Powiedz, że mnie kochasz - Nina Nirali - ebook + audiobook

Powiedz, że mnie kochasz ebook i audiobook

Nirali Nina

3,5

Opis

Fragment:

„— Czyli żeby wzbudzić twoje uczucia, trzeba najpierw próbować cię otruć ostrym jedzeniem? — Ivonne roześmiała się i nim ugryzła się w język dopowiedziała.
— Albo zaśpiewać piosenkę na środku ulicy, niczym w filmie. — Agnes aż wytrzeszczyła oczy na tę odpowiedź.
— Żartujesz sobie teraz? — Ivonne roześmiała się i potrząsnęła głową, odganiając wspomnianą przed chwilą przez siebie sytuację. Przyśpieszyła kroku na bieżni i mocniej chwyciła uchwytów przyrządu do ćwiczeń.
— Agnes, on jest taki… — szukała odpowiednich słów. — nieokrzesany, szalony, czasem gburowaty a zaraz potem, gdy patrzy mi prosto w oczy, jestem mu natychmiast w stanie wszystko wybaczyć. ”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 91

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 21 min

Lektor: Magdalena Stużyńska

Popularność




Nina Nirali

Powiedz, że mnie kochasz

Bol tu Mainu pyar karni hai

© Nina Nirali, 2017

„ — Czyli żeby wzbudzić twoje uczucia, trzeba najpierw próbować cię otruć ostrym jedzeniem? — Ivonne roześmiała się i nim ugryzła się w język dopowiedziała.

— Albo zaśpiewać piosenkę na środku ulicy, niczym w filmie. — Agnes aż wytrzeszczyła oczy.

— Żartujesz sobie teraz? — …

— Agnes, on jest taki… — szukała odpowiednich słów. — … nieokrzesany, szalony, czasem gburowaty a zaraz potem, gdy patrzy mi prosto w oczy, jestem mu natychmiast w stanie wszystko wybaczyć. —”

ISBN 978-83-8104-456-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Z podziękowaniami dla moich serdecznych przyjaciółek Pomimo wszelkich różnic, sporów i nieporozumień kocham Was niezmiennie i zawsze będę.

***

Serdeczne podziękowania dla M.K.

Bez jego pomocy nie mogłabym zamieścić w książce najpiękniejszych słów jakie mężczyzna może powiedzieć kobiecie w punjabi. Dziękuję M.

Many thanks to M. K.

Without his help I couldn’t have put in the book the most beautiful words which man can tell a woman in Punjabi. Thank you M.

Rozdział 1

W niedużej restauracji, ku radości Harshit’a nareszcie dziś zaczęło przybywać klientów. Była połowa października i unosząca się w powietrzu zimowa aura nie sprzyjała teraz interesom. Z tym większym zapałem zaczął przyjmować zamówienia na przeróżne wersje kurczaka z ryżem i rozpoczął przygotowywanie potraw. W kuchni pomagał mu jego przyjaciel, Gajendra a w sali restauracyjnej obsługiwał jego kuzyn, Gopal. Wszyscy trzej pochodzili z niedużego miasteczka w Pendżabie. Gopal miał od zawsze marzenia wielkoświatowe i chciał za wszelką cenę wydostać się z małej, indyjskiej miejscowości, skąd wszyscy trzej pochodzili. Namówił on przed trzema laty Harshit’a i Gajendrę na biznes w Europie. Zebrali wówczas wszystkie swoje oszczędności i wyjechali w nieznane. Jak się na miejscu okazało, na kulturę i jedzenie Indyjskie był bardzo duży popyt. W Europie spotkali również kilka innych rodzin prowadzących restauracje w wielu sąsiednich miastach. Hindusi żyjący na europejskiej emigracji, żyli zgodnie w swojej zamkniętej społeczności i pomimo, iż wszyscy działali w tej samej branży, żaden sobie nie przeszkadzał w interesach i nie stanowił dla siebie konkurencji.

Harshit[1] Singh zawsze miał „dryg” do kuchni, jak mawiali jego przyjaciele. Ten niespełna trzydziesto sześcio letni mężczyzna miał ogromny talent do gotowania, dlatego też od początku wszyscy wiedzieli, jakiego rodzaju biznes otworzą. I tak od trzech lat Harshit, z pomocą kuzyna i przyjaciela prowadził restaurację indyjską w środku Europy, z mniejszymi lub większymi sukcesami.

Teraz, skupiony na gotowaniu z irytacją zanotował głośne śmiechy dochodzące z sali.

Kiedy podniósł głowę, przez zasłonę ze szklanych koralików oddzielającą salę restauracyjną od kuchni, zauważył trzy kobiety wchodzące do jego restauracji. Prym dowodziła niska blondynka na niebotycznie wysokich obcasach w wyzywającym ubraniu. Typ kobiety, której Harshit zdecydowanie nie znosił. Widok na pierwszą zasłoniła inna, okrąglejsza i wyższa. Harshit odwrócił głowę i zajął się krojeniem cebuli i imbiru na blacie mieszczącym się obok pieca gazowego. Zerknął też, jak radzi sobie po przeciwległej stronie kuchni Gajendra. Wszystko szło doskonale. Kiedy Harshit skończył krojenie, powrócił nad patelnię, wrzucił wcześniej pokrojoną cebulę do gorącego oleju a jego głowa automatycznie zwróciła się w stronę sali restauracyjnej. Zawsze lubił podglądać swoich gości. Na podstawie ich wyglądu starał się odgadnąć, w jaki sposób przyprawić zamówioną potrawę a potem z zadowoleniem obserwował jak te znikały z talerzy. Największą nagrodą było, kiedy każdy z gości wychodził z uśmiechem i zapewniał ich, że wróci.

Wzrok Harshit’a padł na stolik zajmowany przez trzy kobiety. Trzecią z nich dostrzegł dopiero teraz. Rude włosy miała upięte w luźny kok na czubku głowy. Dostrzegł, mimo dzielącej ich odległości kuszący zarys pełnych ust i intensywny, jasnoniebieski kolor oczu. Musiał przed sobą przyznać, że nie widział jak dotąd piękniejszego koloru oczu. Intensywnie niebieskie, oprawione długimi rzęsami. „W takich oczach można by zobaczyć niebo”, pomyślał lecz natychmiast powrócił do rzeczywistości. Chwila nieuwagi i jego cebula mogła się przypalić.

Gotując kątem oka patrzył jak kobiety składają do Gopala zamówienie. Gopal wszedł do kuchni i przekazał.

— Jeden Mutton Vindaloo, ostry, jeden chicken Jhal fry łagodny, raz bombay mixed tandoori a na przekąskę naan. Na poczatek przystawka, warzywa w stylu bengali. —

Po przekazaniu zamówienia Gopal chwycił tacę z przed chwilą przygotowanymi przez Harshit’a i Gajendrę daniami i wyszedł na salę. Harshit zanotował w głowie zamówienie i zaczął je przyrządzać. Śmiech kobiet, dobiegający z sali ściągał bez przerwy jego uwagę. Z ciekawością co chwilę zerkał na trzy kobiety. Dwie z nich były roześmiane i zrelaksowane, ale ruda-błękitnooka, ubrana w doskonale dopasowany garnitur, wydawała się dużo poważniejsza. Rozumiał coraz lepiej język kraju, w którym mieszkali, dosłyszał też po jakimś czasie, że kobiety przyszły świętować urodziny rudej-niebieskookiej. Pomyślał, że z takiej okazji mógłby przyrządzić im jeszcze mango lassi. Zadowolony ze swojego pomysłu z jeszcze większym zaangażowaniem przygotowywał zamówione potrawy.

Kiedy gotowe potrawy dotarły do stolika kobiet, chciał wyjść na chwilę, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Zatrzymał go jednak Gopal, który wniósł z powrotem talerz z Mutton Vindaloo.

— Masz jeden zwrot. To tej rudej. Mówi, że nie jest przyprawione. —

Zaskoczony Harshit wychylił się nieco za Gopala, odsunął dzwięczącą teraz pod jego dotykiem zasłonę z koralików i spojrzał

wprost na dziewczynę z rudymi włosami.

— Przecież przyprawiłem, jest średnio ostre. Europejczycy nie umieją jeść naszych potraw oryginalnie przyprawionych. —

zrzymał się Harshit. Gopal wzruszył ramionami.

— Ja cię rozumiem, ale ugotuj jej to jeszcze raz i dopraw bardziej. —

Rozeźlony teraz na dobre Harshit odebrał tacę z potrawą z rąk Gopala i odrzekł na głos.

— Już ja jej doprawię. —

Był zły, że nie może skorzystać ze swojej przerwy ale też przede wszystkim dlatego, że jego najlepszy Mutton Vindaloo powrócił do kuchni z reklamacją. Sięgnął na powrót po patelnię i ustawił ją na ogniu. Potem przygotował baraninę i chwycił za nóż. Zaczął kroić mięso w równiutkie, dwu i pół centymetrowe kostki, mrucząc pod nosem groźby na przemian w hindi i w punjabi.

— Poczekaj tylko, tak ci przyprawię, że przez następny tydzień będziesz mnie wspominać i żałować, że oddałaś ten talerz. —

Przyprawiając potrawę po kilkunastu minutach pokrojoną, dużą papryczką chili, zawahał się przez sekundę, czując wyrzuty sumienia z powodu swoich zamiarów. Chwilę potem potrząsnął głową i powiedział do siebie na głos.

— Sama chciała ostre. — po czym przechylił nad patelnią deskę i przesypał całą jej zawartość do potrawy, mieszając ją w sekundę po tym z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

Kiedy Gopal wziął parujący talerz ze sobą, Harshit wciąż z uśmiechem triumfu na twarzy oparł się o kuchenny blat i założył ręce na siebie. Za nic w świecie nie chciał przegapić tego widowiska. Patrzył jak kobieta bierze widelec w dłoń i żartując z koleżankami, nabiera na niego kawałek mięsa, sowicie umoczonego w sosie a potem widelec wylądował w jej ustach. Nie stało się jednak nic nadzwyczajnego. Kiedy zobaczył, jak dziewczyna z zadowoleniem przymyka oczy i zaraz potem z apetytem pochłania swoje jedzenie, uniósł jedną brew ze zdziwienia do góry. Gwizdnął cicho z podziwiem a na głos zaraz dodał.

— Spicy Ladki[2]. —

Był przekonany, że dziewczyna musi czuć spore palenie w gardle. Reakcja organizmu na bardzo ostro przyprawioną potrawę była tylko kwestią czasu. Pomyślał nawet, że mógłby jej zanieść Cobrę[3]. Alkohol wbrew pozorom był bardzo pomocny podczas jedzenia ostrych przypraw.

Obserwacja kobiet zaczęła bawić Harshita. Kiedy zobaczył, że policzki rudej-niebieskookiej przybrały szkarłatny odcień, chwycił po wcześniej przygotowaną tacę z piwem i wyszedł osobiście na salę. Podszedł do ich stolika i zaczął ustawiać butelki przed kobietami. Zdziwione uniosły głowy i popatrzyły na niego. Blondynka jako pierwsza się odezwała.

— My niczego nie zamawiałyśmy. —

Harshit zignorował ją. Pochylił się bliżej „Spicy ladki” i powiedział cichym lecz ironicznym tonem w języku angielskim. Coś mu mówiło, że zrozumie go doskonale.

— Okno już otworzyłem. Tu jeszcze coś do popicia. —

Harshit wskazał na piwo.

— Mały prezent urodzinowy od kucharza. — dodał jeszcze z kpiącym uśmiechem po czym wyprostował się i odwrócił z zamiarem powrotu do kuchni. Kobieta pomimo zaskoczenia szybko odzyskała rezon i zaoponowała.

— Kto powiedział, że potrzebne mi jest coś do picia? — Harshit spojrzał na nią jeszcze raz jednocześnie ze zdziwienia przechylając głowę na bok.

— A nie jest? — patrzące na niego teraz błękitne oczy gromiły go pod swoim spojrzeniem.

— Oczywiście, że nie. Jeśli będzie, sama zamówię. — Harshit’owi coraz bardziej podobała się ta sytuacja. Kompletnie rozbawiony z poczuciem zwycięstwa, stojąc tuż przy wejściu do kuchni odparł krótko

— Ale będzie. — a zaraz potem zaczął z zadowoleniem podśpiewywać „Sing is King, Singh is King”[4]. Z kuchni słyszał, jak ta tłumaczy ich rozmowę swoim towarzyszkom. Usłyszawszy słowo „impertynent” sięgnął po smartfona i odnalazł tłumacza internetowego.

„Ja może i jestem impertynentem, ale ty upartą kozą. A kiedy kozy skaczą…” — zaśmiewał się w myślach.

Do restauracji weszli między czasie inni goście i Harshit musiał zająć się na powrót gotowaniem.

Ze swojego stanowiska pracy co jakiś czas podpatrywał jeszcze kobiety, później z lekkim rozczarowaniem zarejestrował, że poprosiły o rachunek, zapłaciły go dzieląc między siebie koszty i wyszły.

Przez chwilę żałował, że nie dowiedział się o tej kobiecie niczego. Wydawało mu się, że nazywa się Ivonne. Tak ją nazywały dwie, głośne harpie, które jej towarzyszyły. Jednak po całym dniu spędzonym w kuchni niczego nie był już pewien. Gopal, który posprzątał stolik po nich, odniósł nietknięte trzy cobry i ułożył na powrót w lodówce. Widząc to, Harshit roześmiał się cicho. „Sama chciałaś”. Zaśmiewał się jeszcze w myślach.

Ivonne przeklinała w myślach kucharza. Specjalnie przyprawił jej bardziej, niż było trzeba. Pierwsze kęsy potrawy smakowały naprawdę wybornie, lecz po kilku minutach miała wrażenie, że spłonie natychmiast żywym ogniem. Duma nie pozwoliła jej wypić przyniesionego przez kucharza piwa, dlatego poprosiła swoje przyjaciółki, Agnes i Rene by szybciej wyszły z restauracji. Natychmiast poszła do najbliższego sklepu, by kupić wodę. Jeszcze w sklepie duszkiem opróżniła niemal całą butelkę. Gdy wyszła ze sklepu do czekających na nią przyjaciółek, na głos wymyślała kucharza.

— Cholerny kucharzyna! — miała zamiar jeszcze pomstować go na głos, gdy Agnes rozmarzonym głosem jej przerwała.

— Ale jaki przystojny kucharzyna. — Ivonne zagryzła wargi na wspomnienie mężczyzny. Faktycznie, gdy popatrzył na nią tymi swoimi przenikliwymi, dużymi, czekoladowymi oczyma, można było poczuć dreszcze tu i ówdzie. Za chwilę zripostowała jednak na głos.

— Przystojny czy nie, był złośliwy i bezczelny. — Rene roześmiała się na to serdecznie.

— No, no koleżanko, ktoś tu się komuś spodobał. Nareszcie. Od dawna twierdziłam, że potrzeba ci faceta. — Ivonne wolała już nic więcej nie mówić, by nie prowokować rozbawionych teraz jej kosztem przyjaciółek. Kiedy doszły do centrum miasta, rozstały się, gdyż każda zmierzała w innym kierunku.

Ivonne Preis obchodziła tego dnia swoje trzydzieste czwarte urodziny. Zawsze zapracowana asystentka w dużej firmie doradczej, zwykle nie miała czasu na rozrywki. Cieszyła się, że przynajmniej dziś udało jej się znaleźć chwilę wolnego czasu, żeby spotkać się ze swoimi przyjaciółkami.

Znały się niemal od wieku przedszkolnego. Rene, atrakcyjna rozwódka była typem twardo stąpającej po ziemi kobiety z ogromnym poczuciem własnej wartości. Świadoma swej fizycznej atrakcyjności chętnie ją eksponowała. Ivonne zawsze podziwiała Rene za to, że wystarczył tylko jeden gest jej dłoni lub zatrzepotanie rzęsami i natychmiast znajdował się wokół niej wianuszek adoratorów.

Agnes natomiast, była szcześliwą mężatką i matką, która chętnie szukała w towarzystwie przyjaciółek chwili wytchnienia oraz odrobiny rozrywki. Wszystkie trzy stanowiły niezwykłe trio, bowiem każda z nich różniła się od siebie diametralnie. Ale też od wielu lat wzajemnie się szanowały i ceniły te różnice. Ivonne nie lubiła tylko tego, kiedy obydwie chciały ją swatać lub żartowały, że co roku będą dokupywać jej po jednym kocie, by przynajmniej na starość miała jakieś towarzystwo.

Tego wieczoru, przez fizyczne dolegliwości, Ivonne nie mogła skupić się na pracy. Była zła z tego powodu, ponieważ planowała przygotować jeszcze trzy symulacje inwestycji dla swojego aktualnego klienta.

„Przeklęty kuchcik od siedmiu boleści”. — przeklinała jeszcze długo na przemian to w myślach to na głos.