Powiedz życiu tak, Lili - Anna H. Niemczynow - ebook

Powiedz życiu tak, Lili ebook

Anna H. Niemczynow

4,4

Opis

Lilianna Berg jest niepoprawną poszukiwaczką szczęścia bez powodu. Głęboko wierzy, że przyszła na świat po to, aby czerpać radość pełnymi garściami i obdarowywać nią innych.

Mimo codziennych trosk, w każdym doświadczeniu potrafi odnaleźć coś wartościowego. Nie buntuje się przeciwko temu, czego doświadcza, lecz dziarsko płynie z prądem życia.

Bo aby było ono piękne, trzeba mówić TAK. Trzeba być elastycznym na to, co nam przynosi, i trzeba wierzyć, że kocha nas takimi, jacy jesteśmy. BO JESTEŚMY CUDEM!

Spotkanie z radosną i pogodną Lili dodaje odwagi, energii i mocy do tego, aby wreszcie wyjść z cienia. Bo życie jest tylko jedno i tylko od nas zależy, czy przyjmiemy dary, jakie chce nam ofiarować.

Przestań się buntować. Powiedz TAK i żyj pięknie. Tak, jak Lili i jej barwni przyjaciele.

W książce znajdziesz 52 iluminacje!
Sugestie nowych zachowań, postaw i działań, które wprowadzone w życie, znacznie wpłyną na jego jakość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla wyjątkowej i niepowtarzalnej Lili,

z miłością

Mamusia

ROZDZIAŁ 1

Nie czekaj na lepszy moment. Realizuj plan swojego życia już teraz

Wybór między życiem pięknym a nijakim należy wyłącznie do nas. Każdego dnia, gdy tylko otworzymy oczy, rozpościera się przed nami paleta nieograniczonych i optymistycznych możliwości. Chociaż wiadomo, łatwiej jest narzekać. A już najłatwiej na pogodę. Za zimno – źle, za gorąco – jeszcze gorzej. Mgliście – niedobrze, deszczowo – istna katastrofa! Dlaczego nie możemy wziąć przykładu z Niemców, którzy twierdzą, że nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ubrania?

Podrapałam się po głowie, przypominając sobie, że w zasadzie to nie muszę znać odpowiedzi na to pytanie. Przecież zwolniłam siebie z konieczności posiadania wiedzy na każdy temat i zdążyłam już zauważyć, że od tamtej chwili żyje mi się zdecydowanie łatwiej. Z posiadania racji też zrezygnowałam. Ku zdrowotności! Ciśnienie przestało płatać mi figle i byłam za to naprawdę wdzięczna. Uniosłam ramiona, splotłam dłonie za głową i odchyliłam się na krześle, zaciągając się rześkim jesiennym powietrzem. Mój brzuch natychmiast zmienił się w balonik; pochwaliłam się za to w myślach, bo oznaczało to, że oddycham prawidłowo. Moja babcia Rózia, specjalistka od prawidłowego oddychania, z pewnością również by mnie pochwaliła.

Uśmiechnęłam się do nieco zniecierpliwionej kelnerki, która po raz trzeci podeszła i zapytała mnie, czy może już przyjąć zamówienie, a ja po raz trzeci najuprzejmiej jak to tylko możliwe odpowiedziałam jej, że jeszcze nie, ponieważ czekam na przyjaciółkę. Zanim oddaliła się zdecydowanym krokiem, zdążyłam wyczytać z wyrazu jej twarzy: „Teraz to sobie poczekasz, bo nie mam zamiaru co chwilę tu przyłazić”.

Zignorowałam ten niewerbalny komunikat, ponownie zagłębiając się w czeluści własnych myśli.

Możemy mieć wymówki albo możemy mieć życie: dobre, spokojne, entuzjastyczne, wesołe, spełnione, szczęśliwe i ubogie w oczekiwania, jakie wymyśliło nasze rozbuchane, spragnione podziwu ego. Zawsze mamy wybór między życiem na pokaz a życiem naprawdę. Możemy dużo mówić albo więcej słuchać. Możemy być spięci albo możemy poluzować szelki i po prostu zaufać procesowi życia. Życie nas kocha. Zawsze chce dla nas dobrze i nigdy się nie myli.

Jeszcze raz wzięłam głęboki wdech, ponownie zaciągając się świeżym powietrzem, które oprócz zapachu opadających z drzew liści niosło orientalną woń drogich perfum. „Dolce vita”! Poznałabym je wszędzie!

Rozchyliłam dotychczas przymknięte powieki i ujrzałam ją. Powiedzieć, że wyglądała zjawiskowo, to zdecydowanie za mało. Wyglądała tak, że chyba po raz pierwszy w życiu mój zagracony mnogością słów dziennikarski umysł nie potrafił wybrać spośród nich tego jednego, które by ją opisało.. Czarna jak matka ziemia, sięgająca do kostek sukienka z gęsto wymalowanymi czerwonymi makami, falowała tanecznie, rozbijając się o nogi w zielonych lakierowanych czółenkach przyozdobionych maleńką kokardką. Moją uwagę zwróciła też torebka. Była tak samo zielona i błyszcząca jak buty. Coś mnie zakłuło w środku i gdybym siebie nie znała, pomyślałabym, że to zazdrość. Zbliżająca się do mnie postać rozmawiała przez telefon, potakująco potrząsając głową. Wprawiało to w ruch burzę jej pięknych, zadbanych blond włosów. Odebrało mi mowę. Gdybym była mężczyzną, musiałabym walczyć ze sobą, by się nie zakochać. Spojrzałam wymownie na zegarek, stukając palcem wskazującym w tarczę.

– Błagam cię, Lili. Tylko nie rób tych swoich min. Nie muszę ci chyba przypominać, od kogo nauczyłaś się tej punktualności, prawda? – powiedziała Brydzia, cmokając powietrze przy moim policzku, a następnie posadziła swoje cztery litery na wiklinowym krześle.

Zamaszystym ruchem zdjęła z oparcia pled i otuliła nim ramiona, po czym zapytała, dlaczego właściwie siedzimy na dworze. Nie racząc jej odpowiedzią, uniosłam dłoń, żeby przywołać niecierpliwą kelnerkę.

– Mam nadzieję, że dają tu jakieś dobre ciasta. Odkąd zaczęłam biegać, mam takie ssanie na słodkie, że nie masz pojęcia. – Moja przyjaciółka wertowała kartę, nie dając mi najmniejszej szansy na to, bym mogła przyjrzeć się dokładniej namalowanym ze szczególną starannością motylom na jej paznokciach. Przeniosłam wzrok na swoje, pociągnięte jedynie bezbarwnym lakierem, i marszcząc czoło, sapnęłam z dezaprobatą.

– Przestań już sapać. Przecież przeprosiłam za to spóźnienie. – Przewróciła oczami, zamykając szybkim ruchem kartę, po czym podniosła głowę i zapytała kelnerkę, co ta ma do zaoferowania. Puszysta dziewczyna rozchyliła usta, aby odpowiedzieć, lecz nim wybrzmiał z nich jakikolwiek dźwięk, Brydzia poprosiła o szarlotkę.

– Wielką szarlotkę. Najlepiej na ciepło – uściśliła. – Do tego oczywiście czekolada na gorąco.

– Polecam z dodatkiem bitej śmietany i bakalii. Smakuje doprawdy wybornie.

– Nie wątpię – burknęłam pod nosem. – Już czuję ten galopujący w stronę moich ud cellulit – dodałam, nie starając się szczególnie o życzliwy ton.

– A niech pani da, co ma się zmarnować, prawda? – zaświergotała Brydzia. – Przecież raz się żyje! Ostatnio przeczytałam w internetach, że kobiety na łożu śmierci najbardziej żałują tego, że odmawiały sobie ulubionego jedzenia. Nie zamierzam być jedną z nich. Nie-ma-mo-wy. Absolutnie. – Wykonała zdecydowany ruch dłonią, który miał podkreślać stanowczość jej decyzji. Mina mi zrzedła, kiedy usłyszałam tę argumentację. Dokładnie pamiętałam, ile pracy włożyła w to, aby pozbyć się nadprogramowych kilogramów.

– A dla pani?

Odchrząknęłam, przełykając ślinę, i poprosiłam o rozgrzewającą imbirową herbatę.

– Moja przyjaciółka będzie kiedyś żałować tej decyzji. Nie mam co do tego wątpliwości. – Brydzia puściła do kelnerki oko, a ta z nieukrywaną satysfakcją wreszcie oddaliła się od naszego stolika.

Poprawiłam się na krześle, wyprostowałam plecy i znacząco uniosłam podbródek, przygotowując się do umoralniającej gadki. Czułam się zobowiązana, by przemówić Brydzi do rozumu. Nie chodziło o to, że miałam coś przeciwko szarlotce. Raz na jakiś czas – dlaczego nie? Dobra szarlotka nie jest zła. Sama piekłam taką bez cukru, z dodatkiem płatków orkiszowych. Potrafiłam zajadać się nią na śniadanie. Ale czekolada? Z bitą śmietaną? Z bakaliami? Z gigantyczną ilością bakalii? Przed oczami stanęły mi dziesiątki godzin spędzonych na wspólnych treningach. Czy Brydzia naprawdę zapomniała, ile musiała poświęcić, by pozbyć się balastu, który uniemożliwiał jej swobodne wiązanie sznurówek?

– Wiem, wiem, wiem, wiem… wiem, co chcesz powiedzieć. Przestań na mnie patrzeć, jakbym ci ojca siekierką dziabnęła – wypaliła nieprzemyślanie, wybijając mnie tym tekstem z rozmyślań. Gdy zorientowała się, jakie popełniła faux pas, natychmiast zasłoniła usta dłonią.

– O kurczę – wysyczała cicho. – Całym sercem cię przepraszam. Wiem, że twój tata… że on… że…

Nie ułatwiałam jej zadania, milcząc jak zaklęta. Przyznaję, że to, iż zalała się rumieńcem, przez chwilę sprawiło mi nawet satysfakcję. Zawsze byłam dobrym i wrażliwym człowiekiem, ale nigdy nie byłam Bogiem! Co to, to nie! Boska wyrozumiałość nie była moją najmocniejszą stroną. Teatralnie odwróciłam głowę, wlepiając spojrzenie w rosnące nieopodal drzewo. Poczułam ciepło miękkiej dłoni gładzącej mój policzek.

– No już, już. Nie gniewaj się, kochana moja. Wiem, że twój tata… – ściszyła głos – …że zaginął krótko po śmierci twojej mamy. Durny to był żart. Przyznaję. Ten mój jęzor niewyparzony. Od jakiegoś czasu kompletnie brak mi ogłady! – kajała się. – A właściwie to nie zastanawiałaś się nigdy, gdzie on jest? – Klepnęła się w czoło, wyraźnie zdegustowana rozwiązłością własnego aparatu mowy.

– Możemy zmienić temat?

– Jasne, jasne. Tylko błagam cię. Nie każ mi zamawiać imbirowej herbaty.

Złożyła dłonie jak do modlitwy, rozbawiając mnie tym gestem. Roześmiałam się, a mojej przyjaciółce wyraźnie ulżyło. Rozłożyła szeroko ramiona.

– Tak bardzo cię kocham, Lila. Ty wiesz, że zmieniłaś moje życie, prawda? – Wydzierała się, przyciągając w naszym kierunku spojrzenia pozostałych gości. – Mam ci tyle do opowiedzenia. Mam nadzieję, że zarezerwowałaś dla mnie czas?

Kiwnęłam głową. W tym samym momencie przy stoliku pojawiła się kelnerka z naszym zamówieniem. Zaciągnęłam się zapachem oszałamiająco pysznie wyglądającej szarlotki. Brydzia spojrzała na mnie spod wachlarza długich, wytuszowanych na niebiesko rzęs.

– To jak, skusisz się na kawałeczek? Tyci, tyci. Podobno jesienne jabłka zawsze idą w cycki. A wiesz, Lila, że w tym przypadku to akurat od przybytku głowa nie boli.

– Niech pani przyniesie tę szarlotkę, proszę – zwróciłam się do kelnerki.

– Już się robi – zasalutowała, rozbawiając nas. – Na pewno nie będzie pani żałować. Czekoladę też podać? Ze śmietanką i bakaliami? Nasz kucharz…

– Dobrze, niech pani poda. Nie zasilę tych… internetowych statystyk.

– I bardzo dobrze! – przyklasnęła Brydzia. – Mam ci tyyyyyle do opowiedzenia. Nie będziemy przecież siedziały o suchym pysku, prawda? Przecież to niezdrowo.

– Zamieniam się w słuch, kochana i… jeśli tylko mogłabym coś wtrącić… – Uniosłam palec wskazujący. Chciałam powiedzieć coś poprawnego, coś w stylu „potem to wybiegamy”, ale… zastygłam w tym geście na dłuższą chwilkę i nim zdążyłam wymyślić jakieś gładkie moralizatorskie powiedzonko, na stół wjechała moja szarlotka. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zabrać się do jedzenia.

Przegryzałam kęs za kęsem i starałam się nie myśleć, ile cukru dodano do tego ciasta. Nie żebym nagle stała się jego zagorzałą przeciwniczką, ale po prostu starałam się go unikać. Brydzia natomiast zdawała się nie przejmować pochłanianymi kaloriami. I przez cały czas, nie zważając na zasady dobrego wychowania, mówiła do mnie z pełną buzią. Brakowało tylko, aby ślinka kapała jej po brodzie.

– Lila, ja wreszcie oddycham pełną piersią! – Wciągnęła powietrze tak głęboko, aż jej obfity biust się uniósł. – Od kiedy przestałam pracować w redakcji, naprawdę odżyłam. Codziennie się uśmiecham i mogę powiedzieć, że jestem prawie szczęśliwa.

– Prawie?

Zdziwiłam się. Czego mogło brakować do szczęścia mojej przyjaciółce, która jeszcze do niedawna była również moją szefową? Miała zdrowie, piękne mieszkanie, pełne konto i z tego, co wiedziałam, od jakiegoś czasu jej związek z Sebastianem (naszym kolegą z drukarni) osiągał coraz to wyższe stopnie zażyłości.

– Przecież wiesz, że do pełni szczęścia brakuje mi tylko miejsca pracy. Nie żebym narzekała na tym moim bezrobociu. W końcu porządnie się wyspałam, ale wiesz… brakuje mi takiej, no, no… – cmoknęła.

– Adrenaliny?

– O właśnie! Z ust mi to wyjęłaś. Adrenaliny mi brakuje. No i chyba czas najwyższy, abym wreszcie spożytkowała podarowane przez mamę pieniądze. Koniec z czekaniem na odpowiedni moment. Boski plan mojego życia realizuje się właśnie teraz. Wystarczająco długo odwlekałam realizację marzeń. Ileż można, prawda, Lili? Wiesz, że to ty mnie tego nauczyłaś, prawda? Gdyby nie ty, to…

– Och, nie przesadzaj. – Machnęłam ręką. – Wiesz, co mówi pewne arabskie przysłowie?

Brydzia zaprzeczyła.

– Można przyprowadzić wielbłąda do wodopoju, ale napić się wody to już on musi sam. Ja jedynie doprowadziłam ciebie do źródła mądrości, którą od dawna w sobie miałaś. To, że zdobyłaś się na odwagę, by posłuchać wreszcie głosu serca, jest tylko i wyłącznie twoją zasługą, kochana.

Zauważyłam dołeczki w jej policzkach. Ostatnimi czasy miałam możliwość oglądania ich bardzo często, co ogromnie mnie radowało. Cieszyłam się, gdy ludzie w moim otoczeniu byli szczęśliwi. Im szczęśliwszy świat, tym więcej szczęścia dla mnie. Przecież to takie proste.

– Co z tą adrenaliną? Domyślam się, że nadszedł czas materializacji marzeń?

Przytaknęła, zlizując z wargi okruch ciasta.

– Gdzie powstanie twoje modowe atelier?

– W samiusieńkim centrum!

– Niemożliwe.

– Niemożliwe? Niemożliwe nie istnieje. Przecież sama tak mówiłaś. Co? Już nie pamiętasz? Nie da się to tylko parasolki w dupie otworzyć! Chociaż znając ciebie, i na to znalazłabyś sposób. Już widzę, jak próbujesz to zrobić. Matko i córko! – Brydzia się przeżegnała, a ja, nieskutecznie tłumiąc rozbawienie, próbowałam ją uspokoić.

– Przestań mnie uciszać. Przecież to twoje słowa. – Rozłożyła ramiona.

Aż się trzęsłam ze śmiechu. Czas spędzony z Brydzią bez wątpienia był doskonałą inwestycją w dobre samopoczucie. Stała się moją prawdziwą przyjaciółką. Powierniczką. Zawsze, kiedy tylko potrzebowałam, chętnie służyła mi radą. Zwłaszcza ostatnio, po tym, jak przejęłam jej obowiązki i zostałam redaktorką naczelną pisma dla kobiet.

– Jak ci się to udało? Jak znalazłaś lokal? – zarzuciłam ją pytaniami – Zdobycie miejscówki w centrum graniczy przecież z cudem. Nie wspominając już, ile to może kosztować. Jesteś niesamowita! Jak tego dokonałaś?

Brydzia poprawiła się na krześle i zadarła dumnie brodę. Było widać, że moje pochwały jej schlebiają.

– Odkąd uświadomiłam sobie, że JESTEM CUDEM, cudowne rzeczy dzieją się same! – zaśmiała się dźwięcznie. Jej oczy błyszczały. – A tak poważnie, to nie zrobiłam niczego szczególnego. Po prostu zadzwoniłam pod numer z ogłoszenia. Znalazłam je w internecie. Masz szczęście, bo właśnie dziś idę ten lokal zobaczyć. – Zerknęła na zegarek i wybałuszyła oczy, po czym zaczęła poganiać mnie, abym jadła szybciej.

Zdrętwiałam.

– Czegoś tu nie rozumiem. – Zmarszczyłam czoło. – Mówiłaś, że masz już ten lokal. Więc jak to idziesz go zobaczyć? To nie widziałaś go jeszcze? Masz umowę czy nie?

– Coś ty się taka drobiazgowa zrobiła? Nie poznaję koleżanki. Zjadłaś już? Zjadłaś. To idziemy.

Wyciągnęła z portfela stuzłotowy banknot i wcisnęła go pod talerzyk, na którym kilka minut wcześniej mościła się szarlotka.

– Sto złotych? Nie za dużo? – odważyłam się wtrącić. – Nie żebym miała coś przeciwko napiwkom, ale za tyle to ja tydzień żyję.

– Właśnie widać, Lilunia.

Zlustrowała wzrokiem moją niemal chudą sylwetkę. Zamilkłam.

– Pieniądze są energią, a to, co dajesz, wraca do ciebie po stokroć. Więc wiesz… – Puściła do mnie oko. – Robię to dla siebie.

Roześmiałyśmy się w głos i wyszłyśmy z kawiarnianego ogródka. Muszę wam się przyznać, że rozpierało mnie podekscytowanie na myśl o tym, co mogą przynieść następne godziny. Wszak od jakiegoś czasu po Brydzi spodziewać się można było wszystkiego.

ROZDZIAŁ 2

Zaryzykuj zmianę

Ostrożnie złapałam za klamkę, jakbym bała się, że po drugiej stronie drzwi czeka na mnie jakaś katastrofa. Nie wiem dlaczego, ale nagle zaczęłam mnożyć w sobie wątpliwości. Postanowiłam jednak trzymać język za zębami, bo nie chciałam, by Brydzia pomyślała sobie, że złorzeczę. Poczułam na plecach jej dłoń; zdecydowanym ruchem wepchnęła mnie do środka. W powietrzu było czuć zapach świeżej farby. Rozejrzałam się dookoła. Bladozielona barwa ścian przyjemnie łechtała wzrok. Kąciki ust nieznacznie mi się uniosły, czego Brydzia nie omieszkała zauważyć. Pomieszczenie było duże i przestronne. Przez ogromne okna wpadało jasne światło dnia. Moja wyobraźnia zaczęła pracować. Jej oczami ujrzałam długie rzędy wieszaków, na których w równych odstępach wisiały zaprojektowane przez moją przyjaciółkę ubrania. Nie mogłam się powstrzymać i dotknęłam idealnie równej powierzchni ściany.

– Jest cudownie, prawda? – powiedziała Brydzia, zaciskając z radości pięści. – Wszystko mi się tu podoba. Wszystko, wszystko, wszystko! Widzę, że tobie też, Lila.

Gładziłam ścianę w zamyśleniu.

– Lila? Halloo? Jesteś tam? Ziemia do Lili, Ziemia do Lili.

Szturchnęła mnie.

– Jestem, jestem, kochana. Masz rację. Tu jest naprawdę wyjątkowo – ocknęłam się z zachwytu. – W powietrzu unosi się dobra energia, a te ściany… ten kolor. Mmmmmmm – rozmarzyłam się. – Wiesz, że zielona barwa uspokaja? Ba! Nie tylko uspokaja, ale też wspomaga kreatywne myślenie. Natychmiast wyobraziłam sobie, że tu, po lewej stronie, o właśnie tutaj – wskazałam palcem – stanie twoja maszyna. Stół krawiecki również się zmieści. Mogłabyś szyć na oczach klientek! Wyobrażasz to sobie? To by było coś! Prawdziwe ubrania od prawdziwej krawcowej. Jeśli chcesz, pomogę ci zaprojektować metki. Już to czuję, Brydzia! – Entuzjazm rozgrzewał mnie od środka.

– Widzę, że ci się podoba.

– Podoba? Tu jest…

– Na samo „zet”! – Z oddali dobiegł mnie ciepły, donośnie brzmiący męski głos. Zmrużyłam oczy na widok wysokiego blondyna; zdziwiona gapiłam się na niego, zastanawiając się w duchu, co owo „zet” oznacza.

– Zjawiskowo, rzecz jasna – odparł, przerażając mnie tym nieco. Czyżby czytał w moich myślach?

Zachichotałam głupawo.

– Poznajcie się – powiedziała Brydzia. – Szczepan, to jest moja przyjaciółka Lilianna, Lilianno, to jest Szczepan, właściciel tego oto wspaniałego lokum, które zamierzam wydzierżawić. – Rozłożyła szeroko ramiona i okręciła się jak mała dziewczynka. Jej suknia zafalowała uwodzicielsko.

Mężczyzna, przyodziany w całkiem nieźle skrojony granatowy garnitur, złapał moją dłoń, ścisnął ją delikatnie i patrząc mi głęboko w oczy, przedstawił się ponownie:

– Szczepan Kosar, miło mi panią poznać, pani Lilianno.

– Lilianna Berg, mnie również miło pana poznać. Proszę mi mówić po imieniu. Zwracasz się tak do mojej przyjaciółki, więc… tak chyba będzie wygodniej, prawda?

Nie wiem dlaczego, ale głos mi drżał, a ręce zaczęły się trząść. Dobrze, że tego dnia miałam na sobie tęczowy kombinezon z kieszeniami, bo przynajmniej mogłam je schować. W myślach zganiłam się za zbytnią spoufałość.

Co ty wyprawiasz, kobieto? Co się z tobą dzieje? – pytałam siebie bezgłośnie, nie mając świadomości, że z ust nie znika mi głupi uśmieszek. Wlepiałam spojrzenie w jego twarz, analizowałam każdy jej szczegół, począwszy od szpiczastej, delikatnie wysuniętej brody, poprzez mały pieprzyk obok lewego oka, a skończywszy na liczeniu ledwie widocznych piegów. Zastygłam, próbując zachować w umyśle jego odbicie. Zupełnie zapomniałam, jak się tu znalazłam i po co.

– Skoro Lili się podoba, to biorę. Bo podoba ci się, Lili, prawda?

Usiłowałam sobie przypomnieć, kogo ów Szczepan mi przypomina. Skąd ja go znam? – zastanawiałam się, niemal śniąc na jawie. Byłam obecna zaledwie ciałem. Mój duch odpłynął gdzieś w nieznane.

– Lili? Wszystko w porządku?

– Tak, tak – wzdrygnęłam się. – Ten lokal jest naprawdę piękny. I chyba świeżo po remoncie, prawda? Zdaje się, że wcześniej…

– Wcześniej tu była masarnia – wyjaśnił Szczepan – Nie przeszkadzało mi to, dopóki nie zostałem wegetarianinem. Odkąd przestałem jeść mięso, nie mogłem znieść, że dorabiam się na krzywdzie zwierząt – wydawał się zatroskany. – Wypowiedziałem umowę ze skutkiem natychmiastowym. Następnie zleciłem remont tego lokalu i oto jest. – Rozłożył dłonie, aby wzmocnić tym gestem przekaz. Potem zaczął mówić o sprzeciwie wobec zabijania zwierząt. Słuchając go, miałam wrażenie, że recytuje moje własne poglądy. Poczułam, że gapię się na niego coraz bardziej maślanymi oczami. Zdałam sobie sprawę, że jeśli nie przejmę kontroli nad własnym organizmem, to z zachwytu nad nowo poznanym mężczyzną rozpłynę się niczym śniegowy bałwan przy dodatniej temperaturze.

– Jesteś wegetarianinem?! Założę się, że zdobyłeś już serce Lili, prawda, kochana? – Przyjaciółka szturchnęła mnie łokciem jak jakaś nastolatka.

Trochę się na nią wkurzyłam za ten tekst. Już mogła go sobie darować, zwłaszcza że kiedy Szczepan to usłyszał, wyprostował się jakoś tak przesadnie, jakby był dumny z tego, że zapunktował.

Przewróciłam oczami i zapytałam:

– Ile sobie życzysz za czynsz i na jak długo chciałbyś podpisać umowę?

Skrzyżowałam ramiona na piersi.

– Aaaaa było tak przyjeeeeemnie – zanuciła Brydzia, po czym sapnęła głośno.

– I nadal jest przyjemnie. Przecież to naturalne, że powinniśmy znać warunki dzierżawy, prawda? Szczepan się zapewne ze mną zgodzi? – Spojrzałam na niego wymownie.

Nie miał wyjścia, musiał mi przytaknąć.

– Wiesz, wegetarianizm wegetarianizmem i z całym szacunkiem, ale mięsożerni też muszą z czegoś żyć – ciągnęłam. – Biorąc pod uwagę to, jak w tym przypadku zostali potraktowani, to lepiej, abyśmy miały wszystko ustalone i zawarte na piśmie. A już okres wypowiedzenia w szczególności! – To ostatnie zaakcentowałam głośniej, odnosząc wrażenie, że Szczepan spojrzał na mnie z uznaniem.

Nie wiem, dlaczego byłam taka oschła. Może dlatego, że pod płaszczykiem stanowczej bizneswoman chciałam ukryć swoje prawdziwe emocje? Chyba tak. Musiałam to przyznać jasno i wyraźnie – on mi się spodobał. Naprawdę mi się spodobał. Chociaż nie miał prawa mi się podobać. Spotykałam się przecież z Gustawem. Co prawda, nie zdążyliśmy jeszcze nazwać słowami tego, co nas łączyło, ale biorąc pod uwagę, że spędzaliśmy razem cztery–pięć wieczorów w tygodniu, to musiało nas coś łączyć. Odsunęłam od siebie te myśli. Chciałam się skupić na tym, co jest tu i teraz.

Wraz z Brydzią zostałyśmy zaproszone do znajdującej się w pobliżu „Kawiarni Na Hamaku”. Nazwa bezpośrednio nawiązywała do wystroju wnętrza. Po złożeniu zamówienia można było położyć się wygodnie właśnie na hamaku i się zrelaksować. Według mnie to miejsce było nieco dziwne, jeśli miało się przeprowadzać tak formalne rozmowy. Zdecydowanie bardziej nadawało się na randkę. Ośmieliłam się powiedzieć to na głos, na co Szczepan odparł, że zależało mu na luźnej atmosferze. Obrzuciłam spojrzeniem jego garniak informujący otoczenie o tym, że osoba w niego przyodziana to „sztywniak” jakich mało. Uśmiechnął się nieśmiało, nic już nie odpowiadając. Właśnie wtedy zobaczyłam te urocze dołeczki w jego policzkach. Rozczuliłam się. To rozczulenie mnie przeraziło. W klatce piersiowej poczułam trzepot małych skrzydeł. Czyżby to te słynne motyle? Nie, niemożliwe. Na pewno nie.

Zamówiliśmy kawę i rozsiedliśmy się, a raczej rozłożyliśmy na hamakach. Gdy zapadłam się w głębokiej kieszeni, nazwijmy to, łoża, zawieszonego między dwiema drewnianymi podporami, ogarnął mnie błogostan. Czego ty się tak spinasz, Lilka? – zapytałam siebie w myślach, po czym wzięłam oddech, myśląc o tym, że wciągam w płuca spokój, a na wydechu wypuszczam z ciała całe napięcie. Tę metodę usuwania stresu poleciła mi moja babcia. Zawsze działała. No, prawie zawsze. Miałam wrażenie, że przy Szczepanie musiałabym zrobić tych oddechów więcej, a na to nie było przecież czasu.

Miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę na dobijanie targu, bo Brydzia bez problemu wynegocjowała korzystną cenę najmu, półroczny okres wypowiedzenia oraz adnotację odnoszącą się również do możliwości rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Milczałam. Nie chciałam odgrywać roli „złego policjanta”. W końcu tak po prawdzie to nie ja byłam głównym najemcą, co między wierszami, delikatnie i naprawdę z wielką klasą zasugerował mi Szczepan. Gdy wszystko już zostało omówione, poinformował, że zleci sporządzenie umowy swojemu prawnikowi i że najpóźniej za tydzień umówią się na jej podpisanie. Brydzia zerwała się z hamaka i w akcie radości zaczęła przestępować z nogi na nogę. Wyglądało to trochę tak, jakby chciało jej się siku. Myślę jednak, że walczyła ze sobą, aby nie zacząć tańczyć, tak jak ja kiedyś, kiedy to jeszcze była moją szefową i zleciła mi napisanie mojego pierwszego poważnego artykułu.

Patrzyłam na nią i zrobiło mi się ciepło na sercu. W niczym nie przypominała Brygidy, którą kiedyś znałam. No, prawie w niczym. Wciąż nie mogłam nakłonić jej do wczesnych pobudek, mimo że o ich zaletach opowiadałam jej dziesiątki, jeśli nie setki razy.

Po około półtorej godziny opuściliśmy kawiarnię w doskonałych nastrojach. Szczepan w pierwszej kolejności pożegnał się z Brydzią, a potem podał dłoń mi i… przytrzymał ją o ułamek sekundy dłużej, niż powinien, spojrzeniem zapuszczając korzenie w głębi moich onieśmielonych jego osobą oczach. Speszona, odwróciłam szybko wzrok, kiedy padło zbawienne „do widzenia”.

– On ci się spodobał! – wypaliła Brydzia w chwili, gdy Szczepan wtopił się we wnętrze całkiem nieźle prezentującego się sportowego, czerwonego samochodu. Nie rozpoznałam marki. Motoryzacja nigdy nie była moją mocną stroną.

– Naturalnie, że tak. Lokal jest fantastyczny. Musimy koniecznie pomyśleć nad nazwą. Może: Modowe Love, czyli Atelier Brygidy… nie, nie, nie, to nie pasuje. Lepiej będzie, jak nazwiemy twoje atelier: „Kto do atelier wstąpi, temu Brydzia nie poskąpi”. – Powiedziałam to, przywołując na twarz wyraz absolutnej powagi, lecz nie wytrzymałam długo i parsknęłam śmiechem. Zależało mi, aby odciągnąć uwagę przyjaciółki od tego, co miałam pewność, że zauważyła.

Zatrzymała się w pół kroku, oparła dłonie na biodrach i oznajmiła, że jeśli myślę, że jest ślepa jak kura, to się grubo mylę. Odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. Zależało mi, aby nie patrzyła mi w oczy. Nigdy nie umiałam kłamać, dlatego miałam pewność, że nawet jeśli spróbuję, to i tak marnie mi to wyjdzie.

– Lila! Lila, stój! – Podbiegła do mnie. – Co się z tobą dzieje? Nie poznaję cię! Jesteśmy przyjaciółkami czy nie?

– Naturalnie, że jesteśmy. Chyba nie muszę cię o tym zapewniać.

– To przestań chować głowę w piasek jak jakaś małolata. Ile ty masz lat? Zresztą, nieważne. Z pieluch dawno wyrosłaś i naprawdę nie musisz się wstydzić tego, co ludzkie. To naturalne, że każdy chce kochać. No właśnie, jeśli już mowa o kochaniu, to jak tam twoje sprawy z Guciem? Biedak… Nawet nie wie, że pojawiła się konkurencja – zachichotała.

Teraz to ja się zatrzymałam, skrzyżowałam ręce na piersi i przemówiłam do Brydzi:

– Nie wiem, czy twoja przemiana wyszła mi na dobre. Paplesz i paplesz. Ciągle paplesz. Nie boli cię język?

– A co? Uszy cię bolą?

Roześmiałam się. Jak tu jej nie kochać? Westchnęłam, wypuszczając powietrze z płuc, i niechętnie przyznałam się, że może i nawet ten cały Szczepan odrobinę, ociupinkę, ociupineczkę mi się podoba.

– Wiedziałam!

– Zamilcz! – Pogroziłam jej palcem. – Nie chcę o tym rozmawiać. Ani teraz, ani nigdy.

Spojrzałam na zegarek i zauważyłam, że kompletnie straciłam poczucie czasu. Prawdę powiedziawszy, już dawno powinnam być w domu. Czekało na mnie sporo pracy. Chciałam dokończyć artykuł, który pisałam do najnowszego numeru gazety – dotyczył „zmian”. Powiedziałam o tym Brydzi.

– Zmiany? Och, to jedyne, co w życiu pewne. Nauczyłam się tego od ciebie, przecież wiesz.

Połechtana jej słowami uśmiechnęłam się pod nosem. Milczałam.

– Ja tam nie boję się zmian – zaczęła – ostatnio nawet napisałam sobie na małej karteczce słowa Einsteina i przykleiłam je na lodówce. Codziennie je czytam. W zasadzie to znam je już na pamięć.

– Cóż to za słowa? – zapytałam.

Brydzia wyrecytowała dumnie:

– Trudno o pewniejszą oznakę nienormalności, jak powtarzanie w kółko tego samego i oczekiwanie, że otrzyma się inne wyniki. To takie mądre, prawda?

– Nie da się ukryć. To mądre i proste. Proste rozwiązania są najlepsze. Tylko my, ludzie, czasami niepotrzebnie wszystko komplikujemy. Okej, Brydziu. Będę musiała już zmykać – powiedziałam. Nadjechał mój autobus.

– Skoro musisz? Ale obiecaj, że niebawem się spotkamy.

Podniosłam dwa palce i uroczyście złożyłam obietnicę. Potem mocno uścisnęłyśmy się na pożegnanie. Muszę przyznać, że uwielbiałam się przytulać do Brydzi – jej uścisk pozytywnie wpływał na moje poczucie bezpieczeństwa. Niezmiennie zachwycał mnie zapach jej słodkich perfum i miałam wrażenie, że z każdym kolejnym spotkaniem stajemy się sobie bliższe.

Gdy rozsiadłam się na siedzeniu z tyłu autobusu, wyciągnęłam z torby notatnik i zaczęłam kreślić na brudno tekst do kolejnego numeru pisma. Zaczęłam od zasłyszanych przed momentem słów znanego fizyka.

Trudno o pewniejszą oznakę nienormalności,

jak powtarzanie w kółko tego samego

i oczekiwanie, że otrzyma się inne wyniki.

Tak twierdził Albert Einstein.

Cóż by się stało, gdybyś zaryzykował zmianę?

Być może coś by Ci się nie udało?

Być może ktoś śmiałby się z Ciebie?

A może ktoś przestałby Ciebie lubić?

Czy odpowiedzi na powyższe pytania

mają aż tak wielkie znaczenie?

Przypomnij sobie teraz trzy najważniejsze zmiany,

jakie zaszły w Twoim życiu.

Kim jesteś po tym, jak się dokonały?

Czy sobie poradziłeś? Czy wyszły Ci na dobre?

Oceń to z perspektywy czasu.

Wszystko zapisz na kartce. Podaruj sobie czas na refleksję.

Pamiętasz, że życie Cię kocha? Ono dzieje się tu i teraz,

nie wtedy, kiedy robisz plany.

Zaryzykuj zmianę. Wdech, wydech – ZAUFAJ.

Redaktor naczelna Lilianna Berg

Autobus zatrzymał się na moim przystanku. Zamknęłam szybko kajet, wrzuciłam go z powrotem do torby, wybiegłam z pojazdu i spacerem ruszyłam w kierunku swojego mieszkania. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zauważyłam siedem nieodebranych połączeń. Gustaw próbował się do mnie dodzwonić, podczas gdy ja… ech, nieważne. Odsunęłam myśli na bok i przeczytałam esemesa, którego mi wysłał. Przez chwilę zastanowiłam się nad tym, czy powinnam owego mężczyznę nazywać moim chłopakiem. Sama nie wiedziałam. Gustaw informował mnie, że niestety nie może dziś ze mną spędzić wieczoru, ponieważ wcześniej umówił się z kolegami na grę w pokera i zupełnie o tym zapomniał. Wzruszyłam ramionami; zdziwiła mnie własna obojętność. Moje myśli nieoczekiwanie pobiegły w kierunku Szczepana. Potrząsnęłam głową, próbując się od nich uwolnić. Co się z tobą dzieje, Lili? – zapytałam siebie, gdy znalazłam się w mieszkaniu. Zmęczona dniem opadłam ciężko na kanapę. Pod przymkniętymi powiekami, niczym migawki starego filmu, wyświetlały mi się urywki minionych wydarzeń. Spotkanie z Brydzią, oglądanie lokalu, który lada chwila miał się stać modowym atelier, dołeczki w policzkach Szczepana i… nagle, ni z tego, ni z owego, do mojego umysłu zakradł się on… Już nie pamiętam, kiedy ostatnio o nim myślałam. Usiłowałam to sobie przypomnieć i doszłam do wniosku, że chyba w trakcie swoich osiemnastych urodzin, kiedy to znów nie przyszedł, podczas gdy ja tak bardzo na to liczyłam. A może nie pamiętał daty mojego urodzenia? Nie… to niemożliwe. Musiał ją pamiętać. Przecież to był ten sam dzień, gdy… Wstałam i poszłam do kuchni, by zaparzyć sobie herbaty. Uświadomiłam sobie, że dziś w trakcie rozmowy z Brydzią coś o nim wspomniałyśmy. Może dlatego chodził mi po głowie? Wzruszyłam ramionami.

Nalałam wody do czajnika, postawiłam go na gaz, wrzuciłam torebeczkę mięty do kubka i powiedziałam głośno:

– Gdzie jesteś, tato?

Gdzieś w głębi serca bardzo za nim tęskniłam. Istniało tyle pytań, które chciałam mu zadać. Tylko czy byłam gotowa, by usłyszeć odpowiedzi? Mój wzrok powędrował w kierunku torebki. Podeszłam do niej i wyciągnęłam swój roboczy kajet. Otworzyłam go w miejscu, gdzie godzinę wcześniej napisałam tekst do najnowszego wydania gazety. Westchnęłam głośno i przemówiłam do siebie jeszcze raz:

– Otóż to, Lili! Radzić jest łatwo, prawda? A może byś tak te swoje mądrości zastosowała na sobie? – spojrzałam w swoje lustrzane odbicie – Przecież, skoro życie Cię kocha, to powinnaś mieć więcej odwagi. Zaryzykuj zmianę. Odnajdź ojca. Przecież… póki serce bije, wszystko jest możliwe. Czy powiesz tej zmianie „TAK”?

ROZDZIAŁ 3

Pamiętaj o wdzięczności. To pamięć Twojego serca

Dzień czy noc, czy to skwar, czy

też mróz, jednaka treść

nieodmiennie rozbrzmiewa w mej piosence:

Memu ciału wystarczy

trzydzieści sześć i sześć,

mojej duszy potrzeba znacznie więcej!

Memu ciału wystarczy

coś wypić i coś zjeść,

trochę pospać na boku czy na wznak

i nasz cud gospodarczy

zapewnia mi to, lecz

moja dusza niezmiennie błaga tak…

Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Nie tylko ja! Józek (kot) siedział na parapecie i również się w nich wpatrywał. Wirowali w tańcu, wtuleni w siebie tak mocno, jakby świat dookoła nie istniał. Tylko ona i on, tylko on i ona. Poza nimi nic. Nie mieli pojęcia, że przyglądam im się z niewielką nutką zazdrości w sercu. Miłość maluje najpiękniejsze obrazy – stwierdziłam po krótkiej chwili namysłu.

Muzyka na chwilę zwolniła rytm. Długa, rozkloszowana, karmazynowoczerwona suknia babci zaplątała się między nogami jej partnera. Przymknął oczy, nie wypuszczając jej z objęć. Zastygli na chwilę – ułamek sekundy wypełnionej pożądaniem, który miałam szczęście zauważyć. Poczułam się wyróżniona.

Tango. Taniec jedyny w swoim rodzaju. Pociągający i budzący wiele emocji. Nie da się go porównać z żadnym innym. Przez długi czas zakazywano go w wielu krajach. Podobno jego figury uznawano za wyuzdane i przesycone erotycznym napięciem. Mnie to napięcie nie przeszkadzało… wręcz przeciwnie. Sprawiało, że stałam i patrzyłam na nich jak zahipnotyzowana. Z wiekowego magnetofonu babci wybrzmiewała piosenka Ogrzej mnie, do której tekst napisał nie kto inny, jak właśnie Wojciech Młynarski. Jej doskonała interpretacja, której dokonał Michał Bajor, w połączeniu z tym, na co patrzyłam, sprawiła, że moje ciało przeszył dreszcz.

Ogrzej mnie,

wierszyku pełen cudowności,

wspólniku mojej bezsenności,

ogrzej, ogrzej mnie!

Rozżarz mnie,

niedokończona zdań wymiano,

cudowna kłótnio, w pół urwana,

rozżarz, rozżarz mnie!

Ach, życie, rozżarz, ogrzej duszę mą, bo skona,

do stu, do dwustu, do tysiąca, do miliona,

wsłuchaj się w duszy mej prośby natarczywe:

Chcę mieć gorączkę! Give me fever!

Około dwóch minut później muzyka przycichła. Miałam chęć bić im brawo, ale… czy powinnam zakłócać jakimkolwiek odgłosem tę niepowtarzalną chwilę? Rózia przytuliła się policzkiem do jego ramienia. Promienie jesiennego słońca, wdzierającego się przez nieskazitelnie czyste okno odbijały się w jej pięknej twarzy. Czy to możliwe, że ta nietuzinkowej urody kobieta była moją babcią? Przecież ona nie wyglądała na osobę, której pesel wskazywałby na to, że może posiadać dwudziestopięcioletnią wnuczkę. A jednak.

Nawet nie wiem kiedy, jakaś niewyjaśniona siła pchnęła moje dłonie ku sobie. Mogłabym przysiąc, że zadziało się to wbrew mojej woli. Magia chwili prysnęła niczym bańka mydlana. Zaschło mi w gardle. Nie wiem, jak zdołałam wykrztusić przeprosiny. Babcia odskoczyła od niego, speszona. Na jej twarzy rozlał się niewinny jak u nastolatki rumieniec. Nerwowym ruchem dłoni przeczesała błyszczące, srebrne włosy, zakładając kosmyk za ucho.

– Długo tu stoisz? – zwróciła się do mnie.

– Och, czy to ważne, kochanie? Przecież nic się nie stało. Nawet jak nas trochę podejrzała, to co? Niech się młodzież uczy. Tango! Symbol narodowy Argentyny. O właśnie, a może chciałabyś tam pojechać? Już widzę te zawieruchy na ulicach. Od twojej urody nie można oderwać wzroku, moja piękna – rzekł kokieteryjnie Stefan, współtowarzysz życia mojej babci, żeby nie powiedzieć: konkubent.

– Nie ma mowy. Wiesz, ile to kosztuje? – zrugała go żartobliwie.

– Och, kosztuje, nie kosztuje. Nie ma takiej rzeczy, której bym dla ciebie nie kupił, Rózieńko.

Przyciągnął ją do siebie pewnym ruchem i pocałował w czoło.

– Słyszałaś to, Lili? Wariat jakiś, czy co? – Babcia odsunęła się od niego, udając oburzoną. – Jemu się chyba wydaje, że można mnie kupić. Po moim trupie! A że mam się świetnie, to szybko to nie nastąpi. Nie wybieram się nigdzie. Nie będę utrzymanką żadnego faceta. Nawet takiego, którego kocham na zabój, Stefanku. Słyszysz? – zaśmiała się.

Mężczyzna zrobił zeza. Myślałam, że się zesikam z radości na widok jego zabawnej miny. Uwielbiałam ich.

Stefan Erdmann – były właściciel gazety, w której niedawno zostałam redaktor naczelną – pasował do mojej babci idealnie. Cieszyłam się, że po śmierci dziadka znalazła sobie bratnią duszę. No, może nie ona znalazła, lecz… to bratnia dusza odnalazła nią. Zwał jak zwał. Tych dwoje po prostu do siebie pasowało. Babcia podeszła do mnie i na powitanie zamknęła mnie w uścisku swych czułych ramion. Zaciągnęłam się jej zapachem, przymykając delikatnie powieki.

– Dobrze, że jesteś, Lilunia. Zostaniesz na noc? – zapytała bez zbędnych wstępów. – Zagrałabym w scrabble. To jedyna rzecz, jakiej Stefcio nie chce ze mną robić. Wyobrażasz to sobie? Do Argentyny planuje mnie zabrać, a w planszówkę pograć nie chce. Ach, ci mężczyźni. – Pokręciła głową. – Zjesz krem z kalafiora? Wyszedł mi obłędny. Zresztą jak zawsze – pochwaliła siebie nieskromnie.

– Zjem z radością – odparłam, po czym zdjęłam buty i płaszcz.

– Nie gram z tobą, bo oszukujesz. Ale kto wie, może zmienię zdanie – rzekł Stefan – jak zaprosisz mnie na noc, to mogę się poświęcić. Co mi tam. Przegrać sto czy sto jeden razy. – Wzruszył ramionami i puścił do mnie oko.

Rózia zignorowała drobne żarty swego prawie konkubenta i zaczęła nalewać nam zupy. Usiadłam przy stole, na blacie którego jak zawsze mościł się Józek.

– Józiu, wiem, że chcesz być w centrum uwagi, ale sio mi stąd! – przegoniła go, stawiając przed nami miseczki po brzegi wypełnione fenomenalnie pachnącym daniem.

Jak ona to robiła? Perfumowała tę kalafiorową, czy jak? Zaczęłam jeść. Smakowało jeszcze lepiej, niż pachniało. Podczas wspólnego obiadu miałam przyjemność obserwować dwoje dojrzałych i zakochanych w sobie ludzi, którzy zachowywali się niczym nastolatkowie. Siedzieli naprzeciwko siebie, co chwila patrzyli sobie w oczy i miałam wrażenie, że kopią się pod stołem. Wróć! Nie kopali się, a jedynie czule dotykali się stopami. Przez moment poczułam się jak piąte koło u wozu. Rózia i Stefan byli żywym dowodem na to, że miłość w metrykę nie zagląda. Ona może i ma prawo przytrafić się każdemu, niezależnie od tego, w jakim jest się wieku.

Porozmawialiśmy chwilę o tym, co słychać w gazecie. Opowiedziałam Stefanowi o swoich planach dotyczących wydań specjalnych, na co z uznaniem pokiwał głową i nawet mnie pochwalił. Cieszyłam się, że moja praca jest odbierana pozytywnie. Wyraził uznanie odnośnie do zysków, jakie przyniosły wydawnictwu ostatnio opublikowane numery. Odkąd powstała rubryka, w której propagowałam pozytywne myślenie, nakłady znacznie wzrosły. Ludzie potrzebowali powiewu optymizmu. Potrzebowali kogoś, kto powie im, że życie ich kocha.

Mówiłam o tym wszystkim i podświadomie czekałam, kiedy partner mojej babci zapyta o Gustawa, swojego syna, a mojego… no właśnie nie wiedziałam kogo… Ale nie zapytał. Prawdę powiedziawszy, odetchnęłam z ulgą, ponieważ nie chciałam o nim rozmawiać. To było dla mnie nieco niezręczne. Po skończonym posiłku Stefan oznajmił, że musi się już zbierać. Babcia, o dziwo bez protestów, odprowadziła go do drzwi. Starałam się nie podsłuchiwać, ale jestem pewna, że na pożegnanie namiętnie się pocałowali. Potem Stefan wychylił się zza rogu, uniósł kapelusz i powiedział „do widzenia”, prosząc, abym pozdrowiła jego syna. Obiecałam, że zrobię to, jak tylko się z nim spotkam.

Gdy drzwi się za nim zamknęły, w Rózię wstąpiła nowa, zupełnie inna niż przed chwilą energia. Klasnęła w ręce z wigorem i znów zapytała, czy zostanę na noc.

– W sumie to nie planowałam, ale…

– To zostajesz! – zarządziła. – Zrezygnowałam z namiętnej nocy, aby z tobą porozmawiać. Nie możesz mnie teraz zostawić samej.

– Babciu! – Zmarszczyłam nos.

Wolałam, aby nie zaczęła mi zaraz opowiadać o szczegółach swego intymnego pożycia z moim być może nawet przyszłym teściem. Stefan Erdmann, ukochany Rózi, był przecież również ojcem Gustawa, chłopaka, z którym się spotykałam. A znając babcię, to wszystko było możliwe. Rózia oburzyła się moją pruderyjnością.

– Nic co ludzkie, nie jest mi obce, Lili. Co ty myślisz, że jak jestem babcią, to nie mam prawa do orgazmów? – oburzyła się i już otworzyła usta, by mówić dalej.

Nie mogłam tego słuchać. Zatkałam uszy i zaczęłam śpiewać:

– Deszcze niespokojne potargały sad, a my na tej wojnie łaaaaadnych parę lat. Do domu wrócimy, w pieeeeecu napalimy. Nakarmimy psa!

– Z całym szacunkiem, Lila, jakiego psa ty chcesz karmić? Przecież przy tobie i twoim kulinarnym talencie to nawet chomik padłby z głodu – powiedziała, odrywając mi palce z uszu i obiecując, że tematu seksu więcej nie poruszy.

– No, chyba że porozmawiamy o twoim seksie z Guciem?! – klasnęła.

– Babcia!

– Dobra, dobra. – Wyciągnęła przed siebie otwarte dłonie.

Zarechotałyśmy z radości. Patrzyłam na jej uśmiech, na jej równe, zdrowe i zadbane zęby, i poczułam napływ czułości, jaką dla niej miałam. Przez całe życie była mi nie tylko babcią, lecz… przede wszystkim mamą. Uwielbiałam pić z nią herbatę z porcelanowych filiżanek i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Te na pozór zwykłe chwile były dla mnie niezwykłe. Tak też było dziś. Babcia zaparzyła świeżą miętę, rozsiadłyśmy się na kanapie i delektowałyśmy się podarowanym nam przez życie czasem.

– Przeczytam ci, co napisałam. Powiesz mi, co o tym sądzisz, dobrze?

Sięgnęłam do torebki, by wyciągnąć roboczy kajet. Otworzyłam go i zaczęłam czytać na głos tekst o zmianach. Kiedy skończyłam, babcia wpatrywała się we mnie i chyba myślała nad czymś bardzo intensywnie. Zacisnęła wargi, przez co jej kości policzkowe stały się wyrazistsze, a spojrzenie skierowała w sufit.

– Nie podoba ci się?

– Podoba, oczywiście, że podoba, ale… hm… wiesz, Liluniu, myślę, że powinnam cię czegoś nauczyć, i wiem, że kiedy cię tego nauczę, to zrobisz z tej wiedzy stosowny użytek.

Wyprostowałam się w oczekiwaniu. Uwielbiałam, gdy babcia dzieliła się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem. Czerpałam z jej mądrości pełnymi garściami, ile tylko się dało.

Złapała mnie za rękę i pociągnęła do sypialni. Byłam bardzo podekscytowana, ponieważ do tego pokoju zapraszała gości niezwykle rzadko, praktycznie wcale. Uważała, że miejsce przeznaczone do spania powinno być wypełnione tylko i wyłącznie energią ludzi, którzy w nim śpią. W tym wypadku jej własną. Gdy przekroczyłam próg, poczułam się trochę jak Alicja w Krainie Czarów. Niewielkie wnętrze emanowało spokojem. Niemalże poczułam, jak moje serce zwalnia swój rytm. Wszędzie panował nieskazitelny porządek. Darmo było szukać choćby ociupinki kurzu i pomyślałam, że podłoga jest czystsza niż talerze w mojej kuchni. No, może trochę teraz przesadziłam, ale na pewno śmiało można by było z niej jeść. Spojrzałam na przepiękne drewniane łóżko, na którym leniwie spoczywały puchate poduszki, i nie wiem który już raz zachwyciłam się jego oryginalnym wyglądem. Przypomniałam sobie, jak kiedyś zapytałam babcię, czy podaruje mi to łóżko, jak będę miała własną sypialnię. Odmówiła, wyjaśniając mi, że według zasad feng shui łóżko, w którym śpimy, powinno być zawsze nowe, ponieważ odkupując czy też dziedzicząc je po kimś, przejmujemy na siebie energię poprzedniego właściciela. Nie miałabym nic przeciwko, gdybym odziedziczyła energię babci (pracowałam nad tym, by emanować chociaż podobną), ale od pewnego czasu zapewne sypiał w nim Stefan i jego energii (mimo ogromnej sympatii) wolałam jednak nie poznawać.

Pod łóżkiem babci było pusto. Nie było tam żadnych skrzyń na pościel czy pudeł ze starymi rupieciami, jakie w tak zwanych normalnych domach przeważnie w takim miejscu lądują. Posiadanie takiej graciarni groziło magazynowaniem się tam problemów człowieka, który śpi na łóżku. Babcia była też przeciwniczką wszelkiego rodzaju sof, kanap czy rozkładanych tapczanów. Takie rozwiązania sugerowały tymczasowość, pośpiech i brak stabilizacji. Były więc zaprzeczeniem tego, czym miejsce przeznaczone do spania być powinno. A w istocie powinno być oazą spokoju, enklawą i przystanią, w której z miłością pożegnamy dzień, oddając się w objęcia nocy mającej przynieść należytą regenerację.

– Wiem, o czym myślisz, Lilunia. Zawsze kiedy pozwalam ci tutaj wejść, przyglądasz się wszystkiemu jak zaczarowana. Chciałabyś mieć własną sypialnię, prawda?

– Aż tak to widać?

Babcia pokiwała głową i powiedziała, że głęboko wierzy w to, że kiedyś będę miała własne mieszkanie, które zaspokoi wszystkie moje potrzeby. Ścisnęła przy tym moje dłonie, a ja nawet trochę się wzruszyłam. Ona zawsze we mnie wierzyła. Zawsze, zawsze, zawsze…

Podeszłyśmy do miejsca, które nazywała „miejscem mocy”. Jego centralnym punktem była mała nocna szafka, celowo ustawiona naprzeciwko łóżka po to, aby babcia zawsze po przebudzeniu mogła na nią spojrzeć. Szafka nie była jakimś specjalnym wyrafinowanym okazem. Ot, niby zwykły mebel, lecz gdy tylko się nań spojrzało, człowiekowi natychmiast robiło się lżej na sercu. Na czym polegała jej moc? Ustawione były na niej przedmioty, które babcia uważała za magiczne. Spojrzałam na anioła, na którego skrzydłach opierał się przepiękny, wykonany z pereł różaniec. Leżało tam też kilka przywiezionych znad morza muszelek, dwa kamienie, zwane przez babcię kamieniami wdzięczności, oraz świeca z naturalnego pszczelego wosku, którą właśnie teraz postanowiła zapalić. Całym swoim ciałem i duszą czułam, że za chwilę wydarzy się coś nieoczekiwanie pięknego.

– Usiądź, moje dziecko – powiedziała babcia przyciszonym głosem.

Rozsiadłyśmy się na miękkim, przyjemnym w dotyku, niewielkich rozmiarów dywaniku.

– Próbowałaś kiedyś medytacji z mantrą? – zapytała.

Nie próbowałam w życiu żadnej medytacji. Tym bardziej z mantrą. Prawdę powiedziawszy, nie miałam nawet pojęcia, czym jest mantra. Nie wspominając już o tym, czym jest medytacja.

Miałam jakieś tam ogólne pojęcie, jak każdy. Słyszałam gdzieś od kogoś, że w trakcie medytacji podobno się nie myśli. Nawet raz próbowałam to robić, ale moje myśli galopowały niczym dziki tłum nastolatków po zaliczonej maturze, więc szybko zrezygnowałam z tej praktyki.

Babcia uśmiechnęła się do mnie i zaczęła mówić. Jej głos miał bardzo kojące dla moich uszu brzmienie. Chyba nie potrafiłam znaleźć odpowiedniego określenia na jego tembr. W każdym razie był bardzo, ale to bardzo przyjemny.

– Medytacja, kochanie, rozwija potencjał twojego umysłu. Ukierunkowuje jego energię. To takie narzędzie, które pomaga ci zwiększać czujność. Szkoda, że nie uczą tego w szkołach. To bardzo przydatna umiejętność w życiu każdego człowieka.