynej, która znała go bardziej niż on sam, była kiedyś jeszcze Janka. Wielki romans sprzed lat, platoniczna miłość detektywa policji i naj­ekskluzywniejszej prostytutki w mieście. Dramaturgiczny komponent tragicznej historii, bez szans na happy end. Miłość wilka i zaklętej w sokoła. Dziś prowadziła normalne życie, była żoną, matką i przewodniczącą rady rodziców w jednej ze szkół. Jej przeszłość została zatrzaśnięta w sejfie poprzedniego milenium, razem z innym uczesaniem i kształtem nosa.

Brodzki poruszał intensywnie oczami, ale powiek nie uniósł. Marta gładziła go po głowie, chciała, żeby spojrzał na nią. Nie spojrzał już do końca.

Nie lubiła tego. Bała się, że nie należy wtedy do niej, tylko oddala się gdzieś, do środka.

To właśnie robił. Bo Marty bardzo pożądał. Ale jej nie kochał.

*

Było chwilę przed południem, 2 września, kiedy Marta ubierała się w oknie, łapiąc słońce, które naraz zaczęło świecić z większą mocą. Jej młode, smukłe ciało prężyło się jak kot i Brodzki bardzo tej sprężystości Marcie zazdrościł.

– Zadzwoń do córki, Leo.

– Od wczoraj, dzięki Bogu, nie mam telefonu. Zdałem go na komendzie.

– To jak ktoś może cię łapać?

– Nie może. To ja łapię ludzi. Z Sarą umówiłem się za godzinę na obiad.

– Więc jakoś się z tobą skontaktuję odnośnie kolejnej nocy… – mówiła, zakładając błękitną bluzkę. Po przełożeniu jej przez głowę, jednym ruchem wyciągnęła spod materiału burzę swoich loków. Nie mogła sięgnąć suwaka.

– Pomogę ci.

– Nie trzeba – rzuciła, biorąc widelec ze stołu. Wsadziła jego końcówkę w zamek i podciągnęła go do góry. Brodzki patrzył na to z podziwem, leżąc z ręką założoną za głowę. – I nie myśl o mnie cały dzień, bo dziś jestem, a jutro może mnie nie być.

– Dzięki, że wpadłaś.

– Mam nadzieję, że nie wpadłam, tatuśku. Ale następnym razem się przygotuj – odparła, zakładając dżinsową kurtkę. – Czy, gdy jeszcze byłeś policjantem, na akcje też ruszałeś z niezabezpieczoną bronią?

– Nie zapomniałaś o czymś?

Marta niechętnie wyjęła z kieszeni klucze i cisnęła nimi w mężczyznę.

– Jesteś całkiem przystojny, kiedy się wyśpisz. Jak na emeryta – posłała mu całusa z charakterystyczną dla młodych ludzi pewnością siebie.

I wyszła.

Brodzki spojrzał w łazienkowe lustro.

„Chyba jestem przystojny” – pomyślał, przejeżdżając dłonią po poprzetykanej subtelną siwizną szczecinie. „Ale już niedługo bracie, niedługo się to skończy. Każda noc z tak piękną kobietą może być ostatnia. Nikt nigdy nie obiecuje powtórki. A czas płynie”.

Większość fuksjowej szminki została na pościeli, ale jego kąciki ust także zachowały coś dla siebie.

– Nie patrz na mnie. Po prostu, kurwa, nie patrz tak na mnie – chlusnął zimnym strumieniem w twarz. – Dziadku.

Woda w zlewie zrobiła się czerwona.

*

Był piątek, 2 września 2016 roku, kiedy około południa w Toruńskim Centrum Zarządzania Kryzysowego na ulicy Legionów odebrano nietypowe zgłoszenie. Telefonował starszy mężczyzna, krzyczał do słuchawki roztrzęsiony.

– Spokojnie. Proszę powiedzieć, gdzie pan jest.

– Ze Sportowej dzwonię, mówiłem przecież! Między cmentarzem a targiem, garaże widzę.

– Który to cmentarz? Czy chodzi o Cmentarz Świętego Jerzego?

– No tu na Sportowej, tu z tyłu, przy garażach.

– Już wysyłamy patrol. Co się stało?

Bogdan Kowal twierdził, że kiedy podszedł do automatu, w którym można kupić znicze, w podajniku znalazł ludzki palec. Dyspozytor poinstruował mężczyznę i przekazał zgłoszenie dyżurnemu komendy Toruń Śródmieście, a ten dał zdarzenie na radio. Wiedział, że wśród policjantów na rewirze nie ma człowieka, który lubował się w tych sprawach.

– Brodzki jest od wczoraj na emeryturze – rzucił ­Filip, starszawy dyspozytor, gdy zszedł na papierosa. Był łysy, miał szczecinę na swej owalnej, zmęczonej twarzy i wysoko postawiony kołnierz welwetowego golfu.

– A dokładniej, na dywanie swojego mieszkania – poprawił kolegę Piotrek, krótko obcięty strażak o wyrazistym głosie i takiej też szczęce.

Znali Brodzkiego. Bo ci ze służb, spod 997, 998 i 999 znali się w każdym mieście. Codziennie przecież spotykali się przy roztrzaskanych autach albo w zaczadzonych mieszkaniach. A Leona Brodzkiego ciężko było nie znać lub o nim nie słyszeć.

– Obstawiamy, że to żart, z tym paluchem? – spytał zadziornie strażak.

– Po to mamy wojewódzkie centra, żeby takie telefony selekcjonować, Piotras – odparł Filip, wypuszczając dym papierosowy w kierunku pobliskiej stacji benzynowej. – Przyznaj, odciążamy was i niebieskich.

Strażak skinął głową i zaciągnął się.

Centrum Zarządzania mieściło się w tym samym budynku, co remiza straży pożarnej. Mówiła o tym tablica na trawniku przed budynkiem – wciąż widniał namalowany na niej stary automat telefoniczny na karty.

Strażacy często otwierali bramę oddzielającą ich od małej stacji i dotankowywali tam pojazdy. Lub kupowali papierosy. Tak, strażacy lubili palić.

Gdy remiza i centrum czuwały nocą, Filip spędzał czas w dyspozytorni na czytaniu dobrych kryminałów. Piotr grywał w ping-ponga albo rozkładał leżak przed budynkiem i wylegiwał się na podjeździe, licząc gwiazdy. Nie on jeden robił tak w mieście Mikołaja Kopernika.

– Najbardziej mnie wkurwia, że ludzie wystukują 112 i pytają, gdzie jest najbliższy fryzjer. To się w głowie nie mieści – wyliczał Filip. – Wiesz, że w zeszłym roku jeden gnojek dzwonił tu ponad trzy i pół tysiąca razy?

– Skąd?

– Z Chełmży.

– No tak – Obaj się zaśmiali, kaszląc przy tym. – Chemża! Miasto buraków…

– Ja jestem z Chełmży. – Filip spojrzał na niego chłodno. Piotr zdębiał. – Żartowałem.

I zaśmiali się serdecznie.

– Niech Bóg ma w opiece właściciela tego palca. Oby żył.

Obaj podążyli myślami do nieznanej im, poszkodowanej osoby. Chociaż nie przyznawali się do tego, zawsze modlili się, by z wypadku, pożaru czy wybuchu wszyscy wyszli cało. A przynajmniej w jednym kawałku.

*

Laura była bardzo ładną dziewczyną, przynajmniej jak na swoje osiemnaście i coś tam lat. Duże, brązowe oczy, kruczoczarne włosy, zadziorny podbródek i subtelnie podkreślające urodę kości policzkowe w każdej innej sytuacji uznane byłyby za kanon piękna. W tej scenerii natomiast, pokryte krwią i oblepiającym rany kurzem, zyskiwały innego rodzaju powab. Urok scen ostatecznych.

Wisiała ze skrępowanymi u kostek nogami, ledwo dotykając palcami ziemi. Miała na sobie rozdartą sukienkę w tulipany.

Ciężar jej ciała podtrzymywały metalowe łańcuchy obwiązane wokół dłoni, zakończone srebrnym hakiem. Z daleka mogłaby wyglądać, jak ozdoba świąteczna. Ale jeśli spojrzeć z bliska, to rubin pokrywającej ciało krwi komponował się ze srebrem metalu tak, że z bliska mogłaby być wziętą za figurkę przypominającą kształtem człowieka. Niestety, nie było tu nikogo, kto mógłby rozstrzygnąć te artystyczne dylematy.

Była tylko Laura. Kwestią czasu pozostało, jak długo stan ten potrwa. Bo co do finału – nie pozostawiał on najmniejszych wątpliwości.

Od wielu miesięcy żyła, odrzucając pomoc ludzi, którzy uważali się za osoby jej bliskie.

„Gdzie byliście, kiedy naprawdę was potrzebowałam?” – pomyślała. „Gdzie byliście przez te wszystkie lata, kiedy moja samotna dusza i wystraszone serce szukały miłości i ciepła?”.

Życie przyzwyczaiło ją najpierw do płaczu, a później do suchych łez, bo przez krótką młodość zdążyła wypłakać już wszystkie. Kiedy wreszcie pojawiła się nadzieja – uwierzyła.

I wierzyła jeszcze do niedawna, że tym razem może być inaczej. Nie sądziła, że określenie „zakochać się na śmierć” może być tak dosłowne.

Jak bardzo musiała się mylić…

Plecy ze startą do tkanek skórą paliły żywym ogniem. Betonowa podłoga pełna smug krwi dawała niejaki obraz niedawnych zdarzeń. Posiniałe nadgarstki wyglądały jak dłonie manekina – metal wrzynał się w tętnice, które pulsowały rozpaczliwie, lecz coraz wolniej. Nawet nie czuła rany w miejscu, w którym odcięto jej wskazujący palec.

Spróbowała się podciągnąć – ciało nie drgnęło nawet o centymetr. W tej pozycji mięśnie bardzo szybko wiotczeją. Potem przychodzi czas na resztę.

Rozpierający ból przeszył jej brzuch. Odruchowo krzyknęła, a krzyk przeszedł w przeciągły jęk bólu, ukryty pod grubą warstwą taśmy izolacyjnej zaklejającej usta. Nozdrza łapczywie wciągały powietrze. Oddech nie pozwalał się uspokoić. Zapłakała bezsilnie. Nie pierwszy raz. Oczy otaczały czerwone obwódki i czopy zastygłej ropy oraz ślady wysuszonych łez.

Resztkami sił napięła te mięśnie, które reagowały na sygnały z neuroprzekaźników i wydała krótkie westchnięcie. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to opuszczone miejsce poniosło echem tę smutną melodię, znaną z filmów grozy. To, co w głowie Laury było krzykiem, w przestrzeni opuszczonej garbarni dało się usłyszeć jak stłumiony świst. Krótkie mruknięcie, dyszenie, nieistotne zakłócenie w absolutnej ciszy.

Szczury przemykające przez kałuże przystanęły w zadumie. Mieszkały tu od zawsze. W tym pofabrycznym, tonącym w rdzy pomieszczeniu otoczonym szybami z mozaiki czarnego szkła i czarnego marmuru. Żeliwne suwnice zastygały od lat w samotności, podobne torom na nieużywanej bocznicy. Metalowe boksy, pojemniki, kilometry gumowych rur i ssaków określonego przeznaczenia.

„Chyba jestem martwa” – pomyślała po raz drugi, bo czuła, że śmierć zbliża się nieubłaganie.

Lubiła bransoletki. Miała ich całą kolekcję. Komponowały się idealnie z niebieskim tatuażem przedstawiającym niebieskiego węża zjadającego własny ogon, który wił się wokół jej lewego nadgarstka.

Teraz niebieskie kształty na kremowej skórze dopełniała struga krwi. Trzy kolory: Czerwony.

„Chyba… jestem… martwa” – wyszeptała w myślach i przysięgłaby, że słyszała teraz, jak słowa te poniosły się echem po całym budynku. Jakby jakąś potężną falą dźwięku, zwiastującą rzeczy ostateczne.

Wiadomo jednak, że natura nie znosi próżni i zawsze znajdzie wyjście z każdej sytuacji. Ponieważ naturą natury jest cykliczność i szukanie dróg ujścia dla żywiołów i prądów.

Wiedział o tym także człowiek stojący w ciszy za Laurą. Gdy zrobił kilka kroków, dziewczyna wzdrygnęła się.

Czuła jego obecność, ale opadała z sił, dlatego nawet już się nie bała.

Bała się o kogoś innego.

– Chyba nie chcesz skazać na śmierć innego człowieka? – spytał szeptem. – Ludzkie życie podlega cykliczności, od narodzin do śmierci. Jest nieskończoną spiralą życia tych, co byli przed nami, by potem i nasze życie powtarzane było przez tych, co następują po nas. Jest powtórką. To jak będzie, Lauro? Dasz mi to, czego chcę, czy sam mam to wziąć?

*

– Rozumiem, przyjąłem – rzucił przez radio aspirant Żółtko i skinął na sierżanta Nowaka, z którym kończyli papierkową robotę na rogu Jana Pawła i Kraszewskiego. Do miejsca kolejnego zgłoszenia było bardzo blisko.

Żółtko wyglądał na szkolnego kujona. W mundurze prezentował się jak marynarz, ale całe dostojeństwo znikało, kiedy spojrzało się na jego smukłą twarz. Miał wystające kości policzkowe i brunatną grzywkę, opadającą na wysokie czoło. Reszty portretu dopełniały małe uszy, takie same usta i duże, niebieskie oczy, przyozdobione okularami w grubej oprawie. Na komendę trafił wczoraj – dopiero dziś komendant dał mu zielone światło, by wyruszył w miasto. Nie zdążył poznać Brodzkiego, na imprezę pożegnalną detektywa nie przyszedł, bo nie czuł się zaproszony. Minęli się o jeden dzień. Pochodził spod Nakła nad Notecią. Jego ojciec zmarł, zanim on przyszedł na świat. Matka odeszła trzy lata później. Glejak. Wychował go dziadek, kolejarz z AK-owską przeszłością oraz babcia, emerytowana pielęgniarka. Dawali mu dużo swobody, za którą odwdzięczył się uczciwością i sumiennością. Obie te cechy biły teraz z jego bladej, inteligentnej twarzy.

Jego przeciwieństwem był dobrze zbudowany sierżant Jacek Nowak – w mundurze i włosach „na jeża” wyglądał na napakowanego. Miał szeroko osadzone oczy i orli nos. Zwłaszcza nos wywoływał u Żółtki dysonans poznawczy, gdy patrzył na Nowaka, bo już pierwsze wrażenie mówiło, że kolega o orlim nosie w szkole raczej „orłem” nie był. Ot, błąd fizjonomii. Znali się dopiero jeden dzień, ale od razu widać było, że Nowak hołduje kultowi kultury fizycznej – lubował się w crossficie i biegach przez błoto i kamienie. Miał młodszego brata, Chyżego, którego ciągle musiał temperować i bronić przed matką. Pochodził z Bydgoskiego Przedmieścia, gdzie do dziś miał posłuch wśród swoich ziomków – mimo że stał teraz po drugiej stronie barykady.

Żółtko czuł, że wypowiadanie słów nie było mocną stroną nowego partnera z patrolu. Nowak był bowiem władcą blankietów, a jego supermocą – zawyżone kwoty mandatów. Do ich wpisywania nie trzeba było być orłem z matematyki.

Zbieg ulic nieopodal hotelu Merkury znów był miejscem stłuczki. Powód ten sam: wciskanie się „na trzeciego”, mało intuicyjne rozjazdy ze zdartą farbą znaków poziomych i, w efekcie, kolizja z tramwajem. Torowisko zablokowane było przez prawie godzinę, więc ludzie przesiadali się do autobusów, które pędziły na złamanie karku z Okrężnej aż na Rubinkowo III. Daewoo matiz wbiło się w tramwaj, jadąc od strony mostu, a nadjeżdżająca panda, chcąc uniknąć zderzenia, ścięła chodnik i rąbnęła prosto w rzeźbę tulipana, stojącą na pasie zieleni. Kierująca fiatem kobieta nawet nie miała pojęcia, że zniszczyła dzieło sztuki, stworzone w 1972 roku, przy okazji obchodów pięćsetnych urodzin Mikołaja Kopernika. Rzeźba przez lata walała się na zapleczu Miejskiego Zarządu Dróg, póki młody student nie naprawił jej i nie postawił w poprzednim miejscu. Kto wie, czy laminat nie przetrwałby kolejnych czterdziestu czterech lat, gdyby nie Krystyna J. i łyse opony w jej fiacie. Tak oto technologia wyparła sztukę, a płatki tulipana opadły raz na zawsze.

– Kiedy wreszcie przebudują to cholerne skrzyżowanie? – denerwował się Nowak. – Mieli budować tę Trasę Staromostową, rozkopali Uniwersam, poburzyli domy na Chełmionce, a drogi jak nie było, tak nie ma.

– Taka praca – uciął Żółtko.

– Mało wiesz o tym mieście. Nawet najlepszy kierowca wyłoży się na tym skrzyżowaniu i prędzej czy później ktoś komuś znowu wjedzie w kufer – zauważył z przekąsem Nowak, kiedy wypisywał raport.

Tak, jak działo się to w tym miejscu codzienie od kilku lat.

Zabiły dzwony i Nowak odruchowo spojrzał w stronę ratusza – mieszkał tu dostatecznie długo, by nabrać takiego nawyku. Widząc to, Żółtko również spojrzał w tym samym kierunku, ale dojrzał jedynie budynki z czerwonej cegły.

Policyjna kia ruszyła z miejsca i o mały włos nie rąbnął w nią niskopodłogowy autobus linii piętnaście, mknący w stronę ulicy Odrodzenia. Wóz przemknął tuż przed zderzakiem, pozostawiając za sobą jedynie świst powietrza. Samochodem aż zarzuciło. Kierowca lawety assistance wciągającej auto z poprzedniej stłuczki żachnął się i niemal zadławił śliną ze śmiechu.

– Barany z MZK! – warknął sierżant Nowak i ruszył z piskiem.

„Zimny, paskudny typ” – pomyślał o nowym partnerze Żółtko, poprawiając okulary w grubej oprawie. Wyglądał w nich jak Harry Potter.

Dopiero co zaczął jeździć z Nowakiem, a już miał go dość. Tak, jak miał dość wypisywania durnych mandatów równie durnym kierowcom. Ambicje miał znacznie większe, niż egzekwowanie prawa o ruchu drogowym. Jednocześnie był tych ambicji jedynym dysponentem. Cały świat bowiem, z komendantem na czele, miał ambicje aspiranta Żółtki głęboko w dupie i nic nie zwiastowało, by sytuacja ta miała ulec zmianie.

Toteż Żółtko westchnął tylko, co nie uszło uwadze przysadzistego Nowaka, ale ten nic na to nie odpowiedział.

Przydzielono ich sobie jak dwie skarpetki z różnych par. Byli kompletnie odmienni, ale jakoś musieli się dopasować. I nie rzucać sobie kłód pod nogi.

*

Auto po chwili było na miejscu.

Pojechali skrótem przez Gałczyńskiego, tyłami dawnego Uniwersamu, który teraz straszył wielką wyrwą w ziemi. Kilka razy przyszorowali podwoziem, bo Nowak auta nie oszczędzał, a droga była wyjątkowo dziurawa, niczym budżet średniej wielkości gminy w lubuskiem.

Po lewej, między drzewami wystawały z ziemi niskie budy warsztatu kamieniarskiego, obok którego chłopak w czapce i rozciągniętej bluzie z czterema paskami popijał tanie piwo.

– Zobacz, Żółtek – Nowak wskazał na delikwenta spożywającego pod chmurką – jak to fajnie być kamieniarzem. I ta perspektywa nagrobków w tle, poezja.

Za drzewami ciągnął się płot cmentarza. W takiej scenerii sączenie taniego alkoholu nabierało wymiaru metafizycznego zmagania.

– Czemu tu jest taki syf? – Żółtko wskazał na rozciągające się doły w ziemi i tony śmieci rozrzucone po okolicznych krzakach.

– Mieli tu budować wielką galerię handlową. Rude dziady z Irlandii. Ale przyszedł kryzys, co nie, i się zawinęli. Zobaczymy. Mówi się, że ten, kto zbuduje tu nowe centrum handlowe, położy też dwupasmówkę.

– I gdzie będzie biegła?

– Dokładnie tam, gdzie przed chwilą był wypadek.

– Autostrada przez osiedle mieszkalne, straszne.

– Taki mają pomysł, to tak robią, bratku – podsumował Nowak.

Już z daleka zobaczyli na Sportowej spore zbiegowisko. Prym wiodły kobiety – z rynku, z cmentarza, z bloków. Był piątek, zwykły dzień handlowy. Przy wjeździe na targowisko co chwila nawracały dostawcze auta, trąbiąc na blokujących przejazd gapiów. Pełno było ludzi z celofanowymi torbami na kółkach, złomiarze z pordzewiałymi wannami na wózkach, emeryci z włoszczyzną wystającą z materiałowej siatki o kolistych uchwytach.

Radiowóz zaparkował przy wyjściu z cmentarza, obok dawnych hal remontowych. Żółtko wyszedł spokojnie z auta, a gdy się odwracał, wpadł na „Kobietę w Czerni”, wracającą z grobów.

– Tu zawsze pachniało trupem. Ty też pachniesz trupem – rzuciła i zniknęła między drzewami. Policjant nie odpowiedział.

Podeszli z Nowakiem do ludzi.

– Aspirant Żółtko, dzień dobry. Kto z państwa dzwonił?

Na jego słowa, jak za zaklęciem, z tłumu wyłonił się starszy mężczyzna z krwawym zawiniątkiem w ręku.

– Bogdan Kowal, nu, ja dzwoniłem.

– Poproszę dowód osobisty – rzucił Żółtko i wyjął służbowy kajet. Zapisując godzinę przybycia na kartce prawą ręką, odruchowo wyciągnął lewą w stronę Kowala. Ale rozmówca dowodu nie wyciągał. Żółtko spojrzał na niego. – Poproszę dowód, panie Kowal.

A Kowal, zamiast dokumentu, dał aspirantowi krwawe zawiniątko.

– Co to jest?

– To znalazłem. Tu to było, w zniczomacie.

Aspirant chciał odsłonić płótno. Wokół policjantów stało, na oko, dwadzieścioro gapiów, jeden patrzył drugiemu przez ramię i czuć było w tym zgromadzeniu pewne nabożne skupienie. To zbiegowisko było zupełnie inne od innych mu podobnych, choćby tych, które tworzą się w miejscach samochodowych stłuczek. W ciszy stali obok siebie mieszkańcy okolicznych wieżowców, pracownicy targowiska, ludzie, którzy ściągnęli z cmentarza. Kilku młodziaków zaglądało do wnętrza radiowozu, zostawiając tłuste plamy na jego szybach. Tłum gapiów pęczniał. Z dwudziestu osób zrobiło się trzydzieści, a nawet i sto, jeśli liczyć tych przyglądających się zajściu z okien punktowców.

– Proszę się odsunąć, tak? Dzieciaki, odsuńcie się od radiowozu.

Żółtko wyjął ze schowka w samochodzie gumowe rękawiczki, podszedł do Kowala i delikatnie odsłonił materiał. Szybko pobrudził palce krwią. Była jeszcze ciepła. Jego oczom ukazał się kawałek ludzkiego ciała.

– Co to, kurwa, jest – wypalił Nowak i zorientował się, że przeklął na głos, co nie uszło uwadze gapiów. Starsi z nich odruchowo pokiwali głową z niesmakiem.

– Nowak, język – zganił go Żółtko.

– Chyba palec, kurwa, co nie? – wyszeptał partnerowi na ucho.

Jesteśmy przyzwyczajeni do informacji o śmierci, o wypadkach i zgonach. Podawane nawet w dużych ilościach zjawiska, przez woal nazw i terminów, tracą na sile. Natomiast każde rzeczywiste zetknięcie z chorobą, śmiercią, z aktem naruszenia świętości ludzkiego ciała, wywołuje wrażenie upiorne. Jak zaburzenie odwiecznego porządku, w którym człowiek, przyobleczony w skórę i włosy, stanowi pewien jednolity, nierozerwalny obiekt, będąc nim od narodzin do śmierci.

Dlatego widok ludzkiego, odciętego palca napawał policjanta trwogą. Spojrzał po ludziach. Wszyscy w skupieniu czekali, aż coś powie, ale Żółtko początkowo nie powiedział nic. Jakby wielka gula stanęła w jego gardle.

– A my wiemy, co to jest panie policjancie… – rzucił dziecięcy głos z tłumu, tym tonem dziecka, któremu zdawało się, że odkryło tajemnicę Świętego Mikołaja, za którego przebiera się co roku wujek Roman.

– Tak?

– To paluszek Bema! – krzyknął dumnie młodziak.

– Mietek, stul mordę, to nie jest śmieszne – zrugał go pijacki, ochrypły głos. – Pan wybaczy, młode to to i głupie.

Mimo atmosfery napięcia, kilka osób zaśmiało się pod nosem. Bo żart był całkiem przedni.

Wszyscy oprócz Żółtki znali doskonale jedyny w okolicy sklep całodobowy. Ten, w którym spóźnieni goście kupują późnym wieczorem wino wytrawne do piętnastu złotych i rafaello, i ten, do którego posyła się dzieciaki po sól. Osiedlowy pawilon, otoczony niegdyś dającą orzechy leszczyną, teraz różowym szyldem obwieszczał swoją nazwę: Paluszek. Przy ulicy generała Bema.

– Daj do wora – Żółtko dał znak Nowakowi ruchem głowy, by ten przejął zawiniątko i zabezpieczył je. – I powiadom komendanta, niech wezwie pianistę od paluchów.

– Dużo roboty to Daktyl z tymi odciskami nie będzie miał, co nie? – zaszydził Nowak i z obrzydzeniem przejął pakunek.

– Proszę pokazać, gdzie pan to znalazł.

– W zniczomacie. Wrzuciłem dwie piątki, na mały zniczyk, żeby żonie zapalić. Wkładam rękę… – zawiesił głos Kowal. – Straszne przeżycie, nu.

Mundurowy przyjrzał się automatowi z napisem WKŁADY I ZNICZE. Podajnik stojący tuż przy wejściu na cmentarz był cały we krwi.

– Wkładam rękę, a tam palec – mamrotał Kowal.

– Może to palec Boży! – rzuciła starsza kobieta bez zębów, przytakując samej sobie. Jej twarz miała zapadnięte do wewnątrz policzki i żuchwę poruszającą się na boki, niczym pas transmisyjny.

– Aż mnie zmroziło na ten widok. Krew, proszę pana i to to, odrąbane. Myślałem, że dla żartu ktoś tu coś włożył, wie pan, nu świński ogon na przykład. Tu często się walają odpadki z rynku. No, ale ślepy nie jestem i widzę, co mam w ręku. Wystarczy spojrzeć i porównać, że ludzki palec. Ohyda.

Nowak nadszedł od auta. Zobaczył z bliska otwór w automacie.

– O fuck… Jo, Żółtek, co to za szajs?

– Bema pamięci żałobny rapsod – odpowiedziała „Kobieta w Czerni”, nadchodząc niespodziewanie od strony cmentarza.

Była drobnej postury. Miała na głowie ręcznie uszytą woalkę żałobną, przez którą trudno był dojrzeć jej twarz. Jej szerokie biodra kołysały się na kaczkowatych nogach, na które opadała czarna, wyszywana równie czarnymi różami spódnica.

– To znowu pani.

– Tu zawsze czaiła się śmierć – rzuciła na wiatr.

– Czy pani wie coś na temat tego zdarzenia? Widziała pani coś podejrzanego? – pytał, rozglądając się Żółtko. Coś nie pasowało mu w atmosferze tego miejsca.

Kobieta roześmiała się, ale policjant nie był pewien, na ile śmiech ten był serdeczny, a na ile złowieszczy. Dylemat wynikał z wieku i wyglądu kobiety, która, przybrana w żałobny strój, sprawiała bardzo ponure wrażenie.

– My, ludzie